Zagłada Domu Usherów
Son coeur est un luth suspendu;
Sitot qu'on le touche il resonne.[20]
P.J. de Béranger
PÓŹNĄ PAŹDZIERNIKOWĄ PORĄ, od rana w siodle, przez cały szary i głuchy dzień przemierzałem pod nisko zawisłą na niebie przytłaczającą powałą chmur ponure i odludne okolice i zmierzchało już, gdy ukazał się wreszcie mym oczom smętny Dom Usherów. Nie wiem, z jakiej przyczyny - ale gdym tylko go ujrzał, przeniknął mnie przeraźliwy smutek. Powiadam przeraźliwy, albowiem doznania tego nie łagodziła owa poetyczna, a co za tym idzie, na poły powabna aura, w jakiej przedstawiają się nam zazwyczaj nawet najsroższe w przyrodzie obrazy grozy czy spustoszenia. Spoglądałem na roztaczający się przede mną widok - na zwykły dwór i na pospolite rysy krajobrazu przyległej doń włości - na ponure mury - na okna spoglądające pustym wzrokiem - na kępy wybujałej turzycy - na sterczące gdzieniegdzie zbutwiałe pnie białych drzew, patrząc na to wszystko w skrajnym przygnębieniu, jakiego nie da się porównać do żadnego zrodzonego na ziemi uczucia, wyjąwszy może wrażenie towarzyszące przebudzeniu opiumisty z rozkosznych rojeń - zatrutemu goryczą nawrotowi powszedniości, gdy rozwieje się ułuda. Na porażonym i ściśniętym sercu legło niczym lodowaty kamień posępne strapienie; myśli ogarnęła przytłaczająca pomroka, której uwznioślić nie zdołałby najbardziej rozpaczliwy wzlot wyobraźni. Czemu to przypisać? - zastanawiałem się, ściągając wodze. Czemu przypisać ten wstrząs duchowy, jakiego doznałem, kiedym przypatrywał się Domowi Usherów? Była to tajemnica zgoła nieprzenikniona; podobnie nie mogłem ogarnąć natłoku niejasnych wyobrażeń, jakie cisnęły mi się do głowy. Z konieczności więc musiałem zadowolić się mizernym wnioskiem, że jakkolwiek najzwyklejsze pod słońcem rzeczy mogą wystąpić w zestawieniu, które ma w sobie moc przyprawiania nas o taki stan ducha, to jednak zbadanie owej mocy należy do zadań dla umysłu ludzkiego niedosięgłych. Mogło się okazać, snułem dalej rozważania, iż proste przesunięcie szczegółów składających się na cały obraz wystarczy, aby złagodzić czy wręcz unicestwić przygnębiające wrażenie, jakie wywoływał. Z tą myślą przywiodłem mego konia na urwisty brzeg ponurego stawu, który kładł się przed domem czarną, lśniącą i niezmąconą taflą, i wejrzałem - przypłacając to silniejszym jeszcze niźli przedtem dreszczem - na odwrócone i zniekształcone odbicia siwej trawy, upiornych kikutów drzew i spoglądających pustym wzrokiem okien.
Niemniej w tymże ponurym przybytku z własnego wyboru miałem teraz spędzić kilka tygodni. Jego właściciel, Roderick Usher, był oddanym towarzyszem moich chłopięcych zabaw, lecz od naszego ostatniego spotkania upłynęło wiele lat. Jednakże nie tak dawno temu, kiedym bawił w dalekich stronach, otrzymałem list - list skreślony jego ręką - który w swej wymowie, szalenie natarczywej, nie mógł przejść z mej strony bez echa. Pismo zdradzało niezwykłe rozgorączkowanie autora. Donosił on w nim o dotkliwych dolegliwościach ciała, o zaburzeniu umysłowym, które kładło się cieniem na jego życiu, a także o szczerym pragnieniu widzenia się ze mną, swym najlepszym i w istocie jedynym serdecznym przyjacielem, co - jak sądził - z uwagi na moje pogodne obejście mogłoby nieco ulżyć jego cierpieniu. Nade wszystko ujął mnie ton wypowiedzi, serce, które znalazło wyraźne odbicie w treści; wykluczało to jakiekolwiek wahanie z mojej strony, toteż niezwłocznie zastosowałem się do życzenia, które mimo to uważałem za nader osobliwe.
Choć niegdyś łączyła nas bliska zażyłość, w gruncie rzeczy niewiele wiedziałem o mym przyjacielu, który słynął ze swej ogromnej skrytości. Wiadomo mi było jednak, że jego starożytny ród od niepamiętnych czasów odznaczał się szczególnie wrażliwym usposobieniem, któremu od wieków dawał wyraz w licznych chwalebnych dokonaniach artystycznych, a ostatnimi czasy w szeroko zakrojonej, lecz nieszukającej poklasku działalności dobroczynnej, jak również w zamiłowaniu do zawiłości muzycznej sztuki, przedkładanych ponad ustalone kanony łatwo dostrzegalnego piękna. Dowiedziałem się również, że pień rodu Usherów - rzecz to raczej wyjątkowa - choć tak zamierzchły, nie wydał żadnej trwałej bocznej gałęzi; innymi słowy, cała rodzina wywodziła się w prostej linii od wspólnego przodka, a wszelkie odchylenia, z natury rzeczy znikome, szybko przemijały. Ta właśnie ułomność, uznałem, rozważając doskonałą zbieżność charakteru posiadłości z cechami przypisywanymi jej dziedzicom i snując domysły na temat przypuszczalnego wpływu, jaki w trakcie długich stuleci włość ta wywierała na swych panów i odwrotnie - ta właśnie ułomność, cherlactwo bocznych gałęzi rodu, skutkujące spuścizną postępującą jednym ustalonym torem, przechodzeniem z seniora na syna majątku pospołu z nazwiskiem, sprawiła, że z upływem czasu jedno stało się tożsame z drugim, a pierwotne miano posiadłości zostało zastąpione wdzięcznym i wymownym określeniem "Dom Usherów" - określeniem, które w pojęciu posługujących się nim wieśniaków zdawało się obejmować zarówno rodzinę, jak i jej rodową siedzibę.
Nadmieniłem już, że mój nieco dziecinny eksperyment, który polegał na wejrzeniu w toń stawu, zaowocował jedynie wzmocnieniem pierwotnego osobliwego wrażenia. Nie ulega wątpliwości, iż świadomość coraz głębszego popadania we władzę przesądu - czyż można bowiem nazwać to inaczej? - jeszcze bardziej mnie w niej pogrążała. Paradoksalne to prawo, o czym wiadomo mi od dawna, rządzi wszelkimi odczuciami, u których podstawy leży groza. Zapewne to właśnie sprawiło, że gdym znów przeniósł wzrok na dom z jego odbicia w tafli stawu, w umyśle mym zrodziło się dziwaczne urojenie - w istocie swej tak niedorzeczne, iż wspominam o nim jedynie na dowód natręctwa nękających mnie wrażeń. Podniecona wyobraźnia kazała mi wierzyć, że cały dwór i jego otoczenie zaiste spowija im tylko właściwa atmosfera; atmosfera wszak jak najbardziej obca niebiańskim przestworzom, wionąca wonią zbutwiałych drzew, zszarzałych murów i głuchej toni stawu: zdradliwy, zagadkowy wyziew o barwie ołowiu, który snuł się leniwie, ledwo dostrzegalny.
Otrząsając się z tego przywidzenia - przywidzeniem bowiem być musiało - zwróciłem tym baczniejszą uwagę na rzeczywisty wygląd domu. Nade wszystko wybijał się jego sędziwy wiek; odcisnął się na nim niszczący upływ czasu. Po całej fasadzie rozpleniły się drobne porosty, zwisające z gzymsów zwiewnymi, splątanymi pajęczynami. Budowla bynajmniej nie chwiała się w posadach. Zaprawa tkwiła w spoinach, a kamienie w murze wciąż doskonale do siebie przylegały, co stało w jaskrawej sprzeczności z wyraźną zwietrzałością budulca. Przywiodło mi to na myśl kruchą spoistość, jaką wykazuje drewniana boazeria, próchniejąca przez długie lata w zaciszu jakiejś zatęchłej nory, dokąd nie wdzierają się napastliwe podmuchy świeżego powietrza. Jednakże mimo oznak postępującego niszczenia konstrukcja nie wydawała się nadwerężona. Być może co bystrzejszy obserwator odkryłby niemal niezauważalną szczelinę, która biegnąc zygzakiem w poprzek frontowej ściany domu, ginęła w mrocznych wodach stawu u podnóża muru.
Pomny tych spraw, podjechałem groblą pod dom. Oddawszy konia słudze, wszedłem do gotycko sklepionej sieni. Lokaj, który zjawił się znienacka, powiódł mnie stamtąd w milczeniu przez labirynt mrocznych korytarzy do gabinetu swego pana. Zaprawdę nie wiem dlaczego, ale to, com dostrzegł po drodze, nasiliło we mnie niepokojące odczucia, o których napomknąłem wcześniej. O ile z wystrojem wnętrz - rzeźbionymi stropami, ponurymi gobelinami na ścianach, lśniącą czernią posadzek i zdobytymi na wojennych wyprawach zbrojami, niczym zwidy pobrzękującymi za każdym moim stąpnięciem - o ile z rzeczami tymi obeznany byłem już od dzieciństwa i choć znajomego ich charakteru nie omieszkałem sobie podkreślić, to jednak ze zdumieniem przyjmowałem rojenia, jakie powstawały w mym umyśle pod wpływem tych zwyczajnych widoków. Na schodach natknąłem się na lekarza rodziny. Z jego oblicza mogłem wyczytać niską przebiegłość zaprawioną bezradnością. Pozdrowił mnie bojaźliwie i ruszył dalej swoją drogą. Lokaj uchylił przede mną drzwi i doprowadził przed oblicze swego chlebodawcy.
Znalazłem się w przestronnym i wysokim pomieszczeniu. Okna długie, wąskie i zwieńczone ostrym łukiem osadzono tak wysoko nad czarną dębową podłogą, że od środka zdawały się niedosięgłe. Przez witrażowe szyby sączyły się nikłe promyki karmazynowego światła, wydobywając z mroku co ważniejsze sprzęty, niemniej niepodobna było przeniknąć wzrokiem odleglejszych kątów komnaty czy wnęk żebrowanego sklepienia. Ściany spowijały ciemne draperie. Meble, choć liczne i wystawne, zdawały się nieprzytulne, wiekowe i podniszczone. Rozrzucone książki i muzyczne instrumenty daremnie starały się ożywić całą scenę. Odniosłem wrażenie, że wdycham powietrze przesycone zgryzotą. Na wszystkim kładła się przytłaczająca atmosfera skrajnego i nieprzezwyciężonego smutku.
Kiedym przestąpił przez próg, Usher podniósł się z sofy, na której odpoczywał, leżąc na wznak, i powitał mnie z wylewnością, która uderzyła mnie jako przesadna - wymuszona serdeczność znudzonego światowca. Jednak rzut oka na jego twarz upewnił mnie o jego całkowitej szczerości. Usiedliśmy i na chwilę zapadło milczenie. Przyglądałem mu się z mieszaniną trwogi i litości. Zaprawdę próżno by szukać drugiego człowieka, który by tak straszliwie się odmienił, i to w tak krótkim czasie, jak Roderick Usher! Ciężko przychodziło mi uznać w nieszczęsnej istocie, jaką miałem przed sobą, druha z mych młodzieńczych lat. Jednakże swym obliczem wyróżniał się zawsze. Trupia niemal bladość lica; oko duże, czyste i niezrównanie lśniące; usta raczej cienkie, na domiar tego sine, lecz o zachwycającym wykroju; nos z rodzaju żydowskich, lecz delikatnie sklepiony, acz o nadmiernie rozszerzonych nozdrzach; szlachetnie ukształtowana broda, której łagodny rysunek wskazywał na niedostatek woli; włosy cieńsze i zwiewniejsze od pajęczej sieci; cechy te, w połączeniu z niepospolitą wypukłością czoła, tworzyły powierzchowność głęboko zapadającą w pamięć. W głównej mierze nasileniu owych szczególnych rysów, wyostrzeniu bijącego z nich wyrazu przypisać należało zmianę, która zrazu kazała mi wątpić w tożsamość mego rozmówcy. Zaś nade wszystko poruszyła mnie czy wręcz zatrwożyła jego, zdawało się, przezroczysta cera i nieziemski blask oczu. Obrazu dopełniały delikatne włosy, które od dawna nieprzycinane, niczym wybujałe babie lato nie tyle otulały, ile opływały twarz, sprawiając, że z trudem mogłem dopatrzyć się w tej cudacznej, arabeskowej całości rysu zwykłego człowieczeństwa.
W obejściu mego przyjaciela raziła mnie pewna niespójność, nawet sprzeczność; niebawem odkryłem, że wynikało to z ponawianych przez niego prób, słabych i daremnych, przezwyciężenia stanu ustawicznego pobudzenia, nadmiernego rozgorączkowania. Czegoś podobnego mogłem się spodziewać, w równej mierze na podstawie otrzymanego listu, jak i przez wzgląd na szczególne cechy zapamiętane z jego lat młodzieńczych czy wnioski, do jakich skłaniały osobliwy jego ustrój i usposobienie. Zachowanie Ushera zdradzało niezwykłe ożywienie na przemian z osowiałością. Głos wykazywał gwałtowne wahania, od chwiejnego rozedrgania (gdy zwierzęcy pierwiastek wydawał się całkowicie uśpiony) do artykulacji pełnej namaszczenia, niespiesznej, głuchej i dobitnej - tej ciężkiej, statecznej i gardłowej wymowy o nienagannej modulacji, jaką odznaczają się wynurzenia zatraconego pijaka czy zapamiętałego palacza opium w chwilach szczytowego uniesienia.
W taki też ton uderzył, mówiąc o celu, dla którego mnie tu sprowadził, o szczerej chęci ujrzenia mnie, jak i nadziei poprawienia swego opłakanego stanu, jaką wiązał z moim pobytem. Następnie przybliżył mi istotę swojej przypadłości. Otóż była to, jak rzekł, skaza przyrodzona, nękająca jego ród, na którą daremnie usiłował znaleźć lekarstwo - zwyczajne roztrzęsienie, i natychmiast zapewnił, że ono bez wątpienia niebawem ustąpi. Objawiało się to na różne, nader niezwykłe sposoby. Wśród nich kilka szczególnie mnie zaintrygowało, wręcz zdumiało, w czym zapewne miał swój udział sam dobór określeń i ogólny wydźwięk opowieści Ushera. Cierpiał na chorobliwe przeczulenie zmysłów; znosił jedynie najbardziej mdłe pokarmy; wdziewać na siebie mógł tylko tkaniny delikatne jak aksamit; woń kwiatów drażniła go niewymownie; oczy raziło nawet blade światło; a co się tyczy dźwięków, o udrękę przyprawiały go wszystkie, wyjąwszy brzmienie strun gitary.
Groza z gatunku najdziwaczniejszych spętała nieszczęśnika swym jarzmem. "Przyjdzie mi zginąć", oświadczył. "Przyjdzie mi niechybnie zginąć w tym szaleństwie. Tak właśnie, nie inaczej, dokona się moja zguba. Lękam się przyszłych wydarzeń, nie dla nich samych, lecz dla ich skutków. Drżę na samą myśl o wypadku nawet najbłahszym, o tym, jak wpłynąć może na mą pobudzoną ponad wszelką miarę duszę. Samo niebezpieczeństwo nie budzi we mnie trwogi, jedynie jego pochodna - przerażenie. W tym rozdygotanym - w tym żałosnym stanie spodziewać się mogę nieuchronnej chwili, kiedy porzucić mi przyjdzie i życie, i rozum, w walce z tym ponurym widmem - STRACHEM".
Co więcej, za sprawą zdawkowych i mglistych aluzji stopniowo wyszła na jaw kolejna jego dziwaczna mrzonka. Biedak tkwił we władzy pewnych przesądnych wyobrażeń na temat swej rodowej siedziby, nieopuszczanej przez niego od wielu lat. Przesądy te tyczyły się wpływu, którego domniemana moc brzmiała w ustach Ushera tak ogólnikowo, że nie sposób jej tu przytoczyć - wpływu, jaki niektóre osobliwości formy i tworzywa budowli zdobyły jakoby nad jego duchem, przytłaczającego piętna, jakie, zdaniem Ushera, na jego umysłowości odcisnęła namacalna i odwieczna obecność szarych murów, wieżyczek oraz mrocznej toni stawu, w której się przeglądały.
Wyznał jednakże, acz nie bez wahania, iż przygnębienie, które tak go dręczyło, po części można przypisać przyczynie naturalnej i o wiele bardziej wymiernej - ciężkiej i przewlekłej chorobie, a nawet przeczuwanej rychłej śmierci ukochanej siostry; ona jedna dotrzymywała mu towarzystwa przez długie lata, gdyż poza nią nie miał bratniej duszy na ziemi. Jej zgon, oznajmił z goryczą, która mną wstrząsnęła, skaże go (człeka złamanego i zrozpaczonego), ostatniego potomka starożytnego rodu Usherów, na samotność. Gdy to mówił, oczom mym ukazała się lady Madeline (tak bowiem się zwała), która wyłoniła się z odległego kąta gabinetu i nie zauważając mojej obecności, ruszyła powoli w stronę drzwi. Spoglądałem na nią ze zdumieniem z domieszką trwogi, nie potrafiłem wszak niczym sobie wytłumaczyć takich odczuć. Odprowadzając ją wzrokiem, odniosłem wrażenie martwoty. Gdy drzwi wreszcie się za nią zamknęły, przeniosłem przejęte, pytające spojrzenie na brata; ale ten ukrył twarz w dłoniach, a przez pobladłe nagle ponad swą zwykłą miarę, wychudzone palce sączyły się serdeczne łzy.
Nad dolegliwością lady Madeline od dawna łamali sobie głowy jej lekarze. Postępująca apatia, stopniowy zanik osobowości oraz częste, choć przejściowe stany kataleptyczne - tak brzmiało rozpoznanie tego rzadkiego przypadku. Siostra opierała się dotąd dzielnie podstępnej sile choroby i do końca zachowywała swobodę ruchów; jednak tego dnia, gdym zjawił się w ich domu, późnym wieczorem uległa (o czym wieść przekazał mi tej samej nocy mój wielce wzburzony gospodarz) mocy ciemiężyciela; domyśliłem się, że obraz jej osoby w gabinecie brata pozostanie mym ostatnim - że damy tej, przynajmniej żywej, nie będzie mi już dane oglądać.
Przez kilka następnych dni zarówno Usher, jak i ja wystrzegaliśmy się wszelkich wzmianek o Madeline, a ja czyniłem, co w mej mocy, aby uśmierzyć udrękę przyjaciela. Oddawaliśmy się wspólnie malowaniu i czytaniu albo wsłuchiwałem się rozmarzony w obłędne improwizacje na gitarze, która pod jego ręką zdawała się po ludzku łkać. W ten sposób coraz bliższa zażyłość otwierała przede mną tajniki jego duszy; tym dotkliwiej jednak uzmysławiałem sobie jałowość wszelkich prób rozweselenia człowieka, którego umysł tchnął mrokiem niczym wrodzoną, wymierną jakością, zaćmiewając wszechświat fizyczny i duchowy jednym nieustającym potokiem melancholii.
Na zawsze zachowam wspomnienie długich, naznaczonych powagą godzin spędzonych w towarzystwie pana Domu Usherów. Mimo to zawieść muszą wszelkie moje próby dokładnego oddania charakteru poszukiwań czy też zajęć, w których on wytyczał nam drogę, ja zaś zdawałem się na jego przewodnictwo. Wybujałe wysublimowanie spowijało wszystko złudną łuną. Po wsze czasy dźwięczeć mi będą w uszach żałobne zawodzenia gitary Ushera. Spośród wielu jego zachwycających dokonań boleśnie wręcz wryło się w mą pamięć pewne przewrotne i śmiałe rozwinięcie upojnej melodii ostatniego walca skomponowanego przez Webera. Z malowideł zaś, które dojrzewały w jego wyrafinowanej wyobraźni i które stopniowo ukazywały się mym oczom w całym swym niedookreśleniu, wywołując we mnie dreszcz tym bardziej zatrważający, że zaiste nie wiedziałem, czemu go przypisać - otóż z malowideł tych (choć tak żywy obraz pozostawiły w moim umyśle) daremnie starałbym się wydobyć treść nadającą się do powtórzenia samymi słowami. Skończoną prostotą, swym skrajnym ogołoceniem przykuwały uwagę i porażały widza. Jeśli naga idea kiedykolwiek wyszła spod pędzla śmiertelnika, tym śmiertelnikiem był właśnie Usher. Z owych czystych abstrakcji, które nieszczęśnikowi udało się przenieść na płótno - przynajmniej takie było moje wrażenie w okolicznościach, w jakich się znajdowałem - biła groza z intensywnością, której próżno by szukać w majakach uwiecznionych przez Fuselego[21], świetlistych wprawdzie, lecz nazbyt dosłownych.
Nie wszystkie jednak wśród fantastycznych wizji mojego przyjaciela tak ściśle trzymały się ducha abstrakcji; warto przedstawić tu jedną z nich, nawet jeśli z miernym tylko skutkiem, z uwagi na ograniczoność słów. Niewielki obraz przedstawiał wnętrze ogromnie wydłużonej prostokątnej krypty, a może tunelu nisko sklepionego, z gładkimi białymi ścianami o niezmąconych płaszczyznach. Pewne poboczne szczegóły kompozycji nieodparcie nasuwały myśl, iż pomieszczenie to znajduje się głęboko pod powierzchnią ziemi. W całej jego rozciągłości niewidoczny był jakikolwiek wylot, nie można też było dostrzec pochodni ani innych sztucznych źródeł światła; mimo to, za sprawą omiatających wnętrze jaskrawych promieni, całość jawiła się skąpana w upiornym i niestosownym blasku.
O chorobliwym wyostrzeniu u Ushera zmysłu słuchu już wspominałem; dolegliwość ta skazywała nieszczęśnika na obcowanie wyłącznie z brzmieniem określonych instrumentów strunowych. Być może okoliczność ta, która kazała mu się ograniczyć do gitary, owe narzucone mu wąskie ramy tłumaczą w dużej mierze olśniewający charakter jego popisów. Niemniej łatwość, z jaką przychodziły mu owe żarliwe improwizacje, stanowiła dla mnie zagadkę. Zarówno w samych dźwiękach, jak i w słowach jego rozbuchanych fantazji (albowiem nierzadko akompaniował sobie naprędce wymyślanymi rymowanymi wersami) niewątpliwie dopatrywać się trzeba owoców owego nadzwyczajnego skupienia i wytężenia umysłu, które, jak wcześniej nadmieniałem, ujawniało się jedynie w chwilach szczytowego, nienaturalnego pobudzenia. Wpadły mi w ucho słowa zwłaszcza jednej jego ballady. Urzekła mnie ona może dlatego, że kiedym jej słuchał, zdało mi się, iż w ukrytej czy tajemnej warstwie jej znaczenia po raz pierwszy dostrzegłem u Ushera pełną świadomość tego, co się w nim dokonuje - jego wzniosły rozum chwiał się niebezpiecznie na swym tronie. Strofy te, opatrzone tytułem Pałac strachów, przytaczam, jeśli nie w ich dosłownym brzmieniu, to możliwie najwierniej:
I
Pośród łąk i dolin bujnych,
Gdzie aniołów brać wesoła,
Niegdyś pałac stał dostojny,
Jasne, mężne wznosząc czoło.
Gdzie króluje Myśl strzelista,
Siedzibę miał;
Materia tworzyła go czystsza
Od wszelkich ziemskich chwał.
II
Wstęgi wiotkie, żółte, złote
Jego szczyty otulały.
(Tak - bowiem - tak sprawy te
Ongi się miały),
A wiatru łagodny powiew
W błogim czasie
Każdą muskał chorągiew,
Wonią czarowną je krasił.
III
Przez okien światłych dwoje
Ten, kto trafił tam przygodnie,
Mógł oglądać duchów roje,
Co do wtóru lutni zgodnie
Wokół tronu pląsały; a na nim,
Purpurą spowity!
W majestacie władzy, godnie,
Król zasiadał znakomity.
IV
Drzwiami z rubinu i perły słynął -
misterny to twór zaiste -
Skąd w świat płynął, płynął, płynął,
Echa śląc promieniste,
Sznur tonów, których cel wdzięczny
Był jeno głosić,
Brzmieniem nad wyraz pięknym,
Pochwałę królewskiej mądrości.
V
Lecz widm wataha, oddana złemu,
Za królobójczy miecz wnet chwyta;
(Ach, biada mu, albowiem nieszczęsnemu
jutrzenka już nigdy nie zaświta!).
Zaś kraj ten sławny z ogłady,
zakątek przez bogów wybrany,
Dziś cieniem ledwie bladym
Czasu, co dawno pogrzebany.
VI
Kto dziś zbłądzi w te ostępy,
Przez okna czerwienią płonące,
Dojrzy strachów mnogie zastępy
W zgiełku dzikim harcujące.
Zaś przez pałacu sine drzwi,
Ciżbą upiorną w ten czas
Prze, niczym wartki strumień krwi,
Chichot - lecz uśmiech zgasł.
Wymowa tej ballady, pamiętam to dobrze, pchnęła nas ku rozważaniom, w toku których wyszedł na jaw pogląd Ushera, wart przytoczenia nie tyle dla swej odkrywczości (albowiem głosili go przed nim inni[22]), co przez wzgląd na uporczywość, z jaką przy nim obstawał. W ogólnym zarysie dotyczył on czucia jako właściwości wszelkich jestestw roślinnych. Jednak w chimerycznej wyobraźni mego gospodarza idea ta przybrała postać skrajną i objęła również, z pewnymi zastrzeżeniami, królestwo nieorganiczne. Brak mi słów, aby w pełni oddać zakres jego wywodów lub ich żarliwą zapamiętałość. Rzecz miała związek z kamieniami, z których wzniesiono dom jego przodków. Na tę swoistą świadomość, wedle Ushera, wskazywać miał sposób połączenia owych kamieni, porządek, w jakim je ułożono, jak również układ pokrywających je porostów, rozmieszczenie butwiejących drzew - a nade wszystko odwieczne, niczym niezakłócone trwanie tego porządku i jego podwojenia za sprawą odbicia w martwej toni stawu. Świadectwa tejże zdolności czucia dopatrywać się należało, mówił (a mnie pod wpływem jego słów przeszły ciarki), w stopniowym, lecz niechybnym zagęszczaniu się wokół stawu oraz murów im tylko właściwej atmosfery. Przejawiało się to, dodał, w ponurym i nieubłaganym fatum, które jakoby ciążyło nad losami jego rodu i które jego samego doprowadziło do obecnego położenia. Tego rodzaju poglądy nie wymagają komentarza, dlatego powstrzymam się od uwag.
Naszą lekturę stanowiły książki, którymi zapewne od lat karmił się umysł nieszczęsnego Ushera, pozostające, jak można się domyślać, w zgodzie z charakterem jego urojeń. Wspólnie ślęczeliśmy nad takimi dziełami jak Ververt i Chartreuse Gresseta; Belfegor Machiavellego; O niebie i piekle Swedenborga; Podziemna podróż Nicholasa Klimma Holberga; Chiromancja Roberta Fluda, Jeana d'Indagine i De la Chambre'a; Wyprawa w siną dal Tiecka czy wreszcie Miasto słońca Campanelli. Specjalnymi względami cieszyło się wydane w małym formacie Directorium Inquisitorum dominikanina Eymerica de Gironne, a nad pewnymi ustępami z Pomponiusza Melli, w których mowa była o satyrach i egipanach starożytnej Afryki, Usher przesiadywał w rozmarzeniu długie godziny. Jednak szczególnej rozkoszy zaznawał przy czytaniu nader rzadkiego i osobliwego średniowiecznego dzieła, obrządku dawno zapomnianego Kościoła, Vigiliae Mortuorum secundum Chorum Ecclesiae Maguntinae[23].
Zawarty w nim opis niesamowitego rytuału od razu przeszedł mi przez myśl, gdy któregoś wieczoru Usher, niezwykle podatny na wszelkie dziwactwa, oznajmił mi, że lady Madeline nie ma już wśród nas, a następnie wyraził swą wolę złożenia jej zwłok na przeciąg dwóch tygodni w jednej z licznych krypt w podziemiach dworu, przed odprawieniem ostatecznego pochówku na cmentarzu. Ogłoszonego przy tym praktycznego uzasadnienia tak osobliwego postępowania nie śmiałem, z racji jego natury, podawać w wątpliwość. Otóż do podjęcia tego kroku skłonił brata (jak mnie szczerze zapewniał) wzgląd na niecodzienny charakter przypadłości jego siostry, na pewne zgoła nietaktowne i natarczywe dociekania ze strony lekarza, jak również na odległe położenie i dostępność dla niepowołanych osób miejsca spoczynku członków jego rodu. Nie będę ukrywał, że na wspomnienie złowieszczej powierzchowności osobnika, na którego natknąłem się tuż po przyjeździe, nie wyraziłem najmniejszego sprzeciwu wobec tego przedsięwzięcia, w moim mniemaniu raczej nieszkodliwego i podyktowanego zrozumiałą w tych okolicznościach ostrożnością.
Na prośbę Ushera wziąłem czynny udział w przygotowaniu tymczasowego pochówku lady Madeline. Włożywszy ciało do trumny, znieśliśmy je we dwójkę do podziemi. Umieściliśmy je w krypcie, małej i wilgotnej, do której nie przedostawał się najlżejszy nawet promyk światła. To zatęchłe pomieszczenie, w którym nasze pochodnie z braku powietrza ledwie się tliły, uniemożliwiając dokładny ogląd, znajdowało się na znacznej głębokości pod tym skrzydłem domu, gdzie wyznaczono mi sypialnię. W czasach feudalnych ciemnica ta służyła chyba za loch, później składowano w niej proch czy inną łatwopalną substancję, gdyż część posadzki oraz całe wnętrze łukowato sklepionego korytarza, który do niej prowadził, szczelnie pokrywały miedziane płyty. Podobnie chronione były masywne żelazne odrzwia; ich ciężar sprawiał, że obracając się na zawiasach, przeraźliwie wprost zgrzytały.
W owym przybytku grozy złożyliśmy na marach nasze żałobne brzemię i odsuwając luźne jeszcze wieko trumny, zerknęliśmy na lady Madeline. Natychmiast zwróciło mą uwagę łudzące podobieństwo siostry do brata; Usher, jakby odgadując moje myśli, wymamrotał kilka słów o tym, że byli bliźniaczym rodzeństwem i zawsze łączyły ich więzi trudno pojmowalnej natury. Nie na długo zatrzymaliśmy swe spojrzenia na zmarłej - niepodobna było bowiem przyglądać się jej bez trwogi. Choroba, która wpędziła do grobu ową damę w kwiecie młodości, odcisnęła na jej licach, jak to zazwyczaj bywa w przypadkach katalepsji, szydercze pozory rumieńca, w kącikach ust zaś utrwalił się tak upiorny w śmierci uśmiech. Zasunęliśmy z powrotem wieko trumny i przymocowaliśmy je śrubami, po czym starannie zamknąwszy żelazne odrzwia, ruszyliśmy w wyczerpującą drogę powrotną do niewiele jaśniejszej części mieszkalnej domu.
Kilka następnych dni upłynęło w atmosferze nabrzmiałej boleścią, zaś w zaburzeniu, jakim dotknięty był umysł mego przyjaciela, wystąpiły nowe, wyraźne rysy. Jego zachowanie zmieniło się nie do poznania. Zarzucił, przez roztargnienie czy zaniedbanie, swe zwykłe zajęcia. Błąkał się po domu, a jego chód zdradzało nerwowe ożywienie. Bladość oblicza pogłębiła się, przybierając, o ile to w ogóle możliwe, odcień jeszcze przeraźliwszy - za to pałający niegdyś w jego oczach ogień teraz bezpowrotnie zgasł. Ochrypły głos, jakim niekiedy się odzywał, ustąpił całkowicie miejsca wysokim i rozedrganym tonom, niczym u zaszczutego zwierzęcia. Niekiedy odnosiłem wrażenie, że trawi go od środka jakiś nienawistny sekret, do którego wyjawienia nieszczęśnik na próżno stara się wykrzesać z siebie konieczną śmiałość. Innym razem jednak, widząc, jak długimi godzinami wpatruje się w pustkę w postawie najwyższego skupienia, niby nasłuchując jakiegoś urojonego odgłosu, skłonny byłem to wszystko przypisać po prostu nieodgadnionym ścieżkom, jakimi podąża obłąkany umysł. Trudno się przeto dziwić, iż jego stan mnie przerażał - że udzielał się mnie samemu. Czułem, jak z wolna, lecz nieuchronnie popadam we władzę jego obłędnych, a przy tym tak silnie narzucających się mrzonek.
Lecz pełnej mocy owych doznań doświadczyłem, udawszy się na spoczynek do swej sypialni siódmej czy ósmej nocy od złożenia lady Madeline w krypcie. Godziny wlokły się jedna za drugą, a sen nie zstępował na moje powieki. Usiłowałem drogą rozumnej perswazji zwalczyć nerwowość, która zakradła się do mego serca. Próbowałem przekonać samego siebie, iż to, co odczuwam, można w jakimś stopniu, jeśli nie w całości, wytłumaczyć mącącym zmysły oddziaływaniem ponurego wystroju pokoju - ciemnych i podniszczonych draperii, które pobudzone do życia tchnieniem nadciągającej burzy, powiewały kapryśnie na ścianach i szeleściły niepokojąco u wezgłowia łoża. Ale na nic zdały się te wysiłki. Niepohamowane drżenie stopniowo ogarniało całe moje ciało; aż wreszcie serce zdusiła mi zmora niczym nieugruntowanej trwogi. Przeganiając ją z niemałym trudem, dźwignąłem się na łóżku i wbijając żarliwie wzrok w otaczające mnie ciemności, wsłuchałem się - nie wiedzieć czemu, najpewniej powodowany instynktem - w głuche, przytłumione dźwięki, które nie wiadomo skąd dochodziły do mnie w długich odstępach, gdy burza za oknem chwilowo cichła. Zdjęty grozą, niewytłumaczalną, lecz nie mniej przez to przejmującą, odziałem się w pośpiechu (przeczuwałem bowiem, iż nie dane mi będzie zmrużyć oka tej nocy) i zacząłem spacerować po pokoju w nadziei, że w ten sposób otrząsnę się z żałosnego stanu ducha, w jakim się pogrążyłem.
Ledwie przeszedłem kilka razy tam i z powrotem, gdy zwrócił moją uwagę odgłos lekkich kroków na przyległych schodach. Po chwili rozpoznałem chód Ushera i zaraz potem zapukał on delikatnie do drzwi i wszedł do środka z lampą. Moim oczom ukazała się znajoma trupia bladość twarzy, której teraz towarzyszył jednak błysk obłąkańczej wesołości w oczach, a całe jego obejście zdradzało z trudem trzymane w ryzach histeryczne podniecenie. Jego wygląd przeraził mnie - lecz wobec udręki samotności, która tak nieznośnie mi ciążyła, wszystko byłbym przyjął jak wybawienie - toteż z niejaką ulgą powitałem jego obecność.
- Czyżbyś jeszcze nie widział? - wykrzyknął nagle, zlustrowawszy moją sypialnię w milczeniu. - Zatem nie widziałeś? Ale, sza! oto ujrzysz.
Osłoniwszy lampę, podbiegł do okna i wyszarpnął rygiel.
Pod naporem wichury okno otworzyło się gwałtownie i do środka wdarł się wściekły podmuch z siłą, która o mało nie poderwała nas w powietrze. Widok rozhukanego żywiołu za oknem zaiste pełen był surowego, niepowtarzalnego piękna - budził grozę, a zarazem urzekał. Okolicę niechybnie nawiedziła potężna trąba powietrzna, albowiem wicher wiał coraz to w innym kierunku; co więcej, pomimo niezwyczajnego zgęstnienia chmur (które wisiały na niebie tak nisko, że nieomal ocierały się o wieżyczki dworu) nie uszło naszej uwagi, iż obłoki w szalonym pędzie nadlatują ze wszystkich stron i kotłują się niby w jakimś zaklętym kręgu. Powiadam, że mimo niezwyczajnego ich zgęstnienia nie uszło to naszej uwagi, a przecie i księżyc, i gwiazdy były pochowane, na niebie nie zapłonęła też dotąd ani jedna błyskawica. Lecz zarówno kłębowisko rozjuszonych chmur w swojej spodniej warstwie, jak i całe pobliskie otoczenie na ziemi lśniło w nienaturalnej poświacie jarzących się blado, ale wyraźnie wyziewów, które szczelnie otulały dom.
- Nie wolno ci - to nie dla twoich oczu! - rzekłem drżącym głosem i delikatnie, lecz stanowczo odciągnąłem Ushera od okna i posadziłem na krześle. - Zjawiska, które tak przykuwają twoją uwagę, są w swej istocie elektryczne i całkiem pospolite - choć niewykluczone, że biorą swój upiorny byt ze skisłych oparów unoszących się nad stawem. Zaryglujmy okno; zimne powietrze może ci zaszkodzić. Mam tu jeden z twoich ulubionych romansów. Poczytam ci i wspólnie jakoś przetrwamy tę straszliwą noc.
Podniosłem wiekowy tom pióra sir Launcelota Canninga opatrzony tytułem Tryst Szalony, co do którego określenie "ulubiony" stanowiło z mojej strony raczej przejaw chybionego humoru aniżeli upodobania do prawdy; cóż bowiem zajmującego znaleźć mogła w tym rozwlekłym utworze, na dodatek pozbawionym polotu, umysłowość mego druha, tak wzniosła i wysublimowana? Niestety, niczego innego pod ręką nie miałem; ponadto żywiłem cichą nadzieję (albowiem historia umysłowych zaburzeń obfituje w tego rodzaju anomalie), że skrajna niedorzeczność tej opowieści ostudzi rozgorączkowany umysł nieszczęsnego Ushera. Gdyby przyszło mi sądzić po przesadnym wręcz napięciu, z jakim wsłuchiwał się czy zdawał się wsłuchiwać, w słowa opowieści, pomysł swój mógłbym uznać za wszech miar trafny.
Niebawem dotarłem do słynnej sceny, w której Ethelred, bohater Trysta, po daremnych próbach uzyskania wstępu do siedziby pustelnika drogą pokojową, postanawia wedrzeć się do niej siłą. Gwoli przypomnienia, przytaczam odnośny ustęp w jego dosłownym brzmieniu:
Natenczas Ethelred, który był śmiałego serca, a który teraz rozochocony był w dwójnasób, pokrzepiony mocą spożytego wina, przerwał jałowe rokowania z pustelnikiem, który po prawdzie upartej i złośliwej był natury, lecz czując na barkach strugi deszczu i lękając się rychłej burzy, naraz wzniósł maczugę i szybkimi ciosy wyrąbał w drzwiach otwór dla swej opancerzonej ręki, którą jął tak energicznie łamać, szarpać i rozrywać stojącą mu na drodze zaporę, że huk pękającego drewna niósł się i rozbrzmiewał echem po całym lesie.
Doczytawszy to zdanie do końca, wzdrygnąłem się i na chwilę zawiesiłem głos; albowiem wydało mi się (co zresztą zaraz zbyłem jako omam rozgorączkowanej wyobraźni) - otóż wydało mi się, iż z odległego krańca domu doleciał do mych uszu, niewyraźny wprawdzie, odgłos łudząco podobny (tyle że stłumiony i głuchy) do tak szczegółowo odmalowanych przez sir Launcelota trzasków i łomotów. To niewątpliwie owa zbieżność tak mnie poruszyła, gdyż pośród szczęku okiennic i pomruków przybierającej na sile burzy dźwięk ten sam w sobie nie zasługiwał zapewne na szczególną uwagę. Podjąłem przerwaną lekturę:
Lecz nasz dzielny rycerz Ethelred, przestępując przez próg, rozsierdził się i zdumiał, jako że krnąbrny pustelnik zniknął był bez śladu; zaś w jego miejsce stanął smok, pokryty mieniącymi się cudownie łuskami i zionący ogniem, który bronił wejścia do pałacu ze złota, o posadzkach wyłożonych srebrem; do złotej ściany przytwierdzona zaś była pawęż[24] obita lśniącym spiżem, na której wyryto napis:
Kto pałac zajmie, ten zwycięzcą będzie,
Kto smoka ubije, ten pawęż posiędzie.
Na to Ethelred dobył maczugi i wraził ją w łeb bestii, która padła u jego stóp i wydała ostatnie plugawe tchnienie, z przeraźliwym i chrapliwym skrzekiem, do tego tak świdrującym, iż Ethelred zmuszony był osłonić uszy przed straszliwym hałasem, jakiego dotąd nigdy jeszcze nie słyszano.
W tym miejscu znów przerwałem, z uczuciem dzikiego zdumienia; nie mogłem bowiem wątpić, iż tym razem w istocie rozległ się (choć wciąż nie potrafiłem ustalić, skąd dochodził) gdzieś w oddali ściszony, lecz ostry i przeciągły, nienaturalny wrzask lub zgrzyt - dokładny odpowiednik przeraźliwego skrzeku smoka, jaki zrodził się w mojej wyobraźni pod wpływem przeczytanego opisu.
Wystąpienie po raz drugi tak nadzwyczajnego zbiegu okoliczności wzbudziło we mnie mnogość sprzecznych odczuć, wśród których na czoło wybijały się zgroza i zadziwienie, zdołałem wszak zachować przytomność umysłu na tyle, aby żadnymi uwagami nie pogłębiać rozdrażnienia mojego wrażliwego towarzysza. Nie byłem pewny, czy w ogóle zwrócił uwagę na wspomniane hałasy; choć bez wątpienia w jego postawie w ciągu ostatnich kilku minut zaszła dziwna zmiana. Początkowo usadowiony naprzeciwko mnie, stopniowo obracał swoje krzesło, aż zwrócił się twarzą do drzwi; nie mogłem zatem widzieć dokładnie rysów jego twarzy, dostrzegłem jednak drżenie warg, jakby mamrotał coś pod nosem. Siedział ze zwieszoną głową - ale wiedziałem, że nie śpi, zdradzało to zastygłe spojrzenie szeroko otwartych oczu. O tym, iż czuwa, świadczył też ruch jego ciała, gdyż kołysał się nieznacznie, lecz miarowo z boku na bok. Odnotowawszy to wszystko, powróciłem do przygód dzielnego Ethelreda:
Po czym bohater nasz, uszedłszy cało przed rozszalałą furią bestii, mając na względzie spiżową pawęż i zdjęcie ciążącego na niej zaklęcia, uprzątnął smocze ścierwo ze swej drogi i stąpając dziarsko po srebrnej posadzce pałacu, zbliżył się do pawęży, która po prawdzie nie myślała czekać, aż całkiem podejdzie, lecz padła mu do nóg, na podłogę z czystego srebra, z gromkim i przerażającym brzękiem.
Ledwiem wypowiedział te ostatnie sylaby, gdy uzmysłowiłem sobie - jak gdyby na zawołanie spiżowa tarcza grzmotnęła gdzieś w pobliżu o podłoże ze srebra - wyraźny, niski, metaliczny i dźwięczny, mimo że stłumiony pogłos. Wytrącony z równowagi, zerwałem się na równe nogi; ale Usher nadal kołysał się jednostajnie, nieporuszony. Podbiegłem do niego. Wzrok wbity miał przed siebie, a jego oblicze zachowywało kamienny wręcz spokój. Lecz gdy położyłem mu rękę na ramieniu, zatrząsł się; chorobliwy uśmieszek zagościł na jego ustach i spostrzegłem, że cicho i pospiesznie mamrocze coś bełkotliwie, jak gdyby nie był świadom mojej obecności. Pochyliłem się nad nim i wchłonąłem w końcu odrażającą treść jego słów.
- Czy nie słyszę? Owszem, słyszę, zresztą od dawna. Długie, długie, długie minuty, całe godziny, całe dni słyszałem to, tak - lecz nie śmiałem ci mówić! Miej dla mnie, żałosnego nędznika, litość! Nie śmiałem - nie śmiałem się odezwać! Żywcem złożyliśmy ją do grobu! Czyż moje zmysły nie są wyczulone? Teraz powiadam ci, że słyszałem pierwsze jej słabe poruszenia w trumnie. Słyszałem je - wiele, wiele dni temu - lecz brakło mi odwagi - brakło mi odwagi się odezwać! A dziś wieczór - Ethelred - ha! ha! strzaskanie drzwi pustelni, przedśmiertny wrzask smoka, brzęk tarczy! Powiedz lepiej, zerwanie wieka z trumny, zgrzyt żelaznych odrzwi jej więzienia, jej miotanie się po wyłożonym blachą podziemnym korytarzu! Dokąd mi teraz uciekać? Przecie lada chwila pojawi się tutaj! Już słyszę, jak idzie skarcić mnie za moją pochopność! Czyż to nie jej kroki łomotały na schodach? Czyż to nie jej serce tak ciężko i potwornie dudni? Wariat? - W tym momencie podniósł się z impetem i wykrzyczał ostatnie słowa, jakby wkładał w nie całą swą duszę: - Wariat? Zapewniam cię, że ona jest tuż za drzwiami!
Jak gdyby nadludzka energia bijąca z jego wypowiedzi miała moc czynienia czarów, w tejże chwili ogromne wiekowe drzwi z wolna rozwarły swe nieruchawe hebanowe szczęki. Sprawił to podmuch wiatru - lecz za progiem zaiste ukazała się moim oczom wiotka postać lady Madeline w pożegnalnym stroju. Białe szaty splamione były krwią, a jej wychudzone ciało nosiło ślady jakiejś zaciekłej walki. Przez chwilę stała w progu, dygocąc i kiwając się na wszystkie strony - potem runęła z jękiem do środka wprost na swojego brata i zwierając się z nim w gwałtownej, agonalnej udręce, przygniotła go do podłogi martwego, porażonego zgrozą, którą był przewidział.
Z komnaty tej i z tego domostwa uciekłem w popłochu. Wokoło wściekle huczała zawierucha, gdy ruszyłem znajomą starą groblą. Wtem drogę przede mną rozświetlił nagły, niesamowity błysk i obróciłem się, ciekaw, skąd pada to niezwykłe światło, albowiem za plecami miałem tylko tonący w mroku dwór i jego cień. To krwiście czerwona łuna zachodzącego księżyca tak wyraziście przezierała przez niegdyś ledwie dostrzegalną szczelinę, która, jak już nadmieniałem, biegła zygzakiem od dachu dworu aż po jego posady. Patrzyłem niby w urzeczeniu, jak szczelina gwałtownie się rozwiera - w wyłom wdarł się potężny podmuch - w okamgnieniu ukazał się cały księżyc - zakręciło mi się w głowie, gdy masywne mury runęły rozdarte na pół - rozległ się długi, ogłuszający huk niczym krzyk tysiąca wodospadów - i posępna, przepastna toń stawu u moich stóp bezgłośnie scaliła się nad szczątkami "Domu Usherów".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki