Opowiem Ci moją historię
Urodziłam się dawno temu, w latach 70. Mam wrażenie, że było to w całkiem innej epoce. Dorastałam w cudownym domu, pełnym rodzinnego
ciepła. W domu, w którym był spokój i obowiązkowo wspólny rodzinny
obiad, podczas którego opowiadaliśmy sobie, jak nam minął dzień, co
fajnego się przydarzyło. Gdy miałam problem, zawsze mogłam się z nim
zwrócić do moich rodziców i za każdym razem otrzymałam od nich wsparcie.
Tworzyliśmy małą superrodzinkę. Mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty i choć byłam jedynaczką, czułam się niczym w wielkiej włoskiej rodzinie.
Wokół mnie było ciągle pełno ludzi.
To były czasy, gdy osiedla nie były grodzone. Drzwi do wszystkich bloków
były zawsze otwarte, a każda sąsiadka była ciocią. Wszyscy z bloku
wspólnie opiekowali się wszystkimi dziećmi. Tu nikt nigdy nie był sam.
Do wieczora biegaliśmy po piwnicach, bawiąc się w chowanego, podchody
lub wisieliśmy na trzepaku do późnych godzin wieczornych.
Do szkoły za ulicę chodziliśmy z kluczem na szyi. Nie było komputerów,
kablówki, a w wielu domach nawet telewizorów. Skupialiśmy się na życiu
tu i teraz. Bez sensacji medialnych o świecie i o życiu innych.
Budowaliśmy prawdziwe relacje koleżeńskie, niezależne od liczby like'ów
w social mediach jak teraz. To był prawdziwy świat. Autentyczni ludzie i zwyczajne życie. W szkole nie było przemocy. Trzymaliśmy się razem. Nie
było też szkolnej rewii mody. Pomijając fakt, że nosiliśmy fartuszki
szkolne, i tak wszyscy ubieraliśmy się w jedynym sklepie odzieżowym. Nie
było rywalizacji i podziałów na biedniejszych i bogatszych.
Wydaje mi się, że wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Pamiętam, gdy kiedyś
zimą był szał na jaskrawe, różowe lub zielone komplety - czapkę i szalik
- to cała szkoła w nich wtedy śmigała. Wspominam też ogromne kolejki w sklepach i radość z "upolowanego" towaru. Prawdziwym polowaniem na
ekskluzywne produkty, jak pomarańcze, banany czy mandarynki, był
zwłaszcza czas przedświąteczny. Myślę, że właśnie dzięki tej
niedostępności różnych produktów w tamtych czasach święta były bardziej
magiczne. To był czas wyjątkowy. Czekałam na święta, na prezenty. Na ten
specyficzny, wypełniający cały dom zapach świątecznych pyszności. I tak
sobie w mojej społeczności lokalnej żyłam i dorastałam. Czułam się
bezpiecznie i byłam szczęśliwa.
Będąc jeszcze w liceum, zdobyłam uprawnienia instruktorki fitness.
Zajęcia fitness obejmowały wtedy głównie dwie formy ruchu: aerobic i callanetics, a miejscem zajęć były osiedlowe domy kultury. Rozpoczynając
studia, jednocześnie podjęłam pracę w klubie kultury. To było całe moje
"dorosłe" życie. W tygodniu do późnych godzin praca z kobietami, a w weekendy studia. Uwielbiałam ten czas. Na studiach byłam prawdziwą
prymuską. Miałam stypendium naukowe i pięć lat studiów zrobiłam w cztery. To był okres, kiedy spieszyłam się do dorosłości, samodzielności
i niezależności. Gdy po edukacji zakończonej z wyróżnieniem otrzymałam
propozycję pozostania na uczelni jako pracownik i doktorantka, byłam w siódmym niebie.
Wiesz, w liceum nie byłam orłem, nie lubię uczyć się czegoś, czego nie
czuję. Wkuwać coś na pamięć ze świadomością, że nigdy mi się to w życiu
nie przyda. Niestety w liceum uczyliśmy się wielu niepotrzebnych bzdur,
a najgorsze jest to, że nie uczono nas kreatywności i samodzielnego
myślenia. Było bezrozumne wkuwanie regułek. Obowiązywała zasada trzy
razy "Z" - zakuć, zdać i zapomnieć.
Tak więc dopiero na studiach odkryłam swój prawdziwy potencjał. Zaczęłam
chłonąć wiedzę, która mnie interesowała i która mogła mi się przydać w życiu. Zostałam na uczelni, prowadząc zajęcia ze studentami w weekendy,
a w tygodniu nadal pracowałam w klubie. Nie byłam samotna i czułam się
spełniona. Klub kultury bardzo szybko stał się moim drugim domem, a moje
klientki koleżankami, które przychodziły do mnie już nie tylko
poćwiczyć, ale często również po to, by zwierzyć się ze swoich problemów
rodzinnych czy zawodowych. Zawsze miałam dla nich czas i zawsze każdej
wysłuchałam.
W klubie powstała fajna nieformalna grupa kobiet. Przez wiele lat
przychodziły do mnie na zajęcia i bardzo się zżyłyśmy. Wszystko o sobie
wiedziałyśmy, znałyśmy się na wylot. Często po ćwiczeniach mimo późnej
pory zostawałyśmy w klubie i godzinami rozmawiałyśmy o życiu, o związkach, o rodzinie. Czułam się zrealizowana i szczęśliwa. Naprawdę, z ręką na sercu, myślałam, że tak właśnie chcę się zestarzeć. Uwielbiałam
pracować nad pięknem kobiet, wydobywać z nich pewność siebie, wiarę we
własne siły. Prowadząc zajęcia fitness, pracowałam nad ich ciałami, ale
zawsze też wsłuchiwałam się w ich dusze.
W weekendy wchodziłam w inny świat, w środowisko studentów. Ależ oni
dawali mi kopa, zastrzyk energii! Kochałam ten okres. Twierdziłam
wówczas, że nie chcę mieć dzieci. Nie chciałam nic zmieniać w swoim
życiu. Miałam swojego cudownego pieska Dafi, który chodził ze mną do
pracy - nasza klubowa maskotka, a w domu czekała na nas kochana kocica
Gizma. Pomimo młodego wieku miałam własne mieszkanie, wspaniałą pracę i swoją osobistą kudłatą rodzinkę. To było naprawdę bardzo dobre życie.
Pracowałam na wysokich obrotach, ale nigdy nie narzekałam na zmęczenie.
Wynikało to z faktu, że kochałam to, co robiłam. Praca była moją pasją.
Zawsze sumiennie podchodziłam do swoich obowiązków. W klubie pracowałam
od 14:00, rano siedziałam więc w bibliotece, szukając ciekawostek dla
studentów, albo bawiłam się w didżeja i nagrywałam skoczną muzykę na
zajęcia. Na moje treningi przyjeżdżały osoby z drugiego końca miasta.
Pamiętam, jak kiedyś parę godzin przed zajęciami przyjechała dziewczyna,
żeby zarezerwować miejsce na zajęcia u mnie. Dowiedziała się, że tu jest
fajna babka, która daje ostry wycisk. Uwielbiałam mocne bity i całe
zajęcia, ćwicząc z dziewczynami, mówiłam, a nawet krzyczałam do nich,
motywując je.
Kochałam to moje życie. Widziałam też dumę w oczach moich rodziców.
Ciężko pracując, bardzo wcześnie stałam się całkowicie samodzielna.
Czułam się cudownie, moje życie było idealne. I tak bym pewnie idealnie
sobie żyła do dziś, gdyby nie jeden telefon, który zmienił wszystko.
Do klubu zadzwonił mój stary znajomy (nazwijmy go P, w dalszej części
wytłumaczę Ci, dlaczego właśnie tak) z czasów szkolnych. Od jednej z moich klientek dowiedział się, gdzie pracuję. Mówił, że aktualnie
przebywa w Rosji i od czasu do czasu chętnie by zadzwonił, porozmawiać w języku polskim o wszystkim, co się dzieje w kraju. Byłam zaskoczona tym
telefonem, ale w sumie nie widziałam w tym nic złego. To były czasy, gdy
dzwoniło się przede wszystkim na telefony stacjonarne, bo połączenia
komórkowe kosztowały fortunę, zwłaszcza te zza granicy. Jeżeli dobrze
pamiętam, 5 sekund połączenia komórkowego było za darmo. Zadawało się
krótkie pytanie, następnie się rozłączało i czekało na pięciosekundową
odpowiedź. Co to były za emocje, żeby tylko nie przekroczyć darmowego
czasu!
Z tego powodu P zawsze dzwonił na stacjonarny telefon klubowy. Były to
sporadyczne rozmowy, raz na miesiąc. Wtedy czułam, że rozmawiamy o wszystkim, ale teraz, z perspektywy czasu wiem, że to ja opowiadałam o wszystkim. On zbierał informacje. Interesowało go całe moje życie, co
lubię, co mi przeszkadza, czego oczekuję od życia, jakie wartości cenię.
Wypytywał mnie o moje związki, czemu się rozpadły, co było w nich nie
tak, czego mi w nich brakowało. Traktowałam P jak starszego brata, może
to efekt uboczny "wolnego chowu" w bloku z wielkiej płyty. Zawsze do
każdego podchodziłam z sercem na dłoni i z pełnym zaufaniem.
Kochałam ludzi i gdy kogoś poznawałam, wierzyłam w jego dobre intencje.
Wtedy było podobnie. Wiesz, taki starszy brat, który pracuje za granicą
i dzwoni raz na miesiąc, a Ty jednym tchem opowiadasz mu wszystko, co
się wydarzyło w ciągu tego czasu. Naprawdę lubiłam te nasze rozmowy. Nie
wyczuwałam w nich nic złego. Mogłam się wygadać przed zajęciami, przed
plotkami z dziewczynami. Pogadać o sobie, o swoich przemyśleniach.
Opowiadałam o wszystkim, o każdej mojej myśli. Traktowałam go jak
prawdziwego przyjaciela, który liczy się z tym, co mówię i co czuję.
W tym czasie również próbowałam znaleźć miłość mojego życia, ale moje
związki się rozpadały. W sumie to nigdy nie miałam na nie czasu. Tak
naprawdę w miesiącu miałam 4 dni wolnego, co drugi weekend (gdy nie
prowadziłam zajęć na uczelni). Cóż, trochę mało na budowanie trwałej
relacji. Miałam konkretne oczekiwania wobec mojego przyszłego męża.
Chciałam, żeby tak jak ja był niezależny finansowo i pracowity. Marzyłam
o silnym męskim ramieniu, o które w momentach słabości mogłabym się
oprzeć, przy jednoczesnym partnerskim układzie. Jednak z perspektywy
czasu stwierdzam, że przyciągałam całkiem inne typy. Marzyłam o miłości
jak z filmu, na całe życie, pełnej zaufania i zrozumienia. Chciałam
poczuć strzałę Amora, wbijającą się w moje serce, i oszaleć z miłości.
Mieć te przysłowiowe motyle w brzuchu. Pragnęłam stworzyć magiczną
relację, która przetrwałaby każde trzęsienie ziemi. Wiem, wysoko
postawiłam poprzeczkę, ale kto mi zabroni marzyć.
Znajomy systematycznie dzwonił i zapewniał mnie, że prawdziwa miłość
jest jeszcze przede mną. Twierdził, że jestem wspaniałą kobietą i jeszcze nie znalazłam tego, który by to docenił, bo zasługuję na
wszystko, co najlepsze. Słowa jak miód na moje serce. Słuchałam ich i czekałam na swojego księcia z bajki.
Kolega zwiększył częstotliwość telefonów, dzwonił co drugi czwartek
pomiędzy moimi zajęciami w klubie. Łapałam się na tym, że zaczynam
czekać na ten wyznaczony przez niego czas kontaktu. Rozmawialiśmy o wszystkim, mieliśmy podobne poczucie humoru i często rozumieliśmy się w połowie zdania. Kilka razy podczas naszych rozmów zażartował, że
bylibyśmy idealną parą. Skwitowałam to, że traktuję go jak starszego
brata, więc związek nie wchodzi w grę. Nasze rozmowy były dla mnie
fajnym przerywnikiem w zawodowym życiu. Naprawdę dobrze mi się z nim
rozmawiało. Był jedynym mężczyzną, który interesował się moim życiem,
moim zdaniem na różne tematy, moim podejściem do świata, do życia. I w dodatku rozumiał to i podziwiał.
Był inteligentny i oczytany. Mogliśmy rozmawiać na każdy temat. Dzięki
rozmowom z nim mogłam poznać męski punkt widzenia na wiele spraw. Jego
również interesowały moje poglądy. Wypytywał mnie dosłownie o wszystko,
co dotyczyło mojego życia, mojego dzieciństwa, mojej rodziny. Pytał o moich rodziców i moje relacje z nimi, o moje marzenia, sukcesy i porażki. W głowie pojawiały mi się czasami myśli, co by było, gdyby
wrócił do Polski. Przyjechałby na białym rumaku i uratował mnie z wieży
klubu, po drodze walcząc ze smokami, a potem żylibyśmy długo i szczęśliwie.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Był dla mnie naprawdę dobrym kumplem telefonicznym. Wprawionym
słuchaczem, a chyba tego wtedy bardzo potrzebowałam. Pragnęłam uwagi.
Całymi dniami słuchałam o życiu innych, wspierałam w trudnych momentach,
cieszyłam się sukcesami innych, a tu czasami ktoś chciał posłuchać, co u mnie słychać, co myślę na jakiś temat, co czuję. Zawsze szczerze z nim
rozmawiałam i wprost nazywałam swoje myśli, emocje i uczucia. Czytałam
mu siebie jak książkę. Mówiłam prosto z serca o wszystkim, co lubię, a co mnie irytuje. Czego pragnę, o czym marzę. Opowiadałam o swojej wizji
partnera, z którym chciałabym stworzyć dom rodzinny, również o tym,
jakby ten dom miał wyglądać i jak wyobrażam sobie życie z ukochanym.
Dokładnie opisywałam każde moje marzenie, każdą wizję.
Któregoś dnia podczas rozmowy powiedział mi, że w pewnej kwestii mnie
okłamał i chciałby teraz to sprostować. Powiedział, że przebywa w zakładzie karnym i jeśli mam z tym problem, uszanuje to i przestanie
dzwonić. A jeśli chcę, to opowie mi, czemu tam się znalazł. Byłam w szoku, poprosiłam, żeby jednak nie dzwonił. Byłam na niego bardzo zła.
Zaufałam mu. Otworzyłam się przed nim, a on ponad dwa lata mnie
oszukiwał. Pierwszy raz zawiodłam się na nim.
Dzwonił i opowiadał o pracy, o tym, jak minął mu dzień, jakie interesy
robi w Rosji, a tak naprawdę w tym czasie odsiadywał wyrok w zakładzie
karnym. Kłamał bez zająknięcia. Opowiadał wymyślone na poczekaniu
historie. Pamiętam, jak kiedyś zapytałam, jaka jest u niego pogoda, bo
słyszałam, że w Rosji jest sroga zima - od razu, bez chwili
zastanowienia opowiedział mi o fatalnych warunkach tam panujących.
Opowiadał mi o drogach w Rosji i o tym, jak dzień wcześniej przekupił
policjanta, bo jechał, dwukrotnie przekraczając dozwoloną prędkość.
Innego dnia snuł opowieści na temat imprezy sprzed tygodnia i ze
szczegółami opisywał, jak wyglądają balangi w Rosji.
To wszystko relacjonował mi z budki telefonicznej na więziennym
korytarzu, a ja kompletnie nic nie podejrzewałam. Słuchałam i wierzyłam.
Czar prysł, nie mogłam zrozumieć, jak mógł mnie tyle czasu oszukiwać.
Cisza trwała kilka miesięcy. Łapałam się na tym, że czasami brakowało mi
naszych rozmów. Wypracował we mnie rutynę. Teraz wiem, że już wtedy
zaczął mnie programować na czekanie na kontakt z nim. W pewien sposób
przyzwyczaił mnie do siebie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że się
nie zorientowałam, że byłam oszukiwana. Uważałam go za fajnego i wrażliwego człowieka. Wspominałam nasze rozmowy. Lubiłam ten nasz
wspólny telefoniczny czas.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki