1
Nie płakałem na pogrzebie babci.
Już wtedy wydawało mi się to dziwne, a teraz, choć minęły ponad trzy lata, wciąż tego nie rozumiem. Byliśmy bardzo zżyci. To ona nauczyła mnie przechadzać się przez życie tak, by tylko lekko dotykać stopami ziemi, a sercu zawsze kazać bić dla świata marzeń. Mówiła, że każdy powinien się nimi czasem karmić - inaczej nie dało się wytrzymać w rzeczywistości ze stali i marmuru.
Powinienem był więc się posypać, kawałki mojego życia powinny upaść u moich stóp. Być może do dziś bym je zbierał. Powinienem był stracić kierunkowskaz, pogubić się w labiryncie swojego szesnastoletniego wtedy życia. W końcu zostałem odcięty od tlenu, którym były dla mnie opowieści babci. Opowiadała nieustannie. Opowiadała wszystko. Ziemię, słońce, robaki kopiące tunele w ciemności, opowiadała samą siebie i innych ludzi. Czasem sądziłem, że to dzięki jej szeptom świat się w ogóle kręcił, odnajdywał swoje tory. Bo ona doradzała księżycowi, jak świecić, i morzu, kiedy szumieć. Nigdy nie wiedziało się, co w jej opowieściach było prawdą, a co wymysłem. W ustach babci słowa tańczyły jak wiecznie żywe baśnie.
A jednak się nie posypałem.
Jej śmierć była lekka. Jak pociągnięcie słabego, srebrnego włosa ze starej głowy. Babcia wyrywała je czasami rankiem przy rozczesywaniu, a potem zawijała sobie pojedynczy włos wokół palca. Nie wiem po co. Kiedyś powiedziała mi, że włos będzie ofiarą dla mieszkających w lesie wróżek, ale ja już wtedy nie wierzyłem we wróżki.
Babcia chciała umrzeć. W ostatnich tygodniach przed śmiercią męczyła się w szpitalu, stała się jakaś mniejsza, chudsza. Tamto mizerne, skurczone ciało nie mogło już dłużej pomieścić w sobie jej wielkiego ducha. Przychodziłem do niej codziennie, na kilka godzin, a ona prosiła, żebym - jeśli akurat zacznie umierać - nie próbował jej zawrócić z drogi.
- Powiedz Królowej Śniegu, żeby ruszyła ten lodowaty tyłek - mówiła - bo zaraz powyrywam te wenflony.
Królowa Śniegu. Tak babcia nazywała śmierć. Naprawdę miała fioła na punkcie baśni. Kiedy rodzice wybrali dla mnie imię Kajetan, ucieszyła się, że będzie mogła mówić do mnie Kaj. Byłem więc małym Kajem, a ona moją babcią i zawsze, gdy się gdzieś zawieruszyłem albo gdy zrobiłem coś nie tak jak trzeba, wysyłała do mnie wymyśloną Gerdę. A Gerda zawsze wiedziała, jak mnie odnaleźć i naprostować.
Przed pogrzebem ciało leżało w odsłoniętej trumnie w salonie. Nie w domu babci, tylko u nas, w sensie u mnie i rodziców. Tak było wygodniej, bo mieszkamy bliżej kaplicy. Ludzie przychodzili, żeby dotknąć babci i się z nią pożegnać. Dla mnie ten zwyczaj był niezrozumiały, choć przecież wcale nie obcy. Patrzyłem na nich tak, jakbym oglądał makabryczny rytuał.
Nie podchodziłem do trumny wraz z innymi. A było ich wielu - dalsza rodzina, sąsiedzi, koleżanki z klubiku powieściowego. Dopiero późnym wieczorem, kiedy mama i tata spali, w końcu podszedłem do trumny. Co mną kierowało? Dreszcz ekscytacji? Chęć muśnięcia jakiejś niewyrażalnej tajemnicy, której rąbek można było jedynie lekko uchylić, ale nigdy nie dało się jej w pełni pojąć? A może chodziło po prostu o poczucie obowiązku? Wszyscy żegnali babcię przez dotyk, więc pewnie i ja powinienem tak zrobić. Nazywała mnie czasem swoją ukochaną istotą na świecie. Ukochana istota nie mogła brzydzić się jej ciała.
Delikatnie pogładziłem jej zimną dłoń. Mój ciepły palec wyżłobił purpurowe wgłębienie na jej zimnej, sztywnej skórze.
Niczego nie poczułem. Ciało było puste, nie pozostał w nim nawet najmniejszy ślad ducha. Nie wierzyłem, że mógł się tam wciąż tlić. W to, że istniał tam kiedyś, wcale nie wątpiłem. Już sam fakt, że teraz ciało było puste, musiał świadczyć o tym, że kiedyś mieszkał w nim duch. Ale już odszedł. To było już tylko ciało - nie babcia. Ono - nie ona. Nic - nie coś, co można kochać.
Nie pamiętam mszy. Podobno ksiądz w trakcie kazania mówił coś o mnie, ale słowa nie trafiły do uszu. Wspominał o owcach, które "się oddaliły". Zamiast się na tym skupiać, zapatrzyłem się w barwne kościelne witraże i rozmyślałem o rzeczach, które mógłbym zobaczyć, gdybym wstał i ruszył przed siebie. Oddalałbym się coraz bardziej i bardziej, aż doszedłbym do końca świata, zatrzymałbym nad przepaścią i pomyślał: skoczyć czy nie.
Nie było mi po drodze z Kościołem bardziej niż jemu ze mną. Mogę to zaakceptować. Nie wierzę w ich wizję nieba i wiecznej szczęśliwości. Najbliżej Kościoła byłem wtedy, gdy całowałem się ze swoim pierwszym chłopakiem w zakrystii, tuż przed mszą. Był ministrantem. Zapomnieliśmy wtedy o całym świecie i prawie nakrył nas kościelny. Dziś ten chłopak ma dziewczynę i podobno planują ślub. Czy życie jest dziwne? A może raczej przewidywalne?
Na cmentarzu patrzyłem, jak trumna opada w świeżo wykopany dół. To było spokojne i powolne, a jednak emocje narastały we mnie tak, jakbym obserwował zbliżające się tsunami. Fala opadła, gdy zerknąłem na tabliczkę nad grobem:
KATARZYNA KOS
żyła 79 lat
Życie zamknęło się w dwóch cyfrach i w jednej liczbie. Ale Katarzyna Kos nie była już moją babcią. Ani te cyfry, ani to imię już jej nie więziły, kos z jej nazwiska uleciał i teraz było ono tylko trzema martwymi literami wyrytymi w kamieniu. Katarzyna Kos stała się zapiskiem w historii, a dusza babci mogła wreszcie tworzyć nowe baśnie gdzieś wyżej, ponad niebem.
Po pogrzebie mieliśmy małą stypę. Kolejny zwyczaj, który znam, a jednak wydaje mi się obcy. Czasami czuję się jak kosmita, który przybył z daleka i wszystko go dziwi.
Rodzina Kosów, od strony mamy, i Miłków, od strony taty, zjechała się, żeby coś powiedzieć, uścisnąć nam ręce, skłamać, jak bardzo im przykro. Potem dalecy wujkowie i ciotki, kuzynki i sąsiedzi, ludzie obcy i bardziej obcy podawali sobie szklanki i komplementowali ciasto z wiśniami. "Ty je zrobiłaś, Dorotko?" - tak ma na imię moja mama. "Nie, nie ja, kupiłam". "A gdzie?" "Wiesz, w takiej kawiarni tu obok". "Za rogiem?" "No tak, za rogiem". "Zmarła też umiała dobrze piec, ale - jak zauważył pewien wujek ze smutkiem na szybko doklejonym do wąsatej twarzy - więcej już na pewno żadnego nie upiecze".
Większość stypy przesiedziałem w kuchni. Wolałem uniknąć bycia zaczepianym spojrzeniami i wypytywania o wszystko, co tak mało ważne w życiu. Miałem co robić, bo ciągle znajdowały się nowe naczynia do mycia.
W którymś momencie przyszła do mnie mama.
- Nie pożegnałeś się z babcią - powiedziała.
To nie był zarzut. Nie było to też stwierdzenie. Raczej pytanie, które zadała nie mnie, ale samej sobie. Mama często kwituje to, co robię i mówię, zagadkowym spojrzeniem. Jakby ciągle jeszcze szukała sposobu, by do mnie trafić. Wpatrywała się we mnie ciemnymi oczami, próbując odnaleźć tę część mojej twarzy, która zdradziłaby jakąś tajemnicę. Brew, kącik ust, zmarszczka grymasu? Okrągłe policzki mamy zapadły się w tamtym czasie, zmizerniała i potrzebowała potem jeszcze wielu miesięcy, by dojść do siebie.
Wzruszyłem ramionami. Nie po to, żeby ją zbyć. Po prostu nie wiedziałem, czy pożegnałem się z babcią, czy nie. Czy można pożegnać się z ciałem, kiedy nie ma w nim kogoś, kto słyszy? Czy jest sens żegnać się z duchem, skoro podobno one są nieśmiertelne?
- To wszystko wydaje mi się puste. - Odłożyłem na stosik kolejny porcelanowy talerz.
Mama śledziła moje machinalne ruchy. Niemal słyszałem, jak jej myśli przyspieszyły.
- Co jest puste?
- To wszystko. Wszystkie te rytuały, cały ten pogrzeb. Niby miało chodzić o babcię, ale nie było jej tam... wystarczająco. - Westchnąłem i oparłem się o zlew. - Wydaje mi się, że chyba nigdy jej do końca nie pożegnamy.
Mama położyła dłoń na moim chudym ramieniu.
- Wiem.
Jej dotyk był ciepły i drżący. Trzymała mnie tak, jakbym był małym, barwnym fragmentem jej rzeczywistości, o który wciąż musiała się troszczyć.
Byłem inny od niej. W ogóle różniłem się od reszty rodziny. Mój wygląd nie pozostawiał tu złudzeń. Jedyny blady, niski rudzielec wśród ludzi o zwykle ciemnych włosach i ciemniejszej karnacji, często rosłych.
Babcia też była inna. Dlatego byliśmy sobie tak bliscy. Dwie inne osoby żyjące w jednym świecie zawsze wiedzą, że nigdy nie będą takie same jak większość, łatwiej więc im siebie nawzajem akceptować. A jednak to nie ja szlochałem po babci przez całą kolejną noc, tylko mama. Może dlatego, że w chwili jej śmierci musiała zaakceptować to, że już nigdy nie zdoła poznać jej tak, jak tego całe życie pragnęła. Nawet jako dziecko rozumiałem, że były jak dwie odrębne planety. Orbitowały jedna wokół drugiej - z troską, z miłością - ale nigdy się nie dotknęły. To chyba dobrze, bo dzięki temu uniknęły kolizji.
- Pamiętasz? - Mama się uśmiechnęła. - Babcia zawsze powtarzała, że byłeś jej błogosławieństwem. - Wyciągnęła ręce w moją stronę. - Dla mnie też nim jesteś.
Przytuliła mnie. Pozwoliłem sobie przez chwilę czuć jedynie woń jej hebanowych perfum. Zapach sosnowej trumny drażnił mi jeszcze nos, ale coraz szybciej się ulatniał.
- Będzie dobrze. - Głos mamy rozbrzmiał ciepłą nutą tuż przy moim uchu.
- Wiem.
Wtedy w to nie wątpiłem. Miałem szesnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej pokonałem depresję. To nie był czas, by wątpić.