I
Urodziłem się i wychowywałem w małym parterowym mieszkanku z niskim
stropem, o powierzchni około trzydziestu metrów kwadratowych. Rodzice
moi sypiali na kanapie, która, gdy rozsuwali ją co wieczór, wypełniała
ich pokój niemal od ściany do ściany. Wczesnym rankiem wciskali kanapę
głęboko do środka, chowali pościel w ciemnej skrzyni mieszczącej się pod
spodem, odwracali materac, zamykali, dociskali, nakrywali całość
jasnopopielatą narzutą, a następnie rozkładali na niej kilka wyszywanych
w orientalny wzór poduszek, zacierając wszelkie ślady swego nocnego
spoczynku. Tym sposobem ich pokój służył zarówno za sypialnię,
pracownię, bibliotekę, jadalnię, jak i za pokój gościnny.
Naprzeciw niego mieścił się mój zielonkawy pokoik, którego połowę
powierzchni zajmowała pękata szafa na ubrania. Ciemny, ciasny i niski
przedpokój, nieco wykrzywiony, przypominający tunel wykopany przez
zbiegów z więzienia, łączył kuchnię i niszę ubikacji z dwoma pokoikami.
Uwięziona w żelaznej klatce słaba żarówka rozlewała na ów przedpokój,
również w ciągu dnia, mętne ni to światło, ni to nieświatło. Dawniej
było tylko jedno okno w pokoju rodziców i jedno w moim. Oba osłonięte
żelaznymi okiennicami usiłowały wyjrzeć poprzez nie na wschód, lecz tam
widać było jedynie pokryty kurzem cyprys i mur z nieociosanych kamieni.
Przez okratowany wywietrznik nasza kuchnia i ubikacja zerkały na małe
podwórko podobne do więziennego wybiegu, otoczone wysokimi ścianami i wyłożone betonowymi płytami, gdzie z wolna dogorywało, bez bodaj promyka
słońca, blade geranium zasadzone w przerdzewiałej puszce po oliwkach. Na
parapetach stały u nas zawsze szczelnie zamknięte słoiki z kiszonymi
ogórkami i wynędzniały kaktus, okopany ziemią w pękniętym wazonie, który
przerobiono na doniczkę.
Była to właściwie suterena: parter budynku wcinał się w zbocze pagórka,
który był naszym sąsiadem zza ściany - ociężały, zamknięty w sobie i milczący. Ów sędziwy, melancholijny pagórek o starokawalerskich nawykach
zawsze zachowywał absolutną ciszę; taki już był: senny, zimowy, nigdy
nie szurał meblami, nie przyjmował gości, nie hałasował i nie
przeszkadzał nam, wszakże poprzez dwie dzielące nas ściany ciągle
przenikały, niczym lekka, ale uporczywa stęchlizna, ziąb i ciemność,
głuche milczenie oraz wilgoć naszego posępnego sąsiada.
Tak więc przez całe lato zostawało u nas trochę zimy.
Goście mówili: ależ u was przyjemnie w upał, tak chłodno i spokojnie,
wręcz zimno, ale jak wy sobie tutaj radzicie zimą? Czy aby te ściany nie
ciągną wilgoci? Czy zimą nie jest tu trochę ponuro?
* * *
Oba pokoje, maleńka kuchnia, ubikacja, a zwłaszcza łączący je
przedpokój, były ciemne. Cały dom wypełniały u nas książki: ojciec mój
potrafił czytać w szesnastu czy siedemnastu językach, a mówić
jedenastoma (zawsze z rosyjskim akcentem). Matka mówiła czterema czy
pięcioma językami, a czytała w siedmiu albo ośmiu. Kiedy nie chcieli,
żebym rozumiał (a przeważnie nie chcieli), rozmawiali między sobą po
rosyjsku albo po polsku. Kiedy raz mama zapomniała się i powiedziała
przy mnie "ogier" po hebrajsku zamiast w jakimś innym języku, tato
upomniał ją gniewnym tonem: Szto s toboj?! Widisz, mal'czik riadom s
nami!1. Ze względów kulturowych
czytali książki głównie po niemiecku i angielsku, ale w nocy śnili
zapewne w jidysz. Mnie jednak uczyli tylko i wyłącznie hebrajskiego: być
może z obawy, że znajomość języków obcych także ich syna wystawi na
pokusy Europy, wspaniałej i zabójczej zarazem.
W hierarchii wartości moich rodziców wszystko, co bardziej zachodnie,
uchodziło też za bardziej kulturalne: ich rosyjskiej duszy bliscy byli
Tołstoj i Dostojewski, ale przypuszczam, że Niemcy - pomimo Hitlera -
wydawały im się bardziej kulturalne niż Rosja czy Polska, Francja -
bardziej niż Niemcy. Wyżej jeszcze niż Francja stała w ich mniemaniu
Anglia. Co do Ameryki - nie byli już tacy pewni: tam przecież strzelają
do Indian, obrabowują pociągi pocztowe, grabią złoto i polują na młode
kobiety.
Europa była dla nich zakazaną ziemią obiecaną, z jej utęsknionym
krajobrazem: dzwonnice i rynki wyłożone zabytkowymi płytami z kamienia,
tramwaje, mosty i kościelne wieże, zapadłe wioski, uzdrowiskowe zdroje,
lasy, śniegi i pastwiska.
Słowa "szałas", "pastwisko" i "gęsiarka" nęciły mnie i emocjonowały
przez całe dzieciństwo. Miały w sobie zmysłowy zapach prawdziwego
świata, beztroskiego, odległego od pokrytych kurzem blaszanych dachów,
od placów pełnych złomu i ciernistych zarośli, od wyschniętych na pieprz
stoków Jerozolimy, ledwo dyszącej pod jarzmem rozżarzonego do białości
lata. Dość mi było wyszeptać pod nosem "pastwisko" - a już słyszałem
porykiwania krów z zawieszonymi na szyjach dzwoneczkami i plusk
strumyków. Z zamkniętymi oczami przypatrywałem się bosonogiej gęsiarce,
która wydawała mi się pociągająca aż do łez, zanim jeszcze w ogóle
cokolwiek wiedziałem.
* * *
Po latach dowiedziałem się, że Jerozolima pod panowaniem Brytyjczyków, w latach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych, była ekscytującym
miastem - mieszkali tam wielcy handlowcy, muzycy, uczeni i pisarze:
Martin Buber, Gershom Scholem, Agnon oraz wielu innych znamienitych
naukowców i artystów. Czasami, gdy przechodziliśmy ulicą Ben Jehudy albo
Alejami Majmonidesa, tata szeptał do mnie: "Popatrz, tam idzie światowej
sławy uczony". Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Sądziłem, że światowa
sława ma jakiś związek ze schorowanymi nogami, gdyż często wskazywał
starca, który szedł dość niepewnym krokiem, drogę przed sobą badając
laską, i nawet latem miał na sobie ciężki wełniany garnitur.
Jerozolima, ku której moi rodzice zwracali tęskne spojrzenie, leżała z dala od naszej dzielnicy: w Rechawii, skąpanej w zieleni i dźwiękach
fortepianów, była w trzech czy czterech kawiarniach z pozłacanymi
żyrandolami, przy ulicach Jafskiej i Ben Jehudy, w salach YMCA, a także
w hotelu King David, tam gdzie gromadzili się żydowscy i arabscy
miłośnicy kultury, wykształceni i pełni ogłady Brytyjczycy, gdzie lekkim
krokiem sunęły marzycielskie, długoszyje damy w balowych sukniach,
wsparte na ramionach dżentelmenów w ciemnych garniturach, gdzie przy
jednym stole z angielskimi erudytami zasiadali wykształceni Żydzi i arabscy intelektualiści, gdzie odbywały się recitale, przyjęcia,
wieczory literackie, proszone podwieczorki i wyrafinowane rozmowy o sztuce. A może ta Jerozolima pozłacanych żyrandoli i proszonych
podwieczorków nie istniała poza marzeniami mieszkańców Kerem Awraham:
bibliotekarzy, nauczycieli, urzędników i introligatorów. W każdym razie
u nas jej nie było. Nasza dzielnica, Kerem Awraham, należała do
Czechowa.
Czytając po latach jego książki (w przekładzie na hebrajski), byłem
pewien, że jest jednym z nas: przecież wujaszek Wania mieszkał tuż nad
nami, doktor Samojlenko pochylał się i badał mnie swymi szerokimi i silnymi dłońmi, kiedy chorowałem na anginę albo błonicę, Łajewski,
wiecznie cierpiący na migrenę, był drugim kuzynem mamy, a w soboty rano
chodziliśmy do sali w ośrodku kultury Bet ha-Am słuchać Trigorina.
O tak, byli u nas Rosjanie wszelkiej maści, wśród nich wielu miłośników
Tołstoja. Niektórzy wyglądali wypisz, wymaluj jak on. Gdy na tylnej
okładce jakiejś książki natknąłem się kiedyś na sepiową fotografię
Tołstoja, byłem pewien, że wielokrotnie już go u nas widziałem:
przechadzał się po ulicy Malachiasza albo w dolnym odcinku Abdiasza. Z gołą głową i siwą brodą targaną wiatrem wyglądał dostojnie niczym
patriarcha Abraham, oczy miał roziskrzone, w ręku trzymał kij służący za
laskę, na szerokie spodnie opadała mu chłopska koszula, przewiązana w biodrach grubym sznurem.
Wszyscy wielbiciele Tołstoja z naszej dzielnicy (rodzice nazywali ich
tołstojszcziki) byli zapamiętałymi wegetarianami, naprawiaczami
świata, orędownikami obyczajności, przeniknięci głęboką miłością do
przyrody, kochający ludzkość i wszelkie żywe stworzenie, pełni żarliwego
pacyfizmu, stęsknieni za prostym, nieskażonym życiem na wsi wypełnionym
pracą, najzwyklejszą pracą na roli pośród pól i sadów. Jednakże nawet
uprawa roślin doniczkowych nie wychodziła im najlepiej. Być może
podlewali je bez umiaru, aż w końcu więdły. Może zapominali podlewać. A może wina leżała po stronie nieprzyjaznych władz brytyjskich, które
miały zwyczaj dodawać nam chlor do wody.
Niektórzy z tołstojszczyków byli jakby żywcem wzięci z powieści
Dostojewskiego: udręczeni, gadatliwi, targani żądzami, trawieni przez
idee. Niemniej jednak w dzielnicy Kerem Awraham wszyscy, zarówno
tołstojszczycy, jak i dostojewszczycy, w gruncie rzeczy pracowali u Czechowa.
Na cały świat mówiło się u nas "Wielki Świat", choć miewał też i inne
przydomki: Oświecony, Zewnętrzny, Wolny, Obłudny. Znałem go niemal
wyłącznie z kolekcji znaczków: Gdańsk, Czechy i Morawy, Bośnia i Hercegowina, Ubangi-Szari, Trynidad i Tobago, Kenia-Uganda-Tanganika.
Całyświat był daleki, pociągający i cudowny, lecz bardzo niebezpieczny i wrogo do nas nastawiony. Nie lubiano tam Żydów za to, że są
inteligentni, zdolni i się wybijają, a przy tym robią dużo szumu i są
przemądrzali. Nie podobały im się nasze poczynania tutaj, w Ziemi
Izraela, gdyż skąpili nam każdego, najmniejszego nawet skrawka ziemi -
bagnistej, skalistej czy pustynnej. Tam, w świecie, wszystkie ściany
pokryte były nienawistnymi napisami: "Żydki precz do Palestyny", i oto,
gdy przenieśliśmy się do Palestyny, Całyświat podniósł larum: "Żydki
precz z Palestyny".
Nie tylko Całyświat, ale i Ziemia Izraela była daleko: gdzieś tam, hen
za górami, wyrastała nowa rasa Żydów herosów, rasa ludzi smagłych,
krzepkich, małomównych i pragmatycznych, w niczym nieprzypominająca
Żydów z diaspory, w niczym niepodobna do mieszkańców Kerem Awraham.
Chłopcy i dziewczęta, nieugięci pionierzy, śniadzi i milczący, którzy z mroków nocy zdołali uczynić swego sprzymierzeńca, którzy przełamali
wszelkie bariery nawet w sprawach męsko-damskich i damsko-męskich. Nie
wstydzili się niczego. Dziadek Aleksander powiedział kiedyś: "Oni
wierzą, że w przyszłości stanie się to takie proste, że chłopak będzie
mógł po prostu podejść do dziewczyny i poprosić ją o to, a może nawet
dziewczyny, nie czekając, aż je chłopcy poproszą, same ich będą o to
prosić, tak jak się prosi o szklankę wody". Wuj Becalel, krótkowidz,
odparł z ubraną w uprzejme słowa irytacją: "Ale czyż nie jest rzeczą
arcybolszewicką tak zdeptać każdy sekret i tajemnicę?! Tak przekreślić
wszelkie uczucie?! Tak zmienić nasze życie w szklankę letniej wody?!".
Wuj Nechemia ze swego kąta począł zawodzić dwa wersy pieśni, które
zabrzmiały w moich uszach niczym ryk zdesperowanego zwierza: "Ma
ścieeeżka się wije, umyka jak wąż, / I nadal przede mną szmat drooogi, /
- oj, mame - Choć zdążam do przodu, tyś w dali jest wciąż, / Już księżyc
bym prędzej dogooonił!". Na to ciocia Cypora po rosyjsku: "No, dość już
tego. Czyście wszyscy poszaleli? Przecież dziecko was słucha!". I tak
przechodzili na rosyjski.
* * *
Owi pionierzy przebywali gdzieś poza naszym horyzontem, w Galilei, w Szaronie, w dolinach. Silni chłopcy o gorących sercach, lecz milczący i zadumani, oraz dziewczyny o pełnych kształtach, bezpośrednie, opanowane,
jak gdyby już wszystko wiedziały, wszystko rozumiały, znały i ciebie, i całe twoje zakłopotanie, a mimo to traktowały cię życzliwie, z powagą i szacunkiem, nie jak dziecko, ale jak każdego innego człowieka, tyle że
na razie małego.
Pionierzy i pionierki wydawali mi się silni, poważni i dyskretni, zdolni
śpiewać w kręgu zarówno rzewne, rozdzierające serce pieśni miłosne, jak
i swawolne czy sprośne piosenki, tak przerażająco śmiałe, że
przekraczały granice wszelkiego wstydu, potrafili zapamiętać się w żywiołowym tańcu aż do utraty tchu, zdolni do samotnych rozmyślań, do
życia w polu i pod namiotem, do wszelkiej ciężkiej pracy, "Zawsze
jesteśmy na rozkazy", "Chłopcy, co spokojnej orki ci życzyli, dziś na
karabinach pokój ci przynoszą!", "Gdziekolwiek nas poślą - tam nasze
spojrzenie". Umieli dosiadać dzikich koni i jeździć na traktorach z szerokimi gąsienicami, mówili po arabsku, znali jaskinie i wadi, nieobce
im były pistolet i granat, a przy tym czytali poezję i dzieła
filozoficzne, mieli rozległą wiedzę. Nie okazywali uczuć, czasami późnym
wieczorem w namiotach przy świetle świecy rozmawiali ze sobą po cichu o sensie życia i o wyborze, którego trzeba dokonać, z zaciśniętymi zębami,
między miłością a obowiązkiem oraz między dobrem narodu a sprawiedliwością.
Niekiedy chodziłem z kolegami na plac rozładunkowy produktów rolnych,
aby zobaczyć, jak pionierzy przybywają spoza Gór Mroku ciężarówką
obładowaną płodami ziemi, "W mundurach i butach swych ciężkich,
wojskowych"2, i pałętałem się przy
nich, aby wdychać zapach siana, odurzać się woniami dalekich stron: tam,
u nich, dzieją się naprawdę wielkie rzeczy. To właśnie tam buduje się
kraj i naprawia świat, tworzy się nowe społeczeństwo, które odciska
piętno na krajobrazie i historii, to tam orze się pola i zakłada
winnice, tworzy się nową poezję, jeździ pod bronią na końskim grzbiecie
i odpowiada ogniem na ogień arabskich prowokatorów, a z nędznego
ludzkiego pyłu kształtuje się waleczny lud.
Marzyłem po cichu, że pewnego dnia zabiorą ze sobą i mnie. Że mnie też
przemienią w członka walecznego ludu. Że również moje życie stanie się
nową poezją, życiem czystym, prostym i zwyczajnym jak szklanka zimnej
wody w upalny dzień.
* * *
Za Górami Mroku leżał również ówczesny Tel Awiw, kipiące życiem miasto,
z którego przybywały do nas gazety, wieści o teatrze, operze i balecie,
o kabarecie i o sztuce nowoczesnej, o stronnictwach politycznych, echa
burzliwych sporów, a także strzępy plotek. Tam, w Tel Awiwie, byli
wielcy sportowcy. I było tam morze, całe pełne opalonych Żydów, którzy
umieją pływać. Kto umiał pływać w Jerozolimie? Kto w ogóle kiedykolwiek
słyszał o pływających Żydach? To były całkiem inne geny. Mutacja. "Jak
cud narodzin motyla z poczwarki".
Już w samym słowie "Telawiw" tkwił jakiś szczególny, tajemniczy czar.
Kiedy ktoś mówił "Telawiw", od razu widziałem w wyobraźni krzepkiego
chłopaka w niebieskiej roboczej koszulce, opalonego i barczystego,
nieustraszonego poetę-robotnika-rewolucjonistę, mówiło się o nim
chewreman - junak, miał kręcone włosy, nosił na bakier, po zawadiacku
czapkę z daszkiem, palił matossiany i był z całym światem za pan brat:
za dnia ciężko pracował, przy układaniu bruku albo w żwirowni, wieczorem
grał na skrzypcach, nocą tańczył z dziewczynami albo śpiewał dla nich
rzewne pieśni na piaszczystych wydmach przy świetle pełni, a nad ranem
wyjmował z kryjówki rewolwer albo stena, po czym wymykał się w ciemności, aby bronić pól i domów.
Jakże daleko był Tel Awiw! Przez wszystkie lata dzieciństwa odwiedziłem
go nie więcej niż pięć czy sześć razy: jeździliśmy tam na święta do
ciotek, sióstr mamy. Nie tylko telawiwskie światło różniło się wówczas
od jerozolimskiego jeszcze bardziej niż teraz, ale nawet panowały tam
zupełnie inne prawa grawitacji. Chodziło się inaczej: w podskokach,
niczym Neil Armstrong na Księżycu.
U nas w Jerozolimie chodziło się zawsze trochę jak w kondukcie żałobnym
albo jak ktoś spóźniony na koncert: najpierw stawia się czubek buta i ostrożnie bada teren. Później, gdy się już postawiło całą stopę, nie
śpieszy się, żeby ją unieść: po dwóch tysiącach lat zdobyliśmy prawo
wstępu do Jerozolimy, więc tak prędko z niego nie zrezygnujemy. Jeśli
uniesiemy nogę, zaraz ktoś przyjdzie i odbierze nam nasz kawałek gruntu,
zrabuje ubogiemu jedyną owieczkę. Z drugiej strony, skoro uniosłeś już
stopę - nie śpiesz się, by ją z powrotem postawić. Kto wie, co za
kłębowisko żmij się tam kotłuje, nieprzyjaciele, intryganci. Wszak przez
tysiąclecia krwią przypłacaliśmy pochopność i nieustannie wpadaliśmy w ręce nieprzyjaciela i wroga dlatego, że stawialiśmy stopę, nie
sprawdziwszy gdzie. Tak mniej więcej przedstawiał się jerozolimski
sposób chodzenia. Ale w Tel Awiwie - szkoda słów! To miasto było
zupełnie jak szarańcza. Rzeka ludzi, rzeka domów, rzeką płynęły też
ulice i place, i morski wiatr, i piaski, i aleje, i nawet chmury na
niebie.
Kiedyś wybraliśmy się do Tel Awiwu na wigilię święta Pesach. Wczesnym
rankiem, kiedy wszyscy jeszcze spali, ubrałem się i poszedłem bawić się
sam na małym skwerku, gdzie stały jedna czy dwie ławki, huśtawka,
piaskownica, rosło kilka młodych drzewek, na których śpiewały już ptaki.
Po kilku miesiącach, w Rosz ha-Szana, znów pojechaliśmy do Tel Awiwu,
ale skweru już nie było. Przeniesiono go wraz z drzewkami, huśtawką,
ławką, ptakami i piaskownicą na drugi koniec ulicy. Byłem zdruzgotany. W głowie mi się nie mieściło, jak to możliwe, że Ben Gurion i właściwe
instytucje pozwalają zrobić coś podobnego. Jak to? W takim razie może
jutro przeniosą Górę Oliwną? Wieżę Dawida? Ścianę Płaczu?
O Tel Awiwie rozmawiało się u nas z zazdrością, podniosłym tonem, z uwielbieniem i jakby poufnie: jak gdyby Tel Awiw był tajnym,
strategicznym projektem narodu żydowskiego, projektem, o którym lepiej
za dużo nie rozmawiać, bo ściany mają uszy, a wszędzie aż się roi od
wrogów i agentów nieprzyjaciela.
Tel Awiw. Morze. Światło. Błękit, piasek, rusztowania, aula Ohel Szem,
kioski przy alejach, białe hebrajskie miasto nakreślone prostymi
liniami, wyrastające spośród gajów pomarańczowych i wydm. To nie jest
miejsce, do którego ot, tak kupuje się bilet i jedzie sobie autobusem
"Egedu". To inny kontynent.
* * *
Przez lata mieliśmy ustalony system łączności telefonicznej z rodziną w Tel Awiwie. Dzwoniliśmy do nich raz na trzy, cztery miesiące, choć ani
oni, ani my nie mieliśmy telefonu. Najpierw wysyłaliśmy list do wuja
Cwiego i cioci Chai, w którym pisaliśmy, że dziewiętnastego, to jest w środę, ponieważ w środy Cwi kończy pracę w przychodni już o trzeciej,
zatem o piątej zadzwonimy z naszej apteki do waszej. List wysyłaliśmy z dużym wyprzedzeniem, a następnie czekaliśmy na odpowiedź. W odpowiedzi
ciocia Chaja i wuj Cwi zapewniali nas, że w środę dziewiętnastego jak
najbardziej im pasuje i że oczywiście będą czekać w aptece nieco przed
piątą, przy czym zaznaczali, że mamy się nie niepokoić, jeśli z jakiejś
przyczyny dodzwonimy się trochę po piątej, na pewno nie uciekną.
Nie pamiętam, czy z okazji wyjścia do apteki na rozmowę z Tel Awiwem
wkładaliśmy lepsze ubrania, ale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.
Przygotowywaliśmy się do tego jak do święta. Już w niedzielę tato mówił
do mamy: "Fania, pamiętasz, że to w tym tygodniu dzwonimy do Tel
Awiwu?". W poniedziałek mama mówiła: "Arie, nie wracaj zbyt późno
pojutrze, bo będzie niewypał". We wtorek zaś oboje zwracali się do mnie:
"Amos, żebyś nam tylko czegoś nie wywinął, słyszysz, żebyś nam tylko nie
zachorował, nie przeziębił się ani nie przewrócił aż do jutra po
południu". Ostatniego wieczoru udzielali mi wskazówek: "Połóż się
wcześnie spać, żebyś miał jutro siłę przy telefonie, nie chcę, żeby
sobie pomyśleli, że nic nie jadłeś".
W ten sposób budowali napięcie. Mieszkaliśmy przy ulicy Amosa, a apteka
znajdowała się w odległości pięciu minut marszu, przy Sofoniasza, ale
już o trzeciej tato mówił:
- Nie zaczynaj nic nowego, żebyś nie musiała się potem śpieszyć.
- O mnie się nie martw, uważaj tylko z tymi swoimi książkami, żebyś się
nie zaczytał i nie zapomniał.
- Ja miałbym zapomnieć? Przecież co chwilę patrzę na zegar. Zresztą Amos
mi przypomni.
Tak oto, będąc pięcio- czy sześciolatkiem, dźwigałem już na swoich
barkach odpowiedzialność dziejową. Zegarka na rękę nie miałem ani nie
mogłem mieć, toteż co chwila biegałem do kuchni, żeby zobaczyć, co mówi
tykający tam zegar ścienny, i ogłaszałem, jakbym miał wysłać rakietę w kosmos: jeszcze dwadzieścia pięć minut, jeszcze dwadzieścia, piętnaście,
dziesięć i pół minuty - a gdy wypowiadałem słowa "dziesięć i pół
minuty", wszyscy troje wstawaliśmy, zamykaliśmy dom na cztery spusty i wyruszaliśmy w drogę. W lewo do sklepu spożywczego pana Austera, w prawo
w ulicę Zachariasza, w lewo w Malachiasza, w prawo w Sofoniasza, i zaraz
wchodziliśmy do apteki, mówiąc: "Dzień dobry, panie Heinemann, jak się
pan miewa? Przyszliśmy zatelefonować". Pan Heinemann wiedział
oczywiście, że w środę przyjdziemy zadzwonić do krewnych w Tel Awiwie,
jak również o tym, że Cwi pracuje w przychodni i że Chaja pełni ważną
funkcję w Radzie Kobiet Pracujących, a Jigal wyrośnie na sportowca, oraz
że przyjaźnią się oni z Goldą Myerson i Miszą Kolodnym, którego tutaj
nazywano Misza Kol, mimo wszystko jednak przypominaliśmy mu:
"Przyszliśmy zatelefonować do krewnych w Tel Awiwie". Pan Heinemann
odpowiadał: "Tak, oczywiście. Proszę, niech państwo usiądą". Potem
opowiadał nam swój stały dowcip telefoniczny: "Pewnego razu na Kongresie
Syjonistycznym w Zurychu z któregoś z bocznych pomieszczeń dobiegły
nagle potworne wrzaski. Berl Locker zapytał Herzfelda, co to za krzyki,
na co Herzfeld odparł, że to deputowany Rubaszow rozmawia właśnie z Ben
Gurionem w Jerozolimie. "Rozmawia z Jerozolimą, zdziwił się Locker, to
dlaczego nie skorzysta z telefonu?"" Tato mówił wtedy: "To może ja już
wykręcę". Mama: "Za wcześnie, Arie. Jeszcze parę minut". On zaś
odpowiadał: "Tak, ale zanim uzyskamy połączenie..." (numeru nie
wykręcało się wtedy bezpośrednio). Mama na to: "No, ale co się stanie,
jeżeli połączymy się od razu, a ich tam jeszcze nie będzie?". Tato
odpowiadał: "W takim przypadku po prostu spróbujemy jeszcze raz". A mama: "Nie, zmartwią się. Pomyślą, że przegapili nasz telefon". Kiedy
się tak przekomarzali, dochodziła już piąta, tato podnosił słuchawkę, na
stojąco, a nie na siedząco, i zwracał się do telefonistki: "Dzień dobry
pani. Poproszę z Tel Awiwem, numer 648" (albo coś podobnego - żyliśmy
wtedy w świecie trzycyfrowym). Czasami zdarzało się, że telefonistka
odpowiadała: "Proszę jeszcze chwileczkę poczekać, w tej chwili rozmawia
dyrektor poczty". Albo pan Siton. Albo pan Naszaszibi, a my byliśmy
nieco spięci, no bo co to będzie? Co oni tam o nas pomyślą?
Mogłem sobie bez trudu wyobrazić ten samotny przewód łączący Jerozolimę
z Tel Awiwem, a przez niego z całym światem. Ta właśnie linia była
zajęta i dopóki się nie zwolniła, dopóty byliśmy odcięci od świata. Drut
wił się przez pustkowia, pośród kamieni, plątał się wśród gór i dolin, a ja miałem to za istny cud. I truchlałem, zastanawiając się nad tym, co
się stanie, jeśli w nocy przyjdą dzikie zwierzęta i ten drut przegryzą?
Albo przetną go źli Arabowie? Albo jeśli zamoknie na deszczu? Albo wśród
suchych krzaków wybuchnie pożar? Kto to wie. Biegnie tam sobie taki
drucik, cienki, słaby, niepilnowany, smaży się na słońcu, kto wie. Byłem
pełen wdzięczności dla ludzi, którzy ten drut przeciągnęli, odważnych, o zręcznych dłoniach. To przecież wcale nie takie łatwe przeciągnąć drut z Jerozolimy aż do Tel Awiwu. Wiedziałem z doświadczenia, jak się musieli
namęczyć: kiedyś ciągnęliśmy sznur, szpagat, ode mnie z pokoju do pokoju
Elijahu Friedmana, w sumie na odległość dwóch domów i podwórza - niemałe
przedsięwzięcie, bo po drodze drzewa, sąsiedzi, magazyn, płot, schody i krzaki.
Po odczekaniu paru chwil ojciec, wychodząc z założenia, że dyrektor
poczty albo pan Naszaszibi skończył już rozmowę, znów podnosił słuchawkę
i mówił do telefonistki: "Przepraszam panią. Wydaje mi się, że prosiłem
o rozmowę z Tel Awiwem, numer 648". Ona odpowiadała: "Już zanotowałam,
proszę pana. Proszę czekać" (albo: "Proszę uzbroić się w cierpliwość").
Tata odpowiadał: "Czekam, proszę pani, oczywiście, że czekam, ale po
drugiej stronie też czekają ludzie". W ten sposób dawał jej grzecznie do
zrozumienia, że wprawdzie jesteśmy kulturalni, ale nasze opanowanie i powściągliwość też mają swoje granice. Owszem, jesteśmy ludźmi dobrze
wychowanymi, ale nie frajerami; nie jesteśmy jak owce prowadzone na
rzeź. Czasy, kiedy nad Żydami każdy mógł się pastwić i postępować z nimi, jak mu się żywnie podoba, należą już bezpowrotnie do przeszłości.
I wtedy w aptece nagle dzwonił telefon. Na ten dźwięk serce zawsze nam
podskakiwało, a po plecach przebiegały ciarki. Magiczna chwila. Rozmowa
zaś przebiegała mniej więcej tak:
- Halo, Cwi?
- Przy telefonie.
- Tu Arie. Z Jerozolimy.
- Tak, Arie, witaj, tutaj Cwi, jak się macie?
- U nas wszystko w porządku. Mówimy do was z apteki.
- My też. Co nowego?
- Wszystko po staremu. A jak u was, Cwi? Co powiesz?
- W porządku, nic specjalnego. Żyje się.
- Skoro nic nowego, to dobrze. U nas też żadnych nowości. Wszystko w najlepszym porządku. A co u was?
- Tak samo.
- No to wspaniale. W takim razie teraz niech Fania z wami porozmawia.
I znów to samo: "Co słychać? Co nowego?". A potem: "Teraz jeszcze Amos
zamieni z wami parę słów".
I to była cała rozmowa. Co słychać? Dobrze. No to w takim razie wkrótce
znów się odezwiemy. Miło było was usłyszeć. Was też było miło usłyszeć.
Wyślemy list i umówimy się na następny termin. Pogadamy. Tak,
porozmawiamy koniecznie. Niedługo. Do zobaczenia i trzymajcie się.
Wszystkiego dobrego. Nawzajem.
* * *
To jednak nie było zabawne: życie wisiało na włosku. Rozumiem teraz, że
oni wcale nie byli pewni, czy rzeczywiście kiedyś jeszcze ze sobą
porozmawiają czy nie, może to był ostatni raz, bo kto wie, co się
przydarzy - wybuchną zamieszki, dojdzie do pogromu, rzezi, Arabowie
zaczną nas wszystkich wyrzynać w pień, przyjdzie wojna, zdarzy się
wielka katastrofa, przecież hitlerowskie czołgi podeszły niemal pod nasz
próg z dwóch kierunków, z Afryki Północnej i od strony Kaukazu. Kto wie,
co nas jeszcze czeka. Ta pusta rozmowa bynajmniej nie była pusta - była
tylko uboga.
Te rozmowy telefoniczne pomagają mi teraz zrozumieć coś ważnego,
mianowicie z jakim trudem przychodziło im - wszystkim, nie tylko moim
rodzicom - wyrażanie osobistych uczuć. Z wyrażaniem uczuć zbiorowych nie
mieli żadnego kłopotu - byli ludźmi wrażliwymi i umieli mówić. Oho,
jeszcze jak umieli. Przez bite trzy, cztery godziny potrafili gorączkowo
dyskutować o Nietzschem, Stalinie, Freudzie i o Żabotyńskim, angażując
się w to bez reszty, popadając w rzewny patos, śpiewając pieśni, mówili
o kolonializmie, o antysemityzmie, o sprawiedliwości, o "kwestii
gruntów", o "kwestii kobiecej", o "kwestii sztuki wobec życia". Ale
kiedy próbowali wyrazić własne uczucia, zawsze wypadało to nieco
sztywno, sucho, może nawet bojaźliwie, bo od wielu wieków musieli je
tłumić w sobie i przestrzegać zakazów. Zakazów dwojakich, dwóch układów
hamulcowych: dobre maniery europejskiej burżuazji potęgowały siłę
zahamowań właściwych małemu miasteczku ortodoksyjnych Żydów. Słowa "nie
wolno", "nie jest przyjęte" albo "nie wypada" dotyczyły niemal
wszystkiego.
Prócz tego dawał się wtedy we znaki poważny niedostatek słownictwa:
hebrajski nie był jeszcze językiem dostatecznie naturalnym, a już na
pewno nie intymnym, i trudno było przewidzieć, co właściwie człowiekowi
wyjdzie, kiedy mówi po hebrajsku. Nigdy nie mogli mieć pewności, że nie
wymsknie im się coś komicznego, a ośmieszenia bali się dniem i nocą. I to śmiertelnie. Nawet ludzie, którzy tak jak moi rodzice dobrze znali
hebrajski, nie władali nim naprawdę biegle. Mówili w tym języku z niejaką obawą o precyzję. Często się powtarzali, formułując na nowo to,
co już przed chwilą powiedzieli. Tak być może czuje się kierowca
krótkowidz, który prowadząc nocą nieznany sobie pojazd, stara się
przebić na wyczucie przez gęstwinę wąskich uliczek obcego miasta.
Pewnego razu przyjechała do nas na szabat w gości przyjaciółka mojej
mamy, Lilia Bar Samcha, nauczycielka. Używając słów wyłącznie w ich
oficjalnych, słownikowych znaczeniach, bez żenady w kółko powtarzała w czasie rozmowy "jestem przerażona", nie zdając sobie sprawy, że słowo,
którym się posługuje, dość jednoznacznie kojarzy się z "pierdzeniem".
Raz czy dwa powiedziała nawet "on jest w przerażającej sytuacji" i kiedy
wreszcie parsknąłem śmiechem, oni nie rozumieli, co w tym śmiesznego,
albo przynajmniej udawali, że nie rozumieją. Tak samo było, kiedy
chcieli powiedzieć, że ciotka Klara zawsze "psuje frytki", a w gruncie
rzeczy mówili "sra frytkami", albo gdy tato rozprawiał o "wyścigu
zbrojeń" (czytaj: dymania) między mocarstwami bądź z irytacją
protestował przeciw decyzji państw NATO o rozpoczęciu "zbrojenia
(dymania)" Niemiec, ażeby powstrzymać zapędy Stalina.
Twarz ojca z kolei przybierała wyraz oburzenia za każdym razem, gdy
użyłem najzupełniej niewinnego słowa "wykiwać". Nigdy nie rozumiałem,
czemu go ono drażni. On sam, rzecz jasna, tego mi nie wyjaśniał, a zapytać nie było można. Po latach dowiedziałem się, że zanim przyszedłem
na świat, w latach trzydziestych, "wykiwać" znaczyło tyle co "zrobić
dziecko", a nawet gorzej, bo zrobić dziewczynie dziecko, a potem się z nią nie ożenić. Czasami, zdaje się, używano też zwrotu "wykiwać ją" w znaczeniu "przespać się z nią": "Tamtej nocy w pakowalni wykiwał ją dwa
razy, a rano łajdak udawał, że w ogóle jej nie zna". Tak więc, kiedy
mówiłem, że "Uri wykiwał siostrę", tato wykrzywiał usta i marszczył
lekko nos. To oczywiste, że nigdy mi nie wyjaśnił dlaczego - no bo jak?
W intymnych chwilach nie rozmawiali ze sobą po hebrajsku, a w tych
najintymniejszych chyba w ogóle nie rozmawiali. Milczeli. Na wszystkim
kładł się cień strachu, by nie wypaść komicznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Co z tobą?! Widzisz, chłopiec jest tutaj! (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza, chyba że zaznaczono inaczej). [wróć]
Cytat z wiersza Natana Altermana Srebrna taca w przekładzie Szoszany Raczyńskiej (Natan Alterman, Wybór wierszy, Jaron Golan, Tel Awiw 1977, s. 3). [wróć]