Ostatni telefon
Wojtkowi Bellonowi
1
Miał przed sobą dwadzieścia trzy minuty marszu. Doskonale wiedział, ile
czasu zajmuje mu pokonanie drogi z domu do studia. Gdy wymagała tego
sytuacja, był perfekcjonistą, który nie pozwalał sobie na niedoróbki,
więc prawie trzy lata wcześniej, już w pierwszym tygodniu pracy,
kilkakrotnie zmierzył czas, aby niepotrzebnie się nie denerwować, czy
zdąży podbić kartę na portierni.
Szedł, uważnie patrząc pod nogi. Topniejący śnieg tworzył na chodniku
błotniste, brunatne kałuże. Andrzej nie miał zamiaru spędzić ostatniego
dnia przed urlopem w przemoczonych butach, dlatego każdy krok stawiał
bardzo ostrożnie. Gdy dotarł do przejścia, spojrzał na zegarek. Miał pół
minuty spóźnienia. Na dodatek akurat zapaliło się czerwone światło.
Wiedział już, że resztę drogi będzie musiał przebyć trochę szybciej.
Martwił się o swoje, kupione tydzień wcześniej za czterysta złotych,
zamszowe trzewiki -?nawiasem mówiąc, najnowszy krzyk warszawskiej mody -
lecz uznał, że najważniejsze jest to, aby być w redakcji na czas.
Jego kariera w radiu przypominała amerykański sen. Jeszcze dwa lata
wcześniej biegał po mieście z dyktafonem i tłoczył się wraz z innymi
dziennikarzami w korytarzach magistratu w oczekiwaniu na wypowiedzi
miejscowych polityków, które mogłyby później pójść w lokalnych
wiadomościach. Teraz prowadził audycję na żywo w ogólnopolskiej stacji.
Rozmawiał podczas niej ze słuchaczami wylewającymi na antenie swoje żale
lub -?zdecydowanie rzadziej -?dzielącymi się jakąś rozsądną opinią na
zadany temat. Przeważnie programy dotyczyły wydarzeń politycznych,
jednak zdarzały się też audycje tematyczne. Tak jak tego dnia.
Do niedawna bardzo skrupulatnie się przygotowywał, robiąc spis
kontrowersyjnych sądów, które cytował później w trakcie programu, lub
przynajmniej drukował na kartce coś w rodzaju zestawu pytań do
słuchaczy. Teraz już nie musiał. Kredyt zaufania, jaki dawał mu
dyrektor, był tak wielki, że Andrzej nie obawiał się już drobnych
wpadek. O takie rzeczy musieli się teraz martwić inni.
Uśmiechnął się pod nosem i energicznie wkroczył na przejście. Nie
wiedział, czyj to był pomysł, aby poświęcić audycję depresji. Domyślał
się, że to najprawdopodobniej sprawka tej starej pindy, Marczewskiej,
której dyrektor radził się czasem w sprawach programowych.
Idiotka, jakich mało, ale z zaskakująco dużym wpływem na starego.
Trudno, niech będzie depresja. Byle tylko ten dzień szybko się skończył,
myślał, przyspieszając kroku.
Gdy zbliżał się do siedziby radia, powiódł wzrokiem wokół. Ciężkie
ciemnoszare chmury spowijały niebo. Nagie korony drzew straszyły
bezlistnymi konarami, które konwulsyjnie podrygiwały w podmuchach
porywistego wiatru. Andrzej uznał, że dwudziesty trzeci lutego idealnie
nadaje się na dzień walki z depresją.
Wchodząc po schodach, miał lekką zadyszkę. Po raz ostatni spojrzał na
tarczę zegarka. Szedł tak szybko, że miał jeszcze ponad minutę zapasu.
Energicznie pchnął drzwi wejściowe i po chwili znalazł się w ciepłym,
przytulnym wnętrzu.
2
Przed wejściem do studia zaparzył aromatyczną kawę w wielkim czarnym
kubku, jak zwykle. Wyjął z lodówki mleko, dolał je do gorącego płynu i ruszył korytarzem w kierunku reżyserki. W połowie drogi przypomniał
sobie, że w teczce zostawił zebrane naprędce materiały na temat
depresji, których nie chciało mu się przeglądać w domu. Miał nadzieję,
że trochę poczyta w trakcie audycji; piosenki puszczane przez
realizatora pomiędzy wejściami antenowymi dawały taką możliwość, lecz
teraz było już za późno, aby wrócić. Za dwie minuty miał się zacząć
serwis informacyjny, podczas którego Andrzej zawsze już siedział w studiu.
Trzeba będzie improwizować, pomyślał. Ale może jakoś z tego wybrnę.
Przywitał się z kolegami czekającymi na niego w reżyserce, po czym
wszedł do wytłumionego pomieszczenia, przepuszczając przed sobą Karola,
który miał za chwilę zacząć odczytywać wiadomości.
Nie potrafił się skupić na serwisie. W zakamarkach pamięci starał się
odszukać choćby najdrobniejszy ślad wiedzy o depresji. Oprócz
powszechnie znanych faktów przypomniał sobie, że jest ona uważana za
chorobę, którą należy leczyć. Niewiele, ale zawsze coś.
Podczas przerwy reklamowej Karol opuścił studio. Po dżinglu
rozpoczynającym audycję z głośników w tysiącach domów popłynął
charakterystyczny, ciepły głos Andrzeja:
-?Witam państwa. Jest mi niezwykle miło, że możemy się spotkać w ten
chłodny lutowy poranek. Tematem dzisiejszej audycji będzie depresja.
Chciałbym, abyśmy porozmawiali o tej chorobie. -?Ostatni wyraz został
wyraźnie zaakcentowany. -?Na pewno wśród słuchaczy są osoby, które
spotkały się z nią w codziennym życiu. Liczę, że telefony od państwa
pozwolą nam bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Szczególnie zachęcam do
zabierania głosu tych, którzy z depresją już sobie poradzili. Jak ją
rozpoznać, jak leczyć, co wam pomogło...
Rutynowo wyrecytował numer telefonu. Realizator pogłośnił piosenkę,
która do tej pory stanowiła tło dla wypowiedzi prowadzącego. Andrzej
odetchnął. Początek był przyzwoity, więc zapewne znów uda mu się spaść
na cztery łapy. A potem już tylko pakowanie i następnego dnia wyjazd z Martą do Austrii na narty.
Postanowił, że wrócą stamtąd jako narzeczeni. Wiedział, jak bardzo Marta
pragnie, aby wreszcie się jej oświadczył. I oto nadchodził ten moment, a gustowny pierścionek z brylantem czekał spokojnie w bocznej kieszeni
jednej z walizek. Tylko jak to zrobić? Może w jakiejś przytulnej
restauracji, a może na stoku, pośród...
-?Co jest z tobą, do cholery?! -?W słuchawkach zazgrzytał
zniecierpliwiony głos realizatora. -?Masz słuchaczkę na linii...
Andrzej gwałtownie wyprostował się w fotelu i podniesionym kciukiem dał
znak przez szybę, że jest gotów.
-?Dzień dobry panu. Mam na imię Anna. Bardzo się cieszę, że po raz
pierwszy się dodzwoniłam i mogę z panem porozmawiać. -?Głos wskazywał na
to, że rozmówczynią Andrzeja jest młoda kobieta. -?Słucham tej audycji
od samego początku i bardzo lubię, gdy...
-?Witam, pani Anno -?przerwał jej bezceremonialnie. -?Dziękuję za miłe
słowa, ale zdaje się, że mieliśmy rozmawiać o depresji. -?Nie chciał,
aby w jego słowach zabrzmiała niecierpliwość, jednak cisza, która
zapanowała w eterze, świadczyła o tym, że zareagował zbyt gwałtownie. -
Pani Aniu?
Odpowiedział mu odgłos odkładanej słuchawki, po którym rozległ się
przerywany sygnał.
-?No cóż, coś nas rozłączyło, ale mam nadzieję, że uda się pani jeszcze
raz do nas dodzwonić. A tymczasem mamy na antenie kolejnego słuchacza. -
Starał się mówić jak najbardziej naturalnie, lecz wiedział, że nie jest
w stanie opanować lekkiego drżenia głosu spowodowanego mimowolnym
skurczem krtani. Po raz pierwszy coś takiego przydarzyło mu się w trakcie prowadzonej audycji.
Kiedy starszy mężczyzna opowiadał o tym, jak wiele lat temu udało mu się
z trudem wyjść z choroby, Andrzej głęboko oddychał, a gdy skończyli
rozmowę, już bez najmniejszych oznak zdenerwowania zapowiedział kolejną
piosenkę.
3
Była to jedna z nudniejszych audycji, jaką przyszło mu prowadzić, a jego
niesmak pogłębiał się po każdym kolejnym telefonie. Cóż jest
interesującego w tym, że ktoś ma doła i w dodatku dorabia do tego jakąś
ideologię? Do roboty by się wzięli i depresja od razu by minęła, myślał.
W dodatku na takich naiwniakach żerują koncerny farmaceutyczne,
wciskając im jakieś specyfiki, za które trzeba słono płacić. Bandy
lekarzy utrzymują się z wmawiania ludziom, że problem jest poważny, a kozetki w gabinetach psychologów aż stękają pod ciężarem kolejnych
nieudaczników.
Andrzej zawsze się starał, aby jego prywatne poglądy nie wpływały na
atmosferę prowadzonych ze słuchaczami rozmów. W dyskusjach politycznych
do perfekcji opanował sztukę chłodnego, niezabarwionego kolorami
partyjnymi komentarza. Tego dnia było inaczej. Kilka razy w eter
popłynęła jakaś ironiczna uwaga, parę półsłówek sugerujących, że jeśli
ktoś ma problem, to powinien sobie z nim radzić sam, a nie trąbić o nim
na całą Polskę.
Gdy do końca audycji zostało pięć minut, Andrzej dziękował Bogu, że
przed nim już tylko jedno wejście antenowe, ostatni telefon od
słuchacza, i wreszcie urlop. Powoli zaczął składać kartki, zapełnione
notatkami sporządzonymi podczas programu. W jego przekonaniu
najważniejsze były te zawierające listę zakupów, które zrobi, wracając
do domu.
-?Dzień dobry, panie redaktorze -?rozległ się głos w słuchawkach.
-?Witam. Jak ma pani na imię?
-?Mam na imię Anna. Rozmawialiśmy już podczas tej audycji. -?Spokojny,
ledwie słyszalny głos kobiety brzmiał zupełnie inaczej niż ten, który
pamiętał.
-?A tak, rzeczywiście. Coś nas rozłączyło...
-?Nie -?ucięła dość ostro. -?Po prostu odłożyłam słuchawkę.
Po chwili milczenia kobieta odezwała się ponownie. Głos na linii znów
był spokojny. Zaskakująco spokojny.
-?Bardzo się na panu zawiodłam. Pańska audycja była jedną z rzeczy,
które trzymają mnie przy życiu. Codziennie na nią czekałam. Pański głos
jakoś tak... pomagał funkcjonować... A dziś... dziś się dowiedziałam, jaki pan
jest naprawdę... -?Głos kobiety zaczął się łamać, oddech był coraz
bardziej urywany. -?I dlatego... Wie pan co? Ja już nie chcę żyć...
-?Pani Aniu, proszę się uspokoić. Jeśli panią uraziłem, to bardzo
przepraszam. Naprawdę ogromnie mi przykro. Ale to wszystko przecież nie
jest takie istotne...
-?A skąd pan, do jasnej cholery, może wiedzieć, co dla mnie jest
istotne?! -?Kobieta znów podniosła głos. -?Nie ma pan o tym zielonego
pojęcia! -?W słuchawkach było wyraźnie słychać jej świszczący oddech.
-?Pani Anno... Pani Aniu, proszę się uspokoić...
-?Albo wie pan co? -?Powiedziała to tak, jak gdyby w ogóle go nie
słyszała. -?Ma pan rację. Rzeczywiście, to wszystko nie jest istotne. -
W tym momencie zaczęła się histerycznie śmiać. -?Tak, tak, to
nieistotne. Całkowicie nieistotne... -?Opętańczy chichot, zwielokrotniony
przez zbyt głośno ustawione radio w domu słuchaczki, rozbrzmiewał w całej Polsce.
Andrzej zaczął dawać znaki realizatorowi, aby przerwał audycję, ten
jednak siedział jak sparaliżowany, wpatrując się przed siebie. Wreszcie
oprzytomniał i sięgnął do konsolety. W słuchawkach dało się słyszeć
jakiś rumor, a śmiech został nagle zdławiony i zastąpiony wyraźnymi
odgłosami szamotaniny. Realizator pomylił suwak i zamiast zgłośnić
muzykę, sprawił, że cisza, która nastała po całym zdarzeniu, zdawała się
jeszcze bardziej natarczywa. Tysiące ludzi wsłuchiwało się w nią,
patrząc na radioodbiorniki. Niepokój nie minął nawet wtedy, gdy z głośników popłynęła łagodna muzyka Stinga.
4
-?Bardzo pięknie, panie Stolarczyk. -?Marczewska powoli sączyła słowa,
wlepiając w Andrzeja jadowite spojrzenie. -?Naprawdę doskonała robota.
Na pana miejscu modliłabym się, żeby to był tylko jakiś głupi dowcip, bo
jeśli ta kobieta rzeczywiście coś sobie zrobiła...
-?Pani Halino... -?przerwał jej Słowiński, a oczy zgromadzonych w sali
narad redaktorów przeniosły się na jego twarz. -?Proszę, dajmy spokój
złośliwościom. Dla nas wszystkich jest to trudna sytuacja. Od
zakończenia audycji linia jest rozgrzana do czerwoności. Dzwonili już z gazet, z innych stacji, odbieramy mnóstwo telefonów od słuchaczy.
Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to wewnętrzne spory.
Andrzej ze zdumieniem spojrzał na starego. Do tej pory nigdy nie
reagował na ataki Marczewskiej, nawet znacznie ostrzejsze. Wyglądało
więc na to, że sytuacja naprawdę jest poważna.
-?Przekazaliśmy już policji numer telefonu -?ciągnął naczelny. -?To
komórka, miejmy nadzieję, że zarejestrowana na właściciela, a nie
kupiona gdzieś na stadionie. Poprosiłem państwa o to spotkanie, aby nie
było wątpliwości: do czasu wyjaśnienia sprawy żadnych komentarzy,
żadnych informacji. Nikomu, nawet najbliższym. Pracujemy tak, jak gdyby
nic się nie stało, i czekamy na wieści z komendy. Gdy nadejdą, będziemy
reagować na bieżąco. Czy to jest jasne?
Pytanie było retoryczne, jednak większość z obecnych odruchowo skinęła
głowami.
-?Jeszcze jedno... -?Słowiński popatrzył na Andrzeja. -?Słyszałem program
od początku do końca i nie życzę sobie żadnych dyskusji na jego temat.
Audycja była prowadzona profesjonalnie i cokolwiek się stało, redaktor
Stolarczyk nie ponosi za to odpowiedzialności. Różni ludzie dzwonią do
programów emitowanych na żywo i różnie reagują. Nie możemy dopuścić do
tego, aby dziwaczne zachowania naszych słuchaczy kładły się cieniem na
naszej pracy.
Andrzej patrzył na szefa, lecz kątem oka dostrzegł, jak Marczewska z dezaprobatą kręci głową.
-?Rozumiemy się? -?Pytanie zostało skierowane do wszystkich, lecz
naczelny przeniósł wzrok na swoją zastępczynię i nikt nie miał
wątpliwości, komu tak naprawdę zostało zadane.
Kobieta zacisnęła usta i spuściła wzrok.
-?Jeżeli nie ma pytań, to dziękuję państwu. Proszę wracać do pracy, a panu Andrzejowi życzę udanego urlopu.
5
-?Cześć, kochanie.
-?Andrzejku, nareszcie! Kilka razy próbowałam się do ciebie dodzwonić.
Słyszałam audycję...
-?Marta, posłuchaj... Kiepsko się czuję po tym wszystkim. Pomyślałem, że
może odłożymy wyjazd. Powiedzmy do niedzieli. Nie wiem jeszcze, co się
stało, będę czekał na telefon z redakcji. Ale nawet jeśli to tylko jakiś
koszmarny żart, to i tak nie mam w tej chwili głowy do pakowania się.
Zresztą muszę jeszcze zrobić przegląd auta, a dziś już nie zdążę.
-?No pewnie. Rozumiem. Wpadnę wieczorem...
-?Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. Wolałbym dzisiaj być sam i wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Nie gniewasz się?
Odpowiedź padła dopiero po chwili:
-?Nie, oczywiście, że nie... Skoro uważasz, że tak będzie lepiej...
-?Na pewno. Dla nas obojga. Trzymaj się, jutro zadzwonię.
Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni. Dochodził akurat do
delikatesów. Przystanął, pomyślał przez chwilę, po czym pchnął drzwi
wejściowe.
Zanim wyszedł z pracy, długo rozmawiał z dźwiękowcem, który kilkanaście
razy odsłuchał końcówkę audycji. Jego opinia była jednoznaczna -?gdyby
nie fakt, że nie było słychać, jak telefon spada, dałby sobie rękę
uciąć, że kobieta popełniła na antenie samobójstwo. Odgłos przewracanego
taboretu lub krzesła, a pośród dźwięków szamotaniny słabo słyszalne
dźwięki zadławienia, przechodzące w rzężenie, nie pozostawiałyby
złudzeń. Ale trudno przypuszczać, że osoba, która targnęła się na własne
życie, zakończyła je, wciąż trzymając telefon komórkowy w dłoni. Było to
pocieszające, lecz niewystarczająco. Podchodząc do lady, Andrzej
wiedział, czego mu potrzeba.
-?Poproszę jacka daniel'sa i dwie paczki czerwonych marlboro.
6
Był mniej więcej w połowie butelki i zapalał kolejnego papierosa, gdy
zadzwonił telefon.
-?Witam. -?Głos naczelnego brzmiał jakoś nienaturalnie. -?Może pan
rozmawiać?
-?Oczywiście. Są jakieś nowe informacje?
-?Przykro mi, ale tak. Sprawdziły się nasze najgorsze przypuszczenia...
Andrzej z trudem przełknął ślinę i spojrzał łapczywie na stojącą obok
szklaneczkę napełnioną whiskey.
-?Czy to znaczy, że...?
-?Tak, ta kobieta naprawdę to zrobiła. Znaleziono ją w Busku, w Świętokrzyskiem, jakieś pół godziny temu. Telefon miała w kieszeni
koszuli, a w uszach słuchawki z mikrofonem wbudowanym w kablu. Dlatego
nie słyszeliśmy upadającej komórki. -?Ponieważ szef nie doczekał się
żadnej odpowiedzi, po chwili dodał: -?Czy mogę panu jakoś pomóc?
-?Nie, dziękuję, poradzę sobie. -?Andrzej nie wytrzymał i jednym haustem
opróżnił szklankę. -?Czy wiadomo, kim ona jest... była?
-?Nie wiem nic poza tym, co panu przekazałem. Jeszcze raz powtarzam:
nikt normalny nie wini pana za to zdarzenie. Ale... -?Naczelny zawiesił
głos. -?...ale to dobrze, że wyjeżdża pan za granicę na urlop. Jutro w mediach z pewnością rozpęta się piekło.
-?Tak, dziękuję panu.
-?Do widzenia. I proszę się nie przejmować.
-?Dobrze. Do widzenia.
Pół godziny później, kompletnie pijany, leżał w ubraniu na łóżku i usiłował skupić wzrok na świetle latarni, które padało na sufit. "Proszę
się nie przejmować" -?przypomniał sobie ostatnie zdanie starego.
Chyba mu całkiem odbiło, pomyślał i zapadł w głęboki sen.
7
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił następnego dnia, było włączenie komputera.
Kac bardzo go męczył i Andrzej zamierzał za chwilę poszukać czegoś do
picia, lecz najpierw chciał sprawdzić, co na temat całej sprawy piszą
portale internetowe. Informacje od razu rzucały się w oczy. Wszystkie
najbardziej znane strony opisywały całe wydarzenie, jednak -?co z ulgą
wychwycił -?nie przypisywały mu winy.
Dwudziestotrzyletnia Anna cierpiała na ciężką depresję spowodowaną
śmiercią męża i rocznego synka, którzy zginęli w wypadku samochodowym
pół roku wcześniej. W artykułach było kilka wywiadów z psychiatrami,
którzy zgodnie twierdzili, że w takim przypadku impulsem do samobójstwa
może być nawet najbardziej błahy powód.
Już miał wyłączyć komputer, gdy postanowił jeszcze odwiedzić witrynę
znanego wszystkim brukowca. Oniemiał, gdy strona się załadowała.
"Redaktor morderca" -?grzmiał wielki na pół monitora tytuł. Miał się
zabrać do przeczytania artykułu, gdy na dole strony zobaczył zdjęcie.
Natychmiast je kliknął i na środku ekranu pojawiła się ładna twarz
młodej blondynki. "Ania wciąż byłaby wśród nas, gdyby nie telefon do
redaktora Stolarczyka" -?brzmiał podpis. Ale to nie on najbardziej
poruszył Andrzeja, który długo wpatrywał się w fotografię. Był pewien,
że gdzieś już widział tę dziewczynę.
Siedział tak przez dłuższą chwilę, usiłując przypomnieć sobie, w jakich
okolicznościach spotkał Annę -?miał nieodparte wrażenie, że musiało się
to zdarzyć całkiem niedawno. W końcu jednak, po kilku minutach, dał za
wygraną; pragnienie było silniejsze, więc wstał i poszedł poszukać
czegoś w lodówce. Gdy przekroczył próg kuchni, spojrzał na odsunięte od
stołu krzesło i olśnienie przyszło w jednej chwili.
-?Boże przenajświętszy... -?Bezgłośnie poruszał wargami. -?Przecież ona
była tu ostatniej nocy...!
8
-?Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz? -?Gdy Andrzej nie
zareagował, ciągnęła: -?Rozumiem, że to przeżywasz. Wiem, że takie ataki
w mediach mogą zdołować, ale tym bardziej powinniśmy byli pojechać na
narty. Już nie mówię o tym, że zaliczka przepadła... Najgorsze jest to, że
siedząc w mieście, oboje marnujemy urlop, który z takim trudem
dostaliśmy. Pomyśl, kiedy następnym razem będziemy mieli taką okazję,
żeby ze sobą dłużej pobyć? Siedzisz cały czas sam, to cud, że udało mi
się wreszcie namówić cię, żebyś się ze mną zobaczył...
Nie miał ochoty na spotkanie z Martą. Z nią ani z kimkolwiek innym. Od
czterech dni dobrze czuł się tylko we własnym towarzystwie. Nigdzie nie
wychodził, jeśli nie liczyć dwóch wizyt w pobliskim sklepie. Pierwsza z nich zakończyła się ostrymi uwagami sąsiadki z dołu, która zarzuciła mu
brak delikatności w rozmowach ze słuchaczami, tak więc za drugim razem
zrobił zapasy na cały tydzień.
Ataki mediów nie ustawały. Po dwóch dniach od samobójczej śmierci Anny
Marzec wszystkie serwisy informacyjne pełne były wiadomości na jej temat
i na temat dziennikarza, który ją sprowokował. Dopóki Andrzej nie
wyłączył telefonu, ciągle ktoś z mediów dzwonił z prośbą o komentarz.
Gdy na jednym z kanałów wyemitowano obszerny reportaż o całej sprawie,
zupełnie przestał oglądać telewizję. Nie słuchał radia i nie zaglądał do
internetu.
Siedzieli teraz w jego mieszkaniu, a on czuł na sobie niecierpliwy
wzrok.
-?Słuchasz mnie?
Pożałował, że nie przyszło mu do głowy, by wyłączyć także drugi telefon,
którego numer znała tylko Marta i kilka zaprzyjaźnionych osób. Swoją
drogą, ciekawe było to, że żadna z nich nie uznała za stosowne się
odezwać, żeby choć spróbować podnieść go na duchu.
-?Tak, oczywiście.
-?Naprawdę? W takim razie co przed chwilą mówiłam?
Spojrzał na nią, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.
-?Powiedziałam, żebyś przestał się wreszcie nad sobą rozczulać i wziął
się w garść. Przecież nie możesz tutaj tak siedzieć. Za tydzień wracasz
do pracy i co? Do tej pory nie zamierzasz się nawet ogolić? A może mi
powiesz, że przez cały ten czas nie będziemy się spotykać?
-?Wiesz, kochanie, trochę źle się czuję. Może zadzwonię wieczorem, co?
Jakoś się umówimy.
Ale nie zadzwonił. Ani wieczorem, ani przez następne dni. Po południu
sięgnął po komórkę tylko po to, żeby ją wyłączyć.
9
Najgorsze były noce.
Andrzej siedział przy stole i godzinami czytał, aby zająć myśli czymś
innym i by choć trochę odwlec moment położenia się spać. Wypijał przy
tym hektolitry mocnej, czarnej kawy, jednak wystarczało to najwyżej do
trzeciej, może czwartej. Kiedy już nie widział liter, a głowa leciała mu
bezwładnie do przodu, kładł się do łóżka. Nastawiał budzik na szóstą w nadziei, że będzie spał jak kamień i ten sen w końcu mu się nie przyśni.
Jednak każdej nocy wstawał i szedł do kuchni, a ona już tam była.
Siedziała zawsze w tym samym miejscu, górne światło było zapalone, więc
dokładnie widział jej twarz. Anna patrzyła na niego tak, jakby chciała
mu coś powiedzieć, otwierała usta, lecz nie wydobywał się z nich nawet
najcichszy szept, po czym w jej oczach pojawiały się łzy. Patrzyła
jeszcze przez chwilę na Andrzeja, wstawała, mijała go w drzwiach i zostawiała stojącego w progu kuchni.
Pod koniec urlopu zaczął już się do tego przyzwyczajać. Nocny koszmar
dręczył go w dalszym ciągu, liczył jednak na to, że wszystko się
skończy, gdy wróci do pracy i przestanie całej tej sytuacji poświęcać
tyle uwagi.
W sobotę wreszcie umówił się z Martą. Kiedy się spotkali, zapewnił, że
czuje się już dużo lepiej, i mocno ją przytulając, przeprosił za swoje
zachowanie. Nawet gdyby tego nie zrobił, i tak nie potrafiłaby mieć do
niego pretensji. Oceniła, że schudł przez ten czas z pięć kilo, a gdy
patrzyła na jego poszarzałą twarz, żałowała, że nie potrafiła mu pomóc
wtedy, gdy tego potrzebował. Przypomniała sobie swoje słowa o jego
rozczulaniu się nad sobą i poczuła się podle. Tak podle jak chyba nigdy
wcześniej.
Andrzej był zadowolony, że wreszcie zdecydował się na wspólny wieczór,
który spędzili tak, jak gdyby nic nie zaszło. Wszystko zdawało się być
jak dawniej, jednak gdy dziewczyna zaproponowała, że zostanie na noc,
oznajmił, iż nie jest jeszcze na to gotowy. Wtedy Marta pocałowała
Andrzeja i mocno wtuliła się w jego ramiona.
-?Dobrze, kochanie -?powiedziała. -?Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej...
Pamiętaj tylko, że bardzo cię kocham i cały czas jestem z tobą.
Uśmiechnął się.
-?Pamiętam. I ja też cię kocham.
10
Położył się do łóżka wcześniej niż zwykle. Był spokojny i rozluźniony. W pewnej chwili nawet pożałował, że nie ma przy nim Marty, jednak po
zastanowieniu stwierdził, że lepiej, aby najpierw skończyły się jego
koszmary. Nie wiedział, jak by się zachował, jeśli sen by się powtórzył,
a jego dziewczyna leżałaby wtedy obok. Nie chciał niczego zepsuć -?i to
w momencie, w którym wszystko wydawało się iść w lepszą stronę.
Obudził się o wpół do dziesiątej. Tej nocy wreszcie nic mu się nie
śniło, a na dodatek zapomniał nastawić budzik na szóstą. Pomimo że czuł
się wyspany, nie miał zbyt dobrego nastroju. Nie chciało mu się wracać
do pracy, głównie dlatego, że obawiał się, jak zostanie po tym wszystkim
przyjęty. I wcale nie chodziło mu o Marczewską -?niczego nie był pewien
tak bardzo jak jej nastawienia. O wiele bardziej bał się tego, czy
naczelny wciąż jest tego samego zdania co dwa tygodnie wcześniej.
Przecież po tej całej nagonce medialnej wszystko się mogło zmienić.
Po południu poszedł na spacer brzegiem Wisły.
Był drugi tydzień marca. Na niebie nie było ani jednej chmury, słońce
przygrzewało dość mocno jak na tę porę roku, a spomiędzy bezlistnych
jeszcze gałęzi rozbrzmiewało ptasie poruszenie, tak charakterystyczne
dla czasu zapowiadającego eksplozję zieleni. Andrzej usiadł na ławce i patrzył na przepływającą wodę, która niosła ze sobą resztki zabranych
wraz ze śniegiem śmieci, połamanych gałęzi i kawałki lodu. Wreszcie po
tych dwóch koszmarnych tygodniach odzyskiwał spokój. Był przekonany, że
wir pracy, w który zamierzał się rzucić, i ciepłe wiosenne dni wymyją z jego pamięci resztki wspomnień o ostatnich wydarzeniach.
W nocy znów przyśniła mu się Anna, lecz inaczej niż poprzednio.
Siedziała na krześle ustawionym pośrodku kuchni, a jej twarz oświetlało
nie -?tak jak dotąd -?górne światło, lecz jarzeniówka nad zlewem. Gdy
zadzwonił budzik, starał się o tym nie myśleć. Wstał, zarzucił na plecy
polarową bluzę i szybko wyszedł na korytarz. Drzwi do kuchni były
uchylone, a krzesło, które poprzedniego wieczoru dosunął do stołu, stało
na środku pomieszczenia. Było dokładnie widoczne w bladoniebieskim
świetle jarzeniówki.
11
Cały dzień przeleżał w łóżku. Nie roztrząsał, jak to się stało, że
zastał krzesło na środku kuchni. Jedno było pewne -?miał tego
wszystkiego dosyć. Miał dosyć nocnych koszmarów, połączonych z wyrzutami
sumienia za spowodowanie śmierci niewinnej kobiety, a przede wszystkim
miał dosyć swojej pracy. Dziwił się, gdy przypominał sobie długie lata,
w których z takim zapałem pracował od rana do wieczora, nie mając nawet
czasu na zjedzenie kanapki. Teraz cały ten okres wydawał mu się
zmarnowany. Jaki sens ma praca, która może kogoś doprowadzić do
samobójstwa? -?myślał.
Już od kilku dni dręczyło go narastające poczucie winy. Choć początkowo
się przed tym bronił, teraz zaczynał przyznawać rację wszystkim tym,
którzy widzieli w nim głównego winowajcę i sprawcę śmierci młodej
ślicznej dziewczyny. Przecież gdyby lepiej przygotował się do audycji,
gdyby wiedział, jak łatwo w takiej sytuacji popełnić tak niewybaczalny
błąd, to do tego wszystkiego prawdopodobnie by nie doszło.
Postanowił, że następnego dnia złoży wymówienie. Chociaż w ten sposób
chciał symbolicznie przyznać się do winy. Zawahał się przez jedną
chwilę, gdy uświadomił sobie, że nie ma prawie żadnych oszczędności. Do
tej pory żył, nie zastanawiając się, co będzie za kilka lat. Zarabiał
nieźle, ale i potrzeby miał duże, więc z pieniędzy, które co miesiąc
wpływały na jego konto, niewiele zostawało. Ten głos rozsądku został
jednak natychmiast zagłuszony czymś innym, o wiele mocniejszym -?niemal
fizycznym strachem na myśl o kolejnych dniach przed mikrofonem. A co,
gdyby sytuacja sprzed dwóch tygodni się powtórzyła? Nie, nie mógł do
tego dopuścić, nawet gdyby resztę życia miał spędzić na zamiataniu ulic.
A Marta? -?pytał sam siebie w myślach. Może ona jest ze mną tylko
dlatego, że nie chce mnie zostawić samego w takiej chwili? Pewnie i tak
odejdzie, prędzej czy później. Kto by chciał spędzić życie z takim
żałosnym nieudacznikiem...
Przypomniał sobie, jak ostatnio zaproponowała, aby wspólnie spędzili
noc, i pomyślał, że nie ma chyba dla mężczyzny nic bardziej
upokarzającego niż to, że kobieta chce z nim być wyłącznie z litości.
12
-?Nie ma mowy, panie Andrzeju. Nie mogę się na to zgodzić -?stanowczo
stwierdził Słowiński, odkładając na stół podanie o rozwiązanie umowy o pracę. -?Jest pan moim najlepszym redaktorem i proszę mi nie wyjeżdżać z takimi pismami. Jeśli potrzebuje pan wolnego, proszę bardzo. Może pan
wykorzystać cały urlop na ten rok. Mogę się też zgodzić na półroczny, a nawet dłuższy urlop bezpłatny. Wiem, ile pan ostatnio przeszedł, i to
normalne, że potrzebuje pan trochę czasu, żeby z tym wszystkim dojść do
jakiegoś ładu. Ale rezygnacja z pracy nie wchodzi w grę, a już z pewnością nie w tym momencie. Możemy się umówić, że zrobi pan sobie pół
roku wakacji i po powrocie do pracy wrócimy do tej rozmowy.
Stolarczyk ze spuszczoną głową siedział naprzeciw naczelnego. Znów nie
spał prawie przez całą noc i było to doskonale widoczne na jego
nieogolonej twarzy. Koszula, którą miał na sobie, nie była wyprasowana,
ponieważ gdy szykował się do wyjścia, uznał, że wygląd ma znaczenie
wtedy, kiedy ktoś stara się o posadę, a nie w sytuacji odwrotnej, jeśli
zamierza z pracy zrezygnować. Przechodząc korytarzem, widział zdziwione
twarze kolegów, którzy nie przywykli oglądać redaktora Stolarczyka w takim stanie.
Wreszcie się odezwał:
-?Szefie, ale ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym jeszcze kiedykolwiek
usiąść przed mikrofonem...
-?O tym porozmawiamy za pół roku -?przerwał mu Słowiński. -?Nawet jeśli
tak będzie, to na pewno znajdziemy u nas inne zajęcie dla takiego
fachowca. Proszę spokojnie odpoczywać. Podejdziemy teraz do kadrowej... -
mówił, podnosząc się z fotela -?...i szybko załatwimy formalności.
Andrzej również wstał, jednak naczelny wciąż widział w jego oczach
niezdecydowanie.
-?Przecież nic pan nie ryzykuje. Wypowiedzenie zawsze zdąży pan złożyć.
Pół godziny później powolnym krokiem szedł w kierunku domu. To był
pierwszy tak ciepły dzień w tym roku. Mijani ludzie mieli porozpinane
kurtki, na chodniku nie było prawie nikogo, kto nosiłby nakrycie głowy.
Słońce grzało dość mocno, a nadzieję na rychłą wiosnę przynosił ze sobą
ciepły, wilgotny wiatr. Jednak Andrzej jakby tego wszystkiego nie
zauważał. Ciepłą wełnianą czapkę miał głęboko nasuniętą na oczy, szyję
szczelnie otulił długim szalem. Jego ciałem co chwila wstrząsały
gwałtowne dreszcze. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, co działo się
wokół. Na przejście dla pieszych wszedł na czerwonym świetle, zmuszając
kilku kierowców do gwałtownego hamowania. Na środku ulicy przystanął,
opatulił się szczelniej kurtką, jakby chciał się schować przed dźwiękiem
klaksonów, i ruszył przed siebie. Niedługo potem z ulgą otworzył drzwi
do swojego mieszkania.
Nie rozbierając się, obszedł wszystkie pomieszczenia, w każdym z nich
zaciągając żaluzje i zasłony. Chciał za wszelką cenę odgrodzić się od
światła i ciepła na zewnątrz. Zawsze uwielbiał dni, które zapowiadały
nadejście wiosny. Teraz jednak było inaczej. Czuł się winny, że on może
tego wszystkiego doświadczać, podczas gdy dla Anny ostatnia wiosna
skończyła się w czerwcu poprzedniego roku.
Właśnie wtedy postanowił, że przez kilka najbliższych dni nie wyjdzie z domu.
13
Kilka dni zamieniło się w kilka tygodni.
Marta starała się być jak najbliżej niego. Robiła zakupy, gotowała,
sprzątała mieszkanie. Była wtedy, gdy tego potrzebował, a znikała, gdy
zaczynał zdradzać oznaki zniecierpliwienia.
To był dla niej potwornie trudny okres. Andrzej zupełnie nie przypominał
siebie. Całe dnie spędzał w jakimś dziwnym transie, przerywanym
wciskanymi na siłę posiłkami i zdawkowymi, wymuszonymi rozmowami. Gdy go
pytała, jak może mu pomóc, nieodmiennie odpowiadał, że wszystko z nim w porządku i musi tylko trochę odpocząć. Dziewczyna nie pamiętała, aby
przez cały ten czas choćby raz się uśmiechnął.
Na przełomie kwietnia i maja coraz częściej zaczął powtarzać, że chce
być sam. W związku z tym wpadała do niego raz na dwa, trzy dni, tylko po
to, aby przynieść zakupy albo jakieś ciepłe danie z pobliskiego baru.
Jedyne, co w tej sytuacji ją cieszyło, to fakt, że Andrzej, mimo iż
spożywanie posiłków wyraźnie nie sprawiało mu przyjemności, jadł w miarę
regularnie i przestał gwałtownie chudnąć.
Mniej więcej w tym czasie zaczęli się do Marty odzywać jego przyjaciele.
Byli zaniepokojeni, że Andrzej nie kontaktuje się z nimi, a nawet nie
odbiera telefonów. Tłumaczyła, że powoli dochodzi do siebie i zapewne
wkrótce wszystko wróci do normy. Mówiła to, starając się, aby jej opinia
brzmiała jak najbardziej wiarygodnie, jednak sama miała ogromne
wątpliwości, czy rzeczywiście wszystko zmierza ku lepszemu.
Wreszcie postanowiła działać i poprosiła o pomoc swoją najlepszą
przyjaciółkę. Widziała, że stan psychiczny jej mężczyzny bardzo się
pogarsza, i obawiała się, że w czasie, gdy Andrzej jest w domu sam, może
dojść do tragedii. Ilona była lekarką internistką i znała sytuację od
podszewki. Chętnie zgodziła się spróbować pomóc, ponieważ zdawała sobie
sprawę, że jeśli Andrzej kogokolwiek zechciałby posłuchać, to właśnie
jej, gdyż -?podobnie jak Marta -?przyjaźnił się z nią od lat. Wcześniej,
jeszcze przed samobójstwem słuchaczki, chętnie zwracał się do Ilony z różnymi prośbami, gdy zachodziła taka potrzeba.
Jej odwiedziny trwały dosłownie kilka minut. Andrzej kategorycznie
oświadczył, że nie ma mowy o jakiejkolwiek depresji i nie zamierza się z tym zwracać do psychiatry.
-?Czuję się coraz lepiej -?mówił, podczas gdy Marta wsłuchiwała się w ich rozmowę, będąc w kuchni. -?Naprawdę, jedno, czego potrzebuję, to
dłuższy odpoczynek.
-?Ale Marta mówi, że wyglądasz i zachowujesz się tak, jakbyś zupełnie
stracił chęć do życia, a to jeden z najbardziej charakterystycznych
objawów depresji... Tym bardziej że trwa to już przecież dłuższy czas...
-?Marta niepotrzebnie się martwi -?przerwał. -?Wiem, że to trwa już dość
długo, jednak z każdym dniem czuję się lepiej. Naprawdę. Potrzeba mi
jedynie dłuższego odpoczynku.
Ilona przyglądała mu się badawczo.
-?Obiecasz mi, że jeśli to się nie zmieni, posłuchasz mojej rady? -
zapytała.
-?No jasne, Ilonka. Możesz być o to spokojna.
Marta odprowadziła przyjaciółkę do wyjścia. Była jeszcze w korytarzu i zamknęła właśnie drzwi na zasuwę, gdy Andrzej wyszedł z pokoju i spojrzał na nią z wściekłością.
-?Chcesz ze mnie zrobić wariata? -?syknął. -?Wszystkim znajomym
rozpowiadasz, że trochę gorzej się czuję?
-?No coś ty, Andrzejku, mówiłam o tym tylko Ilonie... Wiesz przecież, że...
-?I wystarczy. Nikomu więcej ani słowa, rozumiesz? Jeszcze będę miał
przez to problemy po powrocie do pracy, a tego chyba nie chcesz?
Pokręciła głową. Zrozumiała, że w tej sytuacji jedyne, co może zrobić,
to cierpliwie czekać. I postanowiła, że poczeka tak długo, jak tylko
będzie trzeba. Właśnie wtedy, właśnie w tych ciężkich chwilach,
najmocniej odczuwała, jak bardzo potrzebuje tego dawnego Andrzeja, z którym była taka szczęśliwa. Prosiła Boga, aby ten stan powrócił, lecz z każdym dniem jej nadzieja kruszała.
14
A jednak nastąpiło coś, co Martę całkowicie zaskoczyło. Mniej więcej w połowie maja, w sobotnie przedpołudnie, w jej drzwiach stanął Andrzej.
Wyglądał tak jak kiedyś. Ogolony, w starannie dobranym ubraniu, nawet
pachniał jej ulubioną wodą toaletową, a na powitanie uśmiechnął się do
niej dokładnie tak jak dawniej.
-?Cześć, skarbie -?powiedział. -?Chciałbym cię zabrać na długi spacer.
-?Andrzejku! Boże święty, ale mnie zaskoczyłeś... Poczekaj, tylko się
ubiorę, dobrze?
-?No pewnie. -?Ciągle się uśmiechał. -?Tylko szybko, bo szkoda takiej
pogody. Jak szedłem do ciebie, widziałem, że bez już prawie przekwitł.
Szkoda, że teraz dzieje się to tak szybko. Pamiętam, że kiedyś kwitł
jeszcze na Dzień Matki, a dzisiaj...
Słyszała jego głos z przedpokoju. W tym czasie z bijącym sercem i łzami
w oczach przebierała się w swojej małej garderobie. Miała nadzieję, że
za chwilę Andrzej wszystko jej wytłumaczy.
Tak się jednak nie stało. W czasie spotkania nie chciała psuć cudownej
atmosfery dociekliwymi pytaniami. Poszli do ich ulubionej letniej
kawiarni, położonej na skraju parku, i usiedli pod jednym z parasoli.
Andrzej usadowił się w ten sposób, aby światło słoneczne padało na jego
twarz, po czym zamknął oczy i uśmiechnął się błogo. Siedzieli tak w milczeniu do momentu, gdy kelnerka przyniosła dwie kawy. Wtedy przysunął
się do Marty i delikatnie dotknął jej dłoni.
-?Wiesz, dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić
-?mówił z uśmiechem. -?I bardzo cię kocham. Mówiłem ci to już kiedyś?
Marta się roześmiała.
-?Nie pamiętam, być może -?odpowiedziała. -?Ale możesz to powtarzać tyle
razy, ile tylko zechcesz.
* * *
Gdy późnym wieczorem leżała w swoim łóżku, znów się uśmiechnęła. Przed
oczami zobaczyła Andrzeja w momencie, gdy dotykał jej dłoni. I patrzył
na nią tak... uważnie. Uważnie?
Uśmiech w jednej chwili zniknął z jej twarzy. Starała się przypomnieć
sobie dokładnie tamtą chwilę. Nie, jego spojrzenie nie było uważne.
Raczej smutne. Tak... Zaraz, co on wtedy powiedział? "Dziękuję Bogu za
wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić"?
Gwałtownie usiadła na łóżku. Jej serce waliło jak opętane. Spojrzała na
zegarek; było piętnaście minut po północy. Wzięła do ręki telefon i wybrała numer komórki Andrzeja. Od razu włączyła się automatyczna
sekretarka. Potem spróbowała na stacjonarny. Usłyszała tylko miarowe
buczenie sygnału, oznajmiające, że telefon dzwoni, lecz nikt nie ma
zamiaru go odebrać.
Gdy odkładała słuchawkę, przypomniała sobie coś, co sprawiło, że na jej
czole pojawiły się kropelki zimnego potu. Tuż przed rozstaniem Andrzej
poprosił ją o klucze do swojego mieszkania. Tłumaczył, że gdzieś mu
zginął jeden komplet i musi na wszelki wypadek wymienić zamki w drzwiach, jednak w tej chwili dla Marty wytłumaczenie było tylko jedno -
on po prostu nie chciał, aby dostała się do jego domu w niewłaściwym
momencie.
-?O Boże... -?szepnęła.
Stała jeszcze przez chwilę przy telefonie, nie mogąc się poruszyć. Potem
pobiegła do sypialni i zaczęła się gorączkowo ubierać.
15
Przemyślał wszystko bardzo starannie. Wiedział, że są różne sposoby, ale
ponoć najskuteczniejszy z nich -?skok z dużej wysokości -?odrzucił od
razu. Kiedyś przez przypadek widział dziewczynę, która podjęła właśnie
taką decyzję. Mózg przemieszany z kawałkami czaszki, rozpryśnięty w promieniu kilku metrów... Niby powinno być mu wszystko jedno, ale dla
tych, co zbieraliby jego resztki z chodnika, a potem wkładali do trumny,
z pewnością różnica by istniała. Poza tym był znaną osobą i nie chciał,
żeby przypadkowi przechodnie oglądali wnętrze jego głowy.
Sam był zaskoczony chłodną kalkulacją, która nie pozwalała mu również
skończyć ze sobą w sposób, który wybrała Anna. Wytrzeszczone oczy i wywalony na zewnątrz zsiniały język, do tego szrama na szyi, widoczna
nawet w trumnie... Chciał oszczędzić tego widoku Marcie.
Silne lekarstwa popite dużą ilością alkoholu wydawały mu się najlepszym
wyborem. Nie miał problemu ze zdobyciem dużej ilości klonazepamu.
Przejrzał wcześniej internet w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego
środka i właśnie ten wydał mu się zdecydowanie najlepszy. Wiedział, że
żaden lekarz nie zapisze mu kilku opakowań leku, więc wybrał się na
bazar, gdzie bez zbędnych pytań młoda dziewczyna sprzedała mu żądany
towar. Sto dwadzieścia dwumiligramowych tabletek stanowiło
dwunastokrotność dawki zagrażającej życiu. W połączeniu z litrem jacka
daniel'sa stanowiło obietnicę sukcesu.
Miał nadzieję, że Marta niczego się nie domyśliła. Podczas spotkania i gdy się rozstawali, wyglądała na szczęśliwą, że Andrzej wraca do życia.
Teraz nie miała też kluczy, więc nawet jeśli pojawiłaby się w ciągu
najbliższych godzin pod jego drzwiami, nie zdołałaby mu przeszkodzić w realizacji planu. Antywłamaniowe, zbrojone drzwi w połączeniu z trzema
zamkami, z których jeden uruchamiał stalowe sztaby, stanowiły
wystarczające zabezpieczenie. Zanim położył się do łóżka, sprawdził
jeszcze dokładnie, czy wszystkie zamki zostały zamknięte.
Przez chwilę leżał, słuchając rozluźniającego jazzu, który płynął z głośników i wypełniał pokój. Przypomniał sobie, że tę płytę podarowała
mu Marta. Od tamtej pory była to jego ulubiona muzyka. Uśmiechnął się i przez jakiś czas dał się ponieść dźwiękom fortepianu, wyczarowanym przez
Leszka Możdżera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki