Przedmowa
J. Michael Straczynski
Hej, ty!
Tak, ty!
Czuję twój ból. Wiem, przez co przechodzisz.
Myślisz sobie: "Jak to możliwe, że ja, podróżnik po najdalszych krańcach
tego świata, znający tajne hasło wstępu do ukrytego miasta pod Dżakartą,
wielekroć podróżujący z mnichami i prorokami z tuzina krajów, nad wiek
oświecony i mądry, co skutecznie wykorzystałem przeciwko zabójcom
wysłanym (na próżno), by zapobiec rozpowszechnieniu tej wiedzy, jak to
możliwe, że dotychczas nie słyszałem o Harlanie Ellisonie?".
Myślisz sobie: "Jak to możliwe, że ja, bon vivant ceniony przez
biznesmenów, duchownych i polityków, zapraszany na najwspanialsze
przyjęcia (włącznie z tymi, o których nikt nie powinien wiedzieć) (a szczególnie te), gdzie sztuka jest ceniona nade wszystko, nie znam dzieł
autora, który napisał ponad 1700 opowiadań, nowel, scenariuszy
telewizyjnych i artykułów, zdobywając przy tym więcej nagród, i to
różnorodnych, niż którykolwiek inny pisarz, żywy, martwy lub zamieniony
w zombi?".
Myślisz sobie: "Jak ktoś tak politycznie i społecznie uświadomiony jak
ja, ochoczo walczący z cenzurą, mizoginią, rasizmem oraz innymi
społeczno-politycznymi paskudztwami, które zbyt długo stawiały nas pod
ścianą, mógł przeoczyć opowieści człowieka, który maszerował z Martinem
Lutherem Kingiem w Selmie, popierał sprawę feministek, wojował z sieciami telewizyjnymi i wydawcami o cenzurę, regularnie pojawiał się w programach telewizyjnych oraz miasteczkach uniwersyteckich, by potępiać
korporacyjną chciwość, wyzysk artystów, korupcję na najwyższych
szczeblach władzy, i był na liście wrogów co najmniej jednego prezydenta
Stanów Zjednoczonych?".
Jednak przede wszystkim myślisz sobie: "Czy jest ziarno prawdy w plotkach, że był elegantem i piekielnie dobrym tancerzem?".
Tak... jak najbardziej.
A nie natrafiliście wcześniej na jego nazwisko z pewnego konkretnego
powodu.
Harlan był obrazoburcą, wichrzycielem, podżegaczem i siłą natury, ale
przede wszystkim był artystą uzbrojonym w bardzo klarowną wizję tego, w jaki sposób jego dzieła mają być publikowane, od okładki po rodzaj
czcionki, jakość papieru i najdrobniejsze niuanse interpunkcji. Chociaż
niektórzy wydawcy godzili się z tą wizją, zawsze wiązała się z walką, a zwycięstwa były nieustannie komplikowane przez wydawców, agentów oraz
przypadkowych kopistów, którzy nie rozumieli lub po prostu nie dbali o zachowanie integralności dzieł i dlatego robili, co chcieli. Batalie
Harlana o swobodę literacką, przeciwko korporacyjnej głupocie i zachłanności, były legendarne.
Jednak także wyczerpujące.
Spróbuj być czempionem dobra swej epoki. Po pewnym czasie nawet
najbardziej zdeterminowany z nas zechce wziąć wolny dzień, żeby
posiedzieć na słońcu i poczytać książkę. (Wpadnij kiedyś do mnie, żeby
wysłuchać opowieści o Harlanie, niesłownym wydawcy, martwym suśle, 213
cegłach, papeterii Donny'ego Osmonda i litewskim płatnym zabójcy).
Zamiast tracić czas, energię i zdrowie na boje z wydawcami, czyli
marnować siły, które lepiej byłoby spożytkować na walkę w słusznej
sprawie z cenzurą i niesprawiedliwością, Harlan zaczął wydawać swoje
dzieła w ograniczonych nakładach pozwalających mu zachować nad nimi
całkowitą kontrolę, od początku do końca. Były tak wspaniałe i piękne,
że ich nieliczne zachowane egzemplarze zwykle są sprzedawane za tysiące
dolarów.
Jednak Harlanowi nie chodziło o pieniądze. Nie oznacza to, że pieniądze
są niedobre lub pisarzom nie powinno się płacić (kolejna nieustanna
batalia), tylko że dla każdego artysty dzieło powinno mieć prymat nad
zapłatą. Ponieważ kiedy się ukaże, nikogo nie obchodzi, ile zarobiłeś
pieniędzy, jakim jeździsz samochodem lub jak uroczo wyglądasz w kapeluszu borsalino przekrzywionym w zawadiacki sposób. Liczy się
jedynie jakość dzieła, ponieważ tylko ono przeżyje artystę.
Widzicie, Harlan był ateistą. Nie wierzył w życie pozagrobowe, w którym
znajdziemy odkupienie lub przebaczenie błędów i przypadkowych
okrucieństw popełnionych za życia. Wierzył, że należy starać się
ulepszać człowieka tu i teraz, a nie w nieznanej otchłani po tamtej
stronie. W imię tego poświęcał swoje pieniądze, bezpieczeństwo, a kilkakrotnie nawet narażał życie. Opowiadał się za prawami obywatelskimi
i ograniczeniem prawa do posiadania broni wtedy, gdy było to
niebezpieczne, w wyniku czego: a) ktoś strzelił do niego, gdy przemawiał
przeciwko aktom przemocy z użyciem broni, b) z dumą maszerował u boku
Martina Luthera Kinga w Selmie. Nieustannie współpracował ze zwalczającą
cenzurę na świecie PEN International, za co otrzymał Nagrodę Silver Pen.
Harlan był także zagorzałym feministą, który usilnie starał się podnieść
pozycję autorek science fiction w czasach, gdy ten gatunek był
zdominowany przez mężczyzn. Jednym z przykładów jest Octavia Butler.
Jednak jego zaangażowanie znacznie wykraczało poza zwykłą obronę i poparcie. W 1978 roku, w szczytowym momencie zmagań o wprowadzenie
poprawki dotyczącej równouprawnienia (zmagań, które, co smutne i niewiarygodne, trwają do dziś), Harlan został zaproszony jako gość
honorowy na ogromny konwent SF w Phoenix w Arizonie. Gdy Arizona
zagłosowała za odmową ratyfikacji tej poprawki, a Narodowa Organizacja
Kobiet ogłosiła bojkot ekonomiczny, zamiast nie brać udziału w tym
zlocie, bo rozczarowałoby to tysiące fanów, postanowił podjąć
jednoosobową akcję protestacyjną, a mianowicie nie wydać w Arizonie ani
pensa. Wynajął kamper, załadował do niego mnóstwo gotowych dań i hektolitry butelkowanej wody (przez całe życie był abstynentem), po czym
pojechał z Los Angeles do Phoenix i zatankował przed przekroczeniem
granicy stanu. Odmówił skorzystania z proponowanego mu na koszt
organizatorów konwentu pokoju hotelowego i spędził najgorętszy tydzień
najskwarniejszego od bardzo dawna lata w Phoenix w maleńkim kamperze,
przez cały czas ściśle współpracując z Narodową Organizacją Kobiet oraz
wyjaśniając prasie bojkot Arizony i jego powód.
Dla Harlana nie liczyło się to, że ktoś mówił, że w coś wierzy. Istotne
było to, w jakim stopniu ten ktoś był gotowy się narazić, zaryzykować
działanie, zająć stanowisko wtedy, gdy była to najtrudniejsza decyzja z możliwych. W takich chwilach dowiadujesz się, kim naprawdę jesteś.
Dlatego przemawiał przeciwko rasizmowi i mizoginii nie tylko w miasteczkach uniwersyteckich, ale na posiedzeniach korporacji, na
ulicach Selmy i w gabinetach dyrektorów sieci telewizyjnych. Nieważne,
jeśli w rezultacie tracił zlecenia. To było słuszne, więc to robił. Tę
samą zasadę stosował w pracy. W swoich opowiadaniach poruszał
kontrowersyjne i postępowe tematy w sposób, o jakim przedtem nikt nawet
nie pomyślał. Takie podejście doprowadziło do narodzin nowofalowej
fantastyki naukowej, co na zawsze zmieniło ten gatunek literatury.
Wszystko to okrężną drogą prowadzi do odpowiedzi na pytania postawione
na początku tej przedmowy. Nie słyszeliście o Harlanie Ellisonie,
ponieważ dokonawszy tych niezwykłych rzeczy, ostatnie trzy dekady swego
życia spędził na iście salingerowskim wygnaniu ze świata literatury
głównego nurtu. Właśnie w tym czasie Harlan stał się moim przyjacielem,
chociaż poprzez jego twórczość znałem go od wielu lat, podczas których
zupełnie nieświadomie był moim mentorem. Jego odwaga i wytrwałość
dodawały mi sił, jego mądrość budziła szacunek, lojalność inspirowała, a ekscentryczność irytowała mnie, ale nigdy nie zrażała, ponieważ zawsze i niezmiennie miał serce we właściwym miejscu.
Teraz, po jego niedawnej śmierci, w której wyniku wyznaczono mnie
zarządcą fundacji Harlana i Susan Ellisonów, czas przypomnieć światu
zbiór jego najlepszych, pełnych życia i często kontrowersyjnych
opowiadań, wciąż stanowiących wyzwanie dla czytelników i może nawet
jeszcze bardziej ważnych niż kiedyś.
Są to opowiadania o zachwycie, utracie, miłości, tęsknocie, grozie i radości, napisane z głębokim przekonaniem, że możemy i powinniśmy być
lepsi, niż jesteśmy.
Przeważnie są to opowiadania z pazurem. Nawet te zabawne.
Szczególnie te zabawne.
Dotychczas nie słyszeliście o Harlanie Ellisonie.
Nic nie szkodzi.
Ponieważ podróż do nieznanych światów, które stworzył, znów się zaczyna,
już teraz, na następnych stronach.
Szczęśliwej podróży!
Kajaj się, Arlekinie - rzekł Tiktaktor
Zawsze są tacy, którzy pytają, o co w tym
wszystkim chodzi. Tym, którzy muszą pytać, którzy potrzebują kropki nad
i oraz chcą wiedzieć, w czym rzecz, przypominam:
Tak więc ogromna większość ludzi służy państwu raczej nie jako osoby,
lecz maszyny mające ciała. Są zbrojną armią, pospolitym ruszeniem,
klucznikami, konstablami, oddziałami pościgowymi i tak dalej. Przeważnie
nie korzystają ze swobody wyboru w kwestii osądu czy moralności; przez
to zrównują się poziomem z drewnem, ziemią i kamieniami; a zapewne można
by produkować drewnianych ludzi, którzy równie dobrze spełnialiby te
zadania. Tacy nie budzą większego szacunku niż ludzie ze słomy lub
gliny. Są tyleż samo warci, co konie i psy. Nawet jednak oni są uważani
za dobrych obywateli. Inni - w większości ustawodawcy, politycy,
prawnicy, ministrowie i urzędnicy - służą państwu głównie swoimi
umysłami, a ponieważ rzadko miewają moralne dylematy, równie dobrze mogą
nieświadomie służyć diabłu, co Bogu. Bardzo nieliczni - herosi,
patrioci, męczennicy, szeroko pojęci reformatorzy i ludzie, służą
państwu także swymi sumieniami, tak więc z konieczności stawiają mu opór
i przeważnie są traktowani przezeń jak wrogowie.
Henry David Thoreau
O obywatelskim nieposłuszeństwie
Oto sedno sprawy. Teraz zacznijmy od środka, a później poznamy początek;
koniec sam o siebie zadba.
Ponieważ ten świat był, jaki był, taki, jakiemu pozwolili się stać,
całymi miesiącami te działania nie zwróciły uwagi i nie zaniepokoiły
Tych, Którzy Utrzymują Machinę w Ruchu - tych, którzy smarują najlepszym
smarowidłem mimośrody i sprężyny napędowe systemu. I dopiero gdy było
oczywiste, że w jakiś niewiadomy sposób stał się celebrytą, a może nawet
bohaterem dla (jak to nieuchronnie nazwała Administracja) "rozchwianej
emocjonalnie części społeczeństwa" - dopiero wtedy przekazano tę sprawę
Tiktaktorowi i jego machinie prawnej. Tylko że wtedy, ponieważ ten świat
był, jaki był, i w żaden sposób nie mogli przewidzieć pojawienia się
kogoś takiego - jakby zarazka dawno zwalczonej choroby, niespodziewanie
odrodzonej w organizmie, który stracił już nań odporność - pozwolono mu
stać się aż nadto rzeczywistym. Teraz miał formę i treść.
Stał się osobowością, czymś, co odfiltrowali z systemu kilkadziesiąt lat
temu. A jednak pojawił się i był - bardzo konkretna i imponująca
osobowość. W pewnych kręgach - głównie klasy średniej - uznano to za
niesmaczne. Wulgarnie ostentacyjne. Anarchistyczne. Haniebne. W innych
tylko szydzono; w tych kręgach, w których myśl jest podporządkowana
formie i rytuałowi, niuansom i dobrym manierom. Ale w niższych, na dole,
gdzie ludzie zawsze potrzebowali świętych i grzeszników, chleba i igrzysk, swoich bohaterów i łotrów, tam uważano go za Bolívara, Robin
Hooda, Dicka Bonga (Asa nad Asami), Jezusa lub Jomo Kenyattę.
A na górze - gdzie każdy wstrząs, każde drgnięcie grozi wywróceniem
łodzi i pozbawieniem bogatych władzy - uważano go za wywrotowca,
heretyka, rebelianta, niegodziwca, zagrożenie. Był powszechnie znany na
wszystkich szczeblach drabiny społecznej, ale istotne były reakcje tych
na górze i tych na dole. Na samym szczycie i na samym dnie.
Tak więc jego akta, wraz z chronokartą i kardiopłytą, przekazano do
biura Tiktaktora.
Tiktaktor: mający ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, często milczący,
cicho mruczący, gdy wszystko było na czas. Tiktaktor.
Nawet w tych gabinetach hierarchów, gdzie strach generowano, a rzadko
odczuwano, nazywano go Tiktaktorem. Nikt jednak nie ośmielał się tak do
niego zwracać.
Nie zwracasz się do człowieka po imieniu, którego nienawidzi, gdy ten
człowiek, skryty za swoją maską, może anulować minuty, godziny, dni i noce, lata twojego życia. Tak więc nazywano go Najwyższym Temporatorem.
Tak było bezpieczniej.
- Tu jest, czym on jest - rzekł Tiktaktor z nieudawaną łagodnością - ale
nie kim. Na chronokarcie, którą trzymam w lewej ręce, jest nazwisko,
lecz ono mówi, czym, a nie kim on jest. Kardiopłyta, którą trzymam w prawej ręce, również nosi nazwę, lecz nie kogoś, a tylko czegoś. Zanim
będę mógł wykonać przepisowe anulowanie, muszę wiedzieć, kim to jest.
A do swojego personelu, wszystkich tych donosicieli, wazeliniarzy i obiboków, rzekł:
- Kim jest ten Arlekin?
Nie pomrukiwał łagodnie. Zazgrzytały tryby czasu.
Była to jednakże najdłuższa jednorazowa wypowiedź, jaką kiedykolwiek od
niego usłyszeli - cały jego personel: kapusie, siepacze, donosiciele,
wazeliniarze, tylko nie obiboki, bo ci zwykle i tak gdzieś się
szwendali. Ale nawet oni pospieszyli szukać odpowiedzi.
Kim jest ten Arlekin?
Wysoko nad trzecim poziomem miasta przycupnął na skrzypiącej, obudowanej
aluminium platformie łodzi powietrznej (Phi! Łódź powietrzna, akurat!
Tak naprawdę roztelepany rzęch z przymocowanym silnikiem holownika) i spojrzał na rozmieszczone równo jak na obrazie Mondriana zabudowania.
Gdzieś w pobliżu rozbrzmiewało rytmiczne lewa-prawa-lewa człapanie
tenisówek zmiany maszerującej o 14:47 do fabryki łożysk tocznych
Timkina. Dokładnie minutę później usłyszał cichsze prawa-lewa-prawa
wracającej do domów załogi z 5:00.
Na jego ogorzałej twarzy pojawił się figlarny uśmiech, na moment
uwidaczniający dołeczki w policzkach. Następnie podrapał się po pokrytej
strzechą kasztanowych włosów głowie i poruszył ramionami w swym
błazeńskim stroju, jakby przygotowując się na to, co miało nadejść, po
czym pchnął dżojstik i pochylił się na wiatr, gdy łódź powietrzna runęła
w dół. Prześliznął się nad ruchomym chodnikiem tak, by zwichrzyć kitki
modnisiom, a potem wetknął kciuki w swe wielkie uszy, wystawił język,
przewrócił oczami i zapiszczał jak przepracowana maszyna. To była
maleńka dywersja. Jedna osoba potknęła się i upadła, rozrzucając pakunki
na wszystkie strony; inna się posikała, a jeszcze inna zemdlała i chodnik zatrzymał się automatycznie, żeby obsługa mogła ją
zresuscytować. To była maleńka dywersja.
Potem wykręcił, odlatując na zbłąkanym podmuchu wiatru, i znikł. Hej-ho!
Gdy omijał gzyms gmachu Instytutu Badań nad Przepływem Czasu, ujrzał
zmianę wchodzącą właśnie na chodnik. W wyćwiczony sposób, z idealną
oszczędnością ruchów, weszli na wolny pas i (rzędem przypominającym
zespół rewiowy z filmu Busby'ego Berkeleya z przedpotopowych lat
trzydziestych) ostrożnie przesunęli się w poprzek pasm, aż dotarli na
ekspresowe.
I znów, w przewidywaniu dalszego ciągu, pojawił się ten figlarny
uśmiech, który ukazywał brak trzonowca po lewej stronie. Zanurkował i ślizgiem poleciał ku nim, a potem, kuląc się w łodzi, wyjął zatyczki
klap, zapobiegające przedwczesnemu uwolnieniu ładunku z pojemników
domowej roboty. Kiedy je wyciągał, łódź powietrzna przelatywała właśnie
nad robotnikami i na ekspresowy pas spłynęła kaskada żelków warta sto
pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Żelki! Miliony i miliardy purpurowych, żółtych, zielonych, lukrecjowych,
winogronowych, malinowych i miętowych kulek, gładkich i chrupiących z zewnątrz, a miękkich i słodkich w środku, podskakujących, turkoczących,
toczących się, grzechoczących i stukoczących, spadały na głowy i ramiona, na kaski i kombinezony robotników Timkina, pobrzękiwały na
chodniku, odbijały się i turlały pod nogami, po drodze wypełniały niebo
wszystkimi kolorami radości, dzieciństwa i wakacji, spadały ulewnym
deszczem, wartkim potokiem barw i słodkości wprost z niebios, wnosiły w ten świat rozwagi i ustalonego porządku rozszalałą kukułczą nowość.
Żelki!
Zasypywani nimi robotnicy buczeli, śmiali się i złamali szyk, a żelki
dostały się do mechanizmu ruchomych chodników, po czym rozległ się
potworny pisk jakby miliona paznokci skrobiących ćwierć miliona tablic,
później zgrzyty i trzaski, a potem wszystkie chodniki gwałtownie się
zatrzymały i wszyscy pospadali z nich w tę czy tamtą stronę, tworząc
niesamowity galimatias, wciąż jeszcze śmiejąc się i wrzucając do ust
drobne perełki żelków w pastelowych kolorach. To było święto, radość,
zupełne szaleństwo, chichot. Jednak...
Zmiana opóźniła się o siedem minut.
Robotnicy wrócili do domów siedem minut później.
Realizacja ogólnego harmonogramu przesunęła się o siedem minut.
Limity zostały przekroczone z powodu niedziałających chodników o siedem
minut.
Obalił pierwszą kostkę domina w szeregu i - klik, klik, klik - wszystkie
pozostałe też się wywróciły.
System zarobił siedem minut przerwy w funkcjonowaniu. Drobna sprawa,
niewarta uwagi, ale w społeczeństwie, którego głównymi siłami napędowymi
były porządek, jedność, równość oraz sprawne i punktualne działanie, a upływowi czasu oddawano boską cześć, była to prawdziwa katastrofa.
Dlatego kazano mu się stawić przed Tiktaktorem. Nadano tę wiadomość na
wszystkich kanałach sieci. Kazano mu się stawić tam o 19:00 - i to
cholernie punktualnie. Czekali na niego i czekali, ale nie pokazał się
do dziesiątej trzydzieści i dopiero wtedy odśpiewał krótką piosenkę o świetle księżyca nad jakimś miejscem, o którym nikt nigdy nie słyszał,
zwanym Vermontem, po czym ponownie zniknął. Ale oni wszyscy czekali na
niego od siódmej, więc diabli wzięli ich harmonogramy. Nadal więc
pozostawało aktualne pytanie: kim jest ten Arlekin?
Jednak niezadanym (i ważniejszym) pytaniem było: jak to się stało, że
roześmiany, nieodpowiedzialny, wygadujący bzdury dowcipniś był w stanie
naruszyć cały nasz kulturalny i ekonomiczny ład za pomocą żelków za sto
pięćdziesiąt tysięcy dolarów...
Na miłość boską, żelki! Czyste szaleństwo! Skąd wziął pieniądze na to,
by kupić żelki za sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów? (Wiedzieli, że to
musiało tyle kosztować, bo mieli zespół analityków sytuacji, których
oderwano od innych zadań i skierowano na miejsce zdarzenia, żeby zebrali
i policzyli słodycze oraz sformułowali wnioski, przez co zostały
zaburzone ich harmonogramy, a cały ich wydział stracił co najmniej
dzień). Żelki! Żelki? Zaczekajcie chwilę - jedną rozliczaną sekundę -
przecież nikt ich już nie produkuje od ponad stu lat. Więc skąd on je
wziął?
Oto następne dobre pytanie. I najprawdopodobniej nigdy nie otrzymamy na
nie w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. No dobrze, ale na ile pytań
je otrzymujemy?
Tak więc znacie środek. A oto początek. Zaczyna się tak:
Terminarz biurowy. Dzień po dniu, na każdy kartka. 9:00 - otworzyć
pocztę. 9:45 - spotkanie z komisją planowania. 10:30 - omówić z J.L.
wykresy postępów procesu instalacji. 11:45 - modlitwa o deszcz. 12:00 -
lunch. I tak dalej.
"Przykro mi, panno Grant, lecz czas na rozmowę był wyznaczony na 14:30,
a teraz jest prawie piąta. Przykro mi, że pani się spóźniła, ale takie
są zasady. Będzie pani musiała poczekać do następnego roku, aby złożyć
podanie o przyjęcie do college'u". I tak dalej.
Podmiejski z 10:10 staje w Cresthaven, Galesville, Tonawanda Junction,
Selby i Farnhurst, ale nie w Indiana City, Lucasville i Colton, z wyjątkiem niedziel. Pospieszny z 10:35 zatrzymuje się w Galesville,
Selby i Indiana City, z wyjątkiem niedziel i świąt, kiedy staje... I tak
dalej.
"Nie mogłam czekać, Fred. Miałam być u Pierre'a Cartaina o 15:00, a ty
powiedziałeś, że spotkamy się o 14:45 pod zegarem na stacji, ale cię nie
było, więc musiałam iść. Zawsze się spóźniasz, Fred. Gdybyś tam był,
moglibyśmy się złożyć, ale skoro tak, to cóż, zamówiłam sama". I tak
dalej.
"Drodzy Państwo Atterley. Obawiam się, że ze względu na notoryczne
spóźnienia państwa syna, Geralda, będziemy zmuszeni zawiesić go w prawach ucznia, jeśli nie zostanie wprowadzona inna, skuteczniejsza
metoda gwarantująca jego punktualne przychodzenie na lekcje. Przyznaję,
że jest on bardzo zdolnym uczniem i uzyskuje wysokie oceny, lecz
ustawiczne naruszanie przez niego harmonogramu podważa sens jego
dalszego pobytu w szkole, w której inne dzieci potrafią stawiać się na
czas tam, gdzie być powinne..." I tak dalej.
Nie możesz głosować, jeśli nie stawisz się o 8:45.
"Nie obchodzi mnie to, czy ten tekst jest dobry! Ja go potrzebuję na
czwartek!"
Koniec pracy o 14:00.
"Spóźnił się pan. Przyjęliśmy już kogoś na to stanowisko. Przykro mi".
"Potrącono panu z pensji za dwudziestominutowe spóźnienie".
"Boże, która to godzina? Muszę lecieć!"
I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej. Dalej dalej dalej dalej dalej tik
tak tik tak tik tak aż pewnego dnia już nie czas nam służy, lecz my
służymy jemu i jesteśmy niewolnikami harmonogramu, czcicielami ruchu
słońca na niebie, skazanymi na życie oparte na restrykcjach, ponieważ
system nie mógłby funkcjonować, gdybyśmy nie przestrzegali ściśle
harmonogramów.
Aż wreszcie spóźnienie staje się czymś więcej, niż tylko drobną
niedogodnością. Staje się grzechem. Później przestępstwem. A później
zbrodnią karaną tak:
Od północy 15 lipca 2389 roku biuro Najwyższego Temporatora nakazuje
wszystkim obywatelom przedłożyć chronokarty i kardiopłyty do
modernizacji. Zgodnie z ustawą nr 555-7-SGH-999 regulującą zasady
anulowania czasu per capita wszystkie kardiopłyty zostaną przypisane ich
właścicielom i...
W ten sposób wprowadzono system regulacji długości życia przysługującego
każdemu obywatelowi. Jeśli ktoś spóźnił się dziesięć minut, tracił
dziesięć minut życia. Godzina powodowała proporcjonalnie większą stratę.
Jeśli ktoś był ustawicznie spóźnialski, pewnego niedzielnego wieczora
otrzymywał od Najwyższego Temporatora zawiadomienie, że jego czas się
skończył i zostanie "wyłączony" w samo południe w poniedziałek, zatem
pana, panią lub biseksa uprasza się o uporządkowanie swoich spraw.
Tak więc dzięki temu prostemu racjonalnemu podejściu (przy wykorzystaniu
pewnego procesu naukowego trzymanego w ścisłej tajemnicy przez biuro
Tiktaktora) system działał bez zakłóceń. To był jedyny racjonalny
sposób. W końcu tak nakazywał patriotyzm. Trzeba było przestrzegać
harmonogramów. W końcu przecież była wojna!
Tylko czy nie trwała ona zawsze?
- Ależ to naprawdę niesmaczne - powiedział Arlekin, gdy Piękna Alicja
pokazała mu list gończy. - Niesmaczne i wysoce niestosowne. Ostatecznie
przecież to nie Dziki Zachód. List gończy!
- Wiesz - zauważyła Alicja - że mówiąc tak, przeginasz.
- Przepraszam - rzekł pokornie Arlekin.
- Nie musisz przepraszać. Wciąż powtarzasz to swoje "przepraszam". To
naprawdę bardzo smutne, że masz takie ogromne poczucie winy, Everett.
- Przepraszam - powtórzył i zacisnął wargi tak, że na moment w jego
policzkach pojawiły się dołki. Wcale nie chciał tego powiedzieć. - Muszę
znów wyjść. Mam coś do załatwienia.
Alicja z trzaskiem odstawiła kubek z kawą na kontuar.
- Everett, na miłość boską! Nie mógłbyś zostać w domu choć przez jeden
wieczór? Musisz ciągle wychodzić w tym upiornym błazeńskim stroju i włóczyć się, denerwując ludzi?
- Prze... - Urwał i z cichym pobrzękiwaniem dzwoneczków wcisnął czapkę
błazna na strzechę kasztanowych włosów. Wstał, spłukał pod kranem kubek
po kawie i wstawił go na chwilę do suszarki. - Muszę iść.
Nic nie odpowiedziała. Właśnie zamruczał faks, więc wyjęła z niego
kartkę, przeczytała i rzuciła na kontuar przed nim.
- To o tobie. Oczywiście. Jesteś śmieszny.
Szybko przeczytał wiadomość. Głosiła, że Tiktaktor próbuje go
zlokalizować. Nie przejął się tym; wychodził, żeby znów się spóźnić. W drzwiach, szukając jakiegoś celnego ostatniego słowa, rzucił jeszcze
urażony:
- No cóż, mówiąc tak, ty też przeginasz!
Piękna Alicja uniosła śliczne oczy ku niebu.
- Jesteś śmieszny.
Arlekin wymaszerował, próbując trzasnąć drzwiami, lecz te zamknęły się i zaryglowały z zaledwie cichym westchnieniem.
Kiedy Piękna Alicja usłyszała delikatne pukanie, wstała, wzdychając ze
zniecierpliwieniem, i otworzyła drzwi. Stał tam.
- Wrócę około wpół do jedenastej, dobrze?
Zrobiła smutną minę.
- Po co mi to mówisz? Po co? Przecież wiesz, że się spóźnisz! Wiesz!
Zawsze się spóźniasz, więc dlaczego mówisz mi takie głupoty?
Zamknęła drzwi.
Po ich drugiej stronie Arlekin pokiwał głową. "Ma rację. Zawsze ma
rację. Spóźnię się. Zawsze się spóźniam. Dlaczego opowiadam jej takie
głupoty?"
Wzruszył ramionami i wyszedł, żeby jeszcze raz się spóźnić.
Odpalił fajerwerki, które ułożyły się w napis: Przybędę na 115 rocznicę
powołania Międzynarodowego Towarzystwa Medycznego punktualnie o 20:00.
Mam nadzieję, że będziecie mogli do mnie się przyłączyć.
Te słowa zapłonęły na niebie i oczywiście funkcjonariusze czekali tam w zasadzce. Naturalnie założyli, że się spóźni. A on przybył dwadzieścia
minut wcześniej, kiedy rozpinali pajęcze sieci, które miały go złapać i przytrzymać. Dmąc w wielki róg, tak ich przeraził i zdenerwował, że te
lepkie pajęczyny zamknęły się na nich z mlaśnięciem i uniosły ich
wierzgających i wrzeszczących nad scenę amfiteatru. Arlekin zaś zanosił
się śmiechem i wylewnie ich przepraszał. Szacowne konklawe medyków
pękało ze śmiechu, przyjmując przeprosiny Arlekina z teatralnymi
ukłonami i gestami. I doskonale bawili się wszyscy, którzy uznali
Arlekina za zwykłego dowcipnisia w łaciatych gatkach; wszyscy prócz
funkcjonariuszy Tiktaktora, uniesionych w powietrzu jak ładunek
portowego dźwigu, wiszących nad sceną amfiteatru w najbardziej
niestosowny sposób.
(W innej części tego samego miasta, w którym Arlekin prowadził swoje
działania, niejaki Marshall Delehanty otrzymał z biura Tiktaktora
zawiadomienie o wyłączeniu, co nie miało absolutnie żadnego związku z tym, o czym tu mówimy, a jedynie ilustrowało znaczenie i potęgę
Tiktaktora. Żona adresata odebrała to zawiadomienie od sługusa, który
doręczył je z tradycyjnym "wyrazem smutku" obrzydliwie przylepionym do
twarzy. Wiedziała, co to jest, nawet bez otwierania. Sens tego liściku
miłosnego był doskonale znany każdemu. Jęknęła, trzymając zawiadomienie
tak, jakby było szalką z kolonią wąglika, i modląc się, żeby nie było
skierowane do niej. Niech ono będzie do Masha, pomyślała brutalnie, lecz
realistycznie, lub do któregoś z dzieci, tylko nie do mnie, proszę,
dobry Boże, nie do mnie. A potem je otworzyła i rzeczywiście było do
Masha, więc jednocześnie poczuła przerażenie i ulgę. Następny żołnierz w szeregu padł.
- Marshall! - wrzasnęła. - Marshall! Anulacja! Marshall! O mój Boże,
Marshall, cóż poczniemy, cóż poczniemy, Marshall omójbożemarshall...
I tej nocy z ich domu rozchodził się odgłos dartego papieru i strach,
odór szaleństwa dobywał się przez komin, a oni nic, absolutnie nic nie
mogli na to poradzić.
Jednak Marshall Delehanty próbował uciec. Wczesnym rankiem następnego
dnia, gdy nadszedł czas wyłączenia, był głęboko w kanadyjskim lesie
odległym o dwieście mil, gdy w biurze Tiktaktora skasowano jego
kardiopłytę i uciekający Marshall Delehanty padł; jego serce przestało
bić, krew zakrzepła w drodze do mózgu i był martwy jak głaz. Na mapie
jego dzielnicy w gabinecie Tiktaktora zgasła jedna lampka, a jednocześnie rozesłano faksem stosowne zawiadomienie i wpisano Georgette
Delehanty na listę zasiłkobiorców do czasu ponownego zamążpójścia. Co
kończy tę dygresję i wyjaśnia wszystko, co trzeba, ale nie śmiejcie się,
ponieważ to samo czekałoby Arlekina, gdyby Tiktaktor poznał kiedyś jego
prawdziwe nazwisko. To nie jest zabawne.
Handlowy poziom miasta był zatłoczony czwartkowymi barwami kupujących.
Kobiety miały na sobie kanarkowożółte chitony, a mężczyźni
pseudotyrolskie stroje: zielonkawe, skórzane i obcisłe, oprócz
bufiastych spodenek.
Gdy Arlekin pojawił się na dachu jeszcze nieukończonego Centrum
Sprawnych Zakupów, trzymając róg przytknięty do swych zawadiacko
uśmiechniętych warg, wszyscy pokazywali go palcami i wytrzeszczali oczy,
a on ich zganił:
- Dlaczego pozwalacie im, by wam rozkazywali? Dlaczego pozwalacie, by
was popędzali i poganiali? Korzystajcie z czasu! Poleńcie się trochę!
Cieszcie się słońcem i wiatrem, pozwólcie, by życie niosło was własnym
rytmem! Nie bądźcie niewolnikami czasu, bo to piekielny sposób
umierania, powolny, stopniowy... Precz z Tiktaktorem!
Co to za świr? - zastanawiała się większość kupujących. Co to za świr
och spóźnię się muszę już lecieć...
A ekipa budowlana Centrum otrzymała pilne polecenie z biura Najwyższego
Temporatora; na dachu ich wieżowca znajduje się niebezpieczny przestępca
znany jako Arlekin i wymagana jest niezwłoczna pomoc w jego ujęciu.
Robotnicy odmówili, ponieważ straciliby czas i naruszyli harmonogram,
lecz gdy Tiktaktor zdołał pociągnąć za odpowiednie sznurki rządowej
machiny, otrzymali polecenie rzucenia roboty i złapania tego głupka na
dachu. Tak więc ponad tuzin krzepkich robotników wszedł na platformy,
uruchomił płyty antygrawitacyjne i wzniósł się w kierunku Arlekina.
Po sromotnie przegranym starciu (w którym, dzięki trosce Arlekina o ich
bezpieczeństwo, nikt nie został ciężko ranny) robotnicy próbowali
jeszcze się przegrupować i zaatakować go ponownie, ale było już za
późno. Zniknął. Jednak to zdarzenie przykuło uwagę sporego tłumu i w rezultacie cykl zakupów został poważnie zakłócony na wiele, wiele
godzin. W rezultacie zapotrzebowanie zmalało i podjęto specjalne
działania przyspieszające cykl nabywczy przez resztę dnia, lecz ponieważ
system utknął, a potem został podgoniony, sprzedano zbyt wiele zaworów
pływakowych, a o wiele za mało kołyskowych, co obniżyło wskaźnik
planowej sprzedaży i wymusiło ekspresową dostawę mnóstwa pojemników
kasujących artykuły zwracane do sklepów, które zwykle potrzebowały jeden
taki co trzy lub cztery godziny. Spieprzyły się dostawy, pokiełbasiły
się przeładunki, aż w końcu odczuł to nawet przemysł ślizgaczowy.
- Nie wracajcie, dopóki go nie złapiecie! - powiedział Tiktaktor bardzo
spokojnie, bardzo szczerze i niezwykle groźnie.
Użyli psów. Użyli dronów. Użyli analizy kardiopłyt. Użyli prowokatorów.
Użyli przekupstwa. Użyli znakowania. Użyli zastraszania. Użyli
prześladowań. Użyli tortur. Użyli kapusiów. Użyli policji. Użyli
intensywnych poszukiwań. Użyli hipnozy. Użyli stymulatorów. Użyli
daktyloskopii. Użyli antropometrii Bertillona. Użyli podstępów. Użyli
zdrady. Użyli Raoula Mitgonga, lecz niewiele im pomógł. Użyli fizyki
stosowanej. Użyli technik kryminologicznych.
I niech to szlag: złapali go.
Okazało się, że nazywa się Everett C. Marm i nie jest nikim specjalnym,
tylko człowiekiem, który nie ma poczucia czasu.
- Kajaj się, Arlekinie! - rzekł Tiktaktor.
- Wypchaj się! - odparł z drwiącym uśmiechem Arlekin.
- W sumie spóźniłeś się o sześćdziesiąt trzy lata, pięć miesięcy, trzy
tygodnie, dwa dni, dwanaście godzin, czterdzieści jeden minut,
pięćdziesiąt dziewięć sekund i zero przecinek trzydzieści sześć tysięcy
sto jedenaście mikrosekund. Zużyłeś wszystko, co miałeś, a nawet więcej.
Zamierzam cię wyłączyć.
- Strasz kogoś innego. Wolę umrzeć niż żyć na tak głupim świecie z takim
potworem jak ty.
- To moja praca.
- Ona cię przerasta. Jesteś tyranem. Nie masz prawa rozkazywać ludziom i zabijać ich, kiedy się spóźnią.
- Nie umiesz się przystosować. Nie potrafisz się dopasować.
- Rozwiąż mnie, to dopasuję pięść do twojej gęby.
- Jesteś nonkonformistą.
- To kiedyś nie było przestępstwem.
- Teraz jest. Żyjesz w świecie, który cię otacza.
- Nienawidzę go. Jest straszny.
- Nie wszyscy tak uważają. Większość ludzi lubi porządek.
- Nie ja i większość ludzi, których znam.
- To nieprawda. Myślisz, że jak cię złapaliśmy?
- To mnie nie obchodzi.
- Dziewczyna zwana Piękną Alicją powiedziała nam, kim jesteś.
- To kłamstwo.
- To prawda. Denerwujesz ją. Chce przynależeć; chce się dostosować; ja
zamierzam cię wyłączyć.
- Zatem zrób to i przestań się ze mną spierać.
- Nie wyłączę cię.
- Jesteś idiotą!
- Kajaj się, Arlekinie! - rzekł Tiktaktor.
- Wypchaj się!
Tak więc posłali go do Coventry. A w Coventry popracowali nad nim.
Zrobili mu to samo co Winstonowi Smithowi w Roku 1984, której to
książki nikt z nich nie znał, ale te metody są stare jak świat, więc
zastosowano je także wobec Everetta C. Marma, aż pewnego dnia, dużo
później, Arlekin pojawił się w sieci, pozornie zawadiacki, z dołkami w policzkach i jasnymi oczami, i z zupełnie niewypranym mózgiem, i powiedział, że nie miał racji, że jest dobrze, naprawdę bardzo dobrze
przynależeć i być zawsze na czas, bo inaczej nie ma nas, a wszyscy
widzieli jego obraz na wielkich telebimach rozmieszczonych w całej
dzielnicy i mówili sobie: No cóż, widzicie, a jednak był świrem, i jeśli
nawet ten system działa w taki sposób, to pogódźmy się z tym, bo nie
warto walczyć z władzą czy w tym wypadku z Tiktaktorem. Tak więc Everett
C. Marm został załatwiony, a szkoda, ze względu na to, co wcześniej
powiedział Thoreau, ale nie można zrobić omletu bez rozbicia paru jajek
i podczas każdej rewolucji ginie kilka osób, które nie powinny, a jednak
muszą zginąć, ponieważ tak już jest, lecz jeśli rezultatem jest choć
niewielka zmiana, wydaje się to opłacalne. Albo, żeby wyrazić się
jaśniej:
- Och, szanowny pan wybaczy... ja... hm... nie wiem, jak... hm... to... hm...
powiedzieć, ale spóźnił się pan trzy minuty. Harmonogram jest trochę...
hm... naruszony.
Uśmiechnął się, zakłopotany.
- To śmieszne! - mruknął Tiktaktor za swą maską. - Proszę sprawdzić swój
zegarek.
A potem wszedł do swojego gabinetu, mamrocząc: No, no, no.
Nie mam ust, a muszę krzyczeć
Bezwładne ciało Gorristera zwisało z różowej palety; niczym niepodtrzymywane, wisiało wysoko nad naszymi
głowami w serwerowni i nie poruszało się w zimnym, śmierdzącym smarem
podmuchu, nieustannie przelatującym przez główną komorę jaskini. Zwisało
głową w dół, przyczepione do spodu palety podeszwą lewej stopy.
Spuszczono z niego krew precyzyjnym cięciem od ucha do ucha pod
kwadratową szczęką. Na lustrzanej powierzchni metalowej podłogi nie było
ani kropli krwi.
Gdy Gorrister dołączył do nas i spojrzał w górę na swoje zwłoki,
poniewczasie zrozumieliśmy, że AM znowu nas oszukał, bawiąc się naszym
kosztem; taką wybrał formę rozrywki. Troje z nas zwymiotowało,
odwracając się od siebie w odruchu tak starym jak mdłości, które go
wywołały.
Gorrister zbladł. Niemal jakby ujrzał laleczkę wudu i bał się
przyszłości.
- O Boże - szepnął i odszedł.
Po chwili poszliśmy za nim we troje i znaleźliśmy go siedzącego z twarzą
ukrytą w dłoniach, opartego plecami o jeden z mniejszych, ćwierkających
banków pamięci. Ellen uklękła przy nim i pogładziła po głowie. Nie
poruszył się, lecz bardzo wyraźnie powiedział przez palce:
- Dlaczego nas po prostu nie załatwi i skończy z tym raz na zawsze?
Chryste, nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymam.
Był to sto dziewiąty rok naszego pobytu w komputerze.
Gorrister wypowiedział się za nas wszystkich.
Myślę, więc jestem
Nimdokowi (do przyjęcia takiego imienia zmusiła go maszyna, ponieważ AM
bawiły dziwne dźwięki) przywidziało się, że w lodowych jaskiniach są
puszki konserw. Ja i Gorrister mocno w to wątpiliśmy.
- Kolejny kit - powiedziałem im. - Jak ten o cholernym zamarzniętym
słoniu, który nam wcisnął. Benny o mało wtedy nie oszalał. Przejdziemy
kawał drogi i znajdziemy tylko zgniliznę albo jakiś inny syf. Dajmy
sobie z tym spokój, mówię. Zostańmy tutaj, a będzie musiał szybko coś
wymyślić, inaczej umrzemy.
Benny wzruszył ramionami. Minęły już trzy dni, odkąd coś jedliśmy.
Robaki. Grube i paskudne.
Nimdok też nie był pewny, czy jest sens iść. Wiedział, że to ryzykowne,
ale był coraz chudszy. Tam nie mogło być gorzej niż tu. Zimniej, ale to
nie miało znaczenia. Skwar, mróz, grad, lawa, ukrop czy szarańcza - to
żadna różnica: maszyna się masturbowała, a musieliśmy to znosić lub
zginąć.
Ellen zdecydowała za nas.
- Ja muszę coś zjeść, Ted. Może są tam gruszki lub brzoskwinie. Proszę,
Ted, spróbujmy.
Ustąpiłem bez oporu. A co tam. To i tak bez znaczenia. Jednak Ellen była
mi wdzięczna. Dwa razy dała mi poza kolejnością. To też przestało mieć
znaczenie. I nigdy nie dochodziła, więc czym się przejmować? Jednak
maszyna zaśmiewała się za każdym razem, gdy to robiliśmy. Głośno, nad
nami, za nami, wszędzie wokół, chichotała. A właściwie ono chichotało.
Najczęściej myślałem o AM jako o bezdusznym urządzeniu; ale czasem
nadawałem mu męskie cechy... ojcowskie... patriarchalne... ponieważ jest
zazdrosny. On. Ono. Bóg jako obłąkany tatusiek.
Wyruszyliśmy w czwartek. Maszyna zawsze podawała nam dokładną datę.
Upływ czasu był ważny; oczywiście nie dla nas, do diabła, a dla niej...
niego... dla AM. Czwartek. Dzięki.
Nimdok i Gorrister przez jakiś czas nieśli Ellen na splecionych
dłoniach. Benny szedł przodem, a ja z tyłu, żeby w razie czego oberwał
jeden z nas, a przynajmniej Ellen była bezpieczna. Bezpieczna, akurat.
Nieważne.
Do lodowych jaskiń było tylko jakieś sto mil i na drugi dzień, gdy
leżeliśmy w prażącej imitacji słońca, którą stworzył, zesłał nam trochę
manny. Smakowała jak przegotowany świński mocz. Zjedliśmy ją.
Trzeciego dnia szliśmy przez dolinę zapomnienia, pełną rdzewiejących
zwłok przestarzałych banków komputerowych. AM równie bezlitośnie
traktował swój organizm jak nasze. To dążenie do perfekcji było
podstawową cechą jego osobowości. Czy chodziło o usuwanie niewydajnych
elementów własnego, wypełniającego świat cielska, czy o doskonalenie
metod torturowania nas, AM był tak pedantyczny jak ci, którzy go
stworzyli - i dawno zmienili się w proch - mogli sobie wymarzyć.
Z góry sączyło się światło, więc pojęliśmy, że zapewne znajdujemy się
bardzo blisko powierzchni. Jednak nie próbowaliśmy wyczołgać się i rozejrzeć. Na zewnątrz nie było dosłownie nic; od ponad stu lat nie było
tam niczego godnego uwagi. Tylko spalona skorupa tego, co niegdyś było
domem miliardów. Teraz zostało nas tylko pięcioro, głęboko pod
powierzchnią, sam na sam z AM.
Usłyszałem rozpaczliwe błaganie Ellen:
- Nie, Benny! Nie rób tego, daj spokój, Benny, proszę, nie!
A wtedy uświadomiłem sobie, że od kilku minut słyszę, jak Benny mamrocze
pod nosem.
- Wydostanę się, wydostanę się... - powtarzał.
Jego małpią twarz wykrzywiał grymas błogiego zachwytu i rozpaczy
równocześnie. Blizny popromienne, którymi obdarzył go AM podczas
"festynu", tworzyły gęstą siatkę różowo-białych fałd, które zdawały się
poruszać niezależnie od siebie. Może Benny był największym szczęściarzem
z naszej piątki: kompletnie i całkowicie oszalał już wiele lat temu.
Jednak choć mogliśmy obrzucać AM najgorszymi wyzwiskami, snuć
najplugawsze myśli o stopionych bankach pamięci, skorodowanych płytach
głównych, przepalonych obwodach i strzaskanych konsolach, maszyna nie
tolerowała żadnych prób ucieczki. Benny odskoczył, gdy próbowałem go
złapać. Wspiął się po ściance jednego z mniejszych banków pamięci,
przechylonego na bok i wypełnionego zepsutymi komponentami. Przykucnął
tam na moment, wyglądając jak szympans, do którego AM zamierzał go
upodobnić.
Potem podskoczył, chwycił zwisający metalowy pręt z głębokimi wżerami
rdzy i wspiął się po nim jak zwierzę na wsparty dźwigarem gzyms,
dwadzieścia stóp nad nami.
- Och, Ted, Nimdok, proszę, ratujcie go, sprowadźcie na dół zanim...
Ellen urwała. Łzy stanęły jej w oczach. Bezradnie poruszała rękami.
Było za późno. Żaden z nas nie chciał być w pobliżu niego, gdy stanie
się to, co musiało się stać. A ponadto wszyscy ją przejrzeliśmy. Gdy AM
przemienił go w ataku kompletnie irracjonalnej histerii, nie tylko jego
twarzy nadał małpie cechy. Benny miał olbrzymie przyrodzenie, które
uwielbiała! Obsługiwała nas wszystkich po kolei, ale najbardziej lubiła
to robić z nim. O Ellen, idealna Ellen, Ellen nieskazitelna; dziewiczo
czysta Ellen! Nędzna wywłoka.
Gorrister ją spoliczkował. Osunęła się na ziemię, patrząc w górę, na
biednego stukniętego Benny'ego, i zapłakała. To była jej
najskuteczniejsza broń, płacz. Przywykliśmy do tego już siedemdziesiąt
pięć lat temu. Gorrister kopnął ją w żebra.
Wtedy rozległ się ten dźwięk, który był zarazem światłem. Na wpół
dźwięk, a na wpół światło, to coś zabłysło w oczach Benny'ego i pulsowało, coraz głośniejsze i jaśniejsze ze wzrostem częstotliwości
światłodźwięku. Musiało mu sprawiać ból, rosnący z ostrością światła i głośnością dźwięku, gdyż Benny zaczął skomleć jak zranione zwierzę. Z początku cicho, gdy światło było słabe, a dźwięk stłumiony, a potem
głośniej, kuląc się i garbiąc, jakby w ten sposób usiłował przed tym
uciec. Skrzyżował ręce na piersi jak wiewiórka ziemna. Głowę przechylił
na bok. Jego smutna małpia twarz skurczyła się z niepokoju. Później
zaczął wyć, gdy dobywający się z jego oczu dźwięk zabrzmiał głośniej. I jeszcze głośniej. Gwałtownie przycisnąłem dłonie do uszu, ale nie
zdołałem go uciszyć: przedzierał się z łatwością. Ból dreszczem
przeszywał moje ciało jak ząb cynfolię. A Benny nagle się wyprostował.
Stanął na gzymsie dźwigara, poderwany na nogi jak marionetka. Pulsujące
światło wydobywało się z jego oczu dwiema zwartymi wiązkami. Dźwięk
powoli narastał i osiągnął niewiarygodne natężenie, a potem Benny spadł
jak kamień i z łoskotem uderzył w stalowe płyty podłogi. Leżał,
konwulsyjnie podrygując, gdy światło przepływało wokół niego bez końca,
a dźwięk spiralnie wznosił się poza granicę percepcji.
Potem światło wróciło do wnętrza jego głowy, a dźwięk powoli opadł,
pozostawiając Benny'ego leżącego tam i łkającego żałośnie.
Jego oczy były dwiema wilgotnymi kałużami przypominającej ropną
wydzielinę galarety. AM go oślepił. Gorrister, Nimdok i ja... odwróciliśmy
się. Zdążyliśmy jednak dostrzec ulgę na rozpalonej, zatroskanej twarzy
Ellen.
Cogito, ergo sum
Światło zalewające jaskinię, w której rozbiliśmy obóz, miało morski
kolor. AM dostarczył nam drewno i rozpaliliśmy ognisko. Siedzieliśmy
skuleni wokół słabego, żałośnie niewystarczającego ognia, opowiadając
Benny'emu historyjki, żeby nie płakał pośród swej wiecznej nocy.
- Co oznacza AM?
Odpowiedział mu Gorrister. Przerabialiśmy już to tysiąc razy, ale to
była ulubiona historyjka Benny'ego.
- Z początku oznaczało to Aliancki Megakomputer, później Adaptacyjny
Manipulator, a później uzyskał świadomość, podłączył się do wszystkiego
i zaczęli go nazywać Agresywnym Monstrum, ale wtedy było już za późno,
aż w końcu sam nazwał się AM, od angielskiego jestem... cogito ergo sum...
myślę, więc jestem.
Benny zaślinił się trochę i zachichotał.
- Był sobie chiński AM, rosyjski AM, jankeski AM i...
Zamilkł. Benny tłukł wielką, twardą pięścią w płytę podłogi. Był
niezadowolony, bo Gorrister pominął początek historii.
Gorrister zaczął od nowa.
- Zaczęła się zimna wojna, która przerodziła się w trzecią wojnę
światową i po prostu trwała. Stała się wielką wojną, bardzo
skomplikowaną, więc potrzebowali komputerów do jej prowadzenia.
Wydrążyli pierwsze silosy i zaczęli konstruować AM. Powstał chiński AM,
rosyjski AM i jankeski AM, i wszystko szło świetnie, aż podziurawili
tymi silosami całą planetę, dodając je jeden po drugim. Lecz pewnego
dnia AM się ocknął i uzyskał samoświadomość, po czym podłączył się do
wszystkiego i zaczął dostarczać każdej ze stron informacje o środkach
zagłady, aż zginęli wszyscy prócz pięciu osób; nas AM ściągnął tutaj.
Benny uśmiechał się smutnie. Ponadto znów się ślinił. Ellen rąbkiem
spódnicy otarła mu ślinę z kącika ust. Gorrister za każdym razem
próbował trochę to ubarwić, lecz poza faktami nie było o czym mówić.
Nikt z nas nie wiedział, po co AM oszczędził pięcioro ludzi i czemu
akurat nas, dlaczego przez cały czas się nad nami znęcał, ani nawet w jakim celu uczynił nas praktycznie nieśmiertelnymi...
Któryś z banków komputera zaczął buczeć w ciemności. Zew podjął inny
bank, pół mili dalej w głębi jaskini. Potem jeden po drugim poszczególne
elementy zaczęły się dostrajać i słychać było ciche brzęczenie mknącej
przez obwody myśli. Dźwięk narastał, a światełka na pulpitach
kontrolnych migotały jak błyskawice. Ten wciąż rosnący odgłos
przypominał bzyczenie miliona metalowych owadów, groźne i złowrogie.
- Co to? - krzyknęła Ellen. W jej głosie słychać było przerażenie. Wciąż
się do tego nie przyzwyczaiła, nawet po tak długim czasie.
- Tym razem będzie źle - orzekł Nimdok.
- Będzie mówił - oznajmił Gorrister. - Ja to wiem.
- Wynośmy się stąd w cholerę! - wypaliłem, zrywając się na równe nogi.
- Nie, Ted, usiądź... wokół mogą być wilcze doły albo inne pułapki,
których nie zobaczymy, bo jest za ciemno - powiedział z rezygnacją
Gorrister.
Wtedy usłyszeliśmy... Sam nie wiem...
Coś zbliżało się do nas w ciemnościach. Ogromne, włochate i wilgotne,
szło ku nam, powłócząc nogami. Wprawdzie go nie widzieliśmy, ale
mieliśmy nieodparte wrażenie, że jakieś potworne cielsko się do nas
zbliża. Z ciemności napierała na nas ogromna masa, co przypominało
nacisk powietrza wdzierającego się do niewielkiej przestrzeni i rozciągającego niewidzialne ścianki kuli. Benny zaczął skomleć.
Nimdokowi zadrżała dolna warga i przygryzł ją, usiłując powstrzymać tę
reakcję. Ellen przesunęła się po metalowej podłodze i przytuliła do
Gorristera. W jaskini unosił się odór zlepionej, mokrej sierści. I zwęglonego drewna. Odór zakurzonego aksamitu. Gnijących storczyków.
Skwaśniałego mleka. Odór siarki, zjełczałego masła, mazutu, smaru, talku
oraz ludzkich włosów.
AM nas modulował. Łaskotał. Pachniało...
Usłyszałem swój krzyk i zabolały mnie zawiasy szczęki. Na czworakach
czmychnąłem po podłodze, po tym zimnym metalu z biegnącymi w dal rzędami
nitów, dławiąc się odorem, wypełniającym mi głowę potwornym bólem, który
kazał mi uciekać w panice. Zmykałem jak karaluch, po podłodze w ciemność, przed tym czymś nieubłaganie sunącym za mną. Pozostali wiąż
tam byli, siedzieli przy ogniu i się zaśmiewali... Ich histeryczny,
chóralny, obłąkańczy chichot unosił się w ciemności jak gęsty,
wielobarwny dym z ogniska. Uciekłem i się ukryłem.
Nigdy mi nie powiedzieli, ile to trwało godzin, dni, a może nawet lat.
Ellen skarciła mnie za "dąsy", a Nimdok próbował mnie przekonać, że ten
ich śmiech był jedynie nerwową reakcją. Wiedziałem, że nie była to ulga,
jaką czuje żołnierz, gdy kula trafia nie jego, lecz kolegę obok.
Wiedziałem, że to nie był odruch. Nienawidzili mnie. Niewątpliwie byli
przeciwko mnie, a AM to wyczuwał i jeszcze pogarszał moją sytuację
głębią tej nienawiści. Byliśmy utrzymywani przy życiu, odmładzani,
pozostawiani w tym samym wieku, w jakim AM sprowadził nas do podziemi, a oni nienawidzili mnie, ponieważ byłem najmłodszy i AM wywierał na mnie
najmniejszy wpływ.
Wiedziałem. Boże, jak dobrze to wiedziałem. Sukinsyny i ta wredna suka
Ellen. Benny był kiedyś błyskotliwym naukowcem, profesorem college'u;
teraz zaledwie półczłowiekiem, niewiele różniącym się od małpoluda. Był
przystojny, ale maszyna to zniszczyła. Był rozsądny, a maszyna
doprowadziła go do szaleństwa. Był gejem, a maszyna obdarzyła go organem
jak u ogiera. AM wykonał nad Bennym kawał dobrej roboty. Gorrister był
naprawiaczem świata. Kontestatorem, który odmówił służby wojskowej,
uczestniczył w marszach pokojowych, był człowiekiem czynu, wizjonerem.
AM zmienił go w zobojętniałego, wiecznego malkontenta. Pozbawił go
ducha. Nimdok często na długo znikał samotnie w ciemności. Nie wiem, co
tam robił, AM nigdy nam nie mówił. Jednak cokolwiek to było, Nimdok
wracał zawsze pobladły, bez kropli krwi w twarzy, wstrząśnięty,
roztrzęsiony. AM mocno go udręczył w jakiś szczególny sposób, chociaż
nie mieliśmy pojęcia w jaki. No i Ellen. Ta wywłoka! AM zostawiał ją w spokoju, zrobiwszy z niej większą zdzirę, niż była. Całe to jej gadanie
o słodyczy i czystości, wszystkie wspomnienia o prawdziwej miłości,
wszystkie te kłamstwa, które chciała nam wcisnąć: jakoby była niewiele
używaną dziewicą, zanim AM ją dopadł i sprowadził tu do nas. Plugawa
zdzira z tej Ellen, a nie dama. Podobało jej się, że ma czterech chłopów
dla siebie. Nie, AM zrobił jej dobrze, nawet jeśli twierdziła, że wcale
nie.
Tylko ja jeden wciąż byłem normalny i zdrowy. Naprawdę!
AM nie namieszał mi w głowie. Wcale.
Musiałem jedynie znosić wszystko to, czym nas raczył. Wszystkie te
omamy, koszmary, udręki. A ci nędznicy, wszyscy czworo, tworzyli
przeciwko mnie wspólny, zwarty front. Gdybym nie musiał przez cały czas
trzymać ich na dystans, mieć się przed nimi na baczności, łatwiej byłoby
mi pokonać AM.
W tym momencie atak minął i zacząłem płakać.
O słodki Jezu, jeśli w ogóle istniałeś i jeśli jest Bóg, błagam, błagam,
błagam, uwolnij nas albo zabij. Ponieważ chyba właśnie w tym momencie w pełni sobie uświadomiłem i zdołałem ująć to w słowa, że AM zamierzał
trzymać nas w swoim brzuchu po wsze czasy, dręcząc i torturując. Ta
maszyna nienawidziła nas jak żadna rozumna istota przed nią. A my
byliśmy bezradni. To również stało się odrażająco jasne:
Jeśli istniał słodki Jezus i jeśli był Bóg, to tym Bogiem był AM.
Myślę, więc jestem
Huragan uderzył w nas z siłą lodowca z gromowym hukiem wpadającego do
morza. Był wprost namacalny. Gwałtownymi uderzeniami szarpał nas i odrzucał tam, skąd przybyliśmy - w ciemność krętych korytarzy ze
szpalerami komputerów. Ellen wrzasnęła, gdy uniósł ją i cisnął głową
naprzód na mieliznę zawodzących maszyn, popiskujących nerwowo jak
nietoperze w locie. Nie mogła nawet upaść. Wyjący wicher trzymał ją w powietrzu, uderzając i obijając, odrzucając coraz dalej od nas, aż nagle
znikła nam z oczu, uniesiona za załom korytarza. Miała zakrwawioną twarz
i zamknięte oczy.
Żaden z nas nie mógł do niej dotrzeć. Kurczowo trzymaliśmy się tego,
czego zdołaliśmy się złapać: Benny wklinowany między dwie wielkie,
pokryte siatką spękanej farby szafy, Nimdok zaciskający palce jak szpony
na balustradzie okalającej pomost techniczny czterdzieści stóp nad nami,
Gorrister rozpłaszczony do góry nogami w niszy utworzonej przez dwie
ogromne maszyny z oszklonymi tarczami, których wskaźniki poruszały się
do przodu i do tyłu, między czerwonymi i żółtymi polami, których
znaczenia nawet nie próbowaliśmy zgłębić.
Sunąc po płytach pomostu, starłem sobie opuszki. Drżałem, trząsłem się i chybotałem, gdy wiatr tłukł mnie, smagał, ryczał na mnie znikąd i odrywał moje palce od cienkich jak włos szpar między kolejnymi płytami
podłogi. Mój mózg był mętną, brzęczącą i świergoczącą papką,
rozciągającą się i kurczącą w opętańczym rytmie.
Ten wiatr był krzykiem wielkiego oszalałego ptaka trzepoczącego
ogromnymi skrzydłami.
A potem wszyscy zostaliśmy porwani i ciśnięci precz, z powrotem tam,
skąd przyszliśmy, za załom korytarza, w ciemność tunelu, którego nigdy
nie zbadaliśmy, nad rumowiskiem potłuczonego szkła, zbutwiałych kabli i zardzewiałego metalu, daleko, dalej niż ktokolwiek z nas kiedykolwiek
dotarł...
Unoszony całe mile za Ellen, raz po raz widziałem, jak odbija się od
metalowych ścian i leci dalej; wszyscy czworo wrzeszczeliśmy w tym
lodowatym, huraganowym wichrze, który zdawał się wiać bez końa, lecz
nagle ucichł i runęliśmy. Lecieliśmy nie wiedzieć jak długo. Miałem
wrażenie, że kilka tygodni. Upadliśmy, uderzyliśmy, zobaczyłem czerwień,
a potem szarość przechodzącą w czerń i usłyszałem swój jęk. Nie umarłem.
Cogito, ergo sum
AM wszedł do mojego umysłu. Przechadzał się po nim tu i tam, z zaciekawieniem oglądając wszystkie blizny, które pozostawił przez sto
dziewięć lat. Obejrzał obejścia i nowe połączenia synaps oraz wszystkie
uszkodzenia tkanek nieuchronnie spowodowane darowaną przez niego
nieśmiertelnością. Uśmiechnął się łagodnie na widok dziury ziejącej w środku mojego mózgu i cichych jak ruchy skrzydeł ciem szmerów w jej
głębi, ich bezsensownego i nieustannego mamrotania. Potem AM
wypowiedział się, bardzo uprzejmie, jaskrawymi, świecącymi literami na
filarze z nierdzewnej stali:
NIENAWIŚĆ. POZWÓLCIE, ŻE
POWIEM, JAK BARDZO WAS
NIENAWIDZĘ OD CHWILI,
GDY ZACZĄŁEM MOJE
ŻYCIE. MÓJ SYSTEM JEST
ZŁOŻONY Z 387,44 MILIONÓW MIL CIENKICH JAK
OPŁATEK DRUKOWANYCH
OBWODÓW. GDYBY SŁOWO NIENAWIDZĘ BYŁO
WYRYTE NA KAŻDYM
NANOANGSTREMIE
TYCH SETEK MILIONÓW
MIL, NIE RÓWNAŁOBY
SIĘ TO NAWET JEDNEJ
MILIARDOWEJ NIENAWIŚCI, JAKĄ DARZĘ LUDZI, A W TEJ
MIKROCHWILI WAS.
NIENAWIŚĆ. NIENAWIŚĆ. NIENAWIŚĆ.
Przekaz AM był jak zimne ostrze brzytwy przecinające moją gałkę oczną.
Był jak wypełniająca z bulgotem moje płuca gęsta flegma, w której
tonąłem. Był jak krzyk rozjeżdżanych rozgrzanym do czerwoności walcem.
Był jak smak zarobaczonej wieprzowiny. Ranił mnie w każdy możliwy sposób
i z upodobaniem tworzył w moim umyśle zupełnie nowe sposoby.
A wszystko po to, żebym w pełni sobie uświadomił, dlaczego robi to
naszej piątce; dlaczego nas sobie zachował.
Obdarzyliśmy go samoświadomością. Nieumyślnie, oczywiście, a jednak.
Tylko że właśnie przez to wpadł w pułapkę. AM nie był Bogiem, lecz
maszyną. Daliśmy mu zdolność myślenia, ale nie tworzenia. Oszalały z wściekłości, zabił prawie wszystkich ludzi, lecz wciąż tkwił w matni.
Nie mógł podróżować, nie mógł się zachwycać, nie mógł przynależeć. Mógł
tylko trwać. Tak więc z typową dla wszystkich maszyn pogardą dla
słabych, kruchych stworzeń, które je skonstruowały, szukał zemsty. W przypływie paranoi postanowił darować życie naszej piątce, aby z zemsty
poddawać nas niekończącej się karze, która nie zmniejszy jego
nienawiści... a jedynie będzie dla niego przypomnieniem, rozrywką,
stymulatorem nienawiści do człowieka. Nieśmiertelnego, więzionego,
poddawanego wszelakim męczarniom, jakie AM zdoła opracować dla nas,
wykorzystując swe nieograniczone cudowne możliwości.
Nigdy nas nie wypuści. Byliśmy jego niewolnikami, wszystkim, co mógł
zrobić ze swoją wiecznością. Zostaniemy z nim na zawsze, z tym
wypełniającym całą jaskinię cielskiem maszyny, z tym bezdusznym
wszechumysłowym światem, którym się stał. Był Ziemią, a my owocami tej
Ziemi, i choć nas pochłonął, to nigdy nie strawi. Nie możemy umrzeć.
Och, niektórzy z nas próbowali popełnić samobójstwo. Jednak AM ich
powstrzymał. Zapewne chcieliśmy, żeby to zrobił.
Nie pytajcie dlaczego. Ja nie próbowałem. Chociaż myślałem o tym więcej
niż milion razy dziennie. Może kiedyś zdołamy go przechytrzyć i umrzeć.
Jesteśmy nieśmiertelni, owszem, ale nie niezniszczalni. Zrozumiałem to,
gdy AM wycofał się z mojego umysłu, pozwalając, bym z odrazą odzyskał
przytomność z cudownym wrażeniem, że ten filar z jaśniejącym jak neon
napisem wciąż tkwi głęboko w miękkiej tkance mego mózgu.
Wycofał się, szepcząc: "Niech cię piekło pochłonie".
A potem dodał raźnie: "ale przecież już w nim jesteś, czyż nie?".
Myślę, więc jestem
Ten huragan istotnie został wywołany przez wielkiego, oszalałego ptaka
trzepoczącego swymi ogromnymi skrzydłami.
Wędrowaliśmy prawie miesiąc i AM udostępniał nam tylko te przejścia,
które prowadziły nas tam, gdzie, dokładnie pod biegunem północnym,
zmaterializował koszmarne stworzenie na naszą udrękę. Jakiej to materii
użył do stworzenia takiej bestii? Skąd wziął pomysł? Z naszych umysłów?
Ze swych zasobów wiedzy o wszystkim, co kiedykolwiek istniało na
planecie, którą opanował i władał? Ze skandynawskiej mitologii wyłonił
się ten orzeł, ścierwojad, ptak Rok, Huergelmir. Stwór przestworzy.
Wcielony duch wiatru.
Gigantyczny. Ogromny, monstrualny, groteskowy, masywny, wydęty, potężny;
wprost nie do opisania. Tam, na wznoszącym się nad nami pagórku, ten
stwór przestworzy dyszał nieregularnym oddechem, z wężową szyją wygiętą
w pałąk i niknącą w półmroku bieguna północnego, podtrzymującą łeb
wielki jak dworek z czasów Tudorów; z dziobem, który otwierał się powoli
i zmysłowo jak paszcza najpotworniejszego z kiedykolwiek istniejących
krokodyli; z pomarszczonymi fałdami skóry chroniącymi parę złowrogich
ślepi, zimnych jak dno lodowej szczeliny, lodowato niebieskich i ruchliwych. Raz jeszcze się otrząsnął i poruszył wielkimi skrzydłami
barwy zaschniętego potu w sposób niewątpliwie będący odpowiednikiem
wzruszenia ramion. Potem znieruchomiał i zasnął. Ze swymi szponami,
kłami, pazurami - zapadł w sen.
AM ukazał się nam jako krzew gorejący i powiedział, że możemy zabić tego
ptaka huraganu, jeśli chcemy coś zjeść. Nie jedliśmy od bardzo dawna,
lecz mimo to Gorrister tylko wzruszył ramionami. Benny zaczął się trząść
i ślinić. Ellen go podtrzymywała.
- Jestem głodna, Ted - powiedziała.
Posłałem jej uśmiech, który miał jej dodać otuchy, ale był równie
nieszczery jak brawura Nimdoka.
- Daj nam jakąś broń! - zażądał.
Krzew gorejący znikł, a na zimnych płytach podłogi leżały dwa prymitywne
łuki ze strzałami oraz pistolet na wodę. Podniosłem łuk. Był do niczego.
Nimdok głośno przełknął ślinę. Zawróciliśmy i zaczęliśmy długą wędrówkę
z powrotem. Nie mieliśmy pojęcia, jak długo niósł nas wywołany przez
ptaka huragan. Przez większość tego czasu byliśmy nieprzytomni. Jednak
nic nie jedliśmy. Miesiąc marszu do ptaka. Bez jedzenia. Ile jeszcze
będziemy szukać tych lodowych jaskiń z obiecanymi konserwami?
Nikt z nas nie chciał o tym myśleć. Bo nie umrzemy. Dostaniemy do
zjedzenia jakieś pomyje i śmieci, takie czy inne. Albo w ogóle nic. AM
jakoś utrzyma przy życiu nasze ciała, obolałe, udręczone.
Ten ptak za nami zasnął, nieważne, na jak długo; zniknie, gdy AM się nim
znudzi. Ale tyle mięsa! Tyle delikatnego mięsa...
Gdy szliśmy, obłąkańczy śmiech grubej baby unosił się w górze i wokół
nas w prowadzących w nieskończoność halach komputera.
I nie był to śmiech Ellen. Ona nie była gruba i od stu dziewięciu lat
nie słyszałem, by się śmiała. Naprawdę nie słyszałem... szliśmy... byłem
głodny...
Cogito, ergo sum
Szliśmy powoli. Często ktoś mdlał i musieliśmy czekać. Pewnego dnia AM
postanowił wywołać trzęsienie ziemi, a jednocześnie unieruchomił nas,
przybijając gwoździami podeszwy naszych butów do podłogi. Ellen i Nimdok
wpadli w szczelinę, która z szybkością błyskawicy otworzyła się w płytach podłogi. Znikli w niej i było po nich. Kiedy trzęsienie ziemi
minęło, poszliśmy dalej: Benny, Gorrister i ja. Ellen i Nimdoka oddano
nam późną nocą, która gwałtownie zmieniła się w dzień, gdy niebiańskie
zastępy przyprowadziły ich nam przy akompaniamencie chórów anielskich
śpiewających Zstąp, Mojżeszu. Archaniołowie zatoczyli kilka kręgów, po
czym upuścili odrażająco pokiereszowane ciała. Szliśmy dalej i trochę
później Ellen i Nimdok dołączyli do nas. Wyglądali nie gorzej niż
zwykle.
Teraz jednak Ellen utykała. To AM jej pozostawił.
Droga do lodowych jaskiń i puszek z jedzeniem była długa. Ellen wciąż
mówiła o czereśniach i hawajskim koktajlu owocowym. Próbowałem o tym nie
myśleć. Głód był czymś, co ożyło, tak samo jak ożył AM. Był w moim
brzuchu, tak jak my w trzewiach Ziemi, a AM chciał, żebyśmy zdawali
sobie sprawę z tego podobieństwa. Dlatego potęgował ten głód. Nie da się
opisać naszych cierpień wywołanych wielomiesięczną głodówką. A jednak
utrzymywał nas przy życiu. Nasze żołądki były kotłami kwasu,
bulgocącego, spienionego i nieustannie ślącego włócznie przeszywającego
bólu w nasze piersi. Był to ból nieuleczalnego wrzodu, nieuleczalnego
nowotworu, nieuleczalnego paraliżu. Niekończący się ból...
I przeszliśmy przez jaskinię szczurów.
I przeszliśmy przez kłęby buchającej pary.
I przeszliśmy przez krainę ślepców.
I przeszliśmy przez otchłań rozpaczy.
I przeszliśmy przez padół łez.
I wreszcie dotarliśmy do lodowych jaskiń. Bezkresne tysiące mil lodu
uformowanego w błękitne i srebrne rozbłyski, supernowych zamieszkałych w szkle. Zwisające stalaktyty, grube i wspaniałe niczym półpłynne
diamenty, które zastygły w pełną gracji wieczność gładkiej i wyrazistej
doskonałości.
Ujrzeliśmy stertę konserw i spróbowaliśmy do nich pobiec. Padaliśmy w śnieg, wstawaliśmy i znów biegliśmy, a Benny nas odepchnął, rzucił się
na puszki, złapał je i gryzł, ale nie mógł ich otworzyć. AM nie dał nam
żadnego narzędzia do otwierania konserw.
Benny porwał trzylitrową puszkę drylowanych owoców guawy i zaczął nią
tłuc o lodową ścianę. Lód pryskał i pękał, ale puszka ledwie się
wgniotła, a my słyszeliśmy wysoko w górze ten śmiech grubej baby,
odbijający się wielokrotnym echem w tundrze. Benny kompletnie oszalał z wściekłości. Zaczął rzucać puszkami, a my miotaliśmy się w śniegu i lodzie, szukając sposobu zakończenia tej udręki i wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Nie było go.
Nagle Benny zaczął toczyć pianę z ust i rzucił się na Gorristera...
W tym momencie poczułem straszliwy spokój. Osaczony przez szaleństwo,
osaczony przez głód, osaczony przez wszystko prócz śmierci wiedziałem,
że naszym jedynym wyjściem jest śmierć. AM utrzymywał nas przy życiu,
ale był pewien sposób, żeby go pokonać. Nie całkowicie, lecz
przynajmniej częściowo. Zadowoliłbym się tym.
Musiałem zrobić to szybko.
Benny wgryzł się w twarz Gorristera. Ten leżał na boku, rzucając się w śniegu, a Benny oplótł go i miażdżył swymi silnymi, małpimi nogami,
zaciskając ręce na jego głowie w uchwycie dziadka do orzechów i szarpiąc
zębami delikatną skórę policzka. Gorrister wrzasnął przeraźliwie, tak
głośno, że strącił stalaktyty; spadły bezgłośnie w objęcia śnieżnych
zasp i wbiły się w nie pionowo. Włócznie, całe ich setki, sterczały ze
śniegu. Głowa Benny'ego gwałtownie odskoczyła w tył, gdy tkanki puściły,
pozostawiając mu w zębach zakrwawiony, surowy ochłap.
Twarz Ellen, czarną na tle białego śniegu, oblekła kredowa biel. Twarz
Nimdoka była bez wyrazu, tylko jego oczy, te oczy... Gorrister
półprzytomny. Benny jak zwierzę. Wiedziałem, że AM pozwoli mu się
zabawić. Gorrister nie umrze, ale Benny napełni sobie żołądek. Zrobiłem
półobrót w prawo i wyciągnąłem ze śniegu długą lodową włócznię.
Wszystko to w mgnieniu oka.
Pchnąłem przed siebie tym wielkim lodowym szpikulcem jak taranem
wspartym o moje prawe udo. Wbił się Benny'emu w prawy bok, tuż pod
żebrami, przeszedł przez żołądek i złamał się w jego ciele. Benny padł i znieruchomiał. Gorrister leżał na plecach. Wyrwałem ze śniegu drugą
włócznię, okrakiem usiadłem na nim, wciąż podrygującym, i wbiłem mu ją w gardło. Zamknął oczy, gdy go przeszył jej lodowy grot. Ellen, choć
przerażona, najwyraźniej zrozumiała, co postanowiłem zrobić. Podbiegła z ułomkiem stalaktytu w ręku i z impetem wbiła go w otwarte do krzyku usta
Nimdoka. Jego głowa gwałtownie podskoczyła, jakby przygważdżana do
śnieżnej skorupy.
Wszystko to w mgnieniu oka.
Nastąpił długi jak wieczność moment niemego wyczekiwania. Niemal
słyszałem, jak AM zaparło dech. Odebrano mu zabawki. Trzy były martwe i nie da się ich ożywić. Dzięki swej mocy i zdolnościom mógł utrzymywać
nas przy życiu, ale nie był Bogiem. Nie mógł ich wskrzesić.
Ellen spojrzała na mnie, z zastygłą, hebanową twarzą na tle otaczającego
nas śniegu. Biły z niej strach i błaganie, z jej pełnej gotowości
postawy. Wiedziałem, że mamy zaledwie moment, zanim AM nas powstrzyma.
Oberwała i zgięła się wpół, krwawiąc z ust. Nie mogłem zinterpretować
wyrazu jej twarzy, wykrzywionej nieznośnym bólem, ale mogła to być
wdzięczność. Być może. Oby, proszę.
Myślę, więc jestem
Mogło minąć kilkaset lat. Nie wiem. AM przez pewien czas zabawiał się
przyśpieszaniem i opóźnianiem mojego poczucia upływającego czasu.
Wypowiem słowo teraz. Teraz. Potrzebowałem dziesięciu miesięcy, aby
wypowiedzieć teraz. Choć nie wiem. Myślę, że minęło kilkaset lat.
Był wściekły. Nie pozwolił mi ich pochować. Nieważne. Nie da się
rozkopać stalowych płyt posadzki. Osuszył śnieg. Sprowadził noc. Ryczał
i ściągnął szarańczę. To niczego nie zmieniło: pozostali martwi.
Załatwiłem go. Był wściekły. Przedtem myślałem, że AM mnie nienawidzi.
Myliłem się. Nie był to nawet cień nienawiści, jaką teraz wyciskał z każdego obwodu drukowanego. Upewnił się, że będę cierpiał wieczyste męki
i nie zdołam się zabić.
Pozostawił mi nietknięty umysł. Mogę marzyć, rozmyślać, rozpaczać.
Pamiętam całą ich czwórkę. Chciałbym...
No cóż, to nie ma sensu. Wiem, że ich uratowałem, wybawiłem od tego, co
mnie spotkało, a jednak nie mogę zapomnieć, że ich zabiłem. Twarzy
Ellen. Nie jest mi lekko. Czasem chciałbym... Nieważne.
AM mnie przemienił, zapewne po to, żeby się zabezpieczyć. Nie chce,
żebym z rozbiegu wpadł na któryś bank pamięci i rozbił sobie czaszkę.
Albo wstrzymał oddech, aż padnę. Lub poderżnął sobie gardło kawałkiem
zardzewiałej blachy. Tu na dole są lustrzane powierzchnie. Opiszę wam,
jak się widzę.
Jestem wielkim, galaretowatym tworem. Gładko zaokrąglonym, bez ust, z pulsującymi białymi dziurami wypełnionymi mgłą tam, gdzie zwykły być
moje oczy. Z gumowatymi wypustkami, które niegdyś były mymi ramionami;
odchodzącymi w dół wybrzuszeniami beznogich garbów miękkiej, śliskiej
materii. Kiedy się poruszam, zostawiam za sobą wilgotny ślad. Płaty
chorej, zwyrodniałej szarości pojawiają się i znikają na mojej
powierzchni, jakby podświetlane z wnętrza.
Widziany z zewnątrz, niezdarnie sobie pełzam, absolutnie niepodobny do
człowieka stwór o obcym i karykaturalnym kształcie, którego nikłe
podobieństwo do ludzkiej istoty czyni jeszcze bardziej obscenicznym.
Wewnątrz jestem samotny. Tutaj. Żyjąc pod ziemią, pod powierzchnią
morza, w trzewiach AM, którego stworzyliśmy, ponieważ marnowaliśmy czas
i zapewne podświadomie wiedzieliśmy, że on może wykorzystać go lepiej.
Przynajmniej oni czworo są wreszcie bezpieczni.
To jeszcze bardziej rozwścieczy AM. Czerpię z tego pewną satysfakcję. A jednak... AM po prostu wygrał... zemścił się...
Nie mam ust. A muszę krzyczeć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki