Opowiadania odjazdowe, odlotowe i odjechane - Kazimierz Nagórski

Kup ebooka

20.00 zł
16.00 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŚWINIA

Mieszkanie i pracownia Adama Polaka mieściły się na pierwszym piętrze zaniedbanej, czynszowej kamienicy. Składało się z dwóch pokoi: zewnętrznego, do którego wchodziło się prosto z korytarza, oraz wewnętrznego. Ten pierwszy był pracownią - drugi mieszkaniem.

Adam Polak był wynalazcą i konstruktorem. Przez całe dotychczasowe życie wiodło mu się źle, a okresami bardzo źle. Miał prawie czterdzieści lat i nie znalazł jeszcze sobie towarzyszki życia. W wolnych chwilach (kiedy nie pracował nad wynalazkiem epoki, który miał mu przynieść fortunę) naprawiał zegarki i mechanizmy sąsiadom. Praca ta nie przynosiła wielkich dochodów, ale jakoś żył.

Zapadał zmierzch i Adam zapalił lampę nad zagraconym biurkiem. Kończył już naprawę budzika, kiedy skrzypnęły drzwi. Spojrzał w ich stronę i zobaczył, jak w szparze ukazało się oko.

"Nastraszę smarkacza" - pomyślał.

Cicho otworzył szufladę biurka i wyciągnął plastikową imitację pistoletu.

- Ręce do góry! Stój, bo strzelam! - wrzasnął.

Drzwi natychmiast otworzyły się szeroko, ale na progu, zamiast chłopaka z sąsiedztwa, ukazał się postawny mężczyzna.

- Ty przecież nie umiesz strzelać - powiedział przybysz. Zrobił krok do przodu i zamknął za sobą drzwi.

Adam poznał gościa. Leszek Gramotny jeszcze kilka lat temu był jego bliskim znajomym. Przez moment Adam zaniemówił ze zdumienia, a potem, wolno opuszczając rękę z pistoletem, powiedział:

- Ty śmiesz tu przychodzić? Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś!?

- Adasiu - zdołał wtrącić Gramotny.

- Żadne Adasiu, żadne Adasiu - groźnie zagulgotał Polak. - Cały kraj powtarzał, nawet Gierek w telewizji, "Polak potrafi", tylko nikt nie powiedział tym palantom, że to o mnie chodzi, że tak naprawdę to tylko ja potrafię i co potrafię...

- Ależ Adasiu - znowu zdołał wtrącić Gramotny.

- Panie Adasiu, od dzisiaj Panie Adasiu, palancie. Jesteś mi winien trzy tysiące złotych.

- Przecież to były stare złotówki - łagodnie powiedział Gramotny.

- To była wówczas całkiem niezła miesięczna pensja - nagle bardzo spokojnie odpowiedział gospodarz.

- To znaczy, ile byś chciał obecnie...?

- Tyle samo - powiedział Adam.

- Ale wtedy to było niecałe trzydzieści dolarów, a teraz to prawie tysiąc, a w ogóle, jeśli mowa o starych długach, czy mogę usiąść?

- Jeśli mowa o starych długach - powiedział Adam - to rzeczywiście siadaj.

Usiedli. Gospodarz na swoim miejscu przy biurku, Gramotny na wolnym krześle obok.

- Dam ci dziesięć baniek, tysiąc nowych złotych - rozpoczął targ Gramotny.

- A odsetki? Za co najmniej dziesięć lat?

- Mogę ci te pieniądze dać natychmiast, bo akurat tyle mam przy sobie i będziemy kwita - Gramotny czuł, że zyskuje przewagę.

Adam milczał chwilę, a potem z rezygnacją pokiwał głową.

- Niech będzie - powiedział. - Jestem bez grosza.

Gramotny wyjął portfel i odliczył pieniądze. Nim je jednak wręczył - powiedział:

- Wysłuchaj mnie, proszę.

Adam wyciągnął rękę, delikatnie wziął pieniądze, schował je do tylnej kieszeni spodni, popatrzył na Gramotnego, pokiwał głową i wreszcie powiedział:

- Gadaj.

Gramotny wygodniej usadowił się na krześle i pochylił nieco do Adama.

- Zostałem zrobiony w kiszkę, w konika garbuska, czy - jak kto woli - na cacy. Wyrolowano mnie na dwa miliony.

- Dwa miliony - roześmiał się Adam - dwie stówki nowych złotych?

Gramotny poważnie pokręcił głową.

- Jeżeli zrobili cię na dwa miliony nowych złotych, to jesteś bankrutem.

Gramotny jeszcze raz pokręcił głową i powiedział:

- Zrobiono mnie na dwa miliony dolarów.

- Straszna kupa szmalu. Więc i ty jesteś bez grosza.

- Niewiele zostało. Jeżeli w ciągu kilku tygodni nie odzyskam pieniędzy, firma "GRAMOT" padnie jak strucla. I pomyśleć, że zrobili mi to moi wspólnicy.

- Dobrze wiedziałeś, że to banda złodziei - skwitował Adam. - Na szczęście żyjemy w państwie prawa. Podaj ich do sądu.

- Ta transakcja nie była całkiem legalna. Cała moja nadzieja w tobie.

- Nie mam firmy rewindykacyjnej.

- Ale masz kupę pomysłów.

- Przeceniasz mnie.

- Ale gdyby wymyślić jakąś sprytną inwestycję, dającą szybkie zyski...

- To...? - Adam zawiesił głos.

- To oni byliby skłonni zainwestować i wtedy...

- Wpłaciliby pieniądze na twoje konto.

- Właśnie.

- A ja? - zapytał Adam.

- Dostaniesz dziesiątą część.

- Szkoda, że nie mam pomysłów na zawołanie.

- Ależ masz - Adasiu - masz, rusz tylko głową. No nie bądźże świnią.

Zapadła cisza i nagle oczy Adama zaczęły się rozszerzać, a gdy osiągnęły rozmiary sporych monet, usta jakby automatycznie powiedziały:

- NIE BĄDŹ ŚWINIĄ.

A potem Adam podszedł do kredensu, odwrócił się do Gramotnego i powiedział:

- Dobrze wiesz, że nie piję, koniak, który dostałem od ciebie dwanaście lat temu na imieniny, jest ledwo napoczęty. Dziś jest okazja, żeby wypić po kieliszku.

I otworzył kredens.

***

Było kilka minut po ósmej, kiedy pod siedzibę "GRAMOTU" podjechała furgonetka firmy przewozowej. Wyskoczyło z niej czterech młodych mężczyzn w schludnych kombinezonach, a za nimi wygramolił się Adam Polak. Wpadł prosto na Gramotnego.

- Spóźniłeś się - powiedział Gramotny.

- I owszem - odpowiedział Adam - ale nie bardzo. W sam raz, by trochę ich podgrzać.

Odwrócił się w stronę ekipy.

- Panowie, bierzcie skrzynki i proszę za mną.

Młodzi ludzie wyładowali z samochodu dwie spore i dość ciężkie skrzynki. Cała szóstka ruszyła w stronę wejścia.

W holu, kiedy zmierzali już w stronę sekretariatu, Gramotny zapytał:

- Co jest w tej drugiej skrzyni?

- Części zapasowe i akumulator, który muszę wymienić w prototypie.

Gdy wchodzili, sekretarka parzyła kawę. Chciała poniechać tej pracy, ale Gramotny dał jej znak. Zrozumiała w lot.

Adam wskazał tragarzom miejsce pod oknem. Młodzieńcy ustawili skrzynki i wyszli.

- Długo będzie to trwało? - spytał Gramotny.

- Możesz zaczynać. Zdążę na pewno.

Adam pochylił się nad jedną ze skrzyń.

- Wszyscy są? - zapytał sekretarkę Gramotny.

- Tak. Tutaj są rysunki, plany i schematy - podała Gramotnemu spory rulon - a to - podeszła bliżej i podała kilka dokumentów - przyszło pocztą dziś rano.

Gramotny popatrzył na papiery, które mu podała i natychmiast spojrzał w kierunku Polaka. Adam klęczał, majstrując przy zamkach skrzyń. Gramotny odwrócił spojrzenie na sekretarkę i przytknął palec do ust, gestem tajemnicy. Sekretarka kiwnęła głową.

- Przez interkom będziesz słyszał każde słowo wypowiedziane w gabinecie. Wejdź w odpowiednim momencie, to ważne.

- Według umowy - odpowiedział Adam znad skrzyń.

Gramotny wszedł do gabinetu.

Gabinet Leszka Gramotnego urządzony był wyłącznie w niezbędne do szefowania meble. Okazałe biurko zajmowało najwięcej miejsca w tym bardzo przestronnym pokoju. Na dzisiejsze posiedzenie wniesiono i ustawiono wokół biurka osiem wygodnych krzeseł. Właśnie na nich siedzieli obecnie jego wspólnicy.

Gramotny przeszedł przez gabinet, położył rulony i dokumenty na biurku, po czym usiadł w fotelu.

- Witam panów - powiedział.

Nikt nie odpowiedział.

Gramotny przez chwilę przyglądał się dobrze mu znanym twarzom.

"Sukinsyny, szuje i kanalie" - pomyślał.

Rozłożył rulony na biurku, wziął pierwszy z nich i zawiesił na stojącym obok stelażu.

Rysunek przedstawiał naturalnej wielkości świnię.

- Świnia - powiedział.

Nie było reakcji - zbyt dobrze znali Gramotnego, w ciszy, jaka zapadła, rosło napięcie. Gdy osiągnęło punkt krytyczny, Gramotny powiedział:

- Na europejskich rynkach jedna, około stukilogramowa świnia kosztuje od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu dolarów. Z prostego rachunku wynika, że za milion świń można otrzymać od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu milionów dolarów. To godna zastanowienia kwota.

Gramotny przerwał, przez chwilę patrzył w rysunki na biurku, wreszcie podniósł głowę i powiedział:

- Nie zamierzam hodować świń.

Wziął z biurka następną planszę i zawiesił ją na stelażu. Był to rysunek techniczny ukazujący przekrój przez sztuczną świnię.

- Panowie - powiedział - być może rozpoczniemy pierwszą w dziejach, niejako historyczną, produkcję sztucznej świni.

Gramotny wziął do ręki wskazówkę i pokazując, zaczął objaśniać:

- Ta prosta konstrukcja stawowo-żebrowa będzie zasilana starym, nieco tylko zregenerowanym akumulatorem samochodowym, umieszczonym tutaj. Konstrukcja ta posiada trzy niezależne mechaniczne obwody, zwrotnie sprzężone z minikomputerem, umieszczonym w tym miejscu, i przez komputer ten sterowane. Trzy zapisane w nim programy nakładają się na siebie i uzupełniają. Pierwszy, bezpośrednio sprzężony z synchronizatorem ruchów, ma nadzór nad zachowaniem się kręgosłupa i nóg - steruje tułowiem, głową, nogami i ogonem. Drugi, sprzężony z niesłychanie udaną sztuczną skórą mającą fenomenalne właściwości elektryzowania się ładunkami elektrostatycznymi, jest odpowiedzialny za reakcje naszej świni, bowiem przy każdym dotknięciu następuje ubytek ładunków. I im dotknięcie silniejsze, tym ubytek większy, a co za tym idzie, reakcja świni intensywniejsza. Na koniec trzeci, odpowiedzialny za sztuczną fizjologię świni, sprawia, że może ona jeść, pić, a nawet wydalać.

Gramotny przerwał, popatrzył po zebranych i z uśmiechem powiedział:

- To nie koniec. Tutaj - pokazał - znajduje się urządzenie wydające dźwięki, podłączone do sztucznej skóry tak, że gdybyśmy mocniej uderzyli świnię, to ta chrząknęłaby albo zakwiczała.

Przerwał i tryumfalnie popatrzył na zebranych.

- Złudzenie jest kompletne - powiedział i usiadł.

- Do rzeczy - odezwał się siedzący z lewej, niechlujnie ubrany i zarośnięty typ.

- Koszt produkcji jednej świni - według bardzo dokładnych wyliczeń - nie przekracza pięciu dolarów. Decydują o tym następujące elementy: po pierwsze - konstrukcja stawowo-żebrowa wykonana będzie z żeliwa, a nie ze stali, bowiem świnia musi być ciężka, a nie trwała, po drugie - zawarłem już kontrakt z pewną niemiecką firmą, która ze swego składowiska chce się pozbyć ponad miliona sztuk starych akumulatorów. Płaci za transport i daje trzysta tysięcy marek temu, kto to zabierze, po trzecie - z rozmów, które prowadzę z Koreańczykami wynika, że zamawiając milion sztuk, możemy wynegocjować interesującą nas cenę za minikomputer.

- Chciałbym zobaczyć prototyp - powiedział nieskazitelnie ubrany, szpakowaty mężczyzna.

- Wszystko w swoim czasie - powiedział Gramotny - a na razie, jeśli mielibyśmy rozpocząć produkcję, to moje zakłady muszą zostać przystosowane, czyli zmodernizowane i zrobotyzowane.

- Koszt - powiedziało naraz dwóch przylizanych gogusiów, wyglądających jak bliźniacy.

- Około dwóch milionów dolarów, co się przekłada po dwieście pięćdziesiąt tysięcy na głowę.

- A ty? - zapytał łysy, jajogłowy okularnik.

- Ja daję miejsce, energię i robociznę.

- Ale komu ty te świnie chcesz sprzedać? - powiedział Czerwonogęby Wąsacz.

- To świnie eksportowe, sprzedam je tam, gdzie jest popyt, na wschód.

- Szczegóły - mruknął typ o wyglądzie bandziora.

- Nie zapraszałbym was tutaj, gdybym nie poczynił wstępnych kroków - odpowiedział Gramotny.

- Konkrety - zniecierpliwił się Szpakowaty.

Gramotny poprawił się w fotelu.

- W pewnym miasteczku, blisko wschodniej granicy, założyłem całkiem legalną spółkę eksportowo­-importową, z kompletnie nielegalnym właścicielem. Ta spółka właśnie przeprowadzi transakcję tak, żeby w papierach wszystko się zgadzało. Po wyprodukowaniu całego miliona świń podzieli się je na pięć części, po dwieście tysięcy sztuk każda. W oznaczonym dniu - wy, panowie, i ja z konstruktorem świni - dostarczymy pociągami do pięciu różnych przejść granicznych nasz towar, bowiem te pięć transakcji - ze zrozumiałych powodów - musi się odbyć jednocześnie.

- A dlaczego nie załatwić wszystkiego w jednym transporcie? Koszty byłyby mniejsze - powiedział śmieszny, niewysoki typek o wyglądzie szczurka.

- Powiedziałem moim kontrahentom, że ogołocę Polskę ze świń. Jeden transport mógłby być podejrzany.

Gramotny wstał i powiesił jeszcze jeden rysunek na stelażu.

- Rozeznałem już warunki na przejściach granicznych. Wszędzie są bardzo podobne - powiedział i pokazując na plan, kontynuował:

- Świnie będą musiały pokonać odległość peronu, przechodząc z wagonów o mniejszym rozstawie osi do innych, o rozstawie szerszym, bowiem - jak zapewne wiecie - tory kolejowe u naszych sąsiadów są szersze. Kontrahent płaci złotem, według cen giełdy. Z rączki do rączki.

- Z rączki do rączki, żeby nie było rzeżączki - zaśmiał się Niechluj.

Pozostała siódemka ryknęła śmiechem. Gramotny uciszył rozbawienie ruchem ręki.

- Nim zobaczycie prototyp - powiedział - muszę dodać, że świnie nasze, oprócz ręcznego sterowania przy pomocy uderzeń w sztuczną skórę, mogą być sterowane przy pomocy specjalnego pilota, którym będą również włączane. Nasz prototyp wykonany w pracowni konstruktora jest mniej więcej o połowę mniejszy od produktu, który opuszczać będzie taśmę. Natychmiast po transakcji zostanie zlikwidowana spółka eksportowo-importowa, a po sprzedaży złota zysk zostanie podzielony na dziesięć części, bowiem jedną część otrzyma wynalazca i konstruktor świni.

Gramotny wyprostował się i uroczyście powiedział:

- Oto konstruktor wraz z prototypem.

Drzwi do gabinetu otworzyły się i natychmiast wbiegła przez nie świnia, a za nią ukazał się Adam Polak.

- Chciałbym usłyszeć, jakie wydaje dźwięki - powiedział jeden z Bliźniaków.

Adam kopnął prototyp. Świnia kwiknęła i uciekła pod biurko.

Zebrani wybuchnęli śmiechem.

Szpakowaty schylił się i zajrzał pod biurko, cofnęło go. Wyprostował się i zdumiony powiedział:

- Ona nawet śmierdzi jak świnia.

Adam lekko pobladł, ale natychmiast odpowiedział:

- Tym trwałym zapachowym preparatem będzie nasączana sztuczna skóra.

- Niebywałe - powiedział Szczurowaty.

- Zupełnie jak żywa - Czerwonogęby Wąsacz ucieszył się jak dziecko.

- Ja w to wchodzę -kiwnął głową Niechluj - ochroniarz za godzinę przyniesie pieniądze.

- My też - pierwszy Bliźniak z zadowoleniem pogłaskał walizkę.

- Pieniądze mamy tutaj - powiedział drugi - zostawimy sekretarce.

- Przelew - oznajmił Wąsacz.

- Jeszcze dzisiaj - dodał Szpakowaty.

- Ja mogę dopiero jutro - odezwał się Szczurowaty. - Mam pieniądze w depozycie.

Łysy okularnik i typ o wyglądzie bandziora naradzali się cicho. Wreszcie Łysy powiedział:

- Damy ci czek potwierdzony do realizacji przez dwa dni.

Świnia wyszła spod biurka, pobiegła do okna, zawróciła i przycupnęła pod fotelem Gramotnego.

Wszyscy spojrzeli na Adama. Manipulował pilotem.

- Świetny manewr - powiedział Szpakowaty.

- Wychodzimy - razem szczeknęli Bliźniacy.

- My też - Łysy z Bandziorem podnieśli teczki.

- I my - Wąsacz ze Szpakowatym pomaszerowali w kierunku sekretariatu.

- Zaproś nas do obejrzenia pierwszej seryjnej - powiedział Niechluj.

- Absolutnie, koniecznie - dodał Szczurowaty.

Wszyscy wyszli.

Adam patrzył za nimi, a gdy zobaczył, że znaleźli się w holu, poszedł zamknąć drzwi gabinetu.

Świnia wylazła spod fotela i truchtem ruszyła w jego kierunku. Zamknął drzwi. Świnia stanęła, zrobiła w miejscu zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i ruszyła na Gramotnego. Ten wlazł na stołek i triumfalnie popatrzył na Adama.

- Wyłącz ją - powiedział.

- Z tym będzie kłopot - Adam podrapał się w brodę.

- Dlaczego? - Gramotny ciągle był rozbawiony.

- Bo to jest żywa świnia.

- Nie żartuj.

- Nie żartuję - poważnie powiedział Adam, uśmiechnął się i dodał: - Gdybyś znał prawdę, nie przekonałbyś ich i nie odzyskał pieniędzy.

- A to? - Gramotny wskazał na rysunki.

- To kompletna brednia.

- Jak to? - Gramotny zlazł z krzesła, zbladł, a potem poczerwieniał.

- Zwyczajnie niemożliwe.

Gramotny zsiniał, złapał się za serce i padł na fotel, dysząc ciężko.

Adam dwoma susami dopadł drzwi sekretariatu.

- Panno Agatko - zapiał - szef ma atak.

Sekretarka wyjęła z biurka buteleczkę i ruszyła do gabinetu. W drzwiach stanęła jak wryta.

Na środku gabinetu stała świnia, wpatrując się w nią małymi, świńskimi oczkami.

- Wyłącz pan tę świnię - powiedziała do Adama.

- Tego się nie da zrobić.

- Dlaczego?

- Bo to jest normalna, zwykła, żywa świnia.

- Przecież miał być prototyp! - Sekretarka ciągle stała w progu.

- Chodzi pani o to? - Adam pokazał na rysunki.

- Oczywiście.

- To absolutna brednia. Nie-mo-żli-wość - wyskandował Adam.

- Boże - sekretarka zbladła - przecież myśmy wydali w Stanach całą kupę pieniędzy na reklamę "Niezwykła zabawka ogrodowa - sztuczna świnia jak żywa". Dzisiaj przyszły pierwsze zamówienia, na dwadzieścia tysięcy sztuk.

Adam osłupiał, a potem z wściekłością spojrzał w kierunku fotela. Gramotny ledwo zipał. Odwrócił się do sekretarki, ale ta z zainteresowaniem patrzyła na środek gabinetu.

Spojrzał na świnię. Lała na dywan. Jak świnia.