Opowiadania o sercu i prawdzie - Dorota Worobiec

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Święta skala Solfeggio

Jadąc pociągiem, autobusem, własnym autem, bądź przemierzając wakacyjną porą kraj na piechotę, w pewnym momencie zobaczymy górę, a na niej prastary klasztor franciszkański. W dawnych czasach bracia zakonnicy zwani przez miejscowych mnichami poświęcali się, jak zresztą zawsze modłom oraz pracy. Uprawiali wielki piękny ogród pełen warzyw, owocowych drzew i krzewów, kwiatów, cudownych róż i ziół. Mieli dwie krowy dające mleko pachnące koniczyną, mieli stadko kur, mieli wielki piec do pieczenia chleba, a więc niczego im nie brakowało. Mieli także pasiekę. Sporządzali mikstury, maści, nalewki, miody, zaprawy, ręcznie przepisywali prastare teksty klasztorne dla potomnych, medytowali, śpiewali...Brat Antoni przygrywał na fletni, a głos jej niósł się po wsi i okolicy przedziwnym echem i kładł się na sercach słuchających jakby plastrami miodu...Do mnichów przychodzili mieszkańcy wioski i okolic oraz pielgrzymi, a czasem jakiś zabłąkany samotny turysta, wędrowiec. I zawsze znajdował tu odpoczynek, strawę i dobre słowo. Pewnej nocy, a właściwie to już świtem, mnichów obudził płacz niemowlęcia, niby kwilenie jakiegoś zwierzątka. Koszyk stał tuż pod ciężkimi drzwiami wejściowymi, muru nikt nie musiał pokonywać, gdyż wrota w murze tradycyjnie pozostawały otwarte dzień i noc. Brat Jan w nocnym stroju i sandałach z rzemyków ubranych pospiesznie na bose stopy stał po chwili w otwartych ciężkich, brązowych, rzeźbionych drzwiach ze wzrokiem w najwyższym zadziwieniu wbitym w zawartość koszyka. Niemowlę było zadbane, otulone wełnianym okryciem, z boku miało włożoną butelkę napełnioną mlekiem i... nic więcej. Żadnej karteczki, żadnej informacji, nawet imienia dziecka. Podobne historie działy się, ludzie nie mając wyjścia pozostawiali niemowlęta zakonnikom, jednak tym zakonnikom, w tym klasztorze zdarzyło się coś takiego po raz pierwszy.

To chłopczyk, zabrzmiał głos mnicha Jerzego. Wokół koszyka postawionego teraz na stole w przytulnej kuchni pachnącej świeżym chlebem i ziołami zrobiło się teraz tłoczno. Krąg otaczał niemowlę, które zwyczajnym, radosnym wzrokiem spoglądało na twarze braci zakonników. Co teraz zrobimy? Nic, ochrzcimy chłopca, nakarmimy, mleka jest przecież codziennie pod dostatkiem, wszelkiego zdrowego jedzenia na później też. W czym problem? Nie ma problemu! Jak powiedzieli, tak zrobili. Na chrzcie nadali mu imię Patryk i przygotowali dla niego małą, przytulną izdebkę w pobliżu własnych komnat, w których spali, aby mieć go zawsze na oku. Chłopiec był pogodny, spokojny, często się uśmiechał, nie płakał właściwie prawie nigdy. Nie tylko nie przeszkadzał mnichom, nie tylko nie czuli ciężaru opieki nad nim, ale wręcz nie wyobrażali sobie już życia bez niego. Nawet przyłapywali się na lęku, że któregoś dnia kogoś ruszy sumienie i przyjdzie po niego. Tak się jednak nie stało ani teraz, ani przez najbliższe lata. Chłopiec nigdy nie chorował, rozwijał się zdrowo, codziennie przed snem i w ciągu dnia słuchał dziwnej melodii fletni, na której grał brat Antoni. Chłopiec posiadał poczucie humoru i bardzo lubił psocić i droczyć się z mnichami, czasem dla żartu wyśmiewając ich słabości i przywary, a oni również w żartach gonili go z miotłą lub ścierką, śmiejąc się przy tym do łez... Uczyli chłopca liter, czytania, rysowania, opieki nad ogrodem, pasieką, zwierzętami, opowiadali mu baśnie, uczyli pieczenia chleba i rozmowy z Bogiem. Wystrugał mu brat Józef z lipowego drzewna piękny wóz z konikiem oraz komiczną figurkę grubego brata Antoniego trzymającego fletnię na ramieniu....Chłopiec wędrował codziennie w ciepłą porę roku po urokliwych okolicach klasztoru, zawsze miał kijek wędrowca, aby łatwiej mógł wspinać się na pagórki, miał też mały plecaczek z piciem i prowiantem, oraz czapeczkę z daszkiem na głowie, krótkie spodenki i płócienną koszulę.

Tak mijał czas. Ludzie przychodzili do klasztoru po miód, mikstury ziołowe i maści, po błogosławieństwo, po różnego rodzaju ratunki. Przychodziła regularnie młoda smutna kobieta, bardzo biedna kobieta, przynosiła co miała, w zamian biorąc to, co potrzebne. Zakonnicy brali od niej to, co przynosiła, aby nie sprawiać jej przykrości, jednak w zamian obdarowywali ją bardzo hojnie, nieporównywalnie do jej darów. Kobieta miała zalękniony, jakby szukający czegoś, a może kogoś, wzrok... Patryk jednego dnia podbiegł do niej z zerwanym odruchowo polnym kwiatkiem i z promiennym uśmiechem włożył jej w dłoń, niby skarb najcenniejszy. Kobiecie prawie stanęło serce, łzy szybkim, cienkim sznureczkiem potoczyły się po policzkach. Nagłym gestem przygarnęła i uścisnęła chłopczyka, pragnąc, by ta chwila trwała wieczność. Niech pani nie płacze, to tylko kwiatek, powiedział Patryk i spojrzał głęboko w jej spłakane oczy. Ujrzał w nich coś, czego nie rozumiał, coś, co pozostało odbite w jego oczach jak niezmywalna pieczęć. Pieczęć, której złamaniem miał zająć się los i czas o wiele, wiele później. Pewnego roku we wsi zapanowała epidemia, bardzo ciężka epidemia. Miejscowy doktor nie radził już sobie, ludzi zabierano do szpitala odległego o kilkadziesiąt kilometrów, a tutejszy cmentarz wzbogacił się o wiele grobów. Niektórzy przywozili na wozach konnych ciężko chorych członków rodzin pod klasztor...

Zakonnicy podawali im mikstury, miód, modlili się pod tutejszym obrazem, bardzo starannie, z największym namaszczeniem i w nieskończoność kreślili znak Krzyża nad wodą z własnej studni, po czym dawali chorym napić się tej wody. W taki sam sposób kreślili wielokrotnie znak krzyża nad każdym chorym. W nieskończoność też odmawiali nad chorymi modlitwę Ojcze Nasz, akurat tą i wielokrotnie. Brat Antoni siadał na dworze pośród chorych i grał....grał... i grał na swojej fletni przepiękne melodie o dziwnie brzmiących chwilami dźwiękach, a nuty zdawały się uciekać z pięciolinii i szybować gdzieś w głębiny kosmosu i głębiny ludzkich serc, dusz, umysłów. Dziwnym jakimś zbiegiem okoliczności, wszyscy ci, których przywieziono pod klasztor przeżyli. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie zaraził się żaden z zakonników, ani Patryk, który w wielkim poświęceniu pomagał mnichom w obsłudze chorych. Rodziny powróciły ze swoimi ozdrowiałymi chorymi do domów...

Wtedy coś zaświtało w głowach mieszkańców. Zastanawiali się nad przyczyną cudownych uzdrowień i sami zdrowi w tym momencie też wybierali się po błogosławieństwo, po mikstury i po miód do mnichów, gdyż jedynie w tym dopatrywali się wytłumaczenia tamtych dziwnych ratunków. Błogosławieństwo, modlitwa mnichów, woda naznaczona krzyżem, oraz ich zdrowe produkty z pewnością miały znaczenie, jednak w przypadku takiej epidemii, to musiało być też coś mocniejszego. Tylko CO??? Może wszystko razem, ale brakowało w tej całości jakiegoś ważnego ogniwa...