ŚWINIA
Mieszkanie i pracownia Adama Polaka mieściły się na pierwszym piętrze zaniedbanej, czynszowej kamienicy. Składało się z dwóch pokoi: zewnętrznego, do którego wchodziło się prosto z korytarza, oraz wewnętrznego. Ten pierwszy był pracownią - drugi mieszkaniem.
Adam Polak był wynalazcą i konstruktorem. Przez całe dotychczasowe życie wiodło mu się źle, a okresami bardzo źle. Miał prawie czterdzieści lat i nie znalazł jeszcze sobie towarzyszki życia. W wolnych chwilach (kiedy nie pracował nad wynalazkiem epoki, który miał mu przynieść fortunę) naprawiał zegarki i mechanizmy sąsiadom. Praca ta nie przynosiła wielkich dochodów, ale jakoś żył.
Zapadał zmierzch i Adam zapalił lampę nad zagraconym biurkiem. Kończył już naprawę budzika, kiedy skrzypnęły drzwi. Spojrzał w ich stronę i zobaczył, jak w szparze ukazało się oko.
"Nastraszę smarkacza" - pomyślał.
Cicho otworzył szufladę biurka i wyciągnął plastikową imitację pistoletu.
- Ręce do góry! Stój, bo strzelam! - wrzasnął.
Drzwi natychmiast otworzyły się szeroko, ale na progu, zamiast chłopaka z sąsiedztwa, ukazał się postawny mężczyzna.
- Ty przecież nie umiesz strzelać - powiedział przybysz. Zrobił krok do przodu i zamknął za sobą drzwi.
Adam poznał gościa. Leszek Gramotny jeszcze kilka lat temu był jego bliskim znajomym. Przez moment Adam zaniemówił ze zdumienia, a potem, wolno opuszczając rękę z pistoletem, powiedział:
- Ty śmiesz tu przychodzić? Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś!?
- Adasiu - zdołał wtrącić Gramotny.
- Żadne Adasiu, żadne Adasiu - groźnie zagulgotał Polak. - Cały kraj powtarzał, nawet Gierek w telewizji, "Polak potrafi", tylko nikt nie powiedział tym palantom, że to o mnie chodzi, że tak naprawdę to tylko ja potrafię i co potrafię...
- Ależ Adasiu - znowu zdołał wtrącić Gramotny.
- Panie Adasiu, od dzisiaj Panie Adasiu, palancie. Jesteś mi winien trzy tysiące złotych.
- Przecież to były stare złotówki - łagodnie powiedział Gramotny.
- To była wówczas całkiem niezła miesięczna pensja - nagle bardzo spokojnie odpowiedział gospodarz.
- To znaczy, ile byś chciał obecnie...?
- Tyle samo - powiedział Adam.
- Ale wtedy to było niecałe trzydzieści dolarów, a teraz to prawie tysiąc, a w ogóle, jeśli mowa o starych długach, czy mogę usiąść?
- Jeśli mowa o starych długach - powiedział Adam - to rzeczywiście siadaj.
Usiedli. Gospodarz na swoim miejscu przy biurku, Gramotny na wolnym krześle obok.
- Dam ci dziesięć baniek, tysiąc nowych złotych - rozpoczął targ Gramotny.
- A odsetki? Za co najmniej dziesięć lat?
- Mogę ci te pieniądze dać natychmiast, bo akurat tyle mam przy sobie i będziemy kwita - Gramotny czuł, że zyskuje przewagę.
Adam milczał chwilę, a potem z rezygnacją pokiwał głową.
- Niech będzie - powiedział. - Jestem bez grosza.
Gramotny wyjął portfel i odliczył pieniądze. Nim je jednak wręczył - powiedział:
- Wysłuchaj mnie, proszę.
Adam wyciągnął rękę, delikatnie wziął pieniądze, schował je do tylnej kieszeni spodni, popatrzył na Gramotnego, pokiwał głową i wreszcie powiedział:
- Gadaj.
Gramotny wygodniej usadowił się na krześle i pochylił nieco do Adama.
- Zostałem zrobiony w kiszkę, w konika garbuska, czy - jak kto woli - na cacy. Wyrolowano mnie na dwa miliony.
- Dwa miliony - roześmiał się Adam - dwie stówki nowych złotych?
Gramotny poważnie pokręcił głową.
- Jeżeli zrobili cię na dwa miliony nowych złotych, to jesteś bankrutem.
Gramotny jeszcze raz pokręcił głową i powiedział:
- Zrobiono mnie na dwa miliony dolarów.
- Straszna kupa szmalu. Więc i ty jesteś bez grosza.
- Niewiele zostało. Jeżeli w ciągu kilku tygodni nie odzyskam pieniędzy, firma "GRAMOT" padnie jak strucla. I pomyśleć, że zrobili mi to moi wspólnicy.
- Dobrze wiedziałeś, że to banda złodziei - skwitował Adam. - Na szczęście żyjemy w państwie prawa. Podaj ich do sądu.
- Ta transakcja nie była całkiem legalna. Cała moja nadzieja w tobie.
- Nie mam firmy rewindykacyjnej.
- Ale masz kupę pomysłów.
- Przeceniasz mnie.
- Ale gdyby wymyślić jakąś sprytną inwestycję, dającą szybkie zyski...
- To...? - Adam zawiesił głos.
- To oni byliby skłonni zainwestować i wtedy...
- Wpłaciliby pieniądze na twoje konto.
- Właśnie.
- A ja? - zapytał Adam.
- Dostaniesz dziesiątą część.
- Szkoda, że nie mam pomysłów na zawołanie.
- Ależ masz - Adasiu - masz, rusz tylko głową. No nie bądźże świnią.
Zapadła cisza i nagle oczy Adama zaczęły się rozszerzać, a gdy osiągnęły rozmiary sporych monet, usta jakby automatycznie powiedziały:
- NIE BĄDŹ ŚWINIĄ.
A potem Adam podszedł do kredensu, odwrócił się do Gramotnego i powiedział:
- Dobrze wiesz, że nie piję, koniak, który dostałem od ciebie dwanaście lat temu na imieniny, jest ledwo napoczęty. Dziś jest okazja, żeby wypić po kieliszku.
I otworzył kredens.
***
Było kilka minut po ósmej, kiedy pod siedzibę "GRAMOTU" podjechała furgonetka firmy przewozowej. Wyskoczyło z niej czterech młodych mężczyzn w schludnych kombinezonach, a za nimi wygramolił się Adam Polak. Wpadł prosto na Gramotnego.
- Spóźniłeś się - powiedział Gramotny.
- I owszem - odpowiedział Adam - ale nie bardzo. W sam raz, by trochę ich podgrzać.
Odwrócił się w stronę ekipy.
- Panowie, bierzcie skrzynki i proszę za mną.
Młodzi ludzie wyładowali z samochodu dwie spore i dość ciężkie skrzynki. Cała szóstka ruszyła w stronę wejścia.
W holu, kiedy zmierzali już w stronę sekretariatu, Gramotny zapytał:
- Co jest w tej drugiej skrzyni?
- Części zapasowe i akumulator, który muszę wymienić w prototypie.
Gdy wchodzili, sekretarka parzyła kawę. Chciała poniechać tej pracy, ale Gramotny dał jej znak. Zrozumiała w lot.
Adam wskazał tragarzom miejsce pod oknem. Młodzieńcy ustawili skrzynki i wyszli.
- Długo będzie to trwało? - spytał Gramotny.
- Możesz zaczynać. Zdążę na pewno.
Adam pochylił się nad jedną ze skrzyń.
- Wszyscy są? - zapytał sekretarkę Gramotny.
- Tak. Tutaj są rysunki, plany i schematy - podała Gramotnemu spory rulon - a to - podeszła bliżej i podała kilka dokumentów - przyszło pocztą dziś rano.
Gramotny popatrzył na papiery, które mu podała i natychmiast spojrzał w kierunku Polaka. Adam klęczał, majstrując przy zamkach skrzyń. Gramotny odwrócił spojrzenie na sekretarkę i przytknął palec do ust, gestem tajemnicy. Sekretarka kiwnęła głową.
- Przez interkom będziesz słyszał każde słowo wypowiedziane w gabinecie. Wejdź w odpowiednim momencie, to ważne.
- Według umowy - odpowiedział Adam znad skrzyń.
Gramotny wszedł do gabinetu.
Gabinet Leszka Gramotnego urządzony był wyłącznie w niezbędne do szefowania meble. Okazałe biurko zajmowało najwięcej miejsca w tym bardzo przestronnym pokoju. Na dzisiejsze posiedzenie wniesiono i ustawiono wokół biurka osiem wygodnych krzeseł. Właśnie na nich siedzieli obecnie jego wspólnicy.
Gramotny przeszedł przez gabinet, położył rulony i dokumenty na biurku, po czym usiadł w fotelu.
- Witam panów - powiedział.
Nikt nie odpowiedział.
Gramotny przez chwilę przyglądał się dobrze mu znanym twarzom.
"Sukinsyny, szuje i kanalie" - pomyślał.
Rozłożył rulony na biurku, wziął pierwszy z nich i zawiesił na stojącym obok stelażu.
Rysunek przedstawiał naturalnej wielkości świnię.
- Świnia - powiedział.
Nie było reakcji - zbyt dobrze znali Gramotnego, w ciszy, jaka zapadła, rosło napięcie. Gdy osiągnęło punkt krytyczny, Gramotny powiedział:
- Na europejskich rynkach jedna, około stukilogramowa świnia kosztuje od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu dolarów. Z prostego rachunku wynika, że za milion świń można otrzymać od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu milionów dolarów. To godna zastanowienia kwota.
Gramotny przerwał, przez chwilę patrzył w rysunki na biurku, wreszcie podniósł głowę i powiedział:
- Nie zamierzam hodować świń.
Wziął z biurka następną planszę i zawiesił ją na stelażu. Był to rysunek techniczny ukazujący przekrój przez sztuczną świnię.
- Panowie - powiedział - być może rozpoczniemy pierwszą w dziejach, niejako historyczną, produkcję sztucznej świni.
Gramotny wziął do ręki wskazówkę i pokazując, zaczął objaśniać:
- Ta prosta konstrukcja stawowo-żebrowa będzie zasilana starym, nieco tylko zregenerowanym akumulatorem samochodowym, umieszczonym tutaj. Konstrukcja ta posiada trzy niezależne mechaniczne obwody, zwrotnie sprzężone z minikomputerem, umieszczonym w tym miejscu, i przez komputer ten sterowane. Trzy zapisane w nim programy nakładają się na siebie i uzupełniają. Pierwszy, bezpośrednio sprzężony z synchronizatorem ruchów, ma nadzór nad zachowaniem się kręgosłupa i nóg - steruje tułowiem, głową, nogami i ogonem. Drugi, sprzężony z niesłychanie udaną sztuczną skórą mającą fenomenalne właściwości elektryzowania się ładunkami elektrostatycznymi, jest odpowiedzialny za reakcje naszej świni, bowiem przy każdym dotknięciu następuje ubytek ładunków. I im dotknięcie silniejsze, tym ubytek większy, a co za tym idzie, reakcja świni intensywniejsza. Na koniec trzeci, odpowiedzialny za sztuczną fizjologię świni, sprawia, że może ona jeść, pić, a nawet wydalać.
Gramotny przerwał, popatrzył po zebranych i z uśmiechem powiedział:
- To nie koniec. Tutaj - pokazał - znajduje się urządzenie wydające dźwięki, podłączone do sztucznej skóry tak, że gdybyśmy mocniej uderzyli świnię, to ta chrząknęłaby albo zakwiczała.
Przerwał i tryumfalnie popatrzył na zebranych.
- Złudzenie jest kompletne - powiedział i usiadł.
- Do rzeczy - odezwał się siedzący z lewej, niechlujnie ubrany i zarośnięty typ.
- Koszt produkcji jednej świni - według bardzo dokładnych wyliczeń - nie przekracza pięciu dolarów. Decydują o tym następujące elementy: po pierwsze - konstrukcja stawowo-żebrowa wykonana będzie z żeliwa, a nie ze stali, bowiem świnia musi być ciężka, a nie trwała, po drugie - zawarłem już kontrakt z pewną niemiecką firmą, która ze swego składowiska chce się pozbyć ponad miliona sztuk starych akumulatorów. Płaci za transport i daje trzysta tysięcy marek temu, kto to zabierze, po trzecie - z rozmów, które prowadzę z Koreańczykami wynika, że zamawiając milion sztuk, możemy wynegocjować interesującą nas cenę za minikomputer.
- Chciałbym zobaczyć prototyp - powiedział nieskazitelnie ubrany, szpakowaty mężczyzna.
- Wszystko w swoim czasie - powiedział Gramotny - a na razie, jeśli mielibyśmy rozpocząć produkcję, to moje zakłady muszą zostać przystosowane, czyli zmodernizowane i zrobotyzowane.
- Koszt - powiedziało naraz dwóch przylizanych gogusiów, wyglądających jak bliźniacy.
- Około dwóch milionów dolarów, co się przekłada po dwieście pięćdziesiąt tysięcy na głowę.
- A ty? - zapytał łysy, jajogłowy okularnik.
- Ja daję miejsce, energię i robociznę.
- Ale komu ty te świnie chcesz sprzedać? - powiedział Czerwonogęby Wąsacz.
- To świnie eksportowe, sprzedam je tam, gdzie jest popyt, na wschód.
- Szczegóły - mruknął typ o wyglądzie bandziora.
- Nie zapraszałbym was tutaj, gdybym nie poczynił wstępnych kroków - odpowiedział Gramotny.
- Konkrety - zniecierpliwił się Szpakowaty.
Gramotny poprawił się w fotelu.
- W pewnym miasteczku, blisko wschodniej granicy, założyłem całkiem legalną spółkę eksportowo-importową, z kompletnie nielegalnym właścicielem. Ta spółka właśnie przeprowadzi transakcję tak, żeby w papierach wszystko się zgadzało. Po wyprodukowaniu całego miliona świń podzieli się je na pięć części, po dwieście tysięcy sztuk każda. W oznaczonym dniu - wy, panowie, i ja z konstruktorem świni - dostarczymy pociągami do pięciu różnych przejść granicznych nasz towar, bowiem te pięć transakcji - ze zrozumiałych powodów - musi się odbyć jednocześnie.
- A dlaczego nie załatwić wszystkiego w jednym transporcie? Koszty byłyby mniejsze - powiedział śmieszny, niewysoki typek o wyglądzie szczurka.
- Powiedziałem moim kontrahentom, że ogołocę Polskę ze świń. Jeden transport mógłby być podejrzany.
Gramotny wstał i powiesił jeszcze jeden rysunek na stelażu.
- Rozeznałem już warunki na przejściach granicznych. Wszędzie są bardzo podobne - powiedział i pokazując na plan, kontynuował:
- Świnie będą musiały pokonać odległość peronu, przechodząc z wagonów o mniejszym rozstawie osi do innych, o rozstawie szerszym, bowiem - jak zapewne wiecie - tory kolejowe u naszych sąsiadów są szersze. Kontrahent płaci złotem, według cen giełdy. Z rączki do rączki.
- Z rączki do rączki, żeby nie było rzeżączki - zaśmiał się Niechluj.
Pozostała siódemka ryknęła śmiechem. Gramotny uciszył rozbawienie ruchem ręki.
- Nim zobaczycie prototyp - powiedział - muszę dodać, że świnie nasze, oprócz ręcznego sterowania przy pomocy uderzeń w sztuczną skórę, mogą być sterowane przy pomocy specjalnego pilota, którym będą również włączane. Nasz prototyp wykonany w pracowni konstruktora jest mniej więcej o połowę mniejszy od produktu, który opuszczać będzie taśmę. Natychmiast po transakcji zostanie zlikwidowana spółka eksportowo-importowa, a po sprzedaży złota zysk zostanie podzielony na dziesięć części, bowiem jedną część otrzyma wynalazca i konstruktor świni.
Gramotny wyprostował się i uroczyście powiedział:
- Oto konstruktor wraz z prototypem.
Drzwi do gabinetu otworzyły się i natychmiast wbiegła przez nie świnia, a za nią ukazał się Adam Polak.
- Chciałbym usłyszeć, jakie wydaje dźwięki - powiedział jeden z Bliźniaków.
Adam kopnął prototyp. Świnia kwiknęła i uciekła pod biurko.
Zebrani wybuchnęli śmiechem.
Szpakowaty schylił się i zajrzał pod biurko, cofnęło go. Wyprostował się i zdumiony powiedział:
- Ona nawet śmierdzi jak świnia.
Adam lekko pobladł, ale natychmiast odpowiedział:
- Tym trwałym zapachowym preparatem będzie nasączana sztuczna skóra.
- Niebywałe - powiedział Szczurowaty.
- Zupełnie jak żywa - Czerwonogęby Wąsacz ucieszył się jak dziecko.
- Ja w to wchodzę -kiwnął głową Niechluj - ochroniarz za godzinę przyniesie pieniądze.
- My też - pierwszy Bliźniak z zadowoleniem pogłaskał walizkę.
- Pieniądze mamy tutaj - powiedział drugi - zostawimy sekretarce.
- Przelew - oznajmił Wąsacz.
- Jeszcze dzisiaj - dodał Szpakowaty.
- Ja mogę dopiero jutro - odezwał się Szczurowaty. - Mam pieniądze w depozycie.
Łysy okularnik i typ o wyglądzie bandziora naradzali się cicho. Wreszcie Łysy powiedział:
- Damy ci czek potwierdzony do realizacji przez dwa dni.
Świnia wyszła spod biurka, pobiegła do okna, zawróciła i przycupnęła pod fotelem Gramotnego.
Wszyscy spojrzeli na Adama. Manipulował pilotem.
- Świetny manewr - powiedział Szpakowaty.
- Wychodzimy - razem szczeknęli Bliźniacy.
- My też - Łysy z Bandziorem podnieśli teczki.
- I my - Wąsacz ze Szpakowatym pomaszerowali w kierunku sekretariatu.
- Zaproś nas do obejrzenia pierwszej seryjnej - powiedział Niechluj.
- Absolutnie, koniecznie - dodał Szczurowaty.
Wszyscy wyszli.
Adam patrzył za nimi, a gdy zobaczył, że znaleźli się w holu, poszedł zamknąć drzwi gabinetu.
Świnia wylazła spod fotela i truchtem ruszyła w jego kierunku. Zamknął drzwi. Świnia stanęła, zrobiła w miejscu zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i ruszyła na Gramotnego. Ten wlazł na stołek i triumfalnie popatrzył na Adama.
- Wyłącz ją - powiedział.
- Z tym będzie kłopot - Adam podrapał się w brodę.
- Dlaczego? - Gramotny ciągle był rozbawiony.
- Bo to jest żywa świnia.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję - poważnie powiedział Adam, uśmiechnął się i dodał: - Gdybyś znał prawdę, nie przekonałbyś ich i nie odzyskał pieniędzy.
- A to? - Gramotny wskazał na rysunki.
- To kompletna brednia.
- Jak to? - Gramotny zlazł z krzesła, zbladł, a potem poczerwieniał.
- Zwyczajnie niemożliwe.
Gramotny zsiniał, złapał się za serce i padł na fotel, dysząc ciężko.
Adam dwoma susami dopadł drzwi sekretariatu.
- Panno Agatko - zapiał - szef ma atak.
Sekretarka wyjęła z biurka buteleczkę i ruszyła do gabinetu. W drzwiach stanęła jak wryta.
Na środku gabinetu stała świnia, wpatrując się w nią małymi, świńskimi oczkami.
- Wyłącz pan tę świnię - powiedziała do Adama.
- Tego się nie da zrobić.
- Dlaczego?
- Bo to jest normalna, zwykła, żywa świnia.
- Przecież miał być prototyp! - Sekretarka ciągle stała w progu.
- Chodzi pani o to? - Adam pokazał na rysunki.
- Oczywiście.
- To absolutna brednia. Nie-mo-żli-wość - wyskandował Adam.
- Boże - sekretarka zbladła - przecież myśmy wydali w Stanach całą kupę pieniędzy na reklamę "Niezwykła zabawka ogrodowa - sztuczna świnia jak żywa". Dzisiaj przyszły pierwsze zamówienia, na dwadzieścia tysięcy sztuk.
Adam osłupiał, a potem z wściekłością spojrzał w kierunku fotela. Gramotny ledwo zipał. Odwrócił się do sekretarki, ale ta z zainteresowaniem patrzyła na środek gabinetu.
Spojrzał na świnię. Lała na dywan. Jak świnia.