Rozdział 1
Jula
Ponoć remont jest jedną z najczęstszych przyczyn rozwodu - pomyślała, taszcząc szósty karton z książkami do jedynego czystego pokoju w całym domu. To tam znajdował się obecnie ośrodek ich życia. Sypialnia, salon i jadalnia w jednym. Pozostałe pomieszczenia były co prawda gotowe, ale należało je posprzątać. Podłogi pokrywała warstwa pyłu, ściany gdzieniegdzie oddzielała od siebie taśma malarska, do tego zakurzone szyby w oknach i resztki cementu na parapetach. Wszędzie walały się pędzle, wałki do malowania i pojemniki z resztkami farb. Chciało jej się płakać, ale w ostatniej chwili zamknęła oczy i zaczęła w myślach recytować swój ulubiony wiersz. Zazwyczaj pomagało.
Niegdyś przed wielu, wielu laty
W królestwie nad mórz pianą
Żyła dzieweczka, którą znałem;
Annabel Lee ją zwano...
- Kurwa mać! - Usłyszała jednocześnie głos Karola i dźwięk tłuczonego szkła.
Tylko nie moje kieliszki z Madery... - pomyślała, podchodząc do okna. Karol, klęcząc, zbierał resztki tego, co jeszcze przed chwilą było szklankami, kubkami i kieliszkami, także tymi z Madery. Wyszła na zewnątrz, żeby mu pomóc. Z całej zawartości kartonu przetrwał nienaruszony tylko jeden kubek. Prezent urodzinowy od Karola z napisem "Sexy teacher". Nie był czarny. Nie był nawet zielony. Nie znosiła tego kubka. Rozpłakała się.
- Przepraszam, kochanie, kupię ci takie same kieliszki, zobaczysz!
- To ja przepraszam, od wczoraj byłam bliska wybuchu. To wszystko ponad moje nerwy.
- Nie martw się, już prawie meta, niewiele nam zostało. Poza tym rozejrzyj się.
Miał rację. Właśnie spełniło się jej marzenie. Kilka tygodni wcześniej kupili ten piękny, drewniany dom z kominkiem i werandą, której zawsze pragnęła. Cudowny ogród z mnóstwem kwiatów, krzewów i starych drzew osłaniał ich nowe królestwo przed wzrokiem, być może ciekawskich, sąsiadów. Na szczęście nie było ich wielu. Tylko jeden dom oddalony o jakieś dwieście metrów. Pewnie rodzina z dziećmi. Nie widzieli ich jeszcze, ale rano usłyszeli śmiech chłopców biegających w ogrodzie.
- Chyba potrzebujemy przerwy na kawkę. Zapraszam do naszej nowej, wspaniałej kuchni, pokrytej kurzem, folią i kartonami. - Mówiąc to, uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia.
- Cudownie, tego właśnie mi trzeba. A wieczorem to ja zaopiekuję się tobą.
- Niby jak?
- Czytałem ostatnio poradnik, jak pocieszyć smutną dziewczynę. Podnosisz ją i układasz na kocu, zawijasz w naleśnik i przenosisz na kanapę. Przytulasz naleśnik i przynosisz mu coś do picia, bo, jak wiadomo, łzy odwadniają. Do tego organizujesz przekąskę, którą naleśnik lubi, i włączasz mu jego ulubiony film.
Rozbawił ją tym i jednocześnie rozczulił. Był najlepszą osobą, jaką znała. Kochany, czuły, dobry, mądry, zabawny. To ostatnie ceniła chyba najbardziej. Zawsze uważała, że podstawą związku jest poczucie humoru, a Karol zazwyczaj potrafił ją rozbawić. Do tego spełniał wszystkie jej zachcianki. Nie był może szalenie przystojny, ale miał swój urok. Niestety, ostatnio trochę się zaniedbał, nie uprawiał żadnego sportu, co zdradzał jego wystający, zaokrąglony brzuch. Co więcej, zaczął powoli łysieć. Starała się nie zwracać na to uwagi. Miała świadomość, że ząb czasu dotyka każdego, a Karol był od niej starszy o dziesięć lat. Taki trochę tatuś, tylko bez dzieci. Często myślała, że nie pasują do siebie. On - urodzony mąż i ojciec, zawsze marzył o dużej rodzinie. Ona - wyjątkowo ceniła sobie wolność i niezależność. Nie miała instynktu macierzyńskiego. Nie przepadała za dziećmi, choć ironia losu pchnęła ją do pracy w szkole.
Uczyła angielskiego w liceum. Od kilku miesięcy była na zwolnieniu lekarskim. Dotknięta depresją i wypaleniem zawodowym stawała się coraz mniej cierpliwa. Któregoś razu nie wytrzymała i puściła w klasie wiązankę, nazywając uczniów tępakami i smartfonowymi zombie odartymi z empatii. Podeszła do biurka, podarła na strzępy klasówki, które na nim leżały, wyjęła z torebki paczkę papierosów. Zapaliła i zabrała swoje rzeczy. Stanęła w progu, odwróciła się i obrzuciła pogardliwym spojrzeniem większość ze swoich uczniów, kończąc przedstawienie wysublimowanym "pierdolcie się!". Trzasnęła drzwiami i poczuła ogromną ulgę, radość i poczucie zwycięstwa. Schodząc po schodach prowadzących na parking, miała ochotę wykonać taniec Jokera. Lubiła ten film i chyba trochę identyfikowała się z głównym bohaterem. Dopaliła papierosa i wsiadła do samochodu. Włączyła swoją ulubioną playlistę na Spotify. Nie mogła trafić lepiej. Uśmiechnęła się, słysząc She's Lost Control Joy Division. Pomyślała, że tego dnia po raz pierwszy, odkąd uczyła, zyskała całkowitą uwagę zebranych i dostrzegła w ich oczach zdumienie oraz szacunek pomieszany ze strachem.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk odkorkowywanej butelki. Karol nalał wina do plastikowych kubków.
- Przynajmniej tych nie stłukłem - powiedział, puszczając do niej oko. - Pomyślałem, że to nam chyba bardziej posmakuje niż kawa.
- Kocham cię. - Uśmiechnęła się i mocno przytuliła męża.
Po tygodniu ciężkiej pracy ich nowy dom zaczynał przypominać miejsce, w którym mogłaby się zestarzeć. Wysoko rozwinięty zmysł estetyczny połączony z nieokiełznaną wyobraźnią przemienił ją chwilowo w dyktatora nieznoszącego sprzeciwu. Na szczęście Karol zostawił jej całkowitą swobodę w kwestii dekoracji nowych wnętrz. Miał do niej zaufanie i podobał mu się styl żony. W jej ubiorze dominowała czerń, której była wierna od co najmniej piętnastu lat. Kiedyś w środku lata założyła białą sukienkę. Kolega ze studiów, widząc to, wybałuszył oczy i zapytał, czy ma żałobę. Jeśli chodzi o wnętrza, uwielbiała z kolei kolory. Twierdziła, że ma czarne sukienki, serce i myśli, więc przynajmniej dom może być kolorowy. Z zamiłowaniem łączyła boho, vintage i styl rustykalny. Lubiła naturalne materiały, jak drewno czy kamień, i wnętrza pełne światła. Nie uznawała Ikei. Wszystkie meble kupowała z drugiej ręki. Była zdania, że przedmioty, którymi się otacza, muszą mieć swoją historię i duszę. Z szaleństwem w oczach wykańczała dom, czasami wykańczając przy tym także Karola. Ten z kolei był okazem cierpliwości. Akceptował każdy jej wymysł. I te koty. Miała obsesję na punkcie czarnych kotów. Tych nieczarnych zresztą też. Były wszędzie. Dziesiątki figurek różnej wielkości, obrazy, metalowe i drewniane tabliczki z kocimi podobiznami i zabawnymi napisami, ozdobne poduszki, wieszaki w przedpokoju i w kuchni, korkociągi i talerze. Nawet stojak na papier toaletowy był w kształcie kota. Zdecydowanie doskwierał jej brak żywych stworzeń, a te namalowane bądź wyrzeźbione stanowiły chwilową kompensatę. Uzgodnili z Karolem, że po przeprowadzce na wieś i po zakończonym remoncie pojadą do schroniska po dwa dachowce. Wierzyła, że samotny kot to nieszczęśliwy kot. Tak jak człowiek.
Usłyszała dźwięk dzwonka.
- Kotku, otworzysz? Ja właśnie wyszedłem spod prysznica! - krzyknął Karol.
- Jasne! - odkrzyknęła, czując jednocześnie przyspieszone bicie serca.
Nie lubiła ludzi, zwłaszcza obcych. Przed spotkaniem z nową osobą zawsze czuła ogromny stres. Była sobota wieczór, to nie mógł być listonosz. Otworzyła drzwi i zobaczyła kobietę, która trzymała w ręku tortownicę przykrytą bawełnianą ścierką.
- Cześć, jestem Magda, sąsiadka. Mieszkam kawałek dalej z mężem i synami. Pomyślałam, że macie masę roboty z przeprowadzką, i chciałam wam jakoś osłodzić te pierwsze, gorzkie chwile. Proszę, upiekłam dla was powitalny sernik. - Uśmiechnęła się i zdjęła ścierkę, z dumą odsłaniając zawartość tortownicy.
- Yyy, ojej, bardzo dziękujemy. Jula - odpowiedziała nieśmiało, podając rękę nowo poznanej kobiecie.
Na szczęście w tej właśnie chwili Karol przyszedł jej w sukurs. Poczuła spokój. Ona była od dekoracji wnętrz, on - od kontaktów towarzyskich. Magda poprawiła włosy, wyprostowała się i podała rękę Karolowi.
- Cześć, Magda, mieszkam obok - przedstawiła się.
- Miło cię poznać. Karol. Może wejdziesz na chwilę?
- Nie, niestety, muszę uciekać. Czas kłaść dzieciaki do łóżek. Chciałam się tylko przywitać i zaproponować jakieś spotkanie w pełnym gronie. Cieszę się, że w końcu mamy sąsiadów w naszym wieku. Poprzedni właściciele byli staruszkami i nie bardzo mieliśmy z nimi o czym rozmawiać.
- Rozumiem - powiedział uśmiechnięty Karol. - Słuchaj, to może wpadniecie do nas w przyszłą sobotę? Zrobimy przy okazji małą sąsiedzką parapetówę.
- Super, miło z waszej strony. Co mamy przynieść?
- Butelka czerwonego winka i dobre humory w zupełności wystarczą. Osiemnasta będzie okej?
- Jasne, jesteśmy umówieni, do zobaczenia!
- Na razie - powiedziała Jula i z ulgą zamknęła drzwi.
Wieczorem doszło do zbliżenia. Jula powoli stawała się specjalistką w sztuce udawania orgazmu. Dla świętego spokoju. I żeby nie ranić Karola. Im dłużej byli ze sobą, tym bardziej go kochała i czuła się z nim związana coraz mocniej. Jednak sfera łóżkowa działała tu niestety odwrotnie proporcjonalnie. Jula od lat brała tabletki antykoncepcyjne i czasem zastanawiała się, czy to one, czy staż ich związku zabija jej libido. Karol od dawna jej nie pociągał. Co prawda bardzo się starał, zależało mu na przyjemności żony bardziej niż na swojej, ale efekt najczęściej był ten sam - udawany orgazm. On z kolei wydawał się zachwycony ich pożyciem. W trakcie seksu często powtarzał, że jest cudowna. Mówił, że ją kocha i że jej pragnie. Ona jedynie od czasu do czasu zdobywała się na mało przekonujące: "Tak, tak, taaak", najczęściej tuż przed punktem kulminacyjnym swojej gry aktorskiej. Od ośmiu lat całował ją tam na dole dokładnie w ten sam sposób. Zawsze w tej samej pozycji, gdy leżała na plecach. Od jakiegoś czasu nie sprawiało jej to przyjemności. Raczej łaskotało albo, co gorsza, zwyczajnie drażniło. Zawsze robili to w łóżku. Lubiła z nim wyjeżdżać i spać w hotelu. Wtedy przynajmniej łóżko było inne. To ona musiała proponować zmianę pozycji. To ona często kierowała jego ręką lub językiem. On był bierny. Wszystko mu się podobało. Chciała, żeby od czasu do czasu dał jej klapsa albo pociągnął ją za włosy. Nigdy niczego takiego nie zrobił. A jej było jakoś tak głupio o to poprosić. Czasem, jak każda kobieta, chciała się poczuć jak niegrzeczna dziewczynka. Tylko jej mąż był z kolei grzeczny.
Niedziele były najgorsze. Odkąd pamiętała. Jako dziecko nie znosiła chodzić do szkoły i na samą myśl o poniedziałku już w niedzielę bolał ją brzuch. Jakby tego było mało, matka zmuszała ją do chodzenia do kościoła, co było chyba jeszcze gorsze niż sama szkoła. Cieszyła się, kiedy chorowała lub miała bolesny okres, wtedy była zwolniona z tego ponurego obowiązku i zostawała w domu, w swoim ukochanym pokoju oblepionym plakatami Pearl Jam, w ciepłym, wygodnym łóżku, gdzie mogła posłuchać muzyki albo poczytać książkę. Literatura i muzyka były jej największymi pasjami. Nowy dom wypełniały książki i winyle, które z zamiłowaniem kolekcjonowała od lat. Karol nie lubił czytać. Nigdy tego nie rozumiała. Ona pochłaniała przynajmniej trzy książki w miesiącu. On raz do roku czytał co najwyżej poradnik wędkarza. Ryby były jego hobby. Starała się to szanować, choć jako wegetariance było jej bardzo ciężko. Z biegiem lat nauczyła się, że związek to partnerstwo i przede wszystkim kompromisy. Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze wszystko musi być tak, jak chce ona. Trzeba się otworzyć na potrzeby i pasje partnera. Inaczej związek umiera śmiercią naturalną.
Niedziela. Jeszcze jako studentka usłyszała historię hymnu węgierskich samobójców. Od tej pory w niektóre niedziele przywoływała w głowie Gloomy Sunday. Spośród wielu interpretacji najbardziej lubiła utwór w wykonaniu Diamandy Galas. Do dziś pamiętała, jak nocą siedziała na łóżku w akademiku i razem ze swoim przyjacielem słuchali wspomnianej kompozycji. Pogrążeni w rozmowie, przejęci historią dziesiątek samobójstw powiązanych z niedzielą, nagle usłyszeli łomot i skoczyli na równe nogi. Podejrzewali, że był to ptak, który w locie uderzył o szybę. Wyszli przed budynek i rzeczywiście zobaczyli pod oknem martwego gołębia. Naprędce wykopali mu grób i pochowali zwierzę. Jej przyjaciel zmontował nawet amatorski krzyż z gałęzi i znalezionego kawałka drewna, na którym wyrył śrubokrętem napis: "Kolejna ofiara Ponurej Niedzieli".
Niedziela. Najczęściej zostawała sama w domu, bo Karol jeździł z kolegami na ryby. Robiła sobie wtedy drinka, włączała muzykę, paliła papierosa i tańczyła. Zazwyczaj płakała.