Opowiadania nowojorskie - Henry James

Kup ebooka

55.90 zł
46.40 zł (39,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niezwykły przypadek

Póź­ną wio­sną 1865 roku, tuż po za­koń­cze­niu woj­ny, w ob­skur­nej klit­ce na pod­da­szu jed­ne­go z wiel­kich no­wo­jor­skich ho­te­li le­żał na łóż­ku mło­dy scho­ro­wa­ny ofi­cer, po­grą­żo­ny w nie­we­so­łych roz­my­śla­niach. Jego za­du­mę prze­rwał po­ko­jo­wy, któ­ry wszedł, by wrę­czyć mu wi­zy­tów­kę z na­zwi­skiem Pani Sa­mu­elo­wa Ma­son i sło­wa­mi skre­ślo­ny­mi ołów­kiem na od­wro­cie: "Dro­gi puł­kow­ni­ku Ma­son, do­pie­ro te­raz się do­wie­dzia­łam, że pan jest w mie­ście, sa­mot­ny i nie­zdrów. To na­praw­dę okrop­ne. Czy pan mnie pa­mię­ta? Czy zo­ba­czy się pan ze mną? Bo je­śli tak, to z pew­no­ścią pan mnie so­bie przy­po­mni. Na­le­gam, aby wejść na górę. M.M.".

Ma­son był nie­ubra­ny, nie­ogo­lo­ny, sła­by i lek­ko go­rącz­ko­wał; w po­ko­iku pa­no­wał ba­ła­gan, któ­ry nie za­le­cał się na­wet ma­low­ni­czo­ścią. Wi­zy­tów­ka pani Ma­son sta­no­wi­ła za­gad­kę, a za­ra­zem nie­biań­ską za­po­wiedź po­cie­chy. Jed­nak­że mło­dy czło­wiek miał tak nad­wą­tlo­ny umysł, że nie od razu po­jął, co wła­ści­wie ozna­cza ten li­ścik. Przez do­brą chwi­lę zbie­rał my­śli.

- To jest dama, pro­szę pana - usłuż­nie pod­po­wie­dział po­ko­jo­wy.

- Mło­da czy sta­ra?

- No, jed­no i dru­gie po tro­chu, pro­szę pana.

- Prze­cież nie za­pro­szę damy tu­taj, na górę - jęk­nął cho­ry.

- Ależ pro­szę pana, wy­glą­da pan pięk­nie, daję sło­wo - za­pew­nił po­ko­jo­wy. - One lu­bią cho­rych męż­czyzn. Poza tym wi­dzę, że nosi pań­skie na­zwi­sko - cią­gnął Mi­cha­el, któ­ry przez lata służ­by osią­gnął wiel­ką szcze­rość wy­po­wie­dzi - więc tym więk­szy wstyd dla niej, że nie przy­szła wcze­śniej.

Puł­kow­nik Ma­son uznał, że sko­ro pani Ma­son sama pra­gnie zło­żyć mu wi­zy­tę, na­le­ży ją przy­jąć bez dal­szych ce­re­gie­li.

- Je­że­li jej to nie prze­szka­dza, to mnie tym bar­dziej nie - oświad­czył, zbyt sła­by, aby si­lić się na prze­sad­ną skru­pu­lat­ność, i nie­ba­wem od­wie­dza­ją­ca zo­sta­ła do­pro­wa­dzo­na do jego wez­gło­wia. Uj­rzał przed sobą uro­dzi­wą kor­pu­lent­ną blon­dyn­kę w śred­nim wie­ku, ubra­ną we­dle naj­now­szej mody i nie­oka­zu­ją­cą naj­mniej­sze­go skrę­po­wa­nia, chy­ba że ta­kie, ja­kie ła­two wy­tłu­ma­czyć za­dysz­ką na sku­tek dłu­giej wspi­nacz­ki po scho­dach.

- Pa­mię­tasz mnie? - za­py­ta­ła owa dama, uj­mu­jąc mło­dzień­ca za rękę.

Ma­son opadł na po­dusz­ki i spoj­rzał na nią. - Kie­dyś była pani moją stry­jen­ką... stry­jen­ką Ma­rią.

- Nadal je­stem two­ją stry­jen­ką Ma­rią - od­par­ła. - To bar­dzo ład­nie, że mnie nie za­po­mnia­łeś.

- To bar­dzo ład­nie, że ty nie za­po­mnia­łaś o mnie - rzekł to­nem zdra­dza­ją­cym uczu­cie głęb­sze niż zwy­kła chęć od­wza­jem­nie­nia życz­li­wo­ści.

- Mój dro­gi, mie­li­ście tu woj­nę i set­ki in­nych okro­pieństw! Wiesz, dłuż­szy czas ba­wi­łam w Eu­ro­pie. Od po­wro­tu miesz­kam na wsi, w sta­rym domu twe­go stry­ja nad rze­ką; umo­wa naj­mu wy­ga­sła, aku­rat kie­dy wró­ci­łam do kra­ju. Wczo­raj wpa­dłam do mia­sta w in­te­re­sach i zu­peł­nym przy­pad­kiem do­wie­dzia­łam się o two­jej cho­ro­bie i miej­scu po­by­tu. Wie­dzia­łam, że wstą­pi­łeś do woj­ska; dzie­siąt­ki razy się za­sta­na­wia­łam, co się z tobą dzie­je i czy zja­wisz się u nas, sko­ro woj­na się skoń­czy­ła. Oczy­wi­ście, przy­szłam do cie­bie, nie tra­cąc ani chwi­li. Tak mi przy­kro. - Tu pani Ma­son ro­zej­rza­ła się za czymś do sie­dze­nia, lecz na fo­te­lach po­nie­wie­ra­ły się czę­ści gar­de­ro­by i ekwi­pun­ku mło­dzień­ca oraz reszt­ki jego ostat­nie­go po­sił­ku. Po­czci­wa dama spo­glą­da­ła na ten ba­ła­gan z pięk­ną, nie­mą, współ­czu­ją­cą iro­nią.

Mło­dy czło­wiek le­żał bez ru­chu, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od jej ład­nej twa­rzy, go­tów z roz­ko­szą i po­ko­rą przy­jąć każ­dą for­mę, w jaką ze­chcia­ła­by ob­lec swe uczu­cia. - Je­steś pierw­szą ko­bie­tą god­ną tego mia­na, któ­rą wi­dzę od nie wiem ilu mie­się­cy - wy­znał, świa­dom kon­tra­stu mię­dzy jej po­sta­cią i wy­glą­dem po­ko­ju, nie­mal­że czy­ta­jąc w jej my­ślach.

- Do­my­ślam się. Za­mie­rzam za­stą­pić ci tu­zin ko­biet. - Opróż­ni­ła je­den z fo­te­li i przy­su­nę­ła go do łóż­ka, po czym usia­dła, zdję­ła rę­ka­wicz­kę i mięk­ko po­gła­ska­ła dłoń krew­nia­ka. - Aleś ty wy­rósł i zmęż­niał! - cią­gnę­ła. - A te­raz po­wiedz, bar­dzo je­steś cho­ry?

- O to mu­sisz za­py­tać le­ka­rza - po­wie­dział Ma­son. - Wła­ści­wie nie wiem. Bar­dzo źle się czu­ję, przy­pusz­czam jed­nak, że to czę­ścio­wo z po­wo­du mego po­ło­że­nia.

- Nie wąt­pię, że two­je po­ło­że­nie po­no­si co naj­mniej po­ło­wę winy. Już roz­ma­wia­łam z le­ka­rzem. Pani Van Zandt to moja sta­ra przy­ja­ciół­ka i kie­dy je­stem w mie­ście, za­wsze do niej za­glą­dam. To od niej do­wie­dzia­łam się dziś rano, w ja­kim je­steś sta­nie. Naj­pierw cie­szy­ły­śmy się z tego, że wresz­cie bę­dzie po­kój; po czym, na­tu­ral­nie, za­czę­ły­śmy la­men­to­wać, ilu to mło­dych lu­dzi bę­dzie te­raz mu­sia­ło żyć bez koń­czyn, ze zruj­no­wa­nym zdro­wiem. No i pani Van Zandt przy­kła­do­wo wy­mie­ni­ła kil­ku pa­cjen­tów swe­go męża, mię­dzy in­ny­mi cie­bie: oto wspa­nia­ły mło­dy czło­wiek, po­wie­dzia­ła, cho­ry i nie­szczę­śli­wy, po­zba­wio­ny ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, któ­re­go je­dy­nym schro­nie­niem jest dusz­na klit­ka w zgieł­kli­wym ho­te­lu. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić, że od razu za­strzy­głam uchem i za­py­ta­łam, ja­kie imię dano ci na chrzcie. Dok­tor Van Zandt, któ­ry zaj­rzał do nas, za­raz mi od­po­wie­dział. Na szczę­ście imię masz nie­po­spo­li­te: nie­po­dob­na, by na świe­cie żyło dwóch Fer­di­nan­dów Ma­so­nów. Krót­ko mó­wiąc, do­my­śli­łam się, że je­steś sy­nem bra­ta mego męża i że na­resz­cie ja rów­nież zy­ska­łam skrom­ną szan­sę, by pie­lę­gno­wać ja­kie­goś bo­ha­te­ra. Dok­tor Van Zandt wie­dział nie­wie­le o to­bie, ale to, co wie­dział, zga­dza­ło się z tym, co wiem ja, cho­ciaż było mi przy­kro, że nig­dy mu nie mó­wi­łeś o na­szym po­kre­wień­stwie. Jed­nak wła­ści­wie po co miał­byś mó­wić? Te­raz i tak bę­dziesz mu­siał się do mnie przy­znać. Ża­łu­ję, że nie wspo­mnia­łeś o tym wcze­śniej, tyl­ko z tego wzglę­du, że dok­tor mógł nas skon­tak­to­wać mie­siąc temu i wte­dy pew­nie już był­byś zdro­wy.

- Musi mi­nąć wię­cej niż mie­siąc, że­bym wy­zdro­wiał - rzekł Ma­son, uzna­jąc, że sko­ro pani Ma­son usil­nie za­mie­rza coś dla nie­go zro­bić, to po­win­na po­znać praw­dzi­wy stan rze­czy. - Nig­dy o to­bie nie wspo­mi­na­łem, bo cał­kiem stra­ci­łem cię z oczu. Są­dzi­łem, że wciąż je­steś w Eu­ro­pie, co wię­cej - do­dał po chwi­li wa­ha­nia - do­szły mnie słu­chy, że znów wy­szłaś za mąż.

- Pew­nie, że tak - rze­kła pani Ma­son z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem. - Sama o tym sły­szę co naj­mniej raz na mie­siąc. A ja są­dzi­łam, że ty się oże­ni­łeś, do cze­go mia­łam prze­cież więk­sze pod­sta­wy. Jed­nak, dzię­ki Bogu, nic ta­kie­go nas nie dzie­li. Obo­je mo­że­my ro­bić, co chce­my. Obie­cu­ję, że w mie­siąc cię wy­le­czę, na­wet wbrew twej woli.

- Ja­kie pro­po­nu­jesz le­kar­stwo? - za­py­tał mło­dzie­niec z uśmie­chem, na­der uprzej­mym, zwa­żyw­szy na to, jak scep­tycz­nie był na­sta­wio­ny.

- Po pierw­sze, za­mie­rzam za­brać cię z tej okrop­nej nory. Omó­wi­łam wszyst­ko z dok­to­rem Van Zand­tem. Twier­dzi, że mu­sisz wy­je­chać na wieś. Dro­gi chłop­cze, każ­dy by się tu wy­koń­czył - ru­chli­wy Broad­way za oknem, dru­ga taka uli­ca pod drzwia­mi! Po­słu­chaj. Mój dom stoi nad samą rze­ką, o dwie go­dzi­ny jaz­dy po­cią­giem. Wiesz, że nie mam dzie­ci, to­wa­rzy­szy mi tyl­ko sio­strze­ni­ca, Ca­ro­li­ne Hof­mann. Przy­je­dziesz i za­miesz­kasz z nami, do­pó­ki nie na­bie­rzesz sił, choć­by mia­ło to trwać i dzie­sięć lat. Za­pew­niam ci zdro­we, świe­że po­wie­trze, od­po­wied­nie je­dze­nie, po­rząd­ną opie­kę oraz przy­wią­za­nie roz­sąd­nej ko­bie­ty. Ani sło­wa sprze­ci­wu! Bę­dziesz ro­bił, co ze­chcesz: bę­dziesz wsta­wał, kie­dy ze­chcesz, jadł, kie­dy ze­chcesz, cho­dził spać, kie­dy ze­chcesz, i mó­wił, co ze­chcesz. Nie będę ni­cze­go od cie­bie wy­ma­gać, oprócz tego, byś po­zwo­lił tro­skli­wie się tobą zaj­mo­wać. Przy­po­mi­nasz so­bie, jak bę­dąc jesz­cze w szko­le, po śmier­ci ojca za­pa­dłeś na odrę i stryj za­brał cię do nas? Oso­bi­ście po­ma­ga­łam opie­ko­wać się tobą i pa­mię­tam, że na­wet w cho­ro­bie mia­łeś do­sko­na­łe ma­nie­ry. Stryj bar­dzo cię lu­bił i gdy­by miał ja­kiś znacz­niej­szy ma­ją­tek, z pew­no­ścią wy­mie­nił­by cię w te­sta­men­cie. Ale na­tu­ral­nie nie mógł ni­ko­mu za­pi­sać pie­nię­dzy wła­snej żony. To, co chcia­ła­bym dla cie­bie zro­bić, to tyl­ko nie­wiel­ka część tego, co on sam by zro­bił, gdy­by żył i wie­dział, jaki by­łeś dziel­ny i jak te­raz cier­pisz. A więc usta­lo­ne. Dziś po po­łu­dniu wra­cam do domu. Ju­tro rano przy­ślę ci słu­żą­ce­go z in­struk­cja­mi. To An­glik, któ­ry do­sko­na­le zna swo­ją ro­bo­tę; spa­ku­je two­je rze­czy i wszyst­ko za cie­bie za­ła­twi. Mu­sisz tyl­ko dać się ubrać i za­wieźć na po­ciąg. Oczy­wi­ście wy­ja­dę po cie­bie na sta­cję. Tyl­ko nie mów, że nie czu­jesz się na si­łach.

- Taki sil­ny jak w tej chwi­li nie czu­łem się od wie­lu ty­go­dni - od­rzekł Ma­son. - Pew­nie nie ma sen­su, że­bym ci dzię­ko­wał.

- Naj­mniej­sze­go. I tak bym nie słu­cha­ła. Po­dej­rze­wam - do­da­ła pani Ma­son, roz­glą­da­jąc się po go­łych ścia­nach i ską­pym ume­blo­wa­niu - że pła­cisz nie­złą sum­kę za to gniazd­ko roz­ko­szy. Po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy?

Mło­dy czło­wiek po­krę­cił gło­wą.

- A więc do­brze - oznaj­mi­ła pani Ma­son ka­te­go­rycz­nie. - Od tej chwi­li je­steś w mo­ich rę­kach.

Ma­son le­żał prze­ję­ty do głę­bi, nie­zdol­ny wy­krztu­sić sło­wa; pró­bo­wał jed­nak za­pew­nić ją o swej wdzięcz­no­ści lek­kim uści­skiem pal­ców. Dama pod­nio­sła się i chwi­lę sta­ła przy łóż­ku, wcią­ga­jąc rę­ka­wicz­kę z ni­kłym uśmiesz­kiem nie­speł­nio­nej fi­lan­trop­ki, któ­ra w koń­cu zna­la­zła nie­skoń­cze­nie wdzięcz­ny obiekt za­in­te­re­so­wa­nia. Jej uśmiech od­bił się w znu­żo­nym ob­li­czu bied­ne­go Fer­di­nan­da; na­resz­cie, po tylu la­tach, tak­że o nie­go ktoś się za­trosz­czył. Po­zwo­lił, by gło­wa opa­dła mu na po­dusz­kę, w mil­cze­niu wdy­chał woń spo­koj­nej ele­gan­cji i do­bro­dusz­nej ser­decz­no­ści stry­jen­ki. Pra­gnął po­chwy­cić jej suk­nię i pro­sić, by go nie opusz­cza­ła - te­raz do­pie­ro miał od­czuć go­rycz osa­mot­nie­nia. Przy­pusz­czam, że ta wzru­sza­ją­ca oba­wa - wzru­sza­ją­ca w dwój­na­sób u mło­de­go, znisz­czo­ne­go przez woj­nę ofi­ce­ra - od­ma­lo­wa­ła się w jego oczach, gdyż przed odej­ściem pani Ma­son schy­li­ła się i po­ca­ło­wa­ła go w czo­ło. Do­sły­szał jesz­cze sze­lest jej suk­ni na dy­wa­nie, ci­chy trzask za­my­ka­nych drzwi i od­da­la­ją­ce się kro­ki, po czym za­krył twarz dłoń­mi, pod­da­jąc się sła­bo­ści, i wy­buch­nął szlo­chem ni­czym stę­sk­nio­ny uczniak. Przy­po­mnia­no mu, jak pięk­ne może być ży­cie.

Spra­wy po­to­czy­ły się tak, jak za­my­śli­ła pani Ma­son. Na­za­jutrz o szó­stej po po­łu­dniu Fer­di­nand zna­lazł się na ma­łej sta­cyj­ce Hud­son Ri­ver Ra­il­ro­ad, wy­czer­pa­ny po­dró­żą, nie­mniej pod­nie­co­ny per­spek­ty­wą jej za­koń­cze­nia. Pani Ma­son już na nie­go cze­ka­ła w ni­skim fa­eto­nie ze ster­tą po­du­szek i ple­dów; Fer­di­nand usa­do­wił się u jej boku i po­wóz ru­szył pę­dem.

Pani Ma­son zaj­mo­wa­ła ob­szer­ną re­zy­den­cję w wiej­skim sty­lu, z pod­jaz­dem wi­ją­cym się wo­kół okrą­głe­go traw­ni­ka i buj­nej kępy krze­wów. Gdy po­wóz za­je­chał przed ga­nek, w drzwiach po­ja­wi­ła się mło­da ko­bie­ta. Moż­na wy­ba­czyć Ma­so­no­wi, że, nie­ja­ko za­ocz­nie, uznał się za przed­sta­wio­ne­go; za­nim się po­ła­pał - słu­żą­cy za jego ple­ca­mi zma­gał się z ku­frem pod kie­row­nic­twem pani Ma­son - przy­jął po­da­ne mu ra­mię i dał się po­pro­wa­dzić przez hol do ba­wial­ni. Tam pan­na uprzej­mie wska­za­ła mu ka­na­pę, któ­rą dla jego użyt­ku spe­cjal­nie ka­za­ła przy­su­nąć do ognia, roz­pa­lo­ne­go spe­cjal­nie dla jego wy­go­dy. Jed­nak­że Ma­son nie zdo­łał sko­rzy­stać z tej uprzej­mo­ści; wie­dzio­ny na­ka­zem roz­sąd­ku bez­zwłocz­nie udał się do swe­go po­ko­ju.

Na­stęp­ne­go ran­ka wstał wcze­śnie i pod­jął pró­bę zej­ścia na śnia­da­nie. Ale siły go za­wio­dły, z ko­niecz­no­ści więc nie­śpiesz­nie się ubrał i za­do­wo­lił przej­ściem z łóż­ka na fo­tel. Aby oszczę­dzić mu tru­du cho­dze­nia po scho­dach, ce­lo­wo prze­zna­czo­no dla nie­go sy­pial­nię na par­te­rze - uro­czy po­kój z ja­snym dy­wa­nem i ja­sno obi­ty­mi me­bla­mi, tchną­cy ową de­li­kat­ną świe­żo­ścią, któ­ra świad­czy o nie­kwe­stio­no­wa­nej wła­dzy ko­biet. Duże wy­so­kie okno spo­wi­te w mu­ślin i per­kal wy­cho­dzi­ło na zie­lo­ny traw­nik; przy oknie tym, owi­nię­ty w szla­frok, za­to­pio­ny w ob­ję­ciach naj­mięk­sze­go z fo­te­li, Ma­son po­wo­li spo­żył pro­sty po­si­łek. Nie­ba­wem na traw­ni­ku przed oknem po­ja­wi­ła się go­spo­dy­ni i mło­dy czło­wiek, poj­mu­jąc, że to skrzy­dło domu wy­sta­wio­ne jest na cie­płe pro­mie­nie słoń­ca, od­wa­żył się otwo­rzyć okno, by z nią po­roz­ma­wiać. Pani Ma­son przy­sta­nę­ła na tra­wie, osło­nię­ta pa­ra­sol­ką.

- Pora po­my­śleć o le­ka­rzu - po­wie­dzia­ła. - Naj­waż­niej­szy tu­taj jest dok­tor Gre­go­ry, przed­sta­wi­ciel sta­rej szko­ły. Ale był u nas tyl­ko raz, bo obie z sio­strze­ni­cą mamy zdro­wie jak dziew­ki fol­warcz­ne. A i wte­dy... cóż, wy­szedł na dur­nia. Pro­wa­dzi prak­ty­kę głów­nie dla "sta­rych ro­dzin", bo tyl­ko on wie, jak le­czyć nie­któ­re sta­ro­mod­ne, prze­sta­rza­łe do­le­gli­wo­ści. Wszyst­ko, co może być skut­kiem woj­ny, cał­ko­wi­cie go prze­ra­sta. Poza tym jest okrop­nie nie­zde­cy­do­wa­ny i gada o wła­snych cho­ro­bach a lui. Praw­dę mó­wiąc, tro­chę­śmy się prze­mó­wi­li, co po­nie­kąd utrud­nia sto­sun­ki.

- W ta­kim ra­zie w ogó­le się nie na­da­je - za­śmiał się Ma­son. - Ale chy­ba to nie jest wasz je­dy­ny le­karz?

- Nie; jest jesz­cze mło­dy czło­wiek, nowy na­by­tek, nie­ja­ki dok­tor Kni­ght, któ­re­go nie znam oso­bi­ście, ale o któ­rym sły­sza­łam same do­bre rze­czy. Przy­zna­ję, że je­stem uprze­dzo­na, na ko­rzyść mło­dych lu­dzi. Dok­tor Kni­ght musi do­pie­ro wy­ro­bić so­bie po­zy­cję, więc przy­pusz­czal­nie bę­dzie szcze­gól­nie uważ­ny i sta­ran­ny. Poza tym wy­da­je mi się, że był fel­cze­rem woj­sko­wym.

- Zna­łem ko­goś o tym na­zwi­sku - rzekł Ma­son. - Cie­ka­we, czy to on. Na­zy­wał się Ho­ra­ce Kni­ght, był ja­sno­wło­sy i krót­ko­wzrocz­ny.

- Nie wiem - rze­kła pani Ma­son - może Ca­ro­li­ne coś wie. - Cof­nę­ła się o kil­ka kro­ków i za­wo­ła­ła do okna na pię­trze: - Ca­ro­li­ne, jak ma na imię dok­tor Kni­ght?

- Nie mam naj­mniej­sze­go po­ję­cia - do­bie­gły Ma­so­na sło­wa pan­ny Hof­mann.

- Może Ho­ra­ce?

- Nie wiem.

- To blon­dyn czy bru­net?

- Nie wi­dzia­łam go na oczy.

- Czy ma krót­ki wzrok?

- Skąd, u li­cha, mia­ła­bym wie­dzieć?

- Wy­da­je mi się, że wszy­scy są sie­bie war­ci - za­żar­to­wał Fer­di­nand. - Przy to­bie, dro­ga stry­jen­ko, ja­kie zna­cze­nie ma le­karz?

A za­tem pani Ma­son po­sła­ła po dok­to­ra Kni­gh­ta, któ­ry rze­czy­wi­ście oka­zał się daw­nym zna­jo­mym jej bra­tan­ka. I cho­ciaż mło­dych lu­dzi nie łą­czy­ła zbyt duża za­ży­łość, lecz je­dy­nie po­wierz­chow­ne ko­le­żeń­stwo po zi­mie spę­dzo­nej na są­sied­nich kwa­te­rach, bar­dzo się ucie­szy­li z po­now­ne­go spo­tka­nia. Ho­ra­ce Kni­ght, mło­dzie­niec o do­brym po­cho­dze­niu, do­brym wy­glą­dzie, do­brych kwa­li­fi­ka­cjach i do­brych in­ten­cjach, po trzech la­tach prak­ty­ki chi­rur­gicz­nej w woj­sku po­sta­no­wił po­szu­kać szczę­ścia w są­siedz­twie pani Ma­son. Jego mat­ka, wdo­wa z nie­wiel­ką ren­tą, ostat­nio dla oszczęd­no­ści prze­nio­sła się na wieś i syn nie chciał zo­sta­wiać jej sa­mej. Oko­licz­ne te­re­ny dla czło­wie­ka ob­da­rzo­ne­go ener­gią sta­no­wi­ły bar­dzo obie­cu­ją­ce ło­wi­ska, gę­sto ob­sa­dzo­ne du­ży­mi ro­dzi­na­mi o spo­rych do­cho­dach i owych kon­ser­wa­tyw­nych na­wy­kach, któ­re każą lu­dziom wy­so­ko ce­nić opie­kę me­dycz­ną. Co wię­cej, miej­sco­wy le­karz dni świet­no­ści miał już za sobą i być może za­rzu­ty pani Ma­son, ja­ko­by nie na­dą­żał za "roz­wo­jem no­wych scho­rzeń", nie były cał­kiem bez­pod­staw­ne; w rze­czy sa­mej, dla nie­go i jego sta­rych pa­cjen­tów świat stał się aż na­zbyt nowy. Za­in­we­sto­wa­ne na Po­łu­dniu pie­nią­dze, cen­ne źró­dło do­cho­dów, woj­na po­łknę­ła jed­nym hau­stem; sta­ry dok­tor zro­bił się lę­kli­wy, ner­wo­wy i kwę­ka­ją­cy; w kil­ku waż­nych sy­tu­acjach utra­cił pew­ność sie­bie, a tak­że oku­la­ry; wie­lo­krot­nie ja­skra­wo się po­my­lił; w ser­cach jego pa­cjen­tów za­go­ści­ło dłu­go­trwa­łe nie­za­do­wo­le­nie; nie miał kon­ku­ren­cji; sło­wem, for­tu­na sprzy­ja­ła dok­to­ro­wi Kni­gh­to­wi. Ma­son, któ­ry pa­mię­tał mło­de­go chi­rur­ga jako po­god­ne­go, by­stre­go to­wa­rzy­sza, wkrót­ce na­brał prze­ko­na­nia, że rów­nież jego ta­len­tom me­dycz­nym nie moż­na nic za­rzu­cić. Le­karz szyb­ko się zo­rien­to­wał, co do­le­ga Fer­di­nan­do­wi, za­da­wał in­te­li­gent­ne py­ta­nia i udzie­lał pro­stych, do­kład­nych wska­zó­wek. Cho­ro­ba była za­daw­nio­na i zja­dli­wa, lecz nie ist­niał ża­den wy­raź­ny po­wód, by z po­mo­cą sta­ran­nej opie­ki i roz­wa­gi nie dało się jej opa­no­wać.

- Znacz­nie opa­dłeś z sił - oznaj­mił Kni­ght przed wyj­ściem, bio­rąc rę­ka­wicz­ki i ka­pe­lusz - ale chy­ba masz bar­dzo od­por­ny or­ga­nizm. Jed­nak wy­da­je mi się, wy­bacz, że to mó­wię, że sto­czy­łeś się tak ni­sko po czę­ści z wła­snej winy. W ogó­le nie sta­wia­łeś opo­ru; nie dba­łeś o to, czy wy­zdro­wie­jesz.

- Przy­zna­ję, że nie... nie­szcze­gól­nie. Ale nie ro­zu­miem, skąd o tym wiesz.

- Prze­cież to się rzu­ca w oczy.

- Cóż, to chy­ba na­tu­ral­ne. Za­nim od­na­la­zła mnie pani Ma­son, by­łem na świe­cie sam jak pa­lec. Sa­mot­ność spra­wi­ła, że wszyst­kie­go mi się ode­chcia­ło. Nie­mal za­po­mnia­łem, czym się róż­ni cho­ro­ba od zdro­wia. Nie mia­łem przed sobą ni­cze­go, co by mi przy­po­mnia­ło, w na­ma­cal­nej for­mie, jak ogrom­na jest masa wspól­nych ludz­kich spraw, w imię któ­rych czło­wiek - bez wzglę­du na to, jak na­zy­wa ów od­ruch - pra­gnie za­cho­wać zdro­wie i od­zy­skać siły po cho­ro­bie. Za­po­mnia­łem, że kie­dyś ob­cho­dzi­ły mnie książ­ki i idee, za­po­mnia­łem o wszyst­kim, chcia­łem tyl­ko ra­to­wać swój nie­szczę­sny ze­włok. Tym­cza­sem ten ze­włok stał się zbyt nie­szczę­sny, by war­to było dla nie­go żyć. W za­stra­sza­ją­cym tem­pie tra­ci­łem czas i pie­nią­dze; po­gar­sza­ło mi się, za­miast się po­lep­szać; w koń­cu po­rzu­ci­łem wszel­ki opór. Wy­da­wa­ło mi się, że le­piej umrzeć ła­two niż z trud­no­ścią. Wszyst­ko to mó­wię w cza­sie prze­szłym, gdyż przez kil­ka ostat­nich dni sta­łem się zu­peł­nie no­wym czło­wie­kiem.

- Ser­decz­nie ża­łu­ję, że nic o to­bie nie wie­dzia­łem - rzekł Kni­ght. - Zmu­sił­bym cię, byś choć wró­cił ze mną do domu. Rze­czy­wi­ście, per­spek­ty­wy nie były ró­żo­we, ale co po­wiesz te­raz? - cią­gnął, roz­glą­da­jąc się po po­ko­ju. - Po­wie­dział­bym, że w chwi­li obec­nej ko­lor ró­żo­wy prze­wa­ża.

Ma­son przy­tak­nął z wy­mow­nym uśmie­chem.

- Gra­tu­lu­ję ci z ca­łe­go ser­ca. Pani Ma­son, po­zwól, że ją po­chwa­lę, jest tak do grun­tu (i, jak mnie­mam, nie­ule­czal­nie) po­czci­wa, że jej nie­zwy­kły roz­są­dek sta­no­wi nie lada nie­spo­dzian­kę.

- Owszem - po­twier­dził Fer­di­nand - a w lep­szych chwi­lach prze­ja­wia taki roz­są­dek i sta­now­czość, że nie lada nie­spo­dzian­ką jest jej po­czci­wość. To wspa­nia­ła ko­bie­ta.

- A już twój słu­żą­cy to szcze­gól­ny dar losu. Wy­glą­da, jak­by wy­szedł z ja­kiejś an­giel­skiej po­wie­ści.

- Szcze­gól­ny dar losu? Czy­li nie wi­dzia­łeś jesz­cze pan­ny Hof­mann?

- Owszem, spo­tka­łem ją w holu. Ona wy­glą­da, jak­by wy­szła z ja­kiejś ame­ry­kań­skiej po­wie­ści, choć nie je­stem pe­wien, czy to wiel­ki kom­ple­ment. Tak czy in­a­czej, zmu­si­łem ją, by z niej wy­szła.

- A za­tem ho­nor na­ka­zu­je - za­śmiał się Ma­son - abyś umie­ścił ją w in­nej.

Dok­tor nie mu­siał umac­niać Ma­so­na w prze­ko­na­niu o nowo na­by­tym szczę­ściu. Mło­dy czło­wiek uznał, że bę­dzie sam so­bie wi­nien, je­śli te dni nie sta­ną się naj­roz­kosz­niej­szym cza­sem w jego ży­ciu; to­też po­sta­no­wił bez resz­ty pod­dać się swym wra­że­niom - i po pro­stu we­ge­to­wać. Już sama cho­ro­ba sta­no­wi­ła wy­star­cza­ją­cy po­wód dłu­go­trwa­łej gnu­śno­ści umy­sło­wej, ale Ma­son miał też inne mo­ty­wy. Przez ostat­nie trzy lata nie­prze­rwa­nie zno­sił mę­czar­nie obo­wiąz­ku. Wciąż brał udział w cięż­kich wal­kach, jed­nak tak for­tun­nie, że nie od­niósł żad­nej po­waż­nej rany; to­też do­pó­ki nie pod­upadł na zdro­wiu, brał urlop rza­dziej niż ja­ki­kol­wiek zna­ny mu ofi­cer. Ob­da­rzo­ny wiel­kim sto­icy­zmem i pew­nym ty­pem opa­no­wa­nia - zdol­no­ścią przy­sto­so­wa­nia się do fak­tów do­ko­na­nych, bez wzglę­du na ich kie­ru­nek - w głę­bi du­szy był jed­nak czło­wie­kiem oso­bli­wie ner­wo­wym i skru­pu­lat­nym. Przy tych nie­licz­nych oka­zjach, gdy prze­by­wał z dala od te­atru swych dzia­łań woj­sko­wych, tak do­tkli­wie cier­piał z nie­po­ko­ju, iż wy­da­rzy­ło się lub za­raz wy­da­rzy się coś, w czym on, ku swej wiecz­nej udrę­ce, nie uczest­ni­czy i na co nie ma wpły­wu, że wła­ści­wie nie po­tra­fił cie­szyć się wy­po­czyn­kiem. Co wię­cej, cią­głą za­drę sta­no­wi­ło dlań po­czu­cie tra­co­ne­go cza­su - po­czu­cie, że bez­pow­rot­nie mi­ja­ją cen­ne go­dzi­ny, w cza­sie któ­rych, przy­kła­da­jąc się do pra­cy, moż­na by nie­mal wy­bu­do­wać po­mnik trwal­szy od spi­żu. Pró­bo­wał w mia­rę moż­no­ści roz­bro­ić tę myśl, w prze­rwach mię­dzy za­ję­cia­mi za­wo­do­wy­mi wy­trwa­le czy­ta­jąc i stu­diu­jąc. Przy­ta­czam ten fakt po pro­stu jako do­wód na to, jak nie­prze­rwa­nie su­ro­we ży­cie wiódł już na dłu­go przed za­cho­ro­wa­niem; lecz w isto­cie mógł­bym po­tro­ić ten okres, zer­ka­jąc na lata jego stu­diów i kil­ka pra­co­wi­tych mie­się­cy mię­dzy schył­kiem mło­do­ści i wy­bu­chem woj­ny. Ma­son za­wsze pra­co­wał; po pierw­sze, lu­bił pra­co­wać, po dru­gie, cał­ko­wi­ty brak wię­zów ro­dzin­nych po­zwo­lił mu za­spo­ka­jać to upodo­ba­nie bez prze­szkód i dys­trak­cji. Ta oko­licz­ność sta­no­wi­ła dlań zysk, a za­ra­zem po­waż­ną stra­tę. W dwu­dzie­stym siód­mym roku ży­cia był już w swo­im krę­gu sza­no­wa­nym uczo­nym, jed­nak po­zo­stał zu­peł­nym dur­niem w pew­nych kwe­stiach to­wa­rzy­skich. Nie miał po­ję­cia o tych wszyst­kich lżej­szych, bar­dziej ulot­nych for­mach ob­co­wa­nia z ludź­mi, któ­re są zwią­za­ne z by­ciem czy­imś sy­nem, bra­tem, ku­zy­nem. I oto na­resz­cie, jak sam sie­bie na­po­mi­nał, miał od­kryć, co to zna­czy być bra­tan­kiem czy­je­goś męża. Pani Ma­son za­mie­rza­ła mu wy­ja­śnić sens przy­miot­ni­ka "do­mo­wy" - i do­praw­dy, trud­no by­ło­by to zro­bić w przy­jem­niej­szy spo­sób. Wy­da­wa­ło się, że Ma­son na­uczy się cze­goś, po pro­stu za­cho­wu­jąc bez­czyn­ność, i że opu­ści ten dom nie tyl­ko lep­szy, ale i mą­drzej­szy; a dzię­ki owe­mu wzmo­że­niu zdol­no­ści, któ­re to­wa­rzy­szy na­ro­dzi­nom szcze­re­go i ro­zum­ne­go przy­wią­za­nia, sta­ło się praw­do­po­dob­ne, że pod tym przy­najm­niej wzglę­dem się nie roz­cza­ru­je. Star­czy­ło kil­ku dni, by ujaw­ni­ły się przed nim wspa­nia­łe za­le­ty jego go­spo­dy­ni - jej wiel­kie, cie­płe ser­ce, ro­zum­na roz­wa­ga, do­bry hu­mor, do­bry gust, ogrom­ny za­sób wspo­mnień i do­świad­czeń, a przede wszyst­kim skłon­ność do swe­go ro­dza­ju na­mięt­ne­go od­da­nia, któ­re­mu los bez­dziet­nej wdo­wy nie dał do­tąd na­le­ży­te­go uj­ścia. Tak więc wy­wią­za­ła się mię­dzy nimi przy­jaźń, ro­ku­ją­ca oboj­gu szczę­ście w ta­kim stop­niu, w ja­kim szczę­ściu sprzy­ja każ­dy przy­ja­ciel­ski zwią­zek. Je­stem zmu­szo­ny po­prze­stać na tej pro­stej kon­sta­ta­cji, choć gdy­bym snuł tę opo­wieść z punk­tu wi­dze­nia pani Ma­son, stwier­dze­nie, że owa dama świa­do­mie i so­len­nie prze­la­ła swą sym­pa­tię na na­sze­go bo­ha­te­ra, za­pew­ne da­ło­by się zna­ko­mi­cie roz­wi­nąć. Jako oso­ba wy­bit­na i cza­ru­ją­ca mia­ła peł­ne pra­wo czer­pać głę­bo­ką przy­jem­ność z wy­ro­zu­mia­łej - lecz nie na­zbyt wy­ro­zu­mia­łej - oce­ny swe­go go­ścia. Roz­gry­zła go - tym le­piej dla niej. A jesz­cze le­piej dla nie­go, co oczy­wi­ście sta­no­wi klu­czo­wy fakt mo­jej opo­wie­ści: fakt ten Ma­son uświa­do­mił so­bie tak szyb­ko i grun­tow­nie, że wkrót­ce był w sta­nie wy­pchnąć go ze swych my­śli do sfe­ry mu na­leż­nej - do wła­sne­go ży­cia.

Nowy Jork Henry'ego Jamesa

Hen­ry Ja­mes wła­ści­wie już na sa­mym po­cząt­ku li­te­rac­kiej ka­rie­ry wy­raź­nie okre­ślił swo­je sta­no­wi­sko. Nie za­mie­rzał być pi­sa­rzem za­an­ga­żo­wa­nym ani ko­men­ta­to­rem spo­łecz­nym - za­mie­rzał wni­kać pod pod­szew­kę zja­wisk, ba­dać za­wi­ło­ści i ka­pry­sy uczuć w związ­kach mię­dzy ludź­mi, a zwłasz­cza mię­dzy męż­czy­zna­mi i ko­bie­ta­mi. Ale upo­rczy­we mo­ty­wy twór­czo­ści Ja­me­sa, ta­kie jak chci­wość i ob­łu­da, roz­cza­ro­wa­nie i wy­rze­cze­nie, po­ja­wia­ły się tak­że w pry­wat­nej sfe­rze jego ży­cia; i to za spra­wą jego ta­len­tu sfe­ra ta wy­da­je się dzi­siaj bar­dziej dra­ma­tycz­na i roz­le­glej­sza niż wszel­ka prze­strzeń za­miesz­ka­na przez wła­dzę lub biz­nes.

Sam Ja­mes był po­sta­cią skom­pli­ko­wa­ną, nie­jed­no­znacz­ną i ta­jem­ni­czą; wie­le nur­tu­ją­cych go pro­ble­mów naj­wy­raź­niej nie do­cze­ka­ło się roz­strzy­gnię­cia. Oso­bo­wość pi­sa­rza, po­dob­nie jak styl jego póź­nej pro­zy, na­le­ża­ły do świa­ta, w któ­rym nic nie da się ła­two na­zwać, niu­ans jest bar­dziej na­ma­cal­ny od fak­tu, a mi­go­ta­nie świa­do­mo­ści cie­kaw­sze niż kon­kret­na wie­dza. Ja­mes, nade wszyst­ko, był po­wścią­gli­wy. Jako ar­ty­sta ab­so­lut­ny, w li­te­ra­tu­rze eks­plo­ro­wał głów­nie ar­chi­tek­tu­rę i ton; spe­cja­li­zo­wał się w tym, co roz­waż­ne, prze­my­śla­ne i pod­da­ne kon­tro­li, i by­najm­niej nie pra­gnął ob­na­żać przed czy­tel­ni­kiem du­szy.

Nie­mniej, czy­ta­jąc mię­dzy wier­sza­mi utwo­rów Ja­me­sa w po­szu­ki­wa­niu wska­zó­wek, moż­na wy­chwy­cić mo­men­ty, w któ­rych au­tor jest bli­ski zdję­cia ma­ski. Nie­któ­re opo­wia­da­nia, pi­sa­ne w po­śpie­chu i dla pie­nię­dzy, być może zdra­dza­ją wię­cej, niż za­mie­rzał. Czę­ściej niż w po­wie­ściach zda­rza­ją się tu pęk­nię­cia w cięż­kiej zbroi, chro­nią­cej sek­su­al­ność pi­sa­rza, na mgnie­nie oka uka­zu­ją­ce jego naj­głęb­sze i naj­mrocz­niej­sze oba­wy. Ta­kie opo­wia­da­nia to mię­dzy in­ny­mi Wy­cho­wa­nek1, Be­stia w dżun­gli2 oraz Au­tor "Bel­traf­fia"3 - hi­sto­rie ostroż­ne i wy­wa­żo­ne, któ­re jed­nak wy­raź­nie do­wo­dzą, że te­ma­ty za­ka­za­nej mi­ło­ści czy chy­bio­nej lo­jal­no­ści nad­zwy­czaj Ja­me­sa in­te­re­so­wa­ły, po­dob­nie jak pro­blem ozię­bło­ści płcio­wej.

A za­tem moż­li­we jest wy­śle­dze­nie wy­sił­ków Ja­me­sa - nie­kie­dy nie­świa­do­mych i bez­wied­nych, naj­czę­ściej jed­nak cał­kiem ce­lo­wych - aby ukryć i jed­no­cze­śnie zgłę­bić kwe­stie dlań istot­ne, lecz kło­po­tli­we. Na przy­kład, idąc tro­pem za­war­tych w jego bo­ga­tej spu­ści­znie od­nie­sień do An­glii, Ir­lan­dii, bra­ta - Wil­lia­ma - czy po­wie­ścio­pi­sar­ki Geo­r­ge Eliot, moż­na od­kryć spo­re ob­sza­ry wa­hań i nie­jed­no­znacz­no­ści, a tak­że dziw­nie sprzecz­ne tezy, do­wo­dzą­ce, że spra­wy te były dla Ja­me­sa bar­dzo waż­ne, tak waż­ne, że po­ja­wia­ją się w wie­lu od­sło­nach i prze­bra­niach.

Pierw­szo­rzęd­nym przy­kła­dem ta­kie­go ob­sza­ru, któ­re­go gra­ni­ce po­zo­sta­ły za­tar­te, a to­po­gra­fia nie­okre­ślo­na, jest Nowy Jork. Utwo­ry Ja­me­sa o No­wym Jor­ku ujaw­nia­ją przede wszyst­kim gniew, nie­po­dob­ny do żad­ne­go in­ne­go Ja­me­sow­skie­go gnie­wu, gniew wy­wo­ła­ny tym wszyst­kim, co mu ode­bra­no - jak po­stą­pio­no, w imię ko­mer­cji i ma­te­rial­ne­go po­stę­pu, z mia­stem, któ­re kie­dyś znał. Nie jest to wszak­że zwy­kły gniew z po­wo­du de­struk­cji rze­czy pięk­nych i zna­jo­mych; to uczu­cie znacz­nie dziw­niej­sze i bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, za­słu­gu­ją­ce na więk­szą uwa­gę.

Wspo­mnie­nia z pierw­szych czter­na­stu lat ży­cia pi­sa­rza, A Small Boy and Others [Mały chło­piec i inni], któ­re sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­ni Ja­mes opu­bli­ko­wał w roku 1913, rok po śmier­ci swe­go bra­ta Wil­lia­ma, od­zna­cza­ją się in­ten­syw­ną dro­bia­zgo­wo­ścią. Więk­szość z przy­wo­ła­nych tam wi­do­ków i scen roz­gry­wa się w No­wym Jor­ku lat 1848-1855, w okre­sie mię­dzy spro­wa­dze­niem się ro­dzi­ny Ja­me­sów do mia­sta a ich wy­jaz­dem do Eu­ro­py. Je­śli wziąć pod uwa­gę fakt, że au­tor nie dys­po­no­wał za­pi­ska­mi, li­sta­mi ani pa­mięt­ni­ka­mi z tego cza­su, za­ska­ku­ją­ca jest świe­żość i szcze­gó­ło­wość re­mi­ni­scen­cji, licz­ba za­pa­mię­ta­nych na­zwisk - mię­dzy in­ny­mi na­uczy­cie­li i ak­to­rów - wy­ra­zi­stość, z jaką od­da­ne są miej­sca i na­stro­je, pre­cy­zyj­ne opi­sy za­pa­chów, wi­do­ków i wy­da­rzeń, w tym licz­nych przed­sta­wień i spek­ta­kli w no­wo­jor­skich te­atrach owej epo­ki. "Nie utra­ci­łem nic z tego, co wi­dzia­łem - no­to­wał - i cho­ciaż te­raz nie bar­dzo po­tra­fię roz­dzie­lić ca­łość na po­szcze­gól­ne zda­rze­nia, roz­ma­ite sy­tu­acje, o dzi­wo, przy­cho­dzą do mnie ca­ły­mi chma­ra­mi".

Wy­da­je się, że Nowy Jork, któ­ry pi­sarz oglą­dał mię­dzy pią­tym a dwu­na­stym ro­kiem ży­cia, po­zo­stał w jego pa­mię­ci znie­ru­cho­mia­ły, za­sty­gły, do­sko­na­ły. Nie przy­glą­dał się za­cho­dzą­cym w mie­ście zmia­nom, nie uczest­ni­czył w jego roz­wo­ju. Ukształ­to­wa­ny przez ten ka­wa­łek świa­ta, nig­dy nie po­tra­fił już zna­leźć miej­sca, któ­re mógł­by na­zwać tak fun­da­men­tal­nie swo­im; aż do roku 1897, kie­dy pod­pi­sał umo­wę dzier­ża­wy Lamb Ho­use w an­giel­skim mie­ście Rye, nie po­sia­dał żad­ne­go domu na wła­sność. Za­bra­no mu Nowy Jork, lecz w za­mian nie dano nic oprócz po­koi ho­te­lo­wych i tym­cza­so­wych miesz­kań - ten fakt być może tłu­ma­czy nie­mal ob­se­syj­ny en­tu­zjazm, z ja­kim dą­żył do ob­ję­cia Lamb Ho­use, oraz ulgę, gdy mu się po­wio­dło. W rze­czy sa­mej, na rok przed kup­nem tej po­sia­dło­ści na­pi­sał po­wieść The Spo­ils of Poyn­ton, dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię zdo­by­cia i utra­ty uko­cha­ne­go przez bo­ha­te­ra do­mo­stwa; a za­raz po pod­pi­sa­niu aktu no­ta­rial­ne­go stwo­rzył W klesz­czach lęku4, po­wieść o sa­mot­nym czło­wie­ku, usi­łu­ją­cym za­miesz­kać w domu, któ­ry jest już za­ję­ty.

Nowy Jork po 1855 roku był dla nie­go stra­co­ny nie tyl­ko dla­te­go - co uświa­do­mił so­bie po wie­lu la­tach - że jego oj­ciec po­sta­no­wił za­brać stam­tąd ro­dzi­nę, lecz tak­że z po­wo­du prze­mian me­tro­po­lii, nie­od­wra­cal­nych i przy­tła­cza­ją­cych. W mie­ście jego ma­rzeń po­wsta­wał nowy świat - w mie­ście, gdzie uko­chał przede wszyst­kim oko­li­ce domu pod nu­me­rem 58 przy Fo­ur­te­enth West Stre­et, któ­ry uj­rzał pierw­szy raz, "to­wa­rzy­sząc ojcu pod­czas po­po­łu­dnio­wej wi­zy­ty w jed­nej z tam­tej­szych lek­ko już spa­ty­no­wa­nych re­zy­den­cji po stro­nie po­łu­dnio­wej, w po­bli­żu Szó­stej Alei. To był "nasz" dom, nie­daw­no ku­pio­ny... miej­sce, któ­re na bar­dzo dłu­go mia­ło stać się dla mnie jak­by ko­twi­co­wi­skiem du­szy".

Nowy Jork Hen­ry'ego Ja­me­sa, kraj lat dzie­cin­nych, "nie­wiel­ki, cie­pły, za­mglo­ny, jed­no­rod­ny Nowy Jork po­ło­wy stu­le­cia", roz­cią­gał się mię­dzy Pią­tą i Szó­stą Ale­ją, od pla­cu Wa­szyng­to­na - gdzie miesz­ka­ła jego bab­ka po ką­dzie­li - na wschód aż do Union Squ­are, wów­czas jesz­cze oto­czo­ne­go wy­so­kim ogro­dze­niem. W po­bli­żu za­miesz­ki­wa­li człon­ko­wie roz­le­głej ro­dzi­ny Ja­me­sów, mię­dzy in­ny­mi He­len, ku­zyn­ka mat­ki pi­sa­rza. "Do­strze­ga­łem w niej moc i pro­sto­tę wcze­śniej­sze­go, spo­koj­niej­sze­go świa­ta; No­we­go Jor­ku lep­szych ma­nier, lep­szych oby­cza­jów i bar­dziej szcze­rych prze­ko­nań" - wspo­mi­nał Ja­mes, od­no­to­wu­jąc: "Jej do­broć w pe­wien spo­sób świad­czy o po­zio­mie ca­łej spo­łecz­no­ści, wy­jąt­ko­wym sku­pi­sku cnót oso­bi­stych". Jego wspo­mnie­nia sta­ły się za­tem ele­gią nie tyl­ko dla utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa, lecz tak­że dla zbio­ru war­to­ści, któ­ry uległ ero­zji z chwi­lą, gdy nie­wiel­kie mia­stecz­ko, po któ­rym mógł swo­bod­nie krą­żyć, prze­obra­zi­ło się w wiel­ką me­tro­po­lię. "Jak­że cha­rak­ter - wzdy­chał, wi­dząc za­cho­dzą­ce w mie­ście zmia­ny - za­tra­ca się w ilo­ści".

W mia­rę jak Ja­mes do­ra­stał, po­zwa­la­no mu za­pusz­czać się co­raz da­lej. Pa­mię­tał

nasz dom przy Fo­ur­te­enth Stre­et [...] a za nim to­po­le, pro­sia­ki, kury oraz dwie lub trzy "chat­ki ir­landz­kie", gra­ni­czą­ce z bar­dzo pięk­nym ho­len­der­skim do­mem, ostat­nim w sze­re­gu, nie­mal wśród ogro­dów i za­gaj­ni­ków - miej­sce, gdzie od­dech prze­strze­ni wciąż był wy­czu­wal­ny dzię­ki roz­mia­rom po­se­sji i luź­nej za­bu­do­wie; nie­mal zu­peł­ny brak tych wa­lo­rów spra­wia, że obec­ny wy­gląd No­we­go Jor­ku ce­chu­je po­wszech­na klę­ska "sty­lu".

Ra­zem z bra­tem wę­dro­wa­li po Broad­wayu "ni­czym do­sko­na­li mali świa­tow­cy; za­pew­ne pusz­cza­no nas, by­śmy roz­pro­sto­wa­li ko­ści i prze­wie­trzy­li płu­ca, co nie mia­ło wpły­wu na swo­bo­dę na­szych przyjść i wyjść wcze­śniej lub póź­niej... Broad­way mu­siał wów­czas przy­po­mi­nać ścież­kę w raj­skim ogro­dzie".

W owym mie­ście, po­łą­cze­niu za­pa­mię­ta­ne­go raju i klę­ski sty­lu, Ja­mes osa­dził ak­cję ośmiu opo­wia­dań i jed­nej po­wie­ści; rów­nież znacz­na część jego książ­ki Ame­ri­can Sce­ne [Sce­na ame­ry­kań­ska], o kil­ka lat po­prze­dza­ją­cej au­to­bio­gra­fię, po­świę­co­na jest No­we­mu Jor­ko­wi. W utwo­rach be­le­try­stycz­nych nie za­mie­rzał jed­nak­że kre­ślić hi­sto­rii mia­sta ani uczuć, ja­kie bu­dził w nim jego roz­wój; wszel­kie wzmian­ki o sto­sun­ku au­to­ra do me­tro­po­lii po­czy­nio­ne są jak­by mi­mo­cho­dem. Na pierw­szym pla­nie znaj­du­ją się po­sta­cie bar­dziej rze­czy­wi­ste, o po­trze­bach pil­niej­szych niż wap­no i ce­gły.

*

W mia­rę jak po­sze­rza­ły się jego pi­sar­skie ho­ry­zon­ty i am­bi­cje, Hen­ry Ja­mes sta­wał się wręcz wy­jąt­ko­wo wy­czu­lo­ny na ni­kłość ame­ry­kań­skie­go do­świad­cze­nia. Słyn­ny jest spis umiesz­czo­ny w książ­ce o Haw­thor­nie z roku 1879, wy­szcze­gól­nia­ją­cy wszyst­ko, cze­go nie ma w ży­ciu Ame­ry­ka­nów:

Nie ma mo­nar­chy, nie ma dwo­ru, nie ma oso­bi­stej lo­jal­no­ści, nie ma ko­ścio­ła, nie ma kle­ru, nie ma ar­mii, nie ma służ­by dy­plo­ma­tycz­nej, nie ma zie­miań­stwa, nie ma pa­ła­ców, nie ma zam­ków, nie ma po­sia­dło­ści, nie ma sta­rych wiej­skich do­mów, nie ma ple­ba­nii, nie ma chat kry­tych strze­chą, nie ma ob­ro­śnię­tych blusz­czem ruin; nie ma ka­tedr, nie ma opactw, nie ma nor­mań­skich ko­ściół­ków; nie ma wiel­kich uni­wer­sy­te­tów, nie ma szkół pu­blicz­nych - Oks­for­du, Eton ani Har­row; nie ma li­te­ra­tu­ry, nie ma po­wie­ści, nie ma mu­ze­ów, nie ma ob­ra­zów, nie ma kla­sy po­li­tycz­nej, nie ma spor­tow­ców.

Jed­nak­że osiem lat wcze­śniej pi­sał w li­ście do Char­le­sa Nor­to­na Elio­ta: "Być Ame­ry­ka­ni­nem to skom­pli­ko­wa­ny los, z któ­rym wią­że się mię­dzy in­ny­mi obo­wią­zek zwal­cza­nia za­bo­bon­nych ocen Eu­ro­py".

Ja­mes po­ru­szał się za­tem w szcze­li­nie mię­dzy Ame­ry­ką jako nie­tknię­tą przez tra­dy­cję zie­mią ja­ło­wą oraz Ame­ry­ką jako wiel­ką szan­są dla po­wie­ścio­pi­sa­rza, któ­re­go fa­scy­nu­je zło­żo­ność świa­ta. Dla­te­go też w pierw­szym opo­wia­da­niu no­wo­jor­skim, Hi­sto­ria pew­ne­go ar­cy­dzie­ła, opu­bli­ko­wa­nym przez pi­smo "Ga­la­xy" w roku 1868, gdy au­tor miał lat dwa­dzie­ścia pięć, jego bo­ha­ter może być czło­wie­kiem wy­bred­nym, a mia­sto - miej­scem, gdzie taki czło­wiek ocie­ra się o ar­ty­stów, z któ­rych je­den na­ma­lu­je "naj­lep­szy por­tret, jaki po­wstał w Ame­ry­ce". Tu i ów­dzie Ja­mes za­czy­na pre­zen­to­wać rów­nież swój po­gląd na ko­bie­ty jako oso­by nie za­wsze god­ne za­ufa­nia oraz na mi­łość jako utra­tę rów­no­wa­gi. We wspo­mnia­nym opo­wia­da­niu ma­la­rzo­wi uda­je się przed­sta­wić praw­dzi­wą na­tu­rę bo­ha­ter­ki, Ma­rian Eve­rett, i z tego po­wo­du ubie­ga­ją­cy się o jej rękę John Len­nox musi znisz­czyć ob­raz. Re­cen­zent ty­go­dni­ka "The Na­tion" pi­sał z uzna­niem: "W wą­skich gra­ni­cach, ja­kie so­bie wy­zna­czył, pan Ja­mes [...] pi­sze naj­lep­sze opo­wia­da­nia w Ame­ry­ce".

Ja­mes stwo­rzył przed­tem za­le­d­wie sześć opo­wia­dań. Dwa naj­ob­szer­niej­sze, The Sto­ry of a Year [Hi­sto­ria pew­ne­go roku] oraz Poor Ri­chard [Bied­ny Ri­chard], były po­kło­siem woj­ny se­ce­syj­nej, a do­kład­niej re­la­cji mię­dzy męż­czy­zna­mi, któ­ry wal­czy­li na woj­nie, i ko­bie­ta­mi, któ­re zo­sta­ły w domu. Dzie­wią­te z ko­lei opo­wia­da­nie, Nie­zwy­kły przy­pa­dek, wy­dru­ko­wa­ne w "The Atlan­tic Mon­th­ly" w kwiet­niu 1868 roku, jest dra­ma­tycz­nym roz­wi­nię­ciem tego sa­me­go te­ma­tu.

Hi­sto­ria roz­po­czy­na się "na pod­da­szu jed­ne­go z wiel­kich no­wo­jor­skich ho­te­li", w "ob­skur­nej klit­ce", zaj­mo­wa­nej przez ran­ne­go na woj­nie se­ce­syj­nej Ma­so­na, któ­re­go do­le­gli­wo­ści, acz­kol­wiek po­waż­ne, nie są do koń­ca spre­cy­zo­wa­ne. To jed­no z tych opo­wia­dań no­wo­jor­skich Ja­me­sa, w któ­rych pro­ta­go­ni­sta bez­względ­nie musi opu­ścić mia­sto - czu­je się tu zbyt sa­mot­ny, zbyt nie­zdro­wy albo jest mu zwy­czaj­nie za go­rą­co. Pi­sarz po pro­stu nie wy­obra­ża so­bie, że ktoś mógł­by wy­zdro­wieć z ja­kiej­kol­wiek cho­ro­by w mie­ście, któ­re on sam utra­cił, to­też Ma­son ry­chło zo­sta­je prze­nie­sio­ny do pod­miej­skiej po­sia­dło­ści nad rze­ką Hud­son. Na uwa­gę, że pan­na Hof­mann, sio­strze­ni­ca go­spo­dy­ni, "wy­glą­da, jak­by wy­szła z ja­kiejś ame­ry­kań­skiej po­wie­ści, choć nie je­stem pe­wien, czy to wiel­ki kom­ple­ment", Ma­son od­po­wia­da: "A za­tem ho­nor na­ka­zu­je [...], byś umie­ścił ją w in­nej". Bo­ha­ter­ka ta jest god­na wzmian­ki tak­że dla­te­go, że od­no­si się do niej naj­bar­dziej nie­ame­ry­kań­skie zda­nie w do­tych­cza­so­wej ka­rie­rze Ja­me­sa: "Obec­nie mia­ła lat dwa­dzie­ścia sześć i była pięk­ną, sta­ran­nie wy­kształ­co­ną mło­dą damą au mieux ze swo­im ban­kie­rem".

Jako roz­wi­ja­ją­cy się pi­sarz, Ja­mes był po­waż­nie au mieux ze sce­ną zy­ska­nia świa­do­mo­ści, w któ­rej po­stron­ny ob­ser­wa­tor, pa­trząc na po­sta­cie, de­du­ku­je z ge­stów, ru­chów i chwil mil­cze­nia, co się mię­dzy nimi dzie­je. Taka jest dra­ma­tur­gicz­na oś jego po­wie­ści Por­tret damy5 oraz Am­ba­sa­do­ro­wie6 - za­mysł po raz pierw­szy za­sto­so­wa­ny w Nie­zwy­kłym przy­pad­ku, na­pi­sa­nym, kie­dy au­tor miał dwa­dzie­ścia pięć lat. Ma­son, do­cho­dzą­cy do zdro­wia pod opie­ką zdol­ne­go le­ka­rza, wcho­dzi do po­ko­ju, gdzie pan­na Hof­mann za­sia­da przy for­te­pia­nie, i wi­dzi, że "ja­kiś dżen­tel­men, wspar­ty o wie­ko, stoi zwró­co­ny ple­ca­mi do okna, za­sła­nia­jąc przed wzro­kiem Ma­so­na jej twarz [...]. Pa­no­wa­ło nie­na­tu­ral­ne, wręcz przy­kre mil­cze­nie". Osta­tecz­nie rękę pan­ny Hof­mann zdo­by­wa wspo­mnia­ny le­karz; pod ko­niec opo­wie­ści Ma­son, za­uwa­żyw­szy, że tych dwo­je wy­mie­nia "peł­ne tre­ści spoj­rze­nie", po­now­nie za­pa­da na zdro­wiu, a świa­do­mość głę­bo­kiej wię­zi mię­dzy nimi przy­spie­sza jego śmierć.

W hi­sto­rii tej, po­dob­nie jak w The Sto­ry of a Year, ujaw­nia się za­in­te­re­so­wa­nie Jat­me­sa pro­ble­ma­ty­ką cho­rób i zra­nień, któ­re­mu au­tor da wy­raz w wie­lu póź­niej­szych utwo­rach, po­cząw­szy od przy­pad­ku Ral­pha To­uchet­ta w Por­tre­cie damy, po Mil­ly Te­ale w Skrzy­dłach go­łę­bi­cy7. Ma­son, po­dob­nie jak Oli­ver Wen­dell Hol­mes, zo­sta­je ran­ny w woj­nie se­ce­syj­nej, oka­zu­je się jed­nak, że jego wy­zdro­wie­nie jest uza­leż­nio­ne od szczę­ścia oso­bi­ste­go. Nie­odwza­jem­nio­ne uczu­cie po­wo­du­je śmier­tel­ny na­wrót cho­ro­by - w świe­cie wcze­sne­go Ja­me­sa wciąż jesz­cze moż­na było umrzeć z mi­ło­ści. Opo­wia­da­nie Nie­zwy­kły przy­pa­dek zdo­by­ło uzna­nie rów­nież bra­ta Hen­ry'ego, Wil­lia­ma, któ­ry był naj­su­row­szym kry­ty­kiem w ca­łej ka­rie­rze au­to­ra. "Twój styl - oce­nia w li­ście Wil­liam - w mia­rę pi­sa­nia sta­je się swo­bod­niej­szy, pew­niej­szy, bar­dziej zwię­zły [...] cała hi­sto­ria na­bie­ra ja­sno­ści i bla­sku".

Sta­łość Craw­for­da, ko­lej­ne opo­wia­da­nie no­wo­jor­skie, uka­za­ło się w mie­sięcz­ni­ku "Scrib­ner's Mon­th­ly" w sierp­niu 1876 roku, kil­ka mie­się­cy przed prze­pro­wadz­ką Ja­me­sa z Pa­ry­ża do Lon­dy­nu. Za utwór ten oraz za The Gho­stly Ren­tal [Upior­ny na­jem] za­pła­co­no mu trzy­sta do­la­rów. "Nie­daw­no wy­sła­łem Scrib­ne­ro­wi dwa dro­bia­zgi - pi­sał au­tor do ojca w kwiet­niu 1876 roku z miesz­ka­nia przy Rue du Lu­xem­bo­urg - któ­re uj­rzysz w dru­ku i, mam na­dzie­ję, oce­nisz zgod­nie z ich aspi­ra­cja­mi, któ­re są bar­dzo nie­wiel­kie". Sta­łość Craw­for­da, opo­wieść, któ­rej Ja­mes za ży­cia nie za­mie­ścił w żad­nym to­mie, gra na ele­gij­nej, wspo­mnie­nio­wej stru­nie dzię­ki su­ge­stii, że ak­cja roz­gry­wa się w la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku. Na przy­kład, gdy Craw­ford z nar­ra­to­rem prze­cha­dza­ją się po siel­skich obrze­żach mia­sta, ten ostat­ni nad­mie­nia, że "w owych cza­sach no­wo­jor­czy­cy mo­gli cho­dzić na spa­ce­ry na wieś". Craw­ford "w owych cza­sach" był ma­jęt­nym czło­wie­kiem, za­mie­rza­ją­cym po­ślu­bić pięk­ną, lecz nie­ma­ją­cą gro­sza przy du­szy pan­nę In­gram, któ­ra za­wsze bu­dzi­ła w nar­ra­to­rze "nie­ja­sne uczu­cie nie­uf­no­ści". Pan­na In­gram od­rzu­ca kon­ku­ren­ta, ale na­stęp­nie za­pa­da na ospę wietrz­ną, po czym Ja­mes po­zwa­la nar­ra­to­ro­wi na wy­so­ce nie­smacz­ny ko­men­tarz: "Kil­ka mie­się­cy póź­niej uj­rza­łem na uli­cy dziew­czy­nę spo­wi­tą gę­stą czar­ną wo­al­ką, pod któ­rą le­d­wie roz­po­zna­łem cał­ko­wi­cie zruj­no­wa­ną twarz. Szła mię­dzy oj­cem i mat­ką, któ­rych ob­li­cza były pra­wie tak samo znisz­czo­ne jak jej wła­sne".

Craw­ford wkrót­ce po od­rzu­ce­niu po­peł­nia me­za­lians, tra­ci cały ma­ją­tek i w koń­cu pada ofia­rą wła­snej żony - ze­pchnię­ty przez nią ze scho­dów ła­mie nogę. Nar­ra­tor nie może uwie­rzyć, by kie­dy­kol­wiek do niej wró­cił, Craw­ford jed­nak - po­dob­nie jak Isa­bel Ar­cher w po­wie­ści Por­tret damy, któ­rą Ja­mes za­czął pi­sać kil­ka lat póź­niej - po­sta­na­wia wy­trwać w mał­żeń­stwie, od­rzu­ca­jąc szan­sę ła­twej wol­no­ści.

*

Epi­zod mię­dzy­na­ro­do­wy, sta­no­wią­cy coś w ro­dza­ju do­peł­nie­nia wy­da­nej pół roku wcze­śniej po­wie­ści Da­isy Mil­ler, po raz pierw­szy uka­zał się dru­kiem w "Corn­hill Ma­ga­zi­ne" w grud­niu 1878 i stycz­niu 1879 roku. Dwaj mło­dzi An­gli­cy - w tym dzie­dzic szla­chec­kie­go ty­tu­łu i for­tu­ny - przy­by­wa­ją do No­we­go Jor­ku, któ­ry dy­szy w let­nim upa­le. Jako two­ry li­te­rac­kie są oni bez­na­dziej­nie prze­cięt­ni, nie­kie­dy na­wet głu­pi, wy­czu­le­ni wy­łącz­nie na wła­sną po­zy­cję oraz na no­wość i dziw­ność No­we­go Świa­ta. Go­rą­ce lato do­star­cza wszak­że Ja­me­so­wi pre­tek­stu, by za­sto­so­wać re­gu­łę wy­my­ślo­ną na uży­tek Nie­zwy­kłe­go przy­pad­ku: w mie­ście ak­cja może co naj­wy­żej się za­wią­zać, ale nig­dy - roz­wi­nąć. Zna­jo­my mło­dzień­ców z No­we­go Jor­ku, nie­ja­ki J.L. We­st­ga­te, to je­den z nie­licz­nych bo­ha­te­rów Ja­me­sa, któ­ry na­praw­dę pra­cu­je i cały dzień spę­dza w biu­rze. Ale żona i szwa­gier­ka We­st­ga­te'a prze­by­wa­ją w New­port, to­też czy­tel­nik wy­raź­nie wy­czu­wa, że Ja­me­sa aż kor­ci, by jak naj­prę­dzej usu­nąć mło­dych bo­ha­te­rów z za­się­gu "zło­wiesz­cze­go brzę­cze­nia ko­ma­rów" w od­strę­cza­ją­cej i nie­go­ścin­nej me­tro­po­lii i prze­nieść ich do New­port, ze świa­ta do­rob­kie­wi­cza We­st­ga­te'a do świa­ta nie­śpiesz­nej swo­bo­dy, gdzie kró­lu­ją ame­ry­kań­skie ko­bie­ty pod wo­dzą szwa­gier­ki We­st­ga­te'a, pan­ny Al­den. Są to ko­bie­ty śmia­łe, by­stre, cza­ru­ją­ce, cie­ka­we i pew­ne sie­bie, nic więc dziw­ne­go, że mło­dy an­giel­ski lord, przy­wy­kły do sztyw­niej­sze­go to­wa­rzy­stwa, na­tych­miast wpa­da jak śliw­ka w kom­pot i za­ko­chu­je się po uszy.

Pan­na Al­den to prze­ci­wień­stwo Da­isy Mil­ler: zbyt in­te­li­gent­na, by po­nieść klę­skę, ła­mie re­gu­ły dla­te­go, że na­praw­dę ich nie sza­nu­je, a nie z po­wo­du ja­kiej­kol­wiek sła­bo­ści. An­gli­cy przed­sta­wie­ni są jako isto­ty sno­bi­stycz­ne, bez­myśl­ne i źle wy­cho­wa­ne, rasa, któ­ra wszyst­ko mar­no­tra­wi - Ame­ry­ka­nie, prze­ciw­nie, są de­mo­kra­tycz­ni i go­ścin­ni. Nic więc dziw­ne­go, że gwał­tow­ny atak przy­pu­ści­ła na au­to­ra opo­wia­da­nia pani F.H. Hill, żona re­dak­to­ra "The Da­ily News", zna­na au­to­ro­wi z Lon­dy­nu. "Pani Hill - pi­sze Leon Edel - za­rzu­ci­ła Ja­me­so­wi ka­ry­ka­tu­ral­ny opis człon­ków an­giel­skiej szlach­ty i wkła­da­nie im w usta słów, któ­rych nig­dy by nie wy­po­wie­dzie­li. Hen­ry, jak rzad­ko, udzie­lił od­po­wie­dzi, gdyż znał tę pa­nią, a jego list sta­no­wi mi­strzow­ską obro­nę sa­me­go utwo­ru oraz kunsz­tu pi­sa­rza. To je­dy­ny za­cho­wa­ny list, jaki kie­dy­kol­wiek na­pi­sał do re­cen­zen­ta". Czło­wiek w moim po­ło­że­niu - pi­sał Ja­mes do pani Hill -

upra­wia­ją­cy ta­kie pi­sar­stwo jak ja, czę­sto czu­je się zmu­szo­ny za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko eks­tra­po­la­cji jego idei, ja­kiej w wie­lu przy­pad­kach z pew­no­ścią od­da­ją się czy­tel­ni­cy. Moż­na bez koń­ca two­rzyć po­sta­cie bez za­mia­ru two­rze­nia uogól­nień - uogól­nień, któ­rych ja przy­najm­niej pa­nicz­nie się boję. Pi­sząc, że dwie An­giel­ki ro­bią coś nie­mi­łe­go - cela c'est vu; prze­pra­szam! - z miej­sca sta­ję się od­po­wie­dzial­ny za przed­sta­wie­nie w złym świe­tle an­giel­skich ma­nier! Nie po­wie­dzia­łem jesz­cze ostat­nie­go sło­wa na ża­den te­mat - wy­sub­tel­niam i ana­li­zu­ję w nie­skoń­czo­ność, a z bożą po­mo­cą będę żył do­sta­tecz­nie dłu­go, by przed­sta­wiać naj­roz­ma­it­sze rze­czy na naj­roz­ma­it­sze spo­so­by. Aby - po­śród tego wszyst­kie­go - od­na­leźć mój koń­co­wy wnio­sek o czym­kol­wiek, po­trzeb­ny był­by ktoś znacz­nie mą­drzej­szy ode mnie. A sko­ro już o tym mowa, to strasz­nie kło­po­tli­we być Ame­ry­ka­ni­nem! Trol­lo­pe, Thac­ke­ray, Dic­kens, praw­da, że ob­da­rze­ni bez­względ­nym ta­len­tem, mo­gli swo­bod­nie kre­ślić ty­sią­ce róż­nych nie­po­chleb­nych ob­raz­ków z ży­cia An­gli­ków. Lecz ja, two­rząc choć­by je­den, z miej­sca na­ra­żam się na kry­mi­nal­ne za­rzu­ty - oraz po­nu­re po­gło­ski o tym, co my­ślę o an­giel­skim spo­łe­czeń­stwie. My­ślę o więk­szej licz­bie spraw, niż po­dej­mu­ję się opo­wie­dzieć na czter­dzie­stu stro­ni­cach "Corn­hill"; może któ­re­goś dnia zaj­mę wię­cej stron, opi­szę nie­któ­re z nich i wów­czas, mam na­dzie­ję, każ­dy znaj­dzie coś dla sie­bie! Tym­cza­sem jed­nak za­mie­rzam, tak jak do­tąd, kre­ślić mnó­stwo ob­raz­ków nie­mi­łych Ame­ry­ka­nów - a ża­den przy­ja­zny mi Bry­tyj­czyk nie doj­rzy w tym nic złe­go, gdyż uzna to za część na­tu­ral­ne­go po­rząd­ku rze­czy.

W stycz­niu 1879 roku Ja­mes zwie­rzał się swej przy­ja­ciół­ce Gra­ce Nor­ton z Bo­sto­nu: "Być może za­in­te­re­su­je Cię wia­do­mość, że, jak sły­szę, kil­ku tu­tej­szych zna­jo­mych po­czu­ło się do­tknię­tych moim ma­łym Epi­zo­dem mię­dzy­na­ro­do­wym. Za­dzi­wia­ją­ce, praw­da? Do­pó­ki dla ich ucie­chy ser­wu­je się Ame­ry­ka­nów, do­pó­ty wszyst­ko jest w naj­lep­szym po­rząd­ku - ale ręce precz od świę­tych tu­byl­ców. Wy­da­je mi się, że chy­ba na­praw­dę są bar­dziej prze­wraż­li­wie­ni od nas!". Dwa ty­go­dnie póź­niej w li­ście do mat­ki pi­sarz de­kla­ro­wał: "Moim oso­bi­stym zda­niem by­łem bar­dzo de­li­kat­ny; nie­mniej w przy­szło­ści będę uni­kał śli­skie­go grun­tu".

Pod ko­niec tego sa­me­go roku, gdy uka­za­ła się książ­ka o Haw­thor­nie, Ja­mes od­krył, że Ame­ry­ka­nie tak­że po­tra­fią być prze­wraż­li­wie­ni. Za­ata­ko­wa­li go kry­ty­cy za­rów­no z No­we­go Jor­ku, jak i Bo­sto­nu ("gda­ka­nie stad­ka ku­rek pre­rio­wych", uznał pi­sarz), mię­dzy in­ny­mi za­przy­jaź­nio­ny z nim Wil­liam Dean Ho­wells, któ­re­go re­cen­zja, acz­kol­wiek ła­god­niej­sza w to­nie, wy­ra­ża­ła opi­nie dość ką­śli­we: "Na­wet bez sil­ne­go pro­ro­cze­go szkieł­ka da się prze­wi­dzieć, że pan Ja­mes w pew­nych krę­gach zo­sta­nie wkrót­ce oskar­żo­ny o zdra­dę sta­nu". Na za­rzut Ja­me­sa, że Haw­thor­ne był pi­sa­rzem pro­win­cjo­nal­nym, Ho­wells re­pli­ko­wał: "Sko­ro An­glik nie jest pro­win­cjo­nal­ny, bę­dąc An­gli­kiem, a Fran­cuz - bę­dąc Fran­cu­zem, to i Ame­ry­ka­nin nie jest pro­win­cjo­nal­ny, bę­dąc Ame­ry­ka­ni­nem; a sko­ro Haw­thor­ne był "cu­dow­nie pro­win­cjo­nal­ny", to chy­ba le­piej aspi­ro­wać do uni­wer­sa­li­zmu z nim niż z ja­kim­kol­wiek lon­dyń­czy­kiem czy pa­ry­ża­ni­nem tej epo­ki". I po­słał swo­ją re­cen­zję Ja­me­so­wi.

Ten wszak­że po­zo­stał nie­skru­szo­ny.

Są­dzę, że bar­dzo ro­syj­ski Ro­sja­nin czy bar­dzo por­tu­gal­ski Por­tu­gal­czyk to szczyt pro­win­cjo­na­li­zmu; z tego pro­ste­go po­wo­du, że pew­ne typy na­ro­do­we są za­sad­ni­czo i z na­tu­ry rze­czy pro­win­cjo­nal­ne. W mniej­szym jesz­cze stop­niu po­dzie­lam Twój sprze­ciw wo­bec idei, że trze­ba sta­rej cy­wi­li­za­cji, by uru­cho­mić pi­sa­rza - moim zda­niem, to stwier­dze­nie to wręcz tru­izm.

W tym sa­mym li­ście Ja­mes wspo­mi­na o "mar­nej hi­sto­ryj­ce w trzech ka­wał­kach - czy­sto ame­ry­kań­skiej opo­wia­st­ce, przy któ­rej pi­sa­niu do­tkli­wie od­czu­wa­łem brak "re­kwi­zy­tów"", ma­ją­cej się wkrót­ce uka­zać w od­cin­kach w "Corn­hill Ma­ga­zi­ne". Rze­czo­ne re­kwi­zy­ty, wy­mie­nio­ne w li­ście, to "oby­cza­je, przy­zwy­cza­je­nia, na­wy­ki, uzu­sy, for­my, wszyst­kie te doj­rza­łe i za­sie­dzia­łe two­ry, któ­ry­mi kar­mi się po­wie­ścio­pi­sarz - jest to su­ro­wiec, z któ­re­go wy­ra­bia swo­je utwo­ry", a "mar­na hi­sto­ryj­ka" to Plac Wa­szyng­to­na. I choć wia­do­mo, że przed­sta­wia­jąc książ­kę Ho­wel­l­so­wi, Ja­mes sta­rał się być skrom­ny (w ogó­le miał skłon­ność do au­to­iro­nii w sto­sun­ku do wła­snej twór­czo­ści), wy­da­je się, że tro­chę nie do­ce­nił tego opo­wia­da­nia. To nie­wąt­pli­wie naj­lep­szy z jego krót­kich utwo­rów i rów­nież jed­na z naj­lep­szych ksią­żek, któ­ra jako pierw­sza uka­za­ła się w od­cin­kach jed­no­cze­śnie po obu stro­nach Atlan­ty­ku, dzię­ki cze­mu au­tor mógł swo­bod­nie prze­zna­czyć wię­cej cza­su na pra­cę nad po­wie­ścią Por­tret damy.

Plac Wa­szyng­to­na opo­wia­da hi­sto­rię dok­to­ra Slo­pe­ra i jego je­dy­nej cór­ki, Ca­the­ri­ne, któ­rą oj­ciec uwa­ża za tępą. Gdy Ca­the­ri­ne za­ko­chu­je się w ubo­gim mło­dzień­cu, dok­tor, z ca­łym chło­dem i okru­cień­stwem, po­sta­na­wia za wszel­ką cenę nie do­pu­ścić do jej mał­żeń­stwa z uzur­pa­to­rem. Spo­rzą­dzo­ny przez Ja­me­sa por­tret wraż­li­wej, bez­rad­nej i nie­śmia­łej cór­ki jest jed­nym z naj­bar­dziej spój­nych i prze­ko­nu­ją­cych w jego ka­rie­rze. Świet­ność Pla­cu Wa­szyng­to­na jest rów­nież skut­kiem bra­ku "re­kwi­zy­tów": psy­cho­lo­gicz­ny ry­su­nek po­sta­ci ojca i cór­ki na­kre­ślo­ny zo­stał jesz­cze sta­ran­niej i sub­tel­niej niż za­zwy­czaj, gdyż Ja­mes, u szczy­tu po­wo­dze­nia w lon­dyń­skim to­wa­rzy­stwie, nie­zbyt do­brze pa­mię­tał mia­sto i spo­łecz­ność, w któ­rych umie­ścił ak­cję opo­wia­da­nia. Wie­dział, jak urzą­dzo­ne były sa­lo­ny, w któ­rych prze­by­wał jako mały chło­piec; po­tra­fił pi­sać o zna­jo­mych wnę­trzach; ale nie do­ra­stał w tym świe­cie do­sta­tecz­nie dłu­go, by sze­rzej po­znać jego cha­rak­ter.

Wy­da­rze­nia opi­sa­ne w Pla­cu Wa­szyng­to­na roz­gry­wa­ją się w la­tach, gdy au­tor miesz­kał z ro­dzi­ną w No­wym Jor­ku; dom jego bab­ki stał się do­mem dok­to­ra Slo­pe­ra, po­dob­nie jak rok póź­niej dom jego dru­giej bab­ki miał się stać do­mem Isa­bel Ar­cher w Al­ba­ny. Pier­wot­ną wer­sję hi­sto­rii usły­szał od Fan­ny Kem­ble, któ­rej brat po­rzu­cił pew­ną za­moż­ną pan­nę na wieść, że oj­ciec za­mie­rza ją wy­dzie­dzi­czyć. Ja­mes prze­niósł opo­wieść na wła­sne, utra­co­ne te­ry­to­rium, w miej­sce, któ­re na­le­ża­ło już tyl­ko do ma­rzeń - do No­we­go Jor­ku, któ­ry mu­siał opu­ścić, kie­dy le­d­wie za­czął po­zna­wać jego za­rys. Umiesz­czo­ny w trze­cim roz­dzia­le książ­ki opis pla­cu Wa­szyng­to­na i jego oko­lic wręcz ude­rza czy­tel­ni­ka jako dziw­ny i nie­po­rad­ny - nie­mal nie do po­my­śle­nia u au­to­ra, któ­ry za­raz na­pi­sze Por­tret damy.

Nie wiem, czy to sku­tek pier­wot­nych, czu­łych sko­ja­rzeń, ale ten kwar­tał No­we­go Jor­ku wie­lu lu­dziom wy­da­je się naj­roz­kosz­niej­szy. Pa­nu­je tu coś w ro­dza­ju za­sie­dzia­łe­go spo­ko­ju, rzecz nie­zbyt czę­sta w in­nych dziel­ni­cach roz­le­głe­go, roz­krzy­cza­ne­go mia­sta; tu­tej­sza oko­li­ca wy­glą­da doj­rza­lej, za­moż­niej, szla­chet­niej niż któ­ra­kol­wiek z gór­nych na­ro­śli wiel­kiej, prze­ci­na­ją­cej ją ar­te­rii - wy­glą­da, jak­by mia­ła ja­kąś hi­sto­rię spo­łecz­ną. [...] Tu­taj, w czci­god­nym od­osob­nie­niu, miesz­ka­ła two­ja bab­ka, któ­rej szczo­dra go­ścin­ność prze­ma­wia­ła za­rów­no do dzie­cię­cej wy­obraź­ni, jak i do dzie­cię­ce­go pod­nie­bie­nia; stąd wy­ru­sza­łeś na pierw­sze wy­pra­wy w świat, drep­cząc za niań­ką nie­pew­ny­mi krocz­ka­mi [...]. Tu wresz­cie mie­ści­ła się two­ja pierw­sza szko­ła, gdzie pier­sia­sta, bio­drza­sta jej­mość z li­nia­łem w dło­ni, pi­ją­ca her­ba­tę w nie­bie­skiej fi­li­żan­ce z nie­do­bra­nym spodkiem, po­sze­rza­ła za­kres two­ich ob­ser­wa­cji i do­znań. Tu w każ­dym ra­zie moja bo­ha­ter­ka spę­dzi­ła wie­le lat ży­cia; co być może uza­sad­nia mój to­po­gra­ficz­ny wtręt.

Pre­tekst - być może, ale nie po­wód. Po­wód jest taki, że ćwierć wie­ku po utra­cie pla­cu Wa­szyng­to­na Ja­mes go­tów był za­kłó­cić świę­ty tok gład­kiej nar­ra­cji, aby przy­wo­łać to miej­sce jako część swo­jej pa­mię­ci, pier­wot­ne­go po­czu­cia toż­sa­mo­ści, te­raz do­stęp­ne­go już tyl­ko przez sło­wa. Była to po­trze­ba tak pil­na i na­glą­ca, że po­zwo­lił so­bie zo­sta­wić ten aka­pit; gdy­by cho­dzi­ło o inne miej­sce, z pew­no­ścią by go usu­nął. Za­gar­niał Wa­shing­ton Squ­are dla sie­bie. I tam wła­śnie, już nie­ba­wem, ulo­ko­wał na­stęp­ne po­ko­le­nie, któ­re aż na­zbyt chęt­nie wy­rze­ka­ło się hi­sto­rii spo­łecz­nej na rzecz pla­gi - jak po­strze­gał ją Ja­mes - no­wo­ści.

Na przy­kład sio­strze­ni­ca dok­to­ra Slo­pe­ra za­mie­rza po­ślu­bić Ar­thu­ra Town­sen­da, któ­ry tak opo­wia­da o swo­im no­wym domu:

To tyl­ko na trzy lub czte­ry lata. Po trzech lub czte­rech la­tach się prze­pro­wa­dzi­my. Tak trze­ba żyć w No­wym Jor­ku: prze­pro­wa­dzać się co trzy lub czte­ry lata. Wte­dy za­wsze ma się wszyst­kie no­win­ki. To dla­te­go, że mia­sto tak szyb­ko się roz­ra­sta, mu­si­my za nim na­dą­żać. Da­lej od cen­trum, up town, tam zmie­rza Nowy Jork. [...] Pew­nie bę­dzie­my prze­no­sić się stop­nio­wo; kie­dy uli­ca nam się znu­dzi, prze­su­nie­my się wy­żej. Tak więc, wi­dzi­cie, za­wsze bę­dzie­my miesz­kać w no­wym domu; nowy dom to czy­sty zysk, do­sta­je się naj­now­sze ulep­sze­nia. Wy­naj­du­ją wszyst­ko od nowa mniej wię­cej co pięć lat, a na­dą­żać za no­win­ka­mi to świet­na rzecz.

Nie­trud­no po­jąć wście­kłość i roz­draż­nie­nie Ja­me­sa w ob­li­czu no­we­go eto­su szyb­kich i ła­twych zmian, któ­ry za­wład­nął jego mia­stem daw­nych war­to­ści, nisz­cząc bu­dyn­ki i uli­ce, tak dlań bo­ga­te w sko­ja­rze­nia z prze­szło­ści. Jed­nak po­dob­nie jak przy­to­czo­ny wcze­śniej ustęp o pla­cu Wa­szyng­to­na, ty­ra­da mło­de­go czło­wie­ka robi wra­że­nie wy­si­lo­nej, a jej wy­mo­wa - tro­chę zbyt na­tręt­nej. Te dwa frag­men­ty, wy­róż­nia­ją­ce się w opo­wia­da­niu, któ­re poza tym jest zwar­te i do­brze skon­stru­owa­ne, sta­no­wią część głę­bo­ko ir­ra­cjo­nal­nej re­ak­cji Ja­me­sa na za­pa­mię­ta­ny Nowy Jork oraz to, co go za­stą­pi­ło; jego uczu­cia do tego mia­sta - jak do żad­ne­go in­ne­go - cza­sem wę­dro­wa­ły nie­śpiesz­nie, dziw­nie wy­my­ka­jąc się spod kon­tro­li.

Wró­ciw­szy do Sta­nów trzy lata póź­niej, po śmier­ci ro­dzi­ców, Ja­mes na­pi­sał ko­lej­ne opo­wia­da­nie osa­dzo­ne w No­wym Jor­ku, Im­pre­sje ku­zyn­ki, je­den ze swych naj­słab­szych i naj­bar­dziej roz­wle­kłych utwo­rów, in­te­re­su­ją­cy głów­nie ze wzglę­du na świa­tło, ja­kie rzu­ca na sto­su­nek au­to­ra do No­we­go Jor­ku. Hi­sto­ria za­czy­na się sce­ną zdu­mie­nia nar­ra­tor­ki, że w ogó­le jest w sta­nie miesz­kać na Pięć­dzie­sią­tej Trze­ciej Uli­cy.

Kie­dy skrę­cam za róg z Pią­tej Alei, wi­dok jest wprost szka­rad­ny; wą­skie, bez­dusz­ne bu­dyn­ki z bru­nat­nej ce­gły o oschłym, twar­dym od­cie­niu i fak­tu­rze nie­cie­ka­wej jak pa­pier ścier­ny; skost­nia­ła stro­mi­zna schod­ków, po któ­rych trze­ba piąć się do drzwi; nie­zgrab­ne ba­lu­stra­dy, por­ty­ki i gzym­sy, po­wtó­rzo­ne w set­kach eg­zem­pla­rzy, zdob­ne w cięż­kie na­ro­śle - co za erup­cja or­na­men­tu, co za ubó­stwo efek­tu!

Nar­ra­tor­ka, ar­tyst­ka, któ­ra nie­daw­no wró­ci­ła z Włoch, skar­ży się na jed­nej z pierw­szych stro­nic, że w mie­ście nie ma co ma­lo­wać, na­wet lu­dzie się nie na­da­ją: "Ja­kich lu­dzi? Z Pią­tej Alei? Są jesz­cze mniej ma­low­ni­czy niż ich domy. Ci z Szó­stej Alei nie są w ni­czym lep­si, ani z Czwar­tej lub Trze­ciej, ani z Siód­mej lub Ósmej. Do­bry Boże! Co za na­zew­nic­two! Mia­sto Nowy Jork przy­po­mi­na dłu­gie do­da­wa­nie, a uli­ce - ko­lum­ny liczb". Póź­niej schod­ki i gan­ki wy­da­dzą się jej "brzyd­kie jak zły sen"; nie­co wcze­śniej stwier­dza, że w No­wym Jor­ku nie­bo "wy­da­je się czę­ścią świa­ta jako ta­kie­go; w Eu­ro­pie jest ono czę­ścią kon­kret­ne­go miej­sca". Jest to echo opi­nii, któ­rą Ja­mes wy­ra­ził w książ­ce o Haw­thor­nie sprzed czte­rech lat, ja­ko­by w cza­sach Haw­thor­ne'a w Sta­nach Zjed­no­czo­nych "nie było nic wiel­kie­go do oglą­da­nia (z wy­jąt­kiem rzek i la­sów)".

Przez na­stęp­nych dwa­dzie­ścia lat z okła­dem Ja­mes pi­sał co­raz wię­cej o An­glii i An­gli­kach, ale mil­czał na te­mat No­we­go Jor­ku. Złe sny o tym mie­ście naj­wy­raź­niej ustą­pi­ły. Miał inne miej­sca, ta­kie jak Pa­ryż, Rzym czy Flo­ren­cja, któ­re mógł wspo­mi­nać i pa­trzeć, jak się zmie­nia­ją. Ale w skom­pli­ko­wa­nej oso­bo­wo­ści Ja­me­sa nic nig­dy nie było pro­ste. Nowy Jork ze swo­ją sprę­żo­ną ener­gią przez te wszyst­kie lata wpły­wał na jego świa­do­mość ni­czym pod­skór­ny prąd. W 1906 roku w książ­ce The Ame­ri­can Sce­ne po­świę­cił mia­stu trzy roz­dzia­ły, ob­sy­pu­jąc je chma­rą przy­miot­ni­ków, któ­re trzy­mał w za­na­drzu w cza­sie wy­gna­nia, a te­raz ze­słał na roj­ną me­tro­po­lię jak pla­gę sza­rań­czy.

Roz­po­czy­na od nie­chę­ci do no­wo­jor­skie­go por­tu: "Nad­brze­ża są ni­skie, bu­dyn­ki na ogół przy­gnę­bia­ją­ce, a lu­dzie pro­za­icz­ni; wy­spy, acz­kol­wiek licz­ne, nie ob­ja­wia­ją żad­nych za­let". Go­tów jest uznać "pięk­no świa­tła i po­wie­trza", co przy­po­mi­na stwier­dze­nie, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych tyl­ko lasy i rze­ki na­da­ją się do oglą­da­nia. Nie­ba­wem wszak­że, w oso­bli­wie żar­li­wym to­nie, pod­kre­śla po­czu­cie siły, któ­ra wzbu­dza w nim nie­po­kój, lecz tak­że dreszcz dziw­ne­go pod­nie­ce­nia.

Wra­że­nie mocy [...] jest nie­opi­sa­ne; to moc naj­bar­dziej roz­rzut­ne­go z miast, któ­re jak w po­ran­nej pie­śni ra­du­je się swo­ją po­tę­gą, swo­ją for­tu­ną, swy­mi nie­zrów­na­ny­mi wa­run­ka­mi, przy­da­jąc przed­mio­tom i ży­wio­łom, ru­chom i prze­ja­wom wszyst­kie­go, co lata, śpie­szy i dy­szy, dud­nie­niu pro­mów i ho­low­ni­ków [...] tro­chę swe­go ostre­go, swo­bod­ne­go gło­su.

Opi­su­je "ogrom, od­wa­gę, a zwłasz­cza zu­chwal­stwo wszyst­kie­go, co pę­dzi i krzy­czy". Dra­pa­cze chmur wy­da­ją mu się

wy­zy­wa­ją­co nowe, a co wię­cej - wzo­rem wie­lu in­nych strasz­nych rze­czy w Ame­ry­ce - wy­zy­wa­ją­co "no­wa­tor­skie", za to trium­fal­nie dają dy­wi­den­dy. [...] Nie dość, że nie uświet­nia ich hi­sto­ria, to jesz­cze nie mają na to naj­mniej­szej wia­ry­god­nej szan­sy, nie uświę­ca ich ża­den po­ży­tek z wy­jąt­kiem han­dlu za wszel­ką cenę; to po pro­stu naj­dzik­sze nuty w kon­cer­cie kosz­tow­nej pro­wi­zor­ki, w któ­ry nade wszyst­ko ukła­da się prze­ży­cie No­we­go Jor­ku.

Robi się co­raz go­rzej: Ja­mes od­wie­dza dziel­ni­cę biz­ne­su, gdzie od­no­to­wu­je "skoń­cze­nie mo­no­ton­ną po­spo­li­tość [...] pcha­ją­ce­go się mę­skie­go tłu­mu, zwar­tej masy idą­cych". Prze­ra­ża go fakt, że jed­ne bu­dyn­ki znik­nę­ły, inne zaś giną w cie­niu wie­żow­ców. Przy­zna­je, że "drę­czy" go "po­czu­cie wy­dzie­dzi­cze­nia". Po­wra­ca też na swo­je daw­ne te­re­ny: "Bez­cen­ny frag­ment prze­strze­ni mię­dzy pla­cem Wa­szyng­to­na i Fo­ur­te­enth Stre­et miał dla wra­ca­ją­cej tu du­szy war­tość, a na­wet urok, ła­god­ny, me­lan­cho­lij­ny splen­dor, któ­ry, cze­go je­stem w peł­ni świa­dom, bar­dzo trud­no "prze­ka­zać" no­we­mu, nie­czu­łe­mu po­ko­le­niu". Roz­biór­kę domu przy pla­cu Wa­szyng­to­na, w któ­rym się uro­dził, prze­ży­wa, jak­by am­pu­to­wa­no mu po­ło­wę hi­sto­rii; i od­kry­wa, że bu­dy­nek, na któ­rym mo­gła­by wi­sieć ta­bli­ca upa­mięt­nia­ją­ca jego na­ro­dzi­ny, wła­śnie uległ znisz­cze­niu.

Po­mstu­ją­cy na mia­sto Ja­mes wy­my­śla zdu­mie­wa­ją­ce ob­ra­zy, aby zi­lu­stro­wać do­mnie­ma­ny po­ziom nie­do­li jego miesz­kań­ców:

Wol­na eg­zy­sten­cja i do­bre ma­nie­ry zbyt czę­sto w No­wym Jor­ku re­du­ku­ją się do na­gie­go ry­go­ru mar­gi­nal­nych związ­ków z nie­koń­czą­cym się elek­trycz­nym ka­blem; mon­stru­al­nym łań­cu­chem, któ­ry opla­ta tu­łów i szy­ję, brzuch i nogi ogó­łu na po­do­bień­stwo węża boa, dła­wią­ce­go gru­pę La­oko­ona. Ude­rzy­ło mnie, że gdy w strasz­nych ob­ję­ciach śnież­nych zi­mo­wych mie­się­cy zwo­je się za­cie­śnia­ją, kło­po­ty no­wo­jor­czy­ków znacz­nie prze­wyż­sza­ją przed­sta­wio­ne cier­pie­nia fi­gur z Wa­ty­ka­nu.

Nic mu się nie po­do­ba.

Grzech pier­wo­rod­ny - pi­sze - rów­no­le­głych alei, nie­prze­rwa­nie, acz ską­po po­cię­tych prze­czni­ca­mi, zor­ga­ni­zo­wa­na ofia­ra za­le­ca­nej al­ter­na­ty­wy, czy­li wiel­kich per­spek­tyw ze wscho­du na za­chód, mógł­by jesz­cze za­słu­żyć na wy­ba­cze­nie przez ja­kiś do­raź­ny wy­ją­tek od drob­nost­ko­wej kon­se­kwen­cji. Nie­ste­ty, kon­se­kwen­cji tej za­wdzię­cza­my, że mia­sto, spo­śród wszyst­kich wiel­kich miast, jest naj­mniej bo­ga­te w wy­tchnie­nie dla oka - do­stoj­ne pla­ce, roz­le­głe ogro­dy, szczę­śli­we przy­pad­ki i za­sko­cze­nia, we­so­łe za­uł­ki i przy­god­ne skrzy­żo­wa­nia - a ści­ślej, w od­stęp­stwa na rzecz swo­bo­dy i wdzię­ku.

Na­wet dy­na­mi­ka me­tro­po­lii bu­dzi w nim prze­strach: "Jej ener­gię do­bit­nie zna­mio­nu­je brak wia­ry w sie­bie; nie po­tra­fi prze­ko­nać, na­wet kosz­tem mi­lio­nów, że ją po­sia­da".

Od­ra­za Ja­me­sa do nowo przy­by­łych, me­ta­fo­ry­ka zwie­rzę­ca, któ­rej uży­wa, by ich opi­sać, spra­wia­ją, że lek­tu­ra tego frag­men­tu jego dzieł przy­pra­wia o naj­więk­sze chy­ba po­czu­cie dys­kom­for­tu. Emi­grant w No­wym Jor­ku "chwi­la­mi przy­po­mi­na psa, któ­ry wą­cha świe­żo zdo­by­tą kość, trą­ca ją i ob­li­zu­je, jak­by świa­do­my jej moż­li­wo­ści, lecz na ra­zie - wie­dzio­ny rów­nie głę­bo­kim drgnie­niem świa­do­mo­ści - nie rzu­ca się na nią od razu". Spo­łecz­ność Ży­dów au­tor kwi­tu­je uwa­gą: "W przy­ro­dzie zna­ne są zwie­rząt­ka, chy­ba węże albo gli­sty, któ­re po­kro­jo­ne na ka­wał­ki z za­do­wo­le­niem od­peł­za­ją na bok i żyją w okraw­ku rów­nie kom­plet­nie jak w ca­ło­ści. I tak czy­nią miesz­kań­cy no­wo­jor­skie­go get­ta, spię­trze­ni w stos jak odłam­ki na warsz­ta­cie szkla­rza - każ­dy i każ­da z nich, jak skrzą­cy się szkla­ny okruch, ma oso­bi­sty udział w ostrym bla­sku Izra­ela". Scho­dy prze­ciw­po­ża­ro­we, "wszech­obec­ne w "ubo­gich" dziel­ni­cach", przy­wo­dzą Ja­me­so­wi na myśl "prze­myśl­nie urzą­dzo­ne klat­ki dla zręcz­niej­szych klas zwie­rząt w wiel­kim ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym. Po­do­bień­stwo jest nie­od­par­te - jak­by w każ­dym kwar­ta­le zbu­do­wa­no mały świat grzęd, drąż­ków i huś­ta­wek dla ludz­kich małp i wie­wió­rek". Z okna w get­cie au­tor spo­glą­da na "roj­ny pla­cyk, po któ­rym tam i z po­wro­tem prze­my­ka po­dob­na mrów­kom po­pu­la­cja".

Trud­no spre­cy­zo­wać, co wła­ści­wie gry­zie Hen­ry'ego Ja­me­sa, kie­dy cho­dzi po uli­cach No­we­go Jor­ku, tego, jak to uj­mu­je, "okrop­ne­go mia­sta", z nie­na­wi­ścią słu­cha­jąc gło­sów i ak­cen­tów w ka­wiar­niach, "izbach tor­tur ży­we­go ję­zy­ka", nie­na­wi­dząc na­wet Cen­tral Par­ku, któ­ry po­rów­nu­je do "ak­tor­ki w ze­spo­le po­zba­wio­nym, wsku­tek epi­de­mii lub in­nych przy­kro­ści, wszel­kich dam­skich ta­len­tów, któ­ra w związ­ku z tym w cią­gu ty­go­dnia gra co­raz to inną rolę, od tra­gicz­nej kró­lo­wej do śpie­wa­ją­cej po­ko­jów­ki".

Jest tak, jak­by coś zo­sta­ło Ja­me­so­wi ukra­dzio­ne - i rze­czy­wi­ście, coś mu skra­dzio­no, i to coś nie­zwy­kłe­go. Dla nie­któ­rych pi­sa­rzy daw­no po­rzu­co­ne miej­sca i prze­ży­cia, któ­re wła­ści­wie moż­na by za­po­mnieć, nadal ist­nie­ją w cza­sie te­raź­niej­szym. Moż­na je przy­wo­łać na ży­cze­nie, nie­kie­dy też przy­cho­dzą nie­pro­szo­ne. W umy­śle żyją wła­snym ży­ciem; są jak po­ko­je, gdzie za­pa­lo­no elek­trycz­ne świa­tło, któ­re­go nie da się zga­sić ani ściem­nić. Dla Ja­me­sa Nowy Jork w la­tach 1845-1855 był wła­śnie ta­kim miej­scem; tak­że do­świad­cze­nia tam­te­go okre­su, peł­ne­go swo­bo­dy i szczę­śli­wej nie­win­no­ści mło­dziut­kie­go chłop­ca, nie za­tar­ły mu się w pa­mię­ci - po­zo­sta­ły żywe i obec­ne, in­a­czej niż wspo­mnie­nia jego bra­ta. A te­raz, po pięć­dzie­się­ciu la­tach, krą­żył po mie­ście, któ­re pró­bo­wa­ło, w imię no­wi­nek, unie­moż­li­wić mu po­wrót do oświe­tlo­nych miejsc. Nie cho­dzi tyl­ko o to, że był w no­wym mie­ście, a wspo­mi­nał daw­ne. Daw­ne mia­sto nig­dy dlań nie umar­ło; żyło jako prze­jaw im­pe­ra­ty­wu jego ge­niu­szu. Lecz te­raz świa­tła w jego po­ko­jach mi­go­ta­ły sza­leń­czo, nie­mal go ośle­pia­jąc. Więc żeby się ra­to­wać, ob­rzu­cił Nowy Jork ste­kiem obelg.

Za­ma­zy­wa­nie gra­nic mię­dzy cza­sem te­raź­niej­szym a prze­szłym to dla pi­sa­rza me­to­da uwal­nia­nia wy­obraź­ni, któ­ra po­tra­fi wszak­że do­pro­wa­dzić do nie­po­ko­ju i roz­chwia­nia oso­bo­wo­ści. To, co Ja­mes uj­rzał w No­wym Jor­ku 1905 roku, spro­wo­ko­wa­ło go do uży­cia me­ta­fo­ry­ki dzi­ko nie­ade­kwat­nej do rze­czy­wi­stych prze­żyć, za to traf­nie opi­su­ją­cej wal­kę, jaka to­czy­ła się w jego du­szy mię­dzy lgną­cą doń kur­czo­wo prze­szło­ścią a prze­ra­ża­ją­cą no­wo­ścią współ­cze­sno­ści. Pi­sa­rze umie­ra­ją, gdy mu­szą do­ro­snąć; Nowy Jork owe­go roku wy­ma­gał od Ja­me­sa zbyt wie­le.

Na­tu­ral­nie, moż­na rów­nież utrzy­my­wać, że spra­wa przed­sta­wia­ła się znacz­nie pro­ściej, że Ja­mes uwa­żał mia­sto swe­go dzie­ciń­stwa za bar­dziej przy­zwo­ite, ludz­kie i cy­wi­li­zo­wa­ne, na­to­miast tego mia­sta, któ­re za­stał w 1905 roku, au­ten­tycz­nie nie zno­sił, cze­mu do­sad­nie dał wy­raz w kil­ku opo­wia­da­niach. Lecz jed­na z ostat­nich hi­sto­rii osa­dzo­nych w No­wym Jor­ku, i w ogó­le je­den z ostat­nich utwo­rów Ja­me­sa, zda­je się prze­ma­wiać na rzecz tezy prze­ciw­nej - że w nie­chę­ci pi­sa­rza do me­tro­po­lii i lęku, jaki przed nią czuł, było coś drę­czą­co nie­ja­sne­go. Hi­sto­ria ta nosi ty­tuł Nie­zły na­roż­nik.

Ja­me­sa, jak wie­lu jego współ­cze­snych z Lon­dy­nu, fa­scy­no­wa­ły so­bo­wtó­ry. Wy­da­ne w 1892 roku opo­wia­da­nie The Pri­va­te Life [Ży­cie oso­bi­ste] od­zwier­cie­dla świat Do­ria­na Graya i dok­to­ra Je­kyl­la. Ja­mes sfa­bu­la­ry­zo­wał w nim wła­sne ży­cie to­wa­rzy­skie i spo­łecz­ne oraz wła­sny los twór­cy i sa­mot­ni­ka; bo­ha­ter, pi­sarz, po­tra­fi prze­by­wać w dwóch miej­scach na­raz, w to­wa­rzy­stwie i przy biur­ku. Te­raz, w roku 1906, Ja­mes pi­sał do agen­ta: "Przy­szedł mi do gło­wy zna­ko­mi­ty mały po­mysł, przez któ­ry całą ze­szłą noc nie zmru­ży­łem oka, mu­szę więc przy­najm­niej kuć że­la­zo, póki go­rą­ce". W Nie­złym na­roż­ni­ku, po­wsta­łym w na­stęp­stwie ame­ry­kań­skiej po­dró­ży 1905 roku, Ja­mes uka­zu­je nową, po­dwój­ną oso­bo­wość: czło­wie­ka, któ­ry kie­dyś opu­ścił Nowy Jork i wy­je­chał do An­glii, oraz jego so­bo­wtó­ra, któ­ry nig­dzie nie wy­je­chał i wciąż błą­ka się po tych sa­mych wnę­trzach, ja­ki­mi Ja­mes nie­ba­wem wy­peł­ni swo­ją au­to­bio­gra­fię i ja­ki­mi już wy­peł­nił opo­wia­da­nie Plac Wa­szyng­to­na.

Jego bo­ha­ter, na­zwi­skiem Bry­don, wró­ciw­szy do No­we­go Jor­ku po trzy­dzie­stu trzech la­tach nie­obec­no­ści, po­dzie­la opi­nię Ja­me­sa o tym mie­ście. Wy­da­je mu się po­mniej­szo­ne, za­mie­nio­ne "w ol­brzy­mią stro­ni­cę księ­gi ra­chun­ko­wej, prze­ro­śnię­tą, fan­ta­stycz­ną gę­stwę krzy­żu­ją­cych się liczb i li­nii pro­stych". Wi­du­je się z daw­ną przy­ja­ciół­ką, Ali­ce Sta­ver­ton, roz­wa­ża rów­nież, ja­kim waż­nym czło­wie­kiem in­te­re­su mógł­by zo­stać, gdy­by stąd nie wy­je­chał. Ro­dzin­ny dom w śród­mie­ściu na jego ży­cze­nie stał pu­sty przez te wszyst­kie lata, choć był co­dzien­nie sprzą­ta­ny i do­glą­da­ny. Te­raz Bry­don na­po­ty­ka tam wid­mo­wą po­stać, krą­żą­cą po mrocz­nych wnę­trzach, któ­rych nig­dy nie opu­ści­ła - po­dob­nie jak nig­dy, przy­najm­niej w du­chu, nie opu­ścił ich sam Ja­mes.

Obaj - męż­czy­zna i jego so­bo­wtór - zma­ga­ją się ze sobą pew­nej dłu­giej nocy, wal­cząc o zga­sze­nie świa­tła w tych po­ko­jach. "Stę­ża­ły, lecz świa­do­my, wid­mo­wy, lecz ludz­ki - cze­kał na nie­go czło­wiek tej sa­mej wagi i po­stu­ry, pra­gną­cy jego mia­rą spraw­dzić swo­ją moc prze­ra­ża­nia". Dwa pal­ce pra­wej dło­ni, któ­ra za­sła­nia twarz, zo­sta­ły od­strze­lo­ne. "Gło­wa się unio­sła, dło­nie roz­chy­li­ły, po czym, jak­by na sku­tek na­głej de­cy­zji, bły­ska­wicz­nie opa­dły, uka­zu­jąc nagą, bez­bron­ną twarz. Na ten wi­dok zgro­za ści­snę­ła Bry­do­na za gar­dło i uwię­zła mu w krta­ni ze zdła­wio­nym okrzy­kiem". "Jest to - na­pi­sał Leon Edel - opo­wieść głę­bo­ko au­to­bio­gra­ficz­na": re­kon­struk­cja wal­ki, któ­rą Ja­mes sto­czył sam ze sobą po przy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku, kie­dy to po­sta­no­wił zde­ma­sko­wać za­sta­ny świat, usi­łu­jąc znisz­czyć go swym opi­sem, prze­kłuć jego po­tę­gę sta­lo­wym ostrzem świet­nych aka­pi­tów. Pra­gnął znów tchnąć ży­cie w świat, któ­ry prze­trwał w jego my­ślach; w daw­ny Nowy Jork, któ­re­go za­znał, za­nim na­de­szły kom­pli­ka­cje doj­rze­wa­nia i wy­ko­rze­nie­nia, i któ­ry opu­ścił, ma­jąc lat dwa­na­ście. Rzecz zna­mien­na: wy­ba­wi­ciel­ką Bry­do­na, któ­ry wy­cho­dzi bez szwan­ku z noc­nej po­tycz­ki z so­bo­wtó­rem, jest jego daw­na przy­ja­ciół­ka imie­niem Ali­ce - a pa­mię­taj­my, że sio­stra Ja­me­sa, jego szwa­gier­ka oraz żona bra­tan­ka no­si­ły wszyst­kie imię Ali­ce. W ostat­nim zda­niu Nie­złe­go na­roż­ni­ka bo­ha­ter bie­rze ją w ra­mio­na; na­gro­dą za zga­sze­nie świa­tła sta­je się za­po­wiedź mi­ło­ści, szan­sa na nie­skom­pli­ko­wa­ną sek­su­al­ność, jaką cie­szył się brat pi­sa­rza, Wil­liam. Nie­zły na­roż­nik zo­sta­wia pro­ta­go­ni­stę po­rzu­co­ne­go na mie­liź­nie mię­dzy przed­sek­su­al­ną prze­szło­ścią i nie­prze­ko­nu­ją­cą te­raź­niej­szo­ścią.

Oba ostat­nie opo­wia­da­nia rów­nież roz­gry­wa­ją się w owym No­wym Jor­ku, któ­ry Ja­mes tak eks­plo­ro­wał i po­tę­piał w The Ame­ri­can Sce­ne. Z per­spek­ty­wy Kre­po­wej Cor­ne­lii oraz Run­dy wi­zyt mia­sto wy­da­je się nie­mal zło­wiesz­cze, dość po­spo­li­te i głę­bo­ko za­bu­rzo­ne. The­odo­ra Bo­sa­nqu­et, ma­szy­nist­ka, któ­rej Ja­mes dyk­to­wał swo­je utwo­ry, od­no­to­wa­ła w grud­niu 1897 roku: "Pan Ja­mes pra­cu­je nad opo­wia­da­niem, któ­re cią­gnie się okrop­nie - i moim zda­niem jest nud­ne". W Kre­po­wej Cor­ne­lii Ja­mes znów wpro­wa­dza mo­tyw po­wro­tu wy­gnań­ca, któ­ry z nie­chę­cią od­no­si się do no­we­go mia­sta i no­stal­gicz­nie wspo­mi­na sta­re. Bo­ha­ter zwra­ca uwa­gę na dom pani Wor­thin­gham, gdzie "każ­dy kosz­tow­ny przed­miot krzy­czał cheł­pli­wie i pro­sto­dusz­nie". Przy­pusz­cza rów­nież atak, chy­ba naj­bar­dziej wy­mow­ny w jego twór­czo­ści, na tu­tej­szy brak spo­łecz­nych wię­zi: "Wy­raź­nie taka mia­ła być me­lo­dia przy­szło­ści - że je­śli lu­dzie będą do­sta­tecz­nie bo­ga­ci, do­sta­tecz­nie ume­blo­wa­ni, do­sta­tecz­nie wy­kar­mie­ni, wy­ćwi­cze­ni, hi­gie­nicz­ni i wy­ma­ni­kiu­ro­wa­ni [...], to za grzecz­ność wy­star­czy im przy­jąć roz­ba­wio­ny, iro­nicz­ny sto­su­nek do tych, któ­rzy są mniej wta­jem­ni­cze­ni". A tak­że po­mstu­je na brak skrom­no­ści no­wo­jor­czy­ków po­pi­su­ją­cych się przy­wi­le­ja­mi: "Za jego cza­sów, gdy był mło­dy, a na­wet w tyl­ko tro­chę mniej śred­nim wie­ku, naj­lep­sze ma­nie­ry po­le­ga­ły na jak naj­więk­szej życz­li­wo­ści, naj­więk­sza zaś życz­li­wość spro­wa­dza­ła się za­zwy­czaj do sztu­ki nie­pod­kre­śla­nia swej luk­su­so­wej in­no­ści, a na­wet do ukry­wa­nia - je­śli nie przez zwy­kłą przy­zwo­itość, to ze wzglę­dów czy­sto ludz­kich - przy­najm­niej czę­ści swe­go prze­moż­nie za­ja­dłe­go dą­że­nia, aby "wie­dzieć, co w tra­wie pisz­czy"".

W Run­dzie wi­zyt, ostat­nim opo­wia­da­niu Ja­me­sa, mia­sto jest jesz­cze bar­dziej nie­go­ścin­ne niż zwy­kle. Mark Mon­te­ith, ko­lej­ny wy­gna­niec, po­wra­ca do No­we­go Jor­ku, by stwier­dzić, że zna­jo­my no­wo­jor­czyk go oszu­kał, i po­dob­nie jak pro­ta­go­ni­sta Nie­zwy­kłe­go przy­pad­ku, na­pi­sa­ne­go czter­dzie­ści lat wcze­śniej, na­tra­fia na nie­moż­li­wą po­go­dę, tym ra­zem na "ośle­pia­ją­cą no­wo­jor­ską za­mieć" i "wście­kłą bu­rzę śnież­ną". Tak jak w Kre­po­wej Cor­ne­lii, bo­ha­ter od­wie­dza kil­ku przy­ja­ciół, znów ubo­le­wa­jąc nad wy­stro­jem ich do­mów, peł­nych "ra­żą­co fał­szy­wych ak­cen­tów". Jed­nak­że tym, co w obu hi­sto­riach naj­bar­dziej rzu­ca się w oczy, jest na wskroś od­py­cha­ją­cy wi­ze­ru­nek no­wo­jor­skich ko­biet. "Ko­bie­ty w szcze­gól­no­ści - ko­men­tu­je Leon Edel - są tu po­zba­wio­ne wszel­kich cech sym­pa­tycz­nych: gru­be, or­dy­nar­ne, brzyd­kie, bo­ga­te oraz okrut­ne, jak­by za­tra­ci­ły sens do­bro­ci". Być może za­tem nie na­le­ży się dzi­wić, że w ostat­niej sce­nie ostat­nie­go no­wo­jor­skie­go opo­wia­da­nia Ja­me­sa pe­wien no­wo­jor­czyk strze­la so­bie w łeb z re­wol­we­ru.

Nie­zły na­roż­nik był je­dy­nym "ame­ry­kań­skim" utwo­rem, jaki Ja­mes zgo­dził się włą­czyć do dwu­dzie­sto­trzy­to­mo­wej no­wo­jor­skiej edy­cji swych dzieł, z któ­rej wy­klu­czył Eu­ro­pej­czy­ków, Plac Wa­szyng­to­na oraz Bo­stoń­czy­ków. Pra­ca nad edy­cją po­chła­nia­ła go w la­tach mię­dzy pi­sa­niem The Ame­ri­can Sce­ne i au­to­bio­gra­fii. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że po­waż­nie trak­tu­je ba­ta­lię, by prze­ciw­sta­wić swój pry­wat­ny Nowy Jork Go­lia­to­wi, któ­ry co dzień wy­ra­stał na wy­spie Man­hat­tan - 30 czerw­ca 1905 roku pi­sał do swe­go wy­daw­cy, Scrib­ne­ra: "Gdy­by dla wy­go­dy bądź dla od­róż­nie­nia po­trzeb­na była ja­kaś na­zwa, chciał­bym za­pro­po­no­wać zwłasz­cza New York Edi­tion, je­że­li tak ogól­ny ty­tuł może ucho­dzić za do­sta­tecz­nie god­ny i zna­czą­cy. Moim zda­niem, dzię­ki nie­mu całe przed­się­wzię­cie wprost na­wią­zu­je do mego ro­dzin­ne­go mia­sta - któ­re­mu, jak do­tych­czas, nie mia­łem oka­zji zło­żyć tego ro­dza­ju hoł­du". Dzie­ła Ja­me­sa mia­ły po­ka­zać świa­tu, dość nie­czu­łe­mu na ta­kie po­my­sły, że pod­szew­ka zda­rzeń, ich mięk­ka stro­na, jak ją okre­ślał, ma szan­se prze­trwać i zy­skać zna­cze­nie, zdo­być sła­wę nad wszel­kie pie­nią­dze. Po­ka­zać, że wiel­ki dom li­te­ra­tu­ry do­rów­nu­je wy­so­ko­ścią dra­pa­czom chmur, a jego po­ko­je będą ja­sno oświe­tlo­ne, na­wet gdy ze­wnętrz­ny świat ogar­nie ciem­ność.

COLM TÓ­I­BÍN

Historia pewnego arcydzieła

I

Nie da­lej niż ze­szłe­go lata, pod­czas pół­to­ra­mie­sięcz­ne­go po­by­tu w New­port, John Len­nox za­rę­czył się z pan­ną Ma­rian Eve­rett z No­we­go Jor­ku. Pan Len­nox, bez­dziet­ny trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni wdo­wiec ze spo­rym ma­jąt­kiem, od­zna­czał się sto­sow­nie wy­twor­nym wy­glą­dem, świet­ny­mi ma­nie­ra­mi i po­nad­prze­cięt­nym za­so­bem rze­tel­nych in­for­ma­cji; jego oby­cza­jom trud­no było co­kol­wiek za­rzu­cić, jego cha­rak­ter, jak ogól­nie mnie­ma­no, wy­szedł zwy­cię­sko z cięż­kiej, acz zba­wien­nej pró­by krót­kie­go po­ży­cia mał­żeń­skie­go. W su­mie za­tem pa­no­wa­ła opi­nia, że pan­na Eve­rett robi do­brą par­tię, a w każ­dym ra­zie nic na za­mąż­pój­ściu nie tra­ci.

A prze­cież Ma­rian Eve­rett - "ta ład­na" pan­na Eve­rett, jak o niej mó­wio­no, dla od­róż­nie­nia od brzyd­kich ku­zy­nek, z któ­ry­mi, nie ma­jąc mat­ki ani sióstr, mu­sia­ła, gwo­li przy­zwo­ito­ści, spę­dzać spo­ro cza­su, co za­pew­ne da­wa­ło jej wię­cej sa­tys­fak­cji ani­że­li owym zna­mie­ni­tym da­mom - rów­nież była na­der spo­sob­na do mał­żeń­stwa. W grun­cie rze­czy nie mia­ła gro­sza przy du­szy, zo­sta­ła jed­nak szczo­drze ob­da­rzo­na wszel­ki­mi za­le­ta­mi, któ­re do­da­ją ko­bie­cie uro­ku. Była bez­spor­nie naj­bar­dziej uro­czą dziew­czy­ną w krę­gach, w któ­rych się ob­ra­ca­ła; na­wet star­sze od niej, bar­dziej do­świad­czo­ne ko­bie­ty, cięż­sze­go, by tak rzec, ka­li­bru, dzię­ki swej po­zy­cji mę­ża­tek dys­po­nu­ją­ce więk­szą swo­bo­dą dzia­ła­nia, pod wzglę­dem uro­ku wła­ści­wie nie mo­gły się z nią rów­nać. Nie­mniej, na­śla­du­jąc wy­ro­bie­nie to­wa­rzy­skie swych bar­dziej wy­zwo­lo­nych sio­strzyc, pan­na Eve­rett nie do­pusz­cza­ła się na­wet naj­mniej­szych od­stępstw od ści­słych za­sad pa­nień­skiej god­no­ści. De­kla­ro­wa­ła nie­mal na­boż­ną cześć dla do­bre­go gu­stu i z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła na ha­ła­śli­wy wdzięk wie­lu swych to­wa­rzy­szek. Nie dość za­tem, że była naj­bar­dziej zaj­mu­ją­cą pan­ną w No­wym Jor­ku, to jesz­cze ucho­dzi­ła za naj­bar­dziej nie­ska­zi­tel­ną. Być może da­ło­by się za­kwe­stio­no­wać jej uro­dę, ale z pew­no­ścią nikt jej nie kwe­stio­no­wał. Wzro­stu nie­co mniej niż śred­nie­go, mia­ła peł­ną i krą­głą syl­wet­kę, jed­nak mimo że przy­jem­nie pulch­na, po­ru­sza­ła się lek­ko i zgrab­nie. Jej na­tu­ral­nie ja­sna kar­na­cja tchnę­ła cie­płem - cie­płem blon­dyn­ki z ró­ża­nym ru­mień­cem lata na po­licz­kach i bły­skiem let­nie­go słoń­ca w ru­da­wych wło­sach. Rysy jej twa­rzy, cho­ciaż nie­zbyt kla­sycz­ne, były w naj­wyż­szym stop­niu uj­mu­ją­ce: ni­skie i sze­ro­kie czo­ło, mały no­sek, usta zaś - cóż, za­zdro­śni­cy uwa­ża­li jej usta za ol­brzy­mie. Pew­ne jest, że mia­ły ol­brzy­mią skłon­ność do uśmie­chów, a gdy je otwie­ra­ła, by za­śpie­wać (z nie­skoń­czo­ną, do­daj­my, sło­dy­czą), pły­nę­ła z nich ob­fi­ta fala dźwię­ków. Owszem, jej twarz była nie­co zbyt okrą­gła, ra­mio­na zaś nie­co zbyt kwa­dra­to­we, lecz, jak po­wia­dam, ogól­ne wra­że­nie po­zo­sta­wa­ło bez za­rzu­tu; mógł­bym wy­tknąć tu­zin dy­so­nan­sów w jej twa­rzy i fi­gu­rze, a prze­cież w ża­den spo­sób nie zdo­łał­bym pod­wa­żyć ich łącz­ne­go efek­tu. Ską­di­nąd w pró­bach szcze­gó­ło­we­go uza­sad­nie­nia lub za­ne­go­wa­nia ko­bie­ce­go pięk­na jest coś za­sad­ni­czo nie­grzecz­ne­go, wię­cej, nie­fi­lo­zo­ficz­ne­go, i każ­dy męż­czy­zna, któ­ry od­kry­wa, że ści­śle bio­rąc, zbiór od­ręb­nych cech nie su­mu­je się w ca­łość, do­sta­je do­kład­nie to, na co za­słu­żył. Od­stąp­cie za­tem, pa­no­wie, od ta­kich za­mia­rów i po­zwól­cie, aby to dama wy­ko­na­ła do­da­wa­nie. A pan­na Eve­rett nie tyl­ko była pięk­na, błysz­cza­ła rów­nież po­go­dą du­cha i ży­wo­ścią per­cep­cji. Uni­ka­ła ostrych wy­po­wie­dzi, ale ich nie po­tę­pia­ła; czer­pa­ła wiel­ką ra­dość z by­stro­ści in­te­lek­tu i na­wet sta­ra­ła się ją pie­lę­gno­wać. Jej wiel­ką za­le­tą był brak ja­kich­kol­wiek rosz­czeń i pre­ten­sji; tak jak jej uro­da nie mia­ła w so­bie nic sztucz­ne­go, tak jej in­te­li­gen­cja po­zba­wio­na była pe­dan­te­rii, a życz­li­wość sen­ty­men­ta­li­zmu. Ta pierw­sza cała tchnę­ła świe­żo­ścią, dwie ostat­nie - do­brym hu­mo­rem.

John Len­nox uj­rzał ją, po­ko­chał i po­pro­sił o rękę; a pan­na Eve­rett, przyj­mu­jąc go, zy­ska­ła w oczach świa­ta je­dy­ną za­le­tę, ja­kiej jesz­cze jej bra­ko­wa­ło - cał­ko­wi­tą sta­bi­li­za­cję i re­gu­la­cję swo­jej sy­tu­acji. Przy­ja­cie­le z nie­ma­łym za­do­wo­le­niem po­rów­ny­wa­li świet­ną i do­stat­nią przy­szłość, jaka ją cze­ka­ła, z jej nie­co nie­pew­ną prze­szło­ścią, Len­nox rów­nież zbie­rał gra­tu­la­cje z pra­wa i lewa, acz­kol­wiek ła­two­wier­no­ści win­szo­wa­no mu nie­zbyt czę­sto. Wia­ry pan­ny Eve­rett nie pod­da­wa­no tak su­ro­wym pró­bom, cho­ciaż skłon­ni do mo­ra­li­zo­wa­nia zna­jo­mi nie­raz przy­po­mi­na­li jej, że ma wszel­kie po­wo­dy, aby cie­szyć się z wy­bo­ru pana Len­no­xa. Za­pew­nień tych Ma­rian słu­cha­ła z miną po­kor­ną i cier­pli­wą, z któ­rą było jej nad­zwy­czaj do twa­rzy - zu­peł­nie jak­by dla nie­go go­to­wa była się zgo­dzić na­wet na to, by ją za­nu­dza­no.

Nie­speł­na dwa ty­go­dnie po ogło­sze­niu za­rę­czyn na­rze­cze­ni wró­ci­li do No­we­go Jor­ku. Len­nox, któ­ry miał wła­sny dom, te­raz za­jął się jego re­mon­tem i prze­me­blo­wa­niem; ślub wy­zna­czo­no na ko­niec paź­dzier­ni­ka. Pan­na Eve­rett chwi­lo­wo za­miesz­ka­ła w po­ko­jach zaj­mo­wa­nych przez jej ojca, spróch­nia­łe­go dżen­tel­me­na, od rana do wie­czo­ra za­cie­ra­ją­ce­go gnu­śne dło­nie w ocze­ki­wa­niu ry­chłe­go za­mąż­pój­ścia cór­ki.

John Len­nox, czło­wiek o wie­lu moż­li­wo­ściach, któ­ry lu­bił czy­tać, lu­bił mu­zy­kę, lu­bił to­wa­rzy­stwo i nie stro­nił od po­li­ty­ki, pierw­sze ty­go­dnie je­sie­ni prze­żył nie­spo­koj­nie, jak­by nie mo­gąc usie­dzieć na miej­scu. Gdy męż­czy­zna zbli­ża się do wie­ku śred­nie­go, trud­no mu z wdzię­kiem zno­sić ta­kie wy­róż­nie­nie, jak na­rze­czeń­stwo; trud­no mu tak­że z na­le­ży­tą skwa­pli­wo­ścią wy­wią­zy­wać się z roz­ma­itych pe­tits so­ins, zwią­za­nych z tą kon­dy­cją. Za­bie­gi Len­no­xa we­dług jego zna­jo­mych mia­ły w so­bie ja­kąś ża­ło­sną so­len­ność. Przez jed­ną trze­cią cza­su mysz­ko­wał na Broad­wayu, skąd sześć razy w ty­go­dniu wra­cał ob­ju­czo­ny ozdób­ka­mi i bły­skot­ka­mi, któ­re za­wsze w koń­cu od­rzu­cał jako zbyt dzie­cin­ne i pro­stac­kie, by mógł je ofia­ro­wać da­mie swe­go ser­ca. Ko­lej­na jed­na trze­cia mi­ja­ła mu w ba­wial­ni pani Eve­rett, i w tych go­dzi­nach Ma­rian była nie­do­stęp­na dla in­nych go­ści. Resz­tę ży­cia, jak się przy­znał przy­ja­cie­lo­wi, spę­dzał Bóg je­den wie jak. Były to sło­wa moc­niej­sze, niż ów przy­ja­ciel spo­dzie­wał się usły­szeć, gdyż Len­nox nie był czło­wie­kiem skłon­nym do po­chop­nych wy­po­wie­dzi ani też, w mnie­ma­niu przy­ja­cie­la, nie od­zna­czał się szcze­gól­nie na­mięt­nym uspo­so­bie­niem. Jed­nak rzu­ca­ło się w oczy, że jest bar­dzo za­ko­cha­ny - a przy­najm­niej bar­dzo wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi.

- Kie­dy je­stem z nią, wszyst­ko wy­glą­da świet­nie - mó­wił - ale z dala od niej czu­ję się tak, jak­by wy­klu­czo­no mnie spo­śród ży­wych.

- Cóż, mu­sisz być cier­pli­wy - rzekł przy­ja­ciel - jest ci pi­sa­ne jesz­cze nie­źle so­bie po­żyć.

Len­nox mil­czał z miną bar­dziej po­sęp­ną, niż po­do­ba­ło się jego roz­mów­cy.

- Mam na­dzie­ję, że nie ist­nie­ją żad­ne kon­kret­ne prze­szko­dy - pod­jął w koń­cu ten ostat­ni, pra­gnąc na­kło­nić Len­no­xa, by zrzu­cił z sie­bie cię­żar, któ­ry naj­wy­raź­niej le­żał mu na ser­cu.

- Boję się, że ja... cza­sem się boję, że ona wła­ści­wie mnie nie ko­cha.

- Cóż, odro­bi­na wąt­pli­wo­ści nie za­szko­dzi. To lep­sze niż być za­nad­to pew­nym uczu­cia i po­paść w bez­myśl­ność. Mu­sisz tyl­ko mieć pew­ność, że ty ją ko­chasz.

- Tak - oświad­czył Len­nox uro­czy­ście - to oczy­wi­ście naj­waż­niej­sze.

Pew­ne­go ran­ka, nie mo­gąc sku­pić uwa­gi na książ­kach i do­ku­men­tach, po­my­ślał so­bie, że zna­lazł spo­sób, by miło spę­dzić kil­ka go­dzin.

W New­port za­warł zna­jo­mość z mło­dym ar­ty­stą ma­la­rzem na­zwi­skiem Gil­bert, któ­re­go ta­lent i spo­sób roz­mo­wy ogrom­nie mu się spodo­ba­ły. Po opusz­cze­niu New­port ma­larz wy­bie­rał się w góry Adi­ron­dack; za­mie­rzał wró­cić do No­we­go Jor­ku pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka i ser­decz­nie za­pra­szał no­we­go zna­jo­me­go, aby ten wów­czas go od­wie­dził.

Ran­kiem tego dnia Len­nox uświa­do­mił so­bie, że Gil­bert z pew­no­ścią już jest w mie­ście i cze­ka na jego wi­zy­tę. Nie­zwłocz­nie więc udał się do jego pra­cow­ni.

Na drzwiach wid­nia­ła wi­zy­tów­ka Gil­ber­ta, lecz gdy Len­nox wszedł do po­miesz­cze­nia, uj­rzał przed sobą nie­zna­jo­me­go - przy szta­lu­gach pra­co­wał mło­dy męż­czy­zna w ma­lar­skim ki­tlu. Dżen­tel­men ów po­wia­do­mił go­ścia, że ak­tu­al­nie ko­rzy­sta z pra­cow­ni wspól­nie z Gil­ber­tem, któ­ry wła­śnie wy­sko­czył na chwi­lę, Len­nox po­sta­no­wił za­tem za­cze­kać na po­wrót go­spo­da­rza. Tym­cza­sem wdał się w roz­mo­wę z mło­dzień­cem i wi­dząc, że jest to czło­wiek wy­so­ce in­te­li­gent­ny i naj­wy­raź­niej bar­dzo z Gil­ber­tem za­przy­jaź­nio­ny, za­czął nań spo­glą­dać z więk­szą cie­ka­wo­ścią. Był to męż­czy­zna nie­speł­na trzy­dzie­sto­let­ni, wy­so­ki i sil­ny, o moc­nej, ra­do­snej, wraż­li­wej twa­rzy i gę­stej ru­da­wej bro­dzie. Len­no­xa ude­rzy­ła zwłasz­cza jego twarz, któ­rej wy­raz, z jed­nej stro­ny, zda­wał się świad­czyć o spo­rej roz­trop­no­ści, z dru­giej zaś, zna­mio­no­wał praw­dzi­wie ar­ty­stycz­ny tem­pe­ra­ment.

"Czło­wiek o ta­kiej mi­nie - po­wie­dział so­bie - musi two­rzyć pra­ce, któ­rym war­to przy­najm­niej się przyj­rzeć".

Za­py­tał za­tem roz­mów­cę, czy po­zwo­li obej­rzeć swój ob­raz. Ten chęt­nie się zgo­dził i Len­nox pod­szedł do płót­na.

Przed­sta­wia­ło ono pół­po­stać ko­bie­cą, któ­rej strój i eks­pre­sja były tak enig­ma­tycz­ne, że Len­nox nie po­tra­fił oce­nić, czy ma przed sobą por­tret, czy wy­twór fan­ta­zji: ja­sno­wło­są mło­dą damę w bo­ga­to zdo­bio­nej śre­dnio­wiecz­nej suk­ni, o wy­glą­dzie re­ne­san­so­wej księż­nej. Z luź­no sple­cio­ny­mi dłoń­mi i wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą sta­ła na tle ciem­ne­go go­be­li­nu, wpa­tru­jąc się w wi­dza, jak­by szła wprost na nie­go - "Dans un flot de ve­lo­urs tra­înant ses pe­tits pieds"8.

Przy­glą­da­jąc się uważ­niej, Len­nox spo­strzegł, że nie­zna­jo­ma zdra­dza ukry­te po­do­bień­stwo do in­nej, do­brze mu zna­nej fi­zjo­no­mii - Ma­rian Eve­rett. I oczy­wi­ście, od razu za­pra­gnął się do­wie­dzieć, czy to dzie­ło przy­pad­ku, czy świa­do­my za­mysł.

- To por­tret, jak mnie­mam? - zwró­cił się do ar­ty­sty. - Por­tret "ko­stiu­mo­wy"?

- Nie, to tyl­ko wpraw­ka z kom­po­zy­cji, tro­chę tego i tro­chę tam­te­go. Ten ob­raz wisi u mnie od dwóch czy trzech lat jako coś w ro­dza­ju śmiet­ni­ka na zbęd­ne po­my­sły. Pa­dał ofia­rą nie­zli­czo­nych teo­rii i eks­pe­ry­men­tów, ale naj­wy­raź­niej prze­trwał je wszyst­kie. Przy­pusz­czal­nie ma w so­bie pew­ną ży­wot­ność.

- Na­zwał go pan ja­koś?

- Po­cząt­ko­wo nada­łem mu ty­tuł cze­goś, co prze­czy­ta­łem: wier­sza Brow­nin­ga Moja ostat­nia księż­na. Zna go pan?

- Do­sko­na­le.

- Moż­li­we, że to pró­ba, aby na płót­nie przed­sta­wić wra­że­nie, ja­kie na po­ecie zro­bił ist­nie­ją­cy por­tret. Ale co mnie to ob­cho­dzi? Chcia­łem po pro­stu przed­sta­wić wra­że­nie, ja­kie na mnie sa­mym wy­warł wiersz, któ­ry za­wsze sil­nie po­bu­dzał moją wy­obraź­nię. Nie wiem, czy moje od­czu­cie zga­dza się z pań­skim lub z od­czu­cia­mi in­nych czy­tel­ni­ków. Ale przy ty­tu­le się nie upie­ram. Wła­ści­ciel ob­ra­zu może go so­bie ochrzcić na nowo.

Im dłu­żej Len­nox się przy­glą­dał, tym bar­dziej ob­raz mu się po­do­bał i tym głęb­sze wy­da­wa­ło mu się po­do­bień­stwo mię­dzy miną por­tre­to­wa­nej damy a tą, któ­rą przy­pi­sy­wał bo­ha­ter­ce po­ema­tu Brow­nin­ga. Rów­nież ele­men­ty wspól­ne dla twa­rzy Ma­rian i twa­rzy na ob­ra­zie wy­da­ły mu się mniej przy­pad­ko­we. Po­my­ślał o szla­chet­nych wer­sach wiel­kie­go po­ety i ich nie­zwy­kłym sen­sie oraz o ry­sach uko­cha­nej ko­bie­ty, któ­re ar­ty­sta wy­brał jako owe­go sen­su naj­sto­sow­niej­szy przy­kład.

Od­wró­cił gło­wę; łzy sta­nę­ły mu w oczach. - Gdy­bym był wła­ści­cie­lem tego ob­ra­zu - rzekł w koń­cu, od­po­wia­da­jąc na ostat­nie sło­wa ma­la­rza - nie oparł­bym się po­ku­sie, aby na­zwać go imie­niem oso­by, któ­rą bar­dzo mi przy­po­mi­na.

- Ach, tak? - zdzi­wił się Ba­xter. - To ktoś z No­we­go Jor­ku?

Tak się zło­ży­ło, że ty­dzień wcze­śniej pan­na Eve­rett na proś­bę uko­cha­ne­go wy­bra­ła się z nim do fo­to­gra­fa, któ­ry zro­bił jej kil­ka zdjęć w róż­nych po­zach. Od­bit­ki przy­sła­no do obej­rze­nia Ma­rian, któ­ra wy­bra­ła pół tu­zi­na - a ra­czej wy­brał je Len­nox i na­stęp­nie wło­żył do kie­sze­ni, za­mie­rza­jąc wpaść do za­kła­du, by zło­żyć za­mó­wie­nie. Te­raz wy­jął jed­ną z nich z port­fe­la i po­ka­zał ma­la­rzo­wi.

- Wi­dzę ogrom­ne po­do­bień­stwo - po­wie­dział - mię­dzy pań­ską księż­ną a tą mło­dą damą.

Ar­ty­sta po­pa­trzył na fo­to­gra­fię. - Je­śli się nie mylę - rzekł po chwi­li - ta mło­da dama to pan­na Eve­rett.

Len­nox przy­tak­nął.

Roz­mów­ca z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem w mil­cze­niu przy­glą­dał się zdję­ciu przez ja­kiś czas; ale, jak za­uwa­żył Len­nox, nie po­rów­nał go z por­tre­tem.

- Bar­dzo moż­li­we, że moja księż­na wy­ka­zu­je pew­ne po­do­bień­stwo do pan­ny Eve­rett, ale nie jest ono cał­kiem za­mie­rzo­ne - po­wie­dział w koń­cu. - Za­czą­łem ma­lo­wać ten ob­raz, za­nim w ogó­le uj­rza­łem pan­nę Eve­rett. Pan­na Eve­rett, jak pan wi­dzi, jak pan wie, ma uro­czą twarz, a ja pod­czas tych kil­ku ty­go­dni, gdy ją wi­dy­wa­łem, cały czas pra­co­wa­łem nad tym por­tre­tem. Pan ro­zu­mie, jak pra­cu­je ma­larz, jak pra­cu­je każ­dy ar­ty­sta: za­własz­cza wszyst­ko, na co na­tra­fi. Dla swo­ich ce­lów bez wa­ha­nia prze­ją­łem wszyst­ko, co mi od­po­wia­da­ło w wy­glą­dzie pan­ny Eve­rett; zwłasz­cza że po omac­ku szu­ka­łem wła­śnie ta­kiej uro­dy, jaka zna­la­zła wy­raz w jej twa­rzy. Księż­na, jak są­dzę, była Włosz­ką; ja zaś upar­łem się, że musi być blon­dyn­ką. Otóż kar­na­cja pan­ny Eve­rett ma zde­cy­do­wa­nie po­łu­dnio­wą, cie­płą to­na­cję, a jej rysy są dość gru­be i wy­ra­zi­ste, co jest po­wszech­ne u wło­skich ko­biet. Wi­dzi pan, że po­do­bień­stwo to ra­czej kwe­stia typu niż eks­pre­sji. Nie­mniej jed­nak przy­kro mi, że ko­pia zdra­dzi­ła ory­gi­nał.

- Wąt­pię - rzekł Len­nox - czy zdra­dzi­ła­by go ko­mu­kol­wiek oprócz mnie. Mam za­szczyt - do­dał po chwi­li - być za­rę­czo­nym z pan­ną Eve­rett. Wy­ba­czy pan za­tem, że spy­tam, czy za­mie­rza pan sprze­dać ten ob­raz?

- Już go sprze­da­łem pew­nej da­mie - od­parł ar­ty­sta z uśmie­chem - nie­za­męż­nej da­mie, któ­ra jest wiel­ką mi­ło­śnicz­ką Brow­nin­ga.

W tym mo­men­cie wró­cił Gil­bert. Przy­ja­cie­le przy­wi­ta­li się ser­decz­nie, a ich to­wa­rzysz wy­co­fał się do są­sied­nie­go po­ko­ju. Roz­ma­wia­li chwi­lę o tym, co przy­da­rzy­ło się każ­de­mu z nich od po­przed­nie­go spo­tka­nia, po czym Len­nox za­py­tał o au­to­ra por­tre­tu księż­nej, pod­kre­śla­jąc jego wy­bit­ny ta­lent i wy­ra­ża­jąc zdzi­wie­nie, że Gil­bert nig­dy o nim nie wspo­mi­nał.

- Na­zy­wa się Ba­xter, Ste­phen Ba­xter - wy­ja­śnił Gil­bert - lecz za­nim wró­cił z Eu­ro­py przed dwo­ma ty­go­dnia­mi, wie­dzia­łem o nim nie­wie­le wię­cej niż ty. To wzor­co­wy przy­pa­dek pra­cy nad sobą. Po­zna­łem go w Pa­ry­żu w sześć­dzie­sią­tym dru­gim roku i wte­dy nie ro­bił ab­so­lut­nie nic; tego, co zo­ba­czy­łeś, na­uczył się póź­niej. W No­wym Jor­ku nie zdo­łał zna­leźć do­sta­tecz­nie du­żej pra­cow­ni i nie miał gdzie się po­dziać. A po­nie­waż ja ze swo­imi ma­ły­mi szki­ca­mi zaj­mu­ję u sie­bie tyl­ko je­den kąt, za­pro­po­no­wa­łem, żeby ko­rzy­stał z po­zo­sta­łych trzech, do­pó­ki się ja­koś nie urzą­dzi. Lecz kie­dy za­czął roz­pa­ko­wy­wać swo­je płót­na, od­kry­łem, że nic o tym nie wie­dząc, gosz­czę u sie­bie anio­ła.

I Gil­bert od­sło­nił przed Len­no­xem kil­ka por­tre­tów Ba­xte­ra, za­rów­no mę­skich, jak i ko­bie­cych, z któ­rych każ­dy po­twier­dzał po­wzię­tą przez Len­no­xa opi­nię o zdol­no­ściach ma­la­rza. Znów pod­szedł do ob­ra­zu na szta­lu­gach - i znów Ma­rian Eve­rett przy­by­ła na jego mil­czą­ce we­zwa­nie, pa­trząc na nie­go z por­tre­tu wzro­kiem peł­nym czu­ło­ści i me­lan­cho­lii.

"Niech mówi, co chce - po­my­ślał Len­nox - po­do­bień­stwo to w pew­nym stop­niu rów­nież kwe­stia eks­pre­sji". - Słu­chaj, Gil­bert - za­py­tał gło­śno, pra­gnąc spraw­dzić, jak wier­na jest po­do­bi­zna - kogo ona ci przy­po­mi­na?

- Wiem - od­parł Gil­bert - kogo przy­po­mi­na to­bie.

- A ty to wi­dzisz?

- Obie są ład­ne i obie mają ru­da­we wło­sy. To wszyst­ko, co wi­dzę.

Len­nox ode­tchnął z ulgą. Czuł pe­wien dys­kom­fort - któ­ry w żad­nym ra­zie nie był sprzecz­ny z pierw­szym od­ru­chem dumy i sa­tys­fak­cji - na myśl, że swo­isty, szcze­gól­ny po­wab Ma­rian zo­stał pod­da­ny wni­kli­wej oce­nie in­ne­go męż­czy­zny. Z przy­jem­no­ścią do­szedł do wnio­sku, że uwa­gę ma­la­rza przy­ku­ły je­dy­nie po­wierz­chow­ne ce­chy jej wy­glą­du, a resz­ty do­ko­na­ła jego, Len­no­xa, wy­obraź­nia. W dro­dze do domu przy­szło mu na­wet do gło­wy, że by­najm­niej nie by­ło­by od rze­czy, gdy­by zło­żył hołd uro­dzie dziew­czy­ny, za­ma­wia­jąc jej por­tret u tego zdol­ne­go mło­dzień­ca. Na ra­zie ich na­rze­czeń­stwo spro­wa­dza­ło się do czy­ste­go uczu­cia, al­bo­wiem skru­pu­lat­nie pil­no­wał, by nie wyjść na wul­gar­ne­go do­staw­cę luk­su­sów i przy­jem­no­ści. Wo­bec przy­szłej żony za­cho­wy­wał się wła­ści­wie jak bie­dak - lub ra­czej jak zwy­kły pro­sty czło­wiek, nie mi­lio­ner. Za­bie­rał ją na prze­jażdż­ki, po­sy­łał kwia­ty, by­wał z nią w ope­rze. Ale nie ku­po­wał jej ła­ko­ci, nie za­kła­dał się z nią, nie ro­bił pre­zen­tów z bi­żu­te­rii. Przy­ja­ciół­ki pan­ny Eve­rett zwró­ci­ły na­wet uwa­gę, że do­tych­czas nie do­sta­ła od nie­go na­wet naj­skrom­niej­sze­go pier­ścion­ka za­rę­czy­no­we­go z per­łą czy z bry­lan­tem. Ma­rian wsze­la­ko była za­do­wo­lo­na. Bę­dąc z na­tu­ry wiel­ką ar­tyst­ką uczu­cio­wej mise en sc?ne, in­stynk­tow­nie czu­ła, że ów zgo­ła kla­sycz­ny umiar jest prze­wrot­nym zwia­stu­nem ogrom­nej mał­żeń­skiej ob­fi­to­ści. A i Len­nox, do­kła­da­jąc sta­rań, by jego sto­sun­ki z pan­ną Eve­rett w naj­mniej­szym stop­niu nie zo­sta­ły spla­mio­ne od­nie­sie­niem do sy­tu­acji fi­nan­so­wej - w koń­cu przy­pad­ko­wej - oboj­ga, udo­wad­niał, że grun­tow­nie ro­zu­mie wła­sne od­ru­chy. Wie­dział, że pew­ne­go dnia po­czu­je prze­moż­ny im­puls, by po­da­ro­wać da­mie swe­go ser­ca ja­kiś na­ma­cal­ny, ar­ty­stycz­ny do­wód afek­tu, i że po­da­ru­nek ten spra­wi jej tym więk­szą ra­dość, je­śli bę­dzie je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju. Te­raz miał wra­że­nie, że na­de­szła od­po­wied­nia chwi­la. Czyż mógł wy­ka­zać się więk­szym tak­tem niż da­ro­wać jej w pre­zen­cie szan­sę, aby - prze­ja­wia­jąc cier­pli­wość i do­brą wolę - po­zwo­li­ła przy­szłe­mu mę­żo­wi zdo­być na wła­sność do­sko­na­ły wi­ze­ru­nek swo­jej twa­rzy?

Tego wie­czo­ra Len­nox, jak co ty­dzień, jadł ko­la­cję u przy­szłe­go te­ścia.

- Ma­rian - za­gad­nął przy po­sił­ku. - Dziś rano po­zna­łem twe­go daw­ne­go zna­jo­me­go.

- Tak? - od­rze­kła Ma­rian. - A kogo?

- Pana Ba­xte­ra, ma­la­rza.

Ma­rian za­ró­żo­wi­ła się, ale istot­nie tyl­ko tro­chę - nie bar­dziej niż pod wpły­wem szcze­re­go zdzi­wie­nia.

Zdzi­wie­nie to wszak­że nie mo­gło być duże, al­bo­wiem za­raz do­da­ła, że prze­czy­ta­ła już w ga­ze­cie, że ma­larz wró­cił do kra­ju, po­nad­to wie­dzia­ła, że Len­nox ob­ra­ca się w ar­ty­stycz­nych krę­gach. - Mam na­dzie­ję, że jest zdro­wy - za­koń­czy­ła - i że mu się po­wo­dzi.

- Skąd znasz tego pana, moja dro­ga? - za­py­tał pan Eve­rett.

- Spo­tka­łam go w Eu­ro­pie dwa lata temu, naj­pierw la­tem w Szwaj­ca­rii, a póź­niej w Pa­ry­żu. To ja­kiś krew­ny pani Den­bigh. - Pani Den­bigh była to dama, w któ­rej to­wa­rzy­stwie Ma­rian nie­daw­no spę­dzi­ła rok w Eu­ro­pie, bo­ga­ta bez­dziet­na wdo­wa, in­wa­lid­ka, daw­na przy­ja­ciół­ka jej mat­ki. - Cały czas ma­lu­je?

- Naj­wy­raź­niej, i to bar­dzo do­brze. Wi­dzia­łem u nie­go kil­ka cał­kiem nie­złych por­tre­tów. I w do­dat­ku jest wśród nich pe­wien ob­raz, któ­ry przy­po­mi­na mi cie­bie.

- Ostat­nia księż­na? - za­cie­ka­wi­ła się Ma­rian. - Chcia­ła­bym go zo­ba­czyć. John, je­śli są­dzisz, że jest do mnie po­dob­na, to po­wi­nie­neś go ku­pić.

- Chcia­łem, ale już zo­stał sprze­da­ny. Więc znasz ten ob­raz?

- Tak, pan Ba­xter sam mi go po­ka­zał. Wi­dzia­łam go na po­cząt­ko­wym eta­pie, gdy nie przy­po­mi­nał ni­cze­go, do cze­go chcia­ła­bym być po­dob­na. Pani Den­bigh bar­dzo się zgor­szy­ła, gdy oznaj­mi­łam panu Ba­xte­ro­wi, iż bar­dzo się cie­szę, że jest "ostat­nia". W rze­czy sa­mej, od tego ob­ra­zu za­czę­ła się na­sza zna­jo­mość.

- A nie vice ver­sa? - wtrą­cił pan Eve­rett nie­mą­drze.

- Jak to, vice ver­sa? - za­py­ta­ła nie­win­nie Ma­rian. - Pierw­szy raz spo­tka­łam pana Ba­xte­ra na przy­ję­ciu w Rzy­mie.

- Wy­da­wa­ło mi się, że mó­wi­łaś, że po­zna­łaś go w Szwaj­ca­rii - po­wie­dział Len­nox.

- Nie, w Rzy­mie, za­le­d­wie dwa dni przed na­szym wy­jaz­dem na pół­noc. Kie­dy mi go przed­sta­wio­no, nie wie­dział, że je­stem z pa­nią Den­bigh, nie wie­dział na­wet, że ona prze­by­wa w mie­ście. To była pierw­sza rzecz, jaką mi po­wie­dział: że je­stem bar­dzo po­dob­na do ob­ra­zu, któ­ry wła­śnie ma­lu­je.

- Że ucie­le­śniasz jego ide­ał i tak da­lej.

- Owszem, ale nie w ta­kim sen­ty­men­tal­nym to­nie. Do­pro­wa­dzi­łam go do pani Den­bigh, z któ­rą wspól­nie od­kry­li, że są w szó­stym stop­niu spo­wi­no­wa­ce­ni; na­stęp­ne­go dnia zło­żył nam wi­zy­tę i na­le­gał, by­śmy po­szły do jego pra­cow­ni. Nędz­na nora. Od­nio­słam wra­że­nie, że jest bar­dzo bied­ny. Przy­najm­niej kie­dy pani Den­bigh za­pro­po­no­wa­ła mu pie­nią­dze, przy­jął je bez ce­re­gie­li. Chcia­ła mu oszczę­dzić upo­ko­rze­nia, więc po­wie­dzia­ła, że je­śli chce, może w re­wan­żu na­ma­lo­wać jej por­tret. Od­parł, że na­ma­lo­wał­by, gdy­by miał czas. Po­tem przy­je­chał do Szwaj­ca­rii, a zimą spo­tka­li­śmy się w Pa­ry­żu.

Na­wet gdy­by Len­nox miał ja­kieś po­dej­rze­nia co do sto­sun­ków łą­czą­cych pan­nę Eve­rett z ma­la­rzem, to spo­sób, w jaki opo­wie­dzia­ła swo­ją hi­sto­ryj­kę, sku­tecz­nie je zni­we­czył. To­też za­raz wy­stą­pił z po­my­słem, by zwa­żyw­szy na wiel­ki ta­lent mło­dzień­ca oraz jego bez­po­śred­nią zna­jo­mość twa­rzy na­rze­czo­nej, na­mó­wić go na spo­rzą­dze­nie jej por­tre­tu.

Ma­rion zgo­dzi­ła się bez nie­chę­ci i bez skwa­pli­wo­ści, za­tem Len­nox przed­sta­wił ar­ty­ście swo­ją pro­po­zy­cję. Ten po­pro­sił o dzień lub dwa do na­my­słu, po czym od­po­wie­dział (li­stow­nie), że z przy­jem­no­ścią po­dej­mie się za­da­nia.

Pan­na Eve­rett ocze­ki­wa­ła, że wo­bec pla­no­wa­ne­go od­no­wie­nia sta­rej zna­jo­mo­ści Ste­phen Ba­xter zło­ży jej wi­zy­tę pod au­spi­cja­mi ad­o­ra­to­ra. I rze­czy­wi­ście zja­wił się, ale sam, i nie za­staw­szy jej w domu, nie po­no­wił pró­by. Ter­min pierw­sze­go po­sie­dze­nia usta­lo­no za­tem za po­śred­nic­twem Len­no­xa. Ten, wi­dząc, że ar­ty­sta nie zna­lazł jesz­cze wła­snej pra­cow­ni, na­der ser­decz­nie za­pro­po­no­wał mu chwi­lo­wo po­miesz­cze­nie w swo­im domu, prze­stron­ne i do­brze oświe­tlo­ne, któ­re po­my­śla­no jako po­kój bi­lar­do­wy, lecz na ra­zie jesz­cze nie wy­po­sa­żo­no. Co się ty­czy por­tre­tu, Len­nox nie wy­ra­ził żad­nych ży­czeń, zo­sta­wia­jąc wy­bór pozy i ko­stiu­mu sa­mym za­in­te­re­so­wa­nym. Uznał, że ma­larz świet­nie się orien­tu­je, ja­kie są atu­ty Ma­rian; do jej do­bre­go sma­ku miał bez­gra­nicz­ne za­ufa­nie.

Pan­na Eve­rett przy­by­ła umó­wio­ne­go ran­ka, eskor­to­wa­na przez ojca; pan Eve­rett, któ­ry tym głów­nie pra­gnął się chlu­bić, że wszyst­ko robi zgod­nie z ety­kie­tą, już wcze­śniej po­sta­rał się, aby go przed­sta­wio­no ma­la­rzo­wi. Po krót­kiej wy­mia­nie uprzej­mo­ści Ba­xter i Ma­rian przy­stą­pi­li do dzie­ła. Pan­na Eve­rett po­god­nie za­po­wie­dzia­ła, że za­sto­su­je się do ży­czeń i ka­pry­sów ar­ty­sty, jed­no­cze­śnie jed­nak nie ta­iła, że ma wła­sne zda­nie o tym, cze­go moż­na spró­bo­wać, a cze­go na­le­ży uni­kać.

Mło­dy czło­wiek nie był za­sko­czo­ny od­kry­ciem, że jej opi­nie są roz­sąd­ne, a ży­cze­nia zro­zu­mia­łe. Nie mu­siał speł­niać ni­czy­ich żą­dań, iść na kom­pro­mis z upar­tym i cho­ro­bli­wym uprze­dze­niem ani re­zy­gno­wać z naj­lep­szych in­ten­cji na rzecz krót­ko­wzrocz­nej próż­no­ści.

Nie miej­sce tu­taj, by roz­strzy­gać, czy pan­na Eve­rett była próż­na, czy nie. Mia­ła do­syć ro­zu­mu, by po­jąć, że oświe­co­na roz­trop­ność zy­sku­je naj­bar­dziej, kie­dy ob­raz oka­zu­je się do­bry z punk­tu wi­dze­nia ma­la­rza, taki jest bo­wiem głów­ny cel ma­lar­stwa. Chciał­bym po­nad­to do­dać na jej ko­rzyść, że do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak wiel­ką ar­ty­stycz­ną war­tość musi po­sia­dać dzie­ło wy­ko­na­ne z na­ka­zu na­mięt­no­ści, aby stać się czymś wię­cej niż tyl­ko szy­der­stwem, pa­ro­dią okre­su, gdy ta na­mięt­ność trwa­ła; że czu­ła in­stynk­tow­nie, iż nic tak nie stu­dzi fer­wo­ru ar­ty­sty jak in­ge­ren­cja nie­lo­gicz­nej in­te­re­sow­no­ści, czy to w jego, czy w cu­dzym imie­niu.

Ba­xter pra­co­wał szyb­ko i pew­nie, to­też po dwóch go­dzi­nach po­czuł, że zro­bił do­bry po­czą­tek. Gro­zi­ło mu, że sie­dzą­cy z boku pan Eve­rett bę­dzie nu­dził, naj­wy­raź­niej wmó­wiw­szy so­bie, że ma obo­wią­zek umi­lać po­sie­dze­nie tan­det­ną po­ga­węd­ką o sztu­ce. Lecz Ma­rian przy­jaź­nie wzię­ła na sie­bie przy­pa­da­ją­cą na ma­la­rza część dia­lo­gu, a więc nic nie roz­pra­sza­ło go przy pra­cy.

Ko­lej­ną se­sję wy­zna­czo­no na­stęp­ne­go dnia rano. Ma­rian mia­ła na so­bie suk­nię za­ak­cep­to­wa­ną przez ma­la­rza, w któ­rej, po­dob­nie jak w jej po­zie, ele­ment "ma­low­ni­czo­ści" zo­stał skru­pu­lat­nie wy­tłu­mio­ny. Z oczu Ba­xte­ra wy­czy­ta­ła, że wy­glą­da nad­zwy­czaj pięk­nie, do­strze­gła rów­nież, że pal­ce go świerz­bią, by za­brać się do pra­cy. Mimo to ka­za­ła we­zwać Len­no­xa pod pre­tek­stem uzy­ska­nia jego apro­ba­ty - suk­nia wszak była czar­na, a czar­ny mógł mu się nie spodo­bać. Przy­szedł i w jego do­brych oczach uj­rza­ła, w moc­niej­szej wer­sji, tę samą po­chwa­łę co u Ba­xte­ra. En­tu­zja­stycz­nie od­niósł się do czar­nej suk­ni, któ­ra, ni­czym po­waż­ny okrzyk mat­ki, rze­czy­wi­ście zda­wa­ła się pod­kre­ślać i wzbo­ga­cać nie­zmą­co­ną mło­dość dziew­czy­ny.

- Ocze­ku­ję - zwró­cił się Len­nox do Ba­xte­ra - że stwo­rzy pan ar­cy­dzie­ło.

- Bez oba­wy - od­parł ar­ty­sta, stu­ka­jąc się w czo­ło - już jest stwo­rzo­ne.

Tym ra­zem pan Eve­rett, wy­czer­pa­ny in­te­lek­tu­al­nym wy­sił­kiem dnia po­przed­nie­go i za­chę­co­ny wy­go­dą fo­te­la, za­padł w spo­koj­ną drzem­kę. Na­sza dwój­ka przez ja­kiś czas na­słu­chi­wa­ła jego re­gu­lar­ne­go od­de­chu: Ma­rian cier­pli­wie wpa­try­wa­ła się w ścia­nę przed sobą, mło­dzie­niec me­cha­nicz­nie wo­dził wzro­kiem mię­dzy mo­del­ką i płót­nem. Wresz­cie ma­larz cof­nął się o kil­ka kro­ków, aby obej­rzeć swe dzie­ło. Ma­rian po­ru­szy­ła gło­wą i ich oczy się spo­tka­ły.

- Cóż, pan­no Eve­rett - po­wie­dział Ba­xter gło­sem, któ­ry za­pew­ne by za­drżał, gdy­by nie jego usil­ne sta­ra­nia, by się opa­no­wać.

- Cóż, pa­nie Ba­xter? - od­rze­kła dziew­czy­na.

I wy­mie­ni­li prze­cią­głe, sta­now­cze spoj­rze­nia, któ­re za­koń­czy­ły się uśmie­chem - uśmie­chem wy­raź­nie z tej sa­mej ro­dzi­ny co słyn­ny śmiech anio­łów za oł­ta­rzem świą­ty­ni.

- Cóż, pan­no Eve­rett - po­wtó­rzył ma­larz, wra­ca­jąc do pra­cy - ta­kie jest ży­cie!

- Na to wy­glą­da - przy­tak­nę­ła pan­na Eve­rett. Mil­cza­ła przez chwi­lę, po czym za­py­ta­ła: - Dla­cze­go nie przy­szedł mnie pan od­wie­dzić?

- Przy­sze­dłem, lecz nie za­sta­łem pani.

- Cze­mu nie przy­szedł pan dru­gi raz?

- Co by to dało, pan­no Eve­rett?

- Po pro­stu by­ło­by przy­zwo­iciej. Mo­gli­śmy się po­jed­nać.

- Naj­wy­raź­niej i tak do tego do­szło.

- Chcia­łam rzec, "for­mal­nie".

- To nie­do­rzecz­ne. Nie wi­dzi pani, że mój od­ruch był słusz­ny? Cóż prost­sze­go niż na­sze obec­ne spo­tka­nie? Za­pew­niam pa­nią, że wszel­kie roz­mo­wy o prze­szło­ści, wza­jem­ne za­pew­nie­nia czy prze­pro­si­ny by­ły­by dla mnie nie­zno­śne.

Pan­na Eve­rett ode­rwa­ła wzrok od pod­ło­gi i wpa­trzy­ła się w to­wa­rzy­sza na poły z wy­rzu­tem. - A więc prze­szłość jest dla pana taka nie­zno­śna?

Ba­xter spoj­rzał na nią zdu­mio­ny. - Wiel­kie nie­ba! - za­wo­łał. - Ależ oczy­wi­ście!

Pan­na Eve­rett spu­ści­ła oczy i za­mil­kła.

Po­zwo­lę so­bie wy­ko­rzy­stać tę prze­rwę, aby krót­ko ob­ja­śnić czy­tel­ni­ko­wi wy­da­rze­nia, do któ­rych od­no­si­ła się po­wyż­sza roz­mo­wa.

Pan­na Eve­rett w su­mie nie uzna­ła za wska­za­ne, by wy­ja­wić przy­szłe­mu mę­żo­wi całą hi­sto­rię swej zna­jo­mo­ści ze Ste­phe­nem Ba­xte­rem; gdy zaś przed­sta­wię, co po­mi­nę­ła, czy­tel­nik za­pew­ne poj­mie jej ostroż­ność.

Tak jak mó­wi­ła, mło­de­go czło­wie­ka po­zna­ła w Rzy­mie, gdzie w trak­cie dwóch roz­mów zo­sta­wi­ła w jego ser­cu nie­za­tar­ty ślad. Po­czuł, że dał­by wie­le, by znów zo­ba­czyć pan­nę Eve­rett, to­też ich po­now­ne spo­tka­nie w Szwaj­ca­rii nie było cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we; Ba­xter do­pro­wa­dził do nie­go tym ła­twiej, że mógł po­wo­łać się na coś w ro­dza­ju da­le­kie­go po­wi­no­wac­twa z to­wa­rzy­szą­cą Ma­rian pa­nią Den­bigh. Za po­zwo­le­niem owej damy do­łą­czył do ich gro­na: po­dą­żał tra­są ich wę­drów­ki, za­trzy­my­wał się tam gdzie one, był nad­ska­ku­ją­co grzecz­ny i uczyn­ny. Nie mi­nął ty­dzień, a pani Den­bigh, uoso­bie­nie wy­lew­nej do­bro­ci, za­czę­ła wy­no­sić pod nie­bio­sa po­ja­wie­nie się nie­oce­nio­ne­go krew­nia­ka. Była wszak­że z na­tu­ry mało wy­ma­ga­ją­ca, a co wię­cej, na sku­tek cią­głych do­le­gli­wo­ści fi­zycz­nych, bier­na i apa­tycz­na, więc jej obec­ność pod­czas wspól­nie spę­dza­nych go­dzin oka­za­ła się mało zna­czą­ca. Nie­trud­no so­bie wy­obra­zić, jak roz­kosz­nie mi­ja­ły te go­dzi­ny na­szej dwój­ce; wszel­kie za­lo­ty roz­po­czę­te po­śród naj­bar­dziej ro­man­tycz­nej sce­ne­rii w Eu­ro­pie są już w po­ło­wie uda­ne. Przy­jem­ność, z jaką Ma­rian, ob­da­rzo­na wro­dzo­nym wy­czu­ciem pięk­na przy­ro­dy, chło­nę­ła wspa­nia­ły al­pej­ski kra­jo­braz, do­da­wa­ła bla­sku jej za­le­tom to­wa­rzy­skim. Nig­dy do­tąd nie wy­glą­da­ła tak ko­rzyst­nie; nig­dy do­tąd nie po­zna­ła tak do­sko­na­łej wol­no­ści, szcze­ro­ści, we­so­ło­ści. Po raz pierw­szy w ży­ciu wzię­ła ko­goś w nie­wo­lę, nic o tym nie wie­dząc. Od­da­ła swe ser­ce gó­rom i je­zio­rom, wiecz­nym śnie­gom i siel­skim do­li­nom, a czu­wa­ją­cy u jej boku Ba­xter schwy­tał je w lo­cie. Miał wra­że­nie, że jego dłu­go pla­no­wa­ny po­byt w Szwaj­ca­rii wy­ol­brzy­miał, wy­pięk­niał dzię­ki udzia­ło­wi pan­ny Eve­rett - dzię­ki po­to­ko­wi ko­bie­cej sym­pa­tii, któ­ry wciąż pły­nął w za­się­gu słu­chu, chłod­ny i czy­sty ni­czym gór­ski stru­mień. Och! gdy­byż jego źró­dłem nie były tyl­ko wiecz­ne śnie­gi! A już jej uro­da - bez­brzeż­na uro­da - urze­ka­ła go wprost nie­ustan­nie. Pan­na Eve­rett w sa­lo­nie była tak cał­ko­wi­cie na wła­ści­wym miej­scu, że nie­mal lo­gicz­ny wy­da­wał się wnio­sek, że nie bę­dzie do­brze wy­glą­dać nig­dzie in­dziej. Jed­nak w isto­cie, co Ba­xter stwier­dził oso­bi­ście, w roli tego, co pa­nie zwy­kły na­zy­wać "stra­szy­dłem" - spa­lo­na słoń­cem, za­ku­rzo­na, prze­grza­na, oży­wio­na i głod­na - wy­glą­da­ła do­sta­tecz­nie ład­nie, by wy­my­kać się krzyw­dzą­cym po­rów­na­niom.

Pew­ne­go ran­ka pod ko­niec trze­cie­go ty­go­dnia, sto­jąc przy niej nad rwą­cym wo­do­spa­dem, wy­so­ko nad zie­lo­ną wy­pu­kło­ścią wzgórz, Ba­xter po­czuł prze­moż­ną chęć zło­że­nia de­kla­ra­cji. Grzmot ka­ska­dy głu­szył wszel­kie sło­wa; a za­tem ma­larz otwo­rzył szki­cow­nik i na pu­stej kart­ce skre­ślił dwa krót­kie wy­ra­zy. Po­dał szki­cow­nik pan­nie Eve­rett, któ­ra prze­czy­taw­szy li­ścik, ślicz­nie się za­ru­mie­ni­ła i ob­rzu­ci­ła au­to­ra szyb­kim spoj­rze­niem. Na­stęp­nie wy­rwa­ła kart­kę z no­te­su.

- Pro­szę tego nie nisz­czyć! - za­wo­łał mło­dzie­niec.

Z ru­chu warg zro­zu­mia­ła, co mówi, i z uśmie­chem po­krę­ci­ła gło­wą. Po­chy­li­ła się jed­nak, wzię­ła z zie­mi ka­myk i owi­nę­ła weń list, jak­by za­mie­rza­jąc ci­snąć go do wody.

Ba­xter, spe­szo­ny, wy­cią­gnął rękę, by ode­brać pa­kie­cik. Prze­ło­ży­ła go do dru­giej dło­ni i po­da­ła mu tę, któ­rą pró­bo­wał po­chwy­cić.

List wy­rzu­ci­ła, ale ręki nie za­bra­ła.

Ba­xter miał do dys­po­zy­cji jesz­cze ty­dzień, któ­ry dzię­ki Ma­rian był dlań bar­dzo szczę­śli­wy. Pani Den­bigh czu­ła się zmę­czo­na, więc zro­bi­li prze­rwę w po­dró­ży; nic nie za­kłó­ca­ło ich sam na sam. Dużo roz­ma­wia­li o roz­cią­ga­ją­cej się przed nimi dłu­giej przy­szło­ści, a od­da­liw­szy się od huku wo­do­spa­du, szyb­ko po­sta­no­wi­li bu­do­wać ją wspól­nie.

Na nie­szczę­ście obo­je byli bied­ni. W tej sy­tu­acji uzgod­ni­li, że nie ogło­szą swo­ich za­rę­czyn, do­pó­ki Ba­xter, cięż­ko pra­cu­jąc, nie po­mno­ży swych do­cho­dów przy­najm­niej czte­ro­krot­nie. Była to de­cy­zja okrut­na, lecz ko­niecz­na i Ma­rian nie zgła­sza­ła za­strze­żeń. Po­byt w Eu­ro­pie zmie­nił jej wy­obra­że­nia o ma­te­rial­nych po­trze­bach ład­nej ko­bie­ty, na­tu­ral­ną więc ko­le­ją rze­czy po ta­kim do­świad­cze­niu nie śpie­szy­ła się do wstą­pie­nia w zwią­zek mał­żeń­ski z ubo­gim ar­ty­stą. Po kil­ku dniach Ba­xter wy­ru­szył do Nie­miec i Ho­lan­dii, któ­re chciał tro­chę zwie­dzić w ra­mach pro­wa­dzo­nych stu­diów, a pani Den­bigh wraz z mło­dą pod­opiecz­ną uda­ły się na zimę do Pa­ry­ża. Tu­taj w po­ło­wie lu­te­go, za­koń­czyw­szy wę­drów­kę po Niem­czech, po­now­nie do­łą­czył do nich Ba­xter. W po­dró­ży otrzy­mał od Ma­rian za­le­d­wie pięć krót­kich, czu­łych li­stów - nie­wie­le, jed­nak mło­dy męż­czy­zna na­wet w po­wścią­gli­wo­ści uko­cha­nej wy­czu­wał pew­ną nutę czu­łej, uta­jo­nej wier­no­ści. Po­wi­ta­ła go z całą otwar­to­ścią i sło­dy­czą, ja­kiej miał pra­wo ocze­ki­wać, i z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem wy­słu­cha­ła jego re­la­cji o cze­ka­ją­cej go po­pra­wie per­spek­tyw ży­cio­wych. Sprze­dał trzy ob­ra­zy z Włoch, zgro­ma­dził też bez­cen­ną ko­lek­cję ry­sun­ków: znaj­do­wał się na naj­lep­szej dro­dze do sła­wy i bo­gac­twa, więc nie było już po­wo­du, by wstrzy­my­wać się przed ogło­sze­niem za­rę­czyn. Lecz ta ostat­nia pro­po­zy­cja wzbu­dzi­ła sprze­ciw Ma­rian - sprze­ciw tak sil­ny, a za­ra­zem tak nie­uza­sad­nio­ny, że do­szło mię­dzy nimi do dość przy­krej sce­ny, po któ­rej Ste­phen opu­ścił pan­nę roz­draż­nio­ny i skon­ster­no­wa­ny. Kie­dy za­szedł do niej na­stęp­ne­go dnia, po­wie­dzia­no mu, że jest nie­zdro­wa i nie może go przy­jąć - i na­stęp­ne­go dnia, i jesz­cze na­stęp­ne­go. Wie­czo­rem po trze­ciej bez­owoc­nej wi­zy­cie u pani Den­bigh, na ja­kimś du­żym przy­ję­ciu na­gle do­bie­gło go imię Ma­rian. Roz­ma­wia­ły dwie star­sze pa­nie, któ­re by­najm­niej nie sta­ra­ły się za­cho­wać ta­jem­ni­cy, nad­sta­wił więc ucha i do­wie­dział się, że jego wy­bran­ce po­sta­wio­no za­rzut igra­nia z uczu­cia­mi udrę­czo­ne­go mło­dzień­ca, je­dy­ne­go syna jed­nej z dam. Naj­wy­raź­niej nie bra­ko­wa­ło na to do­wo­dów bądź też fak­tów, któ­re moż­na by uznać za do­wo­dy. Ba­xter wró­cił do domu la mort dans l'âme, a na­stęp­ne­go dnia znów zło­żył wi­zy­tę pani Den­bigh. Ma­rian nadal nie opusz­cza­ła swe­go po­ko­ju, lecz star­sza pani zde­cy­do­wa­ła się go przy­jąć; Ste­phen, bar­dzo wzbu­rzo­ny, lecz my­ślą­cy trzeź­wo, sku­pił się za­tem na prze­słu­cha­niu go­spo­dy­ni.

Pani Den­bigh, nie­ru­cha­wa jak zwy­kle, na­wet nie po­dej­rze­wa­ła, jak sto­ją spra­wy mię­dzy mło­dy­mi ludź­mi.

- Przy­kro mi to mó­wić - za­ga­ił Ba­xter - ale wczo­raj wie­czo­rem sły­sza­łem, że pan­nie Eve­rett za­rzu­ca się bar­dzo nie­god­ny po­stę­pek.

- Ach, Ste­phen, na li­tość bo­ską - od­par­ła krew­na - nie wra­caj­my do tego. Przez całą zimę nic nie ro­bię, tyl­ko bro­nię jej po­stę­po­wa­nia i ła­go­dzę jego skut­ki. Przy­najm­niej ty mnie do tego nie zmu­szaj. Znasz ją rów­nie do­brze jak ja. Za­cho­wa­ła się nie­roz­waż­nie, wiem, że te­raz jest skru­szo­na, a sko­ro już o tym mó­wi­my, to do­brze, że z tym skoń­czy­ła. Ten mło­dy czło­wiek w żad­nym ra­zie nie był dla niej od­po­wied­ni.

- Dama, któ­ra o tym wspo­mnia­ła - rzekł Ste­phen - wy­ra­ża­ła się o nim z naj­wyż­szym uzna­niem. Oczy­wi­ście, oka­za­ło się póź­niej, że to jego mat­ka.

- Jego mat­ka? My­lisz się. Jego mat­ka zmar­ła dzie­sięć lat temu.

Ba­xter za­ło­żył ręce z uczu­ciem, że musi się trzy­mać.

- Al­lons - po­wie­dział - o kim wła­ści­wie pani mówi?

- O mło­dym panu Kin­gu.

- Wiel­kie nie­ba - za­wo­łał Ste­phen - to jest ich dwóch?

- A o kim ty mó­wisz, je­śli ła­ska?

- O nie­ja­kim panu Youn­gu. Jego mat­ka to przy­stoj­na star­sza pani z si­wy­mi lo­ka­mi.

- Chy­ba nie chcesz po­wie­dzieć, że coś łą­czy Ma­rian z Fre­de­ri­kiem Youn­giem?

- Vo­ila! Tyl­ko po­wta­rzam, co sły­sza­łem. Wy­da­wa­ło mi się, dro­ga pani Den­bigh, że po­win­na pani o tym wie­dzieć.

Pani Den­bigh me­lan­cho­lij­nie po­krę­ci­ła gło­wą.

- Ja już na­praw­dę nic nie wiem - wes­tchnę­ła. - Pod­da­ję się. Mło­dzi lu­dzie za­cho­wu­ją się wo­bec sie­bie zu­peł­nie in­a­czej niż za mo­ich cza­sów. Nie wia­do­mo, czy cho­dzi im o wszyst­ko, czy o nic.

- Wie pani przy­najm­niej, czy pan Young by­wał w pani sa­lo­nie?

- O, tak, czę­sto. Bar­dzo mi przy­kro, że o Ma­rian się mówi. To dla mnie nie­przy­jem­ne. Ale co ma po­cząć cho­ra ko­bie­ta?

- Do­brze - rzekł Ste­phen - dość o panu Youn­gu. Przejdź­my do pana Kin­ga.

- Pan King wró­cił do domu. Szko­da, że w ogó­le stam­tąd wy­jeż­dżał.

- W ja­kim sen­sie?

- Och, to du­reń. Nie ma po­ję­cia o mło­dych dziew­czy­nach.

- Sło­wo daję - po­wie­dział Ste­phen espres­si­vo, jak to pi­szą w par­ty­tu­rach - moż­na być bar­dzo mą­drym i wciąż ich nie ro­zu­mieć.

- Swo­ją dro­gą, Ma­rian rze­czy­wi­ście była nie­roz­trop­na. Chcia­ła być życz­li­wa, lecz po­su­nę­ła się za da­le­ko. Sta­ła się za­lot­na. I za­nim się ock­nę­ła, już żą­dał od niej wy­ja­śnień.

- On jest przy­stoj­ny?

- Cał­kiem przy­stoj­ny.

- I bo­ga­ty?

- Bar­dzo bo­ga­ty, jak są­dzę.

- A ten dru­gi?

- Jaki dru­gi?

- No, pani przy­ja­ciel Young.

- Owszem, też jest dość przy­stoj­ny.

- I też jest bo­ga­ty?

- Tak, wy­da­je mi się, że on rów­nież jest bo­ga­ty.

Ba­xter za­milkł na chwi­lę.

- I nie ma wąt­pli­wo­ści - pod­jął w koń­cu - że obaj wpa­dli po uszy?

- Mogę od­po­wia­dać tyl­ko za pana Kin­ga.

- No, to ja od­po­wiem za pana Youn­ga. Jego mat­ka nie mó­wi­ła­by tego wszyst­kie­go, gdy­by nie świa­do­mość, że jej syn cier­pi. Cóż, to chy­ba nie świad­czy zbyt­nio na nie­ko­rzyść Ma­rian. Dwaj przy­stoj­ni mi­lio­ne­rzy są w niej sza­leń­czo za­ko­cha­ni, a ona od­pra­wia jed­ne­go i dru­gie­go. Nie dba ani o uro­dę, ani o pie­nią­dze.

- Tego bym nie po­wie­dzia­ła - oznaj­mi­ła pani Den­bigh z na­my­słem. - Dba o te rze­czy, ale nie wy­łącz­nie. Chce je mieć, ale chce też ta­len­tu. Ach, Ste­phen, gdy­byś ty był bo­ga­ty... - do­da­ła po­czci­wa dama nie­win­nie.

Ba­xter wziął ka­pe­lusz.

- Ktoś, kto chce po­ślu­bić pan­nę Eve­rett - sark­nął - musi bar­dzo uwa­żać, by nie po­wie­dzieć zbyt dużo o panu Kin­gu i o panu Youn­gu.

Dwa dni póź­niej oso­bi­ście od­był roz­mo­wę z dziew­czy­ną. Być może czy­tel­ni­ko­wi nie spodo­ba się ła­twość, z jaką jego za­ufa­nie ule­gło za­chwia­niu, nie­mniej fak­tem jest, że nie po­tra­fił po­trak­to­wać tych bez­tro­skich re­we­la­cji z rów­ną bez­tro­ską. Dla nie­go mi­łość była na­mięt­no­ścią; dla niej, jak mu­siał przy­znać, tyl­ko pro­stac­ką roz­ryw­ką. Jako czło­wiek o krew­kim uspo­so­bie­niu od razu do­szedł do sed­na.

- Ma­rian - po­wie­dział - oszu­ki­wa­łaś mnie.

Ma­rian do­brze wie­dzia­ła, o co mu idzie - do­brze wie­dzia­ła, że na­rze­czeń­stwo ją znu­dzi­ło i jak­kol­wiek jej za­cho­wa­niu wo­bec pa­nów Kin­ga i Youn­ga nie dało się wie­le za­rzu­cić, wo­bec Ba­xte­ra do­pu­ści­ła się po­waż­nej nie­lo­jal­no­ści. Czu­ła, że cios zo­stał za­da­ny, a za­rę­czy­ny nie­odwo­łal­nie ze­rwa­ne. Wie­dzia­ła też, że Ste­phen nie po­zwo­li się zbyć po­ło­wicz­ny­mi wy­ja­śnie­nia­mi czy wy­mów­ka­mi, jed­nak in­nych nie umia­ła mu udzie­lić. Na­wet ty­siąc wy­krę­tów nie za­stą­pi szcze­re­go wy­zna­nia; re­zy­gnu­jąc za­tem z pró­by ra­to­wa­nia swych "wi­do­ków", na któ­rych prze­sta­ło jej za­le­żeć, pod­ję­ła tyl­ko pró­bę oca­le­nia god­no­ści. Chwi­lo­wo jej god­ność była dość bez­piecz­na pod osło­ną przy­ro­dzo­ne­go, na poły cy­nicz­ne­go chło­du, lecz wła­śnie ów dy­stans zo­sta­wił w pa­mię­ci Ste­phe­na wra­że­nie, że ma do czy­nie­nia z oso­bą bez­dusz­ną i płyt­ką, co przy­najm­niej w jego kon­kret­nym przy­pad­ku na za­wsze po­ło­ży­ło kres pre­ten­sjom pan­ny do praw­dzi­wych wa­lo­rów i war­to­ści. Od­mó­wi­ła mło­dzień­co­wi pra­wa do żą­da­nia ja­kich­kol­wiek wy­ja­śnień i do in­ge­ren­cji w jej po­stę­po­wa­nie; nie­mal uprze­dzi­ła jego pro­po­zy­cję, by uzna­li swe na­rze­czeń­stwo za za­koń­czo­ne. Nie chcia­ła sko­rzy­stać na­wet z tak lo­gicz­nej bro­ni jak płacz. W tych oko­licz­no­ściach, rzecz ja­sna, wy­mia­na zdań nie trwa­ła dłu­go.

- Są­dzę - rzekł Ba­xter na od­chod­nym - że je­steś naj­bar­dziej po­wierz­chow­ną i nie­czu­łą ko­bie­tą, jaką znam.

Na­tych­miast opu­ścił Pa­ryż i udał się do Hisz­pa­nii, gdzie po­zo­stał do lata. W maju pani Den­bigh i jej pro­te­go­wa­na wy­je­cha­ły do An­glii, gdzie ta pierw­sza mia­ła po mężu licz­ne ko­nek­sje i gdzie zgo­ła nie­an­giel­ska uro­da Ma­rian zna­la­zła wie­lu ad­mi­ra­to­rów. We wrze­śniu wy­pły­nę­ły do Ame­ry­ki. Od roz­sta­nia Ba­xte­ra z pan­ną Eve­rett do ich po­now­ne­go spo­tka­nia w No­wym Jor­ku upły­nę­ło za­tem oko­ło pół­to­ra roku.

Przez ten czas rany mło­de­go czło­wie­ka zdą­ży­ły się za­go­ić. Jego roz­go­ry­cze­nie, choć gwał­tow­ne, mia­ło krót­ki ży­wot, a gdy wresz­cie od­zy­skał zwy­kłą rów­no­wa­gę, po­czuł za­do­wo­le­nie, że zdo­łał się wy­wi­nąć za cenę odro­bi­ny cier­pie­nia. Oce­nia­jąc w spo­koj­niej­szym na­stro­ju swo­je opi­nie na te­mat pan­ny Eve­rett, zde­cy­do­wał, że wca­le nie była ko­bie­tą, któ­rej pra­gnął, wła­ści­wie nie była na­wet ko­bie­tą, któ­rą so­bie wy­brał. "Dzię­ki Bogu - mó­wił - że mam to za sobą. Jest nie­po­praw­nie pło­cha. Jest pu­sta, próż­na, po­spo­li­ta". W jego za­lo­tach było coś zdy­sza­ne­go i go­rącz­ko­we­go, w wy­my­ślo­nej na­mięt­no­ści - coś sztucz­ne­go i nie­rze­czy­wi­ste­go. W po­ło­wie był to sku­tek sce­ne­rii, po­go­dy, zwy­kłej to­wa­rzy­skiej bli­sko­ści, a nade wszyst­ko, ma­low­ni­czej uro­dy dziew­czy­ny, nie wspo­mi­na­jąc o wręcz za­chę­ca­ją­cej po­błaż­li­wo­ści i ocię­ża­ło­ści bied­nej pani Den­bigh. Kie­dy więc w Ma­dry­cie od­krył, że bar­dzo in­te­re­su­je go Ve­lázqu­ez, od­su­nął od sie­bie wszel­kie my­śli o by­łej na­rze­czo­nej.

Jego sądu o pan­nie Eve­rett nie uwa­żam za osta­tecz­ny, ale przy­najm­niej był su­mien­ny. Pod wpły­wem złud­ne­go uczu­cia ob­da­rzył wiel­kim uzna­niem jej po­wa­by i wdzię­ki; zy­skał za­tem pra­wo, gdy złu­dze­nia pry­sły, by spo­rzą­dzić sza­cu­nek ja­ło­wych ob­sza­rów jej du­cha. Pan­na Eve­rett mo­gła z ła­two­ścią za­rzu­cić mu okru­cień­stwo i nie­spra­wie­dli­wość, lecz na jego obro­nę wciąż prze­ma­wiał fakt, że ogrom­nie ce­nił so­bie praw­dę. Ma­rian, od­wrot­nie, była na nią cał­kiem obo­jęt­na, a gniew­na opi­nia Ste­phe­na o jej za­cho­wa­niu nie wzbu­dzi­ła w jej skar­la­łej du­szy żad­ne­go od­ze­wu.

Czy­tel­nik za­pew­ne ma już wy­star­cza­ją­ce po­ję­cie, ja­kie były uczu­cia oboj­ga przy­ja­ciół, kie­dy spo­tka­li się twa­rzą w twarz, trze­ba jed­nak do­dać, że upływ cza­su bar­dzo osła­bił siłę tych uczuć. Chy­ba żad­na ko­bie­ta nie może so­bie ży­czyć bar­dziej swo­bod­ne­go, nie­krę­pu­ją­ce­go i nie­skrę­po­wa­ne­go to­wa­rzy­sza, ani­że­li roz­cza­ro­wa­ny ko­cha­nek; przy za­ło­że­niu, oczy­wi­ście, że pro­ces roz­cza­ro­wa­nia cał­ko­wi­cie się za­koń­czył i od tego wy­da­rze­nia upły­nął pe­wien czas.

Ma­rian rów­nież była zu­peł­nie na­tu­ral­na. Nie po to pod­czas ostat­niej, przy­krej roz­mo­wy za­cho­wa­ła spo­kój - któ­ry moż­na wręcz na­zwać fi­lo­zo­ficz­nym - żeby go te­raz utra­cić. Nie czu­ła ura­zy do by­łe­go ad­o­ra­to­ra; jego po­że­gnal­ne sło­wa były - jak wszyst­kie sło­wa w mnie­ma­niu Ma­rian - za­le­d­wie fa­çon de par­ler. Pan­na Eve­rett w ostat­nich dniach pa­nień­stwa cie­szy­ła się tak wy­śmie­ni­tym hu­mo­rem, że w prze­szło­ści nie wi­dzia­ła nic, cze­go nie mo­gła­by wy­ba­czyć. To­też okrzyk roz­mów­cy spra­wił, że ob­la­ła się lek­kim ru­mień­cem, jed­nak po­zo­sta­ła nie­spe­szo­na.

- Praw­da jest taka, pa­nie Ba­xter - po­wie­dzia­ła, przy­wo­łu­jąc całą po­go­dę uspo­so­bie­nia - że w obec­nej chwi­li je­stem ze świa­tem w do­sko­na­łej ko­mi­ty­wie; wszyst­ko wi­dzę en rose, za­rów­no prze­szłość, jak i przy­szłość.

- Ja rów­nież je­stem ze świa­tem w do­brej ko­mi­ty­wie - od­parł pan Ba­xter - i w głę­bi ser­ca po­go­dzi­łem się z tym, co pani na­zy­wa prze­szło­ścią. Nie­mniej jest mi bar­dzo przy­kro o niej my­śleć.

- Ach - za­uwa­ży­ła pan­na Eve­rett z wiel­ką sło­dy­czą - w ta­kim ra­zie oba­wiam się, że pan się nie po­go­dził.

Ba­xter za­śmiał się tak gło­śno, że pan­na Eve­rett obej­rza­ła się na ojca. Ale pan Eve­rett nadal spał wiel­ko­pań­skim snem. - Nie wąt­pię - rzekł ma­larz - że da­le­ko mi do pani chrze­ści­jań­skie­go du­cha. Ale za­pew­niam, że bar­dzo się cie­szę, zno­wu pa­nią wi­dząc.

- Wy­star­czy jed­no słów­ko, a zo­sta­nie­my przy­ja­ciół­mi.

- By­li­śmy bar­dzo głu­pi, pró­bu­jąc być czymś wię­cej.

- "Głu­pi", owszem. Lecz, przy­zna pan, było to ład­ne głup­stwo.

- Ależ nie, pan­no Eve­rett. Jako ar­ty­sta rosz­czę so­bie pra­wo wła­sno­ści do sło­wa "ład­ne". Nie po­win­na pani tu­taj go wtrą­cać. Nie może być ład­ne coś, co skoń­czy­ło się tak brzyd­ko. To wszyst­ko był fałsz.

- Cóż... jak pan chce. Co pan po­ra­biał od na­sze­go roz­sta­nia?

- Po­dró­żo­wa­łem i pra­co­wa­łem. Zro­bi­łem w swo­im fa­chu wiel­kie po­stę­py. I krót­ko przed po­wro­tem do kra­ju się za­rę­czy­łem.

- Za­rę­czył się pan? ...a la bon­ne heu­re. Czy ona jest do­bra? Czy jest ład­na?

- Nie do­rów­nu­je pani uro­dą.

- In­ny­mi sło­wy, nie­skoń­cze­nie prze­wyż­sza mnie do­bro­cią. Na­praw­dę, mam na­dzie­ję, że tak jest. Ale dla­cze­go pan z nią nie przy­je­chał?

- Zo­sta­ła z sio­strą, nie­szczę­śli­wie cho­rą, któ­ra pije nad Re­nem wody mi­ne­ral­ne. Chcia­ły tam za­ba­wić do na­sta­nia chło­dów. Wra­ca­ją za kil­ka ty­go­dni i za­mie­rza­my od razu się po­brać.

- Gra­tu­lu­ję panu z ca­łe­go ser­ca - po­wie­dzia­ła Ma­rian.

- Pan po­zwo­li, że się przy­łą­czę - oznaj­mił pan Eve­rett, bu­dząc się in­stynk­tow­nie, co czy­nił za­wsze, kie­dy roz­mo­wa przy­bie­ra­ła uro­czy­sty ob­rót.

Pan­na Eve­rett zgo­dzi­ła się za­le­d­wie na trzy do­dat­ko­we po­sie­dze­nia, to­też więk­szą część pra­cy ma­larz wy­ko­nał z po­mo­cą fo­to­gra­fii. Pan Eve­rett, tak­że obec­ny przy tych spo­tka­niach, zno­wu z wła­ści­wą so­bie wraż­li­wo­ścią uległ usy­pia­ją­cym wpły­wom swo­jej po­zy­cji. Mło­dzi lu­dzie mie­li wszak­że dość do­bre­go sma­ku, by po­wstrzy­mać się od dal­szych wzmia­nek o mi­nio­nym związ­ku, i ogra­ni­czy­li po­ga­węd­kę do spraw mniej oso­bi­stych.

II

Pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy por­tret był już na ukoń­cze­niu, John Len­nox zaj­rzał do pu­stej pra­cow­ni, aby oce­nić po­stęp pra­cy. Za­rów­no Ba­xter, jak i Ma­rian wy­ra­zi­li ży­cze­nie, by nie oglą­dał dzie­ła na wcze­śniej­szych eta­pach, wi­dział je za­tem po raz pierw­szy. Pół go­dzi­ny póź­niej, gdy Ba­xter, nie­za­po­wie­dzia­ny, wszedł do po­miesz­cze­nia, za­stał Len­no­xa sie­dzą­ce­go przed ob­ra­zem, po­grą­żo­ne­go w głę­bo­kiej za­du­mie. Ba­xter otrzy­mał klucz do bu­dyn­ku, umoż­li­wia­ją­cy mu ła­twy i szyb­ki do­stęp do ob­ra­zu, kie­dy­kol­wiek na­szła go ocho­ta.

- Prze­cho­dzi­łem tędy - wy­ja­śnił - i nie mo­głem się po­wstrzy­mać, by tu nie zaj­rzeć; chcia­łem po­pra­wić błąd, któ­ry po­peł­ni­łem dziś rano, póki mam w umy­śle świe­ży ślad tej po­twor­no­ści. - To mó­wiąc, za­siadł do pra­cy; Len­nox stał obok i przy­glą­dał się.

- No więc - za­py­tał wresz­cie ma­larz - jak się panu po­do­ba?

- Nie cał­kiem.

- Pro­szę, niech pan przed­sta­wi swo­je za­strze­że­nia. Ma pan szan­sę udzie­lić mi kon­kret­nej po­mo­cy.

- Nie bar­dzo wiem, jak sfor­mu­ło­wać obiek­cje. W każ­dym ra­zie naj­pierw chciał­bym pod­kre­ślić, że ogrom­nie po­dzi­wiam pań­skie dzie­ło. To z pew­no­ścią naj­lep­szy ob­raz, jaki pan na­ma­lo­wał.

- Szcze­rze mó­wiąc, też tak są­dzę. Nie­któ­re frag­men­ty - rzekł Ba­xter z pro­sto­tą - są do­sko­na­łe.

- To rzu­ca się w oczy. Lecz albo te frag­men­ty, albo ja­kieś inne spra­wia­ją nie­sły­cha­nie przy­kre wra­że­nie. Wiem, że to nie jest rze­tel­na kry­ty­ka; ale pła­cę panu za to, by móc wy­po­wia­dać się ar­bi­tral­nie. Są zbyt bez­względ­ne, zbyt przej­mu­ją­ce, po­cho­dzą z rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra jest zbyt bru­tal­na. Sło­wem, pań­ski ob­raz mnie prze­ra­ża; na miej­scu Ma­rian czuł­bym, że do­pusz­czo­no się wo­bec mnie gwał­tu.

- Prze­pra­szam za to, co przy­kre; ale chcia­łem, by wszyst­ko było praw­dzi­we. Opo­wia­dam się za rze­czy­wi­sto­ścią, pan mu­siał to do­strzec.

- Ma pan moje po­par­cie; roz­mach i siła, z jaką dąży pan do tej rze­czy­wi­sto­ści, za­słu­gu­ją na naj­wyż­szy po­dziw. Ale nie może pan być re­ali­stą, nie bę­dąc bru­tal­nym, nie usi­łu­jąc, jak to mó­wią, być ak­tu­al­nym.

- Nie przy­zna­ję się do winy; nie je­stem bru­tal­ny. Wi­dzę jed­nak, pa­nie Len­nox, że tą dro­gą nie cał­kiem uda­ło mi się pana za­do­wo­lić. Po­trak­to­wa­łem ob­raz zbyt­nio au sérieux. Za bar­dzo sta­ra­łem się osią­gnąć peł­nię. Sko­ro jed­nak nie po­do­ba się panu, to może spodo­ba się in­nym.

- W to nie wąt­pię. Ale nie w tym rzecz. Ob­raz jest tak do­bry, że mógł­by być ty­siąc razy lep­szy.

- Oczy­wi­ście, nie prze­czę, że jest w nim dość miej­sca na nie­skoń­czo­ną licz­bę po­pra­wek, i wi­dzę, że kil­ka szcze­gó­łów mógł­bym na­ma­lo­wać le­piej. Ale w za­sa­dzie por­tret już ist­nie­je. Po­wiem panu, cze­go panu bra­ku­je: moja pra­ca nie jest "kla­sycz­na"; ści­śle mó­wiąc, nie je­stem ge­nial­ny.

- Prze­ciw­nie, po­dej­rze­wam, że pan jest. Ale, jak pan po­wie­dział, pra­ca nie jest kla­sycz­na; po­zo­sta­nę przy swo­im okre­śle­niu bru­tal­na. Wie pan co? Zbyt przy­po­mi­na aka­de­mic­kie stu­dium. Nadał pan bied­nej pan­nie Eve­rett wy­gląd za­wo­do­wej mo­del­ki.

- Je­że­li tak, to po­stą­pi­łem bar­dzo źle. Nig­dy nie mia­łem mo­del­ki bar­dziej swo­bod­nej i mniej skrę­po­wa­nej. Pa­trzę na nią z za­chwy­tem.

- Niech to li­cho, jej swo­bo­dę też pan od­ma­lo­wał. Cóż, nie mam po­ję­cia, co tu nie gra. Pod­da­ję się.

- Są­dzę - rzekł Ba­xter - że po­wi­nien pan wstrzy­mać się z wer­dyk­tem, aż ob­raz bę­dzie ukoń­czo­ny. Je­stem pe­wien, że jest w nim kla­sycz­ny skład­nik, ale go nie wy­do­by­łem. Pro­szę za­cze­kać kil­ka dni, a wy­pły­nie na po­wierzch­nię.

Len­nox zo­sta­wił ar­ty­stę sa­me­mu so­bie; ten zaś za­wzię­cie ma­lo­wał do za­pad­nię­cia zmro­ku i odło­żył pędz­le, do­pie­ro gdy w ciem­no­ściach prze­stał co­kol­wiek wi­dzieć. Wy­cho­dząc, spo­tkał w holu Len­no­xa.

- Exe­gi mo­nu­men­tum - po­wie­dział. - Skoń­czo­ne. Pro­szę iść i oglą­dać do woli. Przyj­dę rano po­słu­chać pań­skich im­pre­sji.

Po jego odej­ściu pan domu za­pa­lił pół tu­zi­na lamp i wró­cił do stu­dio­wa­nia ob­ra­zu. Por­tret nie­zmier­nie zy­skał na ostat­nich za­bie­gach ma­la­rza; czy to, jak za­po­wia­dał Ba­xter, wy­zwo­lił się w nim skład­nik kla­sycz­ny, czy to Len­nox był na­sta­wio­ny bar­dziej wy­ro­zu­mia­le, w każ­dym ra­zie te­raz ro­bił wra­że­nie ory­gi­nal­ne­go i przej­mu­ją­ce­go dzie­ła sztu­ki, praw­dzi­we­go por­tre­tu, świa­do­me­go wi­ze­run­ku ludz­kiej twa­rzy i po­sta­ci. To była Ma­rian, naj­praw­dziw­sza Ma­rian, zmie­rzo­na i zba­da­na z ogrom­ną cier­pli­wo­ścią. Jej uro­da, jej sło­dycz, jej mło­dzień­czy po­wab i ulot­ny czar - wszyst­ko to zo­sta­ło za­trzy­ma­ne na za­wsze, aby trwać nie­tknię­te i wiecz­ne. Nic nie mo­gło być prost­sze niż kon­cep­cja i kom­po­zy­cja ob­ra­zu. Dziew­czy­na sie­dzia­ła spo­koj­nie, pa­trząc nie­co w pra­wo, z unie­sio­ną gło­wą i dłoń­mi - dzie­wi­czy­mi dłoń­mi bez bran­so­let i pier­ścion­ków - zło­żo­ny­mi bez­czyn­nie na po­doł­ku. Jej ja­sne wło­sy, za­ple­cio­ne w war­ko­cze i upię­te na czub­ku gło­wy (we­dług naj­now­szej mody), uka­zy­wa­ły nie­mal dzie­cię­cy za­rys po­licz­ków i uszu. W oczach lśni­ło za­do­wo­le­nie, ko­lor i blask; usta roz­chy­li­ły się lek­ko. Ści­śle mó­wiąc, ko­lo­ru w ob­ra­zie po­ja­wia­ło się nie­wie­le, lecz czar­ne dra­pe­rie pro­mie­nia­ły od­bi­tym świa­tłem, skó­ra zaś mo­del­ki - ludz­kim ru­mień­cem i bla­do­ścią, pul­su­ją­cym zdro­wiem i ży­ciem. Było to dzie­ło moc­ne i pro­ste, przed­sta­wia­ją­ce po­stać cał­ko­wi­cie wy­zby­tą sztyw­no­ści i afek­ta­cji, a prze­cież do­sko­na­le wy­twor­ną.

"Oto, co zna­czy być ar­ty­stą - po­my­ślał Len­nox. - I tego wszyst­kie­go do­ko­na­no przez ostat­nie dwie go­dzi­ny".

Była to jego Ma­rian, z całą pew­no­ścią, oraz wszyst­ko, co go w niej urze­kło - i nadal go urze­ka­ło za każ­dym ra­zem, kie­dy ją wi­dział: znie­wa­la­ją­ca pew­ność sie­bie, cu­dow­na lek­kość, urok ko­bie­co­ści. Jed­nak w mia­rę, jak na nią pa­trzył, w jego oczach po­ja­wiał się wy­raz bólu, któ­ry w koń­cu prze­ro­dził się w śmier­tel­ny cię­żar.

Len­nox na­praw­dę ko­chał, ko­chał z całą mocą; ale ko­chał też ro­zum­nie, jak przy­sta­ło na pięt­na­ście lat do­świad­cze­nia w spra­wach ludz­kich. Miał prze­ni­kli­we spoj­rze­nie i lu­bił czy­nić z nie­go uży­tek. Po wie­le­kroć, gdy wy­mow­ne oczy i usta Ma­rian ob­fi­cie ra­czy­ły go skar­ba­mi jej du­cha, on zaś uj­mo­wał jej twarz w dło­nie, ob­sy­py­wał po­ca­łun­ka­mi i skła­dał na­mięt­ne przy­się­gi, na­gle gwał­tow­nie się wzdry­gał i wo­łał bez­gło­śnie: "Ale - ach! - gdzie jest ser­ce?". Pew­ne­go dnia za­py­tał ją (nie­wąt­pli­wie bez związ­ku):

- Ma­rian, gdzie ty masz ser­ce?

- Gdzie... O co ci cho­dzi? - zdu­mia­ła się pan­na Eve­rett.

- My­ślę o to­bie od rana do wie­czo­ra. Skła­dam cię w jed­no i roz­bie­ram na czę­ści, jak w tej grze, w któ­rej lu­dzie ukła­da­ją sło­wa z przy­dzie­lo­nych por­cji li­ter. Ale za­wsze jed­nej li­te­ry mi brak. Nie mam pod ręką two­je­go ser­ca.

- John - rze­kła po­my­sło­wo Ma­rian - moje ser­ce to cały wy­raz. Moje ser­ce jest wszę­dzie.

To na­wet mo­gła być praw­da. Pan­na Eve­rett spra­wie­dli­wie roz­pro­wa­dzi­ła swe ser­ce po ca­łym cie­le, cze­go na­tu­ral­nym skut­kiem była ską­pa obec­ność tego or­ga­nu w przy­ro­dzo­nym miej­scu. Len­nox, wpa­tru­jąc się w zna­ko­mi­te dzie­ło Ba­xte­ra, czuł, że to py­ta­nie znów wy­pły­wa na jego usta, lecz je­śli na­wet pod­su­nął mu je por­tret Ma­rian, to por­tret Ma­rian nie umiał na nie od­po­wie­dzieć; mo­gła to zro­bić tyl­ko ona sama. Len­nox miał wra­że­nie, że ja­kaś po­tęż­na moc wy­do­by­ła z jego uko­cha­nej naj­in­tym­niej­sze drgnie­nia du­szy i prze­la­ła je na płót­no moc­ny­mi, na­mięt­ny­mi po­cią­gnię­cia­mi pędz­la. Ma­rian uosa­bia­ła bez­tro­skę, bez­tro­ska sta­no­wi­ła o jej uro­ku - czy za­tem było moż­li­we, że jej du­szy rów­nież bra­ko­wa­ło po­wa­gi? Czyż­by była isto­tą bez wia­ry i bez su­mie­nia? Ja­kież inne zna­cze­nie mo­gła mieć strasz­li­wa bez­myśl­ność i mar­two­ta, przy­ćmie­wa­ją­ca blask jej oczu i krad­ną­ca uśmiech z jej warg? Zja­wisk tych nie dało się po­mi­nąć, tym bar­dziej że pod in­ny­mi wzglę­da­mi ar­ty­sta wy­ka­zał się głę­bo­ką wni­kli­wo­ścią. Był ty­leż lo­jal­ny i przy­chyl­ny, co in­te­li­gent­ny. Żad­na ce­cha wy­glą­du dziew­czy­ny nie zo­sta­ła zlek­ce­wa­żo­na, wszyst­kie rysy od­da­no wy­ra­zi­ście i sub­tel­nie. Czy Ba­xter był cu­dow­nie wraż­li­wym czło­wie­kiem, ob­da­rzo­nym nie­zrów­na­nym zmy­słem ob­ser­wa­cji - czy je­dy­nie cier­pli­wym i nie­stru­dzo­nym ar­ty­stą, two­rzą­cym nie­skoń­cze­nie le­piej, niż sam wie­dział? Ale czy zwy­kły ma­larz nie za­do­wo­lił­by się przed­sta­wie­niem pan­ny Eve­rett w zde­cy­do­wa­nej, bo­ga­tej, obiek­tyw­nej ma­nie­rze, któ­rej ob­raz był świet­nym przy­kła­dem - i ni­czym po­nad­to? Nie ule­ga­ło bo­wiem kwe­stii, że Ba­xter zro­bił coś po­nad­to. Ma­lo­wał, po­słu­gu­jąc się nie tyl­ko wie­dzą, tak­że uczu­ciem i wy­obraź­nią. Pra­wie kom­po­no­wał - a jego kom­po­zy­cja za­wie­ra­ła praw­dę.

Len­nox nie po­tra­fił roz­strzy­gnąć wąt­pli­wo­ści. Chęt­nie był­by uwie­rzył, że ob­raz nie za­wie­ra in­nych wy­obra­żeń ani­że­li do­star­czo­ne przez jego wła­sny umysł, a czcza sło­dycz oczu i ust mo­del­ki to tyl­ko uśmiech mło­do­ści i nie­win­no­ści. Czuł za­męt w gło­wie - był nie­do­rzecz­nie ka­pry­śny i po­dejrz­li­wy; zga­sił więc świa­tła i zo­sta­wił por­tret w życz­li­wych ciem­no­ściach. Po czym, czę­ścio­wo, by wy­na­gro­dzić całą rzecz wy­bran­ce, czę­ścio­wo zaś, by spra­wić so­bie przy­jem­ność, po­szedł spę­dzić go­dzin­kę z Ma­rian. I stwier­dził, że ona przy­najm­niej nie ma żad­nych za­strze­żeń. Uwa­ża­ła por­tret za bar­dzo uda­ny; z wiel­ką chę­cią da­ła­by się w tej for­mie prze­ka­zać po­tom­nym. Mimo to po po­wro­cie Len­nox znów za­szedł do pra­cow­ni. Tym ra­zem za­pa­lił tyl­ko jed­ną lam­pę. Fuj! było go­rzej, niż kie­dy pa­lił się ich tu­zin. Po­śpiesz­nie za­krę­cił gaz.

Ba­xter przy­szedł na­za­jutrz, tak jak obie­cał. Bied­ny Len­nox, po dwu­na­stu go­dzi­nach nie­prze­rwa­nych roz­my­ślań miał w oczach wy­raz cier­pie­nia tak in­ten­syw­ny, że ma­larz po­jął, iż jego źró­dłem musi być coś wię­cej niż tyl­ko uzna­nie dla sztu­ki.

"Czyż­by ten czło­wiek był za­zdro­sny?" - po­my­ślał Ba­xter. Chciał je­dy­nie na­ma­lo­wać do­bry por­tret i był wol­ny od ja­kich­kol­wiek ubocz­nych za­my­słów, do tego stop­nia, że su­mie­nie nie zdo­ła­ło mu pod­po­wie­dzieć, gdzie leży źró­dło nie­po­ko­ju go­spo­da­rza. Nie­mniej za­czął mu współ­czuć; w rze­czy sa­mej, po­ku­sę, by mu współ­czuć, od­czu­wał od sa­me­go po­cząt­ku. Lu­bił go i sza­no­wał, miał za roz­sąd­ne­go i wraż­li­we­go; jego zda­niem, była to wiel­ka szko­da, że taki czło­wiek - jed­nost­ka o sil­nych po­trze­bach du­cho­wych - zwią­zał swój los z Ma­rian Eve­rett. Ale dość szyb­ko uznał, że Len­nox do­sko­na­le wie, co robi, i nie trze­ba go oświe­cać. Że­nił się, by tak rzec, z otwar­ty­mi ocza­mi, sta­ran­nie zwa­żyw­szy zy­ski i stra­ty. Każ­dy ma wła­sny gust; a Joh­na Len­no­xa w wie­ku lat trzy­dzie­stu pię­ciu nikt nie mu­siał po­uczać, że pan­na Eve­rett nie jest tym wszyst­kim, czym być mo­gła. Ba­xter uznał za rzecz oczy­wi­stą, że jego przy­ja­ciel z roz­my­słem do­ko­nał wy­bo­ru dru­giej żony - że chciał po­ślu­bić ład­ną ko­biet­kę, osób­kę ob­da­rzo­ną ta­len­tem do po­dej­mo­wa­nia go­ści, któ­ra bę­dzie ma­low­ni­czo wy­da­wać pie­nią­dze męża. Nie miał po­ję­cia o tym, jak po­waż­na była na­mięt­ność po­czciw­ca, ani o tym, jak da­le­ce jego szczę­ście za­le­ża­ło od cze­goś, co moż­na by na­zwać złu­dze­niem. Ba­xter trosz­czył się tyl­ko o to, by do­brze wy­ko­nać swo­ją pra­cę, a wy­ko­nał ją tym le­piej, że kie­dyś, daw­no temu, za­in­te­re­so­wał się urze­ka­ją­cą twa­rzą Ma­rian. Z całą pew­no­ścią na­sy­cił swój ob­raz ową siłą cha­rak­te­ry­za­cji i głę­bią re­ali­zmu, któ­ra zwró­ci­ła uwa­gę jego przy­ja­cie­la, lecz uczy­nił to cał­ko­wi­cie bez wy­sił­ku i bez zło­śli­wo­ści. Ar­ty­stycz­na po­ło­wa jego oso­by z wi­go­rem spra­wo­wa­ła wła­dzę nad po­ło­wą czy­sto ludz­ką, jed­na kar­mi­ła się klę­ska­mi dru­giej, tu­czy­ła na jej ra­do­ściach i zgry­zo­tach. Mło­dy czło­wiek był po pro­stu praw­dzi­wym ar­ty­stą - i gdzieś głę­bo­ko, w naj­taj­niej­szych za­ka­mar­kach jego sil­nej i uczu­cio­wej na­tu­ry, ge­niusz wszedł w bli­ską za­ży­łość z ser­cem, prze­no­sząc na płót­no całe brze­mię roz­cza­ro­wań i ustępstw. Zresz­tą po mi­ło­st­ce z Ma­rian Ba­xter zdą­żył już po­znać dziew­czy­nę, któ­rej, jak są­dził, mógł za­ufać, któ­rą mógł po­ko­chać na za­wsze; otrzeź­wio­ny i umoc­nio­ny nową emo­cją był w sta­nie do­kład­niej oce­nić nie­do­stat­ki daw­nej uko­cha­nej. Dla­te­go też ma­lo­wał z uczu­ciem - pan­na Eve­rett nie mo­gła ocze­ki­wać, że po­stą­pi in­a­czej. Uczci­wie zro­bił, co w jego mocy, a wer­dykt zja­wił się nie­pro­szo­ny i zwień­czył dzie­ło.

Cho­ciaż Len­no­xa bar­dzo cie­ka­wi­ła hi­sto­ria zna­jo­mo­ści przy­ja­cie­la z jego przy­szłą żoną, był da­le­ki od za­zdro­ści. W pe­wien spo­sób miał na­wet wra­że­nie, że już nig­dy za­zdro­sny nie bę­dzie. Jed­nak usta­la­jąc oko­licz­no­ści daw­ne­go związ­ku tych dwoj­ga, w żad­nym ra­zie nie mógł po­zwo­lić, by mło­dy czło­wiek za­czął po­dej­rze­wać, że on, Len­nox, od­krył w ob­ra­zie ja­kiś za­sad­ni­czy de­fekt.

- Daw­na zna­jo­mość z pan­ną Eve­rett - rzekł w koń­cu szcze­rze - naj­wy­raź­niej bar­dzo się panu przy­da­ła.

- Chy­ba tak - po­twier­dził Ba­xter. - Istot­nie, gdy tyl­ko za­czą­łem ma­lo­wać, od­kry­łem, że jej twarz wra­ca do mnie jak na pół za­pa­mię­ta­na me­lo­dia. Była wte­dy nie­zwy­kle ład­na.

- Była o dwa lata młod­sza.

- Tak, i ja też by­łem młod­szy o dwa lata. Zde­cy­do­wa­nie, ma pan ra­cję. Wy­ko­rzy­sta­łem swe daw­ne wra­że­nia.

Do tego Ba­xter był skłon­ny się przy­znać; ale sta­now­czo nie chciał wy­ga­dać się z czymś, co sama Ma­rian trzy­ma­ła w ta­jem­ni­cy. Nie dzi­wił się, że nie po­wie­dzia­ła wiel­bi­cie­lo­wi o mi­nio­nym na­rze­czeń­stwie - tego się wła­śnie spo­dzie­wał, nie­mniej pró­ba na­pra­wy owe­go za­nie­cha­nia by­ła­by czymś nie­wy­ba­czal­nym.

Len­nox miał zmy­sły tak wy­ostrzo­ne bó­lem i po­dej­rze­niem, że nie mógł nie do­strzec w oczach roz­mów­cy, iż ten za­mie­rza coś ukryć. Po­sta­no­wił to uda­rem­nić. - Cie­kaw je­stem - za­gad­nął - czy był pan kie­dy­kol­wiek za­ko­cha­ny w pan­nie Eve­rett?

- Nie wa­ham się po­wie­dzieć, że tak - od­parł Ba­xter, są­dząc, że ogól­ne wy­zna­nie po­mo­że mu bar­dziej niż szcze­gó­ło­we za­prze­cze­nie. - Wy­obra­żam so­bie, że by­łem jed­nym z ty­sią­ca. No, może tyl­ko jed­nym ze stu. Ale wi­dzi pan, prze­szło mi. Je­stem za­rę­czo­ny.

Twarz Len­no­xa aż się roz­ja­śni­ła. - Ach, tak - po­wie­dział. - Te­raz wiem, co nie po­do­ba mi się w pań­skim ob­ra­zie: punkt wi­dze­nia. Nie je­stem za­zdro­sny - do­dał - w prze­ciw­nym ra­zie ob­raz po­do­bał­by mi się bar­dziej. Ale pan naj­wy­raź­niej wca­le nie lubi tej bied­nej dziew­czy­ny. Za­ko­cha­nie prze­szło panu aż za bar­dzo. Ko­chał ją pan, ona po­zo­sta­ła obo­jęt­na, więc te­raz pan się mści. - Udrę­czo­ny smut­kiem Len­nox szu­kał uciecz­ki w bez­ro­zum­nej zło­ści.

Ba­xter był za­sko­czo­ny.

- Przy­zna pan - rzekł z uśmie­chem - że to bar­dzo pięk­na ze­msta. - Tu przy­szło mu na po­moc po­czu­cie wła­snej za­wo­do­wej war­to­ści. - Na­ma­lo­wa­łem pan­nie Eve­rett naj­lep­szy por­tret, jaki po­wstał w Ame­ry­ce. Ona jest z nie­go za­do­wo­lo­na.

- Ach! - za­wo­łał Len­nox z cu­dow­ną nie­szcze­ro­ścią. - Ma­rian jest bar­dzo wy­ro­zu­mia­ła.

- A za­tem - za­py­tał Ba­xter - o co panu cho­dzi? Za­rzu­ca mi pan skan­da­licz­ne za­cho­wa­nie, więc mu­szę żą­dać, by się pan wy­tłu­ma­czył. - Ba­xte­ra rów­nież ogar­nę­ła złość. - Czy ja­koś znie­kształ­ci­łem pan­nę Eve­rett? Czy źle ją przed­sta­wi­łem? Czy temu por­tre­to­wi cze­goś bra­ku­je? Czy jest źle na­ma­lo­wa­ny? Wul­gar­ny? Dwu­znacz­ny? Nie­skrom­ny? - Pod­czas tej wy­li­czan­ki cier­pli­wość Ba­xte­ra cał­kiem się wy­czer­pa­ła. - Za­wra­ca­nie gło­wy! - za­krzyk­nął. - Wie pan rów­nie do­brze jak ja, że ob­raz jest zna­ko­mi­ty.

- Nie będę pró­bo­wał za­prze­czać. Za­sta­na­wia mnie tyl­ko, że Ma­rian ze­chcia­ła panu po­zo­wać.

Chlub­nie świad­czy o Ba­xte­rze, że wciąż trwał w swym po­sta­no­wie­niu, by nie zdra­dzić dziew­czy­ny, po­zwa­la­jąc ra­czej Len­no­xo­wi są­dzić, że jest od­rzu­co­nym wiel­bi­cie­lem.

- Ach - za­wo­łał - sam pan mó­wił, że pan­na Eve­rett jest bar­dzo wy­ro­zu­mia­ła!

Len­nox był tak nie­mą­dry, że uznał to za przy­zna­nie się do winy.

- Ba­xter, kie­dy mó­wię, że pan się ze­mścił, nie cho­dzi mi o to, że zro­bił to pan roz­myśl­nie i świa­do­mie. Mój dro­gi, jak­że mógł pan się po­wstrzy­mać? Roz­cza­ro­wa­nie było pro­por­cjo­nal­ne do stra­ty, a re­ak­cja pro­por­cjo­nal­na do roz­cza­ro­wa­nia.

- Tak, wszyst­ko to bar­dzo ład­nie, ale tym­cza­sem wciąż na próż­no cze­kam, by się do­wie­dzieć, co zro­bi­łem źle.

Len­nox prze­niósł wzrok z Ba­xte­ra na ob­raz i z po­wro­tem z ob­ra­zu na Ba­xte­ra.

- No, pro­szę, niech pan mówi - rzekł ma­larz. - Po pro­stu przed­sta­wi­łem pan­nę Eve­rett z ca­łym wdzię­kiem, jaki ma w rze­czy­wi­sto­ści.

- Och, niech jej wdzię­ki dia­bli po­rwą! - krzyk­nął Len­nox.

- Pa­nie Len­nox - cią­gnął mło­dy czło­wiek - gdy­bym nie uwa­żał pana za dżen­tel­me­na, a mimo pań­skiej po­ryw­czo­ści wciąż pana za ta­kie­go uwa­żam, to go­tów był­bym uznać, że pan...

- Uznał­by pan, że ja co?

- Go­tów był­bym uznać, że chce pan po pro­stu zbić cenę za por­tret.

Len­nox gwał­tow­nie mach­nął ręką, znie­cier­pli­wio­ny. Jego roz­mów­ca wy­buch­nął śmie­chem i na tym dys­ku­sja się za­koń­czy­ła. Ba­xter od­ru­cho­wo wziął do ręki pę­dzel i pod­szedł do płót­na z nie­ja­snym za­mia­rem wy­kry­cia uta­jo­nych błę­dów; Len­nox zbie­rał się do odej­ścia.

- Pro­szę zo­stać! - za­wo­łał ma­larz, wi­dząc, że go­spo­darz go opusz­cza. - Je­śli ten ob­raz na­praw­dę pana ob­ra­ża, za­ma­żę go. Wy­star­czy jed­no sło­wo. - I uniósł pę­dzel unu­rza­ny w czar­nej far­bie.

Lecz Len­nox sta­now­czo po­krę­cił gło­wą i wy­szedł. Jed­nak za­raz wró­cił. - Niech pan za­ma­zu­je - po­wie­dział. - Ob­raz, oczy­wi­ście, już na­le­ży do mnie.

Te­raz wszak­że Ba­xter po­krę­cił gło­wą. - Aa, za póź­no - oznaj­mił. - Szan­sa prze­pa­dła.

Len­nox udał się pro­sto do miesz­ka­nia pana Eve­ret­ta. Ma­rian w ba­wial­ni po­dej­mo­wa­ła po­ran­nych go­ści, to­też jej wy­bra­nek usiadł z boku i za­cze­kał, aż się ich po­zbę­dzie. Gdy zo­sta­li sami, Ma­rian za­czę­ła kpić z od­wie­dza­ją­cych i prze­drzeź­niać ich ma­nie­ry, co czy­ni­ła z nie­zrów­na­nym wdzię­kiem i za­pa­łem. Jed­nak Len­nox ukró­cił tę za­ba­wę i wró­cił do spra­wy por­tre­tu. Za­sta­no­wił się; od­wo­ły­wał wczo­raj­sze obiek­cje; ob­raz mu się po­do­bał.

- Dzi­wię się tyl­ko, Ma­rian - do­dał - że mia­łaś ocho­tę po­zo­wać panu Ba­xte­ro­wi.

- Dla­cze­go? - za­py­ta­ła czuj­nie Ma­rian. Do­strze­gła, że wiel­bi­ciel cze­goś się do­my­śla, i nie za­mie­rza­ła do ni­cze­go się przy­zna­wać, póki się nie do­wie, co to ta­kie­go.

- Daw­ny amant za­wsze jest nie­bez­piecz­ny.

- Daw­ny amant? - Ma­rian ob­la­ła się po­rząd­nym, szcze­rym ru­mień­cem. Ale na­tych­miast się opa­no­wa­ła. - Bła­gam, po­wiedz, skąd ta uro­cza wia­do­mość?

- Och, ja­koś wy­cie­kła - od­parł Len­nox.

Ma­rian za­wa­ha­ła się, po czym rze­kła z uśmie­chem: - Cóż, by­łam od­waż­na. Po­szłam.

- Jak to się sta­ło, że nic mi nie po­wie­dzia­łaś?

- O czym ci nie po­wie­dzia­łam, dro­gi Joh­nie?

- No, o amo­rach Ba­xte­ra. Daj spo­kój, nie bądź taka skrom­na.

Skrom­na! Ma­rian ode­tchnę­ła swo­bod­niej. - Mój dro­gi, co masz na my­śli, żą­da­jąc od przy­szłej żony, żeby nie była skrom­na? Bła­gam, nie py­taj mnie o amo­ry pana Ba­xte­ra. Cóż ja mogę o nich wie­dzieć?

- O tej spra­wie też nic nie wie­dzia­łaś?

- Ach, mój dro­gi. Wiem o wie­le za dużo, by do­brze się z tym czuć. Na szczę­ście dziel­nie so­bie po­ra­dził. Jest za­rę­czo­ny.

- Za­rę­czo­ny, ale nie cał­kiem uwol­nio­ny. To uczci­wy czło­wiek, moja dro­ga, ale pa­mię­ta o swo­im pen­chant. Ro­bił, co mógł, by unik­nąć w swej pra­cy sen­ty­men­ta­li­zmu. Wi­dział cię taką, w ja­kiej się za­du­rzył - ja­kiej so­bie ży­czył; i ob­da­rzył cię min­ką, jak so­bie wy­obra­ża, mo­ral­ne­go po­wa­bu. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a był­by ze­psuł ob­raz. Ba­xter nie ma zbyt wiel­kiej wy­obraź­ni, gdyż taka mina, w grun­cie rze­czy, na ogół wy­ra­ża je­dy­nie bez­myśl­ność. Na szczę­ście ma ta­lent i jest praw­dzi­wym ar­ty­stą, więc wbrew so­bie na­ma­lo­wał do­bry por­tret.

Do ta­kich to ar­gu­men­tów mu­siał ucie­kać się John Len­nox, by zdła­wić świa­dec­two wła­snych zmy­słów. Lecz wiel­bi­ciel, gdy raz za­cznie wąt­pić, nie po­tra­fi prze­stać na za­wo­ła­nie. Mimo gor­li­wych wy­sił­ków, by ufać Ma­rian tak jak przed­tem, ak­cep­to­wać ją bez za­strze­żeń i bez wa­ha­nia, nie po­tra­fił stłu­mić od­ru­chu po­dejrz­li­wo­ści i nie­chę­ci. Czar prysł, a cza­ru nie da się po­now­nie skle­ić. Len­nox jak­by z dy­stan­su przy­glą­dał się twa­rzy bied­nej dziew­czy­ny, wa­żąc jej sło­wa, ana­li­zu­jąc my­śli i od­ga­du­jąc po­bud­ki.

Pod­da­na tej pró­bie, Ma­rian za­cho­wa­ła się wręcz he­ro­icz­nie. Czu­ła, że w ser­cu przy­szłe­go męża za­szła ja­kaś sub­tel­na zmia­na, któ­rej przy­czyn nie jest w sta­nie od­gad­nąć, lecz któ­ra naj­wy­raź­niej za­gra­ża jej per­spek­ty­wom. Coś mię­dzy nimi pę­kło; utra­ci­ła po­ło­wę swej wła­dzy. Wpa­dła w strasz­li­wy po­płoch, tym bar­dziej że nie­zwy­kła głę­bia oso­bo­wo­ści, któ­rą przez cały czas chęt­nie przy­pi­sy­wa­ła Len­no­xo­wi, te­raz mo­gła skry­wać ja­kiś śmia­ły a zło­wiesz­czy za­mysł. Czyż­by po pro­stu roz­wa­żał ze­rwa­nie? Czyż­by miał za­miar od­jąć jej od ust słod­ki, won­ny, ko­rzen­ny pu­char za­mąż­pój­ścia, sta­tus żony do­bro­dusz­ne­go mi­lio­ne­ra? Ob­rzu­ci­ła swą prze­szłość drżą­cym spoj­rze­niem, za­sta­na­wia­jąc się, czy Len­nox zna­lazł w niej ja­kąś ciem­ną pla­mę. Ale, w grun­cie rze­czy, czyż nie po­win­na za­żą­dać, by spró­bo­wał? Wła­ści­wie nie zro­bi­ła nic na­gan­ne­go. Jej hi­sto­ria nie mia­ła żad­nych wy­raź­nych skaz. Owszem, wsku­tek mo­ral­ne­go nie­chluj­stwa wid­nia­ły na niej pew­ne od­bar­wie­nia, lecz w po­rów­na­niu z prze­szło­ścią in­nych dziew­cząt pre­zen­to­wa­ła się cał­kiem nie­źle. Ma­rian dba­ła tyl­ko o przy­jem­no­ści, ale czyż nie do tego wy­cho­wy­wa­no mło­de pan­ny? Więc w za­sa­dzie chy­ba nie mu­sia­ła się przej­mo­wać? Za­pew­ni­ła się w du­chu, że nie musi; nie­mniej wy­czu­wa­ła, że gdy­by John jed­nak ze­rwał za­rę­czy­ny, zro­bił­by to z gór­no­lot­nych, ogól­nych po­wo­dów, a nie dla­te­go, że po­peł­ni­ła je­den wy­stę­pek mniej lub wię­cej. Zro­bił­by to po pro­stu dla­te­go, że prze­stał ją ko­chać. I nie na wie­le by się wów­czas zda­ło, gdy­by go upew­ni­ła, że jest go­to­wa ła­ska­wie przy­mknąć na to oko i od­stą­pić od wy­ma­gań ser­ca. Ale mimo ohyd­ne­go nie­po­ko­ju wciąż nie prze­sta­wa­ła się uśmie­chać.

Dni mi­ja­ły, a John nadal zga­dzał się być za­rę­czo­nym. Od sta­nu mał­żeń­skie­go dzie­lił ich już tyl­ko ty­dzień - sześć dni, pięć dni, czte­ry dni. Uśmiech pan­ny Eve­rett stał się mniej me­cha­nicz­ny. John naj­wi­docz­niej prze­cho­dził kry­zys - mo­ral­ny i in­te­lek­tu­al­ny kry­zys, nie­uchron­ny u czło­wie­ka o jego uspo­so­bie­niu, z któ­rym ona nie mia­ła nic wspól­ne­go. Po pro­stu w wi­gi­lię ślu­bu wej­rzał w swo­je ser­ce i od­kryw­szy, że jest już nie­mło­de i nie­skłon­ne do ka­pry­sów na­mięt­no­ści, po­sta­no­wił na­zwać rze­czy po imie­niu i przy­znać sam przed sobą, że w mał­żeń­stwie nie za­mie­rza kie­ro­wać się mi­ło­ścią, ale przy­jaź­nią i w pew­nym stop­niu roz­wa­gą. Nie przed­sta­wił Ma­rian owej zdro­wo­roz­sąd­ko­wej opi­nii tyl­ko ze wzglę­du na jej przy­pusz­czal­nie bar­dziej pod­nio­słe po­glą­dy na tę spra­wę. Ta­kie były do­mnie­ma­nia Ma­rian.

Len­nox wy­zna­czył dzień ślu­bu na ostat­ni czwar­tek paź­dzier­ni­ka. W pią­tek po­prze­dza­ją­ce­go ty­go­dnia, prze­cho­dząc Broad­way­em, zaj­rzał do Gou­pi­la, aby spraw­dzić, czy za­mó­wio­na do por­tre­tu rama jest go­to­wa. Ob­raz prze­wie­zio­no już do ga­le­rii; na proś­bę Ba­xte­ra i za zgo­dą Len­no­xa po opra­wie miał być na kil­ka dni umiesz­czo­ny w sali wy­sta­wo­wej. Len­nox wszedł na górę, aby go obej­rzeć.

Ob­raz tkwił na szta­lu­gach w głę­bi po­miesz­cze­nia, przed nim zaś sta­ło tro­je wi­dzów - dżen­tel­men oraz dwie damy. Poza tym ga­le­ria była pu­sta. Pod­cho­dząc bli­żej, Len­nox od­krył, że ów dżen­tel­men to Ba­xter, ten zaś nie­zwłocz­nie przed­sta­wił przy­ja­cie­la swo­im to­wa­rzysz­kom. W młod­szej Len­nox roz­po­znał na­rze­czo­ną ar­ty­sty; star­sza, jej sio­stra, była bla­dą nie­ład­ną ko­bie­tą o nie­zdro­wym wy­glą­dzie, któ­ra zaj­mo­wa­ła po­da­ne jej krze­sło, nie po­dej­mu­jąc prób roz­mo­wy. Ba­xter wy­ja­śnił, że pa­nie do­pie­ro w przed­dzień przy­by­ły z Eu­ro­py, więc przede wszyst­kim chciał im po­ka­zać swo­je ar­cy­dzie­ło.

- Sa­rah - po­wie­dział - bar­dzo chwa­li mo­del­kę z wiel­kim uszczerb­kiem dla ko­pii.

Sa­rah była wy­so­ką, czar­no­wło­są dziew­czy­ną lat oko­ło dwu­dzie­stu, o nie­re­gu­lar­nych ry­sach i lśnią­cych ciem­nych oczach, bły­ska­ją­cą bia­ły­mi zę­ba­mi w pro­mien­nym uśmie­chu - czy­li oso­bą ze wszech miar wspa­nia­łą. Zwra­ca­jąc się do Len­no­xa ze szcze­rą sym­pa­tią, po­wie­dzia­ła głę­bo­kim, dźwięcz­nym gło­sem:

- Musi być bar­dzo pięk­na.

- Owszem, jest bar­dzo pięk­na - od­rzekł Len­nox, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od jej mi­łej twa­rzy. - Musi pani ją po­znać - ona musi po­znać pa­nią.

- Z pew­no­ścią bar­dzo chcia­ła­bym ją zo­ba­czyć.

- To jest nie­mal rów­nie do­bre - oświad­czył Len­nox, wska­zu­jąc ob­raz. - Ba­xter to ist­ny ge­niusz.

- Wiem, że pan Ba­xter jest ge­nial­ny. Ale, ko­niec koń­ców, czym­że jest ob­raz? Od dwóch lat oglą­dam wy­łącz­nie ob­ra­zy, a nie wi­dzia­łam ani jed­nej ład­nej dziew­czy­ny.

Mło­da ko­bie­ta wpa­try­wa­ła się w por­tret z wy­raź­nym za­chwy­tem, póki więc Ba­xter za­ję­ty był roz­mo­wą z dru­gą damą, Len­nox ob­rzu­cił jego fian­cée dłu­gim, ukrad­ko­wym spoj­rze­niem. Przy­bli­ży­ła się do wi­ze­run­ku Ma­rian; dwie gło­wy, re­al­na i wy­obra­żo­na, zna­la­zły się tuż obok sie­bie i przez chwi­lę twarz dziew­czy­ny, kwit­ną­ca świe­żo­ścią i sil­nym oży­wie­niem, jak­by przy­ćmi­ła li­nie i bar­wy na płót­nie. Lecz w na­stęp­nej chwi­li, pod wzro­kiem Len­no­xa, ró­ża­ny krąg ob­li­cza Ma­rian roz­ja­rzył się nie­ubła­ga­ną ostro­ścią, a jej bez­tro­skie nie­bie­skie źre­ni­ce z po­ufa­łym cy­ni­zmem spoj­rza­ły mu w oczy.

Rap­tow­nie po­że­gnał się z to­wa­rzy­stwem i ru­szył ku wyj­ściu. Na­gle przy­sta­nął. Tuż przy drzwiach wi­siał na ścia­nie ob­raz Ba­xte­ra Moja ostat­nia księż­na. Len­nox za­stygł, zdu­mio­ny. To mia­ła być ta twarz i po­stać, któ­ra jesz­cze mie­siąc temu przy­po­mnia­ła mu jego wy­bran­kę? Gdzie się po­dzia­ło po­do­bień­stwo? Znik­nę­ło tak cał­ko­wi­cie, jak­by nig­dy nie ist­nia­ło. Co wię­cej, ob­raz był znacz­nie słab­szy od no­we­go por­tre­tu. Len­nox obej­rzał się na Ba­xte­ra, czu­jąc lek­ką po­ku­sę, by za­żą­dać wy­ja­śnie­nia albo przy­najm­niej dać wy­raz kon­ster­na­cji. Ale Ba­xter i jego uko­cha­na, po­chy­le­ni roz­kosz­nie skroń w skroń, oglą­da­li ja­kiś drob­ny szkic, za­wie­szo­ny tuż nad pod­ło­gą.

Trud­no po­wie­dzieć, jak mi­nął ten ty­dzień. Były mo­men­ty, gdy Len­nox miał uczu­cie, że wo­lał­by śmierć od tego bez­dusz­ne­go związ­ku, któ­ry te­raz wy­da­wał się nie­unik­nio­ny; że je­dy­ne moż­li­we wyj­ście to prze­pi­sać na Ma­rian cały ma­ją­tek i skoń­czyć ze sobą. Były też inne chwi­le, kie­dy wła­ści­wie go­dził się z lo­sem. Wy­star­czy­ło, by ze­brał w wiąz­kę swo­je daw­ne chę­ci i ma­rze­nia, zła­mał je na ko­la­nie, a by­ło­by po wszyst­kim. Czyż nie mógł w ich miej­sce uzbie­rać ślicz­ne­go pęku umiar­ko­wa­nych, ra­cjo­nal­nych ocze­ki­wań i zwią­zać go ślub­ną wstąż­ką? Jego mi­łość umar­ła, jego mło­dość umar­ła - i tyle. Nie mu­siał prze­cież ro­bić z tego tra­ge­dii. Uczu­cie, któ­re­mu uległ, mia­ło wi­dać nie­wiel­ką wi­tal­ność; a sko­ro nie było dłu­go­wiecz­ne, może le­piej, że od­da­ło du­cha jesz­cze przed ślu­bem. Co się ty­czy mał­żeń­stwa, mu­sia­ło do nie­go dojść, gdyż nie­ko­niecz­nie cho­dzi­ło tu o mi­łość. Bru­tal­na kon­se­kwen­cja, któ­ra mu­sia­ła­by, z ko­niecz­no­ści, prze­kre­ślić przy­szłość Ma­rian, nie le­ża­ła w na­tu­rze Len­no­xa. Je­śli po­my­lił się co do niej, je­śli ją prze­ce­nił, był sam so­bie wi­nien; po­stą­pił­by bez­względ­nie, ka­żąc jej za to pła­cić. Ja­kie­kol­wiek po­peł­nia­ła uchy­bie­nia, ro­bi­ła to cał­ko­wi­cie mi­mo­wol­nie, po­nad­to było ja­sne, że mia­ła wo­bec nie­go jak naj­lep­sze za­mia­ry. Na to­wa­rzysz­kę się nie nada­wa­ła, lecz przy­najm­niej zy­ski­wał wier­ną żonę.

Z po­mo­cą tej po­nu­rej lo­gi­ki Len­nox ja­koś do­trwał do wi­gi­lii za­ślu­bin. Przez cały po­prze­dza­ją­cy ty­dzień jego za­cho­wa­nie wo­bec pan­ny Eve­rett było nie­złom­nie życz­li­we i czu­łe. Uwa­żał, że tra­cąc jego mi­łość, utra­ci­ła wiel­ki skarb, ofia­ro­wał jej więc w za­mian swe nie­słab­ną­ce od­da­nie. Py­ta­ny przez Ma­rian o swo­je znu­że­nie od­po­wia­dał, że nie­zbyt do­brze się czu­je. W śro­dę po po­łu­dniu do­siadł ko­nia i po­je­chał na dłu­gą prze­jażdż­kę. Kie­dy wró­cił o za­cho­dzie słoń­ca, w holu po­wi­ta­ła go sta­ra go­spo­dy­ni.

- Pro­szę pana - oznaj­mi­ła - wła­śnie przy­sła­li por­tret pan­ny Eve­rett w prze­pięk­nej ra­mie. Nie wy­dał pan żad­nych po­le­ceń, więc po­zwo­li­łam so­bie ka­zać go za­nieść do bi­blio­te­ki. Wy­da­je mi się - star­sza pani uśmiech­nę­ła się z sza­cun­kiem - że naj­bar­dziej chciał­by pan go wi­dzieć w swo­im po­ko­ju.

Len­nox wszedł do bi­blio­te­ki. Ob­raz stał na pod­ło­dze, za opar­ciem wy­so­kie­go fo­te­la pod oknem, oświe­tlo­ny ostat­ni­mi, po­zio­my­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca. Len­nox pa­trzył nań przez chwi­lę z wy­mi­ze­ro­wa­ną twa­rzą.

- Trud­no! - rzekł wresz­cie. - Ma­rian musi być taka, jaką ją Pan Bóg stwo­rzył; ale cie­bie, wstręt­na kre­atu­ro, nie mogę ani ko­chać, ani sza­no­wać!

Ro­zej­rzał się wo­kół z roz­pacz­li­wą zło­ścią, aż wresz­cie jego wzrok padł na dłu­gi, cien­ki szty­let, dar przy­ja­cie­la, ku­pio­ny na Da­le­kim Wscho­dzie, le­żą­cy jako de­ko­ra­cja na pół­ce nad ko­min­kiem. Po­rwał go, z bar­ba­rzyń­ską ucie­chą wbił ostrze pro­sto w ślicz­ną twarz wi­ze­run­ku i ciął w dół, ro­biąc dłu­gą szcze­li­nę w ży­wym płót­nie. Na­stęp­nie kil­ko­ma cio­sa­mi w za­pa­mię­ta­niu roz­darł ob­raz w po­przek. Czyn ten przy­niósł mu ol­brzy­mią ulgę.

Nie mu­szę chy­ba do­da­wać, że na­za­jutrz Len­nox się oże­nił. Gdy po­przed­nie­go wie­czo­ra wy­cho­dził z bi­blio­te­ki, za­mknął drzwi na klucz. Miał go w kie­szon­ce ka­mi­zel­ki, sto­jąc przy oł­ta­rzu. A po­nie­waż bez­po­śred­nio po ce­re­mo­nii wy­je­chał z mia­sta, los por­tre­tu po­zna­no do­pie­ro po jego po­wro­cie, dwa ty­go­dnie póź­niej. Nie ma tu po­trze­by re­la­cjo­no­wać, jak wy­ja­śnił Ma­rian swój wy­czyn i w jaki spo­sób ujaw­nił go Ba­xte­ro­wi. W każ­dym ra­zie ro­bił do­brą minę do złej gry. Krą­żą po­gło­ski, że za­pła­cił ma­la­rzo­wi ogrom­ną sumę pie­nię­dzy; kwo­ta z pew­no­ścią jest prze­sa­dzo­na, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że mu­sia­ła być bar­dzo duża. Jak mu się ukła­da - lub bę­dzie się ukła­dać - w mał­żeń­stwie, tego na ra­zie nie da się okre­ślić. Jest żo­na­ty za­le­d­wie od trzech mie­się­cy.

1868