Opowiedz mi o nas - Denise Hunter

Kup ebooka

49.90 zł
40.72 zł (40,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Tego dnia, który miał za­wa­żyć na jego przy­szłych lo­sach, Jo­nah Lan­dry po­sta­no­wił zna­leźć so­bie ja­kieś za­ję­cie. To­też gdy do jego uszu do­bie­gło dy­cha­wiczne rzę­że­nie sa­mo­chodu te­re­no­wego sio­stry, za­marł z sie­kierą za­wie­szoną nad głową.

Na­resz­cie.

Opu­ścił sie­kierę i wbił ją w pień, roz­łu­pu­jąc go na pół. Po­tem chwy­cił ko­szulę i ru­szył w górę zbo­cza po za­le­sio­nym te­re­nie ośrodka. Dy­wan z so­sno­wych igieł tłu­mił jego nie­cier­pliwe kroki. Po­pi­ski­wa­nie wie­wiórki do­da­wało mu otu­chy. Wziął głę­boki od­dech, wdy­cha­jąc rześ­kie je­sienne po­wie­trze prze­sy­cone za­pa­chem dymu z wczo­raj­szego ogni­ska.

Szybko po­ko­nał od­le­głość, sa­dząc dłu­gie kroki. Wła­śnie wkła­dał ko­szulę, gdy Meg wy­sia­dła z sa­mo­chodu.

Jej kasz­ta­nowe włosy, spły­wa­jące fa­lami do ra­mion, lśniły w słońcu, a blada skóra za­ru­mieniła się pod­czas jazdy do Por­ts­mouth je­epem po­zba­wio­nym kli­ma­ty­za­cji.

- Wiesz, że mamy rę­bak do drewna, prawda? Czy może mia­łeś na­dzieję, że Lau­ren za­uważy twój sze­ścio­pak i ob­ślini się na twój wi­dok?

- To się na­zywa "roz­ła­do­wy­wa­nie stresu". Gdzie to masz?

Spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem.

- Co gdzie mam?

Serce za­marło mu w piersi. Ogar­nięty pa­niką, wstrzy­mał od­dech.

- Tylko żar­to­wa­łam - za­szcze­bio­tała i uśmiech­nęła się, jakby smar­kula nie wie­działa, że gra to­czy się o całą jego przy­szłość.

Już miał ją udu­sić, gdy wci­snęła mu do ręki nie­wiel­kie kre­mowe opa­ko­wa­nie. Chwy­cił je i wy­jął ze środka pu­de­łeczko ob­szyte nie­bie­skim ak­sa­mi­tem.

- Nie ma za co. Mu­sia­łam za­par­ko­wać trzy prze­cznice da­lej i cze­kać pięt­na­ście mi­nut, za­nim wresz­cie...

- Dzię­kuję.

Wieczko za­skrzy­piało ci­cho, gdy je uchy­lił, a w środku... znaj­do­wało się to, czego szu­kał, we­tknięte w mięk­kie nie­bie­skie gniazdko. Jego złość roz­wiała się ni­czym je­sienna mgła nad je­zio­rem.

Lau­ren bar­dzo się zmie­niła przez pół roku, od­kąd przy­szła do pracy w ośrodku So­snowy Raj, ale na­dal miała sła­bość do bły­sko­tek. A owalny dia­ment lśnił ośle­pia­ją­cym bla­skiem.

Dzi­siaj wie­czo­rem za­bie­rze ją na ko­la­cję do re­stau­ra­cji Por­to­wej. Po­tem wy­biorą się na prze­jażdżkę po je­zio­rze tą samą łódką, na któ­rej wy­znał jej mi­łość mie­siąc temu. Wspo­mnie­nie tej chwili spra­wiło, że za­lała go fala go­rąca. Kiedy na niego pa­trzyła z mi­ło­ścią w swo­ich pięk­nych oczach, za­sta­na­wiał się, czy umarł i po­szedł do nieba. Co ta­kiego zro­bił, żeby za­słu­żyć so­bie na tę piękną, silną ko­bietę?

Śmiech Meg prze­rwał te przy­jemne roz­my­śla­nia. Jo­nah skrzy­wił się, wi­dząc kpinę w jej oczach.

- Co?

- Kom­plet­nie stra­ci­łeś głowę - za­śmiała się.

Jed­nym klap­nię­ciem za­mknął pu­dełko, nie za­mie­rza­jąc zło­ścić się w tym wy­jąt­ko­wym dniu.

- Przy­mknij się.

Kilka ty­go­dni temu zo­ba­czył ten pier­ścio­nek na wy­sta­wie skle­po­wej w Por­ts­mouth, ale wie­dział, że było za wcze­śnie na oświad­czyny. Och, tak bar­dzo chciał po­jąć ją za żonę. Od razu wie­dział, że jest mu prze­zna­czona. No, może od razu po tym, jak prze­stał ją nie­na­wi­dzić. Ale nie miał pew­no­ści, czy Lau­ren czuła to samo.

Aż do chwili, gdy dwa ty­go­dnie temu sie­dzieli w al­ta­nie w parku Nad Za­toką. Niebo prze­ci­nały ró­żowe smugi za­pa­da­jące ni­czym lśniąca kur­tyna, gdy słońce scho­dzi ze sceny.

Oparła głowę na jego ra­mie­niu, a dłoń na jego piersi.

- Chyba mo­gła­bym tu zo­stać na za­wsze.

Nie­czę­sto tak się otwie­rała, od­kry­wała. Sta­rał się nie za­re­ago­wać zbyt prze­sad­nie, choć sły­sząc to, nie mógł po­wstrzy­mać gwał­tow­niej­szego bi­cia serca.

- W So­sno­wym Raju?

Moc­niej się przy­tu­liła, ukry­wa­jąc twarz w jego piersi, nie­śmiała jak ni­gdy.

- W two­ich ra­mio­nach.

Na­stęp­nego dnia Jo­nah za­dzwo­nił do firmy ju­bi­ler­skiej Gar­rett i ku­pił pier­ścio­nek.

- W co się ubie­rzesz?

Py­ta­nie sio­stry zmu­siło go do po­wrotu na zie­mię.

- Nie wiem. W ja­sne spodnie i ko­szulę. Chyba.

Meg prze­wró­ciła oczami. Wy­glą­dała bar­dziej na szes­na­ście lat niż na swoje dwa­dzie­ścia je­den.

- Włóż ele­ganc­kie gra­na­towe spodnie, brą­zowe oks­fordki, pa­sek pod ko­lor i nie­bie­ską ko­szulę - pa­suje ci do ko­loru oczu, a Lau­ren ją uwiel­bia.

- Na­prawdę?

- Nie za­kła­daj ma­ry­narki, bo za­cznie coś po­dej­rze­wać. Ni­gdy nie no­sisz ma­ry­na­rek.

- Tro­chę za bar­dzo się wy­mą­drzasz.

Cza­sami za­po­mi­nał, że jego sio­stra jest już do­ro­sła. Nie mógł uwie­rzyć, że była kie­dyś tą małą pie­go­watą dziew­czynką, któ­rej po­ma­gał w al­ge­brze i che­mii.

- Za­re­zer­wo­wa­łeś sto­lik, prawda? W so­botę wie­czo­rem w Por­to­wej robi się tłoczno.

Daj mi po­my­śleć.

Umknął spoj­rze­niem przed jej wzro­kiem.

- O któ­rej go­dzi­nie mam przy­pro­wa­dzić łódź do przystani?

- Za­raz po tym, jak wy­je­dziemy na ko­la­cję.

Co po­my­śli Lau­ren, kiedy zo­ba­czy ich łódź tuż przy re­stau­ra­cji Por­to­wej? Czy do­my­śli się, co się za chwilę sta­nie? Co wtedy po­czuje? Eks­cy­ta­cję? Zde­ner­wo­wa­nie?

- Wiesz, co masz po­wie­dzieć, tak?

- Wy­daje mi się, że wy­star­czy tra­dy­cyjne py­ta­nie: "czy wyj­dziesz za mnie?".

Meg wes­tchnęła.

- Mógł­byś się tro­chę bar­dziej po­sta­rać. To ma być naj­bar­dziej roman­tyczna chwila w jej ży­ciu.

Po­czuł ucisk nie­po­koju w gar­dle.

- Ła­two ci mó­wić.

- Po pro­stu po­wiedz jej, co czu­jesz - od­parła. - Czy to ta­kie trudne?

Już wcze­śniej długo nad tym my­ślał. Przy­szło mu do głowy kilka po­my­słów. Ale nie chciał uczyć się na pa­mięć żad­nej prze­mowy. Nie chciał go­to­wego sce­na­riu­sza. To miało pły­nąć pro­sto z serca, spon­ta­nicz­nie. Oby tylko serce go nie za­wio­dło.

A kiedy skoń­czy, ona uśmiech­nie się do niego sze­roko, spoj­rzy na niego swo­imi błysz­czą­cymi zie­lo­nymi oczami prze­peł­nio­nymi szczę­ściem, może na­wet lśnią­cymi od łez... i po­wie "tak".

My­śli za­wi­ro­wały mu w gło­wie. Zie­mia za­drżała pod sto­pami. Zgo­dzi się, prawda?

Spo­ty­kali się od nie­dawna, ale Jo­nah był pe­wien swo­ich uczuć. Co nie­ko­niecz­nie ozna­czało, że ona też. Może po­trze­bo­wała wię­cej czasu. Nie wy­cho­wała się w cie­płym domu z do­brym wzo­rem mi­ło­ści i mał­żeń­stwa. Trzę­sły mu się ręce, gdy wkła­dał do kie­szeni pu­dełko od ju­bi­lera. Nie tra­fił. Mo­co­wał się z kie­sze­nią, aż w końcu pu­dełko upa­dło na zie­mię.

Meg pod­nio­sła je i się ro­ze­śmiała.

- Spójrz na sie­bie. Wszystko ci leci z rąk. Wy­lu­zuj, bę­dzie do­brze. Ona ni­czego nie po­dej­rzewa.

W tym mo­men­cie nie to sta­no­wiło jego naj­więk­sze zmar­twie­nie. Czy nie za­nadto się po­spie­szył? Dla­czego le­piej tego nie prze­my­ślał? A co, je­śli jego oświad­czyny wy­stra­szą ją na do­bre?

- W sen­sie: ni­czego nie po­dej­rzewa, bo dzi­siej­szy wie­czór wy­daje się zu­peł­nie zwy­czajny, czy ni­czego nie po­dej­rzewa, bo jest o wiele za wcze­śnie na po­dej­mo­wa­nie waż­nych ży­cio­wych de­cy­zji i ona na­wet nie jest pewna, czy je­stem tym męż­czy­zną, z któ­rym chcia­łaby się zwią­zać?

Meg prze­chy­liła głowę i roz­sze­rzyła usta w uśmie­chu.

- Och, je­steś taki słodki, gdy tar­gają tobą wąt­pli­wo­ści. Będę miała co opo­wia­dać Lau­ren, kiedy już bę­dzie miała pier­ścio­nek na palcu. A bę­dzie miała pier­ścio­nek na palcu - do­dała.

Meg po­kle­pała go po ra­mie­niu, skrzy­wiła się, gdy oka­zało się spo­cone, i cof­nęła rękę.

- Zgo­dzi się, bra­chu. Czy kie­dy­kol­wiek prze­czu­cie mnie za­wio­dło?

- A kie­dyś w gim­na­zjum...

- Pro­szę cię. Mo­głeś wy­brać dużo le­piej niż Maddy Ben­ton.

Jego sio­stra już jako chuda na­sto­latka miała wy­jąt­kową in­tu­icję. I choć lu­biła się z nim dro­czyć, za­wsze kie­ro­wała się jego do­brem. Ona i Lau­ren zbli­żyły się do sie­bie przez lato. Je­śli Lau­ren nie czu­łaby się go­towa do związku, Meg by o tym wie­działa.

- Prze­stań się za­mar­twiać. To bę­dzie wspa­niały wie­czór. - Po­de­szła do ba­gaż­nika sa­mo­chodu. - A je­śli chcesz roz­ła­do­wać stres, mo­żesz mi po­móc to wy­pa­ko­wać.

Jo­nah spoj­rzał na ze­ga­rek i się­gnął po torbę. Zo­stały trzy go­dziny.

Z miej­sca nad za­toką, w któ­rym się znaj­do­wała, uko­chany pro­jekt Lau­ren Wen­tworth był tylko plamą wy­bla­kłej czer­wieni prze­zie­ra­jącą spo­mię­dzy le­śnej gę­stwiny. Drzewa do­piero za­czy­nały przy­bie­rać je­sienne barwy, odro­biny zło­tego i po­ma­rań­czo­wego na tle ciem­no­zie­lo­nych so­sen. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że je­sień w New Hamp­shire ją za­chwyci.

Prze­cią­gnęła wio­słami po wo­dzie, kie­ru­jąc łódź w stronę po­mo­stu, gdzie cze­kał jej pies, Gra­ham. Jego żółta sierść lśniła w pro­mie­niach słońca.

- Ko­cha­nie, spójrz - po­wie­działa Beth Ca­bot sie­dząca z tyłu ło­dzi. - To nur.

Geo­rge uniósł swój sta­ro­świecki apa­rat i zro­bił zdję­cie.

- Tro­chę się spóź­nił nad Atlan­tyk, prawda, Lau­ren?

- Cza­sami młode zo­stają dłu­żej niż ich ro­dzice.

Od przy­jazdu w marcu Lau­ren wiele do­wie­działa się o nu­rach. Wiele do­wie­działa się o róż­nych rze­czach.

Pod­pły­nęła bli­żej Gra­hama i przy­stani na­le­żą­cej do So­sno­wego Raju. Ruch w ośrodku osłabł od ze­szłego ty­go­dnia, po dłu­gim week­en­dzie. Se­zon letni ofi­cjal­nie do­biegł końca i te­raz ich go­ści sta­no­wiły głów­nie star­sze mał­żeń­stwa. Nie­któ­rzy nie da­liby so­bie rady na wo­dzie bez po­mocy. Mi­ło­śnicy je­sien­nych li­ści mieli wkrótce przy­być tłum­nie do stanu New Hamp­shire, ale do szczytu se­zonu bra­ko­wało jesz­cze kilku ty­go­dni.

Lau­ren bę­dzie mo­gła wresz­cie za­jąć się sto­dołą sto­jącą na te­re­nie po­sia­dło­ści, w są­siedz­twie ośrodka. "Po­sia­dło­ścią re­zer­wową", jak ją na­zwał Tom Lan­dry. Lau­ren na­tknęła się na tę starą bu­dowlę przy­pad­kiem, w mo­men­cie, w któ­rym jesz­cze my­ślała, że praca w ośrodku jest tylko tram­po­liną do wy­ma­rzo­nego sta­no­wi­ska w Bo­sto­nie.

Ależ się po­zmie­niało... Ostatni raz po­cią­gnęła wio­słami i łódź pod­pły­nęła do po­mo­stu.

Gra­ham wstał, ma­cha­jąc ogo­nem, z na­sta­wio­nymi uszami i błysz­czą­cymi brą­zo­wymi oczami.

- Tę­sk­ni­łeś za mną, przy­ja­cielu?

Lau­ren chwy­ciła słu­pek, przy­cią­gnęła łódź i wpraw­nym ge­stem za­wią­zała linę wo­kół knagi. Po­dała rękę star­szym pań­stwu, któ­rzy, choć po sie­dem­dzie­siątce, wciąż wy­da­wali się cał­kiem dziar­scy.

- Dzię­ku­jemy, ko­chana. - Po zej­ściu na ląd Beth po­gła­skała ła­szą­cego się Gra­hama. - Bar­dzo chcie­li­śmy w tym roku po­pły­wać po je­zio­rze, ale ra­miona już nie te.

- Wio­sło­wa­nie to dla mnie przy­jem­ność. Daj­cie mi znać, je­żeli przed wy­jaz­dem bę­dzie­cie mieli ochotę na jesz­cze jedną prze­jażdżkę.

Chwilę po­tem, gdy ma­chała im na po­że­gna­nie, Lau­ren spo­strze­gła Jo­naha, który scho­dził w jej stronę po po­chy­łym zbo­czu. Na jego wi­dok serce za­biło jej moc­niej. Na­wet w sta­rym T-shir­cie i dżin­sach wy­glą­dał nie­zwy­kle atrak­cyj­nie. Dzięki pracy fi­zycz­nej w ośrodku był wy­spor­to­wany i umię­śniony, a let­nie słońce opa­liło jego skórę na ciemny brąz. Cza­peczka z dasz­kiem, na­su­nięta ni­sko na czoło, przy­cią­gała uwagę do przy­stoj­nej twa­rzy: błę­kit­nych oczu, lekko za­krzy­wio­nego nosa i ust o per­fek­cyj­nym wy­kroju.

I te usta roz­chy­liły się, gdy pod­szedł bli­żej.

- Wzię­łaś Ca­bo­tów na prze­jażdżkę ło­dzią?

- To ide­alny dzień, by tro­chę po­pły­wać.

Mu­snął jej usta w prze­lot­nym po­ca­łunku, który dał jej na­dzieję na nad­cho­dzący wie­czór. Przez chwilę pa­trzyli so­bie w oczy. Tak, wie­czór z Jo­na­hem to do­kład­nie to, czego pra­gnęła z ca­łego serca. La­tem mieli mnó­stwo za­jęć, a praca w ro­dzin­nej fir­mie ozna­czała, że spę­dzali dużo czasu z bli­skimi. Lau­ren się nie skar­żyła. Ko­chała każ­dego z Lan­drych. Ale spę­dzić czas sam na sam z Jo­na­hem?

Jakby czy­ta­jąc w jej my­ślach, Jo­nah przy­cią­gnął ją bli­żej i znowu po­ca­ło­wał, za­trzy­mu­jąc na dłużej swoje usta na jej war­gach.

- Hm - wy­mam­ro­tał po kilku dłu­gich se­kun­dach. - Faj­nie.

- Po pro­stu faj­nie?

- Po pro­stu bo­sko.

Po­słał jej po­włó­czy­ste spoj­rze­nie, od któ­rego za­biło jej serce.

- Go­towa na ko­la­cję?

- Nie mogę się do­cze­kać. Ale naj­pierw mu­szę ko­niecz­nie iść pod prysz­nic, prze­cze­sać się i zmie­nić fir­mową ko­szulkę na coś in­nego.

- Ślicz­nie wy­glą­dasz w ro­bo­czym ubra­niu.

Po­ca­ło­wał ją w nos. Gra­ham wśli­znął się mię­dzy nich, nie­cier­pli­wie do­ma­ga­jąc się uwagi. Jo­nah po­tar­gał jego sierść.

- Hej, ko­lego. Tak, wi­dzę cię. Ła­sisz się od pół go­dziny. Meg wła­śnie wró­ciła z za­ku­pami. Czy Brow­nom w końcu udało się wy­mel­do­wać?

- Zdą­żyli w samą porę. Fran te­raz sprząta. Po­winna skoń­czyć przed trze­cią. Chcia­łam jesz­cze na chwilę wró­cić do sto­doły i zo­ba­czyć, jak wy­gląda po wy­nie­sie­niu wszyst­kich rze­czy.

Wczo­raj, kiedy Lau­ren pra­co­wała, Jo­nah i Meg opróż­nili sto­dołę z na­gro­ma­dzo­nych tam od kil­ku­dzie­się­ciu lat gra­tów.

- Wy­gląda na jesz­cze więk­szą niż przed­tem. Chodźmy.

Chwy­cił ją za rękę i ru­szyli przed sie­bie w stronę ścieżki wio­dą­cej przez las, a Gra­ham po­biegł za nimi.

Ptaki ćwier­kały na igla­stych ga­łąz­kach so­sen, a wiatr szep­tał po­przez bal­da­chim z li­ści. Ostat­nio spę­dzali wolny czas na wy­ci­na­niu za­ro­śli i chwa­stów wo­kół sto­doły, by od­sło­nić jej ka­mienny fun­da­ment. Prze­ro­bie­nie sta­rego bu­dynku na ten, jaki Lau­ren wi­działa w wy­obraźni, wy­ma­gało znacz­nie wię­cej pracy, ale nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy jej wi­zja się urze­czy­wistni.

My­ślała o przy­szło­ści z en­tu­zja­zmem. Te­raz, gdy miała dwa­dzie­ścia sześć lat, przed­sta­wiała się ona zu­peł­nie ina­czej, niż kie­dyś to so­bie wy­obra­żała, ale była lep­sza i bar­dziej kon­kretna niż mgli­ste wi­zje, które Lau­ren snuła za cza­sów stu­denc­kich. Za to na myśl o ucieczce od prze­szło­ści po­czuła bo­le­sne ukłu­cie w sercu.

Roz­mowa ze­szła na sprawy zwią­zane z pracą i Lau­ren od­su­nęła od sie­bie nie­po­ko­jące my­śli. Przedarli się przez le­śną gę­stwinę, a gdy szli, wil­gotne igły so­snowe tłu­miły ich kroki. Po chwili ścieżka wy­szła na po­lanę. Słońce oświe­cało bu­dy­nek, pod­kre­śla­jąc nie­dawno od­sło­nięte ściany boczne i fun­da­ment. Lau­ren mi­mo­wol­nie się uśmiech­nęła.

- Pa­trzysz na tę ru­derę jak na ósmy cud świata.

Szturch­nęła go łok­ciem.

- To nie jest żadna ru­dera. To jest nie­oszli­fo­wany dia­ment, który kie­dyś bę­dzie piękny. Po­cze­kaj tylko: wkrótce każda panna młoda w hrab­stwie bę­dzie chciała zło­żyć tu­taj przy­sięgę mał­żeń­ską.

Ści­snął jej rękę.

- Nie wątpię w to ani przez chwilę.

Otwo­rzył skrzy­piące drzwi sto­doły, a kiedy prze­szli przez próg, po­wie­trze na­tych­miast się ochło­dziło. Noz­drza Lau­ren wy­peł­nił za­pach ziemi, stę­chli­zny i dawno mi­nio­nych cza­sów. Pro­mie­nie słońca są­czyły się przez zma­to­wiałe okna, a w smu­gach świa­tła prze­bi­ja­ją­cych się przez szpary w pio­no­wych de­skach tań­czyły dro­binki ku­rzu.

Te­raz, gdy prze­strzeń zo­stała opróż­niona z ru­pieci, wy­obra­że­nie so­bie osta­tecz­nego efektu przy­cho­dziło Lau­ren z jesz­cze więk­szą ła­two­ścią. Po­zo­sta­wią ru­sty­kalną struk­turę bu­dynku, ale do­da­dzą de­ko­ra­cje: mi­go­czące świa­tełka, ży­ran­dol, a po za­chod­niej stro­nie po­miesz­cze­nia wielki ka­mienny ko­mi­nek, który ide­al­nie pa­suje do tego miej­sca.

- Znowu masz ten wy­raz twa­rzy. - Uśmiech­nął się do niej z czu­ło­ścią. - Wej­dziemy na strych tylko na se­kundę - mamy za­re­zer­wo­wany sto­lik w re­stau­ra­cji. Przed tobą cała zima. Masz mnó­stwo czasu, żeby nadać temu miej­scu od­po­wiedni wy­gląd.

Wziął alu­mi­niową dra­binę, która stała oparta o ścianę obok pod­da­sza.

- Pa­nie przo­dem.

Wspięła się na górę, pod­czas gdy on przy­trzy­my­wał dra­binę. Chwilę póź­niej po­wio­dła wzro­kiem po otwar­tym pod­da­szu. To nie jej pierw­sza wi­zyta tu­taj, ale wcze­śniej na­gro­ma­dzone szpar­gały za­sła­niały kwa­dra­towe okno znaj­du­jące się po­środku tyl­nej ściany stry­chu. Te­raz wpa­da­jące przez nie słońce oświe­tlało prze­strzeń sła­bym bla­skiem. Na pa­ra­pe­cie le­żały szmaty i płyn do okien, ale są­dząc po war­stwie brudu na szy­bach - jesz­cze nie­uży­wane.

We­szła na pię­tro, które na­wet nie skrzyp­nęło pod jej cię­ża­rem.

- Jest ide­al­nie. Zmie­ści się tu co naj­mniej sześć do­dat­ko­wych sto­łów. Będziemy mu­sieli za­in­sta­lo­wać ba­lu­stradę zgod­nie z prze­pi­sami. I przyda się jesz­cze je­den ży­ran­dol, żeby zro­biło się przy­tul­niej. Ale wi­dok jest nie­ziem­ski, co? Go­ście będą mo­gli stąd ob­ser­wo­wać to, co się dzieje na dole, a dla fo­to­grafa to świetne miej­sce do ro­bie­nia zdjęć.

Jo­nah wszedł po dra­bi­nie, po czym sta­nął za nią i ob­jął ją ra­mie­niem wo­kół pasa.

- Cie­szę się, że ko­chasz to miej­sce. Czy już o tym wspo­mi­na­łem?

Zło­żył po­ca­łu­nek w za­głę­bie­niu jej szyi. Z uśmie­chem prze­chy­liła głowę, żeby mu uła­twić piesz­czotę.

- Cie­szysz się, że ko­cham. Ko­niec kropka.

- Masz ra­cję.

Za­mknęła oczy i za­to­piła się w tu i te­raz. To dla niej coś no­wego. Cią­gle mu­siała so­bie przy­po­mi­nać, żeby się za­trzy­mać i na­pa­wać chwilą. A nie tylko wiecz­nie w biegu, w po­śpie­chu, wy­żej, da­lej. Och, na­dal chciała wiele do­ko­nać. Ale chwile spo­koju oka­zały się też bar­dzo przy­jemne.

Bar­dzo przy­jemne.

Jego usta po­wę­dro­wały w górę po szyi i szczęce, a po­tem od­wró­cił ją, nie wy­pusz­cza­jąc z ob­jęć. Oczy miał za­snute po­żą­da­niem.

- Znowu masz ten wy­raz twa­rzy - po­wie­działa.

A po­tem jego usta zna­la­zły się na jej. Ni­gdy nie miała dość jego po­ca­łun­ków. Z mi­strzow­ską pre­cy­zją po­tra­fił być jed­no­cze­śnie wład­czy i pe­łen sza­cunku. Do­brze już znała jego do­tyk i smak, ko­jące i eks­cy­tu­jące za­ra­zem, i pra­gnęła ich z siłą nar­ko­tycz­nego głodu.

Prze­su­nął ręce na jej plecy, a ona wsu­nęła dło­nie w jego krót­kie brą­zowe włosy, strą­ca­jąc mu czapkę. Le­dwo usły­szała, jak ude­rzyła o pod­łogę. Po­dą­żała dłońmi wzdłuż li­nii jego bar­ków, a po­tem ra­mion. Uwiel­biała jego ra­miona. Ko­chała po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ja­kie jej da­wały. Jej serce prze­peł­niała mi­łość. Nie są­dziła, że można tak ko­chać. Ale te­raz, gdy już wie­działa, pra­gnęła wię­cej.

Nie­cier­pliwe szcze­ka­nie Gra­hama, do­cho­dzące z dołu, spro­wa­dziło ją z po­wro­tem na zie­mię.

Jo­nah spo­wol­nił po­ca­łu­nek, wy­co­fu­jąc się po­woli i nie­chęt­nie. Oparł czoło o jej czoło, jakby nie był jesz­cze go­towy, by ją wy­pu­ścić. Ich cięż­kie od­de­chy mie­szały się ze sobą.

- Re­zer­wa­cja.

Miał roz­kosz­nie chro­po­waty głos.

- Wiem.

Te­raz, kiedy jej umysł wró­cił na dawne tory, Lau­ren przy­po­mniała so­bie, że pla­no­wała umyć włosy, wy­su­szyć je, za­krę­cić i zro­bić całą resztę. Nie wspo­mi­na­jąc o pa­znok­ciach. Są w opła­ka­nym sta­nie.

- Nie mogę się do­cze­kać, żeby mieć cię dziś wie­czo­rem całą dla sie­bie - po­wie­dział.

- Ja też. I tego krwi­stego steku też nie mogę się do­cze­kać, je­śli mam być szczera.

Ro­ze­śmiał się, po­ca­ło­wał ją w czoło, po czym się od­su­nął.

- To mi się po­doba.

Zer­k­nął na okno.

- Za­nim wrócę do domu i we­zmę prysz­nic, umyję jesz­cze tę szybę. Wczo­raj już nie zdą­ży­łem.

- Do­brze. Wi­dzimy się na par­kingu przed siódmą?

- Nie ma mowy. Przyjdę po cie­bie, jak przy­stało na praw­dzi­wego dżen­tel­mena.

- Jak wo­lisz - po­wie­działa, nie da­jąc po so­bie po­znać wzru­sze­nia.

Cmok­nęła go w usta i uśmiech­nęła się do niego, po czym we­szła na dra­binę i za­częła scho­dzić. Z góry ob­jęła wzro­kiem prze­stronne wnę­trze sto­doły. Jaka szkoda, że trzeba bę­dzie za­tkać te szpary, przez które prze­kra­dało się świa­tło sło­neczne. To by­łoby ta­kie piękne miej­sce na we­sele. Może kie­dyś, w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, ona i Jo­nah...

Stopa, którą opie­rała się szcze­blu, ob­su­nęła się. Lau­ren chwy­ciła dra­binę po bo­kach. Za późno.

Siła gra­wi­ta­cji po­cią­gnęła ją w dół. Pa­nika ode­brała jej od­dech. Z jej gar­dła wy­rwał się krzyk za­sko­cze­nia.

A po­tem nie było już nic.

Roz­dział drugi

Jo­nah prze­mie­rzał szpi­talny ko­ry­tarz, od­twa­rza­jąc w my­ślach ostat­nie pół go­dziny ni­czym film grozy. Nie mógł uci­szyć prze­ra­ża­ją­cego głu­chego huku, jaki usły­szał, gdy Lau­ren ude­rzyła o zie­mię. Trzask upa­da­ją­cej dra­biny od­bił się echem w jego gło­wie. W prze­bły­skach umy­słu wi­dział jej nie­ru­chome le­żące ciało. Wy­glą­dała, jakby...

Prze­stań. Prze­stań. Wyj­dzie z tego. Musi wyjść.

Wró­cił my­ślami do chwili, kiedy dzwo­nił pod nu­mer alar­mowy. Do dłu­gich, bez­rad­nych mi­nut ocze­ki­wa­nia, gdy je­dyne, co mógł ro­bić, to wo­łać ją po imie­niu. Trzy­mać ją za rękę. Żyć na­dzieją, jaką da­wał mu stały puls wy­czu­walny na jej szyi.

Gra­ham pisz­czał ża­ło­śnie z pod­wi­nię­tym ogo­nem, li­żąc ją po dru­giej ręce.

Po pew­nym cza­sie, który jemu zda­wał się go­dziną, a upły­nęło praw­do­po­dob­nie tylko parę mi­nut, ra­tow­nicy usztyw­nili szyję Lau­ren za po­mocą koł­nie­rza or­to­pe­dycz­nego. Na­stęp­nie po­ło­żyli ją na no­szach i za­nie­śli przez las na par­king, gdzie uło­żyli ją w ka­retce. Jo­nah na­le­gał, żeby po­je­chać z nimi, a że cho­dził do szkoły z jed­nym z ra­tow­ni­ków, zgo­dzili się.

Po przy­by­ciu do szpi­tala prze­wie­ziono ją na od­dział ra­tun­kowy, a tam do pra­cowni to­mo­gra­fii. Jo­naha nie wpusz­czono do środka.

Na końcu ko­ry­ta­rza zro­bił w tył zwrot, po raz setny ci­cho się po­mo­dlił, a po­tem spoj­rzał na za­mknięte drzwi. Jak długo to może trwać? Miał wra­że­nie, że mi­nęły dłu­gie go­dziny od chwili, gdy drzwi za­mknęły się za szpi­tal­nymi no­szami.

W jego kie­szeni za­wi­bro­wał te­le­fon. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Meg. Wy­brał przy­cisk "Od­bierz".

- Cześć. Jesz­cze nic nie wiem. Za­brali ją pro­sto na to­mo­gra­fię.

- Czy ona jest przy­tomna?

- Kiedy ją za­bie­rali, nie była.

Prze­su­nął dło­nią po twa­rzy. Jak to się mo­gło stać? Jesz­cze nie­całą go­dzinę temu uśmie­chała się do niego swo­imi wiel­kimi zie­lo­nymi oczami. Ca­ło­wała go mięk­kimi ustami.

- Wyj­dzie z tego.

- Nie wia­domo. - Głos uwiązł mu w gar­dle.

- Musi z tego wyjść.

Ob­raz le­żą­cej bez ży­cia Lau­ren, z roz­rzu­co­nymi na ziemi ja­sno­blond wło­sami, znów po­ja­wił się w jego umy­śle. Za­mru­gał, bo za­pie­kły go oczy.

- Spa­dła z du­żej wy­so­ko­ści. Ude­rzyła głową o starą drew­nianą pod­łogę i...

Za­milkł, za­nim cał­kiem stra­cił głos. Miał ści­śnięte gar­dło.

- To silna ko­bieta. Obu­dzi się i wszystko bę­dzie do­brze. Zo­ba­czysz.

- Po­wi­nie­nem był zejść pierw­szy. Po­wi­nie­nem był przy­trzy­mać jej dra­binę. - Za­ci­snął oczy. - Dla­czego nie przy­trzy­ma­łem dra­biny?

- Skar­bie, to nie twoja wina. To był wy­pa­dek.

Słowa Meg wy­wo­łały bo­le­sne ukłu­cie w jego sercu. Dla­czego zo­stał, żeby umyć to głu­pie okno?

- Weź od­dech i, na li­tość bo­ską, prze­stań się ob­wi­niać. To okropny wy­pa­dek, ale za ty­dzień bę­dziemy sie­dzieli ra­zem, pełni ulgi i wdzięcz­no­ści, że nic jej się nie stało.

Pro­szę Cię, Boże.

- Mam na­dzieję, że masz ra­cję.

- Mam. Zo­ba­czysz. - Za­pa­dła chwila ci­szy. - Da­łam znać ma­mie i ta­cie. Przy­jadą tak szybko, jak to moż­liwe. Biedny Gra­ham nie wie, co się dzieje. Cią­gle pod­cho­dzi do drzwi i skamle. Chyba we­zmę go na spa­cer. O nic się nie martw, reszta jest pod kon­trolą. Ty tylko zaj­mij się na­szą dziew­czyną.

- Dzięki, Meg. - Po­czuł skurcz w pu­stym żo­łądku. Kro­ple potu zro­siły mu kark. - Mu­szę koń­czyć. Dam ci znam, jak tylko się cze­goś do­wiem.

- Do­brze. Będę się go­rąco mo­dlić.

Jo­nah krą­żył w kółko. Zdjął czapkę, prze­cze­sał pal­cami włosy i za­ło­żył ją z po­wro­tem. Spoj­rzał na za­mknięte drzwi. Znowu zdjął czapkę i ci­snął ją na pod­łogę. Zro­bił ko­lejne okrą­że­nie. Pod­niósł czapkę.

W końcu drzwi się otwo­rzyły. Pod­biegł. Dwóch sa­ni­ta­riu­szy wy­wio­zło Lau­ren na wózku. Była przy­wią­zana do no­szy, jej szyja na­dal tkwiła w koł­nie­rzu or­to­pe­dycz­nym.

Miała otwarte oczy!

- Lau­ren. - Jo­nah szedł przy no­szach. - Ko­cha­nie, je­stem tu­taj.

Ma­jąc głowę usztyw­nioną koł­nie­rzem, po­wio­dła wzro­kiem wo­kół sie­bie, po czym za­trzy­mała go na Jo­nahu. Za­mru­gała, a po­tem za­mknęła oczy.

- Bar­dzo boli ją głowa - po­wie­dział star­szy sa­ni­ta­riusz. - Świa­tło ją razi. Umie­ścimy ją w po­koju i do­sta­nie coś prze­ciw­bó­lo­wego.

- Czy wszystko z nią w po­rządku?

- Jest tro­chę zdez­o­rien­to­wana. Bę­dzie wia­domo coś wię­cej, kiedy le­karz ją zbada i do­sta­niemy wy­niki to­mo­gra­fii.

- Wszystko bę­dzie do­brze, Lau­ren.

Je­śli go sły­szała, to nie dała tego po so­bie po­znać. Ale zmarszczka mię­dzy brwiami wska­zy­wała, że jest przy­tomna. To do­brze, prawda? Do­brze, że jest przy­tomna.

Sa­ni­ta­riu­sze za­wieźli ją do po­koju i prze­nie­śli z no­szy na łóżko.

- Za­raz przyj­dzie pie­lę­gniarka.

Jo­nah pod­szedł do Lau­ren i wziął ją za rękę.

- Prze­stra­szy­łaś mnie. Jak się czu­jesz? Po­trze­bu­jesz cze­goś?

Spró­bo­wała otwo­rzyć oczy, ale mru­żyła je pod wpły­wem świa­tła. Po­tem wy­jęła rękę z jego dłoni i za­sło­niła nią twarz.

- Wy­łą­czę je.

Od­su­nął się, na­ci­snął wy­łącz­nik i ża­rówki zga­sły. Do po­koju wpa­dało światło z ko­ry­ta­rza. Sta­nął z po­wro­tem przy łóżku.

- Le­piej?

Kiedy opu­ściła rękę, ujął ją po­now­nie, by pod swo­imi pal­cami po­czuć jej skórę, cie­płą i żywą.

- Co się stało? - wy­chry­piała. - Dla­czego je­stem w szpi­talu?

- Nie pa­mię­tasz? By­li­śmy w sto­dole i oglą­da­li­śmy strych na siano. Spa­dłaś z dra­biny. Prze­pra­szam. Po­wi­nie­nem był ci ją przy­trzy­mać. Spa­dłaś z dość du­żej wy­so­ko­ści. Przy­je­chała ka­retka i za­brała cię do szpi­tala.

Lau­ren wy­su­nęła rękę z jego dłoni. Za­mru­gała.

- W ja­kiej sto­dole?

Za­nim zdą­żył od­no­to­wać py­ta­nie, do po­koju wpadł Car­son McCon­nell ubrany w tur­ku­sową bluzę le­kar­ską i biały far­tuch la­bo­ra­to­ryjny, ze ste­to­sko­pem za­wie­szo­nym na szyi. Car­son od­by­wał staż w szpi­talu na od­dziale pe­dia­trii, Jo­nah znał go z ko­ścioła. Na wi­dok Lau­ren zmarsz­czył brwi.

- Cześć. Jedna z pie­lę­gnia­rek po­wie­działa mi, że mia­łaś wy­pa­dek. Co za nie­szczę­ście.

Oczy Lau­ren zwró­ciły się w jego stronę.

- Cześć.

Jej dłoń drżała, kiedy pró­bo­wała wy­gła­dzić so­bie włosy.

Car­son przy­wi­tał się z Jo­na­hem, uści­snęli so­bie ręce. Po­tem pod­szedł do łóżka.

- Jak się czu­jesz? Pew­nie bar­dzo boli cię głowa.

Czubki uszu Lau­ren za­ró­żo­wiły się, gdy spoj­rzała Car­so­nowi w oczy, i Jo­nah przy­po­mniał so­bie, jak za­du­rzyła się w tym fa­ce­cie, kiedy pierw­szy raz przy­je­chała do mia­sta.

- Boli prze­okrop­nie. Je­stem tro­chę... za­mro­czona.

- Do­my­ślam się. Wła­śnie koń­czę zmianę, ale zo­ba­czę, czy uda mi się wci­snąć cię do ko­lejki.

Jo­nah przy­su­nął się bli­żej Lau­ren i ujął jej dło­nie w swoje.

- By­li­by­śmy bar­dzo wdzięczni. Przed chwilą miała zro­bioną to­mo­gra­fię. Przy­da­łoby się jej coś na ból głowy.

- Zo­ba­czę, co da się zro­bić. Czy mam za­dzwo­nić do ko­goś w twoim imie­niu? Do mamy, taty? - Spoj­rzał na Lau­ren. - Do ko­goś z ro­dziny?

Czy nie wy­star­czyło, że fa­cet jest przy­stojny? Musi być do tego jesz­cze taki tro­skliwy? To nic, że Lau­ren nie miała żad­nej ro­dziny, do któ­rej można by za­dzwo­nić. Póź­niej za­dzwoni do jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Syd­ney.

- Dzię­ku­jemy, to już za­ła­twione.

Car­son po­słał Lau­ren swój uśmiech pre­zen­tera te­le­wi­zyj­nego.

- W po­rządku. Wi­dzę, że je­steś w do­brych rę­kach. Chcia­łem tylko wpaść i spraw­dzić, co u cie­bie. Zo­ba­czę, czy mogę tu ko­goś szybko spro­wa­dzić.

- Dzię­kuję. - Lau­ren się uśmiech­nęła. - To bar­dzo miłe z two­jej strony.

- Czego się nie robi dla przy­ja­ciół. Daj mi znać, je­śli jesz­cze będę mógł w czymś po­móc. - Car­son ode­zwał się do Jo­naha, zbie­ra­jąc się do wyj­ścia.

- Do­brze. Dzię­kuję.

Lau­ren od­pro­wa­dziła go spoj­rze­niem i za­mknęła oczy.

- Mam na­dzieję, że za­raz przyjdą cię zba­dać.

Jo­nah przy­po­mniał so­bie, jak uśmiech­nęła się do Car­sona. Coś tu nie grało. Lau­ren wy­da­wała się ja­kaś inna. Zwy­kle nie oka­zy­wała nad­mier­nie uczuć, ale od­kąd się obu­dziła, le­d­wie spoj­rzała na Jo­naha, a jej ręka le­żała w jego dłoni bez­władna ni­czym mar­twa ryba.

Jej klatka pier­siowa po­woli uno­siła się i opa­dała. Brwi wy­gięte w ła­godny łuk po­zo­sta­wały ścią­gnięte po­nad oczami po­ru­sza­ją­cymi się pod za­mknię­tymi po­wie­kami. Splą­tane rzęsy spo­czy­wały nad bla­dymi po­licz­kami.

Otwo­rzyła oczy i ro­zej­rzała się gwał­tow­nie wo­kół, po czym jej wzrok padł na Jo­naha. Te­raz jej klatka pier­siowa uno­siła się i opa­dała w rytm szyb­kich od­de­chów.

- Hej... - Ści­snął ją za rękę. - Wszystko bę­dzie do­brze. Je­stem tu­taj. Ni­g­dzie się stąd nie ru­szam.

W jej oczach peł­gało zdu­mie­nie.

- Co się stało? Gdzie ja je­stem?

Roz­dział trzeci

Lau­ren nie mo­gła ze­brać my­śli. Głowę miała wy­peł­nioną watą, krew dud­niła jej w skro­niach. Miała coś na szyi; nie mo­gła po­ru­szać głową. Nie pa­mię­tała, jak się tu zna­la­zła. W ogóle ni­czego nie pa­mię­tała.

Co się ze mną dzieje?

- Wszystko jest w po­rządku. - Jo­nah ści­snął ją za rękę. - Je­ste­śmy w szpi­talu Pi­ne­ha­ven. Spa­dłaś z dra­biny, dla­tego masz koł­nierz or­to­pe­dyczny na szyi, tak na wszelki wy­pa­dek. Zro­bili ci to­mo­gra­fię, a te­raz cze­kamy na le­ka­rza.

- Ude­rzy­łam się w głowę?

Wy­su­nęła rękę z jego dłoni i unio­sła ją, żeby do­tknąć tyłu głowy. Skrzy­wiła się, wy­czuw­szy bo­le­snego guza. Skrę­ciło ją w żo­łądku. Opu­ściła rękę i z bólu za­mknęła oczy. Nie chciała pa­trzeć na Jo­naha. Gdzie była jego mama? Już wo­la­łaby, żeby to Tammy jej to­wa­rzy­szyła. Wo­la­łaby, żeby był tu kto­kol­wiek, na­wet Car­son, cho­ciaż mu­siała wy­glą­dać bez­na­dziej­nie. Boże drogi, jak mo­gła być taka próżna? I dla­czego nikt tu nie przyj­dzie i nie da jej cze­goś na ten po­tworny ból głowy?

- Bar­dzo do­brze, za­mknij oczy, od­pocz­nij so­bie.

Jo­nah przy­naj­mniej raz był miły. Szkoda, że mu­siała ude­rzyć się w głowę, żeby wy­do­być z niego odro­binę życz­li­wo­ści. Otwo­rzyła oczy. Wy­glą­dał ina­czej. Ob­ciął dłu­gie, ciemne włosy i zgo­lił zmierz­wioną brodę. Kiedy to zro­bił?

- Kto jest w ośrodku? - za­py­tała.

- Nie martw się, Meg wszyst­kim się zaj­mie. Mama i tata za­raz tu przy­jadą. Gra­ham się o cie­bie mar­twi.

Gra­ham.

Jaki znowu Gra­ham? Nie znała żad­nego Gra­hama. Dla­czego ja­kiś obcy fa­cet miałby się o nią mar­twić?

- Kto?

- Gra­ham.

Na­dal nie wie­działa, o kogo cho­dzi.

- Nie mam po­ję­cia, o kim mó­wisz.

Od tego ca­łego my­śle­nia za­krę­ciło jej się w gło­wie. Dla­czego nie mógł po pro­stu zo­sta­wić jej w spo­koju?

- Lau­ren... Nie pa­mię­tasz swo­jego psa?

- Ja nie mam psa.

Jo­na­howi zrze­dła mina. Zmarsz­czył brwi i znowu chwy­cił ją za rękę.

Jej rękę.

Sku­piła uwagę na swo­ich pal­cach. Pół biedy, że miała od­ci­ski, kło­pot w tym, że nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, skąd się wzięły. Ciężko pra­co­wała i zo­stała za­trud­niona jako me­na­dżer w wiej­skim ośrodku wcza­so­wym.

Go­rzej z pa­znok­ciami. Za­wsze, ale to za­wsze miała wy­pie­lę­gno­wane i po­ma­lo­wane pa­znok­cie. Te­raz bra­ko­wało na nich la­kieru, któ­rego ostat­nio uży­wała - pu­drowy róż, o ile pa­mięć jej nie my­liła - a jej skórki były okrop­nie po­za­dzie­rane.

O co tu cho­dziło? Dla­czego nie po­ma­lo­wała pa­znokci? Dla­czego Jo­nah twier­dził, że miała psa, i dla­czego, na li­tość bo­ską, przez cały czas jej do­ty­kał?

Po­czuła, że bra­kuje jej tchu. Jej płuca wy­da­wały się wy­peł­nione watą i nie mo­gła zła­pać od­de­chu.

Wy­rwała rękę z jego dłoni.

- Prze­stań mnie do­ty­kać. Nie mów nic do mnie. Dla­czego w ogóle tu­taj je­steś?

Po­chy­lił się, uważ­nie się jej przy­glą­da­jąc.

- Lau­ren... Co się dzieje? To ja, Jo­nah.

- Wiem, kim je­steś. Nie je­stem idiotką.

Dla­czego Jo­nah tak dziw­nie się za­cho­wy­wał? Mu­siała po­roz­ma­wiać z Syd­ney. Ona sta­ra­łaby się ją roz­we­se­lić, a nie wpra­wiać w za­kło­po­ta­nie. Po­mo­głaby Lau­ren to wszystko zro­zu­mieć. Po­szłaby i za­żą­dała, żeby ktoś się tu po­ja­wił. Mu­siała po­roz­ma­wiać z Syd­ney. Nie­ważne, że przy­ja­ciółka wró­ciła do domu, do Bo­stonu.

Lau­ren się­gnęła do kie­szeni, ale nie miała na so­bie dżin­sów, tylko szpi­talną ko­szulę.

- Gdzie mój te­le­fon? Daj mi te­le­fon.

- Pew­nie na­dal jest w two­ich spodniach.

Jo­nah od­wró­cił się i otwo­rzył szafkę, wy­jął z niej dżinsy i prze­szu­kał kie­sze­nie.

- Tu go nie ma. - Pod­niósł jej ko­szulkę i buty. - Mu­siał wy­paść w sto­dole.

Lau­ren nie mo­gła zła­pać od­de­chu.

- Chcę po­roz­ma­wiać z Syd­ney!

Nie mo­gła za­czerp­nąć po­wie­trza. Po­trze­bo­wała tlenu. Koł­nierz or­to­pe­dyczny na szyi du­sił ją. Szarp­nęła go. Jo­nah chwy­cił ją za ręce.

- Ko­cha­nie, nie rób tego. Nic się nie dzieje. Wszystko jest w po­rządku. Je­stem tu­taj.

- Zdej­mij to. Zdej­mij to! Nie mogę od­dy­chać.

- Po­trze­buję po­mocy! - krzyk­nął. - Mu­sisz le­żeć nie­ru­chomo. Pro­szę cię, ko­cha­nie. Zro­bisz so­bie krzywdę.

- Zo­staw mnie w spo­koju!

Ogar­nęło ją okropne uczu­cie. Lęk do­padł ją ni­czym rój roz­wście­czo­nych psz­czół kłę­bią­cych się w jej gło­wie.

Zro­biło się za­mie­sza­nie. We­szła pie­lę­gniarka, za­raz za nią Car­son.

- Coś jest nie tak. - Jo­nah ode­zwał się do pie­lę­gniarki. - Moja dziew­czyna nie może od­dy­chać.

- Żadna... dziew­czyna - wy­du­siła Lau­ren.

Po­wie­trza. Po­trze­bo­wała po­wie­trza. Po­chło­nęło ją straszne po­czu­cie, że już po niej. Jej puls przy­spie­szył. Dud­nił w pier­siach, w gło­wie. Czuła, że umiera.

Boże, do­po­móż mi.

Car­son wy­mi­nął Jo­naha.

- Czy ona miewa na­pady pa­niki?

- Nie, ni­gdy.

Car­son zaj­rzał jej w oczy.

- Hej, Lau­ren. Lau­ren, spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Puść koł­nierz, okej? Zdejmę go. To­mo­gra­fia nie wy­ka­zała żad­nych ura­zów szyi ani krę­go­słupa. To do­bra wia­do­mość, nie? No już.

Roz­legł się od­głos od­pi­na­nego rzepu i Car­son zdjął to coś z jej szyi.

- Go­towe. Le­piej? Co się dzieje?

Po­czu­cie, że się dusi, nie mi­nęło.

- Ja... się boję. Nie mogę od­dy­chać.

- Czu­jesz ból w klatce pier­sio­wej lub gdzie in­dziej?

Nie mo­gła my­śleć. Nie mo­gła od­dy­chać.

- Lau­ren, czy coś cię boli?

- Tylko... tylko głowa.

- Coś z nią jest nie tak - po­wie­dział Jo­nah. - Mu­sisz jej po­móc.

- Na wy­ni­kach to­mo­gra­fii jej mózg wy­gląda nor­mal­nie. Lau­ren, wiem, że się bo­isz, ale my­ślę, że masz atak pa­niki. Chcę, że­byś sku­piła się na od­de­chu. Od­dy­chaj po­woli i głę­boko. Patrz na mnie.

Spoj­rze­nie Lau­ren sku­piło się na oczach Car­sona. Ode­gnała pa­nikę i do­sto­so­wała swój od­dech do jego od­de­chu.

- Je­den od­dech na­raz - po­le­cił. - Bar­dzo do­brze. Świet­nie ci idzie.

Wzięła jesz­cze trzy głę­bo­kie, po­wolne od­de­chy. No do­bra. Mo­gła od­dy­chać. Może jed­nak wcale nie umie­rała.

Jo­nah za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Po­czuł się taki bez­radny. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział w jej oczach ta­kiej dzi­ko­ści. Ni­gdy nie wi­dział ta­kiej to­tal­nej i wszech­ogar­nia­ją­cej pa­niki na jej twa­rzy. Lau­ren była spo­kojna i opa­no­wana. Nie zde­ner­wo­wana i prze­lęk­niona.

- Lau­ren, spró­buj po­li­czyć od stu w dół. - Głos Car­sona po­zo­sta­wał ła­godny i rze­czowy. - Czy mo­żesz to dla mnie zro­bić?

- Sto?... Sto. - Jej głos drżał. - Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć... dzie­więć­dzie­siąt osiem...

- Bar­dzo do­brze. Licz da­lej.

Od­dy­chała nor­mal­nie. Rysy jej twa­rzy nieco się roz­luź­niły. Zga­sła dzi­kość w jej oczach.

Jo­nah po­czuł ulgę, ko­lana mu zmię­kły i nogi się pod nim ugięły. Nie miała ataku serca. Ani uszko­dzo­nego mó­zgu. Ale je­śli to była prawda, to dla­czego nie pa­mię­tała Gra­hama ani sto­doły? Dla­czego za­cho­wy­wała się, jakby nie byli parą? Te py­ta­nia drę­czyły go ni­czym na­przy­krza­jące się ko­mary. Za­cho­wy­wała się tak, jakby go nie pa­mię­tała, albo w każ­dym ra­zie nie pa­mię­tała ich. Ale to prze­cież nie może być prawda. Na myśl, że tak mo­głoby się zda­rzyć, za­bra­kło mu tchu.

- Le­piej się czu­jesz, prawda? - za­py­tał Car­son kilka mi­nut póź­niej.

Lau­ren ski­nęła głową.

- Tak trzy­mać. Bę­dzie do­brze.

Car­son od­su­nął się, po­de­szła pie­lę­gniarka i zba­dała Lau­ren. Car­son do­łą­czył do Jo­naha sto­ją­cego po dru­giej stro­nie po­koju.

- Je­stem prze­ko­nany, że miała atak pa­niki, ale pew­nie zro­bią jej parę ba­dań, żeby się upew­nić. Co do­kład­nie wy­wo­łało atak?

Jo­nah po­krę­cił głową.

- Tylko roz­ma­wia­li­śmy. Po­wie­działa, że nie ma psa, i nie pa­mię­tała sto­doły, tej, gdzie to się wy­da­rzyło, gdzie spa­dła z dra­biny. I po­wie­działa, że nie jest moją dziew­czyną. Sam sły­sza­łeś.

- Po­słu­chaj, wi­dać, że jest oszo­ło­miona. Wiem, że to wy­gląda nie­po­ko­jąco, ale naj­waż­niej­sze to za­pew­nić jej spo­kój. W naj­lep­szym wy­padku ma wstrzą­śnie­nie mó­zgu. Po­trze­buje od­po­czynku.

Car­son zer­k­nął na Lau­ren, która, nie wie­dzieć czemu, wpa­try­wała się w Jo­naha.

- Dla­czego ona jest na mnie taka zła? Przy­się­gam, że nie zro­bi­łem ni­czego, co mo­głoby ją roz­zło­ścić. Mó­wię ci, ona nie jest sobą.

- Ro­zu­miem. Sta­raj się nie brać tego do sie­bie. Guz na gło­wie może po­wo­do­wać róż­nego ro­dzaju ob­jawy, rów­nież draż­li­wość. Pra­wie za­wsze mi­jają z cza­sem. Nor­malne wy­niki to­mo­gra­fii to bar­dzo do­bry znak. Ale le­piej, żeby nie miała ko­lej­nego ataku pa­niki. Im mniej sty­mu­la­cji, tym le­piej. - Przy­brał ła­godny wy­raz twa­rzy i po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Jo­naha. - By­łoby do­brze, gdy­byś dał jej tro­chę prze­strzeni.

- Do­bra. Usiądę so­bie tam i nie będę się od­zy­wał. Nie chcę, żeby zo­stała sama.

- Prze­stań o mnie mó­wić. - Lau­ren wark­nęła na Jo­naha.

Pie­lę­gniarka zdjęła ta­bliczkę in­for­ma­cyjną i nieco prze­chy­liła łóżko. Lau­ren wy­da­wała się taka mała. Taka bez­radna.

- Le­piej, żebyś wy­szedł na ko­ry­tarz - po­wie­dział Car­son. - Tylko na chwilę. Daj jej tro­chę ode­tchnąć.

Serce Jo­naha ści­snęło się z bólu. Bo Car­son miał ra­cję. Nie wy­świad­czał Lau­ren żad­nej przy­sługi. Jego obec­ność, nie wie­dzieć czemu, tylko ją iry­to­wała. Choć strach ściął mu krew w ży­łach, mu­siał po­sta­wić jej zdro­wie na pierw­szym miej­scu.

- Okej, masz ra­cję.

- Za chwilę przyj­dzie le­karz. Zo­stanę z nią do tego czasu, je­śli chcesz.

- Tak, tak. Niech bę­dzie.

Naj­waż­niej­sze było do­bro Lau­ren.