Opowieść dla smutnych ludzi - Mia Morte

Kup ebooka

40.99 zł
32.79 zł (29,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jula

Po­noć re­mont jest jed­ną z naj­częst­szych przy­czyn roz­wo­du - po­my­śla­ła, tasz­cząc szó­sty kar­ton z książ­ka­mi do je­dy­ne­go czy­ste­go po­ko­ju w ca­łym domu. To tam znaj­do­wał się obec­nie ośro­dek ich ży­cia. Sy­pial­nia, sa­lon i ja­dal­nia w jed­nym. Po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia były co praw­da go­to­we, ale na­le­ża­ło je po­sprzą­tać. Pod­ło­gi po­kry­wa­ła war­stwa pyłu, ścia­ny gdzie­nie­gdzie od­dzie­la­ła od sie­bie ta­śma ma­lar­ska, do tego za­ku­rzo­ne szy­by w oknach i reszt­ki ce­men­tu na pa­ra­pe­tach. Wszę­dzie wa­la­ły się pędz­le, wał­ki do ma­lo­wa­nia i po­jem­ni­ki z reszt­ka­mi farb. Chcia­ło jej się pła­kać, ale w ostat­niej chwi­li za­mknę­ła oczy i za­czę­ła w my­ślach re­cy­to­wać swój ulu­bio­ny wiersz. Za­zwy­czaj po­ma­ga­ło.

Nie­gdyś przed wie­lu, wie­lu laty

W kró­le­stwie nad mórz pia­ną

Żyła dzie­wecz­ka, któ­rą zna­łem;

An­na­bel Lee ją zwa­no...

- Kur­wa mać! - Usły­sza­ła jed­no­cze­śnie głos Ka­ro­la i dźwięk tłu­czo­ne­go szkła.

Tyl­ko nie moje kie­lisz­ki z Ma­de­ry... - po­my­śla­ła, pod­cho­dząc do okna. Ka­rol, klę­cząc, zbie­rał reszt­ki tego, co jesz­cze przed chwi­lą było szklan­ka­mi, kub­ka­mi i kie­lisz­ka­mi, tak­że tymi z Ma­de­ry. Wy­szła na ze­wnątrz, żeby mu po­móc. Z ca­łej za­war­to­ści kar­to­nu prze­trwał nie­na­ru­szo­ny tyl­ko je­den ku­bek. Pre­zent uro­dzi­no­wy od Ka­ro­la z na­pi­sem "Sexy te­acher". Nie był czar­ny. Nie był na­wet zie­lo­ny. Nie zno­si­ła tego kub­ka. Roz­pła­ka­ła się.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie, ku­pię ci ta­kie same kie­lisz­ki, zo­ba­czysz!

- To ja prze­pra­szam, od wczo­raj by­łam bli­ska wy­bu­chu. To wszyst­ko po­nad moje ner­wy.

- Nie martw się, już pra­wie meta, nie­wie­le nam zo­sta­ło. Poza tym ro­zej­rzyj się.

Miał ra­cję. Wła­śnie speł­ni­ło się jej ma­rze­nie. Kil­ka ty­go­dni wcze­śniej ku­pi­li ten pięk­ny, drew­nia­ny dom z ko­min­kiem i we­ran­dą, któ­rej za­wsze pra­gnę­ła. Cu­dow­ny ogród z mnó­stwem kwia­tów, krze­wów i sta­rych drzew osła­niał ich nowe kró­le­stwo przed wzro­kiem, być może cie­kaw­skich, są­sia­dów. Na szczę­ście nie było ich wie­lu. Tyl­ko je­den dom od­da­lo­ny o ja­kieś dwie­ście me­trów. Pew­nie ro­dzi­na z dzieć­mi. Nie wi­dzie­li ich jesz­cze, ale rano usły­sze­li śmiech chłop­ców bie­ga­ją­cych w ogro­dzie.

- Chy­ba po­trze­bu­je­my prze­rwy na kaw­kę. Za­pra­szam do na­szej no­wej, wspa­nia­łej kuch­ni, po­kry­tej ku­rzem, fo­lią i kar­to­na­mi. - Mó­wiąc to, uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy tego dnia.

- Cu­dow­nie, tego wła­śnie mi trze­ba. A wie­czo­rem to ja za­opie­ku­ję się tobą.

- Niby jak?

- Czy­ta­łem ostat­nio po­rad­nik, jak po­cie­szyć smut­ną dziew­czy­nę. Pod­no­sisz ją i ukła­dasz na kocu, za­wi­jasz w na­le­śnik i prze­no­sisz na ka­na­pę. Przy­tu­lasz na­le­śnik i przy­no­sisz mu coś do pi­cia, bo, jak wia­do­mo, łzy od­wad­nia­ją. Do tego or­ga­ni­zu­jesz prze­ką­skę, któ­rą na­le­śnik lubi, i włą­czasz mu jego ulu­bio­ny film.

Roz­ba­wił ją tym i jed­no­cze­śnie roz­czu­lił. Był naj­lep­szą oso­bą, jaką zna­ła. Ko­cha­ny, czu­ły, do­bry, mą­dry, za­baw­ny. To ostat­nie ce­ni­ła chy­ba naj­bar­dziej. Za­wsze uwa­ża­ła, że pod­sta­wą związ­ku jest po­czu­cie hu­mo­ru, a Ka­rol za­zwy­czaj po­tra­fił ją roz­ba­wić. Do tego speł­niał wszyst­kie jej za­chcian­ki. Nie był może sza­le­nie przy­stoj­ny, ale miał swój urok. Nie­ste­ty, ostat­nio tro­chę się za­nie­dbał, nie upra­wiał żad­ne­go spor­tu, co zdra­dzał jego wy­sta­ją­cy, za­okrą­glo­ny brzuch. Co wię­cej, za­czął po­wo­li ły­sieć. Sta­ra­ła się nie zwra­cać na to uwa­gi. Mia­ła świa­do­mość, że ząb cza­su do­ty­ka każ­de­go, a Ka­rol był od niej star­szy o dzie­sięć lat. Taki tro­chę ta­tuś, tyl­ko bez dzie­ci. Czę­sto my­śla­ła, że nie pa­su­ją do sie­bie. On - uro­dzo­ny mąż i oj­ciec, za­wsze ma­rzył o du­żej ro­dzi­nie. Ona - wy­jąt­ko­wo ce­ni­ła so­bie wol­ność i nie­za­leż­ność. Nie mia­ła in­stynk­tu ma­cie­rzyń­skie­go. Nie prze­pa­da­ła za dzieć­mi, choć iro­nia losu pchnę­ła ją do pra­cy w szko­le.

Uczy­ła an­giel­skie­go w li­ceum. Od kil­ku mie­się­cy była na zwol­nie­niu le­kar­skim. Do­tknię­ta de­pre­sją i wy­pa­le­niem za­wo­do­wym sta­wa­ła się co­raz mniej cier­pli­wa. Któ­re­goś razu nie wy­trzy­ma­ła i pu­ści­ła w kla­sie wią­zan­kę, na­zy­wa­jąc uczniów tę­pa­ka­mi i smart­fo­no­wy­mi zom­bie odar­ty­mi z em­pa­tii. Po­de­szła do biur­ka, po­dar­ła na strzę­py kla­sów­ki, któ­re na nim le­ża­ły, wy­ję­ła z to­reb­ki pacz­kę pa­pie­ro­sów. Za­pa­li­ła i za­bra­ła swo­je rze­czy. Sta­nę­ła w pro­gu, od­wró­ci­ła się i ob­rzu­ci­ła po­gar­dli­wym spoj­rze­niem więk­szość ze swo­ich uczniów, koń­cząc przed­sta­wie­nie wy­su­bli­mo­wa­nym "pier­dol­cie się!". Trza­snę­ła drzwia­mi i po­czu­ła ogrom­ną ulgę, ra­dość i po­czu­cie zwy­cię­stwa. Scho­dząc po scho­dach pro­wa­dzą­cych na par­king, mia­ła ocho­tę wy­ko­nać ta­niec Jo­ke­ra. Lu­bi­ła ten film i chy­ba tro­chę iden­ty­fi­ko­wa­ła się z głów­nym bo­ha­te­rem. Do­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i wsia­dła do sa­mo­cho­du. Włą­czy­ła swo­ją ulu­bio­ną play­li­stę na Spo­ti­fy. Nie mo­gła tra­fić le­piej. Uśmiech­nę­ła się, sły­sząc She's Lost Con­trol Joy Di­vi­sion. Po­my­śla­ła, że tego dnia po raz pierw­szy, od­kąd uczy­ła, zy­ska­ła cał­ko­wi­tą uwa­gę ze­bra­nych i do­strze­gła w ich oczach zdu­mie­nie oraz sza­cu­nek po­mie­sza­ny ze stra­chem.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk od­kor­ko­wy­wa­nej bu­tel­ki. Ka­rol na­lał wina do pla­sti­ko­wych kub­ków.

- Przy­naj­mniej tych nie stłu­kłem - po­wie­dział, pusz­cza­jąc do niej oko. - Po­my­śla­łem, że to nam chy­ba bar­dziej po­sma­ku­je niż kawa.

- Ko­cham cię. - Uśmiech­nę­ła się i moc­no przy­tu­li­ła męża.

Po ty­go­dniu cięż­kiej pra­cy ich nowy dom za­czy­nał przy­po­mi­nać miej­sce, w któ­rym mo­gła­by się ze­sta­rzeć. Wy­so­ko roz­wi­nię­ty zmysł es­te­tycz­ny po­łą­czo­ny z nie­okieł­zna­ną wy­obraź­nią prze­mie­nił ją chwi­lo­wo w dyk­ta­to­ra nie­zno­szą­ce­go sprze­ci­wu. Na szczę­ście Ka­rol zo­sta­wił jej cał­ko­wi­tą swo­bo­dę w kwe­stii de­ko­ra­cji no­wych wnętrz. Miał do niej za­ufa­nie i po­do­bał mu się styl żony. W jej ubio­rze do­mi­no­wa­ła czerń, któ­rej była wier­na od co naj­mniej pięt­na­stu lat. Kie­dyś w środ­ku lata za­ło­ży­ła bia­łą su­kien­kę. Ko­le­ga ze stu­diów, wi­dząc to, wy­ba­łu­szył oczy i za­py­tał, czy ma ża­ło­bę. Je­śli cho­dzi o wnę­trza, uwiel­bia­ła z ko­lei ko­lo­ry. Twier­dzi­ła, że ma czar­ne su­kien­ki, ser­ce i my­śli, więc przy­naj­mniej dom może być ko­lo­ro­wy. Z za­mi­ło­wa­niem łą­czy­ła boho, vin­ta­ge i styl ru­sty­kal­ny. Lu­bi­ła na­tu­ral­ne ma­te­ria­ły, jak drew­no czy ka­mień, i wnę­trza peł­ne świa­tła. Nie uzna­wa­ła Ikei. Wszyst­kie me­ble ku­po­wa­ła z dru­giej ręki. Była zda­nia, że przed­mio­ty, któ­ry­mi się ota­cza, mu­szą mieć swo­ją hi­sto­rię i du­szę. Z sza­leń­stwem w oczach wy­kań­cza­ła dom, cza­sa­mi wy­kań­cza­jąc przy tym tak­że Ka­ro­la. Ten z ko­lei był oka­zem cier­pli­wo­ści. Ak­cep­to­wał każ­dy jej wy­mysł. I te koty. Mia­ła ob­se­sję na punk­cie czar­nych ko­tów. Tych nie­czar­nych zresz­tą też. Były wszę­dzie. Dzie­siąt­ki fi­gu­rek róż­nej wiel­ko­ści, ob­ra­zy, me­ta­lo­we i drew­nia­ne ta­blicz­ki z ko­ci­mi po­do­bi­zna­mi i za­baw­ny­mi na­pi­sa­mi, ozdob­ne po­dusz­ki, wie­sza­ki w przed­po­ko­ju i w kuch­ni, kor­ko­cią­gi i ta­le­rze. Na­wet sto­jak na pa­pier to­a­le­to­wy był w kształ­cie kota. Zde­cy­do­wa­nie do­skwie­rał jej brak ży­wych stwo­rzeń, a te na­ma­lo­wa­ne bądź wy­rzeź­bio­ne sta­no­wi­ły chwi­lo­wą kom­pen­sa­tę. Uzgod­ni­li z Ka­ro­lem, że po prze­pro­wadz­ce na wieś i po za­koń­czo­nym re­mon­cie po­ja­dą do schro­ni­ska po dwa da­chow­ce. Wie­rzy­ła, że sa­mot­ny kot to nie­szczę­śli­wy kot. Tak jak czło­wiek.

Usły­sza­ła dźwięk dzwon­ka.

- Kot­ku, otwo­rzysz? Ja wła­śnie wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca! - krzyk­nął Ka­rol.

- Ja­sne! - od­krzyk­nę­ła, czu­jąc jed­no­cze­śnie przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca.

Nie lu­bi­ła lu­dzi, zwłasz­cza ob­cych. Przed spo­tka­niem z nową oso­bą za­wsze czu­ła ogrom­ny stres. Była so­bo­ta wie­czór, to nie mógł być li­sto­nosz. Otwo­rzy­ła drzwi i zo­ba­czy­ła ko­bie­tę, któ­ra trzy­ma­ła w ręku tor­tow­ni­cę przy­kry­tą ba­weł­nia­ną ścier­ką.

- Cześć, je­stem Mag­da, są­siad­ka. Miesz­kam ka­wa­łek da­lej z mę­żem i sy­na­mi. Po­my­śla­łam, że ma­cie masę ro­bo­ty z prze­pro­wadz­ką, i chcia­łam wam ja­koś osło­dzić te pierw­sze, gorz­kie chwi­le. Pro­szę, upie­kłam dla was po­wi­tal­ny ser­nik. - Uśmiech­nę­ła się i zdję­ła ścier­kę, z dumą od­sła­nia­jąc za­war­tość tor­tow­ni­cy.

- Yyy, ojej, bar­dzo dzię­ku­je­my. Jula - od­po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło, po­da­jąc rękę nowo po­zna­nej ko­bie­cie.

Na szczę­ście w tej wła­śnie chwi­li Ka­rol przy­szedł jej w su­kurs. Po­czu­ła spo­kój. Ona była od de­ko­ra­cji wnętrz, on - od kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Mag­da po­pra­wi­ła wło­sy, wy­pro­sto­wa­ła się i po­da­ła rękę Ka­ro­lo­wi.

- Cześć, Mag­da, miesz­kam obok - przed­sta­wi­ła się.

- Miło cię po­znać. Ka­rol. Może wej­dziesz na chwi­lę?

- Nie, nie­ste­ty, mu­szę ucie­kać. Czas kłaść dzie­cia­ki do łó­żek. Chcia­łam się tyl­ko przy­wi­tać i za­pro­po­no­wać ja­kieś spo­tka­nie w peł­nym gro­nie. Cie­szę się, że w koń­cu mamy są­sia­dów w na­szym wie­ku. Po­przed­ni wła­ści­cie­le byli sta­rusz­ka­mi i nie bar­dzo mie­li­śmy z nimi o czym roz­ma­wiać.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział uśmiech­nię­ty Ka­rol. - Słu­chaj, to może wpad­nie­cie do nas w przy­szłą so­bo­tę? Zro­bi­my przy oka­zji małą są­siedz­ką pa­ra­pe­tó­wę.

- Su­per, miło z wa­szej stro­ny. Co mamy przy­nieść?

- Bu­tel­ka czer­wo­ne­go win­ka i do­bre hu­mo­ry w zu­peł­no­ści wy­star­czą. Osiem­na­sta bę­dzie okej?

- Ja­sne, je­ste­śmy umó­wie­ni, do zo­ba­cze­nia!

- Na ra­zie - po­wie­dzia­ła Jula i z ulgą za­mknę­ła drzwi.

Wie­czo­rem do­szło do zbli­że­nia. Jula po­wo­li sta­wa­ła się spe­cja­list­ką w sztu­ce uda­wa­nia or­ga­zmu. Dla świę­te­go spo­ko­ju. I żeby nie ra­nić Ka­ro­la. Im dłu­żej byli ze sobą, tym bar­dziej go ko­cha­ła i czu­ła się z nim zwią­za­na co­raz moc­niej. Jed­nak sfe­ra łóż­ko­wa dzia­ła­ła tu nie­ste­ty od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie. Jula od lat bra­ła ta­blet­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne i cza­sem za­sta­na­wia­ła się, czy to one, czy staż ich związ­ku za­bi­ja jej li­bi­do. Ka­rol od daw­na jej nie po­cią­gał. Co praw­da bar­dzo się sta­rał, za­le­ża­ło mu na przy­jem­no­ści żony bar­dziej niż na swo­jej, ale efekt naj­czę­ściej był ten sam - uda­wa­ny or­gazm. On z ko­lei wy­da­wał się za­chwy­co­ny ich po­ży­ciem. W trak­cie sek­su czę­sto po­wta­rzał, że jest cu­dow­na. Mó­wił, że ją ko­cha i że jej pra­gnie. Ona je­dy­nie od cza­su do cza­su zdo­by­wa­ła się na mało prze­ko­nu­ją­ce: "Tak, tak, ta­aak", naj­czę­ściej tuż przed punk­tem kul­mi­na­cyj­nym swo­jej gry ak­tor­skiej. Od ośmiu lat ca­ło­wał ją tam na dole do­kład­nie w ten sam spo­sób. Za­wsze w tej sa­mej po­zy­cji, gdy le­ża­ła na ple­cach. Od ja­kie­goś cza­su nie spra­wia­ło jej to przy­jem­no­ści. Ra­czej ła­sko­ta­ło albo, co gor­sza, zwy­czaj­nie draż­ni­ło. Za­wsze ro­bi­li to w łóż­ku. Lu­bi­ła z nim wy­jeż­dżać i spać w ho­te­lu. Wte­dy przy­naj­mniej łóż­ko było inne. To ona mu­sia­ła pro­po­no­wać zmia­nę po­zy­cji. To ona czę­sto kie­ro­wa­ła jego ręką lub ję­zy­kiem. On był bier­ny. Wszyst­ko mu się po­do­ba­ło. Chcia­ła, żeby od cza­su do cza­su dał jej klap­sa albo po­cią­gnął ją za wło­sy. Ni­g­dy ni­cze­go ta­kie­go nie zro­bił. A jej było ja­koś tak głu­pio o to po­pro­sić. Cza­sem, jak każ­da ko­bie­ta, chcia­ła się po­czuć jak nie­grzecz­na dziew­czyn­ka. Tyl­ko jej mąż był z ko­lei grzecz­ny.

Nie­dzie­le były naj­gor­sze. Od­kąd pa­mię­ta­ła. Jako dziec­ko nie zno­si­ła cho­dzić do szko­ły i na samą myśl o po­nie­dział­ku już w nie­dzie­lę bo­lał ją brzuch. Jak­by tego było mało, mat­ka zmu­sza­ła ją do cho­dze­nia do ko­ścio­ła, co było chy­ba jesz­cze gor­sze niż sama szko­ła. Cie­szy­ła się, kie­dy cho­ro­wa­ła lub mia­ła bo­le­sny okres, wte­dy była zwol­nio­na z tego po­nu­re­go obo­wiąz­ku i zo­sta­wa­ła w domu, w swo­im uko­cha­nym po­ko­ju ob­le­pio­nym pla­ka­ta­mi Pe­arl Jam, w cie­płym, wy­god­nym łóż­ku, gdzie mo­gła po­słu­chać mu­zy­ki albo po­czy­tać książ­kę. Li­te­ra­tu­ra i mu­zy­ka były jej naj­więk­szy­mi pa­sja­mi. Nowy dom wy­peł­nia­ły książ­ki i wi­ny­le, któ­re z za­mi­ło­wa­niem ko­lek­cjo­no­wa­ła od lat. Ka­rol nie lu­bił czy­tać. Ni­g­dy tego nie ro­zu­mia­ła. Ona po­chła­nia­ła przy­naj­mniej trzy książ­ki w mie­sią­cu. On raz do roku czy­tał co naj­wy­żej po­rad­nik węd­ka­rza. Ryby były jego hob­by. Sta­ra­ła się to sza­no­wać, choć jako we­ge­ta­rian­ce było jej bar­dzo cięż­ko. Z bie­giem lat na­uczy­ła się, że zwią­zek to part­ner­stwo i przede wszyst­kim kom­pro­mi­sy. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie za­wsze wszyst­ko musi być tak, jak chce ona. Trze­ba się otwo­rzyć na po­trze­by i pa­sje part­ne­ra. Ina­czej zwią­zek umie­ra śmier­cią na­tu­ral­ną.

Nie­dzie­la. Jesz­cze jako stu­dent­ka usły­sza­ła hi­sto­rię hym­nu wę­gier­skich sa­mo­bój­ców. Od tej pory w nie­któ­re nie­dzie­le przy­wo­ły­wa­ła w gło­wie Glo­omy Sun­day. Spo­śród wie­lu in­ter­pre­ta­cji naj­bar­dziej lu­bi­ła utwór w wy­ko­na­niu Dia­man­dy Ga­las. Do dziś pa­mię­ta­ła, jak nocą sie­dzia­ła na łóż­ku w aka­de­mi­ku i ra­zem ze swo­im przy­ja­cie­lem słu­cha­li wspo­mnia­nej kom­po­zy­cji. Po­grą­że­ni w roz­mo­wie, prze­ję­ci hi­sto­rią dzie­sią­tek sa­mo­bójstw po­wią­za­nych z nie­dzie­lą, na­gle usły­sze­li ło­mot i sko­czy­li na rów­ne nogi. Po­dej­rze­wa­li, że był to ptak, któ­ry w lo­cie ude­rzył o szy­bę. Wy­szli przed bu­dy­nek i rze­czy­wi­ście zo­ba­czy­li pod oknem mar­twe­go go­łę­bia. Na­pręd­ce wy­ko­pa­li mu grób i po­cho­wa­li zwie­rzę. Jej przy­ja­ciel zmon­to­wał na­wet ama­tor­ski krzyż z ga­łę­zi i zna­le­zio­ne­go ka­wał­ka drew­na, na któ­rym wy­rył śru­bo­krę­tem na­pis: "Ko­lej­na ofia­ra Po­nu­rej Nie­dzie­li".

Nie­dzie­la. Naj­czę­ściej zo­sta­wa­ła sama w domu, bo Ka­rol jeź­dził z ko­le­ga­mi na ryby. Ro­bi­ła so­bie wte­dy drin­ka, włą­cza­ła mu­zy­kę, pa­li­ła pa­pie­ro­sa i tań­czy­ła. Za­zwy­czaj pła­ka­ła.

Rozdział 2

Romek

Klient nie za­pła­cił mu od trzech ty­go­dni. Tacy są naj­gor­si. Mają kupę pie­nię­dzy i za­zwy­czaj są nie­za­do­wo­le­ni z efek­tu. Uni­ka­ją za­pła­ce­nia fak­tu­ry, za­rzu­ca­jąc mu fu­szer­kę. Ha­ru­je jak wół, nie­raz po dzie­sięć go­dzin dzien­nie, a oni nie za­pro­po­nu­ją na­wet kawy, nie wspo­mi­na­jąc już o ja­kiejś prze­ką­sce. To już pią­ty tego typu ko­leś w tym roku. Nie zno­sił w lu­dziach me­ga­lo­ma­nii, aro­gan­cji i pro­stac­twa. Nie­ste­ty, tacy klien­ci zda­rza­li się co­raz czę­ściej.

Pół roku wcze­śniej otwo­rzył mu drzwi łysy typ bez ko­szul­ki, w czer­wo­nych dre­so­wych spoden­kach przed ko­la­no i w bia­łych fro­to­wych skar­pet­kach, któ­re no­sił z upodo­ba­niem na­wet w środ­ku lata i na­cią­gnął do po­ło­wy go­le­ni.

- Do­bry, pa­nie, rura mi pyn­kła w piew­ni­cy, chodź pan - przy­wi­tał go ten eru­dy­ta.

Od­wró­cił się i ru­szył w głąb domu, a Ro­mek do­pie­ro wte­dy zo­ba­czył, co fa­cet ma na ple­cach.

Ta­tu­aż wy­ko­na­ny praw­do­po­dob­nie ręką rów­nie elo­kwent­ne­go kum­pla. Cre­do klien­ta, któ­re brzmia­ło: "Bóg na­pi­sał krut­ki wstęp - lu­dzi sza­nuj, kur­wy tęp!", spra­wi­ło, że Ro­mek po­krę­cił gło­wą, nie do­wie­rza­jąc w to, co wi­dzi. Po­my­ślał, że ewo­lu­cja omi­nę­ła typa sze­ro­kim łu­kiem, a Dar­win prze­wra­ca się w gro­bie. Póź­niej było już tyl­ko go­rzej. Ze­szli do piw­ni­cy, fa­cet za­pa­lił świa­tło i Ro­mek zo­ba­czył wy­stra­szo­ne­go psa przy­wią­za­ne­go me­tro­wym sznur­kiem do jed­nej z rur. W tej sa­mej chwi­li do­le­ciał go odór od­cho­dów, któ­ry­mi oto­czo­ny był pies. Jego wła­ści­ciel w naj­mniej­szym na­wet stop­niu nie czuł się skrę­po­wa­ny. Wziął do ręki me­ta­lo­wy pręt i ude­rzył w rurę. Zwie­rzę się sku­li­ło, a fa­cet za­re­cho­tał:

- Mam na­dzie­ję, że to nie przez tego skur­wie­la. Mu­sia­łem go tu za­mknunć, bo cały czas ino wył.

Ro­mek miał trzy­dzie­ści lat i dru­gi raz w ży­ciu po­czuł nie­na­wiść. Ogar­nę­ła go wzbie­ra­ją­ca fala dła­wią­ce­go, bu­dzą­ce­go w nim agre­sję uczu­cia. Ostat­ni raz prze­żył coś po­dob­ne­go jako czter­na­sto­la­tek. Mat­ka dała mu na uro­dzi­ny szcze­nia­ka. Od dziec­ka bar­dzo chciał mieć psa, a w dzień czter­na­stych uro­dzin jego ma­rze­nie się speł­ni­ło. Przez cały dzień ba­wił się z no­wym przy­ja­cie­lem w ogro­dzie. Pod wie­czór, gdy Ro­mek był za­ję­ty przy­go­to­wy­wa­niem le­go­wi­ska dla psia­ka, ten wy­mknął się z domu i pod­biegł do kom­plet­nie pi­ja­ne­go ojca chłop­ca, któ­ry wra­cał chwiej­nym kro­kiem do domu po czte­rech dniach nie­obec­no­ści. Roz­wście­czo­ny do­mo­wy ty­ran i prze­mo­co­wiec chwy­cił zwie­rzę za kark i z ca­łej siły rzu­cił nim w po­bli­skie drze­wo. Sto­ją­cy na pro­gu domu Ro­mek wi­dział, co się sta­ło, i za­czął biec w kie­run­ku psa. Szcze­niak le­żał na zie­mi bez oznak ży­cia. Miał skrę­co­ny kark. Za­la­ny łza­mi chło­piec po­czuł wzbie­ra­ją­ce, nie­zna­ne mu do­tąd uczu­cie. Miał atak dusz­no­ści i krę­ci­ło mu się w gło­wie. Wstał, od­wró­cił się i pod­szedł do ojca. Po raz pierw­szy się nie bał i po raz pierw­szy to on z ca­łej siły ude­rzył ojca pię­ścią w twarz, aż ten upadł na zie­mię. Splu­nął z obrzy­dze­niem na jego pi­jac­ką mor­dę, po czym wście­kle wy­ce­dził przez zęby, że od­tąd każ­de­go dnia bę­dzie pro­sił Boga o śmierć ojca w mę­czar­niach. To wte­dy po raz ostat­ni ode­zwał się do ro­dzi­ca. I po raz ostat­ni pła­kał.

Ro­mek był w amo­ku. Bo­le­sne wspo­mnie­nia od­ży­ły. W cią­gu se­kun­dy zna­lazł się przy zwy­rod­nial­cu i wy­rwał mu pręt. Za­mach­nął się, chcąc go ude­rzyć, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­mał, my­śląc, że nie jest prze­cież taki jak jego oj­ciec.

- Ty skur­wy­sy­nu! Albo od­dasz mi psa, albo za­tłu­kę cię na śmierć, by­dla­ku! - krzyk­nął.

- A bierz go pan, na co mi on, mam z nim same pro­ble­my.

- Ty je­steś pro­ble­mem dla tego świa­ta, a twój Bóg na­pi­sał bar­dzo do­bry wstęp. Ta­kie kur­wy jak ty po­win­no się tę­pić!

Od­wią­zał psa, wziął go na ręce i wy­biegł z tego prze­klę­te­go domu. De­li­kat­nie uło­żył sucz­kę na tyl­nym sie­dze­niu. Była zbyt wy­czer­pa­na, żeby jak­kol­wiek za­re­ago­wać. Trzę­sła się. Przy­krył ją ko­cem, któ­ry za­wsze miał w au­cie, i po­gła­skał po gło­wie i dłu­gich, zwi­sa­ją­cych uszach. W oczach zwie­rzę­cia zo­ba­czył przej­mu­ją­cy smu­tek, zmę­cze­nie i wdzięcz­ność. Po raz pierw­szy od szes­na­stu lat roz­pła­kał się jak dziec­ko.

- Nie martw się, Róża, ja­koś to bę­dzie. - Uśmiech­nął się do psa.

Na­zwał go imie­niem szcze­nia­ka, któ­re­go do­stał na swo­je fe­ral­ne uro­dzi­ny. Czy­tał wte­dy Ma­łe­go Księ­cia i pa­mię­tał, że książ­ka zro­bi­ła na nim ogrom­ne wra­że­nie. Stwier­dził, że Róża bę­dzie ide­al­nym imie­niem dla stwo­rze­nia, któ­re od razu po­ko­chał i któ­rym chciał się opie­ko­wać już za­wsze.

Po dro­dze za­trzy­mał się z psem u zna­jo­me­go we­te­ry­na­rza. Miał co praw­da pew­ne wąt­pli­wo­ści, czy to do­bry mo­ment. Pies był prze­cież strau­ma­ty­zo­wa­ny i wy­star­cza­ją­co ze­stre­so­wa­ny. Ale Ro­mek stwier­dził, że Róża już tyle znio­sła, że znie­sie i to. Poza tym chciał mieć przy­kry obo­wią­zek jak naj­szyb­ciej z gło­wy. Stan psa był dra­ma­tycz­ny. Wy­ma­gał na­tych­mia­sto­wej opie­ki spe­cja­li­sty.

- Wal­dek, mam tu na­gły przy­pa­dek. Znaj­dziesz chwi­lę? - za­py­tał, wsu­wa­jąc gło­wę do ga­bi­ne­tu.

- Cześć, Ro­mek, ja­sne, usiądź­cie, pro­szę, w po­cze­kal­ni. Naj­pierw mu­szę skoń­czyć z tym dziel­nym pa­cjen­tem. - Mó­wiąc to, wska­zał ręką na kota, któ­ry wy­ko­rzy­stał chwi­lo­wą nie­uwa­gę le­ka­rza i czmych­nął ze sto­łu, cho­wa­jąc się we wszyst­kich czte­rech ką­tach po ko­lei. Jego wła­ści­ciel­ka pró­bo­wa­ła go w tym cza­sie zła­pać, ofe­ru­jąc sma­ko­ły­ki wyj­mo­wa­ne z tyl­nej kie­sze­ni spodni.

Gdy dziel­ny koci pa­cjent opu­ścił ga­bi­net, Ro­mek z Różą we­szli do środ­ka.

- A co to za nie­śmia­ła pięk­ność? - za­czął Wal­dek. - Ale oczy­ska to ty masz chy­ba po ta­tu­siu. Od razu wi­dać, że ło­buz z cie­bie, mała. No, opo­wia­daj­cie, co tu się po­dzia­ło?

Wal­dek był aku­rat tym do­brym klien­tem Rom­ka. Po­zna­li się dwa lata wcze­śniej, gdy Ro­mek tyn­ko­wał, a na­stęp­nie ma­lo­wał świe­żo ku­pio­ny i od­re­mon­to­wa­ny dom Wald­ka. Od razu zła­pa­li wspól­ny ję­zyk. Ro­mek po­dzi­wiał kum­pla za pa­sję w wy­ko­ny­wa­niu tego pięk­ne­go, ale i trud­ne­go za­wo­du. Do tego lu­bił po­czu­cie hu­mo­ru Wald­ka. Po­tra­fił roz­ba­wić na­wet naj­bar­dziej ze­stre­so­wa­nych wła­ści­cie­li cier­pią­cych zwie­rząt.

Ro­mek opo­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło. Wal­dek był wstrzą­śnię­ty.

- To trze­ba jak naj­szyb­ciej zgło­sić na po­li­cję - do­ra­dził we­te­ry­narz. - Ja to zro­bię, ty mu­sisz się te­raz za­jąć tą la­lu­nią. Po­daj mi tyl­ko ad­res tego gno­ja. Zło­żę za­wia­do­mie­nie o po­dej­rze­niu po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Zro­bię ma­łej parę fo­tek na wszel­ki wy­pa­dek i spi­szę od­po­wied­ni ra­port. Bądź pod te­le­fo­nem. Być może gli­ny będą chcia­ły z tobą roz­ma­wiać.

Róża była wy­chu­dzo­na, osła­bio­na i moc­no za­pchlo­na. Wal­dek za­szcze­pił i od­ro­ba­czył psia­ka, za­ło­żył mu ksią­żecz­kę zdro­wia, dał Rom­ko­wi śro­dek na pchły i spe­cja­li­stycz­ną kar­mę, któ­ra mia­ła po­móc zwie­rzę­ciu po­wo­li wró­cić do zdro­wia.

- Nie wiem, jak ci dzię­ko­wać. Ile się na­le­ży? - za­py­tał Ro­mek.

- Nie wy­głu­piaj się, od bo­ha­te­rów nie bio­rę żad­nych pie­nię­dzy - po­wie­dział Wal­dek. - Jedź­cie do domu i zrób la­lu­ni po­rząd­ne po­sła­nie. Na­sza księż­nicz­ka musi te­raz spo­ro od­po­czy­wać. - Po­gła­skał psa po gło­wie. - A ty, ma­leń­ka, nic się nie martw, w koń­cu je­steś w do­brych rę­kach!

Ro­mek po­je­chał jesz­cze do skle­pu zoo­lo­gicz­ne­go. Ku­pił sto­jak z mi­ska­mi, smycz, ob­ro­żę i naj­bar­dziej mięk­kie le­go­wi­sko, ja­kie tyl­ko zna­lazł. W dro­dze do domu męż­czy­zna ukła­dał plan i tro­chę się de­ner­wo­wał. Mag­da nie lu­bi­ła psów. Ani ko­tów, któ­re też chciał­by mieć. W za­sa­dzie nie to­le­ro­wa­ła żad­nych zwie­rząt. Być może przez tę jej ob­se­sję na punk­cie czy­sto­ści. Sam ko­chał zwie­rzę­ta od za­wsze. Nie­ste­ty, była to mi­łość nie­speł­nio­na. W dzie­ciń­stwie nie miał zwie­rzę­cia dłu­żej niż kil­ka go­dzin. Po trau­mie ze szcze­nia­kiem nie chciał ko­lej­nej ży­wej isto­ty, do­pó­ki miesz­kał pod jed­nym da­chem z oj­cem. Po kil­ku la­tach wy­je­chał na stu­dia. W aka­de­mi­ku nie moż­na było mieć zwie­rząt. A po­tem zwią­zał się z Mag­dą i za­kaz po­sia­da­nia zwie­rząt się prze­dłu­żył.

Jego dzie­ci ni­g­dy na­wet nie na­po­mknę­ły, że chcia­ły­by mieć ja­kie­goś pu­pi­la. Mag­da od po­cząt­ku po­wta­rza­ła im, że zwie­rzę­ta to same pro­ble­my. Z psa­mi trze­ba wy­cho­dzić na spa­cer, na­wet gdy pada, a kotu ku­po­wać dro­gie je­dze­nie. Do tego we­te­ry­na­rze, brud w domu, pchły i cho­ro­by. Ro­mek nie miał wy­star­cza­ją­co siły, żeby z tym wal­czyć. Mag­da zde­cy­do­wa­nie do­mi­no­wa­ła w ich mał­żeń­stwie. A on z roku na rok co­raz bar­dziej usu­wał się w cień. Nie czuł się z tym ja­koś bar­dzo źle. Zwłasz­cza od kie­dy kil­ka lat temu zbu­do­wał sto­do­łę kil­ka­na­ście me­trów od domu. Sta­ła się jego pra­cow­nią, a ostat­nio co­raz czę­ściej tak­że sy­pial­nią. Prze­stał już na­wet li­czyć, kie­dy po raz ostat­ni ko­cha­li się z żoną.

Za­wsze miał wy­so­kie li­bi­do. Pod tym wzglę­dem to­tal­nie się nie do­bra­li z Mag­dą. Ją in­te­re­so­wa­ły wy­łącz­nie dzie­ci. Kie­dy się uro­dzi­ły, sek­su było już tyl­ko jak na le­kar­stwo. Sły­sząc po raz ko­lej­ny, że jest zmę­czo­na lub boli ją gło­wa, z cza­sem dał so­bie spo­kój. Mag­da ni­g­dy nie wy­cho­dzi­ła z ini­cja­ty­wą. W łóż­ku i tak pa­no­wał chłód. Jak­by ni­g­dy jej nie za­le­ża­ło na jego przy­jem­no­ści. Seks trak­to­wa­ła jak smut­ny obo­wią­zek. Miał wra­że­nie, że nie po­tra­fi­ła się wy­lu­zo­wać. Na­wet pod­czas dłu­gich gier wstęp­nych po­prze­dzo­nych ma­sa­żem re­lak­sa­cyj­nym z cie­płym olej­kiem. Cza­sem otwie­ra­ła się na zbli­że­nie, gdy była na de­li­kat­nym rau­szu. Nie­raz zda­rzy­ło mu się przy­go­to­wać ro­man­tycz­ną ko­la­cję, a wcze­śniej przy­no­sił do domu jej ulu­bio­ne kwia­ty. Wie­czo­rem oglą­da­li film i pili wino. Po­tem jed­ną ręką od­gar­niał jej wło­sy i de­li­kat­nie ca­ło­wał szy­ję, a dru­gą rękę pro­wa­dził od ko­la­na, przez udo, do li­nii maj­tek. Sły­szał przy­śpie­szo­ny od­dech Mag­dy, a jego pe­nis ro­bił się sztyw­ny. Wte­dy naj­czę­ściej Ko­stek bu­dził się z pła­czem albo Ed­gar krzy­czał przez sen. Mag­da bie­gła do nich jak po­pa­rzo­na, a cały ro­man­tyzm szlag tra­fiał. Ro­mek już wie­dział, że jego żona po­zwo­li dzie­ciom spać w ich łóż­ku. Szedł wów­czas do swo­jej sto­do­ły, od­pa­lał pierw­szy lep­szy film por­no i z ulgą koń­czył. Naj­czę­ściej zo­sta­wał tam na noc i spał na jed­nej z ka­nap lub w swo­im ulu­bio­nym, ko­lo­ro­wym ha­ma­ku. Rano przy­cho­dził do domu na śnia­da­nie i obo­je z Mag­dą, jak co dzień, uda­wa­li, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Rozdział 3

Magda

- No, jak się mają moje uko­cha­ne wnu­czę­ta? - spy­ta­ła jej mat­ka, sta­jąc w pro­gu drzwi.

- Ba­aab­cia­aa! - krzyk­nął Ko­stek, wy­bie­ga­jąc z auta.

- Dzię­ki, mamo. Po­win­nam się wy­ro­bić w dwie go­dzin­ki. Gdy­by mia­ło się prze­dłu­żyć, za­dzwo­nię - po­wie­dzia­ła Mag­da.

W jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści otwar­to ostat­nio esca­pe room i na ostat­nim spo­tka­niu re­dak­cyj­nym szef wy­słał ją tam, żeby opi­sa­ła nową atrak­cję i po­roz­ma­wia­ła o wra­że­niach z pierw­szy­mi od­wie­dza­ją­cy­mi. Był week­end, ale stwier­dzi­ła, że pod­rzu­ci dzie­ci mat­ce, a sama w tym cza­sie nad­go­ni obo­wiąz­ki służ­bo­we. Cza­sem mia­ła dość swo­jej pra­cy. Z dru­giej stro­ny wie­dzia­ła, że jest do­bra w tym, co robi. Od dziec­ka mia­ła lek­kie pió­ro. Za­czy­na­ła od hi­sto­rii o smo­kach i księż­nicz­kach, przez przy­go­dy lal­ki Esme­ral­dy, koń­cząc na pi­sa­niu wier­szy wo­jen­no-pa­trio­tycz­nych w li­ceum, a na­wet krót­kiej po­wie­ści scien­ce-fic­tion pod­czas stu­diów. Dzien­ni­kar­stwo było w jej przy­pad­ku wy­bo­rem oczy­wi­stym. Bez pro­ble­mu do­sta­ła się na Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski. Ukoń­czy­ła li­ceum ze śred­nią pięć i pół. Na­le­ża­ła do ostat­nie­go rocz­ni­ka zda­ją­ce­go sta­rą ma­tu­rę. Do eg­za­mi­nów ust­nych na­wet nie pod­cho­dzi­ła. Była z nich zwol­nio­na po otrzy­ma­niu ocen ce­lu­ją­cych z eg­za­mi­nów pi­sem­nych.

Jako dzien­ni­kar­ka lo­kal­nej ga­ze­ty mu­sia­ła być do­stęp­na wie­czo­ra­mi i w week­en­dy. Za­wsze pod te­le­fo­nem, za­wsze w stre­sie, że czas spę­dza­ny z ro­dzi­ną zo­sta­nie prze­rwa­ny po­łą­cze­niem od sze­fa wy­ma­ga­ją­ce­go od niej na­tych­mia­sto­we­go po­rzu­ce­nia tego, co w da­nej chwi­li ro­bi­ła, od­pa­le­nia lap­to­pa i pi­sa­nia na dany te­mat. Cza­sem mu­sia­ła pi­sać o czymś, co kom­plet­nie jej nie in­te­re­so­wa­ło. Albo cze­go nie lu­bi­ła lub z czym się nie zga­dza­ła. Jak te­raz. Nie zno­si­ła tego typu atrak­cji. Przed kil­ko­ma la­ta­mi do­szło do tra­ge­dii w po­dob­nym biz­ne­sie, gdzie na sku­tek po­ża­ru pięć dziew­cząt w wie­ku gim­na­zjal­nym stra­ci­ło ży­cie. Prze­szedł ją dreszcz na samo wspo­mnie­nie. W ży­ciu nie po­zwo­li­ła­by sy­nom na ta­kie roz­ryw­ki. Już te­raz każ­de­go dnia drża­ła o ich zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo. Bała się śmier­ci. W od­róż­nie­niu od Rom­ka, któ­ry z za­mi­ło­wa­niem oglą­dał hor­ro­ry i lu­bo­wał się w mrocz­nej li­te­ra­tu­rze. I te jego ob­ra­zy. Cza­sem wręcz nie mo­gła na nie pa­trzeć. Były od­ra­ża­ją­ce i na­pa­wa­ły ja prze­ra­że­niem. Wo­la­ła go o to nie py­tać. Nie­kie­dy za­sta­na­wia­ła się, skąd u nie­go ta fa­scy­na­cja mro­kiem i te­ma­ty­ką śmier­ci. Jej mąż był dość skry­ty. Im mniej mó­wił, tym bar­dziej prze­ma­wiał po­przez sztu­kę, któ­rą two­rzył w swo­jej sto­do­le. Rzad­ko tam wcho­dzi­ła. To zu­peł­nie nie był jej kli­mat.

Gdy prze­cho­dzi­ła obok lo­dziar­ni, przy­po­mnia­ła so­bie, jak bę­dąc małą dziew­czyn­ką, po­szła z mat­ką na lody po nie­dziel­nej mszy. Za­wsze były dwa sma­ki do wy­bo­ru. To była ich mała tra­dy­cja i jako dziew­czyn­ka przez cały ty­dzień cze­ka­ła na nie­dzie­lę. Cie­szy­ła się na smak lo­dów, na nie­spo­dzian­kę, w koń­cu co ty­dzień były inne sma­ki i nie wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać, a tak­że na spo­tka­nie z lo­dzia­rzem, któ­ry był bar­dzo mi­łym star­szym pa­nem i za­wsze chwa­lił jej su­kien­ki albo ucze­sa­nie, a ona dzię­ko­wa­ła z uśmie­chem i wi­docz­nym ru­mień­cem. Była złak­nio­na uwa­gi i po­chwał, któ­rych ni­g­dy nie do­sta­wa­ła w domu. Mat­ka była zim­na i su­ro­wa, wy­ma­ga­ją­ca i wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na. Naj­czę­ściej pa­da­ją­cym w domu wy­ra­że­niem było: "Co lu­dzie po­wie­dzą?". Mag­da nie mo­gła się ubrać czy ucze­sać tak, jak chcia­ła, wy­cho­dzić wie­czo­ra­mi czy spo­ty­kać się z Da­wi­dem, bo "co lu­dzie po­wie­dzą?". Ni­g­dy nie usły­sza­ła od mat­ki, że ta ją ko­cha. Nikt w domu jej nie słu­chał i nie przy­tu­lał. Mu­sia­ła mieć naj­lep­sze oce­ny w kla­sie, bo prze­cież "co lu­dzie po­wie­dzą?". Nie mia­ła żad­nych ko­le­ża­nek, nie wspo­mi­na­jąc o przy­ja­ciół­ce od ser­ca. Nikt nie chciał się z nią za­da­wać, bo była grzecz­ną, nud­ną ku­jon­ką.

Tego dnia do wy­bo­ru był smak cze­ko­la­do­wy i wa­ni­lio­wy. Mag­da mia­ła sześć lat i po­nad wszyst­ko ko­cha­ła lody w obu tych sma­kach. Nie mo­gła się zde­cy­do­wać, ale wi­dząc znie­cier­pli­wie­nie mat­ki i jej sro­gie spoj­rze­nie, wy­bra­ła smak wa­ni­lio­wy. Wy­cho­dząc z lo­dziar­ni, przy­po­mnia­ła so­bie, jak kil­ka ty­go­dni wcze­śniej mia­ła za­tru­cie i wy­mio­to­wa­ła w dniu, w któ­rym ja­dła lody wa­ni­lio­we. Po­czu­ła gulę w gar­dle.

- Mamo, nie chcę jed­nak tego loda. Czy mo­gła­byś się ze mną za­mie­nić?

- Nie - od­po­wie­dzia­ła mat­ka, li­żąc ze sma­kiem swo­je­go cze­ko­la­do­we­go loda.

- Pro­szę, kup mi cze­ko­la­do­we­go, a tego prze­cież mo­żesz zjeść, jest pysz­ny.

- Sko­ro jest pysz­ny, sama go zjedz.

Od­da­la­ły się od lo­dziar­ni, ale Mag­da wciąż wi­dzia­ła szan­sę na po­wrót i zmia­nę de­cy­zji.

- Mamo, pro­szę, ostat­nio źle się czu­łam, gdy ja­dłam te lody.

- Tak wy­bra­łaś i tego się trzy­maj. Zjedz już tego pie­przo­ne­go loda i nie za­wra­caj mi gło­wy.

Mag­da po­czu­ła łzy na­pły­wa­ją­ce jej do oczu.

- Pro­szę - po­wie­dzia­ła po raz ostat­ni.

Ko­bie­ta przy­sta­nę­ła, szarp­nę­ła cór­kę za rękę i moc­no ści­snę­ła jej nad­gar­stek. Z wście­kło­ścią w oczach po­wie­dzia­ła sta­now­czo, ale ci­cho na tyle, żeby inni jej nie sły­sze­li:

- Dziec­ko, mam cię na­praw­dę dość. Sama do­ko­na­łaś ta­kie­go wy­bo­ru i masz się tego trzy­mać. Mu­sisz my­śleć o kon­se­kwen­cjach swo­ich de­cy­zji. Je­śli nie zjesz tego loda, nie zjesz dziś żad­ne­go in­ne­go.

Wy­rwa­ła dziec­ku loda i wy­rzu­ci­ła go do ko­sza sto­ją­ce­go obok. Mag­da się roz­pła­ka­ła.

- Ucisz się, do cho­le­ry, i prze­stań się ma­zga­ić. Co lu­dzie po­wie­dzą?! - za­py­ta­ła, znów moc­no ści­ska­jąc jej nad­gar­stek i z da­le­ka uro­czo uśmie­cha­jąc się do są­sia­dów, któ­rzy wła­śnie wcho­dzi­li do lo­dziar­ni.

Mat­ka, sie­dzą­ca na ka­na­pie mię­dzy dwo­ma wnu­ka­mi, od­wró­ci­ła się i szep­nę­ła do Mag­dy sto­ją­cej w przed­po­ko­ju:

- Daj im jesz­cze pięć mi­nut, niech do­koń­czą baj­kę. - Uśmiech­nę­ła się ła­god­nie.

W te­le­wi­zji le­cia­ły ich uko­cha­ne Smer­fy. Dzie­cia­ki na­wet nie zwró­ci­ły uwa­gi, że przy­szła je ode­brać.

- Na­pi­jesz się kawy?

- Nie, dzię­ku­ję, tro­chę się spie­szę, mam jesz­cze parę rze­czy do zro­bie­nia. Po­cze­kam w au­cie, pa!

Mag­da za­sta­na­wia­ła się, jak to moż­li­we, że jej mat­ka jest tak do­brą, czu­łą bab­cią. Chłop­cy ją uwiel­bia­ją. Chy­ba ni­g­dy nie uwie­rzy­li­by w jej opo­wie­ści z cza­sów dzie­ciń­stwa.

Mie­li przed sobą wie­czór tyl­ko we dwo­je. Mag­da od­sta­wi­ła dzie­ci do ko­le­żan­ki z re­dak­cji, któ­ra też mia­ła dwóch sy­nów w po­dob­nym wie­ku. Od­po­czy­nek od chłop­ców do­brze jej zro­bi. Ostat­nio za bar­dzo się wszyst­kim przej­mo­wa­ła. Po­trze­bo­wa­ła odro­bi­ny re­lak­su. Ma­rzy­ła o ką­pie­li i kie­lisz­ku wina. Była sama w domu. Za­pa­li­ła kil­ka za­pa­cho­wych świec w ła­zien­ce i włą­czy­ła mu­zy­kę. Od­krę­ci­ła ku­rek z go­rą­cą wodą i za­czę­ła się roz­bie­rać. Spoj­rza­ła na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Mimo dwóch po­ro­dów cał­kiem nie­źle się trzy­ma­ła. Lek­ko za­okrą­glo­ne bio­dra, mała fał­da na brzu­chu i wciąż jędr­ne pier­si z twar­dy­mi, ciem­ny­mi sut­ka­mi. We­szła do wan­ny z wodą peł­ną pia­ny. Za­czę­ła się po­wo­li do­ty­kać.

Wino przy­jem­nie ude­rzy­ło do gło­wy. Od­dy­cha­ła co­raz szyb­ciej i po chwi­li po­czu­ła wzbie­ra­ją­cą falę. Ode­rwa­ła rękę od pier­si, za­kry­ła czę­ścio­wo usta i, przy­gry­za­jąc pa­lec wska­zu­ją­cy, krzyk­nę­ła.

Cała się za­nu­rzy­ła, za­mknę­ła oczy i wstrzy­ma­ła od­dech. Uj­rza­ła nad sobą twarz Da­wi­da. Jej pierw­szy raz. Mia­ła sie­dem­na­ście lat, Da­wid dzie­więt­na­ście. Mat­ka Mag­dy wy­je­cha­ła na piel­grzym­kę do Czę­sto­cho­wy, więc dziew­czy­na za­pro­si­ła Da­wi­da na week­end. Spo­dzie­wa­ła się tego, co mia­ło się wy­da­rzyć. Ukła­da­ła w gło­wie plan, krok po kro­ku, pró­bo­wa­ła prze­wi­dzieć każ­dy po­ca­łu­nek, każ­dy do­tyk. Da­wid jej im­po­no­wał. Głów­nie swo­ją in­no­ścią. No­sił iro­ke­za, kol­czyk w no­sie, skó­rza­ną kurt­kę i gla­ny. Był nie­sa­mo­wi­cie in­te­li­gent­ny, bły­sko­tli­wy i oczy­ta­ny. To jed­nak nie in­te­re­so­wa­ło mat­ki Mag­dy, któ­ra sku­pia­ła się wy­łącz­nie na wy­glą­dzie chło­pa­ka. Jego non­sza­lan­cja bu­dzi­ła w niej nie­chęć, wręcz obrzy­dze­nie. Zwra­cał na sie­bie uwa­gę, a są­siad­ka tyl­ko ją na­krę­ca­ła ne­ga­tyw­ny­mi ko­men­ta­rza­mi na jego te­mat. Nie chcąc na­wet po­znać wy­bran­ka cór­ki, za­bro­ni­ła jej się z nim spo­ty­kać. Mag­da z ko­lei, bę­dąc u pro­gu do­ro­sło­ści, ale wciąż miesz­ka­jąc z mat­ką, mu­sia­ła do­sto­so­wać się do jej wy­ma­gań, choć wca­le nie za­mie­rza­ła koń­czyć tego związ­ku. Zwy­czaj­nie ukry­wa­ła go przed mat­ką.

Da­wid przy­niósł bu­kie­cik jej ulu­bio­nych kon­wa­lii. Już w pro­gu za­czę­li się ca­ło­wać. Mag­da po­cią­gnę­ła go za rękę na górę, po scho­dach do swo­je­go po­ko­ju. Chło­pak wy­jął zza pa­zu­chy bu­tel­kę czer­wo­ne­go wina, któ­re na­po­czął już w dro­dze do dziew­czy­ny. Te­raz zła­pał ko­rek zę­ba­mi, po­cią­gnął i otwo­rzył wino, ło­bu­zer­sko się przy tym uśmie­cha­jąc. Po­dał Mag­dzie bu­tel­kę. Pili na prze­mian, śmie­jąc się i ca­łu­jąc. Po chwi­li bu­tel­ka była pu­sta, a oni, nie wie­dzieć na­wet kie­dy, zna­leź­li się w łóż­ku. Da­wid wy­ko­rzy­stał zdo­by­te wcze­śniej do­świad­cze­nie i swo­imi łóż­ko­wy­mi umie­jęt­no­ścia­mi spra­wił, że Mag­da, le­żąc na ple­cach, sze­ro­ko roz­chy­li­ła nogi, pra­gnąc, by chło­pak jak naj­szyb­ciej w nią wszedł. Przy­cią­gnę­ła go ku so­bie, li­żąc jego szy­ję i przy­gry­za­jąc ucho, co do­pro­wa­dza­ło go do sza­leń­stwa. Od­gło­sy na­mięt­no­ści ko­chan­ków za­głu­szy­ły kro­ki na scho­dach. Da­wid zde­cy­do­wa­nym, moc­nym pchnię­ciem prze­rwał bło­nę dziew­czy­ny i w tej sa­mej chwi­li usły­szał jej prze­raź­li­wy krzyk. W drzwiach po­ko­ju sta­ła mat­ka Mag­dy, któ­ra szarp­nę­ła chło­pa­ka z ca­łej siły za ra­mię, ce­dząc przez zęby:

- Ty śmie­ciu, wy­noś się z mo­je­go domu i ni­g­dy tu nie wra­caj! Jak śmiesz plu­ga­wić czy­stość mo­jej cór­ki, won!

Da­wid w po­śpie­chu za­brał swo­je rze­czy i ubie­ra­jąc się po dro­dze, wy­biegł z domu Mag­dy.

Dziew­czy­na pła­ka­ła, okry­wa­jąc się koł­drą. Cała się trzę­sła. Mat­ka usia­dła na brze­gu łóż­ka i za­ci­snę­ła dłoń na nad­garst­ku dziew­czy­ny, mó­wiąc:

- Jak mo­żesz mi to ro­bić! Mia­łam na­dzie­ję, że ni­g­dy do tego nie do­pu­ścisz. Cia­ło to na­sze brze­mię, któ­re je­ste­śmy zmu­sze­ni no­sić. Trze­ba o nim za­po­mnieć. Ko­pu­la­cja jest dla sła­bych, po­dat­nych na grzech. Jest zła i nie­czy­sta, a je­śli do niej do­cho­dzi, trze­ba za­mknąć oczy i zwró­cić się do Boga.

- Pro­szę cię, prze­stań - łka­ła Mag­da.

- Wró­ci­łam do domu po swój ró­ża­niec z Fa­ti­my, bez któ­re­go piel­grzym­ka nie mia­ła­by sen­su. Te­raz wi­dzę, że to był znak od Boga. Mu­szę zo­stać z tobą, dziec­ko, mu­szę cię pil­no­wać, to się nie może po­wtó­rzyć, po­módl się ze mną.

Mat­ka Mag­dy uklę­kła, opie­ra­jąc łok­cie o łóż­ko. Za­mknę­ła oczy i trzy­ma­jąc w dło­ni ró­ża­niec, szep­ta­ła sło­wa mo­dli­twy.

Dziew­czy­na le­ża­ła bez ru­chu, pła­ka­ła i pa­trzy­ła w su­fit. Pod­ję­ła wła­śnie de­cy­zję, że w cią­gu naj­bliż­sze­go roku musi się wy­pro­wa­dzić z domu.

Gdy Mag­da wy­szła z wan­ny, była na­pa­lo­na. Pra­gnę­ła Rom­ka po raz pierw­szy od daw­na. Wy­obra­ża­ła so­bie, jak za­sko­czy go dzi­siaj pro­po­zy­cją sek­su. W koń­cu nie­zbyt czę­sto to ona wy­cho­dzi­ła z ini­cja­ty­wą. Po­sta­no­wi­ła, że za­ło­ży na­wet ja­kąś sek­sow­ną, ko­ron­ko­wą hal­kę. Ro­mek lu­bił ko­ron­ki. Może dziś to ona zro­bi mu ma­saż re­lak­sa­cyj­ny.

Nie wi­dzia­ła męża przez cały dzień. Wy­bra­ła jego nu­mer. Nie od­bie­rał. Spró­bo­wa­ła ko­lej­ny raz. Nic. Za­czę­ła wpa­dać w pa­ni­kę, wy­obra­ża­jąc so­bie wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, w któ­rym Ro­mek gi­nie, ude­rza­jąc o przy­droż­ne drze­wo. Nie prze­ży­ła­by tego, był dla niej wszyst­kim. We­szła do sy­pial­ni i przez okno zo­ba­czy­ła, że w sto­do­le świe­ci się świa­tło. Ubra­ła się, wzię­ła la­tar­kę i wy­szła.

Otwo­rzy­ła wiel­kie drew­nia­ne drzwi i sta­nę­ła jak wry­ta. Naj­pierw zo­ba­czy­ła psa, a po­tem Rom­ka.

- Za­raz ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czę - po­wie­dział.

Rozdział 4

Karol

Pa­trzył na Julę, któ­ra wy­pa­ko­wy­wa­ła swo­je książ­ki z pu­deł i z na­masz­cze­niem ukła­da­ła je na pół­kach dwóch drew­nia­nych re­ga­łów sto­ją­cych obok sie­bie. Była cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ta tą czyn­no­ścią. Cza­sem, trzy­ma­jąc daną książ­kę, uśmie­cha­ła się do sie­bie, jak­by przy­wo­ły­wa­ła wspo­mnie­nia. Ka­rol nie prze­pa­dał za czy­ta­niem, ale po­do­ba­ła mu się ta li­te­rac­ka pa­sja żony. Był prag­ma­tycz­ny. Czy­ta­nie za­bie­ra­ło dużo cza­su. Za­miast tego wo­lał maj­ster­ko­wać, prze­ko­pać ogró­dek albo je­chać na ryby. To ostat­nie wy­wo­ły­wa­ło u nie­go uśmiech ni­czym książ­ki u Juli. Da­rzył kar­pie wiel­kim uczu­ciem, kon­ku­ru­ją­cym z mi­ło­ścią do żony. W te­le­fo­nie miał ko­lek­cję dzie­sią­tek zdjęć z naj­pięk­niej­szy­mi oka­za­mi. Cza­sem wrzu­cał ja­kąś fot­kę na Fa­ce­bo­oka, gdy próż­ność prze­sad­nie da­wa­ła o so­bie znać. Jula tro­chę wy­śmie­wa­ła te jego im­pul­sy. Nie uzna­wa­ła por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych i nie lu­bi­ła, gdy ło­wił ryby. Co praw­da ni­g­dy żad­nej nie za­brał do domu, cie­szył się tyl­ko zło­wio­ną pięk­no­ścią przez kil­ka mi­nut, ro­bił fot­kę i wrzu­cał rybę z po­wro­tem do wody. Jula twier­dzi­ła, że Ka­rol nie­po­trzeb­nie stre­su­je zwie­rzę­ta i spra­wia im ból, kie­dy ła­pie je na ha­czyk. Poza tym po­zba­wio­ne wody za­czy­na­ły się du­sić i na pew­no mia­ły wte­dy swo­je ry­bie ata­ki pa­ni­ki. Ach, ta Jula. Im bar­dziej nie lu­bi­ła lu­dzi, tym bar­dziej ko­cha­ła zwie­rzę­ta.

Pa­mię­tał, jak opo­wia­da­ła mu o Cmen­ta­rzy­sku Kru­ków. W ogro­dzie swo­je­go ro­dzin­ne­go domu zna­la­zła ide­al­ne miej­sce na cho­wa­nie pta­sich trup­ków. Kie­dy prze­pro­wa­dza­ła się do aka­de­mi­ka i była na Cmen­ta­rzy­sku po raz ostat­ni, do­li­czy­ła się osiem­na­stu gro­bów. Każ­dy ozna­czo­ny drew­nia­nym krzy­ży­kiem z wy­ry­tym pta­sim imie­niem. Jej sza­cu­nek do zwie­rząt nie po­zwa­lał na bez­i­mien­ny po­chó­wek. Cza­sem przy­no­si­ła na pta­sie gro­by po­je­dyn­cze po­lne kwia­ty, któ­re wcze­śniej ze­bra­ła na łące za do­mem. Po­ło­wa z tych pta­ków była już mar­twa, kie­dy Jula je zna­la­zła. Resz­ta, zra­nio­na lub cho­ra, była trans­por­to­wa­na do domu w pu­deł­ku i kar­mio­na orze­cha­mi albo cia­stem z płat­ków owsia­nych. Jula wkła­da­ła im też do pu­deł­ka spode­czek z wodą, ka­wa­łek ga­łę­zi, a na­wet ma­skot­kę, żeby pta­ki mo­gły się do niej przy­tu­lić. Przy­kry­wa­ła po­dziu­ra­wio­ne pu­deł­ko ręcz­ni­kiem, a na­stęp­ne­go dnia rano znaj­do­wa­ła w nim za­zwy­czaj już mar­twe zwie­rzę.

Gdy Jula była w li­ceum, jej przy­ja­ciół­ka, któ­ra miesz­ka­ła na wsi, opo­wie­dzia­ła jej o są­sie­dzie moc­no za­nie­dbu­ją­cym swo­je zwie­rzę­ta. Dziew­czy­ny za­czę­ły ob­ser­wo­wać z ukry­cia jego go­spo­dar­stwo, a po kil­ku dniach zor­ga­ni­zo­wa­ły w szko­le zbiór­kę, żeby wy­ku­pić cier­pią­ce stwo­rze­nia. Sta­ry, za­pi­ja­czo­ny rol­nik z chę­cią zgo­dził się od­dać zwie­rzę­ta za uzbie­ra­ne osiem­set zło­tych, byle tyl­ko spra­wą nie za­ję­ła się po­li­cja. Wy­chu­dzo­na kro­wa tra­fi­ła do przy­ja­ciół­ki Juli, któ­ra ubła­ga­ła ro­dzi­ców, żeby mo­gła trzy­mać zwie­rzę w sta­rej staj­ni, i obie­ca­ła kar­mić je i wy­pro­wa­dzać na pa­stwi­sko za ich do­mem. Osła­bio­ne­mu psu przy­wią­za­ne­mu łań­cu­chem do budy dziew­czy­ny zna­la­zły do­bry dom u ko­le­gi z kla­sy. Jula za­bra­ła do sie­bie dwa błą­ka­ją­ce się po po­dwór­ku koty. Zo­sta­ły w jej domu ro­dzin­nym, gdy wy­je­cha­ła na stu­dia. Tam z ko­lei była wo­lon­ta­riusz­ką w schro­ni­sku i wy­pro­wa­dza­ła psia­ki na spa­ce­ry.

Jula zde­cy­do­wa­nie mu im­po­no­wa­ła. Mia­ła ogrom­ne ser­ce do zwie­rząt, te zaś za­wsze to wy­czu­wa­ły i lgnę­ły do niej, szu­ka­jąc piesz­czot i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie lu­bi­ła z ko­lei dzie­ci, co w jego oczach było chy­ba je­dy­ną ska­zą na ich ide­al­nym związ­ku. Za to dzie­ci lu­bi­ły Julę. Może po­cią­gał je ten brak za­in­te­re­so­wa­nia nimi? Kie­dy już za­skar­bi­ły so­bie jej uwa­gę, ni­g­dy nie roz­ma­wia­ła z nimi jak z dzieć­mi. Trak­to­wa­ła je jak do­ro­słych, rów­nych part­ne­rów w roz­mo­wie. Ni­g­dy nie uży­wa­ła zdrob­nień. Nie zmie­nia­ła in­to­na­cji, zwra­ca­jąc się do nich. In­try­go­wa­ły ją dzie­ci spo­koj­ne, mą­dre, nie­śmia­łe. Nie zno­si­ła tych roz­ka­pry­szo­nych i roz­piesz­czo­nych przez za­pa­trzo­nych w nie ro­dzi­ców.

Ka­rol cza­sem wy­obra­żał so­bie, że mają tro­je dzie­ci. Nic nie uszczę­śli­wi­ło­by go bar­dziej. Nie­ste­ty Jula na­tych­miast koń­czy­ła wszel­kie pró­by po­dej­mo­wa­nia przez nie­go tego te­ma­tu. Ja­sno dała mu do zro­zu­mie­nia już na sa­mym po­cząt­ku związ­ku, że dzie­ci mieć nie chce i nie bę­dzie. Wie­dział, co brał. Sam się na to zgo­dził. My­ślał po pro­stu, że zdu­si w so­bie to pra­gnie­nie. Było jed­nak od­wrot­nie. Im dłu­żej żyli ra­zem i im bar­dziej Ka­rol sta­wał się star­szy, tym bar­dziej chciał usły­szeć tu­pot ma­łych stó­pek bie­ga­ją­cych po domu. Tę­sk­nił za tym, choć za­sta­na­wiał się, czy moż­na tę­sk­nić za czymś, cze­go ni­g­dy się nie mia­ło.

My­ślał o tym zwłasz­cza te­raz, kie­dy ich ma­rze­nie o domu się speł­ni­ło. Co praw­da było to bar­dziej ma­rze­nie Juli niż jego, ale dość szyb­ko za­ra­zi­ła go swo­im za­pa­łem. Tak, zro­bił­by dla niej wszyst­ko...

- Co my­ślisz? - za­py­ta­ła z dumą Jula, wska­zu­jąc re­ga­ły.

- Pięk­nie to wy­glą­da, ryb­ko. Wiesz, że sam nie je­stem fa­nem li­te­ra­tu­ry, ale my­ślę, że dom bez ksią­żek to dom bez du­szy - po­wie­dział.

- Zga­dza się. A dom bez kota to głu­po­ta. Kie­dy po­je­dzie­my do schro­ni­ska? Re­mont skoń­czo­ny, wszyst­ko prak­tycz­nie go­to­we. Czas naj­wyż­szy, żeby ta prze­strzeń zo­sta­ła do­peł­nio­na ja­ki­miś słod­ki­mi stwo­rze­nia­mi.

- Za­wsze mo­że­my so­bie zro­bić dziec­ko dla do­peł­nie­nia prze­strze­ni - od­parł fi­lu­ter­nie Ka­rol.

- Pro­szę cię, nie za­czy­naj­my zno­wu tego te­ma­tu. Nie czu­ję tego, ro­zu­miesz? Po­wie­dzia­łam ci, że je­śli co­kol­wiek w tej kwe­stii się zmie­ni, po­in­for­mu­ję cię o tym, nie martw się. Na ra­zie nie chcę mieć dziec­ka. Nie je­stem jak moja mat­ka. Ja w prze­ci­wień­stwie do niej mam świa­do­mość tego, jak brak mi­ło­ści może skrzyw­dzić małą, po­trze­bu­ją­cą, bez­rad­ną isto­tę.

- Wiem, ki­cia, prze­pra­szam. Masz ra­cję, nic na siłę. Za­cznie­my od ko­tów i zo­ba­czy­my, jak się spra­wy po­to­czą. - Ka­rol się uśmiech­nął.

- Cie­szę się, że mnie ro­zu­miesz. Zro­bię ci drin­ka, może być z ru­mem?

- Ja­sne.

Za­mknął oczy i prze­niósł się na Ma­de­rę. To tam zo­ba­czył Julę po raz pierw­szy.

Był świe­żo po roz­wo­dzie. Stres scho­dził z nie­go ca­ły­mi ty­go­dnia­mi. Nie mógł się sku­pić na pra­cy. Był ner­wo­wy i smut­ny. Dla­cze­go, do cho­le­ry, nie mo­gło się udać? Po trzech la­tach mał­żeń­stwa usły­szał od żony, że ta jed­nak woli ko­bie­ty. A on przez cały ten czas ab­so­lut­nie ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. Kil­ka rze­czy mu się w niej nie po­do­ba­ło. Jak choć­by to, że nie zno­si­ła wy­cho­dzić ze swo­jej stre­fy kom­for­tu. Kłó­ci­ła się z nim o każ­dy dro­biazg i za­wsze chcia­ła po­sta­wić na swo­im. Do tego za­wsze mu­sia­ła wy­glą­dać ide­al­nie. Pe­łen make-up na­kła­da­ny przez wie­le go­dzin każ­de­go ran­ka, gdy on jesz­cze spał. Dro­gie ko­sme­ty­ki i mar­ko­we ciu­chy, na któ­re wy­da­wa­ła co naj­mniej po­ło­wę pen­sji. Dwa razy w mie­sią­cu od­wie­dza­ła ko­sme­tycz­kę i fry­zjer­kę, żeby te po­pra­wia­ły coś, co i tak było już prze­cież ide­al­ne. Wa­ka­cje spę­dza­ne wy­łącz­nie w naj­droż­szych ku­ror­tach. Nie­raz my­ślał, że zwy­czaj­nie do sie­bie nie pa­su­ją. Jego za­do­wa­la­ło spa­nie w na­mio­cie pod­czas wy­praw na ryby, ona nie sy­pia­ła w miej­scu ma­ją­cym mniej niż czte­ry gwiazd­ki. Ale ko­chał ją. I my­ślał, że bę­dzie mat­ką jego dzie­ci. Jej co­ming out i roz­wód, któ­ry był tego na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją, spo­wo­do­wa­ły, że Ka­rol stał się przy­gnę­bio­ny. Szok, roz­cza­ro­wa­nie, smu­tek, gniew. Chwi­lo­wo zo­stał za­de­kla­ro­wa­nym mi­zo­gi­nem. Miał dość ko­biet i mu­siał od­po­cząć. Chciał wy­je­chać w ja­kieś nie­zbyt po­pu­lar­ne i nie­dro­gie miej­sce, o któ­rym jego żona na­wet nie sły­sza­ła i w któ­rym ni­g­dy w ży­ciu nie po­sta­wi­ła­by swo­jej wy­pie­lę­gno­wa­nej do gra­nic moż­li­wo­ści stóp­ki. Zro­bił mały re­se­arch i tak tra­fił na Ma­de­rę. Spa­ko­wał się skrom­nie w mały ple­cak, cie­sząc się przy tym, że nie bę­dzie mu­siał zno­wu tasz­czyć ele­ganc­kiej wa­liz­ki swo­jej żony, i wy­je­chał na trzy ty­go­dnie, za to­wa­rzysz­kę ma­jąc je­dy­nie myśl, że przez naj­bliż­sze lata zde­cy­do­wa­nie chce być sam.

Drzwi do ho­ste­lu były otwar­te. Wszedł do środ­ka, re­cep­cja była pu­sta. Za nią znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne po­miesz­cze­nie. Zaj­rzał przez uchy­lo­ne drzwi i zo­ba­czył ko­bie­cą nogę wy­cią­gnię­tą w stro­nę okna. Jej sto­pa była opar­ta o pa­ra­pet. Zaj­rzał głę­biej. Ru­do­wło­sa ko­bie­ta z upię­tą w nie­dba­ły kok bu­rzą lo­ków, od­wró­co­na do nie­go ple­ca­mi, sie­dzia­ła na fo­te­lu i czy­ta­ła książ­kę.

- Excu­se me, the door was open, so I... - za­czął nie­pew­nie.

Ko­bie­ta drgnę­ła i upu­ści­ła książ­kę. Od­wró­ci­ła się w jego kie­run­ku.

- Prze­stra­szył mnie pan, pa­nie Ka­ro­lu. Już do pana pod­cho­dzę. Wi­dzia­łam re­zer­wa­cję na pol­skie na­zwi­sko i za­sta­na­wia­łam się, jak pan tu tra­fił - po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się nie­śmia­ło.

Gdy po­de­szła bli­żej, zo­ba­czył jej nie­na­tu­ral­nie zie­lo­ne oczy, któ­re w po­łą­cze­niu z ru­dy­mi wło­sa­mi sta­no­wi­ły dla nie­go wy­so­ce atrak­cyj­ną kom­bi­na­cję. Mia­ła na so­bie krót­ką czar­ną su­kien­kę i nie no­si­ła ma­ki­ja­żu, co po­do­ba­ło mu się naj­bar­dziej. Krót­kie pa­znok­cie po­ma­lo­wa­ne na prze­mian czar­nym i czer­wo­nym la­kie­rem oraz ta­tu­aż z czar­nym ko­tem na przed­ra­mie­niu sy­gna­li­zo­wa­ły sub­tel­ną eks­tra­wa­gan­cję. Była dużo młod­sza od nie­go. Może stu­dent­ka?

- Sam nie wiem, pani Ju­lio - po­wie­dział, pa­trząc na małą pla­kiet­kę z jej imie­niem przy­twier­dzo­ną nad lewą pier­sią. - Szu­ka­łem al­ter­na­tyw­nych miejsc z dala od gło­śnych tu­ry­stów i tak ja­koś tra­fi­łem na Jar­dim do Mar. Nie są­dzi­łem, że na miej­scu spo­tka mnie taka pięk­na nie­spo­dzian­ka.

Ko­bie­ta lek­ko się za­ru­mie­ni­ła i spu­ści­ła wzrok.

- Pro­szę mi mó­wić Jula, nie prze­pa­dam za peł­ną wer­sją swo­je­go imie­nia. Po­kój nu­mer sześć. - Po­da­ła mu klu­cze. - Dru­gie pię­tro, wi­dok na oce­an. Ma pan szczę­ście. O tej po­rze roku nie ma tu zbyt wie­lu tu­ry­stów.

- Dzię­ku­ję. Co we­dług pani mu­szę obo­wiąz­ko­wo zo­ba­czyć na wy­spie?

- Zde­cy­do­wa­nie las Fa­nal wcze­snym ran­kiem. Wte­dy jest za­mglo­ny i na­praw­dę ma­gicz­ny. Do tego na­tu­ral­ne ba­se­ny w Por­to Mo­niz i czar­na pla­ża w Se­ixal. Zresz­tą Ma­de­ra jest tro­chę jak Is­lan­dia. Wszę­dzie, gdzie pan pój­dzie, bę­dzie pięk­nie. A każ­de zdję­cie wy­cho­dzi jak pocz­tów­ka. Czy wy­po­ży­czył pan auto?

- Nie­ste­ty nie, mu­szę przy­znać, że nie je­stem mi­strzem or­ga­ni­za­cji i pla­no­wa­nia.

- Ro­zu­miem. Je­śli nie ma pan pla­nów na dzi­siej­szy wie­czór, mogę pana za­brać na klif w Pon­ta do Par­go. Je­śli za­chód słoń­ca na wy­spie, to tyl­ko tam. Koń­czę pra­cę o dwu­dzie­stej.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Była osiem­na­sta. Ide­al­nie, aku­rat zdą­ży chwi­lę od­po­cząć i wziąć prysz­nic.

- Brzmi fan­ta­stycz­nie, dzię­ku­ję. Mam na­dzie­ję, że da się pani za­pro­sić na ko­la­cję w ra­mach wdzięcz­no­ści? - za­py­tał.

- Deal. - Jula uśmiech­nę­ła się i po­da­ła mu rękę.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.