Opowieść o Vodimorze. Część III. Początek: Wilcza Skóra - Maciej Sobczak


Reflow text when sidebars are open.
Witek przycumował Łódkę w pobliżu swojej chatki. Wszyscy ostrożnie wyszli na brzeg. Lilia jako pierwsza pobiegła zobaczyć, czy ich dom nadaje się jeszcze do zamieszkania, a za nią dotarli pozostali. Wyglądało na to, że mogą tu pozostać, trzeba jedynie zmienić zamek w drzwiach i porządnie posprzątać. Stara łódź też znajdowała się na swoim miejscu, widocznie żołnierze Leo z niej nie korzystali.
– Opowiedzcie o wszystkim – poprosił ich wodnik. Najmniej z nich wiedział o ostatnich wydarzeniach, bo większość czasu przebywał w łodzi, a jeśli stał w pobliżu miejsca, gdzie odbywał się turniej, z powodu tłumu gapiów niewiele widział. Podczas drogi nikt nic nie mówił i panowała minorowa atmosfera.
Witek domyślał się, że coś się stało z Vodimore'em1 i że było to zapewne dramatyczne wydarzenie.
– Padał deszcz, który z każdą godziną przybierał na sile – mówił Stanisław. – Vodimore wygrał wszystkie pojedynki, co było raczej do przewidzenia, ale dzisiaj trochę dziwnie się zachowywał i był bardzo spięty.
– Może stawka, o którą grał, była wysoka i to go trochę deprymowało – dodał do tej pory milczący Duch Lasu. – Nie chodzi o mnie czy moją wolność, tylko o ich nieuczciwe gierki.
– Uważasz, że król był nieuczciwy? – zapytał Palutek.
– Był tak samo uczciwy jak wtedy, kiedy wydał rozkaz, by mnie porwano i wsadzono do lochów.
– Mów dalej, Stachu – zachęcił Witek.
– Nie ma co opowiadać, Vodimore podniósł ręce w geście zwycięstwa, tłum wstał, żeby wiwatować. Część ludzi dostała się na plac. Ja też próbowałem podbiec do niego, ale zniknął w tłumie. Kiedy przedzierałem się między ludźmi, zauważyłem, że jakaś grupka osób otoczyła miejsce, w którym widziałem go po raz ostatni. Podszedłem bliżej i dojrzałem Vodimore'a leżącego na twarzy w kałuży krwi z wbitą w serce strzałą. Nie mogłem uwierzyć! Podbiegłem do niego, nachyliłem się i zorientowałem, że oddycha. "Co ci jest?" – zapytałem. "Zabierz Ducha i uciekajcie do łodzi – odparł. – I nie zapomnij o sokole. Wracajcie do domu". Wtedy spadły na nas te czarne agresywne ptaszyska i zaatakowały ludzi. Zrobiło się zamieszanie. Pobiegłem do was, zabrałem Ducha, a resztę już znacie.
– Przysięgam, że to nie ja strzelałam do Vodimore'a – odparła Lilia.
– O czym ona mówi? – Witek nie rozumiał.
– Strzała, która utkwiła w jego ciele, została wystrzelona z kuszy Lilii – odpowiedział Stanisław.
– Skąd wiesz? – zapytał wodnik.
– To są strzały Darwali, oprócz nich nikt inny takich nie używa – odpowiedział Stach.
– Jak myślicie, czy on żyje? – Palutek posmutniał.
– Po tych słowach już więcej nic nie mówił, zresztą tak jak prosił: pobiegłem zaraz do Ducha i razem udaliśmy się do łodzi. Ale Vodimore wyglądał na umierającego. – Stach głęboko westchnął. – Albo stracił przytomność, lecz tak czy owak, kałuża krwi nie napawała optymizmem.
– Tak samo jak strzał w serce – dodał Duch.
– Sądzę, że on żyje, tylko jest ciężko ranny – powiedziała Lilia.
– Skąd takie przypuszczenie? – zapytał Stanisław.
– Moje sny mówią prawdę – odpowiedziała Lilia. – Widziałam to zdarzenie, ale widziałam też później Vodimore'a tutaj, na koniu, koło naszej chatki.
– Należy mieć nadzieję, i tak nic na razie nie możemy zrobić – stwierdził mniej posępnym tonem Palutek.
– Ja wierzę, że jeszcze będę miał okazję spojrzeć mu w oczy i podziękować za uratowanie mnie z więzienia – dodał Duch Lasu.
– Opowiedz nam, jak to się stało, że nagle zniknąłeś w państwie u Darwali – poprosił Stanisław.
– Pamiętam tylko ból z tyłu głowy i nic więcej. W czasie spaceru z psem. A właśnie, co z psem i kotem?
– Nic się nie martw, są bezpieczne w moim domu – pospieszył z odpowiedzią Palutek.
– To dobrze – powiedział Duch Lasu i kontynuował: – Ocknąłem się w izbie cuchnącej rybami. Przez szpary w ścianie widziałem rycerzy i słyszałem, o czym mówią. Próbowałem się podkopać, ale miałem pecha, bo gdy już byłem na zewnątrz, przyjechał patrol składający się z dwóch ludzi i z powrotem trafiłem do środka. Przynajmniej już wiedziałem, gdzie jestem; to ta sama chata, w której teraz siedzimy. Na drugi dzień zabrali mnie na wozie do Kruszy i osadzili w lochu.
– Wiesz, za co tam siedziałeś? – zapytał Stanisław.
– Wiem, bo co jakiś czas brali mnie na rozmowy i obiecywali wypuścić, jeśli przystanę na ich propozycję.
– Jaka to była propozycja? – zapytał Stach.
– Miałem zgodzić się na współpracę i szpiegować wśród Złotogórzan, poza tym miałem udobruchać ludzi lasu i przygotować ich na to, że przyjdą Goplanie i będą rządzić na tych terenach.
– Skoro tak mówili, to nie dziwię się, że Vodimore kazał mi ciebie zabrać i szybko odpływać. Król mógł zmienić zdanie jeszcze podczas turnieju, skoro tak dużo wiedziałeś o ich planach. Jak sądzicie, jeszcze tej zimy uderzą na nasze ziemie?
– Nie sądzę – odpowiedział Witek. – Pamiętasz Antka Drzewkę, od którego pożyczyliśmy łódź? Mówił, że oni w Szleszynie będą chcieli obsadzić stanowisko burmistrza w wyborach jeszcze tej jesieni swoim człowiekiem bądź tutejszą marionetką. Zima nie wchodzi w grę na atak, ale wiosna jak najbardziej. Musimy się przygotować i zorganizować ruch oporu.
– Szkoda, że bez Vodimore'a, on by wiedział, co robić – dodała z westchnieniem Lilia.
– Teraz jesteśmy sami, ale śniłaś, że Vodimore przeżył, to w końcu do nas wróci – odpowiedział Stach.
Witek zmienił temat i oznajmił:
– Popłynę do Antka zwrócić mu łódź. Jeśli chcesz, Lilio, to możesz płynąć ze mną – zaproponował.
– My wracajmy do siebie – powiedział Palutek. – Pójdę z Duchem, idziemy w tym samym kierunku. Chcę się zobaczyć z moją rodziną, odpocząć trochę, no i oddam Duchowi jego zwierzęta. Pewnie i koń tam jeszcze stoi.
– W takim razie pójdę z wami, zaopiekuję się przynajmniej koniem – zaproponował Stanisław.
Pożegnali się, po czym wodniacy weszli na łódź i odpłynęli na drugą stronę jeziora. W tym czasie Palutek, Duch i Stanisław udali się w kierunku lasu.
***
– Umknęli nam – powiedział król do stojącej tyłem postaci w kapturze na głowie.
– Oni nie są nam potrzebni, Vodimore'a z nimi już nie ma.
– A jeśli żyje? Jego ciała nie znaleziono.
– Jestem perfekcjonistą. Jeśli się na coś decyduję, to po mnie można już tylko posprzątać.
– To znaczy, że ktoś rzeczywiście posprzątał po tobie, skoro nigdzie go nie ma.
– Nie wziąłeś pod uwagę, królu, że w zamieszaniu oni mogli zabrać jego ciało. Strzeliłem mu prosto w serce. Tego nikt nie mógłby przeżyć, chyba że ma serce ze stali, ha, ha, ha.
– Masz swoją zapłatę. – Król rzucił pod jego nogi sakiewkę pełną złotych monet. – Był tego wart – powiedział do wychodzącej postaci.
***
Na drugi dzień w mieście nadal dyskutowano na temat wczorajszych wydarzeń na placu. Lis przyszedł do swojego szwagra, kowala, do kuźni i rozmawiali.
– Żal mi tego chłopaka, nocował u mnie przez kilka dni. Był naprawdę dobry – wspominał Vodimore'a Józef.
– Co tam właściwie się stało? – zapytał Lis.
– Ugodziła go strzała wystrzelona z kuszy, identycznej jak u tej kobiety, która mieszkała u nas – odpowiedział jeden z pracowników, który przysłuchiwał się rozmowie, dmuchając ogromnym miechem w ogień.
– Przecież to była dobra kobieta. Swojego miałaby zabijać? – wątpił kowal.
– Kto tam odgadnie baby, z zazdrości to i mogą zabić – odpowiedział pracownik.
– Ja tam nie wierzę w twoje gadanie – powiedział Józef. – Ciała nie znaleziono, może on po prostu żyje i kiedy się pojawi, zamknie wszystkim usta.
– Dostał strzałę w samo serce – upierał się pracownik.
– Zobaczymy, wracam do swojej budy – powiedział Lis i pożegnał się ze wszystkimi.
***
Kamila była w szoku. Król przewidywał jej rozgoryczenie, ale nie do takiego stopnia. Przez chwilę nawet żałował tego, co się stało, jednak racja stanu była dla niego ważniejsza niż życie tego chłopca. Dla księżniczki to była pierwsza prawdziwa miłość, a Vodimore – księciem z bajki: pięknym, silnym, zdolnym, odważnym i do tego młodym, a mimo to miał posłuch u wielu starszych od siebie ludzi. Poza tym dobrze jej się z nim rozmawiało. On nie krępował się tym, że rozmawia z księżniczką. Był bezpośredni i elokwentny. Miał jeszcze jedno, czego nie mieli inni, może z wyjątkiem jej rodziców – autorytet.
Księżniczka przez cały wieczór leżała zamknięta w swojej komnacie. Nie zeszła na kolację. Nie mogła też zasnąć. Cały czas myślała o Vodimorze. Kiedy przyszło opamiętanie i zaczęła lepiej funkcjonować, doszła do wniosku, że sama przeprowadzi śledztwo i dojdzie prawdy. Zastanawiała się, kogo poprosić o pomoc, kto mógłby jej opowiedzieć dokładnie o tym, co się dzisiaj wydarzyło. Początkowo myślała o kimś z najbliższego otoczenia króla, może o panu Bazylu, który był chyba na placu. Brunon przecież z nim walczył. Jednak odsunęła ten pomysł jako niedorzeczny, ponieważ w gruncie rzeczy nie ufała tym ludziom. Podjęła decyzję, że zapyta giermka; może on coś jej jutro doradzi.
Przy śniadaniu matka przytuliła ją i pocieszała:
– Moje dziecko, współczuję ci, bo to był naprawdę niezwykły chłopak.
– Nie martw się, Kamilo, możesz na nas liczyć – zabrał głos jeden z jej braci w imieniu obu.
Na końcu przyszedł król i na widok smutnej księżniczki siedzącej przy wspólnym stole powiedział:
– Nigdzie nie ma ciała, nie wiem, czy oni go nie zabrali. Jeśli chcesz, poślę kogoś za nimi. Jeszcze jedno: istnieje podejrzenie, że to ta kobieta, która była z nim, strzeliła do Vodimore'a. Jako jedyna miała kuszę przy sobie na trybunach. Zabronię wnoszenia jakiejkolwiek broni na trybuny, żeby uniknąć w przyszłości takich tragedii.
W trakcie śniadania Kamila odeszła od stołu i pobiegła do siebie. Królowa chciała pójść za nią, ale król ją powstrzymał.
– Popłacze, a później zapomni. Uwierz, że to tak działa.
Księżniczka przeanalizowała to, co powiedział jej ojciec przy stole. Ktoś strzelał z kuszy i to takimi strzałami. "Skąd on to wszystko wie? Sprawa jest za świeża, żeby mieć taką wiedzę. Przecież jak sam mówił, ciała nie znaleziono". Chyba że nie doceniała ludzi ojca, którzy bystrym okiem mogli dostrzec to, czego pospolity tłum nie widział. "Zawołam giermka, może on mi co doradzi" – pomyślała.
***
Piechurzy na czele z Palutkiem szli w kierunku chatki Ducha Lasu.
– Pod twoją nieobecność trochę mieszkaliśmy w twoim domu – uprzedził Ducha Stanisław.
– To dobrze – odparł Duch – przynajmniej miał się kto nim zajmować. Mój dom stał zawsze otwarty. Jeśli kto był w potrzebie, zawsze mógł u mnie znaleźć schronienie. Zresztą myślę, że tak będzie dalej.
Kiedy przechodzili obok oberży Pod Rudą Kitą, Palutek zaproponował:
– Może wejdziemy? Mam jeszcze pieniądze. – Myślał w tym momencie zwłaszcza o Duchu, który dotkliwie odczuł kiepski więzienny wikt.
– Co ty na to, Stanisławie? – zapytał Duch trzeciego towarzysza.
– Wejdźmy, jeśli Palutek nas zaprasza. Też chętnie coś bym zjadł. Pamiętam, że ostatni raz jedliśmy w Kruszy, a to było już jakiś czas temu.
Gdy weszli do knajpy, jak zawsze odezwał się dzwonek przy wejściu. Zza kurtyny odgradzającej wejście do kuchni wystawił głowę pan Smoczyk.
– Wszelki Duch Pana Boga chwali! – wypowiedział te słowa zdziwiony na ich widok Smoczyk. – A czemu to ta wasza kompania tak przetrzebiona?
– Wodnik i nimfa popłynęli do Szleszyna odstawić łódź i postanowili wrócić do swojego domu. Duch wraca do siebie, Palutek do siebie, a ja nie wiem, dokąd mam wrócić.
– Jakże to, też do siebie, do Rudaw. Tam jest twój dom. Rodzice się ucieszą – odpowiedział oberżysta.
– Widzę, że nasz Duch cały i zdrowy wrócił, a pamiętam, ile zachodu było, żeby was odszukać. A co z panem Vodimore'em?
– Vodimore został w Kruszy, ale czy on żyw, czy tylko pozostał tam jego grób, tego nie wiemy – powiedział smutnym głosem Duch.
– Dosięgła go zdradziecka strzała. Ktoś strzelił z ukrycia, kiedy Vodimore przyjmował owacje za wygrany turniej rycerski – wyjaśnił Stanisław.
– Nie zostaliście przy nim? – pytał dalej Smoczyk.
– Nie, i w tym problem. Nagrodą za zwycięstwo było uwolnienie Ducha. Ranny Vodimore zdołał powiedzieć mi, żeby zabrać Ducha i odpływać natychmiast. I tak też uczyniliśmy – dodał Stanisław.
– Wierzymy, że on nadal żyje i wkrótce do nas wróci – odparł Palutek.
– Skąd takie przypuszczenie? – chciał wiedzieć oberżysta.
Odpowiedział mu Darwal:
– Nimfie Lilii przyśnił się Vodimore siedzący na koniu.
– Czy sen to twarda podstawa? – zdumiał się Smoczyk i zaraz dodał: – My tu dyskutujemy, a wy pewnie głodni. Dzisiaj gości jak na lekarstwo. Zapraszam, czym chata bogata.
Stanisław powąchał zioła, które miał zawieszone w małym woreczku na szyi, rozejrzał się po sali. W kącie siedziała tylko jedna osoba i sączyła piwo. Rozsiedli się blisko kuchni i pozamawiali jadło, żeby ochłonąć i choć na chwilę zapomnieć o ostatnich trudnych dla nich wydarzeniach.
– Możemy porozmawiać? – zwrócił się Stach do Ducha.
– Słucham cię.
– Czapkę ci zwróciłem, ale mam jeszcze sygnet.
– Gdzie on był? Myślałem, że już go nie znajdę. Ciągle mi się gdzieś zapodziewał.
– Przed wyjazdem z twojej chatki w lesie Vodimore kazał nam zostawić po sobie porządek. Kiedy zamiatałem izbę, spod łóżka wymiotłem właśnie ten sygnet.
– Poznałeś jego wartość? – zapytał Duch.
– Długo nosiłem go tylko dla ozdoby i szpanu, ale w Kruszy podczas jednego z pokazów, kiedy brałem udział w pojedynku, zauważyłem, że moja ręka wcale się nie męczy, choć trzymałem w niej ciężki miecz.
– To jest właśnie sekret sygnetu.
Stanisław zdjął go z palca i przyjrzał mu się uważnie. Pamiętał, jak obiecał, kiedy szli z wodnikiem przez Kolebki wynająć łódź, że odda go Duchowi, jeśli okaże się, że to jego własność. Po chwili przekazał go Duchowi, a ten rzekł:
– Wiecie, czego się nauczyłem przez ostatnie dni, szczególnie te spędzone w więzieniu? Tego, że nie muszę stosować przemocy i że miłość oraz przyjaźń silniejsze są niż pogarda i obłuda, których tam doświadczyłem. Dlatego weź ten sygnet, Stanisławie. Niech służy ci zawsze w dobrej sprawie.
Po tych słowach oddał mu pierścień, a Stanisław założył go sobie na czwarty palec prawej ręki.
– To będzie pamiątka po tobie, Duchu, i po naszych wspólnie spędzonych dniach.
Smoczyk wkrótce przyniósł im jadło.
– Wiesz, Palutku, tam, w Kruszy, jedliśmy dobre żarcie, ale nie może się ono równać z naszym – stwierdził Stanisław. – Naturalnie zdaję sobie sprawę, że ty, Duchu, nie przebierałeś w daniach tak jak my. Mam nadzieję, że cię nie uraziłem.
– Nie, Stachu, co było, minęło. Teraz zaczynam nowy rozdział mego życia – odpowiedział mu Duch.
Za posiłek naturalnie zapłacił Palutek. Wychodząc z oberży, podziękowali Smoczykowi, a ten z progu zawołał za nimi:
– Jeśli będziecie mieć jakieś wieści o Vodimorze, nie omieszkajcie mnie zawiadomić. Chętnie was znowu ugoszczę, choć życzyłbym sobie i wam również widzieć następnym razem całą waszą szóstkę.
Na rozstaju dróg Duch i Darwal pożegnali się ze Stanisławem, który ostatecznie zrezygnował z konia i skręcił w stronę Rudaw. Życzyli mu wytrwałości w trzeźwości, aby nie tracił siły ducha. Stanisław po tych słowach powąchał swoje zioła, które miał zawieszone w woreczku na szyi.
– Stachu! – zawołał za nim Palutek, a kiedy ten obejrzał się za siebie, Darwal zapytał: – Co z sokołem?
– Jak to co? Zabieram go ze sobą – odpowiedział.
– Może w lesie byłoby mu lepiej niż na wsi? – kontynuował Darwal.
– Obiecałem to Vodimore'owi, poza tym będę miał po nim pamiątkę – powiedział smutno, jakby nie wierzył, że go jeszcze spotka.
Po kilku godzinach drogi Duch z Palutkiem dotarli do krainy Darwali. Palutek najpierw postanowił udać się do swojego domu, żeby zwrócić psa i kota w ręce ich prawowitego właściciela. Rodzina Darwali ucieszyła się, widząc męża i ojca po dłuższej nieobecności. Córki bardzo przeżyły rozstanie ze zwierzętami. Dopiero kiedy zobaczyły radość psa i kota na widok swojego właściciela, zrozumiały, że mogłyby wyrządzić im dużą krzywdę, zatrzymując je dla siebie. Duch chwilę posiedział u Palutka, ale nie chciał zakłócać rodzinnego miru. Darwal namawiał go jeszcze, żeby pójść do króla albo do marszałka i wyjaśnić okoliczności jego tajemniczego zniknięcia z miasta, ale Duch był temu stanowczo przeciwny. Palutek odprowadził go więc do bramy, a Duch zniknął w lesie ze swoimi zwierzątkami.
Drużyna była w rozsypce. Nie miała wodza, każdy poszedł w swoim kierunku.
***
Tymczasem wszyscy mieszkańcy lasu i okolicznych wiosek szykowali się na przyjście zimy. Dotychczasowym włodarzem był niejaki Bolko. Na swoim stanowisku trwał już czwartą kadencję; nie dlatego, że był wyjątkowy, lecz raczej ze względu na to, że ludziom było dotąd obojętne, kto rządzi miastem, byle było wolne, a daniny – niskie. Nikt nie interesował się zbytnio tym, że co niektórzy pomawiali Bolka o trzymanie z Wilczarzem czy z innymi podejrzanymi typami, którzy robili lewe interesy. Pochodził stąd i to przesądzało o jego wyborze na kolejne kadencje. Od pewnego czasu stacjonowały w mieście obce wojska i mówiło się, że na to stanowisko ma apetyt ktoś reprezentujący państwo Goplan albo przez nich popierany. Aby wzmocnić szanse na wybór swojego poplecznika, Goplanie prowadzili kampanię przeciw urzędującemu burmistrzowi i rajcom miasta. Posuwali się nawet do oszczerstw i proponowali kadencyjność tego urzędu, żeby wyeliminować szerzącą się korupcję. Mieszkańcy miasta wiedzieli swoje i woleli swojskiego chłopa niż obcego, nawet dobrego pana, który może ograniczyć ich swobody. Gdy ruszyła prawdziwa kampania, agenci króla Gustava postanowili przekupić mieszkańców i za pieniądze przejąć władzę. Kandydatem na stanowisko burmistrza został kapitan Romer, ten sam, który był zwierzchnikiem garnizonu stacjonującego w mieście i dowódcą niejakiego Leo. Przebywał tu już jakiś czas i nikt specjalnie nie zwracał na niego uwagi. Niektórzy nawet, na szczęście będący w mniejszości, uważali go za swego. Przez pewien czas przebywał w Kruszy, lecz ostatnio pojawił się w Szleszynie jako oficjalny kandydat króla Gustava. Nimfę i wodnika postanowił zostawić przynajmniej przez jakiś czas w spokoju, żeby pokazać, że jest prawy i zależy mu na dobrych stosunkach ze wszystkimi mieszkańcami. Zresztą, skoro Vodimore'a nie było wśród żywych, uważał, że nikt inny nie jest mu w stanie zagrozić i wprowadzić buntu.
– Leo, co ludzie opowiadają o mnie jako kandydacie na burmistrza? – zapytał teraz swego podwładnego.
– Kapitanie, ludziom jest obojętne, kto zostanie głową miasta, nawet się nie zorientują, kiedy przyjdzie zmiana.
– Dobra zmiana, Leo.
– Zastanawiam się, czy nie przekupić po prostu starego burmistrza. Byłoby po kłopocie – odparł Leo.
– Sprawiajmy przynajmniej wrażenie, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem – powiedział kapitan. – Niedługo będą mi jeść z ręki. Całe to hultajstwo zaciągniemy do wojska, wprowadzimy karność.
– Wątpię, żeby się udało nad nimi zapanować.
– Na początek mam zamiar zaciągnąć ich paramilitarne grupy, takiego choćby Wilczarza. Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Zlikwidujemy jego bandę, co uspokoi lokalną społeczność, której zaszedł za skórę, i zwiększymy naszą zdolność bojową o kolejną jednostkę. Król będzie zadowolony, bo kiedy ruszymy na południe i wschód, będziemy potrzebować więcej wojska.
– Uważasz, że możesz okiełznać takich ludzi jak Wilczarz? To dziki człowiek, nie bez powodu go tak przezywają, bo chodzi w wilczej skórze – wątpił Leo.
– Nie znasz mnie jeszcze, nie z takimi sobie poradziłem. Już niedługo, Leo, zapamiętaj moje słowa.
1 Czyta się Vodimur.