Opowiadania do chichotania - Renata Piątkowska

Kup ebooka

21.91 zł
14.68 zł (14,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak ja nie lubię, kiedy oczy naszej pani zamieniają się w dwie szparki, a dziurki w nosie robią się duże i okrągłe. To znak, że nasza pani się denerwuje. Jakby tego było mało, kiedy się złości, głośno oddycha i zmienia kolor na czerwony. Tak właśnie było wczoraj. Rano pani wyglądała jeszcze całkiem zwyczajnie, ale potem zobaczyła, że siedzę w szatni i nie radzę sobie z włożeniem butów.

- Tomek, co z tobą? - spytała. - Wszystkie dzieci są już ubrane i zaraz wyjdą do ogródka lepić bałwana.

- Ja też już jestem prawie gotowy. Tylko za nic nie mogę włożyć butów - poskarżyłem się.

Pani przykucnęła obok. Złapała za cholewki moich ciepłych, zimowych butów i zaczęła ciągnąć z całych sił. Namęczyła się przy tym, zasapała, ale w końcu zawołała:

- No, weszły!

Niby weszły, ale wyglądały jakoś dziwnie. Ja pierwszy wpadłem na to, co jest z nimi nie tak.

- Mam prawy but na lewej nodze, a lewy na prawej - powiedziałem. - Okropnie mi niewygodnie i nie mogę ruszać palcami - dodałem.

Pani spojrzała na moje nogi.

- Rzeczywiście. Włożyliśmy je odwrotnie - przyznała. - Musimy zdjąć - westchnęła.

Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Pani przysiadła na podłodze i próbowała wyjąć mi stopę z buta. Ciągnęła zawzięcie, a ja kurczowo trzymałem się ławeczki. Myślałem, że urwie mi nogę. Ale jakoś poszło, najpierw z lewym, a później z prawym butem.

- Uff, udało się - sapnęła pani, a ja poczułem, że znowu mogę ruszać palcami i nic mnie nie gniecie.

Potem pani dwa razy się upewniła, czy wkładamy prawy but na prawą nogę, a lewy na lewą, i zaczęło się wpychanie. Pomagałem, jak mogłem, wykręcałem nogi na wszystkie strony, a pięta i tak ciągle grzęzła mi w cholewce. Mniej więcej po dziesięciu minutach pani zaczęła wciągać powietrze ustami i zrobiła się cała czerwona.

- Pchaj, Tomek, pchaj - powtarzała w kółko, tarmosząc cholewki.

A ja pchałem, ile wlezie, choć czułem, że podwijają mi się skarpetki. Trochę to trwało, ale w końcu znowu miałem buty na nogach. Pani wstała, odetchnęła z ulgą i otrzepała sobie spódnicę. Właśnie chciała coś powiedzieć, lecz byłem szybszy:

- Ale to nie są moje buciki - wyznałem.

Nasza pani na chwilę przestała się ruszać. Patrzyła na mnie, a jej oczy zwęziły się i wyglądały jak szparki. Zastanawiałem się, czy ona w ogóle mnie widzi. Za to dziurki w nosie zrobiły się duże i okrągłe. Śmiało zmieściłyby się w nich dwa całkiem spore kasztany. W końcu powiedziała coś do siebie, ale tak cicho, że nie dosłyszałem co. Znowu przykucnęła na podłodze, złapała za buty i ciągnęła z całych sił. I choć robiła to już po raz drugi, szło jej tak samo ciężko jak za pierwszym razem. Wreszcie nogi wyskoczyły mi z butów i pani o mało nie fiknęła kozła. Kiedy się pozbierała i stała nade mną, dysząc, postanowiłem jej wszystko dokładnie wyjaśnić:

- To nie są moje buty, tylko mojego kuzyna, ale mama kazała mi je nosić.

- I to w nich przyszedłeś dzisiaj do przedszkola? - upewniła się pani.

- No pewnie! Są bardzo fajne! Mają kolorowe paski i futerko w środku. Całą zimę będę w nich chodził - zapewniłem.

Nasza pani odczekała, aż przestaną jej się trząść ręce, a potem - nie wiem po co - policzyła do dziesięciu.

- To co, zakładamy? - zapytałem wesoło, patrząc na moje fajne buty w paski.

- Pchaj - poleciła i pociągnęła mocno za cholewki.

Mocowała się z nimi dłuższą chwilę, sapiąc i postękując. Wreszcie odgarnęła włosy z czoła i stwierdziła z ulgą: