Opowiem ci o wolności - Wacław Holewiński

Kup ebooka

24.00 zł
18.48 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czy ją znałam? Dobre pytanie. Spotkałam. W przelocie. Była dzielna. Inna niż ja. Ale każda tam była inna. Odsiedziała tyle co ja. Wyszłyśmy w tym samym czasie...

WALA

1.

Najpierw był palec na jego ustach. Dopiero potem twarz. Jerzyk był większy ode mnie. Bo i dwa lata starszy. Miał osiem lat.

- Chodź - złapał mnie za rękę. - Ale cicho. Cicho!

Podniosłam się z podłogi trochę wbrew własnej woli. Często mi dokuczał. Chyba nawet zrobiłam płaczliwą minę.

- Głupia - syknął. - Czego ryczysz?

Ciągnął mnie przez korytarz, potem przez pokój w amfiladzie. Nacisnął klamkę, delikatnie uchylił drzwi do sypialni. Babka klęczała przed Matką Boską. Przez chwilę musiałam się wsłuchać, aby zrozumieć jej szept.

Vater unser, Der Du bist im Himmel, Geheiligt werde Dein Name, Dein Reich komme, Dein Wille geschehe, Wie im Himmel So auch auf Erden.

Wydała mi się strasznie stara, pewnie przekroczyła sześćdziesiątkę. Patrzyłam na jej siwe, spadające na czoło kosmyki włosów.

- Modli się. Po niemiecku! - Jerzyk to "po niemiecku" mruknął z jakimś szczególnym naciskiem.

Niczego nie rozumiałam.

- Po niemiecku? Dlaczego?

Roześmiał się, ale tak, aby babka nie usłyszała. Być może nie znał odpowiedzi na tak postawione pytanie. Wzruszył ramionami.

- Skąd mogę wiedzieć.

W mojej sześcioletniej głowie ulągł się nieprawdopodobny pomysł.

- Może ona jest Niemką? - zapytałam.

- Jak ona, to i ty.

- Ja? Niemką?

Musiał zobaczyć w moich oczach łzy. Ale zamiast się rozryczeć, znów spojrzałam na babkę.

Unser tägliches Brot gib uns heute, Und vergib uns unsere Schuld, Wie auch wir Vergeben unser'n Schuldigern, Und führe uns nicht in Versuchung, Sondern erlöse uns von dem Bösen, Denn Dein ist das Reich Und die Kraft und die Herrlichkeit In Ewigkeit.

Nic nie rozumiałam z jej modlitwy. Jednak było coś fascynującego w tych obcych słowach. W tym führe, erlöse czy Herrlichkeit.

Jak to się stało, że nie usłyszeliśmy, jak do pokoju wszedł ojciec? W każdym razie patrzył na nas ze zdziwieniem. Był wysoki, bardzo wysoki. I taki elegancki w tym swoim dwurzędowym garniturze. Uśmiechnął się do nas.

- A wy, szkraby, czego tu szukacie?

Trzeba było szybko znaleźć odpowiedź. Przelatywały mi przez głowę różne pomysły.

- A Jerzyk mówi, że my Niemce - wypaliłam z głupia frant.

Ojciec popatrzył na braciszka i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że to nie było zbyt dobre tłumaczenie.

- Niemcy? Dlaczego? - Ojciec odruchowo sprawdził, czy krawat mu się nie rozluźnił.

- Babcia... Ona po niemiecku - jakoś musiałam wytłumaczyć swój donos.

Ojciec zaczął się pukać w czoło. Potem wybuchnął śmiechem.

- To niezbyt grzecznie podsłuchiwać innych przy modlitwie. - Przykląkł przed nami. - Babcia przyjechała z Niemiec, to prawda. - Widziałam, jak stara się dobrać odpowiednie słowa. - Ale... Trudno mi to wam wytłumaczyć. W każ dym razie, nawet jeśli babcia... wy nie jesteście Niemcy. Może nawet wy właśnie bardziej jesteście Polakami niż inni? I chciałbym, abyście oboje to zapamiętali. Bardziej niż inni - powtórzył. - I większy spada na was obowiązek.

Ojciec przygarnął nas do siebie. Pachniał lawendą, uwielbiałam ten zapach.

- I nie będziemy się modlić po niemiecku?

- A po niemiecku to gorzej? - Ojciec roześmiał się, a mnie znów zebrało się na płacz. - Dziecko moje... A gdzieżby po niemiecku. To twój kraj. Jakaś twoja koleżanka, tu, w Mińsku Mazowieckim, czy gdziekolwiek, modli się po niemiecku?

Pokręciłam głową. Tak naprawdę skąd mogłam wiedzieć. Przecież i Tereska, i Hania mogły się modlić do niemieckiego Boga. Kto wie?

Ojciec wstał, pogłaskał nas po głowach.

- Idźcie się bawić.

Jerzyk nie czekał na mnie. Pobiegł, ja za nim, dogoniłam go na podwórku, złapałam za rękę.

- Bzdun. Sam żeś Niemiec! - krzyknęłam.

Szarpnął się, wyrwał dłoń z mojej.

- Słyszałaś tatkę. My jesteśmy bardziej niż inni...

Ciągle nie mogłam poukładać tej szarady.

- A babka?

- Pewnie musi się jeszcze uczyć, jak być Polką. Nie to, co my.

Podbiegł do nas Bolek, syn brygadzisty z fabryki. Pokazał na gołębie. Krążyły nad nami. Leończuk gwizdem przywoływał je i odganiał, przywoływał i odganiał. Nie mogłam zbyt długo patrzeć w niebo. Słońce raziło coraz mocniej.

Bolo z Jerzykiem zaczęli się przekrzykiwać, a mnie wciąż w głowie kołatało to führe, erlöse, führe i erlöse.

Wróciłam do mieszkania, do kuchni. Jadzia gniotła ciasto na kluski.

- A ty, kruszyno, co? Nudzisz się?

Stanęłam obok niej, pociągnęłam za spódnicę. Kobieta była gruba, miała duże dłonie. Wytarła je w fartuch. Wzięła mnie pod ramiona i posadziła na stole. Dała mi do ręki ciasto. Zaczęłam ugniatać jak ona. Śmiała się.

Była z nami od urodzenia. Młodsza od babki, ale starsza od mamy. Pamiętam, jak nas kąpała, wycierała szorstkim ręcznikiem, brała na ręce i wciskała w zimną pościel.

- Jadzia wie, gdzie są Niemce? - zapytałam.

Zbliżyła twarz do mojej twarzy. Miała wielkie, trochę skośne, niebieskie oczy.

- Niemce? A po co one panience? - Nie doczekawszy odpowiedzi, machnęła lekceważąco ręką. - Daleko. Bardzo daleko.