Błędem jest opieranie horoskopów przyszłości, czy to
pro czy
contra, na podstawie jakichkolwiek danych, chociażby te
dane były nawet najprostsze. Należałoby bowiem przypuścić, że
katastrofa, o jakiej opowiedziałem powyżej, ochłodziła rodzącą się
we mnie, namiętną miłość ku morzu. Wręcz przeciwnie! Nigdy nie
pałałem tak silnem pragnieniem doznania niezwykłych przygód, które
są zawsze udziałem żeglarskiego życia, jak właśnie w owych
tygodniach, następujących po naszem cudownem ocaleniu. Codzienne rozmowy z Augustem bywały coraz częstsze i coraz
bardziej ożywione. Opowiadał on niezwykle porywająco o swych
przeżyciach na morzu, (jak obecnie przypuszczam, więcej niż połowa
tych opowieści była wytworem jego własnej fantazji) - a to
oddziaływało niezmiernie silnie na mój łatwo zapalny temperament,
pobudzało żywą, młodzieńczą wyobraźnię. Niemniej dziwnem jest, że
właśnie wówczas, gdy malował barwnie najtragiczniejsze chwile
niedoli i rozpaczy z życia marynarzy, trzymał najsilniej na uwięzi
wszystkie moje zmysły i potęgował moją sympatję dla żeglarskiego
zawodu. Znacznie mniej interesowały mnie sceny z pogodnego,
szczęśliwego życia. Wyobraźnia moja lubowała się w obrazach katastrof, głodu,
bohaterskiej śmierci lub niewoli wśród barbarzyńskich, wyspiarskich
szczepów, w opowiadaniach o życiu, pełnem cierpienia i
niebezpieczeństw, a spędzanem gdzieś na samotnej, skalistej
wysepce, zagubionej wśród dalekich, nieznanych mórz. Tego rodzaju
marzenia i pożądania - gdyż istotnie urastają one aż do potęgi
pożądań - bywają, jak dowiedziałem się później, dość częstym
objawem u osob melancholijnie usposobionych. W owym czasie, o
którym mówię, wydawały mi się niejako proroczą zapowiedzią losu,
zgóry przeznaczonego i skutkiem tego nieuniknionego. August
podzielał całkowicie to moje wewnętrzne przekonanie. Bezwątpienia,
wspólność usposobień zbliżała nas tak bardzo ku sobie. Mniej więcej w osiem miesięcy po katastrofie "Ariela"
firma Lloyd i Vredenburgh (sprzymierzona poniekąd, jak mi się
zdaje, z przedsiębiorstwem Mesieurs Enderby w Liverpoolu)
przygotowała dwumasztowiec "Grampus" do połowu wielorybów. Był to
stary grat, który - mimo wszystkich przeróbek i poprawek - zaledwie
trzymał się na wodzie. Trudno mi odgadnąć, czemu właściciele
wybrali ten właśnie z pośród innych lepszych statków, jakie
posiadali - bądź co bądź tak się stało. Kierownictwo statku
powierzono kapitanowi Barnardowi, August miał mu towarzyszyć w tej
wyprawie. Podczas przerabiania i naprawiania okrętu namawiał mnie
ustawicznie, abym skorzystał z nadarzającej się sposobności i
towarzysząc mu, zaspokoił moje pragnienie podróży. Aż nazbyt chętnie słuchałem jego słów, ale niestety,
urzeczywistnienie pomysłu natrafiało na ogromne trudności. Ojciec
mój nie sprzeciwiał się wprawdzie bezpośrednio moim projektom,
natomiast matka dostała spazmów, usłyszawszy zaledwie o zamierzonej
przezemnie wyprawie. Co gorzej, dziadek, na którego pomoc i
poparcie liczyłem, oświadczył stanowczo, że mnie wydziedziczy i nie
da złamanego grosza, jeżeli ośmielę się jeszcze kiedykolwiek choćby
wspomnieć o podróży. Wszystkie te przeszkody, zamiast odwieść mnie od zamiaru,
dolewały tylko oliwy do ognia. Postanowiłem bądź co bądź pojechać,
a kiedy oznajmiłem Augustowi to niezłomne postanowienie, poczęliśmy
obaj przemyśliwać nad sposobem urzeczywistnienia projektu. W domu
wystrzegałem się, oczywiście, wszelkiej wzmianki o przygotowującej
się wyprawie, a ponieważ oddawałem się równocześnie demonstracyjnie
normalnym zajęciom szkolnym, przypuszczono, że zaniechałem mego
przedsięwzięcia. Ileż to razy wspominałem później z odrazą i
smutkiem o swojem ówczesnem zachowaniu się. Wyrafinowana obłuda
była podstawą wszystkich moich zamierzeń, kłamstwo i oszukaństwo
przenikało nawskroś każde moje słowo i każdy postępek. Nic nie
mogłoby usprawiedliwić mojego postępowania w tym długim okresie
czasu. Jedynie, jako okoliczność łagodzącą, mogę przytoczyć to, że
do takiej niegodziwości wobec najbliższej, kochającej mnie rodziny
doprowadziło namiętne pragnienie przygód i niepohamowana żądza
ucieleśnienia wymarzonych wędrówek. Zgodnie z przyjętym przezemnie systemem postępowania,
przygotowaniami do mej podróży zajął się niemal w zupełności
August, który spędzał przeważną część dnia na pokładzie "Grampusa",
gdzie wypełniał najrozmaitsze zlecenia ojca, dozorując prace w
kajutach i w magazynach międzypokładowych. Za to wieczorem, kiedy
stale spotykaliśmy się z sobą, mówiliśmy wyłącznie o naszych
nadziejach. Tymczasem prawie cały miesiąc upłynął, a ciągle jeszcze
widoki powodzenia mojej podróży były bardzo niewyraźne. Nareszcie,
pewnego wieczora August oznajmił mi, że obmyślił plan, który rokuje
dobry skutek. W mieście New Bedford mieszkał jeden z moich krewnych,
nazwiskiem Ross, którego odwiedzałem niekiedy, pozostając u niego
po dwa lub trzy tygodnie. Statek miał wyruszyć w drogę w połowie
czerwca - był to rok 1827. Postanowiliśmy zatem, że na parę dni
przed wypłynięciem "Grampusa" na morze, ojciec mój otrzyma, jak
zazwyczaj, list od owego pana Rossa z prośbą, abym przybył do jego
domu i przepędził dwa tygodnie w towarzystwie jego dwóch synów
Roberta i Emmeta. August podjął się sfałszowania i wysłania listu. Pod pozorem podróży do Nowego Bedfordu zamierzyłem
wyruszyć w inną zgoła podroż wraz z przyjacielem, który przyrzekł
przygotować dla mnie na "Grampusie" bezpieczną kryjówkę. Kryjówka
ta, jak mnie zapewniał, będzie dość wygodna, by mi zapewnić
kilkodniową gościnę, zanim sprzyjające okoliczności pozwolą mi
pojawić się na pokładzie. Albowiem dopiero wówczas, gdy "Grampus"
odpłynie od brzegów tak daleko, że zawrócenie z drogi stanie się
niemożliwem, dopiero wówczas miałem opuścić kryjówkę i rozkoszować
się wszystkiemi przyjemnościami podroży w kajucie przyjaciela.
August zaręczał, że jego ojciec nie rozgniewa się bynajmniej naszym
figlem i że za pośrednictwem jakiegoś statku, których niewątpliwie
wiele spotkamy na naszej drodze, będę mógł zawiadomić rodziców o
swoich losach, aby uspokoić ich troski. Nakoniec nadeszła połowa czerwca; wszystko było
przygotowane, zgodnie z powziętym planem. Rodzice moi otrzymali
sfałszowany list i w poniedziałek rano opuściłem rodzinny dom,
oświadczając, że pojadę do Nowego Bedfordu łodzią parową. Pobiegłem
najprostszą drogą do Augusta, który oczekiwał mnie na najbliższym
rogu ulicy. Pierwotnie zamierzałem ukrywać się aż do wieczora, a
dopiero o zmroku zakraść się na statek. Ale gęsta mgła sprzyjała
naszym planom, wobec czego poniechałem ten plan, aby nie tracić
czasu nadaremno. August zdążał przodem wprost do portu, ja
postępowałem za nim w pewnej odległości, otulając się ogromnym
płaszczem marynarskim, który August umyślnie przyniósł, aby zmienić
mój zewnętrzny wygląd. Przechodziliśmy właśnie około studni pana Edmunda i
chcieliśmy skręcić w boczną ulicę, gdy nagle spotkałem się oko w
oko z rodzonym dziadkiem, starym panem Petersonem. - A to co znowu, Gordonie!? Na Boga! - zawołał dziadek, a
po chwili dodał: - Czemuż to wdziałeś na siebie tę brudną szmatę? - Panie - odpowiedziałem, zmieniając w miarę możności głos
i nadając mu twarde, ochrypłe brzmienie, a jednocześnie
wykrzywiając twarz z udaną złością. - Mylisz się pan, jak mi się
wydaje. Przedewszystkiem nie nazywam się bynajmniej Goddin, a
pozatem bardzo bym pragnął, abyś pan lepiej wybałuszał gały i nie
traktował mego nowiuteńkiego płaszcza, jako brudnej szmaty, ty
stary ślepaku! Nie bez wysiłku - zaręczam - zdusiłem śmiech w krtani,
ujrzawszy, jak stary gentleman przyjął do wiadomości tę zuchwałą
apostrofę. Staruszek cofnął się wstecz o dwa, trzy kroki, najpierw
zbladł jak chusta, potem nagle spurpurowiał na twarzy, zdjął i
przetarł okulary, a wreszcie przebiegł pośpiesznie koło mnie,
zasłaniając się parasolem. Wnet jednak przystanął znowu, jakgdyby
pod wpływem nagłego zastanowienia, obejrzał się i znowu
zawróciwszy, poszedł dalej ulicą, mrucząc z wściekłością przez
zęby: - Czyż to możliwe?! Nowiuteńkie szkła! Byłbym przysiągł,
że widzę Gordona. A to jakiś przeklęty gałgan marynarz! Wymknąwszy się z trudem z tej przygody, odbyliśmy resztę
drogi ze zdwojoną ostrożnością i szczęśliwie już dotarliśmy do
celu. Na pokładzie statku znajdowało się zaledwie paru majtków,
zajętych gorliwie pracą oczyszczania przedniego kasztelu. Kapitan
Barnard, o czem wiedzieliśmy dobrze, załatwiał ostatnie rachunki i
przygotowania, w biurze firmy Lloyd i Vredenburgh; nie należało
oczekiwać jego powrotu przed wieczorem, więc z tej strony nie
obawialiśmy się niebezpieczeństwa. August wszedł pierwszy na
statek, ja przemknąłem szybko poza nim, nie zwróciwszy na siebie
uwagi pracującej załogi. Udaliśmy się wprost do kajuty
kapitańskiej, gdzie w tej chwili również nie było nikogo. Kajuta była wspaniale urządzona, co się rzadko zdarza na
statkach wielorybniczych. Były też cztery wyborne kabiny oficerskie
z stosunkowo szerokiemi i dużemi oknami. Zauważyłem tam również
wielki piec i niezwykle piękne, grube dywany, pokrywające podłogę
kajuty i kabin oficerskich. Powała wznosiła się na wysokości
siedmiu stóp, a całość wydawała się znacznie bardziej przestrona i
miła, aniżeli sobie to wyobrażałem. August nie pozwolił mi zaspokoić ciekawości i oglądnąć
szczegółowo wszystkich urządzeń, a natomiast przynaglał, abym jak
najszybciej udał się do przygotowanej kryjówki. Zaprowadził mnie
więc przedewszystkiem do swojej kajuty, znajdującej się z prawej
strony statku i przytykającej do bocznej ściany okrętu. Kiedy
weszliśmy do wnętrza, zamknął i zaryglował drzwi. Nigdy jeszcze nie
widziałem tak pięknego i miłego pokoiku, jak ten, w którym
znajdowaliśmy się teraz. Kajuta miała dziesięć stóp długości,
oświetlało ją tylko jedno okno, ale szerokie i duże. W tej części
kajuty, która przytykała do ściany statku i miała kształt małej
niszy o szerokości czterech stóp, stał stół, krzesło oraz półka,
zapełniona książkami, traktującemi przeważnie o podróżach i
przygodach na morzu. Były tam również inne przedmioty, zapewniające
wygodne życie, a wśród nich wymienię rodzaj szafy, podobnej
wyglądem do kredensu, w której August nagromadził całe góry zapasów
żywności, konserw i napojów. Przyjaciel mój nacisnął ręką określone miejsce dywanu i
pokazał mi, że w kącie kajuty część podłogi, wielkości około
szesnastu cali kwadratowych, jest zręcznie wycięta, a następnie
luźnie wstawiona z powrotem. Wskutek nacisku tworzyła się szpara, w
którą można było bez trudności wsunąć palce. Podniósłszy deskę, do
której dywan był jeszcze przymocowany ćwiekami, August otwarł
wejście, wiodące do międzypokładu. Zapalił świecę fosforową zapałką
i umieścił ją w ślepej latarce, potem zaś spuścił się śmiało w
otwór, prowadzący w podziemie, wzywając mnie, bym szedł za nim.
Zeszliśmy na dół, a August zapomocą gwoździa zamknął drzwiczki.
Równocześnie, jak twierdził, także dywan na podłodze kajuty
powrócił na swoje miejsce, a w ten sposób wszystkie ślady
pomysłowego urządzenia zostały ukryte przed oczyma
niewtajemniczonych. Świeca oświetlała słabo drogę; z trudem posuwałem się
naprzód wśród mnóstwa otaczających nas przedmiotów. Niebawem jednak
wzrok mój oswoił się z ciemnością i śmielej już postępowałem dalej,
trzymając się za połę ubrania mego przyjaciela. Poprzez niezliczone
wąskie i kręte kurytarze poprowadził mnie do podłużnej, żelaznej
skrzyni, jakich używa się niekiedy do przewożenia kruchych,
porcelanowych przedmiotów. Skrzynia miała mniej więcej cztery stopy
wysokosci i równo sześć stóp długości, była jednak niezmiernie
wąska. Leżały na niej dwie ogromne, próżne beczki od oleju, które
przytłaczał znowu stos słomianych mat, piętrzący się aż do powały
magazynu. Dookoła stłoczono niezmierną ilość innych przedmiotów,
mieszając w zupełnym chaosie wszelkie rodzaje zapasów okrętowych, a
także klatki, kosze, beczki, ładowne wory. Nie mogłem wprost pojąć,
jakim cudem trafiliśmy do skrzyni poprzez ten labirynt rozmaitego
ładunku. Jak się dowiedziałem później, August umyślnie nagromadził
to wszystko tak bezładnie, aby tem lepiej zasłonić moją kryjówkę. W
pracy tej dopomagał mu tylko jeden marynarz, który zresztą
pozostawał na lądzie i nie brał udziału w wyprawie. Następnie przyjaciel pouczył mnie, jak się otwiera boczna
ściana skrzyni. Przy tej sposobności zajrzałem do wnętrza, a widok
ten uradował mnie nadzwyczajnie. Dno skrzyni pokrywał materac,
zabrany z kajuty, a chociaż wnętrze było na ogół bardzo ciasne,
August postarał się urządzić je możliwie najwygodniej. Mogłem więc
albo siedzieć zupełnie prosto, albo wyciągnąć się na miękkim
materacu całą długością ciała. Do uprzyjemnienia życia służyć miały
rozmaite przedmioty. Było tu zatem parę zajmujących książek,
papier, pióra i atrament, trzy koce do przykrycia, wielki dzban,
napełniony świeżą wodą, pudło z biszkoptami, trzy czy cztery
ogromne kręgi bulońskich kiełbas, wspaniała szynka, zimna, pieczona
baranina i z pół tuzina flaszek, wypełnionych kordjałami i
likworami. Z uczuciem największej rozkoszy zainstalowałem się
niezwłocznie w tej małej siedzibie i jestem przekonany, że żaden
władca nie wchodził nigdy do swego nowego pałacu bardziej ode mnie
uszczęśliwiony. August pouczył mnie jeszcze, jak należy zamykać
ruchomą ścianę skrzyni, oraz, skierowawszy ku powale ślepą latarkę,
pokazał mi zwisającą tam czarną linkę. Sznur ten - jak mnie
objaśnił - prowadził od mojej kryjówki poprzez korytarze aż do
otworu w jego kabinie i miał być dla mnie nicią Ariadny na wypadek,
gdybym niespodziewanie był zmuszony wezwać jego pomocy. Wreszcie
pożegnał się ze mną, pozostawiając mi latarnię i duży zapas świec i
zapałek fosforowych, oraz przyrzekając, że będzie mnie odwiedzać
możliwie najczęściej, o ile tylko zdoła to uczynić, nie zwracając
na siebie uwagi. Działo się to dnia siedemnastego czerwca 1827 roku. Trzy dni i trzy noce przesiedziałem spokojnie w kryjówce,
nie odważając się jej opuścić. Wychodziłem ze skrzyni tylko na
krótką chwilę, aby rozprostować nogi przechadzką po kurytarzu
między dwiema klatkami, tuż naprzeciw otworu skrzyni. W ciągu tego
czasu August nie pokazywał się wcale. Nie niepokoiłem się tem
jednak, zdając sobie sprawę, że statek może lada chwila podnieść
kotwicę i że zwłaszcza w tym okresie przyjaciel mój nie łatwo
znajdzie sposobność, by mnie odwiedzić. Wreszcie pewnego dnia posłyszałem szmer otwierania i
zamykania ukrytych drzwiczek; w chwilę później August zapytał mnie
szeptem, czy wszystko dobrze i czy nie potrzebuję czegoś? - Nie, nie! - odpowiedziałem. - Nic mi nie braknie, jest
mi tu doskonale. Kiedyż wyruszamy w drogę? - Najpóźniej za pół godziny podniesiemy kotwicę - szeptał
August. - Zakradłem się tutaj na chwilę, aby cię o tem zawiadomić i
uspokoić twoje obawy, na wypadek, gdybym w ciągu pierwszych trzech
czy czterech dni podróży nie mógł cię odwiedzić. Na pokładzie
wszystko dobrze. Kiedy odejdę i zamknę drzwiczki, przemknij
ostrożnie wzdłuż liny aż do gwoździa w podłodze mojej kajuty.
Znajdziesz tam zegarek, który przyda ci się bardzo, bo teraz nie
możesz się orjentować w czasie, nie oglądając światła dziennego.
Przypuszczam że i teraz nie potrafiłbyś określić, jak długo już tu
przebywasz. Dopiero trzy dni. Dzisiaj dwudziesty czerwca.
Wręczyłbym ci własnoręcznie zegarek, ale boję się, by nie zauważono
mojej nieobecności. Poczem pozostawił mnie samego. Mniej więcej w pół godziny później poczułem wyraźnie, że
bryg zaczyna się poruszać. Doznawałem uczucia niewysłowionego
szczęścia, że moja wielka podroż nareszcie się rozpoczyna. Upojony
radością, byłem gotów znosić bez szemrania wszelkie niewygody aż do
chwili, kiedy zamienię mieszkanie w ciasnej skrzyni na obszerną,
rozkosznie urządzoną kajutę. Tymczasem należało przedewszystkiem zabrać zegarek. Nie
zapalając ślepej latarki, macając w ciemności i kiedy niekiedy
posiłkując się przewodnictwem sznura, błądziłem poprzez labirynt
przejść. Był on tak zawiły, że parokrotnie wracałem na to samo
miejsce. Wreszcie dotarłem do gwoździa, wziąłem zegarek i cofnąłem
się do mojej kryjówki. August pozostawił mi parę książek,
przejrzałem je i jako najbardziej interesującą lekturę, wybrałem
opis wyprawy Lewisa i Clarke'a do ujścia rzeki Kolumbji. Czytałem
dosyć długo, wreszcie ogarnęło mnie znużenie, zgasiłem więc bardzo
ostrożnie świecę i niebawem zasnąłem głębokim snem. Gdy obudziłem się, odczuwałem dziwne oszołomienie umysłu.
Przez dłuższą chwilę nie mogłem sobie zdać sprawy, co się ze mną
dzieje. Stopniowo odzyskałem świadomość. Zapaliłem światło i
spojrzałem na zegarek. Przestał chodzić, wobec czego, oczywiście,
nie mogłem stwierdzić, jak długo spałem. Mięśnie i kości bolały
mnie, tak że poruszałem się z trudnością. W dodatku dręczył mnie
dotkliwy głód. Na szczęście przypomniałem sobie, że tuż przed
zaśnięciem jadłem zimną, wyborną baraninę i że pozostał jeszcze
spory kawał mięsa. Jakże wielkie było moje zdumienie, skoro przekonałem się,
że baranina uległa zupełnemu zepsuciu. Zaniepokoiło mnie to bardzo,
ponieważ fakt ten, zwłaszcza w zestawieniu z dziwnem uczuciem,
jakiego doznałem po przebudzeniu się, kazał przypuszczać, że sen
mój trwał niezwykle długo. Przyczyny tego należało zapewne
doszukiwać się w zgęszczonej i ciężkiej atmosferze pod pokładem
okrętu; zepsute powietrze oddziaływało zapewne niekorzystnie na
organizm. Doznawałem silnego bólu głowy, wydawało mi się, że płuca
z trudem tylko chwytają powietrze. Słowem - dręczyły mnie
najrozmaitsze dolegliwości i obawy. Mimo to nie śmiałem otworzyć
ukrytych drzwiczek, ani też hałasem zwracać na siebie uwagę.
Nakręciłem zegarek i starałem się, o ile było to możliwe w takiej
sytuacji, nie tracić fantazji. I w ciągu następujących dwudziestu czterech godzin nikt
nie przychodził z pomocą. Czyniłem nieobecnemu Augustowi najcięższe
zarzuty, że zupełnie o mnie zapomniał. Najbardziej niepokoiło mnie
to, że w dzbanku pozostała zaledwie odrobina wody. A tymczasem
paliło mnie pragnienie, bo, wobec zepsucia się baraniny, odżywiałem
się kiełbasą bulońską, przyprawioną ostremi korzeniami. Czytanie
książek nie zdołało rozproszyć dręczącego mnie zatrwożenia.
Ogarniała mnie nieprzemożona senność, a bałem się jej ulec, bo
zatrute powietrze mogłoby podziałać jak przytłumione ognisko
węglowe, zaczadzając śpiący organizm. Wsłuchując się w ruchy okrętu, wyrozumiałem, że znajdujemy
się już na pełnym oceanie. Głuchy poszum, dochodzący niewyraźnie do
uszu z oddali, dowodził, że morze jest niezwykle wzburzone. Czem tłumaczyć sobie nieobecność Augusta? - Pytanie to
ciągle na nowo cisnęło się do mózgu. Z pewnością odpłynęliśmy już daleko od lądu, wobec czego
mógłby mnie chyba stąd wyprowadzić. A może wydarzyło mu się coś
złego? Jednakże trudno było wyobrazić sobie nieszczęśliwy wypadek,
któryby uniemożliwił mu wyswobodzenie mnie z podpokładowego
więzienia. Chyba że August umarł, albo też wskutek nieostrożności
wypadł poza burtę statku.? Umysł mój nie dawał wiary takim
możliwościom. Czyż nie należało raczej przypuścić, że statek walczy
z przeciwnym wiatrem i że ciągle jeszcze znajduje się w niezbyt
wielkiej odległości od Nantucket? I to jednak nie było
prawdopodobne. W takim razie musielibyśmy przecież lawirować, a
ruch okrętu, który obecnie wyczuwałem, nie był bynajmniej podobny
do manewrowania. Pozatem, gdybyśmy istotnie znajdowali się jeszcze
w pobliżu lądu, to cóżby przeszkadzało Augustowi przyjść tutaj i
zawiadomić mnie o tem? Długo rozmyślałem o tem w beznadziejnej samotności.
Postanowiłem wreszcie, że przepędzę w kryjówce jeszcze dwadzieścia
cztery godziny. O ileby do tego czasu nikt nie przybył mi z pomocą,
byłem zdecydowany dojść po omacku do ukrytych drzwiczek w podłodze
kajuty i w ten czy ów sposób porozumieć się z moim przyjacielem.
Przy tej okazji, bądź co bądź, mógłbym też odetchnąć świeższem
powietrzem i zaopatrzeć się w nowy zapas wody z kajuty. Gdy tak rozmyślałem, zapadłem znowu - mimo wszelkich
usiłowań czuwania - w głęboki sen, a raczej w omdlenie. Dręczyły
mnie najstraszliwsze zmory senne, doznawałem uczucia grozy i
strachu. To jakieś dzikie, ohydne, szatańskie łapy usiłowały
przydusić mnie olbrzymiemi poduszkami. To znowu potworne węże
spowijały mnie mocnemi pierścieniami swych ciał i patrzyły mi w
twarz groźnemi, płomiennemi oczyma. Potem otoczyła mnie bezbrzeżna
pustynia. Sięgające aż pod niebo, szare, bezlistne pnie drzew
wyrastały kolejno przed mojemi oczyma. Korzenie ich zagłębiały się
w bezdenne bagno, którego wody błyszczały upiorną, nieruchomą
jasnością. Niebawem dziwaczne drzewa zmieniły się w żyjące istoty,
wyciągające w dal kościste ramiona - konary i zakłócające ciszę
przenikliwym okrzykiem skargi, wzywającej rozpacznie ratunku i
zmiłowania. Potem znowu zmieniła się scenerja. Stałem nagi, samotny
wśród dyszących żarem piasków Sahary. U stóp moich leżał śpiący lew
pustyni. Nagle rozwarł ślepia i dziko spojrzał na mnie. Potem
zerwał się do skoku i wyszczerzył straszliwe kły. Z krwawej paszczy
rozbrzmiał ryk, donośny jak grzmot... Padłem na ziemię. Przestrach
dławił mi gardło. Potem uczułem, że to, co się dzieje, dzieje się nawpół na
jawie. Sen mój był tylko połowicznie snem. Teraz miałem już zupełną
świadomość. I nie mogłem wątpić, że łapy olbrzymiego potwora
naprawdę ugniatają mi piersi, wyczuwałem wyraźnie jego gorący
oddech w pobliżu twarzy, białe, ogromne kły jaśniały wśród
ciemności. Gdyby życie moje w tej chwili było zawisłe od jednego
tylko ruchu, od jednego tylko okrzyku - nie zdołałbym ani się
poruszyć, ani krzyknąć. Dzikie zwierzę, jakiegokolwiek było
rodzaju, trwało w swej pozycji, nie zadając mi bezpośrednio gwałtu.
Leżałem bezradny, nawpół martwy, przygnieciony jego cielskiem.
Czułem, że siły fizyczne i duchowe opuszczają mnie szybko i nie
wiele już brakowało, bym umarł i to umarł z samego przestrachu.
Umysł odmawiał mi posłuszeństwa, ogarniał mnie obłęd, wzrok mój
osłabł, tak że nawet płomienne ślepia, wpijające się we mnie,
wydawały się coraz bardziej mętne. Ostatnim wysiłkiem wydałem stłumiony jęk; zwróciłem się do
Boga okrzykiem rozpaczy, gotując się na śmierć. Ten cichy dźwięk głosu jakgdyby rozbudził uśpioną
wściekłość zwierzęcia. Runęło na mnie całym swym ciężarem. Czyż
jednak zdołam opisać moje zdumienie? Zwierzę, zamiast rozszarpać mnie, poczęło mi lizać twarz i
ręce, wśród objawów największego przywiązania i radości. Wtedy
ogarnęło mnie zdumienie bez granic. Ale nazbyt dobrze znałem skowyt
i pieszczoty mojego nowofundlandczyka. To on był - mój pies Tygrys. Krew uderzyła mi gwałtownie do głowy. Doznałem uczuć
wyzwolenia i odrodzenia. Zeskoczyłem szybko z materaca, na którym
leżałem, objąłem ramionami szyję mego wiernego przyjaciela i
towarzysza, a fala gorących łez, płynących z oczu, była wyrazem
wdzięcznej radości, przepełniającej moją duszę. Podobnie, jak poprzednio, gdy wstawałem z legowiska, i
teraz także umysł mój był w najwyższym stopniu osłabiony i
przyćmiony. Przez długi przeciąg czasu nie mogłem powiązać z sobą
myśli. Ale powoli odzyskiwałem możność rozumowania i zacząłem
uświadamiać sobie niezwykle ciężkie położenie, w jakiem się
znajdowałem. Mimo wszystko nadaremnie usiłowałem wyjaśnić sobie, jakim
sposobem mój Tygrys dostał się tutaj. Wymęczywszy umysł tysiącem
rozmaitych przypuszczeń, zadowoliłem się wreszcie samą radością, że
jest ktoś, kto dzieli moją smutną samotność, kto pociesza mnie swą
pieszczotą. Bardzo wielu ludzi lubi psy. Jednakże moja miłość do
poczciwego Tygrysa przekraczała znacznie zwyczajną miarę i nigdy
też, z pewnością, inne zwierzę nie zasługiwało bardziej na ludzką
miłość. Przez siedem lat już był moim nieodłącznym towarzyszem i w
licznych wypadkach dawał mi dowody szlachetnych zalet, jakie go
cechowały. Kiedy był jeszcze szczeniakiem, wyratowałem go z rąk
niegodziwego ulicznika w Nantucket, który uwiązał mu kamień u szyi
i chciał go właśnie utopić. W trzy lata później dorosły już pies
odpłacił mi sowicie tę usługę, ocalając mnie przed napaścią
ulicznego rabusia. Powitawszy tak serdecznie Tygrysa, przyłożyłem zegarek do
ucha i sprawdziłem, że znowu stanął. Tym razem nie zdziwiło mnie to
wcale, byłem bowiem przeświadczony, że znowu spałem bardzo długo.
Oczywiście, nie mogłem szczegółowo określić, jak długo trwał ten
sen. Ciało moje rozpalała gorączka, a pragnienie dręczyło mnie
wprost nie do zniesienia. Doczołgałem się po ciemku do resztek
wody, nie miałem bowiem światła. Świeca w latarce wypaliła się
doszczętnie, a pudełko fosforowych zapałek gdzieś się zapodziało.
Niestety, dzbanek był próżny. Tygrys wypił widocznie ostatnie
krople wody, jak również zjadł zepsutą baraninę, bo tylko naga
kość, dokładnie ogryziona, leżała przy wejściu do kryjówki. Strata
mięsa nie bolała mnie wcale, natomiast brak wody przejmował serce
rozpaczą. Byłem tak osłabiony, że każde poruszenie wywoływało
dreszcze. Na domiar nieszczęścia, bryg kołysał się gwałtownie, a
beczki od oleju, ułożone na mojej skrzyni, groziły runięciem i
zamknięciem mi wyjścia. Doznawałem też silnych objawów morskiej
choroby. Postanowiłem teraz, nie zważając już na nic, udać się do
ukrytych drzwiczek i wołać o pomoc. Zdawałem sobie sprawę, że
niebawem braknie mi już sił potemu. Zacząłem szukać nowej świecy i
pudełka z zapałkami. Po chwili odnalazłem zapałki, świec jednak
znaleźć nie zdołałem, chociaż przypominałem sobie dobrze, gdzie je
położyłem. Zaniechałem narazie dalszych poszukiwań, nakazałem
Tygrysowi, aby nie ruszał się z miejsca i wyruszyłem w drogę ku
kajucie Augusta. Teraz dopiero przekonałem się dowodnie, jak bardzo jestem
osłabiony. Posuwałem się naprzód z największym trudem; często
członki wypowiadały poprostu służbę; parę razy upadałem na ziemię i
leżałem przez kilka minut nawpół przytomny. Mimo wszystko instynkt
pchał mnie naprzód. Rozumiałem dobrze, że, jeżeli pozostanę
bezsilny osłabieniem w tych krętych, ciasnych korytarzykach, będę
zgubiony bez ratunku. Wlokąc się naprzód ostatecznym wysiłkiem, uderzyłem nagle
mocno głową o ostrą, okutą żelazem krawędź jakiejś skrzyni. Przez
dłuższą chwilę byłem zupełnie oszołomiony tem uderzeniem. Gdy
wreszcie odzyskałem równowagę umysłu, stwierdziłem - ku
niesłychanemu przerażeniu - co się stało. Oto wskutek gwałtownych
wstrząśnień statku skrzynia osunęła się tak nieszczęśliwie, że
zatarasowała mi drogę. Nadaremnie wytężałem siły, nie zdołałem jej
usunąć ani o jeden cal, tak mocno wbiła się między inne skrzynie i
ładunek okrętowy. Miałem teraz do wyboru, - i to w tem stadjum straszliwego
wyczerpania sił - albo szukać innej drogi, zdala od zbawczej liny,
wskazującej kierunek, albo wydrapać się na skrzynię i w ten sposób
przedostać się na drugą stronę zatarasowanego korytarza. Pierwsza
ewentualność nastręczała tyle trudności i niebezpieczeństw, że
wprost nie chciałem o niej myśleć. Wszystko przemawiało za tem, że
- wobec fizycznego i duchowego osłabienia - zabłądziłbym w
podpokładowych czeluściach i zginąłbym marnie. Pozostawał więc
tylko drugi sposób ratunku: przedostać się poprzez skrzynie na
przeciwległą stronę. Kiedy jednak zabrałem się do wprowadzenia w czyn tego
zamiaru, przekonałem się niebawem, że trudności były nieporównanie
większe, aniżeli przewidywałem. Z obu stron wąskiego przejścia
piętrzyły się całe góry rozmaitego ciężkiego bagażu. Wystarczyłoby
potrącić je lekko, a runęłyby mi na głowę. Co więcej, spadając,
zasypałyby całkowicie drogę i uniemożliwiłyby mi powrót do
kryjówki. W dodatku, skrzynia była tak wysoka i tak gładka, że ani
ręka ani noga nie znajdowały na niej żadnego punktu oparcia. Uczyniłem jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek, aby poruszyć
skrzynię z miejsca. Nie ustąpiła. Natomiast jednocześnie poczułem,
że pod naciskiem łokcia drgnął jakiś przedmiot z boku krużganka.
Zmacałem ręką w tem miejscu i odnalazłem dużą deskę, widocznie
mniej mocno przytwierdzoną. Musiała to być boczna ściana, przykrywa
lub dno jakiejś wielkiej skrzyni. Z pomocą noża, który,
szczęśliwie, miałem w kieszeni, usunąłem chwiejącą się deskę i
wpełzłem w utworzony w ten sposób otwór. Radość moja była bez
granic, ponieważ stwierdziłem, że przeciwległa ściana nie jest
zabita deskami. Dostałem się najprawdopodobniej przez dno do
skrzyni bez przykrywy. Odszukałem teraz moją linkę ratunkową i kierując się nią,
dotarłem aż do gwoździa przy ukrytych drzwiczkach. Z bijącem sercem
podparłem klapę plecami i usiłowałem ostrożnie podnieść ją w górę.
Nie można jej było poruszyć. Chociaż nie było wykluczone, że w
kajucie znajduje się ktoś obcy, oprócz Augusta, uderzyłem w klapę
ramieniem z całej siły. Nadaremnie! Przeniknął mnie dreszcz trwogi,
albowiem przypomniałem sobie, że poprzednio drzwiczki w podłodze
otwierały się lekko, bez żadnego wysiłku. Jeszcze raz i drugi
uderzyłem w drzwi bardzo mocno - bez żadnego skutku. Ze złością i
rozpaczą waliłem w nie pięściami - napróżno. Ponieważ ani nie
drgnęły, należało przypuszczać, że albo zabito je gwozdziami, albo
też przytłoczono jakimś wielkim ciężarem. Bądź co bądź, nie ulegało
wątpliwości, że wszelkie wysiłki są bezcelowe. Przerażenie zmroziło mi krew w żyłach. Nadaremnie
usiłowałem się przekonywać, że ani August, ani nikt inny nie
pogrzebałby mnie przecież żywcem wewnątrz statku. Nie mogłem już
myśleć logicznie, upadłszy bezsilnie na podłogę, snułem w wyobraźni
najstraszliwsze obrazy grożącej mi niebawem śmierci z głodu,
pragnienia, zatrucia złem powietrzem. Wreszcie zapanowałem nieco nad rozdrażnieniem i zgrozą.
Odszukałem palcami szczeliny i szpary przy drzwiach. Usiłowałem
stwierdzić, czy nie przedostaje się przez nie choć odrobina
światła. Ale nie, ciemność panowała zupełna. Potem wbijałem w
szczeliny ostrze noża, póki nie natrafiłem na twardy opór. Zacząłem
drapać tę przeszkodę i przekonałem się, że jest to jakiś żelazny
ciężar. Z lekkiego kołysania się żelaza wywnioskowałem, że położono
w tem miejscu zapewne zwój lin okrętowych. Nie pozostało nic innego, jak odszukać powrotną drogę do
kryjówki i tam albo poddać się smutnemu losowi i beznadziejnie
oczekiwać śmierci, albo uspokoić wzburzenie umysłu, skupić
wszystkie siły duchowe i obmyślić jakiś plan ratunku. Musiałem zwalczyć liczne trudności, zanim przedostałem się
z powrotem do mojego schroniska. Dowlókłszy się do skrzyni, ległem
wyczerpany na materacu. Tygrys ułożył się obok mnie i skomleniem i
pieszczotą starał się niejako pocieszyć mnie w niedoli i obudzić
energję do działania. Niebawem jednak dziwne zachowanie się psa zwróciło moją
uwagę. Przez parę minut lizał mi twarz i ręce, potem nagle odsunął
się i zaskowyczał cicho. Powtarzało się to kilkakrotnie. Kiedy
wyciągałem rękę, przekonywałem się, że zawsze leży na grzbiecie,
podnosząc łapy do góry. To ponawiające się postępowanie psa wydało
mi się niezwykle dziwnem, zwłaszcza, że nie mogłem wyjaśnić sobie
przyczyny. Ponieważ pies wydawał się bardzo smutny, przypuściłem,
że może odniósł jakąś ranę. Zbadałem jego łapy, jednę po drugiej,
ale nie znalazłem ani śladu okaleczenia. Wówczas przyszło mi na
myśl, że może głód mu dokucza. Dałem mu duży kawałek szynki, który
spałaszował żarłocznie. Niebawem jednak znowu powtórzyły się te
jego zagadkowe ruchy. Nasuwało się przypuszczenie, że dręczy go
pragnienie, czemu, niestety, nie mogłem zaradzić, ponieważ sam
cierpiałem męki wskutek niezaspokojonego pragnienia. Potem
przypomniałem sobie, że obejrzałem tylko jego łapy, a przecież rana
mogła mu gdzieindziej dokuczać. Zacząłem go badać na nowo. Gdy
przesuwałem rękę po grzbiecie, zauważyłem, że w pewnem miejscu włos
jest nastroszony i że to obrzmienie wije się równą linją wzdłuż
całego ciała. Macając dokładniej palcami, odnalazłem grubą nić,
krępującą psa dookoła. Powoli wiodłem wzdłuż niej palcami i nagle
uchwyciłem jakiś strzęp, prawdopodobnie kawałek listowego papieru,
umocowany nićmi w ten sposób, że krył się pod lewą łopatką
zwierzęcia.