Opowieść o 47 Roninach - John Allyn

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Opowieść o 47 roninach jest niezwykłą historią o grupie samurajów, którzy rzucili wyzwanie prawom cesarza i poszli na pewną śmierć, chcąc pomścić niełaskę i dyshonor swojego lennego pana.
Początki tej historii sięgają roku 1701. Pan Asano zostaje podjudzony do napaści na skorumpowanego cesarskiego dworaka. Choć rana, jaką zadał, jest tylko nieznaczna, imperator postanawia surowo go ukarać - panu Asano nakazuje się popełnienie rytualnego samobójstwa, seppuku. Ziemie pana Asano zostają skonfiskowane, a rodzina pozbawiona honoru i skazana na wygnanie. Jego samurajowie stają się bezpańskimi roninami - rozpraszają się po całym kraju.
Przez wiele miesięcy szpiedzy nieprzyjaciół bacznie obserwują roninów. Nie ufają rezygnacji, z jaką wygnańcy poddają się losowi. Dawni samuraje pana Asano pokornie przyjmują wyrok cesarza i z mniejszym lub większym powodzeniem zaczynają nowe życie, zajmując się kupiectwem lub nauczaniem. Ich przywódca, Oishi, kompletnie załamany - popada w nałóg pijaństwa.
Jednak pokora, z jaką roninowie przyjmują swój los jest tylko pozorna. Starannie planują zemstę, odliczając czas, który dzieli ich od godziny odwetu. Ich działania i czyny stają się źródłem bodaj najbardziej pieczołowicie przekazywanej z pokolenia na pokolenie japońskiej opowieści o odwadze, zdradzie, podstępie i lojalności. Od czasów, gdy przez feudalną Japonię przetoczyły się pierwsze wieści o czynach roninów, aż po dziś dzień ta historia odtwarzana jest w sztukach teatralnych, prezentowana drukiem w książkach, ukazywana w filmach i telewizyjnych serialach.
Chociaż wiele szczegółów utonęło już w rzece czasu, John Allyn, wykonując wspaniałą pracę, przedstawia czytelnikom Opowieść o 47 Roninach. Historię niezwykle zajmującą i pełną niespodziewanych zwrotów akcji, która pozostaje wierna duchowi czasów, kiedy samuraje byli wzorcami honoru i lojalności - wartości, za które warto było umierać.
Czym wśród kwiecia są kwiaty wiśni, Tym wśród mężów są samuraje.Japońskie powiedzenie
Od Autora
Na początku XVIII stulecia Japonia była krajem targanym sprzecznościami i pogrążonym w zamęcie. Na pełnym przekupnych urzędników dworze szoguna w Edo często odbywały się wystawne uroczystości, a w dzielnicach rozkoszy starego Kioto bawiono się hucznie, zupełnie nie przejmując się ubóstwem reszty społeczeństwa. Rozkwitały sztuki: właśnie wtedy narodził się popularny teatr. Bogaci kupcy zdobywali coraz większe wpływy, a to oznaczało koniec przywilejów dla zawodowych wojowników - samurajów. Ci, mając handel oraz prowadzenie interesów w głębokiej pogardzie, odczuwali to szczególnie boleśnie.
Wśród tych wszystkich oszałamiających, burzących dawny porządek zmian zdarzały się akty gwałtu i przemocy. Najczęściej przybierały formę "ryżowych buntów" chłopstwa, które szogun, militarny władca Japonii, obciążał wysokimi podatkami. To, że równie często nie buntowali się samuraje, należało przypisać doskonałemu systemowi ich szkolenia i bardzo wysokiej dyscyplinie wojowników.
A jednak nawet samuraje niekiedy nie wytrzymywali poniżenia czy niesprawiedliwości. Szczególnie wtedy, gdy impulsywny i zapalczywy młody lenny pan popadał w konflikt z zepsutymi i zniewieściałymi dworakami.
Historia, którą zamierzamy opowiedzieć, zdarzyła się w 1701 roku w Edo. Powodowany gniewem i desperacją pan Asano z Ako rzucił się z mieczem na skorumpowanego dworzanina, uruchamiając łańcuch wydarzeń, które zaowocowały jednym z najbardziej krwawych aktów zemsty w całej historii feudalnej Japonii. Wydarzenia te wstrząsnęły krajem i wpędziły szoguna zarówno w moralny, jak i prawny impas. Kiedy ta historia dobiegła końca, Japonia zyskała nowych bohaterów - czterdziestu siedmiu roninów.
Historyczne fakty dotyczące ich czynu są niepodważalne, ale szczegóły poczynań zaginęły już w mrokach dziejów. W opowieściach, pieśniach, dramatach i filmach powstało wiele mocno różniących się od siebie wersji.
Powieść niniejsza jest próbą przedstawienia czytelnikom z Zachodu tego, co mogło się wydarzyć w tych barwnych czasach. Japonia odgrodzona była od reszty świata, a stare tradycje i zwyczaje wciąż jeszcze miały nad ludźmi władzę.
John Allyn
Źle się dzieje w Edo
13 marca 1701 roku
Słońce zaczęło już opadać ku zachodowi, oblewając czerwienią wody otaczające Wyspy Japońskie. Wysoki mężczyzna o zaciśniętych wargach, jadący na zaniedbanym ogierze ścieżką biegnącą nieopodal brzegu Morza Wewnętrznego, osłonił dłonią oczy.
Nazywał się Oishi i był dowódcą oddziału przybocznych samurajów pana Asano, dziedzicznego władcy tego górskiego księstewka. Wracał do zamku Ako, kończąc całodzienną przejażdżkę konną wraz z małą córeczką pana Asano. Dziewczynka jechała obok niego na kucyku o zmierzwionej grzywie.
Tworzyli osobliwą parę. Oishi, który niedawno ukończył czterdzieści lat, był mężczyzną przystojnym, miał wysoko sklepione czoło, zdecydowanie zarysowaną szczękę, roztaczał wokół atmosferę spokojnej, ale władczej pewności siebie. Jego włosy, spięte w kunsztowny węzeł, fałdzista suknia hakama i dwa zatknięte za pas miecze świadczyły, że jest samurajem. Dziecko, odziane w kimono oraz obi, było drobne, żwawe i barwne niczym motyl. A jednak mimo różnic oboje czuli się dobrze i swobodnie w swoim towarzystwie. Dziewczynka nie musiała przestrzegać surowych zasad dyscypliny, jakimi krępowali ją rodzice; Oishi zaś w obecności dziecka, szczególnie obcego, mógł na chwilę zapomnieć o sztywności i nawet pozwalał sobie na żarty.
O tej porze, gdy umęczone konie człapały ku domowi, trwająca pomiędzy samurajem a dziewczynką rozmowa ucichła. Oishi był przygnębiony i zaskoczony tym, co zobaczył w pobliskim miasteczku, a dziewczynka uszanowała jego milczenie.
Przez całe życie Oishiemu towarzyszyły buddyjskie zasady przeciwstawiające się gwałtom i okrucieństwom, w praktyce jednak łagodził je zdrowy rozsądek. Czasami ktoś musiał kogoś zabić w obronie własnej albo - w przypadku, gdy zabijał zwierzę - żeby zdobyć pożywienie. Oishi zawsze potępiał okrucieństwo turniejów, na których zabijano psy włóczniami albo strzałami z łuków. Nie miał nic przeciwko temu, żeby tego rodzaju rozrywki zostały zakazane, ale nowe, ogłoszone w imieniu szoguna Prawa Ochrony Życia posuwały się znacznie dalej. Obecnie zwierzęta były o wiele bardziej uprzywilejowane niż ludzie i ten nowy sposób myślenia, wywracający do góry nogami odwieczny porządek rzeczy, wpędził gospodarkę kraju w kompletny chaos.
Oishi zobaczył w miasteczku wieśniaków, kiedyś nieźle prosperujących, dziś błagających o jakąkolwiek pracę. Nie mogli walczyć ze szkodnikami niszczącymi ich zbiory. Lisy, borsuki, ptactwo i owady hulały po polach, podczas gdy ci, co je obsiali, musieli stać i bezsilnie patrzeć na ginące plony.
Oishi wiedział, że na tyłach niektórych cieszących się dobrą sławą sklepów sprzedaje się drób, ale wiedział też, że w sumie rzadko kto łamie prawo. Administracyjna machina rządu szoguna była wyjątkowo skuteczna w wyłapywaniu przestępców. Za zabicie zwierzęcia karano wyjątkowo surowo. "Przestępca", który zabił zwierzę, zwykle sam tracił życie.
Byli też inni, którzy znaleźli się w równie ciężkim położeniu jak wieśniacy. Zakazano takich zajęć, jak myślistwo, rybactwo czy garbarstwo, więc ci, którzy żyli z tych profesji, także zbiegli do miast, szukając sposobów na utrzymanie rodzin. Ku swej konsternacji odkrywali, że ciężko jest znaleźć pracę, a ceny żywności - dostarczanej przez wieśniaków w bardzo niewielkich ilościach - podskoczyły do niebotycznego poziomu. Jedyne, co potaniało, to usługi młodych dziewcząt. Wieśniacy sprzedawali do domów uciech swoje córki, aby jakoś przetrwać złe czasy.
Oishi, jak zawsze gdy jechał przez miasto z córeczką pana Asano, omijał tak zwane dzielnice rozkoszy. Teraz jednak domów publicznych przybyło tak bardzo, że dotarły do głównej ulicy i nie było sposobu, żeby je ominąć. Oishi stwierdził, że jedynym określeniem na tę sytuację może być słowo "haniebna", i postanowił po powrocie o wszystkim opowiedzieć panu.
Jego własna warstwa społeczna nie ucierpiała na skutek tych przemian - samuraje byli opłacani z funduszy powstających w wyniku sprzedaży ryżu z pól ich pana. Z drugiej jednak strony edykty szoguna wpływały również na ich życie, choć w inny sposób.
Nie uprawiano już łucznictwa i nie organizowano zawodów w strzelaniu z tej broni, ponieważ brakowało gęsich lotek na opierzenie strzał. Nie wyprawiano się już na łowy z sokołami, ponieważ te powypuszczano na wolność i nawet na dworze szoguna zrezygnowano z usług sokolnika. Jeździectwo stało się zapomnianą sztuką, ponieważ nie wolno już było, pod karą wygnania, podkuwać koni ani przycinać ich grzyw. Najgorszy jednak był upadek moralności, który niczym zaraza rozlewał się z dworu szoguna po całym kraju. Tak przynajmniej uważał Oishi.
Jako syn samuraja, Oishi spędził dzieciństwo na studiowaniu etyki Konfucjusza, co było częścią niezbędnego szkolenia wojownika, dla którego wierność i lojalność są równie ważne jak sprawność i dzielność na polu walki. Z tego też powodu ze zdumieniem słuchał wiadomości o tym, że tańce i sztuki teatralne, jakim z zapałem oddawano się w stolicy szoguna Tsunayoshi - Edo, wywierały niszczący wpływ na morale zakwaterowanych tam samurajów. Docierały doń nawet plotki, że samurajów widywano w teatrach kabuki w Kioto, będącym w równej mierze miastem rozkoszy co świątyń. Temu jednak Oishi już nie dawał wiary.
Podobne rzeczy zdarzały się od pewnego czasu, ale aż do dzisiejszej wizyty w miasteczku samuraj nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pogorszyła się sytuacja. Właśnie zaczął układać w głowie raport dla pana Asano, kiedy myśl o ojcu dziewczynki przypomniała mu o towarzyszce. Dziewczynka, jakby odgadując zmianę toru jego myśli, uśmiechnęła się do niego, ale jej twarzyczka zaraz nabrała poważniejszego wyrazu.
- Wujku? - zapytała. - Dlaczego wszystkie gospodarstwa wieśniaków wyglądają na tak zaniedbane? Nie ma nikogo, kto by o nie dbał? Nie sądzisz, że powinieneś zameldować mojemu ojcu, iż wieśniacy nie przykładają się do swoich zajęć?
Oishi roześmiał się tak serdecznie, że dziewczynka natychmiast się upewniła, iż sprawy nie mogą stać, aż tak źle.
- Nie powinniśmy chyba zrzucać winy na wieśniaków, dopóki nie spojrzymy na wszystko ich okiem, prawda? - odparł.
- Ale jak mogą się wytłumaczyć z takiego zaniedbania pól? - nie rezygnowała.
- Panienko, to nie dlatego, że się lenią. Chodzi o to, że wedle Praw Ochrony Życia nie wolno im zabijać zwierząt.
- Ale dlaczego nie wolno zabijać zwierząt, nawet tych, które czynią szkody?
- Bo szogun orzekł, że niedobrze jest zabijać zwierzęta. My zaś jesteśmy lojalnymi poddanymi naszego lennego pana, a twojego ojca i nie chcielibyśmy go zhańbić, okazując nieposłuszeństwo JEGO panu, szogunowi.
- Ale dlaczego on wydał takie surowe prawo?
Oishi westchnął. Choć prawo było uciążliwe, potrafił zrozumieć powody, jakimi kierował się Tsunayoshi, kiedy podpisywał edykty.
- Ponieważ bardziej niż czegokolwiek innego na świecie pragnie dziecka. Słodkiej małej istotki, takiej jak ty. Jak wiesz, stracił już jedno, chłopczyka, który umarł w wieku lat czterech. Osobisty kapłan powiedział mu, że aby spłodzić jeszcze jedno, musi odpokutować jakiś grzech popełniony w poprzednim życiu. Tym grzechem było prawdopodobnie bezmyślne pozbawienie życia jakiejś istoty. Wiesz już, że nie zabijamy psów na turniejach. To dlatego, że nasz szogun urodził się w roku Psa i zabicie tego zwierzęcia jest obecnie karane śmiercią.
- Nawet takiego, który się na ciebie rzuci?
Oishi przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- W takim przypadku wszystko może się skończyć dobrze, ale lepiej byłoby mieć świadków, że pies ugryzł cię pierwszy.
Uśmiechnął się i dziewczynka skwitowała jego odpowiedź podobnym uśmiechem. Nie była jednak pewna, czy jej opiekun w istocie nie żartuje. Postanowiła, że o wszystko wypyta ojca, kiedy ten wróci z Edo.
Z okrzykiem radości trąciła piętami boki swojego kucyka i zmusiła go do galopu.
- Ścigajmy się do domu! - krzyknęła, wyprzedziwszy już towarzysza o dziesięć długości konia. Jej włosy rozwiewał wiatr.
Oishi wydał dziki okrzyk atakującego wojownika i pognał za nią. Utrzymywał stałą odległość i oboje przemknęli krętą drogą na szczyt wzgórza. Daleko w dole, pośrodku rozległej równiny, zobaczyli zamek ulokowany tak, by najeźdźcy nie mogli nawet marzyć o niezauważonym podejściu. Warownia dzięki otaczającym ją wysokim kamiennym murom i białym, krytym dachówkami wieżom przedstawiała imponujący widok. Teraz jednak ani samuraj, ani dziewczynka nie zatrzymali się, żeby podziwiać rozciągającą się w dole panoramę.
Gdy gnali po zboczu wzgórza ku bramie, zachodzące słońce rzucało za nimi długie cienie. Przez głowę Oishiego przemknęła myśl, że gdy to samo słońce wstanie jutro rano, będzie to początek ostatniego dnia wizyty pana Asano w Edo. Samuraj miał nadzieję, że w stolicy szoguna, gdzie wymagania etykiety były tak niezwykłe i surowe, wszystko pójdzie dobrze. Pan Asano nie słynął z cierpliwości i im rzadziej musiał brać udział w rozmaitych uroczystościach, tym lepiej. Tak czy owak, wkrótce dowie się o wszystkim. Gdy dziewczynka wpadła już w czeluść bramy, a on sam zwolnił, żeby odebrać honory od wartowników, przez głowę ponownie przemknęła mu ta sama myśl: jutro będzie ostatni dzień.
Honor Asano
Nad Edo, stolicą starej Japonii, wstawał zimny świt. Zapowiadał się nijaki, bezsłoneczny dzień. Chłodny, nadpływający znad gór wiatr łopotał zasłonami w drzwiach wieśniaczych domków na przedmieściach i niósł tumany kurzu wzdłuż pocztowej, południowo-zachodniej drogi.
Lecąc ku miastu, zbierał znad ryżowych pól smród ludzkiego nawozu, korzenny zapach dymu palenisk kuchennych, w których rozniecały ogień wcześnie wstające gospodynie, a na koniec sycił się słoną wonią morskiej wody z zatoki, nad którą wzniesiono Edo.
Nad ziemią wiatr tracił siłę w labiryntach krętych uliczek, wzdłuż których pobudowano kruche drewniane budowle, będące jednocześnie mieszkaniami i miejscami, gdzie prowadziło swoje interesy blisko siedemset tysięcy kupców i artystów rzemiosła. Nad krokwiami dachów wiatr nadal dął silnie ku wyżej położonym gruntom w centrum miasta. Przelatywał nad oblicowaną kamieniami fosą i zaczynał błądzić pomiędzy wieżyczkami zamku Edo - siedziby dworu szoguna Tsunayoshi, władcy całego kraju.
Dokuczliwy wiatr, choć niewidzialny, dawał o sobie znać także dźwiękiem. Przelatując nad cmentarzem oraz placem publicznych kaźni, podchwycił wycie przestraszonego kundla i poniósł je dalej. Inne psy jak na komendę wszczęły piekielny hałas. Powietrze wypełniło dzikie wycie tysiąca błąkających się bezpańsko zwierząt. Diabelski hejnał przybierał na sile, ale zabrzmiał jeszcze bardziej złowrogo, gdy dotarł do legowisk żebraków i szlacheckich dworów, wdzierając się jednako w uszy biedaków i bogaczy...
Pan Asano, daimio i udzielny pan prowincji Ako, który w wieku trzydziestu pięciu lat wciąż zachował chłopięcy wygląd, gnał konno w towarzystwie dowódcy swojej przybocznej straży przez zasnute mgłami łąki, ścigając niebezpiecznego odyńca, nękającego wieśniaków już od pewnego czasu. Gdy tak pędzili we dwójkę wśród coraz bardziej gęstej mgły, uszy pana Asano zaczął drażnić niesamowity dźwięk płoszący jego konia. Jadący za nim Oishi z szacunkiem wstrzymał swojego rumaka, jednak pan Asano niecierpliwie pognał wierzchowca ostrogami i znikł samurajowi z oczu.
- Panie mój! - zawołał za nim zaniepokojony nagle Oishi. - Wracaj! Wracaj, panie!
Pan Asano był jednak człowiekiem zbyt dumnym i upartym, by zawrócić. Gnał dalej przez mgłę, aż ów niesamowity dźwięk przeistoczył się w ogłuszające wycie i szczekanie. Daimio poczuł tchnienie grozy, zatracił się w tym wyciu, gubiąc poczucie kierunku. W bieli otulającej wszystko mgły nie mógł niczego zobaczyć i poczuł, że traci równowagę. Wycie przybierało na sile i pojął, że musi walczyć o duszę, o życie z demonami, które czyhały, żeby go pożreć. Wydał z siebie rozpaczliwy okrzyk pomocy - i w tej samej chwili obudził się w swoim domu, stojącym nieopodal zamku szoguna w Edo. Usłyszał wycie psów, które cichło, w miarę jak cichła wichura, która je przyniosła.
- Mężu! - krzyknęła jego małżonka, unosząc się na macie i widząc go wyciągającego miecz. - Co się stało?
Asano, zupełnie już rozbudzony, potrząsnął głową i odrzucił niepotrzebną broń.
- Psy - mruknął. - Przeklęte psiska!
- Spróbuj zasnąć - poradziła, a na jej pyzatej twarzy rozkwitł miły uśmiech. - Powinieneś się już do nich przyzwyczaić.
- Nigdy się nie przyzwyczaję do ich wycia ani do niczego innego w tym okropnym miejscu.
- Jeszcze jeden dzień - przypomniała mu. - Minie, wrócimy do Ako i do naszej córki.
- Jeszcze jeden dzień - powtórzył tonem jednocześnie posępnym i pełnym nadziei. - Jeden paskudny dzień.
Spróbował ponownie zasnąć, ale jego serce wciąż biło strachem wywołanym przez koszmar. Nie udało mu się nawet zmrużyć oczu. Nękany bezsennością patrzył, jak światło świtu przesącza się przez zamknięte okiennice i pełznie powoli ku jego rozciągniętej na podłodze TATAMI. W końcu pan Asano westchnął, odsunął ciężkie koce, trzęsąc się z zimna, wstał odziany tylko w bieliznę. Potem założył pikowaną szatę, odsunął ramę papierowych drzwi i wyszedł na znajdujący się za nimi zimny korytarz.
Długimi krokami przemierzył wykładaną drewnianymi płytkami podłogę, wypolerowaną przez niezliczone stąpnięcia obleczonych tylko w skarpetki stóp. Jedna strona korytarza była ozdobiona drewnianymi kolumnami z wonnego cedru, poprzedzielanymi panelami shoji, pokrytymi pięknymi malowidłami. Z drugiej strony szereg uchylnych drzwi oddzielał korytarz od zewnętrznego ogrodu i pan Asano zadrżał, słysząc, jak klekocą targane wiatrem. Ponownie przypomniał sobie psy ze swojego snu.
Otworzył rozsuwane drzwi wiodące do kuchni, wszedł do środka. Było to rozległe pomieszczenie o podłodze z surowych desek, z centralnym paleniskiem obramowanym gliną i zagłębionym w ziemi. Siedzieli tu, grzejąc dłonie, dwaj samurajowie z jego przybocznej drużyny. Na widok pana pospiesznie wymamrotali przepisowe pozdrowienie, opadli na kolana i pochylili głowy w pokłonie.
Pierwszy z nich, Kataoka, żylasty młodzik o zabawnie małpiej twarzy i misternie ułożonym czubie włosów na starannie ogolonej głowie, już otworzył usta, żeby wymienić z panem kilka zdawkowo uprzejmych uwag, jednak zerknąwszy na jego oblicze, natychmiast zmienił zdanie. Pan Asano z natury nie był wesołkiem, ale tego ranka wyglądał na bardziej ponurego niż zwykle. Kataoka zrozumiał, że lepiej będzie trzymać język za zębami. Drugi z wojowników, pięćdziesięcioletni mężczyzna o surowym wyglądzie, zwany Hara, był nieco zaspany i nie tak bystry. Po prostu, naśladując Kataokę, usiadł, krzyżując nogi przy ogniu tak jak ich pan.
- Nie musiałeś wstawać tak wcześnie - zwrócił się Asano do Hary. - Dziś wystarczy mi eskorta Kataoki. Wszystko zresztą, co będzie mógł zrobić, to zostać na zewnątrz, pogapić się na wieże i pomarzyć o domu.
Hara mruknął coś w odpowiedzi, błysnął oczami, ale potem jego powieki znów opadły w dół, gdy podniósł do twarzy czarkę z ryżem, żeby oddać się jedzeniu. Kataoka pokiwał głową z zadowoleniem i wykrzywił swoją małpią twarz w uśmiechu świadomości, że będzie jedynym towarzyszem swego lennego pana podczas takiej okazji. Zaraz potem rozkaszlał się, gdy dym z paleniska wionął mu prosto w twarz. Pan Asano sięgnął po wiszący nad ogniem kociołek z herbatą, ale dym zaczął gryźć go w oczy. Zaklął więc i zostawił kociołek na miejscu.
- Mimura! - zawołał. Odgłosy człapania w spiżarni powiedziały mu, że wezwany usłyszał.
Chwilę później do pomieszczenia wbiegł pospiesznie sługa, wysoki i niezdarny młodzieniec, który skłonił się nisko. Podniósłszy oczy, zobaczył, że dym - zamiast ulatywać przez otwór w dachu - snuje się po całej komnacie. Szybko wyciągnął z paleniska zielone gałązki będące przyczyną całego kłopotu.
- Kto je tu wetknął? - ostro zapytał pan Asano. - Powinieneś wiedzieć, Mimura, że nie nadają się do palenia. Czy nie umiesz rozpocząć tego kiepskiego dnia w lepszy sposób?
Mimura przeprosił, mieszając jednocześnie uprzejme i grzeczne zdania z przekleństwami, którymi pod nosem kwitował głupotę nowego palacza. Potem przeszedł ku spiżarni i wezwał winowajcę.
Okazało się, że trzeba nań czekać, więc Mimura zawołał go po raz drugi. Tym razem wezwanie poskutkowało - w drzwiach ukazała się strzecha niesfornych kudłów i bezczelna twarz młodego palacza. Mimura wytknął mu bezmyślność, ale nie doczekał się przeprosin. Chłopak odpowiedział głośno i urągliwie, że jeżeli Mimurze zależało tak na ogniu, to mógł go sobie sam rozpalić. Zaraz potem wycofał się za drzwi i zamknął je z trzaskiem.
Zuchwałość zdumiała siedzących przy palenisku. Zirytowany Hara zerwał się na nogi i wyciągnął z pochwy długi miecz.
- Czy on sobie myśli, że wolno mu traktować w taki sposób jednego z naszych ludzi? - zawołał, ruszając ku drzwiom spiżarni.
- Nie, poczekaj - zatrzymał go pan Asano. - To tylko chłopiec. Poza tym popadniesz w tarapaty, jeżeli go skrzywdzisz. Tu obowiązują inne prawa, nie możemy zachowywać się jak u siebie w domu.
- Ale obraza sługi jest również i twoją obrazą, panie - upierał się Hara. - Pozwól mi przynajmniej obciąć mu język, skoro nie wolno mi go ściąć.
- Usiądź! Usiądź i wypij swoją herbatę. Musisz przywyknąć do zwyczajów Edo. Przyjazdy i wyjazdy prowincjonalnych daimio są tu tak pospolite, że nie robią wrażenia nawet na mizernym kucharczyku.
Hara, wciąż pomrukujący coś gniewnie, odłożył miecz i usiadł. Patrzył uważnie, jak Mimura otworzył drzwi do spiżarni i znikł wewnątrz. Zaraz potem rozległ się odgłos policzka i wrzask bólu. Hara uśmiechnął się lekko, ale Kataoka zareagował głośnym chichotem.
- Naucz rozumu tę małpę! - zawołał i zrobił najbardziej małpią z małpich min, jaką tylko potrafił. Siedzący uśmiechnęli się szerzej i Kataoka poczuł satysfakcję z dobrze wykonanego obowiązku rozbawienia - choćby tylko na chwilę - swojego pana.
- Chciałbym, żeby wszystkich mieszkańców Edo można było nauczyć rozumu równie łatwo i szybko - westchnął pan Asano, nakładając sobie porcję ryżu. - Obawiam się jednak, że to tylko czcze marzenia. Osobliwie w stosunku do tych, co mają choć odrobinę władzy.
Obaj samurajowie wymienili szybkie spojrzenia. Wiedzieli, co chciał powiedzieć ich pan.
- Tym wszystkim dworskim dandysom powinno się pozdejmować głowy z karków! - warknął Hara, a Kataoka kiwnięciem zgodził się z tą opinią. - Mówią i ubierają się jak kobiety, sprawiają też tyle samo kłopotów.
- Tak czy owak, jutro wszystko się skończy - powiedział pan Asano. - Potem wrócimy do Ako i będziemy mogli zapomnieć o tym miejscu. Pomyślcie, jak musiało być dawniej, kiedy daimio, taki jak mój ojciec, musiał spędzać tu połowę każdego roku.
Zebrani zgodzili się, że obecny układ jest lepszy niż dawny, i dojedli ryż. Hara patrzył ze smutkiem na dno swej miseczki, a pan Asano wiedział, o czym myśli jego samuraj.
- Dawniej przynajmniej mieliśmy kawałek mięsa lub rybę do ryżu, prawda, Hara? Cóż, może te czasy wrócą, jeżeli szogun odwoła swoje Prawa Ochrony Życia. Korzystają na nich zwierzęta, ale nam, ludziom, za dobrze nie służą. - Asano odłożył swoją miskę i westchnął ponownie. - Większość tutejszych praw ustanowiono chyba po to, żeby nas dręczyć. A zasady dworskiej etykiety są dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Gdybym tylko nie musiał zdawać się na instrukcje kogoś takiego jak Kira!
Wymówił to nazwisko tak, jakby spluwał. Hara i Kataoka ponownie wymienili strapione spojrzenia. Wiedzieli, że ich pan nie będzie zgłębiał tematu - omawianie z nimi osobistych trosk byłoby poniżej jego godności, ale zasłyszane plotki nie pozostawiały wątpliwości, że Kira, dworski mistrz etykiety, nieznośnie mu dokuczał. I wiedzieli, że nic nie mogą na to poradzić.
Nazwisko Kiry utkwiło panu Asano w głowie jak ość w gardle. Nigdy przedtem pobyt w stolicy nie dał mu się tak we znaki, choć i dawniej nie lubił tych wizyt. Tym razem jednak z dotychczasowego widza stał się mimowolnym uczestnikiem oficjalnych procedur i zmuszono go do częstych kontaktów z podwładnymi szoguna. Kira nie był nawet równym mu daimio, bo nie posiadał własnego lenna i tak naprawdę nie miał żadnej władzy. Ale fakt, że kilka lat temu wysłano go do Kioto, by nauczył się zawiłości etykiety na dworze cesarskim, dał mu pozycję i władzę, które wykorzystywał od tamtej pory do wymuszania łapówek od zmuszonych polegać na jego wskazówkach.
Poprzedniej nocy pan Asano wysłał dowódcy swojej straży przybocznej, Oishiemu, list dotyczący rzeczonego Kiry. Choć Oishi był nieco starszy od swego pana, miał jednak mniejsze doświadczenie w sprawach dworskiej etykiety.
Kira jest człowiekiem, którego należy się strzec. Cieszy się zaufaniem szoguna i udaje jego wiernego sługę, ale w istocie jest pozbawionym skrupułów łapówkarzem i wykorzystuje swój urząd wyłącznie dla osobistych korzyści. Wydaje się, że jedynym sposobem na poradzenie sobie z takimi ludźmi jest zadośćuczynienie ich zachciankom, ale tego właśnie zrobić nie chcę. Kira mocno daje mi się we znaki, choć pozostał mu tylko jeden dzień. Niezależnie jednak od tego, co się wydarzy, nie zapłacę mu za usługi, ponieważ udzielanie rad należy do jego oficjalnych obowiązków. Może ktoś uzna to za upór, ale uważam, że tylko ta droga jest do przyjęcia dla samuraja Nie sądzę, żebym sam jeden był w stanie przeciwstawić się fali korupcji, jaka ogarnęła cały dwór, spróbuję jednak utrzymać głowę nad powierzchnią tego brudu tak długo, jak długo wystarczy mi tchu.
Zastanawiał się, czy Oishi to zrozumie. W Ako nie było niczego, co dałoby się porównać z dworem szoguna - sam zresztą, gdyby tego nie doświadczył, nie uwierzyłby, iż tak dalece posunięte łapówkarstwo i zepsucie są w ogóle możliwe. Tak czy owak, Oishi myślał jak prawdziwy samuraj i Asano mógł przewidzieć jego reakcję. Wątpił, czy ten list będzie miał jakiekolwiek znaczenie praktyczne, ale napisanie go zdjęło przynajmniej część ciężaru z jego piersi.
Dokończył jedzenie i wstał z niechętnym westchnieniem.
- Czas włożyć ten mój małpi kostium - powiedział do Kataoki, po czym obaj wyszli z pokoju. Hara skwitował gniewnym grymasem siły i okoliczności, które sprawiały przykrość jego panu.
Rezydujący w zamku pan Kira również wstał wcześnie rano. Jako mistrz wszelkich dworskich ceremonii musiał być zawsze nienagannie ubrany i dokładał do tego wszelkich starań. Szaty, które wdział dzisiaj, były podobne w stylu i kroju do noszonych przez odwiedzających zamek daimio i dworskich urzędników, ale ich kolor - a wybrał głęboką czerń z wielkim białym godłem na każdym z przesadnie obfitych rękawów - sprawiały że patrzący widział przede wszystkim Kirę.
Choć był człowiekiem w wieku zaledwie średnim, zachowywał się jak ktoś znacznie starszy, mniemając, że dodaje mu to godności. Mimo to jego twarz pozbawiona była zmarszczek, poza dwiema głębokimi bruzdami na czole, a krępe ciało miał sprawne i żylaste. Zgodnie z najnowszą modą czernił sobie zęby. Gdy otwierał usta, by przemawiać, jego słuchacze widzieli tylko czarną, bezzębną dziurę.
Dość osobliwe było to, że jak na kogoś z wielką, choć chwilową władzą nad krajowymi daimio, pana Kirę irytowało zachowanie tylko jednego z nich. Pan Asano należał do samurajów starej daty i nie chciał zrozumieć, że w dzisiejszych czasach pieniądze włożone do właściwej kieszeni przyniosą mu większe korzyści niż pozbawione znaczenia demonstracje wierności szogunowi. I właśnie z tego powodu stanowił zagrożenie dla kariery i sposobu życia pana Kiry.
Już od trzech dni Kira usiłował pochlebstwami, napomknieniami, a w końcu bezpośrednimi sugestiami przekazać panu Asano, że obdarowywanie mistrza ceremonii sporymi sumami pieniędzy w zamian za jego rady należało po prostu do dobrego tonu. Jednak pan Asano uparcie to ignorował i Kira zaczął się wręcz obawiać, że taki akt niewdzięczności może ustanowić pewien precedens. Oficjalna pensja Kiry na dworze nie należała do wysokich i nie zamierzał tracić dodatkowych dochodów przez upór pana Asano. Musiał być jakiś sposób na złamanie tego człowieka. W przeszłości zawsze udawało mu się dostać to, czego chciał od tych szlachetnie urodzonych młodych durniów. Postanowił zatem, że nie ustąpi.
Rozmyślania Kiry przerwał zdyszany sługa, który zameldował, że mistrz ceremonii ma się natychmiast stawić u szoguna Tsunayoshiego. Kira pospiesznie dokończył ubierania, klnąc w duchu, że nie może się wystroić jak należy. Potem szybko wyszedł za drzwi i ruszył przez wewnętrzny dziedziniec ku pałacowi, zastanawiając się gorączkowo, co też mogło zaniepokoić szoguna o tak wczesnej porze.
W dwudziestym pierwszym roku panowania Tsunayoshi miał wszelkie powody do zadowolenia. Od kilku dziesięcioleci nie było żadnych buntów przeciwko władzy, jaką reprezentował. Głównie dlatego, że jego przodkowie okazali wielką staranność w jednoczeniu kraju, najpierw siłą, a potem drogą rozdziału posiadłości lennych pomiędzy krewniaków. Przodkowie ułatwili mu też sytuację, wypędzając z kraju wszystkich cudzoziemców poza nieliczną grupą holenderskich kupców, których osadzono na niewielkiej wysepce przy najbardziej wysuniętym ku południu skrawku japońskiej ziemi. Owszem, wpływy chrześcijan istniały jeszcze przez pewien czas nawet po ich wygnaniu, ale przed sześćdziesięciu laty zajścia w Shimbarze, gdzie dokonano największej masakry tych odstępców, uwolniły kraj nawet od drobnych zakłóceń w systemie sprawowania władzy.
Teraz, po wielu latach pokoju, miasta się rozwijały, kupcy gromadzili coraz większe bogactwa, a sztuki rozkwitały. Prawdą było, że ceny ryżu szły w górę, ponieważ niezdolni do uzyskania większych plonów rolnicy dostarczali do miast coraz mniejsze ilości towaru, ale w sumie panowanie Tsunayoshiego było wolne od wszelkich kłopotów, jakie mogły dręczyć państwo.
Gdy Kira wszedł, oddychając bardziej gwałtownie, niż było to w istocie potrzebne, zobaczył, że Tsunayoshi jest zaniepokojony. Przybyły skłonił się tak nisko, jak pozwalały mu na to jego szaty, i podniósł oczy na wysokiego, szczupłego, pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który przesadnie drobnymi krokami przemierzał tam i z powrotem salę przyjęć.
Wkrótce okazało się, że przedmiotem zaniepokojenia szoguna nie jest stan spraw państwowych, ale to, jak podczas ceremonialnego przyjęcia zostanie odebrany występ jego grupy tancerzy. Sam wybrał i wyszkolił młodziutkich chłopców i teraz żywił obawy, że się nie popiszą. Jego niepokój był tak wielki, iż postanowił, że obejrzy ich występ jeszcze raz. Dlatego wezwał Kirę. Chciał, żeby chłopcy raz jeszcze zebrali się w Sali Tysiąca Mat i przećwiczyli występ przed pojawieniem się dostojnych gości.
- Nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - zwrócił się do Kiry, machając jak kobieta rękawem swego kimona. - TAK BARDZO się starałem, aby ich występ był udany - to po prostu MUSI wypaść wspaniale!
Kira pochylił głowę.
- Rozumiem Waszą Dostojność, ale jestem pewien, panie, że nie masz powodów do obaw. Ceremonia odbędzie się bez zakłóceń, jak zawsze zresztą.
- Ceremonia tak, ale tańce! Oto, co dla mnie jest naprawdę ważne! To coś nowego z takiej okazji i jeżeli się nie uda, stanę się pośmiewiskiem wszystkich obecnych!
- Nikt nie ośmieli się tak pomyśleć - zapewnił go Kira.
- Znawcy będą się śmiali za moimi plecami, nawet jeżeli nie powiedzą wprost ani słowa - stwierdził Tsunayoshi, znający swoich poddanych. - Ale dość już o tym. Wszystko inne jest już gotowe, czyż nie tak? Mam nadzieję, że przynajmniej ty nie sprawisz mi żadnych kłopotów...
- Wasza Dostojność, zawsze pojawiają się kłopoty, ale nie takie, z jakimi nie umiałbym sobie poradzić.
- Bardzo dobrze - uśmiechnął się szogun. - To właśnie chcę słyszeć z ust moich dworzan. Chciałbym, żeby wszyscy służyli mi tak skutecznie jak ty.
Kira uśmiechnął się, odsłaniając poczernione zęby.
- Wszystkiego, co umiem, nauczyłem się od Waszej Dostojności.
Ukłonił się i odwrócił, by odejść, jednak chwilę potem zatrzymał się jeszcze i powiedział z udawanym namysłem:
- Jest pewien kłopotliwy daimio, ale spodziewam się, że zdołam poprawić jego niezręczność, zanim sprawi nam trudności.
- Masz na myśli pana Asano, nieprawdaż? Też zauważyłem, że nie jest tak gładki w obejściu jak pozostali. Chcesz, żebym z nim pomówił?
- Nie, nie sądzę, żeby to było konieczne. Poprawi swoje maniery, gdy pokażę mu, gdzie jest jego właściwe miejsce.
- Tak... No cóż, powierzam to zatem twojej głowie. Teraz jednak jak najszybciej sprowadź tu tych młodych chłopców, dobrze?
- Słyszałem i wykonam - odparł Kira z formalnym ukłonem i wyszedł tak szybko, jak tylko pozwalały mu wymyślne szaty. Wiedział z dawnych doświadczeń, że Tsunayoshi nie odznacza się szczególną cierpliwością.
Odziany w ceremonialny strój, którego każdy szczegół kilkakrotnie sprawdzono pod względem zgodności z dworskimi zasadami, pan Asano został przeniesiony do lektyki, która miała zabrać go do zamku szoguna. Kataoka, odziany znacznie godniej niż zazwyczaj, miał już wydać rozkaz ośmiu krzepkim tragarzom, by chwycili za drągi, gdy w bramie pałacu pokazała się żona pana Asano. Kataoka zmienił zamysł. Kazał tragarzom zaczekać i odstąpił na bok, dając panu i pani sposobność do prywatnej rozmowy.
- Proszę - powiedziała, pochylając się jednocześnie do okna lektyki. - Obiecaj mi, że zachowasz spokój i nie wybuchniesz gniewem. Pokaż tym dworakom z Edo, że my, prowincjusze, też znamy swoje miejsce i potrafimy się godnie zachować. Być może nie jest jeszcze za późno, żeby posmarować złotem kilka dłoni...
Pan Asano poruszył z irytacją ramionami, ale jego twarz przybrała łagodniejszy wyraz - ujęła go troskliwość żony. Słowa zabrzmiały jak wymówka, ale były pełne łagodności.
- Jeżeli poważnie traktować tego rodzaju sprawy, to dawanie mistrzowi ceremonii czegoś więcej niż tylko symbolicznego daru byłoby wulgarnym przekupstwem. Nie godzę się na zniżenie do takiego poziomu. Moi doradcy zgadzają się...
- Twoi doradcy się zgadzają, ponieważ wiedzą, że już podjąłeś decyzję i nie ma sensu ci się sprzeciwiać. Skoro nie możesz... Obiecaj mi przynajmniej, że spokojnie będziesz przyjmował jego wskazówki i nie dasz się ponieść nerwom, dobrze?
- Obiecuję - powiedział i zadowolony ze złożonego szczerze przyrzeczenia uśmiechnął się na pożegnanie. Skinął dłonią czekającemu Kataoce i tragarzom wydano rozkaz, by ruszali.
Gdy okrążali róg domu, Kataoka zobaczył obserwującego ich Harę i spostrzegł w oczach rosłego wojownika niewypowiedziane głosem polecenie: "Zadbaj o naszego pana!". Kataoka, mijając dom, kiwnął głową i Hara cofnął się w głąb pomieszczenia.
Przeszli przez część niezmiernie rozległego, otaczającego dom ogrodu i pan Asano stwierdził w duchu, że mimo iż drzewa pozbawione były już liści, w porannym świetle otoczenie wyglądało bardzo pięknie. Żaden z elementów krajobrazu nie wyróżniał się ponad inne, wszystko jednak razem tworzyło atmosferę naturalnego piękna jeszcze w czasach, gdy toczono wojny, a od wszystkich daimio wymagano, żeby spędzali w stolicy wiele czasu. Teraz oczywiście sprawy miały się inaczej.
Jak daleko sięgał pamięcią pan Asano, nie było nawet żadnych pomniejszych buntów. Jak wielokrotnie przedtem pomyślał, że w czasach dziadka - kiedy miecz był decydującym argumentem w sporach, a nie tylko oznaką stanu - życie musiało być o wiele ciekawsze.
Tymczasem lektykę żwawo wyniesiono za wrota. Kataoka biegł obok, ale gdy orszak zanurzył się w wąskie i pełne zgiełku miejskie uliczki, tragarze musieli zwolnić do zwykłego marszu. Kupcy i sklepikarze najczęściej usuwali się z drogi, rozpoznając ozdobioną rodowym godłem lektykę daimio, ale w tłumie nie wszyscy je widzieli - albo udawali, że nie widzą, i uparcie zajmowali się swoimi sprawami, dopóki nie zostali stanowczo odsunięci na bok.
Pan Asano nigdy nie przywykł do tak szokującego pomieszania rozmaitych społecznych klas jak w Edo. W dzielnicy kupieckiej gromadzili się wszyscy - od najwyższych dworskich dostojników po najbiedniejszych przedstawicieli pospólstwa - którzy robili zakupy u doskonale prosperujących kupców. Byli tu też obecni inni, włączając w to kilku biednych roninów. Wieśniacy, którzy u siebie nie mogli znaleźć pracy, przybywali do miast - było ich wielu i wszyscy z dumy nie chcieli zniżyć się do żebractwa. Z drugiej strony pełno też było zawodowych żebraków, którzy w dość bezceremonialny, zuchwały sposób głośno domagali się datków. To przypomniało panu Asano bezczelnego kuchcika, który zaniedbał dziś rano należytego rozpalenia ognia. Mógł stracić pracę, ale prawdopodobnie nie za bardzo się tym przejął. Każdy taki zuchwalec bez trudu znajdował zarobek na ulicy, żebrząc albo udając religijnego maniaka, zbierającego pieniądze na jakiś szlachetny cel.
Przez ogłuszającą wrzawę nagle przebił się inny dźwięk: pieśń żałobna. Kataoka polecił tragarzom, żeby usunęli się na bok, przepuszczając orszak pogrzebowy. Patrzący przez okno lektyki pan Asano zobaczył, że żałobników było jedynie dwóch. Obaj wyglądali na służących, a trumna, którą nieśli na drągu, była niezwykle mała. Stojący koło lektyki Kataoka i tak był już zmieszany, gdy pan Asano powiedział doń coś, co jeszcze pogłębiło jego przygnębienie:
- Niezbyt to dobry omen na początek dnia, nieprawdaż?
Samuraj odwrócił się i zobaczył, że jego pan wcale się nie uśmiecha. Poczuł się w obowiązku powiedzieć coś, co rozwiałoby jego ponury nastrój. Tymczasem niosący trumienkę słudzy przerwali żałobne zawodzenie i jeden z nich zaczął narzekać na brzemię. Zdesperowany i zaskoczony jego zachowaniem Kataoka zwrócił mu uwagę.
- Hola! Wasze brzemię i tak nie jest wielkie! Na co się skarżysz, człowieku? Czy nie mógłbyś okazać nieboszczykowi większego szacunku?
W odpowiedzi sługa zaśmiał się zuchwale i zwrócił do swojego towarzysza: - Ten człowiek chce wiedzieć, czemu nie okazujemy większego szacunku naszemu pasażerowi. Mam mu pokazać?
- A pewnie! - odparł jego kompan. - Czemu nie?
Zdążyli się już zrównać z lektyką i zatrzymać, by opuścić trumienkę wprost na ulicę. Sługa, który odezwał się pierwszy, wystąpił naprzód i uśmiechając się szeroko do Kataoki, mrugnął znacząco. Potem podniósł wieko trumienki. Wewnątrz leżał korpus psa, przeciętego prawie na pół w wyniku jakiegoś wypadku. Sługa ponownie mrugnął do samuraja, podczas gdy wokół zebrała się już ciżba gapiów komentujących z humorem cały wypadek.
- Za życia nikt go tak dobrze nie traktował! - zawołał sługa do Kataoki, który z wrażenia na chwilę utracił dar mowy.
- Dokąd go zabieracie? - zdołał w końcu wymamrotać.
- Oczywiście na cmentarz. A jak myślisz, panie? Czy nie wiesz, że prawo powiada, iż psy mają być chowane z takim samym szacunkiem jak ludzie? My tylko wykonujemy rozkazy szoguna!
Zamknął wieko i cofnął się ku przeciwległemu końcowi drąga.
- Przynajmniej moglibyście go nosić bez narzekań! - powiedział Kataoka, zwracając się do obu tragarzy. - Wydaje mi się, że nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wielkie spotkało was szczęście. Nasz natchniony szogun urodził się pod znakiem Psa. - Dla podkreślenia dramatyczności uwagi przerwał, gdy obaj dźwigali trumienkę do góry. - Pomyślcie, co byście musieli nosić, gdyby się urodził w roku Konia!
Obaj tragarze ryknęli śmiechem, podobnie zresztą jak wszyscy gapie, a Kataoka zauważył nie bez satysfakcji, że i pan Asano raczył się uśmiechnąć. Chichotem skwitował swój spryt, a potem dał tragarzom znak, żeby ruszyli dalej. Cały orszak ponownie utonął w zalewającym ulicę, burzliwym ludzkim morzu.
Siedzący wewnątrz lektyki pan Asano myślał o martwym psie. Osobiście uważał, że prawo nakazujące traktować psy z takim samym szacunkiem jak ludzi było najlepszym dowodem na to, że w Edo wszyscy powariowali i świat stanął na głowie. Wiedział, że nigdy nie zrozumie tego miejsca. Westchnął i pochylił się naprzód, by z ciekawością przyglądać się zamkowi.
W tym miejscu szlaku wody fosy pluskały znacznie niżej poziomu ulicy i ledwo je było widać. W oczy rzucała się natomiast wznosząca się za wodą potężna ściana z gigantycznych granitowych bloków, tworząca nieprzebytą barierę wokół niewidocznego zamku. Tragarze skręcili i szli teraz wzdłuż fosy, biegnąc po zboczu niewielkiego wzgórza ku bramie wejściowej, do której wiódł wąski, wiszący wysoko nad spokojnymi wodami most.
W bramie stali strażnicy, którzy widząc zbliżającą się lektykę, natychmiast przybrali czujne postawy. Byli uzbrojeni we włócznie i halabardy, które trzymali tak, by w razie potrzeby natychmiast puścić je w ruch. Kataoka przedstawił nazwisko gościa i podał powód przybycia. Zaraz potem przekroczyli most i żegnani okrzykami weszli na tereny samego zamku. Na prawo od wejścia znajdowała się zbudowana z drewna wartownia, w której stacjonowała cała kompania trzymających służbę gwardzistów. Stojący przed nią zbrojny okrzykiem zatrzymał lektykę i Kataoka ponownie wdał się w identyfikacyjne formalności.
Zgodnie z zaleceniami regulaminów bezpieczeństwa ruszyli dalej miarowym krokiem, aż dotarli do zamku, w którym mieszkali możni panowie ze swoimi rodzinami. Zamek otaczały rezydencje i pałacyki pomniejszych dworaków, ustawione w kwadrat tworzący sam w sobie niewielkie miasteczko. Na jego uliczkach nie było jednak widać zwykłego codziennego ruchu - większość szlachetnych panów znajdowała się jeszcze w domach, gdzie wszyscy przygotowywali się na uroczystość.
Nieco dalej, na wzniesieniu, znajdował się zamek wewnętrzny i rezydencja samego szoguna. Otaczała ją kolejna fosa i gruby mur z głazów podobnych do tych, z jakich wzniesiono niższe wały. Nad fosą opuszczono zwodzony most i grupa pana Asano przekroczyła go jeszcze wolniejszym, bardziej uroczystym krokiem - w tempie ustalonym przez nieubłagany ceremoniał.
Za murem, w każdym rogu zamkniętej przestrzeni, na wysokich wzniesieniach usypanych z ziemi stały kilkupiętrowe wartownie. Nad samym zamkiem wysoko ponad innymi budowlami górowała biała wieża, na której widok pan Asano wymienił szybkie porozumiewawcze spojrzenie z Kataoką. Wieża przypomniała im widok rodzinnego domu. Była to potężna budowla z kamieni umocnionych zaprawą, z wąskimi oknami o białych kratach oraz parapetami daszków powyginanych na rogach ku górze i wznoszących się jeden nad drugim. Na rogu każdego z nich znajdowała się odlana z brązu ryba z uniesionym w górę ogonem. Choć zamek w Ako nie był aż tak wielki i ozdobny, wieżę wzniesiono wedle podobnego planu.
Przy wejściu do zamku lektyka przystanęła i pan Asano wysiadł. Wyszedł wprost na niski drewniany ganek, tak iż żaden z tragarzy nie musiał go przenosić. Miał na sobie jaskrawozielony kostium. Spojrzawszy na siebie, poczuł niesmak. Podobne ubiory były jednym z jego największych problemów w stołecznym życiu. Oprócz idiotycznej czapy, która niebezpiecznie przechylała się na boki i groziła spadnięciem przy każdym pochyleniu głowy, miał na sobie niezwykle szeroką w ramionach i krępującą mu niemal każdy ruch kurtkę kamishimo. Najgorsze jednak ze wszystkiego były koszmarne spodnie, które Kataoka pospiesznie teraz poprawiał i wygładzał, żeby pan Asano mógł godnie wkroczyć do zamku.
Niezwykle szerokie nogawki były o kilka stóp za długie i dla uzyskania odpowiedniego estetycznego efektu miały się majestatycznie wlec za nosicielem. Wymagało to wielkiej ostrożności przy stawianiu kroków i pan Asano, impetyk z natury, czuł się skrępowany, podejrzewając, że idiotycznie w tym wszystkim wygląda. Odczuwał nieodpartą pokusę powycinania dziur w nogawkach, pozwalających na marsz w zwykłym dla niego tempie. W trakcie tych przemyśleń Kataoka ukończył układanie materiału, a potem ukłonił się nisko i cofnął. Miał teraz czekać w pobliżu, razem z tragarzami, do końca uroczystości. Oczywiście pod żadnym pozorem nie mógł wejść do zamku. Na coroczne przyjęcie szoguna nie wolno było wejść nikomu, kto nie był daimio.
Pan Asano wziął się w garść i ruszył ku drzwiom wejściowym. Odległość była niewielka, jemu jednak wydawało się, że czas rozciągnął się w nieskończoność. Ostrożnie podnosił to jedną, to drugą stopę, lekkim kopnięciem przenosił ją w przód i opuszczał tak, żeby nie wyłoniła się spod nogawki. Obserwowało go jedynie kilku strażników, ale pan Asano kroczył tak ostrożnie, jakby patrzył nań sam szogun. Wiedział, że Kira wykpi go niemiłosiernie, jeżeli uczyni choć jeden fałszywy krok, jednak zawziął się, by pokazać paniczykom z Edo, iż prowincjonalny samuraj potrafi im we wszystkim dorównać.
Jeden ze strażników otworzył przed nim drzwi i gość wszedł do poczekalni przed rozległą Salą Tysiąca Mat, gdzie odbywały się wszystkie oficjalne uroczystości. Pan Asano zatrzymał się tu na chwilę, żeby przyzwyczaić oczy do półmroku.
Poczekalnia była rozległa i miała wysokie, podtrzymywane rzeźbionymi kolumnami i zbite ze złoconych belek sklepienie. Wstępując na obrębione złotem maty, pan Asano spostrzegł, że choć stawił się dość wcześnie, wyprzedziło go kilku innych panów. Wszyscy byli odziani w dworskie stroje podobne do jego; różnice widać było jedynie w szczegółach podkreślających rangę nosiciela. Jeden z gości, odziany identycznie jak on, tyle że w złocisty brąz, popatrzył nań znacząco. Asano ruszył wprost ku niemu.
Pan Date z Yoshidy, szczupły i muskularny trzydziestokilkuletni mężczyzna, był mu równy pod względem rangi i roli, jaką mieli odegrać na zbliżającej się uroczystości. Nazwiska obu daimio wylosowali przedstawiciele dworu, by reprezentowali szoguna na przyjęciu cesarskich wysłanników z Kioto. Coroczna ceremonia była jednym z rzadkich przykładów demonstracji poprawności stosunków pomiędzy cesarzem, który był władcą jedynie z nazwy, i szogunem, którego przodkowie zjednoczyli kraj siłą i który aktualnie stał na czele rządu.
Zarówno pan Date, jak i pan Asano usiłowali wymówić się od zaszczytu, tłumacząc, że nie znają dworskich obyczajów. Bez powodzenia. Polecono ich opiece Kiry, który na tę okazję miał obu nauczyć protokołu. Stali się całkowicie od niego zależni, ponieważ absolutnie nie mieli pojęcia, czego od nich oczekiwano. A jednak Date jakoś poradził sobie z Kirą, który nieustannie ośmieszał "wiejskie maniery" pana Asano.
- Dzień dobry - odezwał się pan Asano, kłaniając się zdawkowo.
- Dzień dobry, panie Asano - uśmiechnął się Date. - Wcześnie przyszedłeś, nieprawdaż?
- Ty też, panie - zauważył Asano. - Może jesteś bardziej nerwowy, niż chcesz po sobie pokazać?
Date parsknął śmiechem.
- To ty, panie, się denerwujesz. Ktoś mógłby pomyśleć, że idziesz do bitwy.
- Gdybyż tak było - odparł pan Asano z napięciem w głosie. - Jestem prowincjuszem, który nie ma żadnych zdolności w kwestii tych dworskich wymysłów. Ludzie tacy jak ten... Kira - wypowiedział to nazwisko z pogardą - są od nas gorzej urodzeni, a jednak obaj musimy skakać, jak każą. - Potrząsnął głową. - Właściwie to nie wiem, co ja tu robię.
- Nie pojmuję, czemu Kira miałby ci sprawiać kłopoty - odezwał się Date z kpiącym uśmieszkiem. - Mnie traktuje z szacunkiem, choć jestem bardzo niezręczny w sprawach ceremonii.
Pan Asano obrzucił go nieufnym spojrzeniem.
- Panie Date, nie myśl, że nie znam tajemnicy twojego sukcesu. Przystałeś na jego żądania i zapłaciłeś mu...
- Niczego takiego nie zrobiłem! - przerwał gniewnie Date.
- Zatem zrobili to twoi doradcy i to też źle o tobie świadczy, żeby nie wiedzieć, co się dzieje w twoim własnym domu!
Twarz pana Date poczerwieniała i otworzył już usta do gniewnej odpowiedzi, kiedy rozsunięto drzwi i do sali wkroczył dumnie pan Kira we własnej osobie. Uśmiechał się łaskawie do wszystkich czekających, ukazując modnie poczernione zęby, zaś pan Asano wzdrygnął się jak zawsze, gdy widział ten przejaw dekadencji. Żeby osiągnąć efekt czerni, trzeba było żuć odpowiednie, drogie orzechy, on zaś uznawał tę praktykę za szczyt wulgarności, przeciwieństwo zasad skromności i oszczędności, zalecanych przez zgodnych w tym względzie Buddę i Konfucjusza. Z jego punktu widzenia Kira był wcieleniem tego, co na dworze było złe: przekupny, próżny i zadufany w sobie, hołdował całkowicie innym zasadom niż te, do jakich stosowali się kochający tradycję samuraje.
Kira tymczasem po wymianie tradycyjnych ukłonów spojrzał znacząco na pana Asano, spodziewając się po nim zmiany nastawienia. Musi być z pewnością jakiś sposób, myślał, na przekonanie tego szlachetnego idioty. Może tak młodego człowieka trzeba będzie mocniej obrazić. Warto spróbować, a lepszej okazji niż obecna się nie znajdzie. Wiedział, że nic mu nie grozi - wydobycie miecza w zamkowych murach niezależnie od okoliczności było jedną z najcięższych zbrodni.
Kiedy Kira ruszył ku panu Asano, ten instynktownie odwrócił się odeń w sposób, który można byłoby określić tylko jako pogardliwy. Odziany w czerń mistrz ceremonii zatrzymał się zaskoczony i skierował kroki ku panu Date. Niechęć okazana mu przez Asano była ostatnim piórkiem, które przeważyło szalę cierpliwości Kiry - zrozumiał, że nie ma co liczyć na łapówkę. Postanowił, że pan Asano zapłaci za swój upór i okazanie złych manier.
Podczas gdy Kira instruował pana Date, Asano poczuł, że ogarnia go ogromna fala przygnębienia. Wiedział, że jego brak powściągliwości po raz kolejny sprowadzi nań nieprzychylność i wrogość Kiry. Jeżeli zaś Kira teraz go zignoruje, straci ostatnią okazję do dowiedzenia się, jak powinien zachować się podczas ceremonii. Poczuł tchnienie paniki, gdy wyobraził sobie, jaką niełaskę ściągnie na rodowe nazwisko, jeżeli popełni jakiś grzech przeciwko etykiecie. Tak czy owak, Kira był uznanym ekspertem w tych sprawach i mimo trawiącej nienawiści mógłby potraktować go przyzwoicie.
Usiłował właśnie ułożyć jakieś przeprosiny, kiedy otwarto drzwi zewnętrzne. Puls Asano przyspieszył na myśl, że może to być jeden z wysłanników cesarza. Odetchnął z ulgą, zobaczywszy, że wszedł właśnie jeden z przybocznych matki szoguna. Był to okrągłooki, pulchny człowieczek o nazwisku Kajikawa. W zwykłych okolicznościach pan Asano byłby go zignorował, jednak podczas tej uroczystości lepiej było nie okazywać prawdziwych uczuć. Gdy Kajikawa rozglądał się grzecznie po komnacie, pan Asano uśmiechnął się, jakby chciał mu dodać otuchy.
Uśmiech zrobił swoje, Kajikawa podbiegł drobnymi kroczkami i ukłonił się z przesadnym szacunkiem. Potem uniósł głowę, uśmiechając się niczym żaba.
- Panie Asano... - wyrzucił z siebie, mocno sepleniąc. - Słyszałem, że dokonano pewnych zmian w planie uroczystości, i chciałbym je poznać, żeby powiadomić o nich dostojną matkę naszego szoguna. Gdyby to nie było zbyt wielkim kłopotem... - zawiesił głos na dokładnie odmierzonej porcji niepewności.
Pan Asano mimowolnie zerknął na Kirę, ponieważ ten był jedyną osobą, która mogłaby na to pytanie odpowiedzieć. Z niepokojem zauważył, że mistrz ceremonii odpowiada mu złowieszczym uśmieszkiem świadczącym o tym, iż usłyszał pytanie.
- Temu bałwanowi nie należy zadawać żadnych pytań - odezwał się Kira głośno i w wielkopańskim stylu. - Jeżeli chodzi o ceremonię, to pytaj, panie, mnie, pana Date albo choćby jednego ze sług, nawet oni wiedzą więcej o dwornych manierach i uroczystościach niż ten tu pan Asano.
Twarz Kajikawy poczerwieniała, a wytrzeszcz oczu jeszcze się pogłębił. Ukłonił się niepewnie, a potem wyprostował niezdecydowany, co zrobić. Pan Asano zbladł i stanął nieruchomo, niczym kamienny posąg. Kajikawa poczuł nagłe tchnienie strachu i szybko przeszedł ku rozsuwanym drzwiom Sali Zebrań. Nie chciał powiększać upokorzenia pana Asano, podchodząc do kogokolwiek innego w komnacie, postanowił więc zapytać o szczegóły któregoś z dworaków znajdujących się już wewnątrz. Otwierał drzwi, gdy zobaczył, że Kira majestatycznie przechodzi przez komnatę, staje przed panem Asano i mówi coś do niego cichym głosem. Nie był pewien, czy dobrze słyszy - zabrzmiało to tak, jakby Kira powiedział coś o żonie pana Asano.
Pan Asano też nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Wiesz, mógłbyś sobie oszczędzić kłopotów - powiedział Kira znaczącym tonem. - Jeżeli pieniądze tak wiele dla ciebie znaczą, są inne sposoby zaspokojenia mojego wyszukanego smaku. Słyszałem, że masz ładniutką żonkę z okrąglutką niby księżyc twarzą...
Tego już Asano znieść nie potrafił. Jego serce zaczęło walić jak szalone. Ręka sama skoczyła ku rękojeści miecza. Kira instynktownie sięgnął po swój, choć wcale nie miał zamiaru go wydobywać; tym samym popełnił tragiczny błąd. Pan Asano odebrał ruch Kiry jako przyjęcie wyzwania i jego ostrze błysnęło nagle, a potem opadło w cięciu, którym kierowała ślepa furia. Kira dostał wysoko w ramię, cofnął się, potknął i upadł. Pan Asano wzniósł miecz, żeby uderzyć jeszcze raz, ale tym razem pan Date i kilku innych gości skoczyło na niego, chwytając go za ramiona. Zapadła chwila martwej ciszy. Kajikawa głośno przełknął ślinę i uciekł do sali wewnętrznej.
Pan Asano opamiętał się. Drgnął, spoglądając na leżącego nieruchomo Kirę, a potem powiódł wzrokiem po ludziach, którzy odebrali mu oba miecze. Oczy miał jeszcze powleczone szkliwem wściekłości, kiedy rozsuwane drzwi otworzyły się ponownie i do komnaty wkroczył sam szogun Tsunayoshi. Za nim widać było grupę chłopców w tanecznych kostiumach; wszyscy milczeli i jakby zastygli w groteskowych postawach.
Tsunayoshiego, który w tanecznym kostiumie wyglądał jeszcze bardziej kobieco niż zwykle, kompletnie zaskoczył zastany widok. Odetchnąwszy gwałtownie, zachwiał się do tyłu tak, że niektórzy pomyśleli, iż upadnie. Tylko nieliczni z obecnych mogli sobie wyobrazić, co też dzieje się w umyśle władcy.
Copyright ? by John Allyn Copyright ? by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2011 Copyright ? for translation by Andrzej Sawicki, 2008 tytuł oryginału: The 47 Ronin Story
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-669-3
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
ILUSTRACJA NA OKŁADCE ? Dex Image | Corbis
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
REDAKCJA Rafał Dębski
KOREKTA Magdalena Byrska
SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl