Opowiem ci pewną historię - Annie Barrows

-
Proszę czekać

 

Rozdział 1

W tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym, kiedy miałam dwanaście lat, Macedonia, moje rodzinne miasteczko w Wirginii Zachodniej, obchodziła swoje stupięćdziesięciolecie - nie wiedzieć czemu, to słowo dość długo kojarzyło mi się ze stonogą. Czy raczej stopięćdziesięcionogą. W szkole obchodziliśmy ten jubileusz tak samo jak większość jubileuszy, wystawiając żywe obrazy, po jednym na każde główne wydarzenie z dziejów miasta. Niewiele tego było i ledwie wystarczyło, by obdzielić osiem klas, ale nauczyciele zagospodarowali je najoszczędniej, jak się da. Gdyby nie wojna z Jankesami, nie wiem, co by poczęli. Gdy Wirginia wystąpiła z Unii, Wirginia Zachodnia dostała małpiego rozumu i natychmiast z powrotem do Unii dołączyła, z wyjątkiem czterech niewielkich powiatów, w tym naszego. Te powiaty pokazały język reszcie stanu i opowiedziały się za członkostwem w Konfederacji, objaw bezczelności o daleko idących konsekwencjach dla stanu drogowych nawierzchni i szkolnych pulpitów.

Wtulona w zagłębienie pomiędzy Potomakiem a Shenandoah, Macedonia stanowiła istotny węzeł w takim samym stopniu dla generałów, co dla linii kolejowych i do czasu, gdy Lee odwiesił swoją szablę w Appomattox, miasto zdążyło przejść z rąk do rąk czterdzieści siedem razy, z czego sześć w ciągu jednego dnia. Nasi nauczyciele ogromnie lubili wystawiać scenę, w której ludność miasteczka upycha konfederackie flagi w kominach przed przemarszem oddziałów Unii, a potem znów je z kominów wyciąga po ich odejściu. Czwarto-, piąto- i szóstoklasiści dostali sceny wojenne, ale klasa siódma i ósma obudziły się z ręką w nocniku, bo w Macedonii po tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym nie wydarzyło się nic, pomijając wysadzenie parowozowni i otwarcie podwojów Fabryki Pończoszniczej American Everlasting. Pół miasta pracowało w tej fabryce, a druga połowa żałowała, że w niej nie ma zajęcia, ale Fabryka Pończosznicza American Everlasting niewiele miała cech, które dobrze prezentują się w żywym obrazie. Czasem nauczyciele poddawali się i piekli dwie pieczenie na jednym ogniu, każąc siódmoklasistom maszerować wokół sceny i wymachiwać skarpetkami, podczas gdy stojący w tle ósmoklasiści śpiewali Gwiaździsty sztandar. Jednakże w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku ósmej klasie trafiło się jak ślepej kurze ziarno, bo przez miasteczko przejeżdżała pani Roosevelt. Zatrzymała się na placu, napiła mineralnej wody o siarkowym posmaku z naszej fontanny, skrzywiła się i odjechała. Materiału do żywego obrazu dostarczyła sporo, z tym że zamiast się krzywić, pani Roosevelt z ósmej klasy oświadczyła: - Mieszkańcy Macedonii to szczęściarze, mogąc korzystać z wody źródlanej o zdrowotnych właściwościach. - Moja siostra Ptaszyna i ja tak się śmiałyśmy, że wyproszono nas na korytarz.

Kiedy kurtyna opadła po ostatnim żywym obrazie, a my zostaliśmy zagonieni z powrotem do klas, uznałam rocznicowe uroczystości Macedonii za zakończone. Czyż nie odwaliliśmy całych stu pięćdziesięciu lat historii w równo dwadzieścia trzy minuty? Owszem. Ale ledwie tydzień później przyszedł czas parady z okazji Dnia Pamięci Poległych Na Polu Chwały i to, jak później się połapałam, oznaczało prawdziwy początek obchodów stupięćdziesięciolecia. Jeszcze później uświadomiłam sobie, że w ogóle wszystko zaczęło się tego dnia. Wszystko, co miało tego lata zatrząść się w posadach, zaczęło lekko nimi poruszać o poranku w dniu parady. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Layli Beck, wtedy tknęły mnie pierwsze wątpliwości co do własnego ojca, wtedy zauważyłam, że jestem okłamywana i postanowiłam dzieciństwo pozostawić za sobą. Oczywiście, zastanawiam się od tej pory, czy moje życie - a także mojego ojca i cioci Jottie - potoczyłoby się inaczej, gdybym tamtego ranka zdecydowała się zostać w domu. To jest właśnie to, co określa się mianem "zagadki historii". Może ona człowieka doprowadzić do szaleństwa, jeśli jej na to pozwolić.

Jottie i ja tkwiłyśmy w ścisku na chodniku, razem z całą resztą miasteczka, żeby obejrzeć paradę. Zwykle nie było to nic specjalnego, ta parada z okazji Dnia Pamięci Poległych Na Polu Chwały - ot, paru weteranów z ponurymi minami i szkolna orkiestra marszowa. Ale w tym roku, na cześć stupięćdziesięciolecia, obiecano nam superfrymuśny pokaz, prawdziwy spektakl. I oto co nas czekało: najpierw trasą przemknęły Zjednoczone Córy Konfederacji, ale zaraz po piętach zaczęły im deptać panie z Wielkiej Armii Unii. Potem orkiestra rotariańska zaatakowała patriotyczne melodie. To wcale niełatwe zadanie, jeśli dysponuje się czterema trąbkami, jednak wystarczyło ich, żeby spłoszyć brygadę kuców. Dalej przemaszerowali weterani i dwie dziewczynki w krótkich mundurkach podrzucające w powietrze batuty, zupełnie jak na paradach w filmach, tyle że tylko jedna z nich umiała z powrotem łapać. Mieliśmy nawet platformę: Księżniczka Jabłek i jej świta Kwiatów Jabłoni uśmiechały się z paki ciężarówki. Potem pojawił się burmistrz, machając dłonią ze swojego wielkiego zielonego samochodu, a za nim pan Parker Davies, który wystroił się w pantalony zapinane pod kolanem i przypiął szablę, chcąc upodobnić się do generała Magnusa Hamiltona, założyciela Macedonii, co z kolei nasunęło mi pytanie, które od zawsze chciałam zadać. Trąciłam łokciem ciocię Jottie. - Dlaczego nazwał miasto Macedonią?

Zerknęła na mnie ciemnymi oczyma. - Generał wielce podziwiał cechy charakteru Macedończyków.

To było dla mnie coś nowego.

- Hę? A co to są te macedońskie cechy?

- Nie mówi się "hę". Niezłomność i upór. - Obok nas na platformie podskakiwała Księżniczka Jabłek. To była Elsie Averill w białej sukni. Jakaś pani stojąca tuż za nami nachyliła się, chcąc lepiej popatrzeć, i w nosie zakręciło mnie od potężnego zapachu Jungle Gardenia.

Przysunęłam się bliżej Jottie. - A on je miał? - spytałam.

Jottie jeszcze przez chwilę odprowadzała wzrokiem Elsie. - Czy co miał? - mruknęła.

- Jottie! Czy generał Hamilton posiadał macedońskie cechy charakteru? - przywołałam ją do porządku.

- Generał? - Uniosła brew. - Generał raz kiedyś odrąbał palce u nóg pewnemu żołnierzowi, żeby nie pozwolić biedakowi na dezercję. A teraz sama mi powiedz, Willa, to była niezłomność, upór czy zwyczajny obłęd?

Przyjrzałam się panu Parkerowi Daviesowi, wyobrażając sobie tę jego szablę uniesioną wysoko i okrwawioną, z małym palcem nadzianym na czubek. Nie wiedziałam, że tak wygląda niezłomność, ale wierzyłam Jottie na słowo. - Czy ja je mam? - spytałam z nadzieją.

Jottie uśmiechnęła się. - Niezłomność i upór? A chcesz je mieć?

- Przecież to cnoty, nieprawda? - odpowiedziałam pytaniem.

- Niewątpliwie. Niezłomność, upór i pięć centów wystarczą na kawę w Pickus Café. - Spojrzałam na nią i skrzywiłam się, a ona parsknęła śmiechem. Parada nas minęła, ostro zakręciła i zaczęła się wlec z powrotem Prince Street.

Pomyślałam, że mam może szansę wyrobić w sobie choć upór.

Teraz przyszła kolej na Izbę Handlową Macedonii, więc obok nas przemaszerowało ośmiu panów w takich samych jasnych kapeluszach z szerokim rondem i długich płaszczach. Wyglądali jak zestaw identycznych lalek-chłopczyków, tyle że zażenowanych. Jottie zachichotała i pomachała małą flagą. - Hurrra! - zawołała radośnie. - Hurrra dla naszych dzielnych chłopców z Izby Handlowej!

Udali, że nic nie słyszą, wszyscy poza jednym. - Jottie? - odezwał się, obróciwszy w naszą stronę. Jottie cicho westchnęła i zobaczyłam, że na jej policzkach wykwitają dwa okrągłe rumieńce. Zaczęła już unosić rękę, ale opuściła ją szybko, po chwili zmieniła zdanie, znów ją uniosła i lekko pomachała. To go załatwiło, zaczął się uśmiechać jak wariat i chociaż parada szła dalej, zawołał: - Miałem nadzieję, że cię tu dzisiaj zobaczę, Jottie, pomyślałem, że może...

Idący za nim facet wpadł na niego, więc musiał pójść dalej, ale maszerując, co chwilę oglądał się za siebie i machał do niej ręką.

- Kto to był? - spytałam. Żadnej reakcji, więc trąciłam ją. - Kto to był, Jottie?

- Sol - odparła. - Sol McKubin. - Otworzyła torebkę i zaczęła w niej czegoś szukać. - Miałam tu gdzieś dziś rano chusteczkę.

I na tym by się skończyło, gdybym nie usłyszała za sobą czyjegoś lekkiego śmiechu. To była ta pani pachnąca Jungle Gardenia. - Oho! Dobrze, że poczciwego Felixa tu nie ma - cicho mruknęła, do nikogo w szczególności.

Co takiego? Obróciłam się szybko na pięcie, zastanawiając się, kim jest ta pani i skąd zna mojego ojca.

Nie wyglądała na kogoś z jego znajomych. Miała na sobie sukienkę jak dla młodej osoby, chociaż wcale młoda nie była, a twarz białą od pudru. Pochwyciła moje spojrzenie i kilka razy szybko poruszyła dorysowanymi ołówkiem brwiami. Gwałtownie obróciłam się ku Jottie.

- Jottie? - zagaiłam, znowu ją szturchając. - Kto to jest Sol McKubin?

- Czy to panna Kissining, tam po drugiej stronie ulicy? - Jottie mrużyła oczy, patrząc na przeciwległy chodnik. - W tej sukience w grochy?

Spojrzałam. Jeśli to panna Kissining, to ja jestem porwany synek Linberghów. - Ty chyba ślepniesz, Jottie - odezwałam się z przyganą, ale zagłuszyła mnie orkiestra rotariańska, odtrąbiając ostatnie takty Hymnu Bojowego Unii. Parada się skończyła.

Nie miałam nic przeciwko temu. Moja ulubiona część i tak następowała później. Ujęłam Jottie za rękę i pożeglowałyśmy śladem uczestników marszu.

To było zupełnie jak dopełnienie uroczystości. Wszyscy mieszkańcy Macedonii bezładnie kłębili się na Prince Street, zajęci właściwą rozrywką tego świątecznego dnia: nawoływali się, przystawali na pogawędkę, zbijali się w niewielkie grupy, żeby wymienić opinie na temat kuców, batut, platformy i samochodu burmistrza. Uwielbiałam spacerować ulicą w towarzystwie cioci Jottie. Kiedy szłam sama, byłam tylko dzieckiem i dorośli mnie - odpowiednio do tej roli - ignorowali. Czasem, oczywiście, ktoś mnie zatrzymywał, żeby udzielić cennej rady w rodzaju: "Zawiąż sznurowadła, zanim się przewrócisz i powybijasz sobie zęby", przeważnie jednak byłam nic nieznaczącym robakiem. Niegodna uwagi, jak to piszą w książkach. Kiedy szłam z Jottie, sprawa przedstawiała się inaczej. Dorośli witali się ze mną uprzejmie, co było miłe. Naprawdę przyjemne. Ale najlepsze, najlepsze w tym spacerowaniu przez miasto pod rękę z Jottie było to, że mogłam posłuchać, jak kątem ust, tak żebym tylko ja ją słyszała, relacjonuje sekretną historię każdego mężczyzny, każdej kobiety, każdego mijanego psa i kwiatka. Dla mnie były to chwile satysfakcji w czystej postaci. Dlaczego? Bo opowiadając mi o tych tajemnicach, Jottie sprawiała, że stawałam się kimś więcej niż tylko tymczasową dorosłą. Czyniła mnie swoją powiernicą.

Szłyśmy powoli, gdy natknęłyśmy się na pana Tare'ego Russella w inwalidzkim fotelu. Wcale nie był stary, ten pan Russell, ale coś mu dolegało i trzeba go było po mieście wozić z pledem okrywającym kolana. Kiedy nas zauważył, zawołał piskliwie: - Jottie Romeyn, chodźże no tutaj i daj mi nacieszyć oczy twoim widokiem! - A potem pomachał palcami, żeby murzyński służący pchał fotel inwalidzki szybciej. Nie wydawało się to w porządku, bo biedak wyglądał na o wiele starszego i wątlejszego niż pan Russell.

- Tare! - odezwała się Jottie. - Co cię tu sprowadza? Nigdy wcześniej cię nie widziałam na miejskiej paradzie!

- Obowiązek obywatelski - stwierdził pan Russell. - Któżby opuścił paradę z okazji stupięćdziesięciolecia Macedonii?

Jottie uśmiechnęła się szeroko. - Zadaję sobie dokładnie to samo pytanie, Tare, i to od rana. Jak ci się podobała Księżniczka Jabłek i jej Kwiaty Jabłoni?

Nie odpowiedział. W sumie przerwał jej, tak szybko się odezwał. - Sądziłem, że Felix będzie szedł razem z weteranami. Ale nie było go. Ja go nie widziałem.

- Felix wyjechał w interesach - odparła Jottie.

- Nie ma go od początku tygodnia - wtrąciłam gorliwie.

- Interesy - powtórzył pan Russell i ściągnął wargi. - No tak. Felix jest zaharowany jak stary muł, prawda? - Nagle obrócił się i spojrzał na mnie groźnie. - Powiedz mu, kiedy wróci, żeby nie zapominał o starych przyjaciołach. Po prostu powtórz to swojemu tatusiowi, dobrze?

Aż cofnęłam się o krok wobec tego ostrego tonu. - Tak jest.

Niewielka dłoń Jottie zacisnęła się wokół mojej. - Oczywiście, że przekażemy! - powiedziała pogodnie. - Powtórzymy mu natychmiast, jak wróci!

Pan Russell znów pomachał palcami. - Zabierz mnie do domu - warknął do starego służącego. - Chcesz mnie tu usmażyć jak jajko?

Patrzyłyśmy, gdy odjeżdżał. Jottie ścisnęła moją rękę. - Chodźmy pooglądać wystawy - zaproponowała. - Udawajmy, że każda z nas ma dziesięć dolarów i musimy je wydać dziś po południu, inaczej w całości przepadną.

I tak też zrobiłyśmy, spierając się zawzięcie o to, czy mogę pożyczyć dwa z jej wyimaginowanych dolarów na różową jedwabną sukienkę, aż tu nagle wpadłyśmy wprost na Marjorie Lanz. Mieszkała niedaleko nas, przy tej samej ulicy. Straszna z niej gaduła. Zaczęła jeszcze zanim ją zauważyłyśmy, nawołując z wnętrza sklepu obuwniczego Vogla: - No i jakże się masz, Jottie? Popatrz tylko na te sandałki. - Wyszła na zewnątrz, dzierżąc w dłoni spory żółty but. - Jak ci się podobała parada? Moim zdaniem Elsie prezentowała się naprawdę ładnie, ale rotarianom przydałoby się nieco świeżej krwi, nie uważasz? Gdzie Mae i Minerva? Och, witaj, kochanie - dodała, dostrzegłszy mnie. - Śliczna jesteś jak aniołek, czyż nie?

Byłam już trochę za duża, żeby przypominać aniołka, ale grzecznie skinęłam głową.

Teraz wymachiwała tym sandałem tam i z powrotem. Podenerwowany pan Vogel przystanął w drzwiach sklepu, gotów ją przytrzymać, gdyby chciała umknąć z towarem. Marjorie plotła dalej: - Słyszałam, że załatwiłaś sobie nowego lokatora, Jottie, bardzo dobrze, macie przecież tyle wolnych pokoi. - Zerknęłam na Jottie. Nic nie wiedziałam o żadnym nowym lokatorze. - I któż tam ci się trafił, Jottie? Mam nadzieję, że osobnik nieco żywszy niż Wielgachny Wilson. Nie mam pojęcia, jak znosiłaś tego człowieka, czy to ktoś sympatyczny? - Urwała i spojrzała wyczekująco na Jottie. Podobnie jak pan Vogel oraz ja.

Jottie przez chwilę patrzyła na Marjorie Lanz, a potem nachyliła się ku niej. - Mój nowy lokator to przedstawiciel rządu Stanów Zjednoczonych - szepnęła. - Tylko tyle wolno mi powiedzieć.

- Och! - Marjorie mocno ścisnęła sandał. - Tajemnica...

Jottie ze smutkiem pokiwała głową, jakby żałowała, że nie może dodać nic więcej, a potem obróciła się w stronę pana Vogla. - To naprawdę bardzo ładny sandał. Czy są takie, ale niebieskie? - Pokręcił głową, że nie. - No trudno. Dobrze, Marjorie, musimy już z Willą ruszać. Trzeba wysprzątać pokój dla nowego lokatora. Rząd Stanów Zjednoczonych nie lubi zagraconych pomieszczeń. - Popatrzyła na mnie. - Wolą, kiedy są czyste i schludne, prawda, Willa?

Wiedziona lojalnością pokiwałam głową, a potem odczekałam, aż znalazłyśmy się trzy sklepowe witryny za obuwniczym Vogla i spytałam: - Naprawdę będziemy mieć lokatora?

- Tak, psze pani - odparła Jottie.

- I on naprawdę jest pracownikiem rządu?

Uśmiechnęła się. - Nie. Bo to nie jest on.

- Jakaś pani?

- Tak. Pani.

- Pani na rządowej posadzie?

Jottie uniosła brew. - To brzmi tak, jakbyś nie wierzyła w ani jedno moje słowo.

- Wierzę - odparłam powoli. - Ale jak to się stało, że ja nic o tym nie wiedziałam?

Wyciągnęła rękę, by odgarnąć pasmo włosów z mojej twarzy. - Naprawdę sądziłam, że wiesz. Nie widziałaś, jak wyjmuję wszystkie rzeczy z szafy? Przecież siedziałaś tam wtedy na łóżku.

Usiłowałam sobie przypomnieć, ale bez skutku. Pewnie coś czytałam.

Zazwyczaj coś czytałam.

Przyszło mi do głowy, że przegapiam strasznie dużo z tego, co się dzieje. Niemądra Marjorie Lanz wiedziała o moim życiu więcej niż ja. Nawet takie wypachnione i upudrowane panie z ulicy znały sprawy mojego ojca, o których ja nie miałam pojęcia. Zastanowiłam się nad tym i uznałam, że to wręcz upokarzające. Czy ja jestem jakimś zwykłym dzieciuchem, skazanym na życie w mrokach ignorancji? Nie! Jestem pełnoprawną osobą, jak wszyscy inni, i mam prawo wiedzieć różne rzeczy.

- Powinnaś mi była powiedzieć - zwróciłam się do Jottie z pretensją.

Poklepała mnie po policzku. - Kochanie, jeśli chcesz różne rzeczy wiedzieć, to musisz zacząć zwracać na nie baczniejszą uwagę. Musisz słuchać, co w trawie piszczy.

Już otwierałam usta, żeby powiedzieć: "Przecież jestem twoją powiernicą!", ale je zamknęłam. Może jednak wcale powiernicą Jottie nie byłam. Może tylko tak sobie wyobrażałam. Zamyśliłam się głęboko. Na przykład, na paradzie był ten człowiek, ten pan McKubin, ten, przez którego Jottie się zarumieniła - a przecież na jego temat nigdy mi się nie zwierzyła ani słowem. Nawet nie odpowiedziała na moje o niego pytanie, bo uwagę miała zaprzątniętą panną Kissining. Tyle że - spojrzałam na Jottie z zaskoczeniem - może wcale nie szło o brak uwagi, może zrobiła to specjalnie, żeby odwrócić moją!

No proszę!

Poranek obfitował w pytania bez odpowiedzi, jeśli nie wręcz tajemnice. "Dobrze, że poczciwego Felixa tu nie ma". Co to miało znaczyć? I pan Russell - dlaczego tak się rozzłościł, kiedy powiedziałyśmy, że ojciec wyjechał? Poza tym, kim tak w sumie będzie ta nowa lokatorka pracująca dla rządu? Zagadki mnożyły się, a największą z nich stanowiło to, dlaczego Jottie o żadnej z nich mi nie powiedziała.

Ktoś mnie tu wykiwał.

A sądziłam, że jestem zaufaną doradczynią Jottie, skarbnicą jej najskrytszych myśli. Ale nie byłam. Omamiono mnie. Uśpiono moją czujność, zwodzono mnie. Utrzymywano w niewiedzy. Dosyć! Postanowiłam sytuację zmienić. Z miejsca poprzysięgłam sobie, że będę uważać, odkrywać, dowiadywać się wszystkich tych prawd, które dorośli starają się przede mną zataić. Dowiem się różnych rzeczy, obiecałam sobie. Dotrę do sedna wszystkiego. Zaczynając od teraz.

Zacisnęłam zęby w twardym postanowieniu. Nagle poczułam, że ktoś mnie ciągnie za rękaw. Stała przy mnie Ptaszyna, loki lepiły jej się od potu. - Ta Trudy Kane znów będzie tańczyć. Chcę zobaczyć, a Mae mówi, że szlag ją trafi, jeśli jeszcze raz będzie musiała oglądać Trudy Kane, więc ty musisz ze mną iść. - Ptaszyna usiłowała nauczyć się stepować, oglądając pannę Trudy Kane. Już teraz mogłaby "postepować do Buffalo na balii do prania", jak śpiewali w jakimś musicalu. Pociągnęła mnie za ramię. - No chodź.

Spojrzałam na Jottie z miną mówiącą: "Muszę?". Pokiwała głową.

- Nie wiem, jak mam nasłuchiwać, co w trawie piszczy, skoro bez przerwy muszę włóczyć się z Ptaszyną - dodałam z goryczą.

Jottie wpatrywała się w wystawę Domu Towarowego Krohna, ale obejrzała się na mnie z szerokim uśmiechem. - Przydałoby ci się nieco tych macedońskich cnót - oświadczyła. - Przywołaj trochę niezłomności i uporu, a odkryjesz więcej, niż będziesz chciała wiedzieć. - I obróciła się w stronę witryny.

Ptaszyna znowu mnie pociągnęła, ale stałam jak wmurowana. Jottie miała słuszność. Dokładnie tego potrzebowałam - macedońskich cnót charakteru.

 

Rozdział 2

17 maja 1938

Rose!

Błagam, wybacz - nie mogę przyjść na lunch. Ojciec na wojennej ścieżce: Nelson, nieróbstwo, przytułek dla ubogich i temu podobne. Złowieszczo rozprawia o pracy. Muszę zostać w domu i wydziergać jakieś skarpetki, żeby zrobić dobre wrażenie.

Layla

Ben,

Layla potrzebuje posady. Czy mogę ją skierować do Ciebie?

Uściski

Gray

19 maja 1938

Senator Grayson Beck

Budynek Biura Senatu

Waszyngton, D.C.

Drogi Grayu,

Nie.

Z poważaniem

Ben

20 maja 1938

Pan Benjamin Beck

WPA/Federalny Projekt dla Pisarzy

New York Ave. nr 1734, NW

Waszyngton, D.C.

Drogi Benie,

Jestem rozczarowany Twoją postawą. Zdradza niedostatek braterskich uczuć, a na dodatek kiepską pamięć. Ben, sięgnij myślami wstecz. Przypomnij sobie rok tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty. Nie sądziłem, że trzeba Ci będzie odświeżać wspomnienia o tamtym lecie, o pieniądzach i reputacji, którą za Ciebie poręczyłem, nie zadając żadnych pytań. Najwyraźniej byłem w błędzie. Być może zatarł Ci się obraz aresztu, a może uważasz, że sędziego do pobłażliwości skłoniły Twoje chmurne ideały. Nie łudź się. Jesteś mi coś winien.

Kiedy mam ją podesłać? We wtorek o drugiej po południu?

Gray

21 maja 1938

Senator Grayson Beck

B.B.S.

Waszyngton D.C.

Drogi Grayu,

Wtorek o drugiej mi odpowiada. Jaką posadę mam jej dać?

Ben

23.05.1938

Ben,

Jest mi kompletnie obojętne, jaką cholerną posadę jej dasz. Chcę się jej pozbyć z domu i nie dam jej już złamanego grosza.

Uściski

Gray

[telegram]

23 maja 1938

Charles: proszę spotkanie 11.30 wieczorem. Musimy pomówić. Sytuacja dramatyczna. Jedyne możliwe rozwiązanie. Całuję. Layla

25 maja 1938

Laylo...

Przykro mi, że płakałaś, kiedy Cię odprowadzałem. Płacz Cię szpeci. Nie twarz - urodę uważam za najmniej znaczący atrybut - ale Twój umysł i duszę. Przeraża Cię praca, boisz się jej, ale ta groza to tylko urojenie osób z Twojej klasy. Praca uszlachetnia. Dodaje godności, uwzniośla ducha. Nie umiem sobie wyobrazić lepszego losu dla Ciebie, niż poznać z pierwszej ręki transcendentne działanie pracy; Ty, która z mlekiem matki wyssałaś banały i powierzchowność swojej warstwy społecznej, zdołasz wytępić fałszywą świadomość, jaką przeniknięta jest Twoja egzystencja, wyłącznie poprzez dołączenie do wspólnoty pracujących mężczyzn i kobiet tego kraju. Zdaj się na łaskę i niełaskę pracy, Laylo. Należy oczekiwać chwilowego szoku, ale we właściwym czasie odnajdziesz prawdziwą bliskość w serdecznym uścisku poznaczonych odciskami dłoni, w pracy odnajdziesz pożywkę dla swojego niedokarmionego umysłu, jak i obiekt godny Twoich niekontrolowanych emocji. A gdy już odrodzisz się z popiołów zdegenerowanego życia, dostrzeżesz prawdę o tych Twoich miałkich mrzonkach o małżeństwie - że są tylko burżuazyjną gierką, ustrojonym w pozłotę rytuałem, dla którego w Robotniczej Przyszłości miejsca nie ma.

A w razie gdybyś przy swoim talencie do rozmyślnego przeinaczania nie zrozumiała mnie jasno: odpowiedź brzmi nie. I do widzenia.

Charles

27 maja 1938

Pan Benjamin Beck

WPA/Federalny Projekt dla Pisarzy

New York Ave. nr 1734, NW

Waszyngton, D.C.

Drogi Benie

Pomyślmy przez moment i omówmy sprawę spokojnie, tylko we dwoje, bez ognistych gromów Ojca trzaskających nam nad głowami. Przede wszystkim nie wiem, co on na Ciebie ma, ale musi to być naprawdę coś strasznego, skoro skłoniło Cię aż do tego, żeby mnie zatrudnić - i to jeszcze w WPA. Zabiłeś kogoś? Nawet jeśli tak, to istnieje chyba lepszy sposób odkupienia zbrodni, niż włączenie mnie do Projektu dla Pisarzy, co samo w sobie też niemal zbrodnię stanowi. Doskonale rozumiem, że skoro Ojciec przyparł Cię do muru, to musisz mi jakąś pracę dać. Ale zastanów się: Ojciec byłby całkiem usatysfakcjonowany, gdybyś mi przydzielił przyjemną posadkę sekretarki. Mnie też to zadowoli. Wystarczy, że zaoferujesz mi tymczasowe zajęcie u siebie w biurze, a spełnisz oczekiwania Ojca i znów będziesz mógł uciec przed plutonem egzekucyjnym. Nie trzeba posuwać się do skrajności. Chodzi mi o Wirginię Zachodnią. Wysłanie mnie do Wirginii Zachodniej to skrajność.

Nie mówiąc już, że to przesada.

Że to lizusostwo.

I okrucieństwo.

Wczoraj po południu, kiedy już doszłam do siebie po pierwszym szoku wywołanym Twoim listem, wybrałam się do biblioteki, poczytać na temat Projektu dla Pisarzy (Widzisz? Wiem, gdzie mieści się biblioteka) i tam odkryłam, że Twoje argumenty za Wirginią Zachodnią (stanowy kwiat: różanecznik) są całkowicie mylne. Owszem, urodziłam się w Waszyngtonie D.C., ale to śmieszne twierdzić, że zobligowana jestem pracować w stanie najbliższym miejsca urodzenia. Wymyśliłeś to sobie, dobrze wiesz, że tak jest.

Czy znasz motto Wirginii Zachodniej? Brzmi ono: "Montani semper liberi", mieszkańcy gór są zawsze wolni. Muszę dodawać coś więcej? Czy Ty i Ojciec sądzicie, że wysyłając mnie do tego Górzystego Stanu, zamienicie mnie w hożą, dziarską dziewoję w krótkich skarpetkach, energicznie pokonującą skaliste szczyty? Poszaleliście. Przez Was się rozpiję, a w Wirginii Zachodniej pije się zapewne bimber, który przepali mi wnętrzności i doprowadzi do ślepoty.

I nie tylko będę tam nieszczęśliwa, po prostu zwyczajnie sobie nie poradzę. Będę najgorszym zbieraczem danych w historii Projektu dla Pisarzy, a to obejmuje przecież także tego siedemdziesięcioletniego, uzależnionego od morfiny stalinistę, o którym mi opowiadałeś. Czy umiesz sobie wyobrazić, że przeprowadzam wywiady z farmerskimi żonami i z górnikami? Zadaję taktowne pytania na temat kąpieli i wszy? Liczę świnie, psy i dzieci? Tak szczerze, Ben, oni mnie zastrzelą, a ja nie będę o to do nich nawet miała pretensji.

Proszę, przemyśl to jeszcze. Jesteś moim stryjem. Powinieneś mnie rozpieszczać, a ja powinnam być słoneczkiem opromieniającym twoje samotne starokawalerstwo. Być może zaniedbywałam ostatnio moją część tej umowy, ale daj mi szansę. Pofolguj mi jeszcze ten jeden raz: wypisz mnie z projektu w Wirginii Zachodniej i daj mi pracę u siebie w biurze, a ja Ci przysięgam, że będę najlepszą sekretarką, jaką w życiu widziałeś. Będę się zjawiała w biurze codziennie o ósmej (rano!). Będę stukać na maszynie, aż urobię sobie palce do kości. Będę urocza przez telefon. Będę rozmyślać nad poważnymi kwestiami. Przyniosę Ci chlubę.

Tylko nie wysyłaj mnie do Wirginii Zachodniej.

Proszę.

Twoja kochająca i zwykle posłuszna bratanica

Layla

28 maja

Laylo,

Czy zdajesz sobie sprawę, że niemal jedna czwarta zdolnych do pracy obywateli tego kraju nie ma zatrudnienia? Czy Ty zdajesz sobie sprawę, że co tydzień dostaję dziesiątki listów od sumiennych, dobrze wykształconych mężczyzn i kobiet, upraszających mnie o pracę, jakąkolwiek pracę przy tym projekcie? Ci ludzie są zdesperowani, Laylo. Są bezrobotni od tak dawna, że zapomnieli już, jak to jest pracować, posprzedawali za bezcen wszystko, co posiadali, kładą się spać o głodzie - pod dachem, jeśli mają szczęście, pod gołym niebem, jeśli go nie mają. A potem głodni się budzą. Noszą to samo ubranie od lat, co wieczór przecierane wilgotną szmatką, bo gdyby je spróbowali uprać na tarze, materiał rozpadłby się na strzępy. Ich dzieci chorują, bo nie dostają dość jedzenia, i są brudne, bo nie mają gdzie się umyć. I to są ludzie, którzy nigdy nie przypuszczali, że przyjdzie im żebrać, a jednak tak się dzieje i błagają mnie o zajęcie, które nie zapewni im nawet takiego wynagrodzenia, żeby mogli się najeść do syta.

Jest wolne miejsce w Projekcie dla Pisarzy na Wirginię Zachodnią. Wbrew własnemu rozsądkowi zaoferowałem to miejsce Tobie. Bądź wdzięczna albo niech Cię diabli.

Ben

30 maja 1938

Panna Layla Beck

U Pana Lance'a Becka

Wydział Chemii

Uniwersytet Princeton

Princeton, New Jersey

Najdroższa Laylo,

Muszę powiedzieć, że to bardzo z Twojej strony niedelikatne w taki sposób uciec i wypłakiwać się na ramieniu Lance'a, zostawiając mnie tutaj na pastwę Papy w stanie, w jakim się obecnie znajduje, a już zdecydowanie mam nadzieję, że nie umówiłaś schadzki z tym obrzydliwym Charlesem Antoninem, bo Papa się dowie, a wtedy wścieknie się jeszcze bardziej niż dotychczas. Nic z tego, co mu mówię, w najmniejszym nawet stopniu go nie porusza i nic nie poradzę - po prostu musisz przyjąć tę szmatławą, marną posadkę u Bena. Wiem, co sobie myślisz - i wyobraź sobie moje własne uczucia na myśl o Tobie wśród nieokrzesanych górników - ale obawiam się, kochanie, że Papa się nie ugnie. Powiada, że skoro nie chcesz wyjść za Nelsona - ja Ciebie nie pouczam, tylko powtarzam, co mówi Papa - musisz stawić czoło brutalnej rzeczywistości. Płakałam i powtarzałam, że to na pewno skończy się grzybem, ale to Papę tylko jeszcze bardziej rozsierdziło. Powiedział, że pora, abyś zrozumiała, co odrzucasz i że jeśli trzeba grzybowej, żebyś to pojęła, to on nie ma nic przeciwko (nie poprawiałam Papy, choć chodziło mi o grzybicę skóry, nie o prawdziwe grzyby).

Nigdy nie przypuszczałam, że moja własna córka będzie kiedyś pobierała zapomogę. Mogłabym Bena po prostu udusić.

Twoja kochająca

Matka

PS Lucille widziała w sobotę Nelsona w Bick's. Powiedziała, że wyglądał strasznie, jest absolutnie załamany i wychudł jak szczapa. Nie można zarzucić mężczyźnie braku szczerości, jeśli tak traci na wadze. Pomyśl o tym przez chwilę, młoda damo.

6 czerwca 1938

Panna Rose Bremen

Rezydencja "The Waves"

Gurney Street

Przylądek May, New Jersey

Najdroższa Rose,

Twój list pojawił się niczym królewskie ułaskawienie tuż po tym, gdy ścięta głowa potoczyła się w słomę. Dziękuję za życzliwą propozycję, ale kości zostały rzucone i mam się pojawić w Macedonii, w Wirginii Zachodniej, w przyszły wtorek, by rozpocząć pracę w ramach Federalnego Projektu dla Pisarzy. Deklarację braku innych źródeł dochodu złożyłam wczoraj i jestem już oficjalnie na zasiłku.

Nie umiem Ci nawet wyjaśnić, jak do tego doszło, bo sama tego nie pojmuję, doprawdy. Od lat traktuję życie jak zabawę, a Ojcu do tej pory jakoś nigdy to w niczym nie wadziło. Jeśli już, zdawał się zadowolony z moich dokonań. Raz podsłuchałam, jak się chełpił, że zapraszają mnie na każde bez wyjątku przyjęcie od Adirondack po Appalachy. Wszystko było idealnie, póki na scenie nie pojawił się Nelson, a wtedy... I święty straciłby cierpliwość. Z całych sił chcieli, żebym za niego wyszła, i Matka, i Ojciec. Myślałam, że tak sobie żartują. On był tak ewidentnie, tak całkowicie okropny - i oni zdawali sobie z tego sprawę. Wiedzieli i nic ich to nie obchodziło. Nelson! Owszem, to obrzydliwie bogaty spadkobierca imperium Citronelli, ale jest też przy tym próżny, nużący i płytki jak kałuża. Ten śmiech jak rżenie, ten maleńki wąsik - wolałabym pocałować piskorza. Jego największym marzeniem jest zostać wziętym za Errola Flynna. W dziesięć minut od poznania Nelsona gardziłam nim, a gdyby jemu zdarzyło się czasem pomyśleć o kimś innym niż o sobie, odczucie to byłoby wzajemne. Myślałam, że Matka i Ojciec wiedzą, jaki z niego ananas, i kiedy się oświadczył, sądziłam, że wszyscy się z tego pośmiejemy. O, jakże się myliłam! Chcieli, żebym zachowała się jak grzeczna dziewczynka i go przyjęła. Ojca oślepił blask Citronelli (w przyszłym roku znów planuje kandydować), Matka bezkrytycznie wierzy Ojcu, a Lance wyprosił sobie niezawracanie mu głowy podobnymi głupstwami. Nie wiedziałam, co począć, i kiedy Ojciec zażądał wyjaśnień, spanikowałam i popełniłam fatalny błąd: powiedziałam, że nigdy nie umiałabym darzyć szacunkiem mężczyzny, który nie zarabia na życie. Ledwie skończyłam zdanie, a już żałowałam, że nie da się tych słów cofnąć. Twarz ojca zabarwiła się głęboką purpurą - sądziłam, że dostanie apopleksji - i dało się go chyba słyszeć na Wzgórzu Kapitolu. Ględził i ględził o ludziach chowanych pod kloszem, o chodzącej definicji nieróbstwa, o darmozjadach, którzy przynoszą własnym rodzicom wyłącznie udrękę i wstyd. A dopiero się rozkręcał. Gdy już uchwycił właściwy rytm, dołączył komunały o staniu na własnych nogach, gazeciarzach brnących w kopnym śniegu, Abrahamie Lincolnie, o "Daj pan parę groszy", Oklahomie i robotnikach sezonowych w zakładach Forda model T, aż w końcu straciłam głowę i krzyknęłam, że podejmę pracę i stanę się niezależną kobietą, a Ojcu pójdzie w pięty.

Och, potem było jeszcze gorzej. Ojciec wypadł z domu jak burza, a ja uznałam, że jeśli się na trochę przyczaję, to on o wszystkim zapomni, jak zawsze do tej pory. Więc jak ta idiotka pojechałam do Nowego Jorku, a kiedy dwa dni później bez pośpiechu weszłam do domu, oczekując czułego rodzicielskiego powitania, Ojciec warknął do mnie: "Masz rozmowę o pracę u Bena o drugiej". Pamiętasz Bena, prawda? Młodszy brat Ojca, prawdopodobnie socjalista, który jest wielką szychą w Federalnym Projekcie dla Pisarzy. Najwyraźniej to, co brałam za zawieszenie broni, Ojciec wykorzystał, by tym lepiej naoliwić muszkiet i zanim się połapałam, siedziałam w biurze Bena i udowadniałam, że nie jestem analfabetką, odczytując fragment gazety jakiejś znudzonej asystentce. Teraz zdaję sobie sprawę, że powinnam była sprawdzian zawalić, ale nie zawaliłam, a jak dobrze wiesz, jestem istnym demonem maszyny do pisania. Zanim popołudnie dobiegło końca, byłam całkiem z siebie zadowolona. Świetnie, myślałam. Ja im pokażę. Zostanę sekretarką Bena. Już to sobie zaczynałam wyobrażać - byłabym jedną z tych dekoracyjnych pracownic biurowych, wiesz, o jakim typie mówię: ubrana w elegancką czarną sukienkę, ze świeżymi białymi organdynowymi mankietami opadającymi wokół idealnie wymanikiurowanych palców, gdy przegląda korespondencję, uosobienie kompetencji. "Nie wiem, co bym bez niej zrobił", mówiłby Ben czule Ojcu, a ten równie czule odpowiadałby: "Jak w ogóle mogłem kiedyś pomyśleć, że powinna wyjść za mąż za tego parszywego kundla, Nelsona? Miała rację, to ja się myliłem".

Resztę już znasz. Rose, nie miałam wyjścia. Musiałam przyjąć tę posadę. Ojciec naprawdę odciął mi finansowanie, a Kryzys trwa. O pracę jest trudno, a ja mam przy duszy dokładnie dwadzieścia sześć dolarów. Co miałam począć? Matka mówi, że do Gwiazdki mu przejdzie, ale to jeszcze kilka długich miesięcy. Nie wiem, jak ja to zniosę - snuć się po Macedonii, w Wirginii Zachodniej, pod palącym słońcem, spisując reminiscencje tłumu starych, bezzębnych prowincjuszy. Już to słyszę: "Jakoś tak w dziewięćdziesiątym piątym czy szóstym krowa nam padła na robaki i przez dziesięć latek nie mielim ani na spróbowanie mięsa, a wszystkie dzieciska zrobili się rachityczne...". Pojęcia nie mam, po co rząd federalny chce dokumentować dzieje tych ludzi, naprawdę pojęcia nie mam.

A najgorsze ze wszystkiego jest to, że Ojciec nadal się wścieka, więc będę się faktycznie utrzymywała ze swojego wynagrodzenia, co znaczy, że muszę mieszkać kątem w jakiejś klitce w domu należącym do "pewnej szacownej rodziny z Macedonii". Ten dom i "szacowna" rodzina są zapewne oblepieni węglowym pyłem, a ja chyba umrę z głodu albo wszy w parę tygodni. Możesz odczytać ten list na moim pogrzebie - będę zza grobu obserwować, jak Ojciec się wije, co znaczy, jak mniemam, że trafię do piekła. Po Macedonii będę się tam czuła jak w domu.

I jeszcze jeden ostatni drobiazg, o którym Ci nie powiedziałam: z Charlesem wszystko skończone. Proszę, nie wysyłaj mi pocieszającego listu. Nie zniosłabym tego.

Ucałowania

Layla

PS W ferworze tej pierwszej awantury Ojciec nazwał mnie "wrzodem na zdrowej tkance społeczeństwa". Słyszałaś kiedyś coś równie niesprawiedliwego? Przez całą wiosnę obrębiałam myjki dla potrzebujących i czytałam podnoszącą na duchu literaturę Weteranom Konfederacji w każdy ostatni czwartek miesiąca. Jakim cudem miałabym być wrzodem?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Podziękowania

Podczas długiego procesu pisania tej książki przekonałam się, że potrzebuję wnikliwej wiedzy - a choćby powierzchownej znajomości - na temat szerokiego wachlarza zjawisk typowych dla lat trzydziestych dwudziestego wieku: produktów, maszyn, rozrywek, zdarzeń i ludzi. Poszukiwanie autentyczności jest zadaniem zarówno nieustannie się wymykającym, jak i nieustannie fascynującym, i chociaż niejednokrotnie musiałam hamować własną żarłoczną ciekawość, ażeby praca mogła posuwać się naprzód, zbieranie danych stanowiło jedną z niezmąconych przyjemności związanych z procesem tworzenia. Nie ma dreszczu przyjemniejszego niż ten, który towarzyszy odszukaniu nazwiska producenta najlepszej marki wirówek do śmietany w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym. Pełen spis moich źródeł zająłby z pięćdziesiąt stron, ale chciałabym tu spłacić choć kilka większych długów.

Jak niemal każdy autor piszący o Federalnym Projekcie dla Pisarzy, opierałam się na The Dream and the Deal, żywej historii tego niebywałego programu, spisanej przez Jerre'a Mangione'a. Nieco poważniejsza w tonie Federal Administration and the Arts autorstwa Williama F. McDonalda okazała się równie cenna. Co do szczegółów związanych z Wirginią Zachodnią, pomocnych informacji na temat oporu stawianego Rooseveltowi i Nowemu Ładowi przez ten stan dostarczyła mi An Appalachian New Deal: West Virginia in the Great Depression Jerry'ego Bruce'a Thomasa, podobnie jak artykuł The Nearly Perfect State doktora Thomasa podsunął bardzo przydatne wprowadzenie do tematu politycznych kontrowersji otaczających stanowy przewodnik dla Wirginii Zachodniej Federalnego Projektu dla Pisarzy.

"Historia Macedonii" jest oczywiście publikacją fikcyjną, ale została oparta na prawdziwej książce z tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku zatytułowanej Historic Romney i stworzonej w ramach Federalnego Projektu dla Pisarzy na zamówienie rady miejskiej Romney w Wirginii Zachodniej. Wykorzystałam także West Virginia: A Guide to the Mountain State, stanowy przewodnik Projektu, jako model, ale również źródło informacji. Powiat Berkeley na wschodnim skraju Wirginii Zachodniej stanowi siedzibę znakomitego towarzystwa historycznego o profesjonalnym poziomie. Miałam szczęście odwiedzić jego archiwa na wczesnym etapie pracy i kilka z posiadanych przez nich publikacji stało się dla mnie kluczowymi źródłami, zwłaszcza A Martinsburg Picture Book, stanowiąca zarówno świetne źródło materiału, jak i pożywkę dla wyobraźni.

Podczas badań nad Works Progress Administration oraz Federalnym Projektem dla Pisarzy wszystkie drogi wiodły do Biblioteki Kongresu, która dysponuje zdecydowanie największym zbiorem oryginalnych dokumentów i zapisków z tych programów. Większość badaczy najbardziej w tym archiwum interesują materiały związane z autorami o znanych nazwiskach, którzy dla Projektu pracowali, natomiast ja szukałam korespondencji administracyjnej. Regulaminów i instrukcji, które trudniej jest znaleźć. Jestem wdzięczna mojej siostrze, Sally Barrows, która mi te materiały udostępniła, za detektywistyczne kwerendy - oraz zamawianie fotokopii!

Niemal cała pozostała praca przy zbieraniu danych odbyła się w bibliotece uniwersyteckiej Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i codziennie czuję wdzięczność, że mieści się tak blisko. Historia stosunków pracy w przemyśle włókienniczym Południa w latach trzydziestych dwudziestego wieku, katalog Searsa z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego, reklamy szkół dla dorastających dziewcząt z Wirginii Zachodniej z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego, śpiewniki z czasów pierwszej wojny światowej, menu restauracyjne z tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku, dokumentacje techniczne sejfów produkowanych w Stanach Zjednoczonych w roku tysiąc dziewięćset dziewiętnastym, egzemplarze "Life'a", publikacje Federalnego Projektu dla Pisarzy o niewyobrażalnej wadze - to tylko niektóre ze skarbów, jakich potrzebowałam - i je znalazłam - w tym uczelnianym księgozbiorze.

Oczywiście moja powieść nie opiera się jedynie na faktach. Właściwie w ogóle się na nich nie opiera. Fikcja stanowiła o wiele trudniejszy składnik tej konstrukcji i winna jestem ogromne podziękowanie redaktorom w Random House za ich wkład w tworzenie tej książki. Susan Kamil, pierwsza i najbardziej zagorzała zwolenniczka mojej pracy, dała radę przeczytać moje okropne wczesne szkice i pracowała długo i wytrwale, pomagając mi wydobyć na światło dzienne historię, którą usiłowałam opowiedzieć. Kara Cesare okazała się nieoceniona w swojej sztuce podczas późniejszych etapów tej podróży i jestem jej bardzo wdzięczna za uwagę, zrozumienie i życzliwość, z jaką odnosiła się do całego projektu. Pozytywna opinia Dany Isaacson nadeszła w ważnym momencie i miała naprawdę duże znaczenie.

W trakcie tego długiego i zawiłego procesu moja agentka, Liza Dawson, wykazywała prawdziwe macedońskie cnoty niezłomności i uporu, za co jestem jej głęboko i trwale wdzięczna. Ta książka nigdy by nie powstała, gdyby nie jej wysiłki.

Chciałabym wyrazić wdzięczność moim najbliższym, najpierw mojej matce, Cynthii Barrows, znakomitej opowiadaczce rodzinnych historii, głównemu autorytetowi we wszelkich sprawach związanych z Wirginią Zachodnią, niestrudzenie udzielającej mi odpowiedzi na pytania o dialekt. Dziękuję mojemu ojcu, Johnowi Barrowsowi, za jego wkład historyczny i za to, że zechciał sprawdzać mój tekst. Kilka osób czytało rękopis na różnych jego etapach: mam dług wdzięczności wobec Alicii Malet Klein, która przeczytała go aż dwa razy, a także Margo Hackett, której podobało się to, co i mnie, co w efekcie pozwalało mi poczuć się w mniejszym stopniu osobą szaloną. Dziękuję również Lisie McGuiness i Tomowi Kleinowi za ich życzliwe uwagi.

Najbliższy mi człowiek jest także moim najlepszym czytelnikiem, to Jeffrey Goldstein. Przeczytał każde słowo każdej wersji tej książki, a mimo to udało mu się zachować zainteresowanie jej postaciami, ich integralnością i przeznaczeniem. Od samego początku do samego końca zawsze rozumiał, do czego zmierzam i zawsze podobało mu się to, co czytał. Gdy wszyscy inni, nie wykluczając mnie samej, chcieli już cisnąć maszynopis ze szczytu urwiska, on w niego wierzył. Wdzięczność to za małe słowo, ale on, jak zwykle, będzie wiedział, co chcę wyrazić.