Opowiedz mnie na nowo - Arkadiusz Gardaś

Kup ebooka

37.90 zł
30.32 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

1

 

 

 

Nie płakałem na pogrzebie babci.

Już wtedy wydawało mi się to dziwne, a teraz, choć minęły ponad trzy lata, wciąż tego nie rozumiem. Byliśmy bardzo zżyci. To ona nauczyła mnie przechadzać się przez życie tak, by tylko lekko dotykać stopami ziemi, a sercu zawsze kazać bić dla świata marzeń. Mówiła, że każdy powinien się nimi czasem karmić - inaczej nie dało się wytrzymać w rzeczywistości ze stali i marmuru.

Powinienem był więc się posypać, kawałki mojego życia powinny upaść u moich stóp. Być może do dziś bym je zbierał. Powinienem był stracić kierunkowskaz, pogubić się w labiryncie swojego szesnastoletniego wtedy życia. W końcu zostałem odcięty od tlenu, którym były dla mnie opowieści babci. Opowiadała nieustannie. Opowiadała wszystko. Ziemię, słońce, robaki kopiące tunele w ciemności, opowiadała samą siebie i innych ludzi. Czasem sądziłem, że to dzięki jej szeptom świat się w ogóle kręcił, odnajdywał swoje tory. Bo ona doradzała księżycowi, jak świecić, i morzu, kiedy szumieć. Nigdy nie wiedziało się, co w jej opowieściach było prawdą, a co wymysłem. W ustach babci słowa tańczyły jak wiecznie żywe baśnie.

A jednak się nie posypałem.

Jej śmierć była lekka. Jak pociągnięcie słabego, srebrnego włosa ze starej głowy. Babcia wyrywała je czasami rankiem przy rozczesywaniu, a potem zawijała sobie pojedynczy włos wokół palca. Nie wiem po co. Kiedyś powiedziała mi, że włos będzie ofiarą dla mieszkających w lesie wróżek, ale ja już wtedy nie wierzyłem we wróżki.

Babcia chciała umrzeć. W ostatnich tygodniach przed śmiercią męczyła się w szpitalu, stała się jakaś mniejsza, chudsza. Tamto mizerne, skurczone ciało nie mogło już dłużej pomieścić w sobie jej wielkiego ducha. Przychodziłem do niej codziennie, na kilka godzin, a ona prosiła, żebym - jeśli akurat zacznie umierać - nie próbował jej zawrócić z drogi.

- Powiedz Królowej Śniegu, żeby ruszyła ten lodowaty tyłek - mówiła - bo zaraz powyrywam te wenflony.

Królowa Śniegu. Tak babcia nazywała śmierć. Naprawdę miała fioła na punkcie baśni. Kiedy rodzice wybrali dla mnie imię Kajetan, ucieszyła się, że będzie mogła mówić do mnie Kaj. Byłem więc małym Kajem, a ona moją babcią i zawsze, gdy się gdzieś zawieruszyłem albo gdy zrobiłem coś nie tak jak trzeba, wysyłała do mnie wymyśloną Gerdę. A Gerda zawsze wiedziała, jak mnie odnaleźć i naprostować.

Przed pogrzebem ciało leżało w odsłoniętej trumnie w salonie. Nie w domu babci, tylko u nas, w sensie u mnie i rodziców. Tak było wygodniej, bo mieszkamy bliżej kaplicy. Ludzie przychodzili, żeby dotknąć babci i się z nią pożegnać. Dla mnie ten zwyczaj był niezrozumiały, choć przecież wcale nie obcy. Patrzyłem na nich tak, jakbym oglądał makabryczny rytuał.

Nie podchodziłem do trumny wraz z innymi. A było ich wielu - dalsza rodzina, sąsiedzi, koleżanki z klubiku powieściowego. Dopiero późnym wieczorem, kiedy mama i tata spali, w końcu podszedłem do trumny. Co mną kierowało? Dreszcz ekscytacji? Chęć muśnięcia jakiejś niewyrażalnej tajemnicy, której rąbek można było jedynie lekko uchylić, ale nigdy nie dało się jej w pełni pojąć? A może chodziło po prostu o poczucie obowiązku? Wszyscy żegnali babcię przez dotyk, więc pewnie i ja powinienem tak zrobić. Nazywała mnie czasem swoją ukochaną istotą na świecie. Ukochana istota nie mogła brzydzić się jej ciała.

Delikatnie pogładziłem jej zimną dłoń. Mój ciepły palec wyżłobił purpurowe wgłębienie na jej zimnej, sztywnej skórze.

Niczego nie poczułem. Ciało było puste, nie pozostał w nim nawet najmniejszy ślad ducha. Nie wierzyłem, że mógł się tam wciąż tlić. W to, że istniał tam kiedyś, wcale nie wątpiłem. Już sam fakt, że teraz ciało było puste, musiał świadczyć o tym, że kiedyś mieszkał w nim duch. Ale już odszedł. To było już tylko ciało - nie babcia. Ono - nie ona. Nic - nie coś, co można kochać.

Nie pamiętam mszy. Podobno ksiądz w trakcie kazania mówił coś o mnie, ale słowa nie trafiły do uszu. Wspominał o owcach, które "się oddaliły". Zamiast się na tym skupiać, zapatrzyłem się w barwne kościelne witraże i rozmyślałem o rzeczach, które mógłbym zobaczyć, gdybym wstał i ruszył przed siebie. Oddalałbym się coraz bardziej i bardziej, aż doszedłbym do końca świata, zatrzymałbym nad przepaścią i pomyślał: skoczyć czy nie.

Nie było mi po drodze z Kościołem bardziej niż jemu ze mną. Mogę to zaakceptować. Nie wierzę w ich wizję nieba i wiecznej szczęśliwości. Najbliżej Kościoła byłem wtedy, gdy całowałem się ze swoim pierwszym chłopakiem w zakrystii, tuż przed mszą. Był ministrantem. Zapomnieliśmy wtedy o całym świecie i prawie nakrył nas kościelny. Dziś ten chłopak ma dziewczynę i podobno planują ślub. Czy życie jest dziwne? A może raczej przewidywalne?

Na cmentarzu patrzyłem, jak trumna opada w świeżo wykopany dół. To było spokojne i powolne, a jednak emocje narastały we mnie tak, jakbym obserwował zbliżające się tsunami. Fala opadła, gdy zerknąłem na tabliczkę nad grobem:

 

KATARZYNA KOS

żyła 79 lat

 

Życie zamknęło się w dwóch cyfrach i w jednej liczbie. Ale Katarzyna Kos nie była już moją babcią. Ani te cyfry, ani to imię już jej nie więziły, kos z jej nazwiska uleciał i teraz było ono tylko trzema martwymi literami wyrytymi w kamieniu. Katarzyna Kos stała się zapiskiem w historii, a dusza babci mogła wreszcie tworzyć nowe baśnie gdzieś wyżej, ponad niebem.

Po pogrzebie mieliśmy małą stypę. Kolejny zwyczaj, który znam, a jednak wydaje mi się obcy. Czasami czuję się jak kosmita, który przybył z daleka i wszystko go dziwi.

Rodzina Kosów, od strony mamy, i Miłków, od strony taty, zjechała się, żeby coś powiedzieć, uścisnąć nam ręce, skłamać, jak bardzo im przykro. Potem dalecy wujkowie i ciotki, kuzynki i sąsiedzi, ludzie obcy i bardziej obcy podawali sobie szklanki i komplementowali ciasto z wiśniami. "Ty je zrobiłaś, Dorotko?" - tak ma na imię moja mama. "Nie, nie ja, kupiłam". "A gdzie?" "Wiesz, w takiej kawiarni tu obok". "Za rogiem?" "No tak, za rogiem". "Zmarła też umiała dobrze piec, ale - jak zauważył pewien wujek ze smutkiem na szybko doklejonym do wąsatej twarzy - więcej już na pewno żadnego nie upiecze".

Większość stypy przesiedziałem w kuchni. Wolałem uniknąć bycia zaczepianym spojrzeniami i wypytywania o wszystko, co tak mało ważne w życiu. Miałem co robić, bo ciągle znajdowały się nowe naczynia do mycia.

W którymś momencie przyszła do mnie mama.

- Nie pożegnałeś się z babcią - powiedziała.

To nie był zarzut. Nie było to też stwierdzenie. Raczej pytanie, które zadała nie mnie, ale samej sobie. Mama często kwituje to, co robię i mówię, zagadkowym spojrzeniem. Jakby ciągle jeszcze szukała sposobu, by do mnie trafić. Wpatrywała się we mnie ciemnymi oczami, próbując odnaleźć tę część mojej twarzy, która zdradziłaby jakąś tajemnicę. Brew, kącik ust, zmarszczka grymasu? Okrągłe policzki mamy zapadły się w tamtym czasie, zmizerniała i potrzebowała potem jeszcze wielu miesięcy, by dojść do siebie.

Wzruszyłem ramionami. Nie po to, żeby ją zbyć. Po prostu nie wiedziałem, czy pożegnałem się z babcią, czy nie. Czy można pożegnać się z ciałem, kiedy nie ma w nim kogoś, kto słyszy? Czy jest sens żegnać się z duchem, skoro podobno one są nieśmiertelne?

- To wszystko wydaje mi się puste. - Odłożyłem na stosik kolejny porcelanowy talerz.

Mama śledziła moje machinalne ruchy. Niemal słyszałem, jak jej myśli przyspieszyły.

- Co jest puste?

- To wszystko. Wszystkie te rytuały, cały ten pogrzeb. Niby miało chodzić o babcię, ale nie było jej tam... wystarczająco. - Westchnąłem i oparłem się o zlew. - Wydaje mi się, że chyba nigdy jej do końca nie pożegnamy.

Mama położyła dłoń na moim chudym ramieniu.

- Wiem.

Jej dotyk był ciepły i drżący. Trzymała mnie tak, jakbym był małym, barwnym fragmentem jej rzeczywistości, o który wciąż musiała się troszczyć.

Byłem inny od niej. W ogóle różniłem się od reszty rodziny. Mój wygląd nie pozostawiał tu złudzeń. Jedyny blady, niski rudzielec wśród ludzi o zwykle ciemnych włosach i ciemniejszej karnacji, często rosłych.

Babcia też była inna. Dlatego byliśmy sobie tak bliscy. Dwie inne osoby żyjące w jednym świecie zawsze wiedzą, że nigdy nie będą takie same jak większość, łatwiej więc im siebie nawzajem akceptować. A jednak to nie ja szlochałem po babci przez całą kolejną noc, tylko mama. Może dlatego, że w chwili jej śmierci musiała zaakceptować to, że już nigdy nie zdoła poznać jej tak, jak tego całe życie pragnęła. Nawet jako dziecko rozumiałem, że były jak dwie odrębne planety. Orbitowały jedna wokół drugiej - z troską, z miłością - ale nigdy się nie dotknęły. To chyba dobrze, bo dzięki temu uniknęły kolizji.

- Pamiętasz? - Mama się uśmiechnęła. - Babcia zawsze powtarzała, że byłeś jej błogosławieństwem. - Wyciągnęła ręce w moją stronę. - Dla mnie też nim jesteś.

Przytuliła mnie. Pozwoliłem sobie przez chwilę czuć jedynie woń jej hebanowych perfum. Zapach sosnowej trumny drażnił mi jeszcze nos, ale coraz szybciej się ulatniał.

- Będzie dobrze. - Głos mamy rozbrzmiał ciepłą nutą tuż przy moim uchu.

- Wiem.

Wtedy w to nie wątpiłem. Miałem szesnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej pokonałem depresję. To nie był czas, by wątpić.

 

 

 

 

 

2

 

 

 

Wspomniałem, że nie wierzę w wieczną szczęśliwość ani raj. Wierzę jednak w obecność duchów. To raczej podszept intuicji, nie pełne przekonanie. Duch to dla mnie ta aura, może substancja - nie wiem, jak to nazwać - która zostawia odciski w miejscach i na przedmiotach ukochanych przez zmarłego. Tworzą ścieżkę, którą wędrował za życia, a teraz jego cząstki na zawsze zamknięte są w pojedynczych chwilach i rzeczach. Duch to imię dla spraw nieodgadnionych, istniejących na obrzeżach umysłu.

Jakie przedmioty najbardziej kochała babcia? Gdzie pozostawiła swój ślad? Oczywiście we własnym domu.

To było specyficzne miejsce. Mały drewniany domek, blisko lasu, poza miastem. Babcia nie lubiła mieszkać wśród zabudowań, potrzebowała tlenu, a ten dom wyrastał tuż przy ścieżce prowadzącej do lasu. Otulał go gęsty ogród pachnący nagietkiem, maciejką i fiołkami. Po ścianach pięły się rośliny. Nigdy nie dało się ich okiełznać, poruszały się, jak zapragnęły, i coraz gęściej porastały ogród. Chadzały własnymi ścieżkami, zupełnie jak babcia.

Często odwiedzam jej dom, który stoi obecnie pusty, choć przecież cząstka jej duszy wciąż w nim mieszka. Krótko po pogrzebie też się tam udałem. Przez całą mszę i stypę nie mogłem doczekać się tych odwiedzin, bo skoro było oczywiste, że duch babci nie spoczął w podziemnym grobie ani nie odzywał się wśród głosów żałobników zajadających się śledziami w occie, musiał czekać na mnie właśnie tutaj.

Z przedsionka wszedłem do malutkiej izby. Wciąż jeszcze czuć było tu pomidory i masło - dwie rzeczy, bez których babcia nie potrafiła się obejść. Na ścianie, tuż przy łóżku zasłanym ciepłym kocem, wisiała staroświecka makatka z jeleniem na tle ciemniejącego lasu. W dzieciństwie, gdy leżałem tu spokojnie po obiedzie, a babcia drzemała obok, wpatrywałem się w ten bujny, mroczny las. Byłem przekonany, że za jego drzewami kryła się niewyszyta na makatce ścieżka, jakiś inny, zaczarowany świat za horyzontem tego, który znałem.

Okno przy małym stole babci wychodziło na drogę do lasu. Rzadko ktoś tędy chodził. Dlaczego więc babcia tak często siadywała tutaj i wpatrywała się w szybę jak zahipnotyzowana? Co spodziewała się tam zobaczyć? I dlaczego nigdy jej o to nie zapytałem?

Usiadłem na jej ulubionym krześle. Było mi tak ciężko, jakbym już dźwigał bagaż wszystkich tych niewidzialnych rzeczy, które dopiero miały mi się przytrafić. Pragnąłem w tamtej chwili zmusić się do płaczu, uronić choć jedną łzę, żeby zamknąć ten temat. Powiedzieć sobie, że się oczyściłem. Bo tak wypadało. Bo umarła kobieta, która mnie uczyła, jak się żyje. Był jednak sierpień, nad światem jaśniało słońce i nie był to czas na łzy.

Poczułem na rękach delikatne palce ducha. Mrowienie w ciele poprowadziło mnie do miejsc, gdzie pozostały ślady babci. Stanąłem obok małej szafki przy łóżku - jej ołtarzyka ze spinkami do włosów i biżuterią. Pomiędzy opakowaniami lekarstw na nadciśnienie stało oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie. Sięgnąłem po nie drżącymi dłońmi, a jednak trzymałem je pewnie. Byliśmy na nim ja i ona. Jej szeroki uśmiech wylewał się niemal przez ramy, srebrne rozpuszczone włosy skrzyły się od słońca. Kwiaty u jej stóp zdawały się wyrastać jakby wprost z jej sukni.

Zdjęcie zrobiono wczesnym latem. Ja, sześciolatek, uśmiechałem się bardzo nieśmiało, choć byłem na pewno szczęśliwy. Ściskałem sukienkę babci, jak gdybym bał się świata, który mnie dorwie, gdy tylko ją puszczę. Blady pomimo rażącego słońca, z mnóstwem piegów na twarzy i z zawsze tak samo miedzianymi włosami, już wtedy doskonale wiedziałem, że jestem inny od rodziców. Jeden z moich policzków, bardziej napięty od drugiego, przypominał mi, że różnię się też od wszystkich innych ludzi, których znam.

Przejechałem po nim palcem. Byli tacy, którzy kochali ten jego dziwny, zdeformowany kształt. Ja jeszcze nie umiałem go kochać. W najlepsze dni potrafiłem po prostu ignorować tę skórę napiętą tak, jakby miała pęknąć, odsłaniając wydatną kość.

Odłożyłem zdjęcie. Tak, pozostały na nim ślady i mnie, i babci, lecz to nie ono najsilniej mnie przyciągało. Był w tym domu przedmiot, w którego aurze palce niemal tonęły. Gdy go dotykałem, miałem wrażenie, że wypływa z niego światło.

Baśnioteka. Tak babcia nazywała tę rzecz. Teka z baś­niami.

Był to wielki neseser z wpiętymi zadrukowanymi, zapisanymi, pociętymi i posklejanymi kartkami - totalnie patchworkowa tkanina ze zszytych słów. Wszystkie, zdanie po zdaniu, układały się w baśnie. Niektóre z nich babcia wycinała z gazet dla dzieci, inne przepisywała z wypożyczonych książek, część była kserokopiami ze starych wydań. Połączone w jedno, zdawały się nie mieć końca. Jedna opowieść zawsze miała wbudowane w siebie drzwi i okna do kolejnych.

- Baśnie są jak ludzie - powiedziała kiedyś babcia podczas czytania mi tej książki. - Ich historie przeplatają się ze sobą, opowiadają się sobie nawzajem, ciągle na nowo. Kiedy je czytam, zmieniam jakiś fakt tu czy tam, ale początki i zakończenia są mniej więcej zawsze takie same. Najpierw ktoś był, urodził się, zaczął się stawać, a potem uczył się żyć, aż wreszcie już żył, najlepiej długo i szczęśliwie.

- I umierał? - zapytałem.

- Tak, ale przed śmiercią żył.

Kiedy babcia mi czytała, słowa drgały w jej ustach, jakby je wyśpiewywała. Nigdy tak silnie nie wierzyłem w niczyje słowa o tym, że księżniczka zamieniona w żabę mogła pływać w naszym oczku wodnym albo że w lesie spotkam kiedyś wilka, który poprosi o coś z koszyka. Babcia faktycznie często coś w baśniach zmieniała, wkładała w usta postaci nowe słowa, sprawiając, że ścieżka do "żyli długo i szczęśliwie" całkowicie się zmieniała.

- Słowa są omnipotentne - uznała kiedyś.

- Omnipotentne? - Nie znałem jeszcze tego słowa.

- Wszechmocne, jak Bóg. Można nimi stworzyć wszystko. Są niebezpieczne, ale mogą też leczyć. Opowiedz kogoś na nowo, a go zmienisz. Opowiedz go jak Śpiącą Królewnę, która nigdy do końca nie zasnęła, a zacznie żyć najprawdziwiej, jak potrafi. Opowiedz go jak brzydkie kaczątko, które nigdy nie dorośnie, a go zniszczysz.

 

 

 

 

 

3

 

 

 

Odziedziczyłem talent do opowiadania po babci. Nie wiedziałem o tym aż do czasu, gdy pod koniec jej życia zamieniliśmy się rolami. Wtedy to ona słuchała, gdy czytałem jej opowieści z Baśnioteki, przeplatając historie bohaterów tymi, które wyjmowałem z własnej duszy. W ten sposób żyły bardziej, niż gdyby pozostały jedynie literkami na papierze, wiecznie układającymi się w te same zdania.

Kiedy babcia dogasała, zawzięcie czytałem jej te opowieści, pamiętając o tym, co mi powiedziała. Że poprzez opowiadania można kogoś stworzyć od nowa. Tego chciałem dokonać. Po każdej nocy w szpitalu babcia wydawała się zmieniona, bardziej obca. Czy mogłem wyciągnąć z jej zmęczonego ciała obcego ducha i włożyć tam z powrotem ją, tyle że odnowioną? Czy mogłem kupić jej jeszcze kilka lat życia?

Wieść o tych moich opowieściach dotarła też do innych oddziałów szpitala. Rozniosła ją towarzyszka babci z sali - zdumiewająco szybko jak na kogoś z nogą w gipsie. Z dnia na dzień zostałem otoczony wianuszkiem głównie starszych pań, które rozsiadły się na wolnych łóżkach i słuchały moich baśni. Na początku mnie to peszyło, ale szybko nauczyłem się zapominać o tym, że są obok. Ze spojrzeniem zafiksowanym na literach w Baśniotece, które zdawały się czasem uciekać mi sprzed oczu, dzięki czemu myśli mogły sięgać poza to, co napisane, swobodnie improwizowałem nowe słowa i wątki. Kończyłem zawsze tymi samymi słowami, jak nauczyła mnie babcia.

- I żyli długo i szczęśliwie.

Potem zamykałem książkę, przez chwilę trwała cisza, a wreszcie czas znów zaczynał płynąć normalnym, niebaśniowym strumieniem.

- To mi przypomina dzieciństwo - mówiły czasem moje słuchaczki.

Nie potrafiłem myśleć o tych starszych kobietach jak o kimś, kto był kiedyś dzieckiem. Nie wspominając już o tym, że siedziałem wśród nich ja, wtedy szesnastolatek, i czytałem im jak przedszkolanka. Pielęgniarki ani razu nas nie rozgoniły. Same zachęcały mnie do tego, żebym przychodził. Podobno wielu osobom to pomagało. Stan babci się jednak nie poprawiał. Jej chore ciało było odporne nawet na najpiękniejsze historie. Być może duch postanowił odejść i żadne zaklęte słowa nie mogły go powstrzymać.

Gdy umarła, pielęgniarki zapytały, czy mógłbym wciąż czasem wpadać. Szpital był wielki, miał sporo oddziałów, również dziecięce.

- Dzieci z ciężkimi chorobami najbardziej potrzebują nadziei - stwierdziła pielęgniarka oddziałowa.

Okazało się, że to nieprawda. Akurat dzieci zawsze miały w sobie dość nadziei. Im ciężej chorowały, tym bardziej potrafiły się nią dzielić. Choć rzeczywiście, to właśnie one najmocniej pokochały moje baśnie. Bo tylko one potrafiły w pełni uwierzyć w ich moc. Niektórzy myślą, że dzieci nie odróżniają bajek od rzeczywistości. Błąd. Doskonale wiedzą, że bajki to bajki, jednak lepiej od dorosłych potrafią wypielić głowę z myśli, które powstrzymują opowieści od zakiełkowania. Dzieci najdelikatniej pielęgnują swoje baśnie.

Znalazł się też ktoś, kto nieszczególnie lubił moją pracę. Oczywiście mówię o rodzicach, zwłaszcza o mamie. Choć może źle dobieram słowa, twierdząc, że nie lubiła mojej pracy. Raczej się o mnie martwiła, co jest chyba chorobą większości matek. Któregoś dnia - a odwiedzałem wtedy szpital już od czterech miesięcy, dwa razy w tygodniu - poprosiła mnie o rozmowę. Usiedliśmy w salonie naprzeciwko siebie. Mama wciąż miała zmizerowaną twarz, powoli jednak wracał dawny rumieniec, policzki znów stawały się przyjemnie pulchne i miękkie.

- Chodzi ci o szpital, tak? - pomogłem jej zacząć. Była pedagożką szkolną, wierzyłem, że z innymi potrafiła rozmawiać profesjonalnie, w domu była jednak matką, a ja jej synem. Tutaj musiało być nieporadnie, tak było prawdziwiej.

- Zgadza się - przyznała. - Często tam bywasz i... - Uciekła wzrokiem, łapała rozbiegane myśli. W dzieciństwie sądziłem, że myśli są jak opowieści, że unoszą się nad sufitem i wpadają ludziom do głowy. - To jest piękne, szlachetne - mówiła dalej z naciskiem. - To, że pomagasz tym ludziom. - Jej twarz się zarumieniła. Uwierzyłem wtedy, że wreszcie mama do mnie wróci. Mama, która pogodziła się ze śmiercią babci. - Wiesz, mogę się uważać za szczęściarę, bo nie spełnił się ani jeden z moich koszmarów - śmiała się. - Nie miałam z tobą żadnych kłopotów i to naprawdę godne podziwu, że tak się angażujesz w pomoc innym. - Zatrzymała wzrok na niskiej oszklonej ławie, po czym powoli przeniosła go na mnie. - Ale masz szesnaście lat i nie wolno mi o tym zapominać. A ten szpital... - Wzdrygnęła się.

Ludzie unikają słowa "szpital", zupełnie jakby już samo w sobie przynosiło chłód i pachniało środkami dezynfekującymi. Dla mnie, po tak częstych wizytach tam, stało się ono naturalne.

Kolejne pytanie mamy zapadło ciężko i stanowczo:

- Czy ty zbyt wiele na siebie nie bierzesz?

Przez kilka chwil wpatrywałem się w swoje niewyraźne odbicie w szkle ławy. Tylko zarys sylwetki, nic więcej - jakbym był pustą formą, którą trzeba wypełnić. I przysięgam, że wciąż próbowałem to zrobić, wciąż wypełniałem się jakąś treścią, chciałem zrobić sobie zapasy osobowości na całe życie. Żebym był jakimś kimś, nie żadnym nikim. Udzielanie się w szpitalu chyba pomagało mi stawać się kimś.

- Myślałem o tym - odparłem. - Kiedy tylko pielęgniarki poprosiły mnie, żebym dalej przychodził, to było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Czy to nie będzie dla mnie za dużo. - To pytanie nasuwało się przecież samo. Musiałem je sobie zadawać. - Ale prawda jest taka, że ja... - Zawahałem się, bo trochę się bałem tych kolejnych słów. - Ja się tam zwyczajnie dobrze czuję.

Mama drgnęła, rozchyliła usta, jakby chciała jęknąć ze strachem.

- I nie chodzi o to, że robię coś... dobrego, nie w tym rzecz - ciągnąłem. - Wracam stamtąd jakby doładowany, jakby to było moje miejsce na ziemi. No, jedno z wielu miejsc - dodałem szybko, by już bardziej jej nie niepokoić.

Myślę, że próbowała zgadnąć, czy moje wizyty w szpitalu - udzielanie się - nie są wynikiem braku czegoś w domu. Tego nigdy nienazwanego czegoś, czego wiecznie i wszędzie się szuka z przekonaniem, że na pewno gdzieś tam jest - już za rogiem, za dwa lata, za dekadę - i w końcu się to zobaczy. Ja jednak nie analizowałem tych spraw. Nie szukałem na siłę wyjaśnień. Po prostu. Dobrze czułem się w szpitalu, wśród tych ludzi, których mogłem obsadzać w swoich baśniach - sprawiać, by poprzez samo wysłuchiwanie stawali się zaczarowanymi bohaterami. Czy nie mogło tak być i już?

- Mamo, sądzisz, że to nienormalne? - zapytałem.

- Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy, Kaj - odparła po dłuższym namyśle.

Nie była to może konkretna odpowiedź, ale przynajmniej wyraz akceptacji. Dalej chodziłem więc do szpitala, czytałem, opowiadałem i słuchałem.

Potem odbyliśmy podobną rozmowę jeszcze raz, gdy zacząłem ostatni rok liceum. Mama miała wtedy solidniejsze argumenty, żeby zasugerować mi zrezygnowanie z częstych wizyt w szpitalu. Wtedy jednak niemal wrosłem w tamto miejsce i nie sądziłem, by cokolwiek mogło to zmienić.

- Nauka... Wiesz, bo nauka... - Mama tak często powtarzała to słowo, że praktycznie przestałem słyszeć wszystkie obok niego.

- Dam sobie radę - obiecałem - a jak będzie źle, to przemyślę sprawę.

Nie zapytałem już, czy jestem normalny. Nadal nie znałem odpowiedzi na to pytanie, jednak po kilku latach od zadania go po raz pierwszy już jej nie potrzebowałem. Najważniejsze, żebym był szczęśliwy.

 

 

 

 

 

4

 

 

 

Pacjenci byli najróżniejsi. Każdy zostawił we mnie jakiś ślad. Ciągle pamiętam panią Żanetę, której chyba nigdy nie zastałem w piżamie. Zawsze wyglądała tak, jakby już zaraz miała wychodzić, choć odkąd ją zabrali, została w szpitalu aż do śmierci. Przejęła na wyłączność całą szafę w swojej sali. Trzymała tam masę sukienek, torebek, kapeluszy. Urządziła sobie w szpitalu mieszkanko, które wyglądało jak ciepły, kolorowy świat, zaklęty w chemicznej bieli większej rzeczywistości.

- Byłam dawniej aktorką - wyznała mi, gdy tylko zwróciłem jej uwagę swoim czytaniem-opowiadaniem baśni. - Miałam dawniej taką dykcję jak ty i równie dobrze grałam każdą tę historię.

Zawsze było w jej słowach to "dawniej". Dawniej była taka, dawniej było tak. Jakby mówiła o świecie, który zniknął w chwili, gdy zamieszkała w szpitalu. Chorowała na raka jelita cienkiego, ale o tym nie chciała mówić. Opowiadała tylko o sztukach, w których zagrała, o aktorach, których poznała. Wszystkie wymieniane przez nią nazwiska brzmiały mi obco.

To właśnie przed Żanetą dokonałem pierwszego coming outu. Właściwie wyszło to od niej.

- Jesteś taki... swój, Kajetanie - stwierdziła już trzeciego dnia naszej znajomości.

- Swój? - Choć słowa były tak proste, poczułem w nich osobliwą nutę. Jakby stał za nimi jakiś sekret.

- Swój chłop. Tak ich nazywam. - Nie patrzyła na mnie. Układała fryzurę przed lustrem. - Mówię o tych mężczyznach z teatru. - Mówiła niemal znudzonym głosem. - Tych bardziej artystycznych, delikatnych, wrażliwych, czujących głębiej i mocniej. No i lubiących te same rzeczy co my, kobiety.

Prawie sparaliżowany, czułem, jakby odkryła mój najgłębszy sekret, który przecież i tak przez cały czas był na wierzchu. A ponieważ wymieniła chyba wszystkie stereotypy na temat gejów, jakie zna świat, było oczywiste, do czego zmierza.

- Te same rzeczy? - rzuciłem jednak.

Z łagodną miną przywołała mnie do siebie, przed lustro.

- No sam powiedz - ciągnęła - na widok czego mocniej bije ci serce? Damy w pięknym kapeluszu i z gorsetem na piersiach czy może kawalera w mundurze i z szabelką u boku?

I zanim zdążyłem odpowiedzieć, że gorsety dawno wyszły z mody, a szabelki mogą się kojarzyć nie tak, jak by chciała, odpowiedziała sobie sama:

- Oczywiście, że wolisz to drugie.

Potem milczeliśmy, wpatrzeni nawzajem w swoje oczy. Czytała ze mnie, wyciągała z mojej duszy baśń, którą chciałem ukryć.

- Ta twoja babcia, dzięki której tu jesteś, wiedziała? - spytała.

Pokręciłem głową.

- Nie wiedziała.

Dziwnie było to przyznać. Nie wiedziała. Skoro uważałem babcię za tak ważną, to dlaczego jej nie powiedziałem? Czy mogłem faktycznie twierdzić, że byliśmy sobie bliscy, skoro nie znała prawdziwego mnie? O ile to faktycznie czyniło mnie bardziej prawdziwym.

Czasem wciąż nie wiem, co jest prawdziwe. W świecie i we mnie. Czy chodzę prawdziwy po nierzeczywistym świecie? A może tworzę bajkę o sobie w rzeczywistości, która pragnie tylko tego, by mnie pożreć i przemielić na coś bardziej zwyczajnego? Uczynić mnie solidnym, żebym był mniej jak chmury, a bardziej jak kamienie?

- Ona... chyba wiedziała - stwierdziłem. - Nawet jeśli jej tego nie powiedziałem.

Tak, myślę, że babcia musiała wiedzieć. Domyślać się. Nigdy mnie o to jednak nie pytała. Czy to dlatego, że nie uznawała mnie za innego? Albo nie potrafiła tego w pełni zaakceptować?

- Pani jest pierwsza - wyznałem.

Jej wielkie oczy przybrały na moment taki wyraz, jak gdyby oglądała nimi nowy świat.

- Pierwsza - powtórzyła głęboko, sama do siebie. - Więc aż tak bardzo mi zaufałeś...

Posmutniała, a ja nerwowo się zaśmiałem.

- Trochę sama to pani ze mnie wyciągnęła.

- Och, wiesz, Kajetanie, wielu znałam chłopaków i mężczyzn podobnych do ciebie. Taki mieli do mnie pociąg, że jednego prawie poślubiłam! Źle by się to dla niego skończyło, nie sądzisz? - Z figlarnym uśmiechem zaczęła na nowo układać włosy.

- Ożenić się z panią? To byłby zaszczyt! - zażartowałem.

Przełknęła ślinę, a wraz z nią jakąś gorzką, samotną myśl.

- Tamten niedoszły mąż... - zaczęła. - On kiedyś zakochał się w innym mężczyźnie, równie pięknym i delikatnym jak on. Ale nie mogli być razem, a tamten zginął w trakcie wojny, więc... - Jej dłonie zatrzymały się nad niedokończoną fryzurą, a potem opadły na kołdrę, jakby pozbawione mocy. - Mój ukochany przyjaciel nie mógł o tym nikomu powiedzieć, musiał milczeć na temat swojej miłości. Nie mógł z nikim podzielić się swoim bólem, więc pewnej nocy pobiegł na puste pole zboża i tam krzyczał. Długo i rozpaczliwie, przeklinał cały świat i pozbawionego miłości Boga. A potem... - Przeszyła mnie spojrzeniem. - A potem pękło mu serce - powiedziała. - Wyobrażasz to sobie, Kajetanie? - Drżącą ręką ścisnęła mi palce. - Serce pękające z miłości? Jak to w ogóle możliwe, by serce pękło?

Nie znałem odpowiedzi.

Nie wiem, czy ta historia była prawdziwa, a jednak Żaneta opowiedziała ją z takim przekonaniem, że do dziś wyobrażam sobie jej przyjaciela, samotnego na polu zboża i wykrzykującego imię swojego kochanka do ciemnego nieba.

- Ale ty nie będziesz jak on. - Żaneta pokręciła głową. - Nie możesz być jak on.

- Nie będę - odparłem z uśmiechem. - Mamy inne czasy.

Jej ostre rysy złagodziła nagła czułość. Sięgnęła ręką w stronę mojego policzka. Zastygłem, jak zawsze, gdy ktoś to robił.

- Och, jaki ty jesteś brzydki - powiedziała w przypływie szczerości, gładząc moją twarz. - A przy tym jaki niemożliwie piękny.

Dwa tygodnie później umarła, zostawiwszy mi słowa. I te piękne, i te brzydkie.

 

 

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

Część I: KOLEKCJONER BAŚNI

1

2

3

4

5

6

7

 

Część II: BYŁ SOBIE CHŁOPAK...

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

 

Część III: WYKRADZIONE MARZENIA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

 

Część IV: OPOWIEDZ MNIE NA NOWO

1

2

3

4

5

6

7

 

Część V: BAŚŃ, KTÓRĄ O TOBIE ZANUCĘ