Król Gustaw III. podróżował przez Dalekarlią. Spieszno mu
było bardzo i chciał przebyć całą drogę jak najprędzej. Jechali
więc w szalonym pędzie, tak, że konie szły wyciągniętym kłusem, a
powóz stawał na zakrętach na dwóch kołach; król od czasu do czasu
wyglądał przez okna powozu i wołał na woźnicę: "Czemu się nie
spieszy? Czy sądzi, że wiezie skorupę z jajka?"
Ponieważ w takim szalonym pędzie jechali po złych drogach, byłoby
to cudem niemal, gdyby uprząż i powóz wytrzymały. I rzeczywiście
wytrzymać nie mogły; u stóp stromego pagórka złamał się dyszel i
król zmuszony był do zatrzymania się. Rycerze królewscy zeskoczyli
ze swego wozu i złorzeczyli woźnicy, ale to szkody nie zmniejszyło.
Nie było sposobu żadnego, by król ruszył w dalszą podróż, zanim
powozu się nie naprawi. Kiedy dworzanie przemyśliwali, czemby króla rozerwać, podczas gdy
musiał czekać, ujrzeli w dali wyniosłą wieżę. Zaproponowali więc
królowi, by siadł do któregokolwiek wozu, jakimi dwór jego mu
towarzyszył, i pojechał do kościoła. Była niedziela i król mógłby
być na nabożeństwie, żeby czas jakoś zeszedł, aż naprawi się
ogromna królewska karoca. Król zgodził się na ten projekt i pojechał do kościoła. Przedtem
król jechał długi czas przez ciemne, lesiste okolice; tu było
pogodniej. Rozległe pola i wsie i Palstrom, ciągnący się wspaniale
śród ogromnych mas olszyny. Król jednak o tyle nie miał szczęścia, że kiedy właśnie wysiadał z
powozu na wzgórku kościelnym, zakrystyan zaintonował psalm końcowy
i lud począł wychodzić z kościoła. Kiedy tak ludzie przechodzili
koło niego, król zatrzymał jedną nogę w powozie, drugą opierając na
stopniu, i nie ruszał się z miejsca, lecz obserwował
przechodzących. Byli to ludzie najpiękniejsi, jakich król
kiedykolwiek widział. Chłopcy byli wyższego wzrostu nad przeciętny
wzrost mężczyzny, mieli mądre, poważne twarze, a kobiety
przechodziły tak dostojnie, że król zauważył, że przystałoby im
całkiem dobrze mieszkać w najpiękniejszym zamku. Przez cały poprzedni dzień królowi było niemiło podróżować przez
puste okolice i raz wraz mówił do swoich dworzan: "Teraz jadę z
pewnością przez najuboższą część mego państwa." Ale kiedy ujrzał
lud w bogatych strojach, zapomniał myśli o ubóstwie. Przeciwnie,
serce radowało mu się i powiedział sobie: "Jeszcze nie jest tak źle
z królem szwedzkim, jak sądzą jego nieprzyjaciele. Jak długo moi
poddani tak wyglądają, będę chyba w możności bronić mej wiary i
mego kraju." Król polecił swoim dworzanom zawiadomić lud, że ów
nieznajomy, który stoi pośród nich, jest ich królem, i żeby się
zgromadzili koło niego, albowiem król pragnie do nich przemówić. I król przemówił do ludu. Przemawiał z wysokich stopni zakrystyi i
owe ważkie schody, na których stał, zachowane są po dzień
dzisiejszy. Król począł opowiadać, jak źle się teraz dzieje w państwie. Mówił,
że Szwecya zagrożona jest wojną przez Rosyą i Danią. W innych
warunkach nie byłoby to wcale tak niebezpieczne, ale w szeregach
wojennych jest wielu zdrajców i król nie ma armii, którejby mógł
zaufać. Dlatego nie pozostało mu nic innego do zrobienia, jak udać
się samemu w prowincye i zapytać swoich poddanych, czy przyłączą
się do zdrajców, czy też chcą pozostać wierni królowi i wesprzeć go
ludźmi i pieniądzmi, by ojczyznę oswobodzić. Chłopi zachowywali się zupełnie cicho, podczas gdy król
przemawiał, a kiedy skończył, nie dali żadnego znaku potwierdzenia,
ani też niezadowolenia. Królowi wydawało się, że był bardzo wymowny. Parę razy napływały
mu łzy do oczu. Ale kiedy chłopi wciąż jeszcze trwożnie i niezdecydowanie stali
milczący, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź, zmarszczył czoło i z
niezadowoleniem spoglądał na lud. Chłopi zrozumieli, że królowi musi być przykro czekać i wreszcie
jeden z pośród nich wystąpił. - Musisz wiedzieć, królu Gustawie, że nie oczekiwaliśmy dziś
wizyty królewskiej, i dlatego nie jesteśmy tak odrazu gotowi
odpowiedzieć ci. Chcę ci poradzić, żebyś poszedł do zakrystyi i
porozmawiał z naszym proboszczem, podczas gdy my omówimy to, co nam
powiedziałeś. Król zrozumiał, że na razie niczego innego się nie dowie, i uznał
za najrozsądniejsze posłuchać rady owego chłopa. Kiedy wszedł do
zakrystyi, nie zastał tam nikogo prócz jakiegoś człowieka, który
wyglądał jak stary chłop. Był on wysoki i barczysty, ręce miał
zniszczone ciężką pracą, a nie nosił ani kołnierza, ani płaszcza,
tylko spodnie skórzane i długi, biały kożuch z wełny owczej, jak
wszyscy inni mężczyźni. Kiedy król wszedł, powstał i skłonił się. - Sądziłem, że zastanę tu proboszcza - rzekł król. Ów człowiek zarumienił się lekko. Zdawało mu się niepodobnem
powiedzieć, że on sam jest duszpasterzem tej wioski, gdy
spostrzegł, że król wziął go za chłopa. - Tak, proboszcz zwykł tu bywać o tej porze - rzekł. Król spoczął w wielkiem krześle z oparciem, jakie podówczas stało
w zakrystyi i dziś jeszcze tam stoi niezmienione; tylko pozłacaną,
królewską koronę ufundowała gmina na oparciu. - Czy macie dobrego proboszcza tu w parafii? - zapytał król.
Spróbował okazać zainteresowanie losami chłopów. Kiedy król tak pytał, wydało się pastorowi niemożliwem powiedzieć,
że on nim jest. Będzie lepiej, gdy król pozostanie w tej myśli, że
jestem tylko chłopem - i odpowiedział, że proboszcz jest dość
dobry. Szerzy słowo Boże i stara się żyć według swej nauki. Król sądził, że to jest dobry wywiad, ale mając wprawne ucho
zauważył w tonie odpowiadającego pewne ociąganie się. - To tak brzmi, jakby nie był on bardzo kontent ze swego
proboszcza - rzekł król. - Jest on nieco samowolny - rzekł pastor. Myślał, że gdyby król
jednak miał dowiedzieć się, kto on jest, to pewno nie podobałoby mu
się, że sam siebie chwalił; dlatego też chciał się i cokolwiek
zganić. Są ludzie, którzy mówią o proboszczu - rzekł - że chce on
sam jeden rządzić w parafii. - To w takim razie prowadziłby gminę z pewnością najlepiej -
odparł król. Nie podobało mu się to, że ten chłop skarżył się na
tego, który był jego przełożonym. - Zdaje mi się, jakoby tu
panowały dobre obyczaje i prostota ojców. - Lud jest dobry - rzekł proboszcz - ale też żyje zdala od świata
w ubóstwie i zaciszu. Ludzie tu zapewne nie byliby lepsi, jak inni,
gdyby pokusy tego świata były bliższe. - No, niema chyba obawy, żeby się to stało - rzekł król i wzruszył
ramionami. Zauważył, że natknął się na człowieka, który troszczy
się niepotrzebnie nieswojemi rzeczami. Król nie rzekł ani słowa więcej, lecz zaczął bębnić palcami po
stole. Sądził, że już dość długo łaskawie z tym chłopem rozmawiał,
i począł się dziwować, kiedy tamci drudzy załatwią się z
odpowiedzią. Ci chłopi nie są tacy skorzy przyjść z pomocą swemu królowi,
pomyślał. Gdybym tylko miał swój powóz, pojechałbym precz od nich i
ich narad w swoją drogę. Pastor znowu siedział strapiony i walczył z sobą, jak może
rozstrzygnąć ważną sprawę, którą do końca doprowadzić musi. Rad
był, że nie powiedział królowi, kim jest. Mógł bowiem teraz mówić z
nim o tem, o czem inaczej nie byłby zdołał mówić. Po małej chwili proboszcz przerwał milczenie i zapytał króla, czy
rzeczywiście jest tak źle, jak przed chwilą słyszał go
opowiadającego, że nieprzyjaciele zagrażają państwu. Król sądził, że ów człowiek mógłby mieć tyle rozumu, żeby go
więcej nie nudził. Spojrzał więc tylko na niego i nic nie
odpowiedział. - Pytam dlatego, że tu stałem wewnątrz i może nie wszystko dobrze
słyszałem - rzekł pastor. - Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to
chcę powiedzieć, że proboszcz tej gminy byłby może w możności
dostarczyć królowi więcej pieniędzy, aniżeli ich potrzebuje. - Zdaje mi się, że powiedział on właśnie, że wszyscy tu są tak
biedni - rzekł król i pomyślał, że ten chłop sam bodaj nie wie, co
mówi. - Tak, to prawda - odparł pastor - a pastor też nie ma więcej,
aniżeli inni. Ale jeśli król chce łaskawie posłuchać mnie chwilę,
opowiem, jak to jest, że proboszcz ma władzę mu dopomódz. - Niech mówi - rzekł król. Zdaje się, że mu łatwiej słowo wydobyć,
aniżeli jego przyjaciołom i sąsiadom, którzy chyba nigdy nie dojdą
z tem do końca, co mi mają powiedzieć. - To nie tak łatwo królowi odpowiedzieć - rzekł pastor. - Obawiam się, że wkońcu proboszcz będzie musiał wziąć to na
siebie i uczynić to za drugich. Król założył nogę na nogę, usiadł w głębi fotelu, skrzyżował ręce
i pochylił głowę na piersi. - Więc może już zacząć - rzekł król takim tonem, jakby już
zasypiał. - Pewnego razu pięciu mężów z tej wsi wyruszyło do lasu na
polowanie - rozpoczął proboszcz. Jednym z nich był proboszcz, o
którym mówiliśmy właśnie. Dwaj inni byli żołnierzami i nazywali się
Olof i Eryk Svard, czwarty z nich był właścicielem gospody tu w
Kirchihofie, a piąty był to chłop, nazwiskiem Israels Person. - Nie potrzebuje się trudzić, żeby tyle nazwisk wyliczać -
zamruczał król i pochylił głowę na ramieniu. Proboszcz ciągnął dalej: Mężowie ci byli dobrymi myśliwymi i zwykle miewali szczęście w
polowaniu. Ale w dniu tym przeszli spory kawał lasu, nie spotykając
żadnej zwierzyny. W końcu zaprzestali zupełnie polować i usiedli
śród lasu, by rozmawiać. Mówili o tem, że w całym lesie niema
żadnego miejsca, któreby można karczować, wszędzie tylko skały i
trzęsawiska. Pan Bóg nie był dla nas sprawiedliwym, dając nam tak
skąpą ziemię, mówił jeden z nich. Gdzieindziej mogą ludzie
gromadzić bogactwa i zbytki, ale tu tylko z wielką biedą możemy
zapracować na chleb codzienny. Pastor zamilkł na chwilę w obawie, czy go król słucha, ale król
poruszył małym palcem, aby dać poznać, że jeszcze nie śpi. - Właśnie kiedy chłopi tak rozmawiali, zauważył proboszcz, że na
jednem miejscu śród skał coś się błyszczy, tam gdzie przypadkowo
nogą odsunął mech. To szczególny kamień, pomyślał i jeszcze trochę
mchu odkopał. Podniósł kawalątko tego kamienia, który był
przyczepiony do mchu i równie tak błyszczał, jak inne. To chyba
niemożebne, żeby to tutaj był ołów? - rzekł. Towarzysze jego
zerwali się i kolbami odsuwali mech. Kiedy sporo mchu już
odgarnęli, był wspaniały widok tej żyły metalu, która wiła się śród
skały. Cóż sądzicie, że to jest? Chłopi odbijali po odrobinie owego
metalu i gryźli go. Conajmniej musi to być ołów, albo cyna, rzekli.
I pełno tego jest na tej górze - rzekł proboszcz. Kiedy pastor tak daleko doszedł w swem opowiadaniu, zauważył, że
król podniósł nieco głowę i otworzył jedno oko. - Czy on wie, czy który z tych ludzi znał się na metalach i
kamieniach? - zapytał. - Nie, nie rozumieli się na tem - odpowiedział pastor. Wtedy głowa
króla znów się pochyliła, a oczy mu się przymknęły. - Zarówno proboszcz, jak i ci, którzy z nim byli, cieszyli się
bardzo - ciągnął pastor, nie zważając na obojętność króla. -
Sądzili, że znaleźli coś, co ich wzbogaci i ich potomków również! - Nigdy już nie będę musiał pracować! - rzekł jeden z żołnierzy -
przez cały tydzień nic nie będę robił, a w niedzielę będę jeździł w
złotej karecie do kościoła. - Byli to zresztą roztropni ludzie, ale ten wielki znaleziony
skarb zawrócił im w głowie, tak, że mówili jak dzieci. Tyle rozumu
jednak mieli jeszcze, że skarb przykryli na nowo mchem. Potem
zauważyli pilnie owo miejsce i powrócili do domu. Nim się rozstali,
postanowili, że proboszcz uda się do Falun i tam zapyta się
starosty górniczego, co to za metal. Miał powrócić jak najprędzej i
aż dotąd pod przysięgą przyrzekli sobie wzajem milczeć i przed
nikim tajemnicy nie zdradzać. Król znów lekko uniósł głowę, ale ani słowem nie przerwał
opowiadającemu. Zdawał się teraz wierzyć, że ten człowiek ma
rzeczywiście coś ważnego do powiedzenia, jeśli nie przeszkadza mu
jego obojętność. - Proboszcz, zabrawszy parę próbek metalu, udał się w drogę.
Cieszył on się taksamo, że będzie bogaty tak, jak i drudzy. Myślał
o tem, że przebuduje probostwo, które teraz nie było wcale lepszem
od pierwszej lepszej chałupy chłopskiej; a potem chciał się ożenić
z córką pewnego proboszcza, którą kochał. Dotychczas myślał, że
długo będzie musiał czekać na nią; był biedny i nieznany i
wiedział, że dużo jeszcze czasu upłynie, nim dostanie takie
stanowisko, któreby mu umożliwiło ożenienie się. Przez dwa dni jechał proboszcz do Falun a dzień cały musiał w
mieście zabawić, czekając na starostę, gdyż go nie zastał w domu, a
komu innemu nie chciał się zwierzyć. W końcu doczekał się go i
pokazał mu ów metal. Starosta górniczy wziął owe kawałki do ręki,
spojrzał na nie, a następnie na proboszcza. Proboszcz opowiedział, że znalazł to w ojczystej wsi w skale i
sądzi, że to może ołów. - Nie, to nie jest ołów - rzekł starosta. - Więc może to cyna? -zapytał proboszcz. - Nie, to także nie cyna - rzekł starosta. Proboszczowi zdało się, że jego nadzieja się rozwiewa, i tak źle
nie czuł się nigdy dotąd. - Czy dużo takich kamieni macie tam w waszej parafii? - zapytał
starosta. - Mamy całą górę - odpowiedział proboszcz. Wtedy starosta zbliżył się doń, poklepał go po ramieniu i rzekł: - Tedy uważajcie, żebyście zrobili z tego dobry użytek, aby i wam
samym i krajowi wyszło na korzyść, gdyż to jest srebro! - Tak - wykrztusił proboszcz zmieszany. Tak, to srebro. Starosta począł mu objaśniać, co ma zrobić, żeby uzyskać rządowe
zezwolenie na kopalnię, i dał mu wiele dobrych wskazówek, ale
proboszcz stał zmieszany i nie słuchał wcale, co do niego mówiono.
Myślał, jakie to nieprawdopodobne, że tam w tej jego biednej
wioszczynie jest cała góra ze srebrem i na niego czeka. Król tak gwałtownie podniósł głowę, że pastor przerwał
opowiadanie. - Stało się pewnie tak - rzekł król - że kiedy powrócił do domu i
począł kopać w kopalni, poznał, że starosta górniczy żartował sobie
z niego. - O nie, starosta z niego bezwarunkowo nie żartował - rzekł
pastor. - Niech opowiada dalej - rzekł król i poprawił się w siedzeniu, by
słuchać. - Kiedy proboszcz wkońcu wrócił i jechał przez wieś rodzinną -
opowiadał dalej pastor - pomyślał, że przedewszystkiem musi o
odkryciu zawiadomić swoich towarzyszy. - Zapewne chciał ich szczęście zobaczyć - przerwał król. - Tak, pragnął tego, i kiedy przejeżdżał koło domu właściciela
gospody Stena Stensona, zamierzał wstąpić do niego i opowiedzieć
mu, że to, co znaleźli, jest srebrem. Ale skoro stanął przed bramą,
ujrzał, że okna zasłonięte są chustami, a droga prowadząca do
schodów wysłana jest jodłowemi gałęziami. - Któż umarł w tym domu? - zapytał chłopca, który stał oparty o
płot. - Sam właściciel gospody - odparł chłopiec i opowiedział
proboszczowi, że od tygodnia codziennie się upijał, tak, że
ogromnie dużo wódki przez ten czas tu wyszło. - Skąd przyszło do tego? - zapytał proboszcz - przecież
nieboszczyk nigdy się nie upijał. - Tak, - rzekł chłopiec - pił, bo utrzymywał, że odkrył kopalnię,
i jest tak bogaty, że nie potrzebuje nic więcej robić jak pić. A
wczoraj wieczorem, pijany jak zwykle, wyjechał z domu; wóz się
wywrócił, a on zabił się na miejscu. Proboszcz, usłyszawszy to, pojechał do domu. Był bardzo zmartwiony
tem, co słyszał. Taki był przecież wesół i tak się cieszył, że
oznajmi taką nowinę. - Kiedy proboszcz parę kroków ujechał dalej, ujrzał nadchodzącego
Israelsa Per Persona. Wyglądał on tak, jak zwykle i proboszcz
pomyślał, że dobrze jest, że temu szczęście w głowie nie
przewróciło. Tego chciał też odrazu ucieszyć dobrą wieścią. - Dzień dobry - rzekł Per Person - czy wracasz z Falun? - Tak, stamtąd wracam - odparł proboszcz - i chcę cię zawiadomić,
że powiodło mi się tam lepiej, aniżeli sądziliśmy; starosta
górniczy powiedział, że to, cośmy znaleźli, jest srebro. W tej chwili Per Person wyglądał tak, jakby się ziemia pod nim
rozwarła. - Co mówisz, co mówisz, srebro? - Tak - odrzekł proboszcz - będziemy więc bogaci i możemy żyć jak
panowie. - Nie, srebro to nie jest! - mówił Per Person i stawał się coraz
bardziej ponury. - Tak, oczywiście jest to srebro, nie przypuszczasz chyba, że cię
chcę oszukać. Nie potrzebujesz się obawiać, możesz się cieszyć. - Cieszyć się - rzekł Per Person - jak się mam cieszyć? Myślałem,
że to nic ważnego, i powiedziałem sobie, że lepszy wróbel w ręku,
aniżeli gołąb na dachu. Sprzedałem mój udział w kopalni za sto
talarów Olofowi Svärdowi. Był w rozpaczy i kiedy proboszcz pojechał dalej, stał na gościńcu
i płakał. - Kiedy proboszcz przyjechał do domu, posłał parobka do Olofa
Svärda i jego brata, aby im powiedział, że to, co znaleźli, jest
srebro. Uważał, że już ma dość tego, żeby samemu rozgłaszać dobrą
nowinę. Ale kiedy proboszcz wieczorem sam siedział w domu, radość
powróciła. Wyszedł w ciemną noc przed dom, na pagórek, gdzie
zamierzał zbudować nowe probostwo. Musi ono być piękne, tak
wspaniałe, jak pałac biskupi. Długo stał tak na dworze w noc ciemną
i nie zadowolnił się budową probostwa. Przyszło mu na myśl, że,
jeśli takie skarby wyjdą z tej okolicy, to pewnie tu ludzie będą
przybywać i wkońcu pewnie powstanie tu miasto dokoła tej góry
srebra w lesie. A potem będzie zmuszony w tem nowem mieście
zbudować nowy kościół. Ale i to go jeszcze nie zadowolniło, tylko
pomyślał, że kiedy kościół będzie zbudowany, przyjedzie tu król i
wielu biskupów, aby go poświęcić; a król będzie się tym kościołem
bardzo cieszył, tylko zrobi jeden zarzut, że w tem mieście dla
niego, dla króla, niema godnego mieszkania. Więc jeszcze w tem
nowem mieście będzie musiał zbudować dla króla zamek.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W
PEŁNEJ WERSJI.