Opowiadania zebrane. Tom 1 - Sławomir Mrożek

Kup ebooka

59.00 zł
47.20 zł (45,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O TYM, CO SIĘ KMO­TER­KOWI PRZY­DA­RZYŁO PO DRO­DZE

Kmo­te­rek był nie­gdyś kie­row­ni­kiem sklepu Sa­mo­po­mocy Chłop­skiej w Trzmie­lo­wej Gó­rze. Był, ale już nie jest. A dla­czego już nie jest - o tym po­słu­chaj­cie.

Cho­dziły słu­chy, że Kmo­te­rek, jako skle­powy, chowa co rzad­sze i tań­sze to­wary dla swo­ich krew­nia­ków albo przy­ja­ciół. Mu­siał się z tym do­brze uwi­jać, bo o jaki tylko to­war za­py­ta­li­ście w skle­pie Sa­mo­po­mocy w Trzmie­lo­wej Gó­rze, za­wsze Kmo­te­rek od­po­wia­dał: "Już nie ma" albo "Już bra­kło". Roz­gnie­wało to w końcu trzmie­lo­wian i po­sta­no­wili przy­ła­pać Kmo­terka na go­rą­cym uczynku.

Szcze­gól­nie byli na niego za­wzięci: dzia­dek Łu­bień, drugi brat Skrzy­pa­czek, młody Sta­sio Wy­rwa i An­drzej, zwany Gwizd­kiem. Pew­nego razu prze­cho­dzili w czte­rech koło sklepu i za­uwa­żyli, że przed drzwiami stoją ko­nie i wóz Jęczka, który jest szwa­grem Kmo­terka.

- Oho! - po­wie­dział dzia­dek Łu­bień. - Zo­ba­czymy, co też szwa­gro­wie kom­bi­nują. Chłopcy, scho­wajmy się.

Scho­wali się za pło­tem i pa­trzą, co bę­dzie da­lej. Po chwili ze sklepu wy­szedł sam Kmo­te­rek, nio­sąc wielką bu­tlę oleju, i ostroż­nie ro­zej­rzał się do­koła. Nie za­uwa­żyw­szy ni­kogo, za­mknął sklep na kłódkę, wsa­dził bu­telkę na wóz, przy­krył słomą, wsiadł i już zbie­rał lejce, kiedy dzia­dek Łu­bień wy­pro­wa­dził swo­ich na drogę.

- A do­kąd to? - za­py­tał uprzej­mie.

- A tak so­bie - od­parł na to Kmo­te­rek.

- Pod­wieź­cie nas tro­chę - po­wiada dzia­dek Łu­bień.

- Ano, sia­daj­cie.

"Cho­lera - my­śli so­bie Kmo­te­rek - wie­dzą, że jadę do Jęczka, swego szwa­gra, bo to jego ko­nie i wóz. No, ale to jesz­cze nic nie zna­czy. Za­wsze mi wolno je­chać do szwa­gra".

Dzia­dek Łu­bień tym­cza­sem mru­gnął do chło­pa­ków, że on po­pro­wa­dzi całą sprawę. A do Kmo­terka zwró­cił się gło­śno:

- Chciał­bym ku­pić tro­chę oleju. Jak tam, znaj­dzie się w skle­pie choć pół li­tra?

Kmo­te­rek roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

- Iiii, skąd zaś! Ja sam sta­ram się o to­war, jak tylko mogę, ale cóż, nie przy­sy­łają. Nie ma oleju.

Dzia­dek Łu­bień chrząk­nął i wy­cią­gnął ze słomy pę­katą bu­telkę z ole­jem.

"Cho­lera - my­śli so­bie Kmo­te­rek - wszystko wi­dzieli. Alem wpadł".

- Ładny olej - po­wiada dzia­dek Łu­bień. - Bę­dzie chyba z pięć kilo.

"Cia­sny gwint! - my­śli Kmo­te­rek - je­żeli te­raz szybko nie wy­najdę ja­kiego spo­sobu, to wpa­dłem ra­zem ze szwa­grem. No, spró­bu­jemy".

- Wi­dzi­cie, dziadku - po­wiada - ten olej ja za­wsze wożę przy so­bie. To jest moje le­kar­stwo, dok­tor mi prze­pi­sał. Wie­cie, mam ja­kieś za­dry w żo­łądku i ka­zał mi za­ży­wać olej.

- No, no - dzia­dek Łu­bień po­krę­cił głową - sześć­dzie­siąt pięć ro­ków żyję i jesz­cze nie sły­sza­łem, żeby ko­muś ka­zali za­ży­wać olej.

"A niech to pio­runy - my­śli Kmo­te­rek. - Wi­dzę, że trzeba się bę­dzie rze­czy­wi­ście na­pić tego świń­stwa. Nie ma in­nej rady".

- Ano wi­dzi­cie, dziadku - po­wiada - jesz­cze­ście i tego do­cze­kali.

Mó­wiąc to, pod­niósł bu­telkę i po­cią­gnął z niej tęgi łyk. Skrzy­wił się nieco, ale spo­koj­nie od­sta­wił olej z po­wro­tem.

- No i jak? Le­piej wam? - za­py­tał Skrzy­pa­czek.

"Ni­gdy w ży­ciu nie pi­łem cze­goś tak szka­rad­nego" - po­my­ślał Kmo­te­rek. Ale gło­śno po­wie­dział:

- Oczy­wi­ście, od razu czuję, jak mi się po­lep­szyło.

- Hm - za­czął znowu dzia­dek Łu­bień. - A dużo wy dzien­nie wy­pi­ja­cie tego le­kar­stwa?

"Aha, chy­tryś, bra­cie - po­my­ślał Kmo­te­rek. - Jak ci te­raz po­wiem, że nie­wiele, to bę­dzie­cie mieli do­wód, że wiozę ten olej do szwa­gra. Alem się wpa­ko­wał".

- Tak koło pię­ciu kilo - rzekł i znowu po­cią­gnął z bu­telki. - Wy­śmie­nite - od­sap­nął. - A może i wy spró­bu­je­cie?

Od­mó­wili. Ko­nie szły po­woli, ale Kmo­te­rek za­czął je jesz­cze umyśl­nie po­wstrzy­my­wać. Chciał jak naj­dłu­żej je­chać do Jęczka, bo zda­wało mu się, że znaj­dzie ja­kiś spo­sób, żeby się po­zbyć albo pa­sa­że­rów, albo oleju.

Ale już po chwili dzia­dek Łu­bień ode­zwał się do niego przy­mil­nie:

- Coś źle wy­glą­da­cie, pewno wam znowu za­dry w żo­łądku do­ku­czają. A może by­ście tak znowu łyk­nęli tego oleju? To wam do­brze zrobi.

- To nic, samo przej­dzie.

- Ale na­pij­cie się - wtrą­cił Gwiz­dek. Był to chło­pak znany z krew­ko­ści i skłon­no­ści do bó­jek. Kmo­te­rek spoj­rzał na jego sze­ro­kie bary i zgo­dził się.

- Ano, na­piję się.

Na­pił się. Czuł, jak mu coś ciężko bul­go­cze w brzu­chu.

- Le­piej? - za­py­tał dzia­dek Łu­bień z tym sa­mym przy­mil­nym uśmie­chem.

- Le­piej - od­rzekł Kmo­te­rek, któ­remu się te­raz od­biło, a w du­szy po­my­ślał: "Niech was wszy­scy dia­bli!".

Gwiz­dek prze­siadł się na przód, koło Kmo­terka, i jesz­cze ze trzy razy za­ga­dy­wali go chó­rem, żeby się na­pił dla po­ra­to­wa­nia zdro­wia. Za czwar­tym ra­zem Kmo­te­rek ze­sko­czył z wozu i po­mknął do przy­droż­nych krza­ków. Cze­kali długą chwilę, aż wy­szedł stam­tąd bla­do­zie­lo­nawy. Dzia­dek Łu­bień wy­chy­lił się ku niemu z wozu i rzekł z tro­ską:

- Ale was mę­czą te za­dry w żo­łądku, ta­cy­ście bla­dzi, na­pij­cie się jesz­cze.

- Już nie­dużo - wtó­ro­wał mu Gwiz­dek, po­trzą­sa­jąc bu­telką. - Jesz­cze tylko ze cztery kilo.

Od­tąd co kil­ka­dzie­siąt me­trów Kmo­te­rek ze­ska­ki­wał z wozu i cho­wał się w przy­droż­nych krza­kach, skąd wy­cho­dził co­raz to bled­szy. A dzia­dek Łu­bień z chło­pa­kami wo­łali:

- Hej, Kmo­te­rek, co wy tam ro­bi­cie?

- Hej, Kmo­te­rek, do szwa­gra jesz­cze da­leko, star­czy na całą drogę!

- Hej, Kmo­te­rek, rany, jak wy wy­glą­da­cie, na­pij­cie się szybko.

I Kmo­te­rek pił tłu­sty, ciężki olej z obawy przed wy­kry­ciem jego ku­mo­ter­skich kom­bi­na­cji, z obawy przed sze­ro­kimi ba­rami Gwizdka. Ale żo­łą­dek spe­ku­lanta też ma swoje gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści. To­też z któ­rejś ko­lej­nej wy­cieczki w krzaki Kmo­te­rek już nie po­wró­cił. Od­szu­kali go w sa­mym środku lesz­czy­no­wego za­gaj­nika, jak ję­czał i klął na prze­mian. Ale do wozu, na któ­rym znaj­do­wała się bu­tla z ole­jem, za nic w świe­cie nie chciał wró­cić.

Zo­sta­wili go więc i spo­koj­nie za­je­chali do Jęczka. Od­dali mu wóz i ko­nia, a dzia­dek Łu­bień rzekł:

- Coś mi się wi­dzi, Jęczku, że twój szwa­gier cię oszu­kał. Całą drogę pił ten twój olej, strasz­nie wi­dać jest ła­komy. Le­d­wie­śmy tro­chę ura­to­wali. Jak się ju­tro zgło­sisz do spół­dzielni, to może tro­chę do­sta­niesz.

Kmo­terka wy­rzu­cono ze sklepu i wy­to­czono mu pro­ces w są­dzie. Od tego czasu po­dobno ni­gdy nie jada plac­ków na oleju.

A w skle­pie spół­dziel­czym w Trzmie­lo­wej Gó­rze nie bra­kuje już żad­nych to­wa­rów.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki