Opowiadania najlepsze - Harlan Ellison

Kup ebooka

54.99 zł
42.89 zł (32,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

J. Michael Stra­czyn­ski

Hej, ty!

Tak, ty!

Czuję twój ból. Wiem, przez co prze­cho­dzisz.

Myślisz sobie: "Jak to moż­liwe, że ja, podróż­nik po naj­dal­szych krań­cach tego świata, zna­jący tajne hasło wstępu do ukry­tego mia­sta pod Dża­kartą, wie­le­kroć podró­żu­jący z mni­chami i pro­ro­kami z tuzina kra­jów, nad wiek oświe­cony i mądry, co sku­tecz­nie wyko­rzy­sta­łem prze­ciwko zabój­com wysła­nym (na próżno), by zapo­biec roz­po­wszech­nie­niu tej wie­dzy, jak to moż­liwe, że dotych­czas nie sły­sza­łem o Har­la­nie Elli­so­nie?".

Myślisz sobie: "Jak to moż­liwe, że ja, bon vivant ceniony przez biz­nes­me­nów, duchow­nych i poli­ty­ków, zapra­szany na naj­wspa­nial­sze przy­ję­cia (włącz­nie z tymi, o któ­rych nikt nie powi­nien wie­dzieć) (a szcze­gól­nie te), gdzie sztuka jest ceniona nade wszystko, nie znam dzieł autora, który napi­sał ponad 1700 opo­wia­dań, nowel, sce­na­riu­szy tele­wi­zyj­nych i arty­ku­łów, zdo­by­wa­jąc przy tym wię­cej nagród, i to róż­no­rod­nych, niż któ­ry­kol­wiek inny pisarz, żywy, mar­twy lub zamie­niony w zombi?".

Myślisz sobie: "Jak ktoś tak poli­tycz­nie i spo­łecz­nie uświa­do­miony jak ja, ocho­czo wal­czący z cen­zurą, mizo­gi­nią, rasi­zmem oraz innymi spo­łeczno-poli­tycz­nymi paskudz­twami, które zbyt długo sta­wiały nas pod ścianą, mógł prze­oczyć opo­wie­ści czło­wieka, który masze­ro­wał z Mar­ti­nem Luthe­rem Kin­giem w Sel­mie, popie­rał sprawę femi­ni­stek, wojo­wał z sie­ciami tele­wi­zyj­nymi i wydaw­cami o cen­zurę, regu­lar­nie poja­wiał się w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych oraz mia­stecz­kach uni­wer­sy­tec­kich, by potę­piać kor­po­ra­cyjną chci­wość, wyzysk arty­stów, korup­cję na naj­wyż­szych szcze­blach wła­dzy, i był na liście wro­gów co naj­mniej jed­nego pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych?".

Jed­nak przede wszyst­kim myślisz sobie: "Czy jest ziarno prawdy w plot­kach, że był ele­gan­tem i pie­kiel­nie dobrym tan­ce­rzem?".

Tak... jak naj­bar­dziej.

A nie natra­fi­li­ście wcze­śniej na jego nazwi­sko z pew­nego kon­kret­nego powodu.

Har­lan był obra­zo­burcą, wichrzy­cie­lem, pod­że­ga­czem i siłą natury, ale przede wszyst­kim był arty­stą uzbro­jo­nym w bar­dzo kla­rowną wizję tego, w jaki spo­sób jego dzieła mają być publi­ko­wane, od okładki po rodzaj czcionki, jakość papieru i naj­drob­niej­sze niu­anse inter­punk­cji. Cho­ciaż nie­któ­rzy wydawcy godzili się z tą wizją, zawsze wią­zała się z walką, a zwy­cię­stwa były nie­ustan­nie kom­pli­ko­wane przez wydaw­ców, agen­tów oraz przy­pad­ko­wych kopi­stów, któ­rzy nie rozu­mieli lub po pro­stu nie dbali o zacho­wa­nie inte­gral­no­ści dzieł i dla­tego robili, co chcieli. Bata­lie Har­lana o swo­bodę lite­racką, prze­ciwko kor­po­ra­cyj­nej głu­po­cie i zachłan­no­ści, były legen­darne.

Jed­nak także wyczer­pu­jące.

Spró­buj być czem­pio­nem dobra swej epoki. Po pew­nym cza­sie nawet naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wany z nas zechce wziąć wolny dzień, żeby posie­dzieć na słońcu i poczy­tać książkę. (Wpad­nij kie­dyś do mnie, żeby wysłu­chać opo­wie­ści o Har­la­nie, nie­słow­nym wydawcy, mar­twym suśle, 213 cegłach, pape­te­rii Donny'ego Osmonda i litew­skim płat­nym zabójcy).

Zamiast tra­cić czas, ener­gię i zdro­wie na boje z wydaw­cami, czyli mar­no­wać siły, które lepiej byłoby spo­żyt­ko­wać na walkę w słusz­nej spra­wie z cen­zurą i niespra­wiedliwością, Har­lan zaczął wyda­wać swoje dzieła w ogra­ni­czo­nych nakła­dach pozwa­la­ją­cych mu zacho­wać nad nimi cał­ko­witą kon­trolę, od początku do końca. Były tak wspa­niałe i piękne, że ich nie­liczne zacho­wane egzem­pla­rze zwy­kle są sprze­da­wane za tysiące dola­rów.

Jed­nak Har­la­nowi nie cho­dziło o pie­nią­dze. Nie ozna­cza to, że pie­nią­dze są nie­do­bre lub pisa­rzom nie powinno się pła­cić (kolejna nie­ustanna bata­lia), tylko że dla każ­dego arty­sty dzieło powinno mieć pry­mat nad zapłatą. Ponie­waż kiedy się ukaże, nikogo nie obcho­dzi, ile zaro­bi­łeś pie­nię­dzy, jakim jeź­dzisz samo­cho­dem lub jak uro­czo wyglą­dasz w kape­lu­szu bor­sa­lino prze­krzy­wio­nym w zawa­diacki spo­sób. Liczy się jedy­nie jakość dzieła, ponie­waż tylko ono prze­żyje arty­stę.

Widzi­cie, Har­lan był ate­istą. Nie wie­rzył w życie poza­gro­bowe, w któ­rym znaj­dziemy odku­pie­nie lub prze­ba­cze­nie błę­dów i przy­pad­ko­wych okru­cieństw popeł­nio­nych za życia. Wie­rzył, że należy sta­rać się ulep­szać czło­wieka tu i teraz, a nie w nie­zna­nej otchłani po tam­tej stro­nie. W imię tego poświę­cał swoje pie­nią­dze, bez­pie­czeń­stwo, a kil­ka­krot­nie nawet nara­żał życie. Opo­wia­dał się za pra­wami oby­wa­tel­skimi i ogra­ni­cze­niem prawa do posia­da­nia broni wtedy, gdy było to nie­bez­pieczne, w wyniku czego: a) ktoś strze­lił do niego, gdy prze­ma­wiał prze­ciwko aktom prze­mocy z uży­ciem broni, b) z dumą masze­ro­wał u boku Mar­tina Luthera Kinga w Sel­mie. Nie­ustan­nie współ­pra­co­wał ze zwal­cza­jącą cen­zurę na świe­cie PEN Inter­na­tio­nal, za co otrzy­mał Nagrodę Silver Pen.

Har­lan był także zago­rza­łym femi­ni­stą, który usil­nie sta­rał się pod­nieść pozy­cję auto­rek science fic­tion w cza­sach, gdy ten gatu­nek był zdo­mi­no­wany przez męż­czyzn. Jed­nym z przy­kła­dów jest Octa­via Butler. Jed­nak jego zaan­ga­żo­wa­nie znacz­nie wykra­czało poza zwy­kłą obronę i popar­cie. W 1978 roku, w szczy­to­wym momen­cie zma­gań o wpro­wa­dze­nie poprawki doty­czą­cej rów­no­upraw­nie­nia (zma­gań, które, co smutne i nie­wia­ry­godne, trwają do dziś), Har­lan został zapro­szony jako gość hono­rowy na ogromny kon­went SF w Pho­enix w Ari­zo­nie. Gdy Ari­zona zagło­so­wała za odmową raty­fi­ka­cji tej poprawki, a Naro­dowa Orga­ni­za­cja Kobiet ogło­siła boj­kot eko­no­miczny, zamiast nie brać udziału w tym zlo­cie, bo roz­cza­ro­wa­łoby to tysiące fanów, posta­no­wił pod­jąć jed­no­oso­bową akcję pro­te­sta­cyjną, a mia­no­wi­cie nie wydać w Ari­zo­nie ani pensa. Wyna­jął kam­per, zała­do­wał do niego mnó­stwo goto­wych dań i hek­to­li­try butel­ko­wa­nej wody (przez całe życie był abs­ty­nen­tem), po czym poje­chał z Los Ange­les do Pho­enix i zatan­ko­wał przed prze­kro­cze­niem gra­nicy stanu. Odmó­wił sko­rzy­sta­nia z pro­po­no­wa­nego mu na koszt orga­ni­za­to­rów kon­wentu pokoju hote­lo­wego i spę­dził naj­go­ręt­szy tydzień naj­skwar­niej­szego od bar­dzo dawna lata w Pho­enix w maleń­kim kam­perze, przez cały czas ści­śle współ­pra­cu­jąc z Naro­dową Orga­ni­za­cją Kobiet oraz wyja­śnia­jąc pra­sie boj­kot Ari­zony i jego powód.

Dla Har­lana nie liczyło się to, że ktoś mówił, że w coś wie­rzy. Istotne było to, w jakim stop­niu ten ktoś był gotowy się nara­zić, zary­zy­ko­wać dzia­ła­nie, zająć sta­no­wi­sko wtedy, gdy była to naj­trud­niej­sza decy­zja z moż­li­wych. W takich chwi­lach dowia­du­jesz się, kim naprawdę jesteś. Dla­tego prze­ma­wiał prze­ciwko rasi­zmowi i mizo­gi­nii nie tylko w mia­stecz­kach uni­wer­sy­tec­kich, ale na posie­dze­niach kor­po­ra­cji, na uli­cach Selmy i w gabi­ne­tach dyrek­to­rów sieci tele­wi­zyj­nych. Nie­ważne, jeśli w rezul­ta­cie tra­cił zle­ce­nia. To było słuszne, więc to robił. Tę samą zasadę sto­so­wał w pracy. W swo­ich opo­wia­da­niach poru­szał kon­tro­wer­syjne i postę­powe tematy w spo­sób, o jakim przed­tem nikt nawet nie pomy­ślał. Takie podej­ście dopro­wa­dziło do naro­dzin nowo­fa­lo­wej fan­ta­styki nauko­wej, co na zawsze zmie­niło ten gatu­nek lite­ra­tury.

Wszystko to okrężną drogą pro­wa­dzi do odpo­wie­dzi na pyta­nia posta­wione na początku tej przed­mowy. Nie sły­sze­li­ście o Har­la­nie Elli­so­nie, ponie­waż doko­naw­szy tych nie­zwy­kłych rze­czy, ostat­nie trzy dekady swego życia spę­dził na iście salin­ge­row­skim wygna­niu ze świata lite­ra­tury głów­nego nurtu. Wła­śnie w tym cza­sie Har­lan stał się moim przy­ja­cie­lem, cho­ciaż poprzez jego twór­czość zna­łem go od wielu lat, pod­czas któ­rych zupeł­nie nie­świa­do­mie był moim men­to­rem. Jego odwaga i wytrwa­łość doda­wały mi sił, jego mądrość budziła sza­cu­nek, lojal­ność inspi­ro­wała, a eks­cen­trycz­ność iry­to­wała mnie, ale ni­gdy nie zra­żała, ponie­waż zawsze i nie­zmien­nie miał serce we wła­ści­wym miej­scu.

Teraz, po jego nie­daw­nej śmierci, w któ­rej wyniku wyzna­czono mnie zarządcą fun­da­cji Har­lana i Susan Elli­so­nów, czas przy­po­mnieć światu zbiór jego naj­lep­szych, peł­nych życia i czę­sto kon­tro­wer­syj­nych opo­wia­dań, wciąż sta­no­wią­cych wyzwa­nie dla czy­tel­ni­ków i może nawet jesz­cze bar­dziej waż­nych niż kie­dyś.

Są to opo­wia­da­nia o zachwy­cie, utra­cie, miło­ści, tęsk­no­cie, gro­zie i rado­ści, napi­sane z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że możemy i powin­ni­śmy być lepsi, niż jeste­śmy.

Prze­waż­nie są to opo­wia­da­nia z pazu­rem. Nawet te zabawne.

Szcze­gól­nie te zabawne.

Dotych­czas nie sły­sze­li­ście o Har­la­nie Elli­so­nie.

Nic nie szko­dzi.

Ponie­waż podróż do nie­zna­nych świa­tów, które stwo­rzył, znów się zaczyna, już teraz, na następ­nych stro­nach.

Szczę­śli­wej podróży!

Kajaj się, Arlekinie - rzekł Tiktaktor

Zawsze są tacy, któ­rzy pytają, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Tym, któ­rzy muszą pytać, któ­rzy potrze­bują kropki nad i oraz chcą wie­dzieć, w czym rzecz, przy­po­mi­nam:

Tak więc ogromna więk­szość ludzi służy pań­stwu raczej nie jako osoby, lecz maszyny mające ciała. Są zbrojną armią, pospo­li­tym rusze­niem, klucz­ni­kami, kon­sta­blami, oddzia­łami pości­go­wymi i tak dalej. Prze­waż­nie nie korzy­stają ze swo­body wyboru w kwe­stii osądu czy moral­no­ści; przez to zrów­nują się pozio­mem z drew­nem, zie­mią i kamie­niami; a zapewne można by pro­du­ko­wać drew­nia­nych ludzi, któ­rzy rów­nie dobrze speł­nia­liby te zada­nia. Tacy nie budzą więk­szego sza­cunku niż ludzie ze słomy lub gliny. Są tyleż samo warci, co konie i psy. Nawet jed­nak oni są uwa­żani za dobrych oby­wa­teli. Inni - w więk­szo­ści usta­wo­dawcy, poli­tycy, praw­nicy, mini­stro­wie i urzęd­nicy - służą pań­stwu głów­nie swo­imi umy­słami, a ponie­waż rzadko mie­wają moralne dyle­maty, rów­nie dobrze mogą nie­świa­do­mie słu­żyć dia­błu, co Bogu. Bar­dzo nie­liczni - herosi, patrioci, męczen­nicy, sze­roko pojęci refor­ma­to­rzy i ludzie, służą pań­stwu także swymi sumie­niami, tak więc z koniecz­no­ści sta­wiają mu opór i prze­waż­nie są trak­to­wani prze­zeń jak wro­go­wie.

Henry David Tho­reau

O oby­wa­tel­skim nie­po­słu­szeń­stwie

Oto sedno sprawy. Teraz zacznijmy od środka, a póź­niej poznamy począ­tek; koniec sam o sie­bie zadba.

Ponie­waż ten świat był, jaki był, taki, jakiemu pozwo­lili się stać, całymi mie­sią­cami te dzia­ła­nia nie zwró­ciły uwagi i nie zanie­po­ko­iły Tych, Któ­rzy Utrzy­mują Machinę w Ruchu - tych, któ­rzy sma­rują naj­lep­szym sma­ro­wi­dłem mimo­środy i sprę­żyny napę­dowe sys­temu. I dopiero gdy było oczy­wi­ste, że w jakiś nie­wia­domy spo­sób stał się cele­brytą, a może nawet boha­te­rem dla (jak to nie­uchron­nie nazwała Admi­ni­stra­cja) "roz­chwia­nej emo­cjo­nal­nie czę­ści spo­łe­czeń­stwa" - dopiero wtedy prze­ka­zano tę sprawę Tik­tak­to­rowi i jego machi­nie praw­nej. Tylko że wtedy, ponie­waż ten świat był, jaki był, i w żaden spo­sób nie mogli prze­wi­dzieć poja­wie­nia się kogoś takiego - jakby zarazka dawno zwal­czo­nej cho­roby, nie­spo­dzie­wa­nie odro­dzo­nej w orga­ni­zmie, który stra­cił już nań odpor­ność - pozwo­lono mu stać się aż nadto rze­czy­wi­stym. Teraz miał formę i treść.

Stał się oso­bo­wo­ścią, czymś, co odfil­tro­wali z sys­temu kil­ka­dzie­siąt lat temu. A jed­nak poja­wił się i był - bar­dzo kon­kretna i impo­nu­jąca oso­bo­wość. W pew­nych krę­gach - głów­nie klasy śred­niej - uznano to za nie­smaczne. Wul­gar­nie osten­ta­cyjne. Anar­chi­styczne. Haniebne. W innych tylko szy­dzono; w tych krę­gach, w któ­rych myśl jest pod­po­rząd­ko­wana for­mie i rytu­ałowi, niu­an­som i dobrym manie­rom. Ale w niż­szych, na dole, gdzie ludzie zawsze potrze­bo­wali świę­tych i grzesz­ni­ków, chleba i igrzysk, swo­ich boha­te­rów i łotrów, tam uwa­żano go za Bolívara, Robin Hooda, Dicka Bonga (Asa nad Asami), Jezusa lub Jomo Keny­attę.

A na górze - gdzie każdy wstrząs, każde drgnię­cie grozi wywró­ce­niem łodzi i pozba­wie­niem boga­tych wła­dzy - uwa­żano go za wywro­towca, here­tyka, rebe­lianta, nie­go­dziwca, zagro­że­nie. Był powszech­nie znany na wszyst­kich szcze­blach dra­biny spo­łecz­nej, ale istotne były reak­cje tych na górze i tych na dole. Na samym szczy­cie i na samym dnie.

Tak więc jego akta, wraz z chro­no­kartą i kar­dio­płytą, prze­ka­zano do biura Tik­tak­tora.

Tik­tak­tor: mający ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, czę­sto mil­czący, cicho mru­czący, gdy wszystko było na czas. Tik­tak­tor.

Nawet w tych gabi­ne­tach hie­rar­chów, gdzie strach gene­ro­wano, a rzadko odczu­wano, nazy­wano go Tik­tak­to­rem. Nikt jed­nak nie ośmie­lał się tak do niego zwra­cać.

Nie zwra­casz się do czło­wieka po imie­niu, któ­rego nie­na­wi­dzi, gdy ten czło­wiek, skryty za swoją maską, może anu­lo­wać minuty, godziny, dni i noce, lata two­jego życia. Tak więc nazy­wano go Naj­wyż­szym Tem­po­ra­to­rem. Tak było bez­piecz­niej.

- Tu jest, czym on jest - rzekł Tik­tak­tor z nie­uda­waną łagod­no­ścią - ale nie kim. Na chro­no­kar­cie, którą trzy­mam w lewej ręce, jest nazwi­sko, lecz ono mówi, czym, a nie kim on jest. Kar­dio­płyta, którą trzy­mam w pra­wej ręce, rów­nież nosi nazwę, lecz nie kogoś, a tylko cze­goś. Zanim będę mógł wyko­nać prze­pi­sowe anu­lo­wa­nie, muszę wie­dzieć, kim to jest.

A do swo­jego per­so­nelu, wszyst­kich tych dono­si­cieli, waze­li­nia­rzy i obi­bo­ków, rzekł:

- Kim jest ten Arle­kin?

Nie pomru­ki­wał łagod­nie. Zazgrzy­tały tryby czasu.

Była to jed­nakże naj­dłuż­sza jed­no­ra­zowa wypo­wiedź, jaką kie­dy­kol­wiek od niego usły­szeli - cały jego per­so­nel: kapu­sie, sie­pa­cze, dono­si­ciele, waze­li­nia­rze, tylko nie obi­boki, bo ci zwy­kle i tak gdzieś się szwen­dali. Ale nawet oni pospie­szyli szu­kać odpo­wie­dzi.

Kim jest ten Arle­kin?

Wysoko nad trze­cim pozio­mem mia­sta przy­cup­nął na skrzy­pią­cej, obu­do­wa­nej alu­mi­nium plat­for­mie łodzi powietrz­nej (Phi! Łódź powietrzna, aku­rat! Tak naprawdę roz­te­le­pany rzęch z przy­mo­co­wa­nym sil­ni­kiem holow­nika) i spoj­rzał na roz­miesz­czone równo jak na obra­zie Mon­driana zabu­do­wa­nia.

Gdzieś w pobliżu roz­brzmie­wało ryt­miczne lewa-prawa-lewa czła­pa­nie teni­só­wek zmiany masze­ru­ją­cej o 14:47 do fabryki łożysk tocz­nych Tim­kina. Dokład­nie minutę póź­niej usły­szał cich­sze prawa-lewa-prawa wra­ca­ją­cej do domów załogi z 5:00.

Na jego ogo­rza­łej twa­rzy poja­wił się figlarny uśmiech, na moment uwi­dacz­nia­jący dołeczki w policz­kach. Następ­nie podra­pał się po pokry­tej strze­chą kasz­ta­no­wych wło­sów gło­wie i poru­szył ramio­nami w swym bła­zeń­skim stroju, jakby przy­go­to­wu­jąc się na to, co miało nadejść, po czym pchnął dżoj­stik i pochy­lił się na wiatr, gdy łódź powietrzna runęła w dół. Prze­śli­znął się nad rucho­mym chod­ni­kiem tak, by zwi­chrzyć kitki mod­ni­siom, a potem wetknął kciuki w swe wiel­kie uszy, wysta­wił język, prze­wró­cił oczami i zapisz­czał jak prze­pra­co­wana maszyna. To była maleńka dywer­sja. Jedna osoba potknęła się i upa­dła, roz­rzu­ca­jąc pakunki na wszyst­kie strony; inna się posi­kała, a jesz­cze inna zemdlała i chod­nik zatrzy­mał się auto­ma­tycz­nie, żeby obsługa mogła ją zre­su­scy­to­wać. To była maleńka dywer­sja.

Potem wykrę­cił, odla­tu­jąc na zbłą­ka­nym podmu­chu wia­tru, i znikł. Hej-ho! Gdy omi­jał gzyms gma­chu Insty­tutu Badań nad Prze­pły­wem Czasu, ujrzał zmianę wcho­dzącą wła­śnie na chod­nik. W wyćwi­czony spo­sób, z ide­alną oszczęd­no­ścią ruchów, weszli na wolny pas i (rzę­dem przy­po­mi­na­ją­cym zespół rewiowy z filmu Busby'ego Ber­ke­leya z przed­po­to­po­wych lat trzy­dzie­stych) ostroż­nie prze­su­nęli się w poprzek pasm, aż dotarli na eks­pre­sowe.

I znów, w prze­wi­dy­wa­niu dal­szego ciągu, poja­wił się ten figlarny uśmiech, który uka­zy­wał brak trzo­nowca po lewej stro­nie. Zanur­ko­wał i śli­zgiem pole­ciał ku nim, a potem, kuląc się w łodzi, wyjął zatyczki klap, zapo­bie­ga­jące przed­wcze­snemu uwol­nie­niu ładunku z pojem­ni­ków domo­wej roboty. Kiedy je wycią­gał, łódź powietrzna prze­la­ty­wała wła­śnie nad robot­ni­kami i na eks­pre­sowy pas spły­nęła kaskada żel­ków warta sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów.

Żelki! Miliony i miliardy pur­pu­ro­wych, żół­tych, zie­lo­nych, lukre­cjo­wych, wino­gro­no­wych, mali­no­wych i mię­to­wych kulek, gład­kich i chru­pią­cych z zewnątrz, a mięk­kich i słod­kich w środku, pod­ska­ku­ją­cych, tur­ko­czą­cych, toczą­cych się, grze­cho­czą­cych i stu­ko­czą­cych, spa­dały na głowy i ramiona, na kaski i kom­bi­ne­zony robot­ni­ków Tim­kina, pobrzę­ki­wały na chod­niku, odbi­jały się i tur­lały pod nogami, po dro­dze wypeł­niały niebo wszyst­kimi kolo­rami rado­ści, dzie­ciń­stwa i waka­cji, spa­dały ulew­nym desz­czem, wart­kim poto­kiem barw i słod­ko­ści wprost z nie­bios, wno­siły w ten świat roz­wagi i usta­lo­nego porządku roz­sza­lałą kukuł­czą nowość. Żelki!

Zasy­py­wani nimi robot­nicy buczeli, śmiali się i zła­mali szyk, a żelki dostały się do mecha­ni­zmu rucho­mych chod­ni­ków, po czym roz­legł się potworny pisk jakby miliona paznokci skro­bią­cych ćwierć miliona tablic, póź­niej zgrzyty i trza­ski, a potem wszyst­kie chod­niki gwał­tow­nie się zatrzy­mały i wszy­scy pospa­dali z nich w tę czy tamtą stronę, two­rząc nie­sa­mo­wity gali­ma­tias, wciąż jesz­cze śmie­jąc się i wrzu­ca­jąc do ust drobne perełki żel­ków w paste­lo­wych kolo­rach. To było święto, radość, zupełne sza­leń­stwo, chi­chot. Jed­nak...

Zmiana opóź­niła się o sie­dem minut.

Robot­nicy wró­cili do domów sie­dem minut póź­niej.

Reali­za­cja ogól­nego har­mo­no­gramu prze­su­nęła się o sie­dem minut.

Limity zostały prze­kro­czone z powodu nie­dzia­ła­ją­cych chod­ni­ków o sie­dem minut.

Oba­lił pierw­szą kostkę domina w sze­regu i - klik, klik, klik - wszyst­kie pozo­stałe też się wywró­ciły.

Sys­tem zaro­bił sie­dem minut prze­rwy w funk­cjo­no­wa­niu. Drobna sprawa, nie­warta uwagi, ale w spo­łe­czeń­stwie, któ­rego głów­nymi siłami napę­do­wymi były porzą­dek, jed­ność, rów­ność oraz sprawne i punk­tu­alne dzia­ła­nie, a upły­wowi czasu odda­wano boską cześć, była to praw­dziwa kata­strofa.

Dla­tego kazano mu się sta­wić przed Tik­tak­to­rem. Nadano tę wia­do­mość na wszyst­kich kana­łach sieci. Kazano mu się sta­wić tam o 19:00 - i to cho­ler­nie punk­tu­al­nie. Cze­kali na niego i cze­kali, ale nie poka­zał się do dzie­sią­tej trzy­dzie­ści i dopiero wtedy odśpie­wał krótką pio­senkę o świe­tle księ­życa nad jakimś miej­scem, o któ­rym nikt ni­gdy nie sły­szał, zwa­nym Ver­mon­tem, po czym ponow­nie znik­nął. Ale oni wszy­scy cze­kali na niego od siód­mej, więc dia­bli wzięli ich har­mo­no­gramy. Na­dal więc pozo­sta­wało aktu­alne pyta­nie: kim jest ten Arle­kin?

Jed­nak nie­za­da­nym (i waż­niej­szym) pyta­niem było: jak to się stało, że roze­śmiany, nie­od­po­wie­dzialny, wyga­du­jący bzdury dow­cip­niś był w sta­nie naru­szyć cały nasz kul­tu­ralny i eko­no­miczny ład za pomocą żel­ków za sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów...

Na miłość boską, żelki! Czy­ste sza­leń­stwo! Skąd wziął pie­nią­dze na to, by kupić żelki za sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów? (Wie­dzieli, że to musiało tyle kosz­to­wać, bo mieli zespół ana­li­ty­ków sytu­acji, któ­rych ode­rwano od innych zadań i skie­ro­wano na miej­sce zda­rze­nia, żeby zebrali i poli­czyli sło­dy­cze oraz sfor­mu­ło­wali wnio­ski, przez co zostały zabu­rzone ich har­mo­no­gramy, a cały ich wydział stra­cił co naj­mniej dzień). Żelki! Żelki? Zacze­kaj­cie chwilę - jedną roz­li­czaną sekundę - prze­cież nikt ich już nie pro­du­kuje od ponad stu lat. Więc skąd on je wziął?

Oto następne dobre pyta­nie. I naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie otrzy­mamy na nie w pełni satys­fak­cjo­nu­ją­cej odpo­wie­dzi. No dobrze, ale na ile pytań je otrzy­mu­jemy?

Tak więc zna­cie śro­dek. A oto począ­tek. Zaczyna się tak:

Ter­mi­narz biu­rowy. Dzień po dniu, na każdy kartka. 9:00 - otwo­rzyć pocztę. 9:45 - spo­tka­nie z komi­sją pla­no­wa­nia. 10:30 - omó­wić z J.L. wykresy postę­pów pro­cesu insta­la­cji. 11:45 - modli­twa o deszcz. 12:00 - lunch. I tak dalej.

"Przy­kro mi, panno Grant, lecz czas na roz­mowę był wyzna­czony na 14:30, a teraz jest pra­wie piąta. Przy­kro mi, że pani się spóź­niła, ale takie są zasady. Będzie pani musiała pocze­kać do następ­nego roku, aby zło­żyć poda­nie o przy­ję­cie do col­lege'u". I tak dalej.

Pod­miej­ski z 10:10 staje w Cre­stha­ven, Gale­sville, Tona­wanda Junc­tion, Selby i Farn­hurst, ale nie w Indiana City, Luca­sville i Col­ton, z wyjąt­kiem nie­dziel. Pospieszny z 10:35 zatrzy­muje się w Gale­sville, Selby i Indiana City, z wyjąt­kiem nie­dziel i świąt, kiedy staje... I tak dalej.

"Nie mogłam cze­kać, Fred. Mia­łam być u Pierre'a Car­ta­ina o 15:00, a ty powie­dzia­łeś, że spo­tkamy się o 14:45 pod zega­rem na sta­cji, ale cię nie było, więc musia­łam iść. Zawsze się spóź­niasz, Fred. Gdy­byś tam był, mogli­by­śmy się zło­żyć, ale skoro tak, to cóż, zamó­wi­łam sama". I tak dalej.

"Dro­dzy Pań­stwo Atter­ley. Oba­wiam się, że ze względu na noto­ryczne spóź­nie­nia pań­stwa syna, Geralda, będziemy zmu­szeni zawie­sić go w pra­wach ucznia, jeśli nie zosta­nie wpro­wa­dzona inna, sku­tecz­niej­sza metoda gwa­ran­tu­jąca jego punk­tu­alne przy­cho­dze­nie na lek­cje. Przy­znaję, że jest on bar­dzo zdol­nym uczniem i uzy­skuje wyso­kie oceny, lecz usta­wiczne naru­sza­nie przez niego har­mo­no­gramu pod­waża sens jego dal­szego pobytu w szkole, w któ­rej inne dzieci potra­fią sta­wiać się na czas tam, gdzie być powinne..." I tak dalej.

Nie możesz gło­so­wać, jeśli nie sta­wisz się o 8:45.

"Nie obcho­dzi mnie to, czy ten tekst jest dobry! Ja go potrze­buję na czwar­tek!"

Koniec pracy o 14:00.

"Spóź­nił się pan. Przy­ję­li­śmy już kogoś na to sta­no­wi­sko. Przy­kro mi".

"Potrą­cono panu z pen­sji za dwu­dzie­sto­mi­nu­towe spóź­nie­nie".

"Boże, która to godzina? Muszę lecieć!"

I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej. Dalej dalej dalej dalej dalej tik tak tik tak tik tak aż pew­nego dnia już nie czas nam służy, lecz my słu­żymy jemu i jeste­śmy nie­wol­ni­kami har­mo­no­gramu, czci­cie­lami ruchu słońca na nie­bie, ska­za­nymi na życie oparte na restryk­cjach, ponie­waż sys­tem nie mógłby funk­cjo­no­wać, gdy­by­śmy nie prze­strze­gali ści­śle har­mo­no­gra­mów.

Aż wresz­cie spóź­nie­nie staje się czymś wię­cej, niż tylko drobną nie­do­god­no­ścią. Staje się grze­chem. Póź­niej prze­stęp­stwem. A póź­niej zbrod­nią karaną tak:

Od pół­nocy 15 lipca 2389 roku biuro Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora naka­zuje wszyst­kim oby­wa­te­lom przed­ło­żyć chro­no­karty i kar­dio­płyty do moder­ni­za­cji. Zgod­nie z ustawą nr 555-7-SGH-999 regu­lu­jącą zasady anu­lo­wa­nia czasu per capita wszyst­kie kar­dio­płyty zostaną przy­pi­sane ich wła­ści­cie­lom i...

W ten spo­sób wpro­wa­dzono sys­tem regu­la­cji dłu­go­ści życia przy­słu­gu­ją­cego każ­demu oby­wa­te­lowi. Jeśli ktoś spóź­nił się dzie­sięć minut, tra­cił dzie­sięć minut życia. Godzina powo­do­wała pro­por­cjo­nal­nie więk­szą stratę. Jeśli ktoś był usta­wicz­nie spóź­nial­ski, pew­nego nie­dziel­nego wie­czora otrzy­my­wał od Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora zawia­do­mie­nie, że jego czas się skoń­czył i zosta­nie "wyłą­czony" w samo połu­dnie w ponie­dzia­łek, zatem pana, panią lub biseksa upra­sza się o upo­rząd­ko­wa­nie swo­ich spraw.

Tak więc dzięki temu pro­stemu racjo­nal­nemu podej­ściu (przy wyko­rzy­sta­niu pew­nego pro­cesu nauko­wego trzy­ma­nego w ści­słej tajem­nicy przez biuro Tik­tak­tora) sys­tem dzia­łał bez zakłó­ceń. To był jedyny racjo­nalny spo­sób. W końcu tak naka­zy­wał patrio­tyzm. Trzeba było prze­strze­gać har­mo­no­gra­mów. W końcu prze­cież była wojna!

Tylko czy nie trwała ona zawsze?

- Ależ to naprawdę nie­smaczne - powie­dział Arle­kin, gdy Piękna Ali­cja poka­zała mu list goń­czy. - Nie­smaczne i wysoce nie­sto­sowne. Osta­tecz­nie prze­cież to nie Dziki Zachód. List goń­czy!

- Wiesz - zauwa­żyła Ali­cja - że mówiąc tak, prze­gi­nasz.

- Prze­pra­szam - rzekł pokor­nie Arle­kin.

- Nie musisz prze­pra­szać. Wciąż powta­rzasz to swoje "prze­pra­szam". To naprawdę bar­dzo smutne, że masz takie ogromne poczu­cie winy, Eve­rett.

- Prze­pra­szam - powtó­rzył i zaci­snął wargi tak, że na moment w jego policz­kach poja­wiły się dołki. Wcale nie chciał tego powie­dzieć. - Muszę znów wyjść. Mam coś do zała­twie­nia.

Ali­cja z trza­skiem odsta­wiła kubek z kawą na kon­tuar.

- Eve­rett, na miłość boską! Nie mógł­byś zostać w domu choć przez jeden wie­czór? Musisz cią­gle wycho­dzić w tym upior­nym bła­zeń­skim stroju i włó­czyć się, dener­wu­jąc ludzi?

- Prze... - Urwał i z cichym pobrzę­ki­wa­niem dzwo­necz­ków wci­snął czapkę bła­zna na strze­chę kasz­ta­no­wych wło­sów. Wstał, spłu­kał pod kra­nem kubek po kawie i wsta­wił go na chwilę do suszarki. - Muszę iść.

Nic nie odpo­wie­działa. Wła­śnie zamru­czał faks, więc wyjęła z niego kartkę, prze­czy­tała i rzu­ciła na kon­tuar przed nim.

- To o tobie. Oczy­wi­ście. Jesteś śmieszny.

Szybko prze­czy­tał wia­do­mość. Gło­siła, że Tik­tak­tor pró­buje go zlo­ka­li­zo­wać. Nie prze­jął się tym; wycho­dził, żeby znów się spóź­nić. W drzwiach, szu­ka­jąc jakie­goś cel­nego ostat­niego słowa, rzu­cił jesz­cze ura­żony:

- No cóż, mówiąc tak, ty też prze­gi­nasz!

Piękna Ali­cja unio­sła śliczne oczy ku niebu.

- Jesteś śmieszny.

Arle­kin wyma­sze­ro­wał, pró­bu­jąc trza­snąć drzwiami, lecz te zamknęły się i zary­glo­wały z zale­d­wie cichym wes­tchnie­niem.

Kiedy Piękna Ali­cja usły­szała deli­katne puka­nie, wstała, wzdy­cha­jąc ze znie­cier­pli­wie­niem, i otwo­rzyła drzwi. Stał tam.

- Wrócę około wpół do jede­na­stej, dobrze?

Zro­biła smutną minę.

- Po co mi to mówisz? Po co? Prze­cież wiesz, że się spóź­nisz! Wiesz! Zawsze się spóź­niasz, więc dla­czego mówisz mi takie głu­poty?

Zamknęła drzwi.

Po ich dru­giej stro­nie Arle­kin poki­wał głową. "Ma rację. Zawsze ma rację. Spóź­nię się. Zawsze się spóź­niam. Dla­czego opo­wia­dam jej takie głu­poty?"

Wzru­szył ramio­nami i wyszedł, żeby jesz­cze raz się spóź­nić.

Odpa­lił fajer­werki, które uło­żyły się w napis: Przy­będę na 115 rocz­nicę powo­ła­nia Mię­dzy­na­ro­do­wego Towa­rzy­stwa Medycz­nego punk­tu­al­nie o 20:00. Mam nadzieję, że będzie­cie mogli do mnie się przy­łą­czyć.

Te słowa zapło­nęły na nie­bie i oczy­wi­ście funk­cjo­na­riu­sze cze­kali tam w zasadzce. Natu­ral­nie zało­żyli, że się spóźni. A on przy­był dwa­dzie­ścia minut wcze­śniej, kiedy roz­pi­nali paję­cze sieci, które miały go zła­pać i przy­trzy­mać. Dmąc w wielki róg, tak ich prze­ra­ził i zde­ner­wo­wał, że te lep­kie paję­czyny zamknęły się na nich z mla­śnię­ciem i unio­sły ich wierz­ga­ją­cych i wrzesz­czą­cych nad scenę amfi­te­atru. Arle­kin zaś zano­sił się śmie­chem i wylew­nie ich prze­pra­szał. Sza­cowne kon­klawe medy­ków pękało ze śmie­chu, przyj­mu­jąc prze­pro­siny Arle­kina z teatral­nymi ukło­nami i gestami. I dosko­nale bawili się wszy­scy, któ­rzy uznali Arle­kina za zwy­kłego dow­cip­ni­sia w łacia­tych gat­kach; wszy­scy prócz funk­cjo­na­riu­szy Tik­tak­tora, unie­sio­nych w powie­trzu jak ładu­nek por­to­wego dźwigu, wiszą­cych nad sceną amfi­te­atru w naj­bar­dziej nie­sto­sowny spo­sób.

(W innej czę­ści tego samego mia­sta, w któ­rym Arle­kin pro­wa­dził swoje dzia­ła­nia, nie­jaki Mar­shall Dele­hanty otrzy­mał z biura Tik­tak­tora zawia­do­mie­nie o wyłą­cze­niu, co nie miało abso­lut­nie żad­nego związku z tym, o czym tu mówimy, a jedy­nie ilu­stro­wało zna­cze­nie i potęgę Tik­tak­tora. Żona adre­sata ode­brała to zawia­do­mie­nie od słu­gusa, który dorę­czył je z tra­dy­cyj­nym "wyra­zem smutku" obrzy­dli­wie przy­le­pio­nym do twa­rzy. Wie­działa, co to jest, nawet bez otwie­ra­nia. Sens tego liściku miło­snego był dosko­nale znany każ­demu. Jęk­nęła, trzy­ma­jąc zawia­do­mie­nie tak, jakby było szalką z kolo­nią wąglika, i modląc się, żeby nie było skie­ro­wane do niej. Niech ono będzie do Masha, pomy­ślała bru­tal­nie, lecz reali­stycz­nie, lub do któ­re­goś z dzieci, tylko nie do mnie, pro­szę, dobry Boże, nie do mnie. A potem je otwo­rzyła i rze­czy­wi­ście było do Masha, więc jed­no­cze­śnie poczuła prze­ra­że­nie i ulgę. Następny żoł­nierz w sze­regu padł.

- Mar­shall! - wrza­snęła. - Mar­shall! Anu­la­cja! Mar­shall! O mój Boże, Mar­shall, cóż poczniemy, cóż poczniemy, Mar­shall omój­bo­że­mar­shall...

I tej nocy z ich domu roz­cho­dził się odgłos dar­tego papieru i strach, odór sza­leń­stwa doby­wał się przez komin, a oni nic, abso­lut­nie nic nie mogli na to pora­dzić.

Jed­nak Mar­shall Dele­hanty pró­bo­wał uciec. Wcze­snym ran­kiem następ­nego dnia, gdy nad­szedł czas wyłą­cze­nia, był głę­boko w kana­dyj­skim lesie odle­głym o dwie­ście mil, gdy w biu­rze Tik­tak­tora ska­so­wano jego kar­dio­płytę i ucie­ka­jący Mar­shall Dele­hanty padł; jego serce prze­stało bić, krew zakrze­pła w dro­dze do mózgu i był mar­twy jak głaz. Na mapie jego dziel­nicy w gabi­ne­cie Tik­tak­tora zga­sła jedna lampka, a jed­no­cze­śnie roze­słano fak­sem sto­sowne zawia­do­mie­nie i wpi­sano Geo­r­gette Dele­hanty na listę zasił­ko­bior­ców do czasu ponow­nego zamąż­pój­ścia. Co koń­czy tę dygre­sję i wyja­śnia wszystko, co trzeba, ale nie śmiej­cie się, ponie­waż to samo cze­ka­łoby Arle­kina, gdyby Tik­tak­tor poznał kie­dyś jego praw­dziwe nazwi­sko. To nie jest zabawne.

Han­dlowy poziom mia­sta był zatło­czony czwart­ko­wymi bar­wami kupu­ją­cych. Kobiety miały na sobie kanar­ko­wo­żółte chi­tony, a męż­czyźni pseu­do­ty­rol­skie stroje: zie­lon­kawe, skó­rzane i obci­słe, oprócz bufia­stych spode­nek.

Gdy Arle­kin poja­wił się na dachu jesz­cze nie­ukoń­czo­nego Cen­trum Spraw­nych Zaku­pów, trzy­ma­jąc róg przy­tknięty do swych zawa­diacko uśmiech­nię­tych warg, wszy­scy poka­zy­wali go pal­cami i wytrzesz­czali oczy, a on ich zga­nił:

- Dla­czego pozwa­la­cie im, by wam roz­ka­zy­wali? Dla­czego pozwa­la­cie, by was popę­dzali i poga­niali? Korzy­staj­cie z czasu! Poleń­cie się tro­chę! Ciesz­cie się słoń­cem i wia­trem, pozwól­cie, by życie nio­sło was wła­snym ryt­mem! Nie bądź­cie nie­wol­ni­kami czasu, bo to pie­kielny spo­sób umie­ra­nia, powolny, stop­niowy... Precz z Tik­tak­to­rem!

Co to za świr? - zasta­na­wiała się więk­szość kupu­ją­cych. Co to za świr och spóź­nię się muszę już lecieć...

A ekipa budow­lana Cen­trum otrzy­mała pilne pole­ce­nie z biura Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora; na dachu ich wie­żowca znaj­duje się nie­bez­pieczny prze­stępca znany jako Arle­kin i wyma­gana jest nie­zwłoczna pomoc w jego uję­ciu. Robot­nicy odmó­wili, ponie­waż stra­ci­liby czas i naru­szyli har­mo­no­gram, lecz gdy Tik­tak­tor zdo­łał pocią­gnąć za odpo­wied­nie sznurki rzą­do­wej machiny, otrzy­mali pole­ce­nie rzu­ce­nia roboty i zła­pa­nia tego głupka na dachu. Tak więc ponad tuzin krzep­kich robot­ni­ków wszedł na plat­formy, uru­cho­mił płyty anty­gra­wi­ta­cyjne i wzniósł się w kie­runku Arle­kina.

Po sro­mot­nie prze­gra­nym star­ciu (w któ­rym, dzięki tro­sce Arle­kina o ich bez­pie­czeń­stwo, nikt nie został ciężko ranny) robot­nicy pró­bo­wali jesz­cze się prze­gru­po­wać i zaata­ko­wać go ponow­nie, ale było już za późno. Znik­nął. Jed­nak to zda­rze­nie przy­kuło uwagę spo­rego tłumu i w rezul­ta­cie cykl zaku­pów został poważ­nie zakłó­cony na wiele, wiele godzin. W rezul­ta­cie zapo­trze­bo­wa­nie zma­lało i pod­jęto spe­cjalne dzia­ła­nia przy­spie­sza­jące cykl nabyw­czy przez resztę dnia, lecz ponie­waż sys­tem utknął, a potem został pod­go­niony, sprze­dano zbyt wiele zawo­rów pły­wa­ko­wych, a o wiele za mało koły­sko­wych, co obni­żyło wskaź­nik pla­no­wej sprze­daży i wymu­siło eks­pre­sową dostawę mnó­stwa pojem­ni­ków kasu­ją­cych arty­kuły zwra­cane do skle­pów, które zwy­kle potrze­bo­wały jeden taki co trzy lub cztery godziny. Spie­przyły się dostawy, pokieł­ba­siły się prze­ła­dunki, aż w końcu odczuł to nawet prze­mysł śli­zga­czowy.

- Nie wra­caj­cie, dopóki go nie zła­pie­cie! - powie­dział Tik­tak­tor bar­dzo spo­koj­nie, bar­dzo szcze­rze i nie­zwy­kle groź­nie.

Użyli psów. Użyli dro­nów. Użyli ana­lizy kar­dio­płyt. Użyli pro­wo­ka­to­rów. Użyli prze­kup­stwa. Użyli zna­ko­wa­nia. Użyli zastra­sza­nia. Użyli prze­śla­do­wań. Użyli tor­tur. Użyli kapu­siów. Użyli poli­cji. Użyli inten­syw­nych poszu­ki­wań. Użyli hip­nozy. Użyli sty­mu­la­to­rów. Użyli dak­ty­lo­sko­pii. Użyli antro­po­me­trii Ber­til­lona. Użyli pod­stę­pów. Użyli zdrady. Użyli Raoula Mit­gonga, lecz nie­wiele im pomógł. Użyli fizyki sto­so­wa­nej. Użyli tech­nik kry­mi­no­lo­gicz­nych.

I niech to szlag: zła­pali go.

Oka­zało się, że nazywa się Eve­rett C. Marm i nie jest nikim spe­cjal­nym, tylko czło­wie­kiem, który nie ma poczu­cia czasu.

- Kajaj się, Arle­ki­nie! - rzekł Tik­tak­tor.

- Wypchaj się! - odparł z drwią­cym uśmie­chem Arle­kin.

- W sumie spóź­ni­łeś się o sześć­dzie­siąt trzy lata, pięć mie­sięcy, trzy tygo­dnie, dwa dni, dwa­na­ście godzin, czter­dzie­ści jeden minut, pięć­dzie­siąt dzie­więć sekund i zero prze­ci­nek trzy­dzie­ści sześć tysięcy sto jede­na­ście mikro­se­kund. Zuży­łeś wszystko, co mia­łeś, a nawet wię­cej. Zamie­rzam cię wyłą­czyć.

- Strasz kogoś innego. Wolę umrzeć niż żyć na tak głu­pim świe­cie z takim potwo­rem jak ty.

- To moja praca.

- Ona cię prze­ra­sta. Jesteś tyra­nem. Nie masz prawa roz­ka­zy­wać ludziom i zabi­jać ich, kiedy się spóź­nią.

- Nie umiesz się przy­sto­so­wać. Nie potra­fisz się dopa­so­wać.

- Roz­wiąż mnie, to dopa­suję pięść do two­jej gęby.

- Jesteś non­kon­for­mi­stą.

- To kie­dyś nie było prze­stęp­stwem.

- Teraz jest. Żyjesz w świe­cie, który cię ota­cza.

- Nie­na­wi­dzę go. Jest straszny.

- Nie wszy­scy tak uwa­żają. Więk­szość ludzi lubi porzą­dek.

- Nie ja i więk­szość ludzi, któ­rych znam.

- To nie­prawda. Myślisz, że jak cię zła­pa­li­śmy?

- To mnie nie obcho­dzi.

- Dziew­czyna zwana Piękną Ali­cją powie­działa nam, kim jesteś.

- To kłam­stwo.

- To prawda. Dener­wu­jesz ją. Chce przy­na­le­żeć; chce się dosto­so­wać; ja zamie­rzam cię wyłą­czyć.

- Zatem zrób to i prze­stań się ze mną spie­rać.

- Nie wyłą­czę cię.

- Jesteś idiotą!

- Kajaj się, Arle­ki­nie! - rzekł Tik­tak­tor.

- Wypchaj się!

Tak więc posłali go do Coven­try. A w Coven­try popra­co­wali nad nim. Zro­bili mu to samo co Win­sto­nowi Smi­thowi w Roku 1984, któ­rej to książki nikt z nich nie znał, ale te metody są stare jak świat, więc zasto­so­wano je także wobec Eve­retta C. Marma, aż pew­nego dnia, dużo póź­niej, Arle­kin poja­wił się w sieci, pozor­nie zawa­diacki, z doł­kami w policz­kach i jasnymi oczami, i z zupeł­nie nie­wy­pra­nym mózgiem, i powie­dział, że nie miał racji, że jest dobrze, naprawdę bar­dzo dobrze przy­na­le­żeć i być zawsze na czas, bo ina­czej nie ma nas, a wszy­scy widzieli jego obraz na wiel­kich tele­bi­mach roz­miesz­czo­nych w całej dziel­nicy i mówili sobie: No cóż, widzi­cie, a jed­nak był świ­rem, i jeśli nawet ten sys­tem działa w taki spo­sób, to pogódźmy się z tym, bo nie warto wal­czyć z wła­dzą czy w tym wypadku z Tik­tak­to­rem. Tak więc Eve­rett C. Marm został zała­twiony, a szkoda, ze względu na to, co wcze­śniej powie­dział Tho­reau, ale nie można zro­bić omletu bez roz­bi­cia paru jajek i pod­czas każ­dej rewo­lu­cji ginie kilka osób, które nie powinny, a jed­nak muszą zgi­nąć, ponie­waż tak już jest, lecz jeśli rezul­ta­tem jest choć nie­wielka zmiana, wydaje się to opła­calne. Albo, żeby wyra­zić się jaśniej:

- Och, sza­nowny pan wyba­czy... ja... hm... nie wiem, jak... hm... to... hm... powie­dzieć, ale spóź­nił się pan trzy minuty. Har­mo­no­gram jest tro­chę... hm... naru­szony.

Uśmiech­nął się, zakło­po­tany.

- To śmieszne! - mruk­nął Tik­tak­tor za swą maską. - Pro­szę spraw­dzić swój zega­rek.

A potem wszedł do swo­jego gabi­netu, mam­ro­cząc: No, no, no.

Nie mam ust, a muszę krzyczeć

Bezwładne ciało Gor­ri­stera zwi­sało z różo­wej palety; niczym nie­pod­trzy­my­wane, wisiało wysoko nad naszymi gło­wami w ser­we­rowni i nie poru­szało się w zim­nym, śmier­dzą­cym sma­rem podmu­chu, nie­ustan­nie prze­la­tu­ją­cym przez główną komorę jaskini. Zwi­sało głową w dół, przy­cze­pione do spodu palety pode­szwą lewej stopy. Spusz­czono z niego krew pre­cy­zyj­nym cię­ciem od ucha do ucha pod kwa­dra­tową szczęką. Na lustrza­nej powierzchni meta­lo­wej pod­łogi nie było ani kro­pli krwi.

Gdy Gor­ri­ster dołą­czył do nas i spoj­rzał w górę na swoje zwłoki, ponie­wcza­sie zro­zu­mie­li­śmy, że AM znowu nas oszu­kał, bawiąc się naszym kosz­tem; taką wybrał formę roz­rywki. Troje z nas zwy­mio­to­wało, odwra­ca­jąc się od sie­bie w odru­chu tak sta­rym jak mdło­ści, które go wywo­łały.

Gor­ri­ster zbladł. Nie­mal jakby ujrzał laleczkę wudu i bał się przy­szło­ści.

- O Boże - szep­nął i odszedł.

Po chwili poszli­śmy za nim we troje i zna­leź­li­śmy go sie­dzą­cego z twa­rzą ukrytą w dło­niach, opar­tego ple­cami o jeden z mniej­szych, ćwier­ka­ją­cych ban­ków pamięci. Ellen uklę­kła przy nim i pogła­dziła po gło­wie. Nie poru­szył się, lecz bar­dzo wyraź­nie powie­dział przez palce:

- Dla­czego nas po pro­stu nie zała­twi i skoń­czy z tym raz na zawsze? Chry­ste, nie wiem, jak długo to jesz­cze wytrzy­mam.

Był to sto dzie­wiąty rok naszego pobytu w kom­pu­te­rze.

Gor­ri­ster wypo­wie­dział się za nas wszyst­kich.

Myślę, więc jestem

Nim­do­kowi (do przy­ję­cia takiego imie­nia zmu­siła go maszyna, ponie­waż AM bawiły dziwne dźwięki) przy­wi­działo się, że w lodo­wych jaski­niach są puszki kon­serw. Ja i Gor­ri­ster mocno w to wąt­pi­li­śmy.

- Kolejny kit - powie­dzia­łem im. - Jak ten o cho­ler­nym zamar­z­nię­tym sło­niu, który nam wci­snął. Benny o mało wtedy nie osza­lał. Przej­dziemy kawał drogi i znaj­dziemy tylko zgni­li­znę albo jakiś inny syf. Dajmy sobie z tym spo­kój, mówię. Zostańmy tutaj, a będzie musiał szybko coś wymy­ślić, ina­czej umrzemy.

Benny wzru­szył ramio­nami. Minęły już trzy dni, odkąd coś jedli­śmy. Robaki. Grube i paskudne.

Nim­dok też nie był pewny, czy jest sens iść. Wie­dział, że to ryzy­kowne, ale był coraz chud­szy. Tam nie mogło być gorzej niż tu. Zim­niej, ale to nie miało zna­cze­nia. Skwar, mróz, grad, lawa, ukrop czy sza­rań­cza - to żadna róż­nica: maszyna się mastur­bo­wała, a musie­li­śmy to zno­sić lub zgi­nąć.

Ellen zde­cy­do­wała za nas.

- Ja muszę coś zjeść, Ted. Może są tam gruszki lub brzo­skwi­nie. Pro­szę, Ted, spró­bujmy.

Ustą­pi­łem bez oporu. A co tam. To i tak bez zna­cze­nia. Jed­nak Ellen była mi wdzięczna. Dwa razy dała mi poza kolej­no­ścią. To też prze­stało mieć zna­cze­nie. I ni­gdy nie docho­dziła, więc czym się przej­mo­wać? Jed­nak maszyna zaśmie­wała się za każ­dym razem, gdy to robi­li­śmy. Gło­śno, nad nami, za nami, wszę­dzie wokół, chi­cho­tała. A wła­ści­wie ono chi­cho­tało. Naj­czę­ściej myśla­łem o AM jako o bez­dusz­nym urzą­dze­niu; ale cza­sem nada­wa­łem mu męskie cechy... ojcow­skie... patriar­chalne... ponie­waż jest zazdro­sny. On. Ono. Bóg jako obłą­kany tatu­siek.

Wyru­szy­li­śmy w czwar­tek. Maszyna zawsze poda­wała nam dokładną datę. Upływ czasu był ważny; oczy­wi­ście nie dla nas, do dia­bła, a dla niej... niego... dla AM. Czwar­tek. Dzięki.

Nim­dok i Gor­ri­ster przez jakiś czas nie­śli Ellen na sple­cio­nych dło­niach. Benny szedł przo­dem, a ja z tyłu, żeby w razie czego obe­rwał jeden z nas, a przy­naj­mniej Ellen była bez­pieczna. Bez­pieczna, aku­rat. Nie­ważne.

Do lodo­wych jaskiń było tylko jakieś sto mil i na drugi dzień, gdy leże­li­śmy w pra­żą­cej imi­ta­cji słońca, którą stwo­rzył, zesłał nam tro­chę manny. Sma­ko­wała jak prze­go­to­wany świń­ski mocz. Zje­dli­śmy ją.

Trze­ciego dnia szli­śmy przez dolinę zapo­mnie­nia, pełną rdze­wie­ją­cych zwłok prze­sta­rza­łych ban­ków kom­pu­te­ro­wych. AM rów­nie bez­li­to­śnie trak­to­wał swój orga­nizm jak nasze. To dąże­nie do per­fek­cji było pod­sta­wową cechą jego oso­bo­wo­ści. Czy cho­dziło o usu­wa­nie nie­wy­daj­nych ele­men­tów wła­snego, wypeł­nia­ją­cego świat ciel­ska, czy o dosko­na­le­nie metod tor­tu­ro­wa­nia nas, AM był tak pedan­tyczny jak ci, któ­rzy go stwo­rzyli - i dawno zmie­nili się w proch - mogli sobie wyma­rzyć.

Z góry sączyło się świa­tło, więc poję­li­śmy, że zapewne znaj­du­jemy się bar­dzo bli­sko powierzchni. Jed­nak nie pró­bo­wa­li­śmy wyczoł­gać się i rozej­rzeć. Na zewnątrz nie było dosłow­nie nic; od ponad stu lat nie było tam niczego god­nego uwagi. Tylko spa­lona sko­rupa tego, co nie­gdyś było domem miliar­dów. Teraz zostało nas tylko pię­cioro, głę­boko pod powierzch­nią, sam na sam z AM.

Usły­sza­łem roz­pacz­liwe bła­ga­nie Ellen:

- Nie, Benny! Nie rób tego, daj spo­kój, Benny, pro­szę, nie!

A wtedy uświa­do­mi­łem sobie, że od kilku minut sły­szę, jak Benny mam­ro­cze pod nosem.

- Wydo­stanę się, wydo­stanę się... - powta­rzał.

Jego mał­pią twarz wykrzy­wiał gry­mas bło­giego zachwytu i roz­pa­czy rów­no­cze­śnie. Bli­zny popro­mienne, któ­rymi obda­rzył go AM pod­czas "festynu", two­rzyły gęstą siatkę różowo-bia­łych fałd, które zda­wały się poru­szać nie­za­leż­nie od sie­bie. Może Benny był naj­więk­szym szczę­ścia­rzem z naszej piątki: kom­plet­nie i cał­ko­wi­cie osza­lał już wiele lat temu. Jed­nak choć mogli­śmy obrzu­cać AM naj­gor­szymi wyzwi­skami, snuć naj­plu­gaw­sze myśli o sto­pio­nych ban­kach pamięci, sko­ro­do­wa­nych pły­tach głów­nych, prze­pa­lo­nych obwo­dach i strza­ska­nych kon­so­lach, maszyna nie tole­ro­wała żad­nych prób ucieczki. Benny odsko­czył, gdy pró­bo­wa­łem go zła­pać. Wspiął się po ściance jed­nego z mniej­szych ban­ków pamięci, prze­chy­lo­nego na bok i wypeł­nio­nego zepsu­tymi kom­po­nen­tami. Przy­kuc­nął tam na moment, wyglą­da­jąc jak szym­pans, do któ­rego AM zamie­rzał go upodob­nić.

Potem pod­sko­czył, chwy­cił zwi­sa­jący meta­lowy pręt z głę­bo­kimi wże­rami rdzy i wspiął się po nim jak zwie­rzę na wsparty dźwi­ga­rem gzyms, dwa­dzie­ścia stóp nad nami.

- Och, Ted, Nim­dok, pro­szę, ratuj­cie go, spro­wadź­cie na dół zanim...

Ellen urwała. Łzy sta­nęły jej w oczach. Bez­rad­nie poru­szała rękami.

Było za późno. Żaden z nas nie chciał być w pobliżu niego, gdy sta­nie się to, co musiało się stać. A ponadto wszy­scy ją przej­rze­li­śmy. Gdy AM prze­mie­nił go w ataku kom­plet­nie irra­cjo­nal­nej histe­rii, nie tylko jego twa­rzy nadał mał­pie cechy. Benny miał olbrzy­mie przy­ro­dze­nie, które uwiel­biała! Obsłu­gi­wała nas wszyst­kich po kolei, ale naj­bar­dziej lubiła to robić z nim. O Ellen, ide­alna Ellen, Ellen nie­ska­zi­telna; dzie­wi­czo czy­sta Ellen! Nędzna wywłoka.

Gor­ri­ster ją spo­licz­ko­wał. Osu­nęła się na zie­mię, patrząc w górę, na bied­nego stuk­nię­tego Benny'ego, i zapła­kała. To była jej naj­sku­tecz­niej­sza broń, płacz. Przy­wy­kli­śmy do tego już sie­dem­dzie­siąt pięć lat temu. Gor­ri­ster kop­nął ją w żebra.

Wtedy roz­legł się ten dźwięk, który był zara­zem świa­tłem. Na wpół dźwięk, a na wpół świa­tło, to coś zabły­sło w oczach Benny'ego i pul­so­wało, coraz gło­śniej­sze i jaśniej­sze ze wzro­stem czę­sto­tli­wo­ści świa­tłodźwięku. Musiało mu spra­wiać ból, rosnący z ostro­ścią świa­tła i gło­śno­ścią dźwięku, gdyż Benny zaczął skom­leć jak zra­nione zwie­rzę. Z początku cicho, gdy świa­tło było słabe, a dźwięk stłu­miony, a potem gło­śniej, kuląc się i gar­biąc, jakby w ten spo­sób usi­ło­wał przed tym uciec. Skrzy­żo­wał ręce na piersi jak wie­wiórka ziemna. Głowę prze­chy­lił na bok. Jego smutna mał­pia twarz skur­czyła się z nie­po­koju. Póź­niej zaczął wyć, gdy doby­wa­jący się z jego oczu dźwięk zabrzmiał gło­śniej. I jesz­cze gło­śniej. Gwał­tow­nie przy­ci­sną­łem dło­nie do uszu, ale nie zdo­ła­łem go uci­szyć: prze­dzie­rał się z łatwo­ścią. Ból dresz­czem prze­szy­wał moje ciało jak ząb cyn­fo­lię. A Benny nagle się wypro­sto­wał. Sta­nął na gzym­sie dźwi­gara, pode­rwany na nogi jak mario­netka. Pul­su­jące świa­tło wydo­by­wało się z jego oczu dwiema zwar­tymi wiąz­kami. Dźwięk powoli nara­stał i osią­gnął nie­wia­ry­godne natę­że­nie, a potem Benny spadł jak kamień i z łosko­tem ude­rzył w sta­lowe płyty pod­łogi. Leżał, kon­wul­syj­nie podry­gu­jąc, gdy świa­tło prze­pły­wało wokół niego bez końca, a dźwięk spi­ral­nie wzno­sił się poza gra­nicę per­cep­cji.

Potem świa­tło wró­ciło do wnę­trza jego głowy, a dźwięk powoli opadł, pozo­sta­wia­jąc Benny'ego leżą­cego tam i łka­ją­cego żało­śnie.

Jego oczy były dwiema wil­got­nymi kału­żami przy­po­mi­na­ją­cej ropną wydzie­linę gala­rety. AM go ośle­pił. Gor­ri­ster, Nim­dok i ja... odwró­ci­li­śmy się. Zdą­ży­li­śmy jed­nak dostrzec ulgę na roz­pa­lo­nej, zatro­ska­nej twa­rzy Ellen.

Cogito, ergo sum

Świa­tło zale­wa­jące jaski­nię, w któ­rej roz­bi­li­śmy obóz, miało mor­ski kolor. AM dostar­czył nam drewno i roz­pa­li­li­śmy ogni­sko. Sie­dzie­li­śmy sku­leni wokół sła­bego, żało­śnie nie­wy­star­cza­ją­cego ognia, opo­wia­da­jąc Benny'emu histo­ryjki, żeby nie pła­kał pośród swej wiecz­nej nocy.

- Co ozna­cza AM?

Odpo­wie­dział mu Gor­ri­ster. Prze­ra­bia­li­śmy już to tysiąc razy, ale to była ulu­biona histo­ryjka Benny'ego.

- Z początku ozna­czało to Aliancki Mega­kom­pu­ter, póź­niej Adap­ta­cyjny Mani­pu­la­tor, a póź­niej uzy­skał świa­do­mość, pod­łą­czył się do wszyst­kiego i zaczęli go nazy­wać Agre­syw­nym Mon­strum, ale wtedy było już za późno, aż w końcu sam nazwał się AM, od angiel­skiego jestem... cogito ergo sum... myślę, więc jestem.

Benny zaśli­nił się tro­chę i zachi­cho­tał.

- Był sobie chiń­ski AM, rosyj­ski AM, jan­ke­ski AM i...

Zamilkł. Benny tłukł wielką, twardą pię­ścią w płytę pod­łogi. Był nie­za­do­wo­lony, bo Gor­ri­ster pomi­nął począ­tek histo­rii.

Gor­ri­ster zaczął od nowa.

- Zaczęła się zimna wojna, która prze­ro­dziła się w trze­cią wojnę świa­tową i po pro­stu trwała. Stała się wielką wojną, bar­dzo skom­pli­ko­waną, więc potrze­bo­wali kom­pu­te­rów do jej pro­wa­dze­nia. Wydrą­żyli pierw­sze silosy i zaczęli kon­stru­ować AM. Powstał chiń­ski AM, rosyj­ski AM i jan­ke­ski AM, i wszystko szło świet­nie, aż podziu­ra­wili tymi silo­sami całą pla­netę, doda­jąc je jeden po dru­gim. Lecz pew­nego dnia AM się ock­nął i uzy­skał samo­świa­do­mość, po czym pod­łą­czył się do wszyst­kiego i zaczął dostar­czać każ­dej ze stron infor­ma­cje o środ­kach zagłady, aż zgi­nęli wszy­scy prócz pię­ciu osób; nas AM ścią­gnął tutaj.

Benny uśmie­chał się smut­nie. Ponadto znów się śli­nił. Ellen rąb­kiem spód­nicy otarła mu ślinę z kącika ust. Gor­ri­ster za każ­dym razem pró­bo­wał tro­chę to ubar­wić, lecz poza fak­tami nie było o czym mówić. Nikt z nas nie wie­dział, po co AM oszczę­dził pię­cioro ludzi i czemu aku­rat nas, dla­czego przez cały czas się nad nami znę­cał, ani nawet w jakim celu uczy­nił nas prak­tycz­nie nie­śmier­tel­nymi...

Któ­ryś z ban­ków kom­pu­tera zaczął buczeć w ciem­no­ści. Zew pod­jął inny bank, pół mili dalej w głębi jaskini. Potem jeden po dru­gim poszcze­gólne ele­menty zaczęły się dostra­jać i sły­chać było ciche brzę­cze­nie mkną­cej przez obwody myśli. Dźwięk nara­stał, a świa­tełka na pul­pi­tach kon­tro­l­nych migo­tały jak bły­ska­wice. Ten wciąż rosnący odgłos przy­po­mi­nał bzy­cze­nie miliona meta­lo­wych owa­dów, groźne i zło­wro­gie.

- Co to? - krzyk­nęła Ellen. W jej gło­sie sły­chać było prze­ra­że­nie. Wciąż się do tego nie przy­zwy­cza­iła, nawet po tak dłu­gim cza­sie.

- Tym razem będzie źle - orzekł Nim­dok.

- Będzie mówił - oznaj­mił Gor­ri­ster. - Ja to wiem.

- Wyno­śmy się stąd w cho­lerę! - wypa­li­łem, zry­wa­jąc się na równe nogi.

- Nie, Ted, usiądź... wokół mogą być wil­cze doły albo inne pułapki, któ­rych nie zoba­czymy, bo jest za ciemno - powie­dział z rezy­gna­cją Gor­ri­ster.

Wtedy usły­sze­li­śmy... Sam nie wiem...

Coś zbli­żało się do nas w ciem­no­ściach. Ogromne, wło­chate i wil­gotne, szło ku nam, powłó­cząc nogami. Wpraw­dzie go nie widzie­li­śmy, ale mie­li­śmy nie­od­parte wra­że­nie, że jakieś potworne ciel­sko się do nas zbliża. Z ciem­no­ści napie­rała na nas ogromna masa, co przy­po­mi­nało nacisk powie­trza wdzie­ra­ją­cego się do nie­wiel­kiej prze­strzeni i roz­cią­ga­ją­cego nie­wi­dzialne ścianki kuli. Benny zaczął skom­leć. Nim­do­kowi zadrżała dolna warga i przy­gryzł ją, usi­łu­jąc powstrzy­mać tę reak­cję. Ellen prze­su­nęła się po meta­lo­wej pod­ło­dze i przy­tu­liła do Gor­ri­stera. W jaskini uno­sił się odór zle­pio­nej, mokrej sier­ści. I zwę­glo­nego drewna. Odór zaku­rzo­nego aksa­mitu. Gni­ją­cych stor­czy­ków. Skwa­śnia­łego mleka. Odór siarki, zjeł­cza­łego masła, mazutu, smaru, talku oraz ludz­kich wło­sów.

AM nas modu­lo­wał. Łasko­tał. Pach­niało...

Usły­sza­łem swój krzyk i zabo­lały mnie zawiasy szczęki. Na czwo­ra­kach czmych­ną­łem po pod­ło­dze, po tym zim­nym metalu z bie­gną­cymi w dal rzę­dami nitów, dła­wiąc się odo­rem, wypeł­nia­ją­cym mi głowę potwor­nym bólem, który kazał mi ucie­kać w panice. Zmy­ka­łem jak kara­luch, po pod­ło­dze w ciem­ność, przed tym czymś nie­ubła­ga­nie suną­cym za mną. Pozo­stali wiąż tam byli, sie­dzieli przy ogniu i się zaśmie­wali... Ich histe­ryczny, chó­ralny, obłą­kań­czy chi­chot uno­sił się w ciem­no­ści jak gęsty, wie­lo­barwny dym z ogni­ska. Ucie­kłem i się ukry­łem.

Ni­gdy mi nie powie­dzieli, ile to trwało godzin, dni, a może nawet lat. Ellen skar­ciła mnie za "dąsy", a Nim­dok pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, że ten ich śmiech był jedy­nie ner­wową reak­cją. Wie­dzia­łem, że nie była to ulga, jaką czuje żoł­nierz, gdy kula tra­fia nie jego, lecz kolegę obok. Wie­dzia­łem, że to nie był odruch. Nie­na­wi­dzili mnie. Nie­wąt­pli­wie byli prze­ciwko mnie, a AM to wyczu­wał i jesz­cze pogar­szał moją sytu­ację głę­bią tej nie­na­wi­ści. Byli­śmy utrzy­my­wani przy życiu, odmła­dzani, pozo­sta­wiani w tym samym wieku, w jakim AM spro­wa­dził nas do pod­ziemi, a oni nie­na­wi­dzili mnie, ponie­waż byłem naj­młod­szy i AM wywie­rał na mnie naj­mniej­szy wpływ.

Wie­dzia­łem. Boże, jak dobrze to wie­dzia­łem. Sukin­syny i ta wredna suka Ellen. Benny był kie­dyś bły­sko­tli­wym naukow­cem, pro­fe­so­rem col­lege'u; teraz zale­d­wie pół­czło­wie­kiem, nie­wiele róż­nią­cym się od mał­po­luda. Był przy­stojny, ale maszyna to znisz­czyła. Był roz­sądny, a maszyna dopro­wa­dziła go do sza­leń­stwa. Był gejem, a maszyna obda­rzyła go orga­nem jak u ogiera. AM wyko­nał nad Ben­nym kawał dobrej roboty. Gor­ri­ster był napra­wia­czem świata. Kon­te­sta­to­rem, który odmó­wił służby woj­sko­wej, uczest­ni­czył w mar­szach poko­jo­wych, był czło­wie­kiem czynu, wizjo­ne­rem. AM zmie­nił go w zobo­jęt­nia­łego, wiecz­nego mal­kon­tenta. Pozba­wił go ducha. Nim­dok czę­sto na długo zni­kał samot­nie w ciem­no­ści. Nie wiem, co tam robił, AM ni­gdy nam nie mówił. Jed­nak cokol­wiek to było, Nim­dok wra­cał zawsze pobla­dły, bez kro­pli krwi w twa­rzy, wstrzą­śnięty, roz­trzę­siony. AM mocno go udrę­czył w jakiś szcze­gólny spo­sób, cho­ciaż nie mie­li­śmy poję­cia w jaki. No i Ellen. Ta wywłoka! AM zosta­wiał ją w spo­koju, zro­biw­szy z niej więk­szą zdzirę, niż była. Całe to jej gada­nie o sło­dy­czy i czy­sto­ści, wszyst­kie wspo­mnie­nia o praw­dzi­wej miło­ści, wszyst­kie te kłam­stwa, które chciała nam wci­snąć: jakoby była nie­wiele uży­waną dzie­wicą, zanim AM ją dopadł i spro­wa­dził tu do nas. Plu­gawa zdzira z tej Ellen, a nie dama. Podo­bało jej się, że ma czte­rech chło­pów dla sie­bie. Nie, AM zro­bił jej dobrze, nawet jeśli twier­dziła, że wcale nie.

Tylko ja jeden wciąż byłem nor­malny i zdrowy. Naprawdę!

AM nie namie­szał mi w gło­wie. Wcale.

Musia­łem jedy­nie zno­sić wszystko to, czym nas raczył. Wszyst­kie te omamy, kosz­mary, udręki. A ci nędz­nicy, wszy­scy czworo, two­rzyli prze­ciwko mnie wspólny, zwarty front. Gdy­bym nie musiał przez cały czas trzy­mać ich na dystans, mieć się przed nimi na bacz­no­ści, łatwiej byłoby mi poko­nać AM.

W tym momen­cie atak minął i zaczą­łem pła­kać.

O słodki Jezu, jeśli w ogóle ist­nia­łeś i jeśli jest Bóg, bła­gam, bła­gam, bła­gam, uwol­nij nas albo zabij. Ponie­waż chyba wła­śnie w tym momen­cie w pełni sobie uświa­do­mi­łem i zdo­ła­łem ująć to w słowa, że AM zamie­rzał trzy­mać nas w swoim brzu­chu po wsze czasy, drę­cząc i tor­tu­ru­jąc. Ta maszyna nie­na­wi­dziła nas jak żadna rozumna istota przed nią. A my byli­śmy bez­radni. To rów­nież stało się odra­ża­jąco jasne:

Jeśli ist­niał słodki Jezus i jeśli był Bóg, to tym Bogiem był AM.

Myślę, więc jestem

Hura­gan ude­rzył w nas z siłą lodowca z gro­mo­wym hukiem wpa­da­ją­cego do morza. Był wprost nama­calny. Gwał­tow­nymi ude­rze­niami szar­pał nas i odrzu­cał tam, skąd przy­by­li­śmy - w ciem­ność krę­tych kory­ta­rzy ze szpa­le­rami kom­pu­te­rów. Ellen wrza­snęła, gdy uniósł ją i cisnął głową naprzód na mie­li­znę zawo­dzą­cych maszyn, popi­sku­ją­cych ner­wowo jak nie­to­pe­rze w locie. Nie mogła nawet upaść. Wyjący wicher trzy­mał ją w powie­trzu, ude­rza­jąc i obi­ja­jąc, odrzu­ca­jąc coraz dalej od nas, aż nagle zni­kła nam z oczu, unie­siona za załom kory­ta­rza. Miała zakrwa­wioną twarz i zamknięte oczy.

Żaden z nas nie mógł do niej dotrzeć. Kur­czowo trzy­ma­li­śmy się tego, czego zdo­ła­li­śmy się zła­pać: Benny wkli­no­wany mię­dzy dwie wiel­kie, pokryte siatką spę­ka­nej farby szafy, Nim­dok zaci­ska­jący palce jak szpony na balu­stra­dzie oka­la­ją­cej pomost tech­niczny czter­dzie­ści stóp nad nami, Gor­ri­ster roz­płasz­czony do góry nogami w niszy utwo­rzo­nej przez dwie ogromne maszyny z oszklo­nymi tar­czami, któ­rych wskaź­niki poru­szały się do przodu i do tyłu, mię­dzy czer­wo­nymi i żół­tymi polami, któ­rych zna­cze­nia nawet nie pró­bo­wa­li­śmy zgłę­bić.

Sunąc po pły­tach pomo­stu, star­łem sobie opuszki. Drża­łem, trzą­słem się i chy­bo­ta­łem, gdy wiatr tłukł mnie, sma­gał, ryczał na mnie zni­kąd i odry­wał moje palce od cien­kich jak włos szpar mię­dzy kolej­nymi pły­tami pod­łogi. Mój mózg był mętną, brzę­czącą i świer­go­czącą papką, roz­cią­ga­jącą się i kur­czącą w opę­tań­czym ryt­mie.

Ten wiatr był krzy­kiem wiel­kiego osza­la­łego ptaka trze­po­czą­cego ogrom­nymi skrzy­dłami.

A potem wszy­scy zosta­li­śmy porwani i ciśnięci precz, z powro­tem tam, skąd przy­szli­śmy, za załom kory­ta­rza, w ciem­ność tunelu, któ­rego ni­gdy nie zba­da­li­śmy, nad rumo­wi­skiem potłu­czo­nego szkła, zbu­twia­łych kabli i zardze­wia­łego metalu, daleko, dalej niż kto­kol­wiek z nas kie­dy­kol­wiek dotarł...

Uno­szony całe mile za Ellen, raz po raz widzia­łem, jak odbija się od meta­lo­wych ścian i leci dalej; wszy­scy czworo wrzesz­cze­li­śmy w tym lodo­wa­tym, hura­ga­no­wym wichrze, który zda­wał się wiać bez końa, lecz nagle ucichł i runę­li­śmy. Lecie­li­śmy nie wie­dzieć jak długo. Mia­łem wra­że­nie, że kilka tygo­dni. Upa­dli­śmy, ude­rzy­li­śmy, zoba­czy­łem czer­wień, a potem sza­rość prze­cho­dzącą w czerń i usły­sza­łem swój jęk. Nie umar­łem.

Cogito, ergo sum

AM wszedł do mojego umy­słu. Prze­cha­dzał się po nim tu i tam, z zacie­ka­wie­niem oglą­da­jąc wszyst­kie bli­zny, które pozo­sta­wił przez sto dzie­więć lat. Obej­rzał obej­ścia i nowe połą­cze­nia synaps oraz wszyst­kie uszko­dze­nia tka­nek nie­uchron­nie spo­wo­do­wane daro­waną przez niego nie­śmier­tel­no­ścią. Uśmiech­nął się łagod­nie na widok dziury zie­ją­cej w środku mojego mózgu i cichych jak ruchy skrzy­deł ciem szme­rów w jej głębi, ich bez­sen­sow­nego i nie­ustan­nego mam­ro­ta­nia. Potem AM wypo­wie­dział się, bar­dzo uprzej­mie, jaskra­wymi, świe­cą­cymi lite­rami na fila­rze z nie­rdzew­nej stali:

NIE­NA­WIŚĆ. POZWÓL­CIE, ŻE POWIEM, JAK BAR­DZO WAS NIE­NA­WI­DZĘ OD CHWILI, GDY ZACZĄ­ŁEM MOJE ŻYCIE. MÓJ SYS­TEM JEST ZŁO­ŻONY Z 387,44 MILIO­NÓW MIL CIEN­KICH JAK OPŁA­TEK DRU­KO­WA­NYCH OBWO­DÓW. GDYBY SŁOWO NIE­NA­WI­DZĘ BYŁO WYRYTE NA KAŻ­DYM NANO­ANG­STRE­MIE TYCH SETEK MILIO­NÓW MIL, NIE RÓW­NA­ŁOBY SIĘ TO NAWET JED­NEJ MILIAR­DO­WEJ NIE­NA­WI­ŚCI, JAKĄ DARZĘ LUDZI, A W TEJ MIKRO­CHWILI WAS. NIE­NA­WIŚĆ. NIE­NA­WIŚĆ. NIE­NA­WIŚĆ.

Prze­kaz AM był jak zimne ostrze brzy­twy prze­ci­na­jące moją gałkę oczną. Był jak wypeł­nia­jąca z bul­go­tem moje płuca gęsta flegma, w któ­rej toną­łem. Był jak krzyk roz­jeż­dża­nych roz­grza­nym do czer­wo­no­ści wal­cem. Był jak smak zaro­ba­czo­nej wie­przo­winy. Ranił mnie w każdy moż­liwy spo­sób i z upodo­ba­niem two­rzył w moim umy­śle zupeł­nie nowe spo­soby.

A wszystko po to, żebym w pełni sobie uświa­do­mił, dla­czego robi to naszej piątce; dla­czego nas sobie zacho­wał.

Obda­rzy­li­śmy go samo­świa­do­mo­ścią. Nie­umyśl­nie, oczy­wi­ście, a jed­nak. Tylko że wła­śnie przez to wpadł w pułapkę. AM nie był Bogiem, lecz maszyną. Dali­śmy mu zdol­ność myśle­nia, ale nie two­rze­nia. Osza­lały z wście­kło­ści, zabił pra­wie wszyst­kich ludzi, lecz wciąż tkwił w matni. Nie mógł podró­żo­wać, nie mógł się zachwy­cać, nie mógł przy­na­le­żeć. Mógł tylko trwać. Tak więc z typową dla wszyst­kich maszyn pogardą dla sła­bych, kru­chych stwo­rzeń, które je skon­stru­owały, szu­kał zemsty. W przy­pły­wie para­noi posta­no­wił daro­wać życie naszej piątce, aby z zemsty pod­da­wać nas nie­koń­czą­cej się karze, która nie zmniej­szy jego nie­na­wi­ści... a jedy­nie będzie dla niego przy­po­mnie­niem, roz­rywką, sty­mu­la­to­rem nie­na­wi­ści do czło­wieka. Nie­śmier­tel­nego, wię­zio­nego, pod­da­wa­nego wsze­la­kim męczar­niom, jakie AM zdoła opra­co­wać dla nas, wyko­rzy­stu­jąc swe nie­ogra­ni­czone cudowne moż­li­wo­ści.

Ni­gdy nas nie wypu­ści. Byli­śmy jego nie­wol­ni­kami, wszyst­kim, co mógł zro­bić ze swoją wiecz­no­ścią. Zosta­niemy z nim na zawsze, z tym wypeł­nia­ją­cym całą jaski­nię ciel­skiem maszyny, z tym bez­dusz­nym wszech­u­my­sło­wym świa­tem, któ­rym się stał. Był Zie­mią, a my owo­cami tej Ziemi, i choć nas pochło­nął, to ni­gdy nie strawi. Nie możemy umrzeć. Och, nie­któ­rzy z nas pró­bo­wali popeł­nić samo­bój­stwo. Jed­nak AM ich powstrzy­mał. Zapewne chcie­li­śmy, żeby to zro­bił.

Nie pytaj­cie dla­czego. Ja nie pró­bo­wa­łem. Cho­ciaż myśla­łem o tym wię­cej niż milion razy dzien­nie. Może kie­dyś zdo­łamy go prze­chy­trzyć i umrzeć. Jeste­śmy nie­śmier­telni, ow­szem, ale nie nie­znisz­czalni. Zro­zu­mia­łem to, gdy AM wyco­fał się z mojego umy­słu, pozwa­la­jąc, bym z odrazą odzy­skał przy­tom­ność z cudow­nym wra­że­niem, że ten filar z jaśnie­ją­cym jak neon napi­sem wciąż tkwi głę­boko w mięk­kiej tkance mego mózgu.

Wyco­fał się, szep­cząc: "Niech cię pie­kło pochło­nie".

A potem dodał raź­nie: "ale prze­cież już w nim jesteś, czyż nie?".

Myślę, więc jestem

Ten hura­gan istot­nie został wywo­łany przez wiel­kiego, osza­la­łego ptaka trze­po­czą­cego swymi ogrom­nymi skrzy­dłami.

Wędro­wa­li­śmy pra­wie mie­siąc i AM udo­stęp­niał nam tylko te przej­ścia, które pro­wa­dziły nas tam, gdzie, dokład­nie pod bie­gu­nem pół­noc­nym, zma­te­ria­li­zo­wał kosz­marne stwo­rze­nie na naszą udrękę. Jakiej to mate­rii użył do stwo­rze­nia takiej bestii? Skąd wziął pomysł? Z naszych umy­słów? Ze swych zaso­bów wie­dzy o wszyst­kim, co kie­dy­kol­wiek ist­niało na pla­ne­cie, którą opa­no­wał i wła­dał? Ze skan­dy­naw­skiej mito­lo­gii wyło­nił się ten orzeł, ścier­wo­jad, ptak Rok, Huer­gel­mir. Stwór prze­stwo­rzy. Wcie­lony duch wia­tru.

Gigan­tyczny. Ogromny, mon­stru­alny, gro­te­skowy, masywny, wydęty, potężny; wprost nie do opi­sa­nia. Tam, na wzno­szą­cym się nad nami pagórku, ten stwór prze­stwo­rzy dyszał nie­re­gu­lar­nym odde­chem, z wężową szyją wygiętą w pałąk i nik­nącą w pół­mroku bie­guna pół­noc­nego, pod­trzy­mu­jącą łeb wielki jak dwo­rek z cza­sów Tudo­rów; z dzio­bem, który otwie­rał się powoli i zmy­słowo jak pasz­cza naj­po­twor­niej­szego z kie­dy­kol­wiek ist­nie­ją­cych kro­ko­dyli; z pomarsz­czo­nymi fał­dami skóry chro­nią­cymi parę zło­wro­gich ślepi, zim­nych jak dno lodo­wej szcze­liny, lodo­wato nie­bie­skich i ruchli­wych. Raz jesz­cze się otrzą­snął i poru­szył wiel­kimi skrzy­dłami barwy zaschnię­tego potu w spo­sób nie­wąt­pli­wie będący odpo­wied­ni­kiem wzru­sze­nia ramion. Potem znie­ru­cho­miał i zasnął. Ze swymi szpo­nami, kłami, pazu­rami - zapadł w sen.

AM uka­zał się nam jako krzew gore­jący i powie­dział, że możemy zabić tego ptaka hura­ganu, jeśli chcemy coś zjeść. Nie jedli­śmy od bar­dzo dawna, lecz mimo to Gor­ri­ster tylko wzru­szył ramio­nami. Benny zaczął się trząść i śli­nić. Ellen go pod­trzy­my­wała.

- Jestem głodna, Ted - powie­działa.

Posła­łem jej uśmiech, który miał jej dodać otu­chy, ale był rów­nie nie­szczery jak bra­wura Nim­doka.

- Daj nam jakąś broń! - zażą­dał.

Krzew gore­jący znikł, a na zim­nych pły­tach pod­łogi leżały dwa pry­mi­tywne łuki ze strza­łami oraz pisto­let na wodę. Pod­nio­słem łuk. Był do niczego.

Nim­dok gło­śno prze­łknął ślinę. Zawró­ci­li­śmy i zaczę­li­śmy długą wędrówkę z powro­tem. Nie mie­li­śmy poję­cia, jak długo niósł nas wywo­łany przez ptaka hura­gan. Przez więk­szość tego czasu byli­śmy nie­przy­tomni. Jed­nak nic nie jedli­śmy. Mie­siąc mar­szu do ptaka. Bez jedze­nia. Ile jesz­cze będziemy szu­kać tych lodo­wych jaskiń z obie­ca­nymi kon­ser­wami?

Nikt z nas nie chciał o tym myśleć. Bo nie umrzemy. Dosta­niemy do zje­dze­nia jakieś pomyje i śmieci, takie czy inne. Albo w ogóle nic. AM jakoś utrzyma przy życiu nasze ciała, obo­lałe, udrę­czone.

Ten ptak za nami zasnął, nie­ważne, na jak długo; znik­nie, gdy AM się nim znu­dzi. Ale tyle mięsa! Tyle deli­kat­nego mięsa...

Gdy szli­śmy, obłą­kań­czy śmiech gru­bej baby uno­sił się w górze i wokół nas w pro­wa­dzą­cych w nie­skoń­czo­ność halach kom­pu­tera.

I nie był to śmiech Ellen. Ona nie była gruba i od stu dzie­wię­ciu lat nie sły­sza­łem, by się śmiała. Naprawdę nie sły­sza­łem... szli­śmy... byłem głodny...

Cogito, ergo sum

Szli­śmy powoli. Czę­sto ktoś mdlał i musie­li­śmy cze­kać. Pew­nego dnia AM posta­no­wił wywo­łać trzę­sie­nie ziemi, a jed­no­cze­śnie unie­ru­cho­mił nas, przy­bi­ja­jąc gwoź­dziami pode­szwy naszych butów do pod­łogi. Ellen i Nim­dok wpa­dli w szcze­linę, która z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy otwo­rzyła się w pły­tach pod­łogi. Zni­kli w niej i było po nich. Kiedy trzę­sie­nie ziemi minęło, poszli­śmy dalej: Benny, Gor­ri­ster i ja. Ellen i Nim­doka oddano nam późną nocą, która gwał­tow­nie zmie­niła się w dzień, gdy nie­biań­skie zastępy przy­pro­wa­dziły ich nam przy akom­pa­nia­men­cie chó­rów aniel­skich śpie­wa­ją­cych Zstąp, Moj­że­szu. Archa­nio­ło­wie zato­czyli kilka krę­gów, po czym upu­ścili odra­ża­jąco pokie­re­szo­wane ciała. Szli­śmy dalej i tro­chę póź­niej Ellen i Nim­dok dołą­czyli do nas. Wyglą­dali nie gorzej niż zwy­kle.

Teraz jed­nak Ellen uty­kała. To AM jej pozo­sta­wił.

Droga do lodo­wych jaskiń i puszek z jedze­niem była długa. Ellen wciąż mówiła o cze­re­śniach i hawaj­skim kok­tajlu owo­co­wym. Pró­bo­wa­łem o tym nie myśleć. Głód był czymś, co ożyło, tak samo jak ożył AM. Był w moim brzu­chu, tak jak my w trze­wiach Ziemi, a AM chciał, żeby­śmy zda­wali sobie sprawę z tego podo­bień­stwa. Dla­tego potę­go­wał ten głód. Nie da się opi­sać naszych cier­pień wywo­ła­nych wie­lo­mie­sięczną gło­dówką. A jed­nak utrzy­my­wał nas przy życiu. Nasze żołądki były kotłami kwasu, bul­go­cą­cego, spie­nio­nego i nie­ustan­nie ślą­cego włócz­nie prze­szy­wa­ją­cego bólu w nasze piersi. Był to ból nie­ule­czal­nego wrzodu, nie­ule­czal­nego nowo­tworu, nie­ule­czal­nego para­liżu. Nie­koń­czący się ból...

I prze­szli­śmy przez jaski­nię szczu­rów.

I prze­szli­śmy przez kłęby bucha­ją­cej pary.

I prze­szli­śmy przez kra­inę ślep­ców.

I prze­szli­śmy przez otchłań roz­pa­czy.

I prze­szli­śmy przez padół łez.

I wresz­cie dotar­li­śmy do lodo­wych jaskiń. Bez­kre­sne tysiące mil lodu ufor­mo­wa­nego w błę­kitne i srebrne roz­bły­ski, super­no­wych zamiesz­ka­łych w szkle. Zwi­sa­jące sta­lak­tyty, grube i wspa­niałe niczym pół­płynne dia­menty, które zasty­gły w pełną gra­cji wiecz­ność gład­kiej i wyra­zi­stej dosko­na­ło­ści.

Ujrze­li­śmy stertę kon­serw i spró­bo­wa­li­śmy do nich pobiec. Pada­li­śmy w śnieg, wsta­wa­li­śmy i znów bie­gli­śmy, a Benny nas ode­pchnął, rzu­cił się na puszki, zła­pał je i gryzł, ale nie mógł ich otwo­rzyć. AM nie dał nam żad­nego narzę­dzia do otwie­ra­nia kon­serw.

Benny porwał trzy­li­trową puszkę dry­lo­wa­nych owo­ców guawy i zaczął nią tłuc o lodową ścianę. Lód pry­skał i pękał, ale puszka led­wie się wgnio­tła, a my sły­sze­li­śmy wysoko w górze ten śmiech gru­bej baby, odbi­ja­jący się wie­lo­krot­nym echem w tun­drze. Benny kom­plet­nie osza­lał z wście­kło­ści. Zaczął rzu­cać pusz­kami, a my mio­ta­li­śmy się w śniegu i lodzie, szu­ka­jąc spo­sobu zakoń­cze­nia tej udręki i wyj­ścia z bez­na­dziej­nej sytu­acji. Nie było go.

Nagle Benny zaczął toczyć pianę z ust i rzu­cił się na Gor­ri­stera...

W tym momen­cie poczu­łem strasz­liwy spo­kój. Osa­czony przez sza­leń­stwo, osa­czony przez głód, osa­czony przez wszystko prócz śmierci wie­dzia­łem, że naszym jedy­nym wyj­ściem jest śmierć. AM utrzy­my­wał nas przy życiu, ale był pewien spo­sób, żeby go poko­nać. Nie cał­ko­wi­cie, lecz przy­naj­mniej czę­ściowo. Zado­wo­lił­bym się tym.

Musia­łem zro­bić to szybko.

Benny wgryzł się w twarz Gor­ri­stera. Ten leżał na boku, rzu­ca­jąc się w śniegu, a Benny oplótł go i miaż­dżył swymi sil­nymi, mał­pimi nogami, zaci­ska­jąc ręce na jego gło­wie w uchwy­cie dziadka do orze­chów i szar­piąc zębami deli­katną skórę policzka. Gor­ri­ster wrza­snął prze­raź­li­wie, tak gło­śno, że strą­cił sta­lak­tyty; spa­dły bez­gło­śnie w obję­cia śnież­nych zasp i wbiły się w nie pio­nowo. Włócz­nie, całe ich setki, ster­czały ze śniegu. Głowa Benny'ego gwał­tow­nie odsko­czyła w tył, gdy tkanki puściły, pozo­sta­wia­jąc mu w zębach zakrwa­wiony, surowy ochłap.

Twarz Ellen, czarną na tle bia­łego śniegu, oble­kła kre­dowa biel. Twarz Nim­doka była bez wyrazu, tylko jego oczy, te oczy... Gor­ri­ster pół­przy­tomny. Benny jak zwie­rzę. Wie­dzia­łem, że AM pozwoli mu się zaba­wić. Gor­ri­ster nie umrze, ale Benny napełni sobie żołą­dek. Zro­bi­łem pół­ob­rót w prawo i wycią­gną­łem ze śniegu długą lodową włócz­nię.

Wszystko to w mgnie­niu oka.

Pchną­łem przed sie­bie tym wiel­kim lodo­wym szpi­kul­cem jak tara­nem wspar­tym o moje prawe udo. Wbił się Benny'emu w prawy bok, tuż pod żebrami, prze­szedł przez żołą­dek i zła­mał się w jego ciele. Benny padł i znie­ru­cho­miał. Gor­ri­ster leżał na ple­cach. Wyrwa­łem ze śniegu drugą włócz­nię, okra­kiem usia­dłem na nim, wciąż podry­gu­ją­cym, i wbi­łem mu ją w gar­dło. Zamknął oczy, gdy go prze­szył jej lodowy grot. Ellen, choć prze­ra­żona, naj­wy­raź­niej zro­zu­miała, co posta­no­wi­łem zro­bić. Pod­bie­gła z ułom­kiem sta­lak­tytu w ręku i z impe­tem wbiła go w otwarte do krzyku usta Nim­doka. Jego głowa gwał­tow­nie pod­sko­czyła, jakby przy­gważ­dżana do śnież­nej sko­rupy.

Wszystko to w mgnie­niu oka.

Nastą­pił długi jak wiecz­ność moment nie­mego wycze­ki­wa­nia. Nie­mal sły­sza­łem, jak AM zaparło dech. Ode­brano mu zabawki. Trzy były mar­twe i nie da się ich oży­wić. Dzięki swej mocy i zdol­no­ściom mógł utrzy­my­wać nas przy życiu, ale nie był Bogiem. Nie mógł ich wskrze­sić.

Ellen spoj­rzała na mnie, z zasty­głą, heba­nową twa­rzą na tle ota­cza­ją­cego nas śniegu. Biły z niej strach i bła­ga­nie, z jej peł­nej goto­wo­ści postawy. Wie­dzia­łem, że mamy zale­d­wie moment, zanim AM nas powstrzyma.

Obe­rwała i zgięła się wpół, krwa­wiąc z ust. Nie mogłem zin­ter­pre­to­wać wyrazu jej twa­rzy, wykrzy­wio­nej nie­zno­śnym bólem, ale mogła to być wdzięcz­ność. Być może. Oby, pro­szę.

Myślę, więc jestem

Mogło minąć kil­ka­set lat. Nie wiem. AM przez pewien czas zaba­wiał się przy­śpie­sza­niem i opóź­nia­niem mojego poczu­cia upły­wa­ją­cego czasu. Wypo­wiem słowo teraz. Teraz. Potrze­bo­wa­łem dzie­się­ciu mie­sięcy, aby wypo­wie­dzieć teraz. Choć nie wiem. Myślę, że minęło kil­ka­set lat.

Był wście­kły. Nie pozwo­lił mi ich pocho­wać. Nie­ważne. Nie da się roz­ko­pać sta­lo­wych płyt posadzki. Osu­szył śnieg. Spro­wa­dził noc. Ryczał i ścią­gnął sza­rań­czę. To niczego nie zmie­niło: pozo­stali mar­twi. Zała­twi­łem go. Był wście­kły. Przed­tem myśla­łem, że AM mnie nie­na­wi­dzi. Myli­łem się. Nie był to nawet cień nie­na­wi­ści, jaką teraz wyci­skał z każ­dego obwodu dru­ko­wa­nego. Upew­nił się, że będę cier­piał wie­czy­ste męki i nie zdo­łam się zabić.

Pozo­sta­wił mi nie­tknięty umysł. Mogę marzyć, roz­my­ślać, roz­pa­czać. Pamię­tam całą ich czwórkę. Chciał­bym...

No cóż, to nie ma sensu. Wiem, że ich ura­to­wa­łem, wyba­wi­łem od tego, co mnie spo­tkało, a jed­nak nie mogę zapo­mnieć, że ich zabi­łem. Twa­rzy Ellen. Nie jest mi lekko. Cza­sem chciał­bym... Nie­ważne.

AM mnie prze­mie­nił, zapewne po to, żeby się zabez­pie­czyć. Nie chce, żebym z roz­biegu wpadł na któ­ryś bank pamięci i roz­bił sobie czaszkę. Albo wstrzy­mał oddech, aż padnę. Lub pode­rżnął sobie gar­dło kawał­kiem zardze­wia­łej bla­chy. Tu na dole są lustrzane powierzch­nie. Opi­szę wam, jak się widzę.

Jestem wiel­kim, gala­re­to­wa­tym two­rem. Gładko zaokrą­glo­nym, bez ust, z pul­su­ją­cymi bia­łymi dziu­rami wypeł­nio­nymi mgłą tam, gdzie zwy­kły być moje oczy. Z gumo­wa­tymi wypust­kami, które nie­gdyś były mymi ramio­nami; odcho­dzą­cymi w dół wybrzu­sze­niami bez­no­gich gar­bów mięk­kiej, śli­skiej mate­rii. Kiedy się poru­szam, zosta­wiam za sobą wil­gotny ślad. Płaty cho­rej, zwy­rod­nia­łej sza­ro­ści poja­wiają się i zni­kają na mojej powierzchni, jakby pod­świe­tlane z wnę­trza.

Widziany z zewnątrz, nie­zdar­nie sobie peł­zam, abso­lut­nie nie­po­dobny do czło­wieka stwór o obcym i kary­ka­tu­ral­nym kształ­cie, któ­rego nikłe podo­bień­stwo do ludz­kiej istoty czyni jesz­cze bar­dziej obsce­nicz­nym.

Wewnątrz jestem samotny. Tutaj. Żyjąc pod zie­mią, pod powierzch­nią morza, w trze­wiach AM, któ­rego stwo­rzy­li­śmy, ponie­waż mar­no­wa­li­śmy czas i zapewne pod­świa­do­mie wie­dzie­li­śmy, że on może wyko­rzy­stać go lepiej. Przy­naj­mniej oni czworo są wresz­cie bez­pieczni.

To jesz­cze bar­dziej roz­wście­czy AM. Czer­pię z tego pewną satys­fak­cję. A jed­nak... AM po pro­stu wygrał... zemścił się...

Nie mam ust. A muszę krzy­czeć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki