Opowiadania filmowe - Jarosław Iwaszkiewicz

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (41,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

BRZE­ZINA

I

Już w sa­mym spo­so­bie, ja­kim Staś wy­siadł z bryczki przed gan­kiem, było coś, co roz­draż­niło Bo­le­sława. Wy­le­ciał, ra­czej wy­fru­nął z żół­tego ekwi­pażu. Przede wszyst­kim Bo­le­sław za­uwa­żył sza­fi­rowy ko­lor skar­pe­tek. Spod przy­krót­kich i luź­nych spodni ko­lor ten wy­do­by­wał się do­bit­nym ak­cen­tem. Ob­le­gał on nie­zmier­nie chude kostki nóg Sta­sia. Cho­ciaż poza tym Staś wy­glą­dał zu­peł­nie do­brze. Od owego sza­fi­ro­wego ko­loru Bo­le­sław pod­niósł wzrok ku nie­bie­skim oczom brata. Były nie­zmier­nie we­sołe. Stach uśmie­chał się nimi, na­około ust w uśmie­chu two­rzyło się wiele zmarsz­czek, które zbie­gały się w je­den punkt. Uca­ło­wali się, a pierw­szą życz­liwą my­ślą Bo­le­sława było: "Chwała Bogu, zu­peł­nie zdrów".

Nie wi­dzieli się bar­dzo dawno. Staś dwa lata sie­dział w swoim sa­na­to­rium, ale jesz­cze przed­tem nie wi­dzieli się lat parę. Bo­le­sław od dawna za­ko­pał się w tej le­śni­czówce, a Staś nie za­glą­dał tu­taj. Być może, że nie po­znałby go te­raz.

- Jak się masz? - za­py­tał po chwili mil­czą­cego ści­ska­nia się Bo­le­sław.

- Do­sko­nale!

- Do­brze, żeś so­bie o mnie przy­po­mniał.

- Cóż mia­łem ro­bić? Dok­to­rzy chcieli ko­niecz­nie, żeby je­chać do lasu. No więc gdzież, jak nie tu?

Mó­wił to wszystko, prze­ry­wa­jąc co chwila krzą­ta­niem się. Zbiegł cztery schodki do bryczki, wy­cią­gnął z niej dość lekki ku­fe­rek, po­sta­wił go na we­ran­dzie, zrzu­cił ele­gancki gu­mowy płaszcz, rę­ka­wiczki, wresz­cie po­dróżną czapkę, do­kład­nie taką samą, jaką Bo­le­sław wi­dy­wał na re­kla­mo­wych ry­sun­kach ilu­stro­wa­nych pism. Za­raz sie­dli do śnia­da­nia, na­kry­tego na ganku.

- Sza­le­nie je­stem zmę­czony - cią­gnął Sta­ni­sław. - Dwa dni i dwie noce.

Mała Ola przy­szła z głębi domu. Miała nie­bie­skie, nieco wy­stra­szone oczy. Dźwi­gała w ręku lalkę, dość osku­baną. W mil­cze­niu dy­gnęła przed stry­jasz­kiem.

- Boże! Ja­każ ogromna! - za­wo­łał Sta­ni­sław.

Bo­le­sław nic nie mó­wił.

- Ale lalkę ma straszną! Wi­dzia­łem ta­kie śliczne lalki za gra­nicą. Za­po­mnia­łem jej przy­wieźć. To do­prawdy nie­czuły ze mnie stryj­cio!

Ola ze­szła z ganku i szła so­bie spo­koj­nie w las. Las za­czy­nał się bez­po­śred­nio za drogą, która prze­dzie­lała go od le­śni­czówki. Dzień był brzydki, bo ka­pało cią­gle. Bór po­zba­wiony był w tej stro­nie po­szy­cia i Staś, opo­wia­da­jąc z oży­wie­niem o swo­jej po­dróży, wi­dział, jak ble­dziutka su­kienka Oli mi­gała po­mię­dzy pniami. Za­trzy­mał się na chwilę.

- Tak ją pusz­czasz sa­mo­pas? - za­gad­nął star­szego brata.

Ten wzru­szył ra­mio­nami.

- Więc mó­wię ci, że jak tylko zje­cha­łem w do­liny... - cią­gnął Sta­ni­sław - uczu­łem sza­lone zmę­cze­nie. A cóż do­piero w tej na­szej Pol­sce. My­śla­łem, że ta droga tu­taj ni­gdy się nie skoń­czy, lasy i lasy, nie wia­domo, skąd tego tyle tu­taj.

- Tak, tylko że nie bar­dzo ładne. Bór.

- To nic nie szko­dzi. Bar­dzo lu­bię so­snowy las. Dok­to­rzy mi cią­gle nim głowę za­wra­cali, do so­sno­wego lasu, ko­niecz­nie do so­sno­wego lasu.

- Tu za do­mem jest bar­dzo ładna brze­zina! - Bo­le­sław wska­zał ręką, nie oglą­da­jąc się w tamtą stronę.

Dzień był po­chmurny i z lasu do­la­ty­wał lekki sze­lest ocie­ra­ją­cych się o sie­bie igieł.

- Wiesz, przez dwie go­dziny słu­chać tego sze­le­stu igieł i tego pia­sku pod ko­łami to strasz­nie jed­no­stajne! - cią­gnął wciąż Sta­ni­sław, nie tra­cąc do­brego hu­moru. - Mę­czy mnie tro­chę mo­no­to­nia tu­tej­szej oko­licy. Jak się czu­jesz?

Bo­le­sław ru­szył znowu ra­mio­nami. Ustami wy­dał dźwięk nie­okre­ślony.

- Ale do tej ma­łej to po­wi­nie­neś wziąć ja­kąś opie­kunkę.

- My­śla­łem...

- Samo "my­śla­łem" nie wy­star­cza...

Stach sze­roko od­su­nął krze­sło i wziął za ucho wa­lizkę.

- Gdzie mam miesz­kać?

- Z sieni na lewo.

Bo­le­sław po­su­nął się nieco z krze­słem, tak że pa­trzył na drogę. Niebo po­mię­dzy da­chem ganku a la­sem po­ciem­niało gwał­tow­nie i deszcz się za­gę­ścił. Sły­szał, jak Stach go­spo­da­ruje w swoim po­koju. Otwarte okno mie­ściło się tuż obok we­randy. Sku­bał ciemną brodę. Sły­szał, jak brat roz­grze­by­wał się. Wyj­mo­wał rze­czy z ku­ferka, mył się po po­dróży. Wszystko to, nu­cąc. Nie prze­sta­wał nu­cić ani na chwilę mod­nych pio­se­nek eu­ro­pej­skich, wiatr za­wiał inny od tych me­lo­dyj. Bo­le­sław zmarsz­czył brwi i za­gryzł brodę, pa­ku­jąc ją so­bie do ust ręką.

Stach otwo­rzył drzwi od swego po­koju do na­stęp­nego. Bo­le­sław sły­szał, jak w mięk­kich pan­to­flach po­czła­pał da­lej, jak otwo­rzył drzwi do sionki, pew­nie zaj­rzał do kuchni. Wra­cał po­tem drugą stroną le­śni­czówki przez po­kój Oli i jego. Cztery po­koje, całe go­spo­dar­stwo.

- Obej­rza­łem cały dom - po­wie­dział Stach, sta­jąc w progu. - Za­po­mnia­łem, że nie masz for­te­pianu. Zda­wało mi się, że masz, i szu­ka­łem go wszę­dzie. Tu strasz­nie bę­dzie nudno bez for­te­pianu. Czy w Sław­sku nie można wy­na­jąć?

Bo­le­sław nic nie od­po­wie­dział.

- My się tu z Olą za­nu­dzimy na śmierć.

Na­wet to ostat­nie słowo nie obu­dziło Bo­le­sława z odrę­twie­nia. My­ślał tylko: "Boże, Boże, po co on tu­taj przy­je­chał?".

Tym­cza­sem Stach na­lał do szklanki go­rą­cej wody z czaj­nika, który stał na stole. Po­szedł się go­lić. Po chwili wy­nu­rzył się z okna z twa­rzą całą w my­dli­nach:

- Czy ty konno nie jeź­dzisz?

- Ja nie, ale mam sio­dło.

- A koń?

- Ten prawy - mruk­nął Bo­le­sław.

- Cho­dzi?

- Hm, Ja­nek mówi, że bar­dzo do­bry.

- To do­sko­nale. Będę jeź­dził konno. - Sta­ni­sław cof­nął się.

Po chwili znowu do­le­ciało do Bo­le­sława py­ta­nie:

- A do Sław­ska to jak da­leko?

- Prze­cie stam­tąd je­dziesz.

- Ale na mile?

- Ze dwie, dwie i pół może...

- Czy for­te­pian da­łoby się przy­wieźć?

- Sam wi­dzia­łeś, jaka droga...

- No rze­czy­wi­ście, ale jak wy­schnie?

- To bę­dzie piach.

- Ale dał­byś mi ewen­tu­al­nie ko­nie?

- A dajże mi już spo­kój z tym for­te­pia­nem!

Bo­le­sław znie­cier­pli­wił się. Wstał i po­szedł do kuchni.

Staś nie prze­stał nu­cić, go­ląc się. Pa­trzył, jak przez drogę prze­kra­dała się zmok­nięta Ola. Nie przy­śpie­szyła jed­nak kroku. Z wolna prze­cho­dziła przez ko­le­iny, kry­jąc lalkę pod chu­s­teczką. Sta­ni­sła­wowi na ten wi­dok serce się ści­snęło.

- Oho! - po­wie­dział sam do sie­bie. - Bę­dzie tu ciężko.

Stara słu­żąca, Ka­ta­rzyna, sprzą­tała po śnia­da­niu na we­ran­dzie. Ola usia­dła w ką­ciku na ma­łym sto­łeczku i coś ga­dała do lalki.

Stach przy­pa­try­wał się dro­bia­zgom, które mu przy­po­mi­nały po­byt za gra­nicą. Roz­sta­wił je na ma­leń­kiej, zgrzy­bia­łej i brzyd­kiej to­a­letce, która stała w rogu. Oglą­dał fo­to­gra­fie: on, miss Si­mons i Du­parc na śniegu w Da­vos. Uśmiech­nięte twa­rze. Inny za­pach tam­tych przed­mio­tów. Ota­czała go woń so­sno­wych zwy­czaj­nych me­bli i pod­łóg świeżo wy­my­tych. Gdy wy­szedł na ga­nek, wy­ja­śniło się.

- Olu, chodź na spa­cer. Po­ka­żesz, gdzie brze­zina.

Ola wstała bez słowa i wzięła go za rękę. Po­czuł rączkę chu­dziutką i zimną. Po­mału ze­szli ze scho­dów. Z da­chu ka­pały cięż­kie kro­ple.

- Jak deszcz pada od rana, to po­tem po­goda - po­wie­działa po­waż­nie ma­lutka.

Obe­szli dom do­okoła. I rze­czy­wi­ście z tam­tej strony była prze­śliczna brze­zina. Pnie cią­gnęły się ku gó­rze jak śnie­ży­ste fi­lary, chrup­kie, zda­wało się, że z cu­kru czy ze śniegu. Strugi wą­tłych li­ści spa­dały z góry, ale wi­dać było tylko per­spek­tywę bia­łych fi­la­rów.

- Ład­nie tu - po­wie­dział Stach bez uśmie­chu.

Ola nic nie od­po­wie­działa. Szli po wil­got­nej tra­wie, po­tem wy­dep­taną ścieżką. Białe pnie gę­stwiły się w mgli­ste per­spek­tywy, mię­dzy drze­wami wil­goć po­częła pa­ro­wać. Miało być sło­neczne po­po­łu­dnie.

- To tylko taki ma­jowy desz­czyk - Ola cią­gnęła po­ma­lutku wą­tek swych my­śli.

Sta­nęli przed mo­giłką usy­paną z żół­tego pia­chu, po­czer­nia­łego już, ale nie­po­kry­tego trawą. Mo­giła ogro­dzona była bia­łym brzo­zo­wym płot­kiem, bar­dzo zwy­czaj­nej struk­tury; po pro­stu po­wty­kano na krzyż pa­tyki. Ogromny krzyż brzo­zowy stał nad mo­giłą, biały jak pnie ota­cza­ją­cych drzew. Stach zdzi­wił się:

- Co to jest?

- To mo­giłka - od­po­wie­działa Ola.

- Czyja?

- Jak to czyja? Ma­musi.

- To ma­mu­sia tu­taj po­cho­wana? Dla­czego nie na cmen­ta­rzu?

- Taki świat - od­po­wie­działa Ola - a tu­taj bli­ziutko.

- Pew­nie, że bli­ziutko, ale czyż nie można było na cmen­ta­rzu?

- Roz­topy były straszne. Ksiądz wi­kary konno przy­je­chał.

- To było na wio­snę?

- Konno, spo­wia­dał ma­mu­się i już tu­taj zo­stał. Dwa dni sie­dział, nie mógł się ru­szyć, woda wszę­dzie wy­lała.

- Po­świę­cił tę zie­mię?

- Po­świę­cił. Mó­wił, że nie można w nie­po­świę­co­nej ziemi. Na­ma­wiał, żeby wieźć do Sław­ska.

- A ta­tuś co?

- Ta­tuś nie chciał. Po­wie­dział: można w brze­zi­nie. Tu ładne miej­sce.

- Ładne!

- Bar­dzo ładne, ale ja tu nie lu­bię cho­dzić.

- Nie lu­bisz?

- Nie lu­bię. Cho­dzę tylko z ta­tu­siem. Ta­tuś się mo­dli.

- Ta­tuś...

- Ta­tuś co­dzien­nie cho­dzi z rana albo pod wie­czór, a w nie­dzielę to się tu mo­dli ze mną. Czyta z tej książki, co ma­mu­sia miała.

- A ty pa­mię­tasz ma­mu­się?

- Pew­nie, to le­d­wie rok mi­nął.

- Prawda. Już rok. A ja się do­wie­dzia­łem do­piero na je­sieni. Twój ta­tuś rzadko pi­suje.

- Ta­tuś nie lubi li­stów.

- Ja pi­sa­łem czę­ściej.

- Ale ta­tuś nie lubi li­stów stryj­cia.

- Czy­tał ci co kiedy?

- Nie... Kie­dyś czy­tał, jak stryj­cio sa­necz­kami jeź­dził. Ja też mam sa­neczki, ale tu­taj nie ma żad­nej góry. A w Szwaj­ca­rii duże góry?

- Ogromne. Po­każę ci fo­to­gra­fie.

- To chodźmy już do domu. Stryj­cio po­każe fo­to­gra­fie.

Za­czął po­ka­zy­wać jej fo­to­gra­fie, ale dziew­czynka wkrótce się znu­dziła. Zresztą nie bar­dzo ro­zu­miała, co to zna­czy "ho­tel", "sa­na­to­rium", "Szwaj­ca­ria". Staś sie­dział na ce­ra­to­wej ka­napce, która stała w jego po­koju, i fo­to­gra­fie zsu­nęły mu się z ko­lan. Spo­glą­dał bez­myśl­nie w okno, gdzie spoza pni so­sno­wych po­częły prze­bi­jać pro­mie­nie. Igli­wie mię­dzy so­snami ku­rzyło się mocno; prze­strze­nie po­mię­dzy pniami na­peł­nione były mgłą i wy­zie­wami. Zresztą nie ob­ser­wo­wał zja­wisk przy­rody, na­wet nie my­ślał o tym, co się w nim dzieje. Trwał w spo­koju, chciał na­wet bez­myśl­no­ści. Po chwili po­wtó­rzył:

- O, ciężko tu bę­dzie.

Nie zda­wał so­bie jesz­cze sprawy z at­mos­fery, ale już wie­dział, że nie bę­dzie do­brze. Prze­ra­żał go stan brata i na próżno sta­rał się so­bie to wy­obra­zić, ale po­nie­waż nie prze­żył żad­nej straty na­prawdę, nie przy­cho­dziło mu to z ła­two­ścią. Przy śmierci matki był na­wet obecny, ale sam fakt wy­da­wał mu się nie­rze­czy­wi­sty. Po­tem nie mógł tego zro­zu­mieć ani od­czuć, tak jakby matka była za­wsze w dru­gim po­koju. A jesz­cze po­tem przy­zwy­czaił się, że ni­gdy nie wcho­dziła do tego, w któ­rym on był. A tym­cza­sem tu­taj ta pia­skowa mo­giła w brze­zi­nie była czymś nie do od­rzu­ce­nia. Wciąż ją miał przed oczami i siatkę bia­łych pni, które w od­dali za­cie­rały się i two­rzyły biały roz­py­lony ko­lor, jakby na­ma­lo­wany mu­śnię­ciami pędzla.

Tym­cza­sem Bo­le­sław sie­dział po dru­giej stro­nie sieni, na łóżku, i pa­trzył na ten sam mniej wię­cej pej­zaż so­snowy, na dym mię­dzy pniami i na pierw­sze bla­ski, oży­wa­jące na mo­krych li­ściach po­szy­cia, które do­piero owe pro­mie­nie sło­neczne od­kry­wały w wy­su­szo­nej ko­ronce boru. Tylko że my­śli Bo­le­sława jesz­cze mniej były spre­cy­zo­wane niż my­śli młod­szego czło­wieka. Z mgły, jaka go ota­czała od śmierci żony, nie wy­wo­ły­wało go żadne zja­wi­sko, wszystko wi­dział przez siatkę. Bar­dzo to prze­szka­dzało oczom, ale nic wię­cej. Na mo­giłę za­cho­dził, to prawda, w nie­dzielę tam z Olą od­pra­wiał pa­cie­rze, które tym go­rzej draż­niły go, że był nie­wie­rzą­cym. Mo­giła, ciało - nie ist­niały dla niego, czuł na­prawdę śmierć owej brzyd­kiej, choć mi­łej ko­biety, która była jego żoną przez lat kilka. Czuł, że jej nie ma. Pa­mię­tał, że umarła. Pa­mię­tał, że umie­rała, jak umie­rała. Było to wszystko je­dy­nie rze­czy­wi­ste, wszystko inne nie. Nie dla­tego skar­petki brata były czymś tak okrop­nym, a ich ko­lor miał mę­czyć Bo­le­sława w nie­licz­nych snach jego. Świat, od któ­rego od­dzie­lił się chło­pak, aby za­mą­cić mgłę po­mię­dzy pniami so­sen, był czymś prze­ra­ża­ją­cym. Przy­by­cie Sta­ni­sława było przy­by­ciem Mar­sja­nina. A jed­no­cze­śnie wy­wo­ły­wało nie­od­parte po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści, któ­rego Bo­le­sław był po­zba­wiony w ciągu ostat­niego roku.

My­ślał o tym (po raz pierw­szy), że to już rok, że Ba­sia mu­siała się w trum­nie strasz­li­wie zmie­nić; że ni­gdy ni­kogo już nie bę­dzie ko­chać, że Ola pew­nie jest strasz­nie za­nie­dbana, bo on wcale o tym nie my­ślał, że trzeba spro­ku­ro­wać ja­kąś na­uczy­cielkę, jed­nym sło­wem, że ja­koś na­leży iść. Do­kąd i po co, na ra­zie nie my­ślał, no ale że trzeba iść. To już było bar­dzo wielką od­mianą. Za­wdzię­czał ją temu nie­zno­śnemu przy­jaz­dowi Sta­sia.

Wtem na scho­dach, po­tem na we­ran­dzie roz­le­gły się mocne kroki sil­nych i bo­sych nóg. Dziew­czyna go­rąca od biegu za­kryła na­gle so­sny przed Sta­siem swym cie­niem.

- Gdzie pan?

Nie zdą­żył od­po­wie­dzieć. Głos Bo­le­sława od­po­wie­dział z okna, po­ło­żo­nego po prze­ciw­nej stro­nie drzwi we­ran­do­wych.

Oka­zało się, że straż­nik Ja­nek, brat dziew­czyny, który miesz­kał na po­dwó­rzu, wy­bił ręką szybę w drzwiach wej­ścio­wych; głę­boko roz­ciął dłoń, trzeba było prze­wią­zać mu ranę, wy­jo­dy­no­waw­szy na­le­ży­cie. Za­jęli się tym obaj bra­cia, przy tej oka­zji Sta­ni­sław po­znał po­dwó­rze i jego miesz­kań­ców.

Nie było ich wielu, strze­lec z sio­strą i matką oraz kil­ku­na­sto­let­nich dwóch wy­rost­ków do pa­sa­nia krów i koni, Edek i Olek. To wszystko. Po­dwórko było małe, czy­ste, ale smutne. Ko­nie i krowy mie­ściły się w czer­wo­nym bu­dynku na par­te­rze, na pię­trze było miesz­kanko, w któ­rym od­by­wała się ope­ra­cja. Dwa po­koje strzelca i po­koik chło­pa­ków. Okienka były małe i świa­tła było w nich nie­wiele. So­sny za­czy­nały się za­raz za ścia­nami tego domu, który do po­łowy był staj­nią. Osobno jesz­cze stały: szopa, wo­zow­nia, kur­nik, chle­wik.

Sta­ni­sław wra­cał do domu jesz­cze smut­niej­szy, jesz­cze bar­dziej znie­chę­cony. A przy tym nie opusz­czało go zmę­cze­nie po dłu­giej dro­dze, po­tniał co chwila. Po­wie­trze po desz­czu było jed­nak parne i po­goda, która się osta­tecz­nie usta­liła po po­łu­dniu, nie za­po­wia­dała się na długo. Po­ło­żył się na ce­ra­to­wej ka­napce i cier­pli­wie cze­kał na obiad. Bo­le­sław cho­dził bez prze­rwy po po­koju, choć cia­sno tam było po­mię­dzy jego łóż­kiem a Oli. Dziew­czynka wraz z lalką sie­działa w tym sa­mym po­koju, w ką­ciku za łóż­kiem. Bo­le­sław w chwili pustki w gło­wie sły­szał, jak uczy lalkę pa­cie­rza.

II

Inne dni po przy­jeź­dzie Sta­sia były zu­peł­nie po­dobne, z tą może róż­nicą, że Bo­le­sław mniej prze­sia­dy­wał w domu. Nie tylko mu­siał jeź­dzić po le­sie, do­glą­dać to tej, to owej ro­boty, być na po­rę­bie i na tar­taku, które le­żały dość da­leko od sie­bie, ale także jeź­dzić na­wet do mia­steczka. Nie był tam od roku, droga te­raz była tro­chę lep­sza, przy­po­mniał so­bie mnó­stwo nie­za­ła­twio­nych od tak dawna spraw, po­je­chał. Wo­lał uni­kać sam na sam z bra­tem. Jego stroje, spo­sób mó­wie­nia i by­cia roz­dzie­rały mu za­bliź­nioną pra­wie ranę. Nie mógł znieść tej za­my­ślo­nej ra­do­ści ży­cia, jaka była wszę­dzie w Sta­siu: w ru­chu, sło­wie, śmie­chu. Nie przy­zna­wał się Bo­le­sław, ale we wła­snym bra­cie wi­dział tyle czaru, tyle uj­mu­ją­cego wdzięku, któ­rego nie mógł za nic w świe­cie przy­jąć do wia­do­mo­ści. Nie ro­zu­miał, w ja­kim zna­cze­niu, ale ten czar, ten wdzięk od­ry­wały go od Basi. Wo­lał więc sie­dzieć na tar­taku i słu­chać, jak się kłó­cili Ży­dzi. Spóź­niał się na obiad, ale Staś cze­kał cier­pli­wie, miał zwy­czaj cho­dze­nia na bar­dzo da­le­kie spa­cery z Olą i bar­dzo to go mę­czyło. Bo­le­sław czę­sto za­sta­wał go na ce­ra­to­wej ka­napce, wie­czo­rem kładł się wcze­śnie do łóżka i nie chciał wy­cho­dzić po za­cho­dzie słońca.

- Zo­stał mi jesz­cze taki zwy­czaj z sa­na­to­rium - po­wie­dział do brata.

Był bar­dzo miły, ale wciąż bar­dzo nie­tak­towny, śmiał się, żar­to­wał, śpie­wał i gwiz­dał. Ola po­we­se­lała tro­chę przy stry­jaszku i na­uczyła się dwu pio­se­nek nie­miec­kich, ja­kie jej śpie­wał Staś. Do­tych­czas ni­gdy pra­wie nie śpie­wała, a te­raz nu­ciła wie­czo­rami lal­kom, uło­żo­nym w ko­ły­skach z kory brzo­zo­wej. To jesz­cze bar­dziej mę­czyło i draż­niło Bo­le­sława.

Znowu pa­dało i znowu się wy­po­go­dziło, i wła­śnie na­de­szły księ­ży­cowe noce. Ola bar­dzo późno kła­dła się spać, tego wie­czoru sie­działa u stryja na ka­napce i pa­trzyła, jak po­mię­dzy so­snami prze­dziera się czer­wone świa­tło wscho­dzą­cego sa­te­lity. Za­mil­kła ze zdzi­wie­nia, bo Staś opo­wia­dał jej, jak wscho­dzi księ­życ w ja­snym po­wie­trzu gór, o tym, jak wi­dział za­ćmie­nie pełni, wy­ła­nia­jące się zza czer­wo­nego grzbietu na­prze­ciwko ich sa­na­to­rium. Mroźno wtedy miało być i po­wie­trze lek­kie od czy­sto­ści z sy­kiem do­sta­wało się do gar­dła. Mała była prze­ra­żona. Ale księ­życ z czer­wo­nego stał się biały i mię­dzy so­snami po­wsta­wały bar­dzo ja­sne plamy.

Po­tem po­szli na spa­cer po­mię­dzy brzozy. Cho­dzili tam i z po­wro­tem i Sta­siowi wy­da­wało się wszystko nie­rze­czy­wi­ste. Trzeba było du­żej siły woli, aby wciąż jesz­cze śmiać się i żar­to­wać, trzy­ma­jąc małą bra­ta­nicę za rękę. Gdy zbli­żyli się w stronę mo­giłki, Ola sta­nęła i nie chciała iść da­lej, ale po­wie­dział do niej ła­god­nie, że nie po­winna się bać, że tam nie ma nic strasz­nego. On by także chciał le­żeć - je­żeli już przyj­dzie pora - w tym pia­sku po­śród tych mar­mu­ro­wych pni. Zbli­żyli się do ogro­dze­nia, ale zo­ba­czyli Bo­le­sława. Stał tylko, ale w jego opusz­czo­nej gło­wie i zła­ma­nej po­staci tyle było wy­mowy, że Staś się cof­nął.

- Tam stoi ta­tuś - po­wie­działa Ola.

I wró­cili już w mil­cze­niu do swo­jego domu. Ola po­szła spać, stara ku­charka, Ka­ta­rzyna, uło­żyła ją do łó­żeczka, a Sta­ni­sław znowu po­czął pa­trzeć na pnie so­snowe, nie­bie­skie od księ­ży­co­wego świa­tła.

Bo­le­sław wszedł na­gle do jego po­koju. Wi­dział ich, jak od­cho­dzili od niego i od mo­giły, i nie mógł się po­wstrzy­mać od ja­kichś gorz­kich słów, ale Sta­ni­sław nic z tego nie ro­zu­miał. Po­tem po­szli do ja­dalni i pili jesz­cze her­batę w mil­cze­niu, na­resz­cie Bo­le­sław za­czął opo­wia­dać o wszyst­kim od po­czątku. Wi­dać było, że robi mu to wielką ulgę, to ga­da­nie, że nie tylko zrzuca cię­żar z sie­bie, ale jed­no­cze­śnie prze­ła­muje te lody, które od­dzie­lały go od brata. A więc od po­czątku: jaka Ba­sia była, ci­cha, do­bra, zwy­czajna, ale nie­zwy­kle miła; jak w ogóle była sła­bo­wi­tego zdro­wia od sa­mego uro­dze­nia Oli; jaka to wtedy była bar­dzo śnieżna zima, jak po­tem przy­szły fa­talne roz­topy i ksiądz mu­siał konno przy­jeż­dżać. To wszystko, co Sta­siowi stre­ściła Ola w pierw­szej ich roz­mo­wie, ale o wiele bar­dziej szcze­gó­łowo, z po­wro­tami do te­ma­tów już po­ru­szo­nych, z re­fre­nami; mó­wił bar­dzo nie­zdar­nie, pry­mi­tyw­nie, ale Staś słu­chał uważ­nie i nie spusz­czał oczu z niego. Je­żeli wy­da­wało mu się, że opo­wia­da­nie brata było pro­stac­kie, to jed­nak czuł po­przez siłę cier­pie­nia całą moc i trwa­łość or­ga­ni­zmu, całą siłę cha­rak­teru do­by­wa­jącą się z pro­stych słów. My­ślał, że jed­nak on jest moc­nym czło­wie­kiem, który po­trafi strasz­nie cier­pieć i sza­le­nie ko­chać. Słu­cha­jąc ga­da­nia, które tak do­kład­nie od­bi­jało cha­rak­ter, po­rów­ny­wał sie­bie ze star­szym bra­tem i uśmie­chał się z po­li­to­wa­niem. Nic głę­bo­kiego, wszystko po na­skórku, a ot i ko­niec. I nic z tego nie bę­dzie.

Bo­le­sław nie był za­do­wo­lony ze swego wy­ga­da­nia się, po­szedł za­raz do sie­bie i długo nie spał. Zda­wało mu się, że Staś przy­jął to wszystko za bar­dzo obo­jęt­nie, nie prze­jął się, nie oka­zał na­le­ży­tego za­in­te­re­so­wa­nia. My­ślał, że to wy­zna­nie, które po­każe Sta­siowi, co się w nim dzieje, po­zwoli im na więk­szy kon­takt. Tym­cza­sem Staś na­za­jutrz był jesz­cze bar­dziej obcy, jesz­cze bar­dziej we­soły i nie­do­stępny. Za­częły do niego (poczta przy­cho­dziła dwa razy na ty­dzień) na­pły­wać li­sty z za­gra­nicz­nymi mar­kami, które sta­ran­nie wy­ci­nał i da­ro­wy­wał Oli. Dnie za­częły się te­raz ładne i cho­dzili na spa­cery. Bo­le­sław z we­randy czy z lasu ob­ser­wo­wał z da­leka wy­soką, szczu­płą po­stać Sta­sia, w sza­rym ubra­niu; zle­wał się pra­wie z szarą po­światą, jaka po­wstaje w so­sno­wym le­sie: był pra­wie nie­bie­ski, a białe wło­ski Oli wy­glą­dały niby sło­neczna plama, cią­gnąca za nim.

Osta­tecz­nie Sta­ni­sław nie wy­trzy­mał i zde­cy­do­wał się spro­wa­dzić for­te­pian ze Sław­ska.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki