Pewnego zimowego wieczoru,
przy końcu roku 1800, lub też o parę lat wcześniej, młody lekarz,
który niedawno zdobył patent i właśnie rozpoczynał praktykę,
siedział w rogu małego, schludnego gabineciku, grzejąc się przy
blasku trzaskającego wesoło ognia i słuchając wiatru, który
kroplami deszczu jak palcami stukał w szyby okien i wył w kominie -
przeciągle, posępnie. Noc była słotna i chłodna. Doktór przez cały
dzień brnął przez brud i błoto, a teraz wypoczywał po pracy.
Otulony był w szlafrok, na nogach miał pantofle. Powoli zapadał w
stan bliższy snu niż jawy, powoli kłębiły się myśli i wizje,
zalewające wezbranym potokiem rozbudzoną senną wyobraźnię. Najpierw
myślał o tem, że wiatr dmie tęgo i że w tej samej chwili raniłby mu
twarz ostry, zimny deszcz, gdyby nie to, że odpoczywa w ciepłem,
zacisznem mieszkanku. Następnie ujrzał w wyobraźni Boże Narodzenie
i pomyślał o tem, jak to będzie pięknie, kiedy odwiedzi swój
rodzinny dom, przywita przyjaciół i ukochanych, jak uradują się
jego przybyciem, jak szczęśliwa byłaby Róża, gdyby jej mógł
powiedzieć, że znalazł wreszcie pacjenta i że spodziewa się
większej ich liczby, że ma nadzieję w przeciągu niewielu miesięcy
osiągnąć dostatecznie mocne podstawy materjalne, aby ją pojąć za
żonę, przywieźć do siebie, do domu - niech troską macierzyństwa
rozweseli samotne ognisko, niechaj będzie podnietą do nowych walk,
nowych zmagań i usiłowań. Potem rozważał, kiedy, wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa, zjawi się ten pierwszy pacjent, albo też, czy
wyrokiem opatrzności nie będzie mu sądzone doczekać się pacjenta
wogóle. Następnie myślał znów o Róży, aż zasnął na dobre. Ale śnił
wciąż o niej. Uszy miał pełne jej srebrzystego głosu, na ramieniu
spoczywała jej mała, lekka, łagodna dłoń.
Istotnie spoczywała dłoń na jego ramieniu, nie była jednak ani
mała, ani lekka. Jej posiadacz, korpulentny chłopak o krągłej
głowie, wyznaczony został przez gminę na pomocnika lekarza i za
skromną zapłatą szylinga tygodniowo, oraz koszt całodziennego
utrzymania, miał chodzić z lekarstwami i posyłkami. Ponieważ nikt
nie żądał lekarstw, a posyłki były zbędne, przeto chłopak spędzał
wolne godziny - (było ich mniej więcej czternaście na dobę) -
gryząc pepperminty, wchłaniając pokarm, konieczny dla podtrzymania
życia, i pokrzepiając ciało snem.
- Proszę pana - jakaś dama! - szepnęła wyżej
scharakteryzowana osobistość, potężnym szturchańcem budząc swego
chlebodawcę.
- Jaka dama? - zawołał lekarz, zrywając się na nogi. Gotów
był przypuścić, że sen stanie się rzeczywistością, i niemal
wierzył, że nieznajoma okaże się Różą. - Jaka dama? Gdzie?
- Tam, proszę Pana, o tam! - odparł chłopak, wskazując na
oszklone drzwi poczekalni, a na jego twarzy odmalowało się
przerażenie, wywołane istotnie ekscentrycznym wyglądem przybyłej.
Chirurg spojrzał ku drzwiom i również o mało się nie przestraszył
na widok niespodziewanego pacjenta.
Była to niezwykle wysoka kobieta w żałobnych szatach. Stała
tak blisko drzwi, że twarz jej niemal dotykała szkła. Od kibici po
szyję drapował ją czarny szal, jak jaki symbol tajemnicy, twarz
okrywała czarna, nieprzezroczysta zasłona. Stała wyprostowana,
okazując całą wysokość swej postaci, i chociaż lekarz czuł, że
oczy, przebijające zasłonę, utkwione były w nim, przecież dania nie
ruszyła się z miejsca, najmniejszym gestem nie zdradziła, że zdaje
sobie sprawę z jego obecności.
- Czy życzy sobie Pani zasięgnąć mojej rady jako lekarza? -
zwrócił się do niej z pewnem wahaniem, otwierając drzwi naścieżaj.
Otwierały się do wnętrza, więc czynność ta nie zmieniła jej
pozycji: stała sztywna i nieporuszona, wciąż na tem samem miejscu.
Pochyliła zlekka głowę na znak, że to prawda.
- Pani będzie łaskawa do gabinetu.
Nieznajoma postąpiła krok naprzód; następnie, zwracając
głowę w stronę chłopca - ku jego niezmierniemu przerażeniu -
zawahała się jakgdyby na chwilę.
- Wyjdź z pokoju, Tomek - rzekł lekarz do pomocnika, którego
wielkie, okrągłe oczy rozszerzyły się podczas tej krótkiej rozmowy
do nieprawdopodobnych rozmiarów. - Zasuń firankę i zamknij drzwi.
Chłopiec zasunął szklaną część drzwi zieloną firanką,
wycofał się do poczekalni, zamknął za sobą drzwi i niezwłocznie
zbliżył do dziurki od klucza jedno ze swych przerażonych, wielkich
oczu.
Chirurg przysunął krzesło do ognia i gestem wskazał je
nieznajomej. Tajemnicza postać powolnym krokiem zbliżyła się do
krzesła. Kiedy blask padł na jej czarną szatę, okazało się, że u
dołu cała była zwalana błotem i przesiąknięta deszczem.
- Pani zmokła.
- Tak - rzekła nieznajoma głębokim altem.
- I Pani chora? - pytał lekarz ze współczuciem, gdyż głos
jej był pełen niewypowiedzianego bólu.
- Tak - brzmiała odpowiedź - bardzo jestem chora: nie na
ciele, lecz na duszy. Nie ze względu na siebie, nie poto, aby
leczyć swoje własne cierpienia, przychodzę do Pana - mówiła dalej.
- Gdyby chodziło tylko o dolegliwość cielesną, nie opuszczałabym
domu o takiej porze, sama, w taką noc, w taką niepogodę. I gdyby
chodziło tylko o dolegliwość cielesną, to Bóg sam wie, z jaką
radością wyszłabym na spotkanie śmierci. Dla kogo innego błagam
pańskiej pomocy, doktorze. Być może, że ratowanie go jest
szaleństwem - zdaje mi się nawet, że jestem obłąkana. Ale podczas
długich, żmudnych bezkresnych nocy, które przesiedziałam i
przepłakałam nad nim, rozpaczliwa myśl ratunku nie opuszczała mnie
ani na chwilę. I jakkolwiek ja sama widzę, jak dalece bezsilną
okazać się tu musi pomoc ludzi, przecież truchleję na samą myśl, że
go pochowam, tej pomocy wprzód nie wypróbowawszy!
I po ciele mówiącej przeszedł taki dreszcz, jakiego nie
można wywołać sztucznie. W ruchach tej kobiety, w jej sposobie
mówienia była jakaś rozpacz, jakieś posępne załamanie rąk, które
boleśnie poruszyło serce młodego lekarza. Był nowicjuszem w swym
zawodzie i jeszcze nie napatrzył się nieszczęść ludzkich, które
objawiają się codziennie oczom jego starszych kolegów i rzucają na
ich duszę twardą powłokę obojętności względem cierpienia.
- Jeżeli - rzekł, powstając gwałtownie z krzesła - jeżeli
osoba, o której Pani mówi, znajduje się istotnie w tak
beznadziejnym stanie, to nie mamy jednej chwili do stracenia.
Natychmiast pójdę z Panią. Dlaczego nie zwróciła się Pani do
lekarza przedtem?
- Ponieważ przedtem byłoby to bezcelowe, bezskuteczne -
ponieważ to jest bezskuteczne nawet teraz - odpowiedziała,
splatając dłonie w porywie rozpaczy.
Chirurg spojrzał badawczo na czarną zasłonę, pragnąc
wyczytać sekret ukrytej za nią twarzy. Było to niemożliwe ze
względu na nieprzejrzystość krepy.
- Pani jest naprawdę chora - rzekł miękko - jakkolwiek sama
Pani o tem nie wie. Gorączka, która dała Pani moc do zniesienia
długiego, wyczerpującego wysiłku, nie przestaje w Pani płonąć. Może
to Panią orzeźwi? - mówił dalej, nalewając jej szklankę wody - może
się Pani uspokoi na chwilkę i opowie mi, bez wybuchów, bez
zdenerwowania, na co jest chory pacjent i jak już długo trwa
choroba. Kiedy poznam wszystko, co muszę wiedzieć, aby oddać
pacjentowi istotne usługi, gotów jestem natychmiast iść z Panią.
Nieznajoma podniosła szklankę do ust, nie odgarniając
zasłony: nie skosztowawszy kropli, odstawiła wodę zpowrotem na stół
i wybuchnęła płaczem.
- Wiem - łkała głośno - wiem, że to wszystko, co Panu mówię,
podobne jest do gorączkowych majaczeń. Już słyszałam to nieraz od
innych, tylko w mniej delikatnej formie. Nie jestem młoda. Ludzie
powiadają, że kiedy życie powoli skłania się ku zachodowi, ogarnia
trwoga o tych kilka ostatnich dni, które nie przedstawiają
wprawdzie żadnej wartości w oczach osób postronnych, ale osobie
zainteresowanej droższe są od całego przeżytego życia, pomimo, że
te zbiegłe lata wiążą się ze wspomnieniem dawno zmarłych przyjaciół
- starych, młodych - może nawet dzieci - zmarłych, lub zapomnianych
- co równa się śmierci. Niewiele lat dzieli mnie od zgonu, o ile
skończę śmiercią naturalną - wydawałoby się więc, że powinnam
strzec, jak oka w głowie, tych przebłysków życia, jakie mi
pozostają jeszcze. Nie, zrzucę je, jak kamień z piersi - bez
westchnienia - z ulgą - z radością - jeżeli to, o czem teraz mówię,
jest fałszem, tworem wyobraźni. Jutro rano temu, który jest
przyczyną mego niepokoju, nikt już z ludzi nie będzie w stanie
pomóc. Wiem o tem, wiem doskonale, choć wolałabym myśleć inaczej.
Jednak dzisiaj, pomimo straszliwego niebezpieczeństwa, jakie mu
zagraża, nie wolno Panu go zobaczyć, nie może go Pan ratować.
- Nie chciałbym denerwować Pani - rzekł chirurg po chwili
milczenia - przez powątpiewanie o prawdzie Pani słów lub przez
nazbyt natarczywe badanie sprawy, którą Pani widocznie usiłuje
ukryć. Jednakże dostrzegam w Pani sprawozdaniu pewne sprzeczności,
które niełatwo dadzą się pogodzić ze zwykłym biegiem rzeczy.
Człowiek, o którego chodzi, umiera w tej chwili, a mnie nie wolno
go widzieć, jakkolwiek moja pomoc mogłaby być skuteczna. Twierdzi
Pani, że nazajutrz będzie już za późno, pragnie Pani jednakże, abym
się jutro pomimo to zjawił! Jeżeli jest on rzeczywiście tak Pani
drogi, jak to wynika z Pani słów i całego zachowania się, dlaczegoż
nie mamy go ratować? zanim - wskutek postępu choroby - stanie się
to niemożliwe?
- Boże, nie opuszczaj mnie! - zawołała kobieta, zanosząc się
od płaczu. - Chcę, aby obcy człowiek uwierzył w to, czemu sama
ledwie daję wiarę? A więc odmawia mi Pan stanowczo jutrzejszej
wizyty? - rzekła, powstając nagle z krzesła.
- Nie powiedziałem, że uchylam się od tego, co jest moim
obowiązkiem - odparł chirurg - ale ostrzegam, że jeżeli będzie Pani
obstawała przy tej dziwacznej zwłoce i pacjent umrze, na barki Pani
spadnie straszliwa odpowiedzialność.
- Odpowiedzialność spadnie na kogo innego - z goryczą
odrzekła nieznajoma. - Ta jej drobna cząstka, jaka przypada na
mnie, nie jest ciężka: zniosę ją z radością.
- Ponieważ ja nie będę tu w żadnym razie winny, o ile
przychylę się do Pani żądania, przeto proszę o adres, pod którym
zjawię się jutro z rana. O której godzinie?
- O dziewiątej - odparła nieznajoma.
- Wybaczy mi Pani tę śmiałość. Chciałbym wiedzieć, czy chory
znajduje się obecnie pod Pani opieką?
- Nie.
- Gdybym więc dał wskazówki, jak należy z nim postępować w
przeciągu nocy, Pani nie mogłaby się do nich zastosować?
- Nie mogłabym - odpowiedziała.
Jej głos był pełen łez. Widząc, że przeciąganie rozmowy do
niczego nie doprowadzi i niczego więcej nie będzie można się
dowiedzieć; a równocześnie pragnąc oszczędzić kobiecie
zdenerwowania, które zrazu zdołała opanować nadludzkim wysiłkiem,
ale któremu teraz nie umiała się oprzeć, oddając się na łup
najboleśniejszych szarpań - lekarz zapewnił ją uroczyście, że
spełni przyrzeczenie. Nieznajoma podała nazwę jakiegoś podejrzanego
zaułka w Walworth i opuściła dom równie tajemniczo, jak się w nim
zjawiła.
Łatwo pojąć, jak wielkie wrażenie wywarła ta dziwna wizyta
na psychice młodego lekarza. Długo rozmyślał nad okolicznościami,
jakie mogły towarzyszyć tej ciemnej, intrygującej sprawie, usiłując
powiązać sprzeczne ze sobą dane: bezskutecznie. Podobnie jak
większość ludzi, czytał niejednokrotnie i słyszał o niezwykłych
wypadkach, gdy przeczucie śmierci, sprecyzowane co do dnia i co do
minuty, sprawdzało się nieomylnie. Przeszło mu przez głowę, że może
właśnie teraz ma do czynienia z jednym z takich wypadków. Ale nie,
przypomniał sobie, że wszystkie te opowiadania dotyczyły osób,
które dręczyło przeczucie własnej śmierci. Ta kobieta mówiła
przecież o kim innym - o mężczyźnie; bezwzględnie nie było rzeczą
możliwą, aby zwykły sen czy kaprys wyobraźni kazał jej mówić o jego
bliskim zgonie z taką przerażającą pewnością! A może mężczyzna miał
zostać zamordowany, kobieta zaś, początkowo należąca do spisku i
pod przysięgą zobowiązana do milczenia, wycofała się, i nie mogąc
powstrzymać ciosu, jaki zagraża ofierze, pragnie zapobiec
przynajmniej jego śmierci przez zwykłe zastosowanie pomocy
lekarskiej? Jednakże myśl, że takie rzeczy miałyby się dziać w
miejscowości położonej tuż przy stolicy, wydała mu się zbyt
niedorzeczną, aby mógł przywiązywać do niej znaczenie dłużej, niż
przez chwilę. Następnie wydało mu się prawdopodobnem powzięte już
przedtem przypuszczenie, że kobieta była anormalna. Było to jedyne
mniej więcej zadawalające rozwiązanie tej powikłanej historji,
wypadało więc sądzić, że się ma do czynienia z warjatką. Jednakże
pojawiły się nowe argumenty, które zachwiały pewnością tego wniosku
i nie przestawały się ścierać ze sobą przez cały ciąg długiej,
bezsennej nocy. Pomimo wielkiego wyczerpania i naprzekór wysiłkom,
lekarz nie zdołał usunąć z przed oczu rozbudzanej fantazji ponurego
obrazu czarnej zasłony.
Tylna część Walworthu, punkt, w którym dzielnica ta
najbardziej oddalona jest od miasta, przedstawia i dzisiaj widok
niezbyt pocieszający. Ale pięćdziesiąt trzy lata temu, jego trzy
czwarte przedstawiały tylko posępne pustkowie, zamieszkane przez
kilku ludzi o niezdecydowanym wyglądzie i wątpliwej profesji: albo
tak ubogich, że nie mogli sobie pozwolić na mieszkanie w innej
okolicy, albo tak żyjących i pracujących, że jedynie tu mogli
znaleźć bezpieczne schronienie. Wiele z tych domów, które obecnie
wznoszą się po obu stronach ulicy, nie istniało jeszcze wtedy; a
większość tych, które w nierównych odstępach zdobiły to pustkowie,
należała do budowli najbardziej prymitywnych i koszlawych, jakie
można sobie wyobrazić.
Okolice, przez które szedł nasz lekarz, nie odznaczały się
wielką malowniczością i ich widok nietylko nie dodał mu otuchy, ale
nawet spotęgował to uczucie niepokoju, jakiem napełniała go myśl o
niezwykłym pacjencie. Droga, którą wypadało mu iść, oddalała się od
głównej szosy, biegła poprzez bagniste wygony, poprzez krzywe
uliczki, ślepe zaułki, przy których zrzadka można było napotkać
jakąś starą, obdartą chałupinę, zaniedbaną, brudną, rozwalającą się
w gruzy. Czasem przebiegało przez drogę wędrowca wynędzniałe
drzewo, czasem błysnęła mu przed oczami kałuża stojącej wody,
wezbrana deszczem, wzburzona wiatrem, zatruta wyziewami rynsztoków.
Niekiedy zazieleniła się zboku plama uprawnego gruntu, a kilka
spróchniałych desek, zbitych w budę i wyobrażających dom
letniskowy, oraz stary parkan, załatany nieumiejętnie kołami,
skradzionemi z płotu sąsiada, świadczyły aż nazbyt wyraźnie o
ubóstwie mieszkańców i zarazem o wielkiej pogardzie, w jakiej mieli
prawo własności. Raz nawet jakaś niechlujnie ubrana kobieta
wyjrzała z drzwi zakopconego domu, aby wyrzucić do rynsztoku
zawartość kuchennego naczynia i aby krzyknąć na dziewczynkę w
wydeptanych trzewikach, która odszedłszy od chaty na kilka kroków,
chwiała się i gięła pod ciężarem niesionego na rękach bladego
dziecka, prawie tak wielkiego jak ona. Poza tem trudno było
uchwycić jakiś znak życia w całej tej posępnej panoramie, jaka
roztaczała się dokoła. Perspektywę wgłąb zalegała gęsta, ciężka
mgła, a kontury, które przezierały przez jej biały całun, niczem
się nie różniły od wyżej opisanych dekoracyj.
Trzeba było brnąć przez szlam i błoto do nieskończoności,
trzeba było na każdym kroku pytać o drogę. Przechodnie odpowiadali
niechętnie, a ich wskazówki tak były niejasne i sprzeczne jedna z
drugą, że niedalekoby zaszedł ten, coby im wszystkim chciał dawać
wiarę. Wreszcie młody człowiek stanął przed domem, który mu
wskazano, jako cel jego podróży. Była to niska, wąska jednopiętrowa
szopa o powierzchowności jeszcze mniej pocieszającej, niż wszystkie
inne domy, obok których przechodził. Stara żółta firanka zasłaniała
szczelnie okna na piętrze, a okiennice były przymknięte, lecz nie
przymocowane. Dom stał na uboczu, na rogu wąskiego zaułka, i nie
mógł się poszczycić sąsiedztwem jednego choćby mieszkalnego
budynku.
Jeżeli mówimy, że lekarz się zawahał i poszedł o kilka
kroków dalej, zanim zdołał się opanować, zanim wrócił i zanim
zastukał do drzwi tego domu, to nie dajemy przez to powodu do
śmiechu nawet najbardziej nieustraszonemu z czytelników. Policja
Londynu dzisiaj i wtenczas, to daleko nie jedno i to samo.
Odosobnione położenie przedmieść w owych czasach, kiedy to pasja
rozbudowywania Londynu, idąc ręka w rękę z postępem kultury,
jeszcze nie zdążyła połączyć stolicy z jej okolicami w jeden
organizm, sprawiło, że wiele z nich, a Walworth w szczególności,
służyło za kryjówkę najgorszym elementom, wyrzutkom, szumowinom
społecznym. Wtedy nawet najbardziej ruchliwe punkty Londynu nie
mogły się pochlubić dostatecznem oświetleniem, takie zaś zakątki
zapadłe, jak ten, zdane były na łaskę i niełaskę księżyca i gwiazd.
A więc szanse przyłapania tam podejrzanego osobnika, lub
wyśledzenia jego kryjówki, były minimalne. To też hołota coraz
grubiej obrastała w piórka, pozwalała sobie coraz bardziej, w miarę
tego, jak codzienne doświadczenie uczyło, że niema się czego
obawiać. Należy także wziąć pod uwagę, że nasz młody przyjaciel
praktykował przez dłuższy czas w jednym ze stołecznych szpitali; i
chociaż ani Burke ani Bishop nie zdobyli jeszcze wtedy krwawej
sławy najbardziej niezwyciężonych anarchistów, przecież nieraz
nadarzała się sposobność stwierdzenia na własne oczy, jak łatwo,
jak lekko popełnia się okrucieństwa, któremi ci dwaj genjalni
bandyci uwiecznili swe imiona. Bez względu wszakże na okoliczności,
jakie były przyczyną jego niezdecydowania, wypada stwierdzić, że
lekarz zawahał się na chwilę. Ponieważ jednak odznaczał się wielką
siłą woli i niemałą odwagą osobistą, przeto wkrótce zapanował nad
zdenerwowaniem, zawrócił raźnie i zastukał łagodnie do drzwi.
W tej samej chwili dobiegł jego uszu zdławiony szept,
jakgdyby ktoś na końcu korytarza rozmawiał potajemnie z osobą,
stojącą na platformie pierwszego piętra. Następnie dał się słyszeć
łoskot ciężkich butów o kamienną podłogę. Powoli zdjęto łańcuch z
drzwi, otwarto je i wysoki, brzydki mężczyzna, brunet, o twarzy,
według własnych słów chirurga, tak bladej i wynędzniałej, jak
twarze trupów w prosektorjum, ukazał się na progu.
- Proszę do środka - rzekł półgłosem.
Lekarz usłuchał, a mężczyzna zamknął drzwi na łańcuch i
wskazał drogę do niewielkiego gabinetu przy końcu korytarza.
- Czy nie przybyłem za późno?
- Za wcześnie! - brzmiała odpowiedź.
Chirurg odwrócił się, a na twarzy jego odmalowało się
zdumienie, pomieszane z przerażeniem, którego nie zdołał w tej
chwili opanować.
- Pan będzie łaskaw zaczekać tu - rzekł mężczyzna, czytając
w jego myślach - niedługo, pięć minut, zaraz będzie gotowe.
Lekarz wszedł do pokoju. Mężczyzna wyszedł, zamykając za
sobą drzwi. Był to niewielki, chłodny pokoik, któremu za całe
umeblowanie służyły dwa sosnowe krzesła i stół z tego samego
materjału. Garść płonących drewek, nieodgrodzona barjerą, jarzyła
się na ruszcie, i jeżeli nie ogrzewała dostatecznie powietrza, to
przynajmniej czyniła łatwiejszą do zniesienia wilgoć, która
ściekała ze ścian kroplami stęchłej wody, podobnemi do wydłużonych
ślimaków. Okno, którego rozbite szyby załatane były kawałkami
papieru, wychodziło na kwadratowy ogrodzony placyk, stojący niemal
całkowicie pod wodą. Ani jeden dźwięk nie wydobywał się z głębi
domu, ani jeden szmer nie rozbrzmiewał poza jego obrębem. Młody
chirurg usiadł przy zaimprowizowanym kominku, oczekując z
niecierpliwością wyników swej pierwszej wizyty lekarskiej.
Nie przeszło i pięć minut, kiedy do ucha jego dobiegł turkot
nadjeżdżającego pojazdu. Wóz (mogła to być dorożka) stanął przed
domem. Dał się słyszeć skrzyp drzwi od ulicy, zabrzmiał odgłos
cichej rozmowy, zmieszanej z łoskotem ciężkich kroków, po korytarzu
i schodach rozległy się stąpania i szurania nóg, jakgdyby niesiono
na górę jakieś ciężkie ciało. Upłynęło kilka sekund i ponowne
skrzypienie schodów pozwoliło wywnioskować, że przybysze,
spełniwszy swe zadanie, opuszczają dom. Drzwi zamknięto i znów
wszystko zapadło w otchłań milczenia.
Przeszło jeszcze pięć minut. Lekarz poczynał się niepokoić.
Postanowił wyjść z pokoju, poszukać kogoś z domowników, i
przypomnieć o swojej obecności, kiedy nagle drzwi stanęły otworem i
kobieta w czarnej zasłonie, ubrana w każdym szczególe tak, jak
ubiegłego wieczoru, dała mu znak, aby się zbliżył. Niezwykle wysoka
jej postać w skojarzeniu z tą okolicznością, że nie wyrzekła ani
słowa, jakgdyby chcąc ukryć brzmienie swego głosu, wywołała w duszy
lekarza podejrzenie, że ma przed sobą mężczyznę w kobiecych
szatach. Ale histeryczne łkania, wstrząsające zasłoną, i rozpacz,
jaką wyrażała cała jej postać i całe zachowanie się, rozwiały to
podejrzenie w jednej chwili; poszedł za nią bez najmniejszej obawy.
Kobieta szła przodem, wskazując drogę. Wspięli się po
schodach do pokoju od strony frontowej. Stanęła przy drzwiach,
dając mu znak, aby wszedł pierwszy. Umeblowanie było skromne: stara
sosnowa skrzynia, kilka krzeseł, łóżko, nad którem niegdyś musiał
wisieć baldachim, obecnie zaś, nie było nawet firanek, leżała tylko
brudna, połatana kapa. Stłumione światło, płynące przez żaluzję,
którą lekarz zauważył od zewnątrz, nadawało otaczającym przedmiotem
tak widmowe pozory i okrywało je tak jednostajną barwą, że w
pierwszej chwili nie wiedział, w którą stronę się zwrócić. Dopiero
kiedy kobieta rzuciła się naprzód i gorzko zawodząc, padła na
kolana przed łóżkiem, zorjentował się, gdzie leży pacjent.
Wyciągnięte na łóżku, zawinięte szczelnie w płócienny całun
i okryte kołdrami, leżało ciało ludzkie, sztywne i nieruchome.
Głowa i twarz mężczyzny były odkryte, ale przewiązane bandażem,
który przechodził pod podbródkiem i owijał czoło. Oczy były
zamknięte. Lewe ramię ołowianym ciężarem zwisało z łóżka. Kobieta
ściskała namiętnie skostniałą dłoń. Chirurg odsunął ją delikatnie
nabok i sam ujął puls chorego.
- Boże - zawołał, puszczając instynktownie rękę pacjenta -
on już nie żyje!
Kobieta zerwała się z klęczek i klasnęła rozpaczliwie w
dłonie.
- O, niech Pan tego nie mówi! - wydarł się z jej ust
szaleńczy niemal okrzyk. - O, niech Pan tego nie mówi. Nie mam siły
do słuchania takich strasznych słów - nie zniosę! Przecież tyle
razy przywracano do życia ludzi, których nieumiejętni i
niedoświadczeni lekarze uznawali już za łup śmierci. I tyle razy
umierali chorzy, których możnaby było ocalić, gdyby zastosowano
właściwe środki. Niech Pan go tak nie zostawia, drogi Panie, nie
przedsiębiorąc niczego celem uratowania! Być może, że właśnie w tej
chwili ulatnia się z niego ostatnia iskra życia - może da się ją
jeszcze rozdmuchać, rozjarzyć, rozpalić, rozniecić. Na miłość boską
- niech Pan spróbuje!
Mówiąc to, rozcierała gwałtownie najpierw czoło, a potem
pierś mężczyzny, leżącego nieruchomo przed nią. Następnie dzikiemi,
obłąkanemi uderzeniami usiłowała rozgrzać zimne dłonie, ale
zaledwie je puściła, ciężko i bezwładnie opadły na kołdrę.
- To się na nic nie przyda, moja dobra kobieto, - rzekł
lekarz łagodnym, uspakajającym tonem, odejmując rękę od chłodnej
piersi mężczyzny, w której serce już nie biło. - Niech Pani odsunie
firankę!
- Poco? - spytała, opierając się.
- Niech Pani odsunie żaluzję! - powtórzył lekarz wzburzonym
głosem.
- Umyślnie zamknęłam światłu dostęp do pokoju - zawołała,
zagradzając mu drogę, kiedy zwrócił się ku oknu, aby zdjąć storę -
Panie, łaskawy Panie, niech się Pan ulituje nade mną! Jeżeli to już
się na nic nie przyda i on naprawdę nie żyje, to niechaj jego zwłok
nie widzą inne oczy, oprócz moich!
- Ten człowiek nie umarł lekką śmiercią - nie umarł także
śmiercią naturalną - odparł lekarz. - Muszę, bezwzględnie muszę
widzieć jego ciało - to mi nakazuje obowiązek!
Ruchem tak niespodziewanym, że kobieta nie zdążyła się
zorjentować ani przeszkodzić, podbiegł do okna, zerwał firankę,
wpuścił do pokoju oślepiający potok dziennego światła i powrócił na
miejsce.
- Tu dokonano gwałtu - rzekł, wskazując palcem na trupa i
wpatrując się z napięciem w twarz, z której czarna zasłona znikła
po raz pierwszy.
W podnieceniu bowiem, jakie ją ogarnęło kilka chwil
przedtem, nieznajoma zdarła z siebie czepek wraz z woalem i stała
wyprostowana, mierząc lekarza wyrazistem, przeciągłem spojrzeniem.
Miała rysy kobiety pięćdziesięcioletniej, która niegdyś musiała się
odznaczać wielką pięknością. Smutek i łzy wyryły na jej twarzy
ślady tak głębokie, że czas sam przez się nie zdołałby ich wywołać.
Była to twarz śmiertelnie blada, wargi drgały w nerwowym kurczu, w
oczach płonął nienaturalny ogień, który mówił aż nazbyt jasno, że
jej cielesne i duchowe siły zachwiały się potężnie pod
nieudźwignionym ciężarem nieszczęścia.
- Tu dokonano gwałtu - powtórzył lekarz, nie odrywając od
niej badawczego spojrzenia.
- Tak jest! - brzmiała odpowiedź.
- Tego człowieka zamordowano.
- Boga wzywam na świadka, że tak - namiętnie zawołała
kobieta. - Bezlitośnie, nieludzko zamordowano!
- Kto jest sprawcą? - zapytał lekarz, chwytając ją za ramię.
- Niech Pan rzuci okiem na to miejsce ciała, gdzie widnieje
stempel kata, a zrozumie Pan wszystko! - krzyknęła.
Zwrócił się do łóżka i nachylił nad ciałem, które leżało
teraz w zalewie słonecznego światła. Gardło było spuchnięte i
otoczone sinemi plamami. Prawda błyskawicą przedarła mu się przez
mózg.
- To jeden z tych ludzi, których powieszono dzisiaj z rana!
- zawołał, odwracając się, a dreszcz przebiegł mu po ciele.
- Tak, - odpowiedziała kobieta, wlepiając chłodne, obłędne
źrenice w jeden martwy punkt.
- Kto to więc? - zapytał chirurg.
- Mój syn - odrzekła i bez czucia padła mu do nóg.
Tak było w samej rzeczy. Towarzysza, niewątpliwie
współuczestnika winy, uwolniono wobec braku wyraźnych dowodów, a
jego skazano na śmierć i stracono. Nie potrzeba wyszczególniać
okoliczności przestępstwa: mogłoby to wywrzeć bardzo bolesne
wrażenie na kilku żyjących jeszcze osobach. Był to jeden z tych
wypadków, jakie zdarzają się dość często. Matka wdowa, bez
przyjaciół, bez pieniędzy, morzyła się głodem, aby tylko wychować
syna - sierotę. Chłopiec nie zważał na jej błagania, nie zważał na
cierpienia, jakie przeszła dla niego - na jej nieustające troski,
na poświęcenia - rzucił się głową nadół w męty życia, stał się
rozpustnikiem, zbrodniarzem; nagroda za to życie zmarnowane: śmierć
z ręki kata, hańba matki, jej złamane życie, jej stargane zdrowie.
Od opisanego wyżej zdarzenia upłynęły lata. Szczęśliwe i
nieszczęśliwe koleje losu kazałyby każdemu innemu człowiekowi dawno
zapomnieć o istnieniu biednej wdowy. Ale młody chirurg codziennie
odwiedzał obłąkaną, bezbronną kobietę. Nietylko usiłował jej
przynieść ulgę uprzejmemi słowy i serdecznem obejściem, ale także
dopomagał jej w biedzie hojnemi ofiarami pieniężnemi, które jej
pozwoliły nie troszczyć się o podtrzymanie i tak już niedługiego
życia. W krótkim przebłysku świadomości i pamięci, jaki poprzedził
śmierć nieszczęsnej istoty, z ust jej wzniosła się gorąca modlitwa
za jego zdrowie i szczęście. Ta modlitwa dosięgła obrębów nieba i
uszu Boga. Błogosławieństwa, które niegdyś hojną dłonią szlachetny
lekarz zlał na głowę wdowy, zostały mu odpłacone tysiąckrotnie. Ale
wśród wszystkich wspomnień, jakie się kojarzą z dobrze zasłużonem
stanowiskiem, z radosnemi chwilami szczęścia i sławy, nie ma on ani
jednego, któreby było tak drogie jego sercu, jak wspomnienie
Czarnej Zasłony.