NIE widziałem nigdy
przyjaciela mego Sherlocka Holmesa zdrowszym, ani lepiej
usposobionym jak w roku 1895. W miarę jak rosła jego sława, coraz
szersze zgłaszały się do niego koła z prośba o radę lub pomoc. Nie
chcąc jednak ściągnąć na siebie zarzutu niedyskrecyi, nie śmiem
nawet w przybliżeniu określić owych osobistości z najwyższych sfer,
które odwiedzały skromne nasze domostwo przy ulicy Bakera. Holmes
żył jednak - jak wszyscy wielcy artyści - tylko dla swej sztuki, i
prócz wypadku z księciem Holdernesse, rzadko kiedy słyszałem, by
żądał znaczniejszej kwoty za nieocenione swe usługi. Tak mało
posiadał chciwości, a raczej tak był upartym, że nieraz osobom
potężnym i majętnym odmawiał swej pomocy, jeśli mu się wypadki nie
podobały, podczas gdy dla sprawy ubogiego jakiegoś klienta nieraz
tygodniami z natężeniem pracował, skoro nastręczała owe szczególne
zawikłania, które pociągały jego wyobraźnię i były dla bystrego
jego rozumu bodźcem do nowej pracy.
W zajmującym tym roku 1895, ogromna ilość najszczególniejszych
wypadków zajmowała jego uwagę, począwszy od sławnego wyjaśnienia
nagłego skonu kardynała Tosca, które to śledztwo przeprowadził na
wyraźne życzenie papieża, aż do pojmania Wilsona, znanego hodowcy
kanarków, czem usunął hańbiącą plamę ciążącą na wschodnim Londynie.
Po tych dwóch wypadkach nastąpiła tragedya w Woodmans Lee, owa
tajemnicza historya śmierci kapitana Piotra Carey. Opis czynów
Sherlocka Holmesa, któryby nie zawierał tego niezwykłego, a nader
ciekawego wydarzenia, nie byłby zupełnym.
W pierwszym tygodniu lipca przyjaciel mój tak często i tak
długo był poza domem, iż domyślałem się, iż zabiera się do czegoś
bardzo ważnego. Okoliczność, iż kilku silnych chłopów pytało się w
owym czasie o kapitana Bazyla, świadczyła o tem, iż Holmes pracował
dziś w jednem z licznych swych przebrań i pod fałszywem nazwiskiem.
Posiadał bowiem w rozmaitych dzielnicach Londynu przynajmniej pięć
małych kryjówek, gdzie mógł się przebierać, by ukryć swą własną,
postrach szerzącą osobistość. Nic mi o zamierzonej pracy nie
opowiadał, a ja nie zwykłem był wymuszać zaufania. Pierwsza
okoliczność, z której wnioskować mogłem o jego czynności, dość
szczególnego była rodzaju. Wyszedł przed śniadaniem, a gdym był
przy stole, wszedł do pokoju, z kapeluszem na głowie i z olbrzymią
włócznią pod ramieniem.
- Wielki Boże! - zawołałem - wszak nie przechadzałeś się z
tym sprzętem po Londynie?
- Pojechałem z tem do rzeźnika i napowrót.
- Do rzeźnika?
- Tak, i przynoszę dobry apetyt. Gimnastyczne ćwiczenia
przed śniadaniem bez wątpienia bardzo są zdrowe. Lecz o zakład, że
nie zgadniesz, na czem polegały moje ćwiczenia.
- Wolę nie próbować wcale.
Śmiał się do rozpuku nalewając sobie kawę.
- Gdybyś był mógł rzucić okiem do rzeźni Allardysa,
ujrzałbyś był nieżywą świnię wiszącą na haku wbitym w powałę, a
oprócz tego, pana z zawiniętymi rękawami koszuli, który tym oto
instrumentem kłuł ją w wściekły sposób. Tym energicznym człowiekiem
ja byłem. I ku memu zadowoleniu stwierdziłem, że pomimo
największego wytężenia sił, nie mogę jednem uderzeniem przekłuć
świni. Możebyś też raz spróbował?
- Za nic w świecie. Lecz pocóżeś to czynił?
- Ponieważ zdaje mi się, że stoi to pośrednio w związku z
tajemnicą w Woodmans Lee. - O! panie Hopkins, otrzymałem wczoraj
wieczór pańską depeszę i oczekiwałem pana. Zbliż się pan i zjedz
pan z nami śniadanie.
Gość nasz był to człowiek nader żywego usposobienia, liczący
około 30 lat. Był skromnie ubrany, lecz wyprostowana jego postawa
wskazywała, że przywykł do uniformu. Poznałem w nim natychmiast
młodego inspektora policyi Stanleya Hopkinsa, któremu Holmes wielką
przepowiadał przyszłość, a który ze swej strony z największym
szacunkiem, gdyby uczeń jaki, słuchał i podziwiał naukową metodę
sławnego dyletanta. Hopkins miał czoło pomarszczone i bardzo
wydawał się przygnębiony.
- Dziękuję panie Holmes. Śniadałem nim tu przyszedłem. Byłem
wczoraj wieczorem u pana, chcąc zdać relacyę i zostałem już całą
noc w mieście.
- I o czemże to chciałeś mi pan donieść?
- Dotychczas same mylne podejrzenia.
- Żadnych pan nie zrobiłeś postępów?
- Żadnych.
- Ej! muszę się raz przyglądnąć tej sprawie.
- Bardzo bym sobie tego życzył, doprawdy. Jest to pierwsza
moja większa i ważniejsza sprawa, a tu ani o krok naprzód nie
postępuję. Bądź pan tak dobrym i pomóż mi.
- Na szczęście znam już sam fakt i dość starannie
przestudyowałem sprawozdanie o pierwszem śledztwie. Chciałbym prócz
tego wiedzieć, coś pan zrobił z woreczkiem na tytoń, który
znaleziono na miejscu zbrodni? Czy nie podaje on żadnej wytycznej?
Hopkins ze ździwieniem spojrzał na mego przyjaciela.
- Wszak on był własnością zamordowanego; wewnątrz napisane
były pierwsze litery jego imienia. Jest zrobiony ze skóry morskiego
psa - a właścicielem jego mógł tylko być stary marynarz.
- Ależ wszak on sam nie miał fajki.
- Tak, to prawda; fajki nie znaleźliśmy bardzo też mało
palił, a tytoń miał tylko dla swych przyjaciół.
- Bez wątpienia. Dlatego też tylko o tem wspominam, bo ja
wziąłbym to za punkt wyjścia do dalszego dochodzenia w tym wypadku.
Ale przypominam sobie, że mój przyjaciel dr. Watson nie zna jeszcze
wcale tej sprawy, a ja też chętnie usłyszałbym raz jeszcze o tych
wydarzeniach w należytym związku i we właściwem następstwie.
Opowiedz nam pan pokrótce historyę tę raz jeszcze.
Hopkins wyjął z kieszeni kartkę papieru.
- Zanotowałem tu sobie parę dat, odnoszących się do życia
zamordowanego kapitana. Piotr Carey urodził się w roku 1845, miał
zatem lat pięćdziesiąt. Polował z niezwykłą śmiałością na foki i
wieloryby. W roku 1883 był kapitanem parowca "Sea Unicorn" z
Dundee, którego załoga zajmowała się połowem wielorybów. Tym
parowcem odbył kilka wypraw uwieńczonych dobrym skutkiem, a w roku
następnym, 1884, usunął się. Przez kilka następnych lat odbywał
większe podróże po stałym lądzie, a wreszcie zakupił małą
posiadłość Woodmans Lee, obok Forest Row w Sussex. Tam żył sześć
lat, i tam przed ośmiu dniami zginął.
Kapitan ów był to szczególny człowiek. Zwykle był surowym
purytaninem, milczącym, chmurnym. Miał w domu żonę,
dwudziestoletnią córkę i dwie służące, które się bardzo często
zmieniały, bo stanowisko ich nie było nigdy przyjemne, a czasami
wprost nie do zniesienia. Był peryodycznym pijakiem, a gdy był w
takiem stadyum, zachowywał się jak wierutny dyabeł. Nieraz pośród
nocy wyganiał wtedy żonę i córkę z domu, i bił je w ogrodzie tak,
że na ich krzyki całe sąsiedztwo ze snu się budziło.
Był on oskarżonym z powodu, iż rzucił się na miejscowego
plebana, który robił mu wymówki co do zachowania się jego. Słowem,
panie Holmes, w całej okolicy nie było niebezpieczniejszego draba
nad Piotra Careya, i opowiadano mi, że takim samym był już wtedy,
gdy miał dowództwo na okręcie. W handlowej flocie znanym był pod
nazwą "czarnego Piotra", który to przydomek otrzymał nie tylko z
powodu ciemno-brunatnej cery i ogromnej czarnej brody, lecz także z
powodu dzikiego usposobienia, wskutek którego był postrachem swego
otoczenia. - Nie potrzebuję nawet wspominać o tem, że wszyscy
sąsiedzi przeklinali go i unikali, i że nie słyszałem ani jednego
słowa politowania z powodu strasznej jego śmierci.
Czytałeś pan też pewnie o kajucie jego, panie Holmes, ale
przyjaciel pański pewno o tem nie wie. Kilkaset metrów od domu
mieszkalnego sporządził sobie kapitan małą drewnianą chałupkę,
którą zwał swoją kajutą i gdzie zwykle sypiał. Domek ten zawierał
tylko jeden pokój, szesnaście stóp długi, a dziesięć stóp szeroki.
Klucz do tego pokoju miał zawsze w kieszeni; łóżko sam sobie
ścielił, sam sprzątał i nikt nie śmiał przestąpić progu tego domku.
Po dwóch stronach są małe okienka, które były zawsze zasłonięte, i
których nie otwierał nigdy. Jedno z nich zwrócone było ku ulicy, a
gdy ludzie widzieli nocą światło w pokoju, jeden drugiemu zwracał
na to uwagę i dziwiono się, co też Czarny Piotr tam robi. To okno
jak widać z dochodzenia, jest też jedynym naszym, chociaż słabym
punktem oparcia w całej tej sprawie.
Przypominasz pan sobie zapewne, że dwa dni przed mordem,
około drugiej godziny w nocy, kamieniarz nazwiskiem Slater,
wracając z Forest Row, stanął na chwilę, gdy przechodząc tamtędy,
ujrzał jeszcze światło. Przysięga, że na zasłonie okna wyraźnie
poznać można było męską głowę, że ta jednak stanowczo nie była
głową Piotra Carey, którego dobrze znał. Była to wprawdzie też
głowa brodata, ale broda ta była krótka i całkiem inna niż broda
kapitana. - Tak wyraźnie brzmi zeznanie jego, lecz człowiek ów
spędził przedtem dwie godziny w gospodzie, a prócz tego oddalenie z
ulicy do okna dość jest wielkie. Zresztą było to w poniedziałek, a
zbrodnię popełniono w środę.
We wtorek Piotr Carey w okropnem był usposobieniu, pił bez
miary i zachowywał się jak dzikie zwierzę. Krążył około domu, a
kobiety, słysząc kroki jego, uciekły. Późno wieczorem udał się do
swej kajuty. Około godziny drugiej w nocy usłyszała córka jego,
śpiąca przy otwartem oknie, okropny krzyk, pochodzący z tamtej
strony. Ponieważ nie było to jednak nic nadzwyczajnego, że kapitan
będąc pijanym krzyczał i hałasował, nie zwracała na to wcale uwagi.
Rano spostrzegła służąca, że drzwi jego kajuty stały otworem,
wszyscy jednak tak bardzo go się bali, iż trwało to do południa,
nim ktoś się odważył tam zaglądnąć. Widok, który się oczom ich
przedstawił, był tak straszny, że wszystko blade z przerażenia do
wsi pouciekało. Za godzinę byłem na miejscu, by spisać cały stan
rzeczy.
O ile panu wiadomo, panie Holmes, mam dość silne nerwy, ale
daję panu słowo, że zadrżałem, gdym wszedł do chałupki. Całe roje
czarnych i niebieskawych much szumiały, jak gdyby kto grał na
fisharmonii, a podłoga i ściany wyglądały jakby w rzeźni. On
nazywał pokój ten kajutą, i robiło to rzeczywiście wrażenie kajuty,
gdyż łatwo wydawać się mogło, iż się jest na okręcie. Było to
urządzone jak pokój kapitana, przy ścianach stały ławki i kufry, na
ścianach wisiały mapy lądów i mórz, i wizerunek statku "Sea
Unicorn", a na półce ściennej stał cały rząd oprawionych dzienników
okrętowych. Pomiędzy tymi wszystkimi sprzętami wisiał na ścianie
kapitan sam. Twarz była okropnie wykrzywiona i zmieniona, a potężna
kudłata broda wzniesiona była sztywnie w górę. Szeroka pierś jego
przebita była żelazną harpuna, która tkwiła jeszcze głęboko w
ścianie. Był nakłuty jak chrząszcz na kartonie. Naturalnie, że był
kompletnie nieżywym, i to już od owej chwili, w której wydał ów
krzyk przeraźliwy.
Znam pańską metodę, panie Holmes i ją też zastosowałem.
Zanim pozwoliłem ruszyć cośkolwiek, zbadałem bardzo starannie
podłoże w pokoju i poza pokojem, lecz nie było żadnych śladów nóg.
- To znaczy, że nie widziałeś pan żadnych?
- Zapewniam pana, iż nie było ich wcale.
- Mój drogi Hopkinsie, niejedną już zbadałem zbrodnię, lecz
nie znalazłem nigdy, by popełniło ją jakie latające stworzenie. Jak
długo zbrodniarze poruszają się jeszcze na dwóch nogach, to muszą
pozostawić jakieś odciski, zadraśnięcia, małe wytarte miejsca, lub
inne chociażby najdrobniejsze ślady, które doświadczony, bystry
spostrzegacz odkryć może. Nie mogę uwierzyć, aby to miejsce krwią
poplamione, żadnego nie wskazywało śladu, któryby nas dalej mógł
poprowadzić. O ile zrozumiałem pańską relacyę toś pan niejedno,
zdaje się, przeoczył.
Młody inspektor widocznie uniknąć chciał ironicznych wywodów
mego przyjaciela.
- Było to rzeczywiście niemądrze z mej strony, żem zaraz
pana nie poprosił, panie Holmes. Lecz tego teraz już zmienić nie
można. Prawda, że niejedno jeszcze znajdowało się w pokoju, co
wymagałoby specyalnego zbadania. W pierwszym rzędzie harpuna, którą
zadano cios śmiertelny. Zerwano ją ze ściany. Dwie inne wisiały
jeszcze na ścianie, a na trzecią widoczne było wolne miejsce. Na
rękojeści wypalony był napis: "Sea Unicorn, Dundee". Z tego
wnioskować można, że morderca działał w złości i że porwał pierwszą
lepszą broń, która mu w rękę wpadła. Okoliczność, że zbrodnia
wykonaną została o drugiej w nocy, a Piotr Carey był jeszcze
zupełnie ubranym, wskazuje na to, że morderca był u niego z wizytą,
co wynika też z wszelką pewnością i z tego, że na stole stała
flaszka z rumem i dwie użyte szklanki.
- Zapewne - rzekł Holmes. - Uważam oba wnioski za słuszne.
Czy oprócz rumu znajdowały się w pokoju jeszcze inne alkoholiczne
trunki?
- Tak jest, na jakimś kufrze okrętowym stał dzban z
żytniówką i whisky. To nas jednak nie obchodzi, bo był jeszcze
pełny i nie nadpoczęty.
- Bądź co bądź, nie jest to bez znaczenia - zauważył Holmes.
- Opowiadaj pan jednak dalej najprzód o takich rzeczach, które
zdają się panu być ważniejsze do zbadania wypadku.
- Na stole leżał ten woreczek z tytoniem.
- Na którem miejscu?
- W środku. Był z grubej skóry z morskiego psa i związany
był rzemykiem. Wewnątrz napisane były litery P. C. i znajdowało się
tam około pół uncyi silnego marynarskiego tytoniu.
- Doskonale! Cóż pan wiesz jeszcze?
Hopkins wyjął z kieszeni brudno-szarą notatkę.
Oprawka jej bardzo była zniszczona, a papier pożółkły. Na
pierwszej stronie stały początkowe litery I. H. N. i rok 1883.
Holmes wziął ją do rąk i badał w swój sposób, a Hopkins i ja
zaglądaliśmy przez ramię jego. Na drugiej stronie było wydrukowane:
C. P. R., a dalej następowało kilka kartek zapisanych liczbami.
Były tam jeszcze napisy, jak Argentyna, Costa Rica, Sao Paulo, a
pod każdym z nich znajdowały się jakieś pisemne znaki i cyfry.
- Co pan z tem zrobisz? - spytał Holmes.
- Zdaje się, że to są listy papierów giełdowych. Myślałem,
że I. H. N. są początkowe litery jakiegoś pośrednika, a C. P. R.
kupującego.
- A czy nie mogłoby to być Canadian Pacific Railway?
Kanadyjska kolej Pacific.
Hopkins zaklął z cicha i uderzył się po kolanie.
- Co za głupiec ze mnie! - zawołał. - Naturalnie, że to to
ma znaczyć. Wobec tego mamy tylko jeszcze dojść znaczenia liter I.
H. N. Przeglądałem już stare spisy pośredników, nie mogę jednak
znaleźć w r. 1893 żadnego imienia, któreby miało te początkowe
litery. Czuję jednak, że to jest najważniejszy ślad, który
posiadam. Te litery mogłyby też oznaczać imię mordercy; czy nie
uważasz pan tego za możliwe, panie Holmes? Zresztą mogłoby też
wglądnięcie w taki dokument, zawierający spis tylu papierów
wartościowych wytłumaczyć, przynajmniej tymczasem, motywa tego
morderstwa.
Z twarzy Holmesa wyczytać można było, że ten nowy obrót
rzeczy zupełnie mu pomieszał szyki.
- Przyjmuję oba pańskie przypuszczenia - rzekł po chwili. -
Muszę przyznać, że ta notatka, o której protokół wcale nie
wspomina, znacznie osłabia moje przypuszczenia. Utworzyłem sobie
teoryę, z którą ta książeczka wcale się nie zgadza. Czy porobiłeś
pan kroki, aby odnaleść który z papierów tu zanotowanych?
- Szuka się właśnie za tem po bankach, boję się jednakowoż,
że całkowity rejestr akcyonaryuszów tego południowo-amerykańskiego
przedsiębiorstwa znajduje się w Ameryce, i że minie kilka tygodni,
nim jaką wiadomość otrzymamy.
Holmes badał lupą okładkę notatki.
- Tu jest jakaś plama - rzekł.
- Tak jest, plama z krwi. Wszak opowiadałem panu, żem
podniósł tę książkę z podłogi.
- Czy plama ta była z wierzchu, czy pod spodem?
- Po stronie, która dotykała podłogi.
- Z tego naturalnie wynika, że książka ta upadła na ziemię
już po dokonanej zbrodni.
- W samej rzeczy, panie Holmes. Uwzględniłem tę okoliczność
i przypuszczałem, że morderca zgubił ją podczas szybkiej ucieczki.
Leżała blizko drzwi.
- Czy nie znaleziono żadnego z tych papierów w posiadaniu
zamordowanego kapitana?
- Nie.
- Czy masz pan powody do przypuszczenia, że zachodzi tu
rabunek?
- Nie, panie Holmes. Zdaje się, że nie tknięto niczego.
- Słowo daję! To ciekawy wypadek. Wszak był tu i nóż także,
prawda?
- Tak, sztyletowy nóż, który tkwił jeszcze w pochwie. Leżał
u nóg jego, a pani Carey poznała, że był on własnością jej męża.
Holmes namyślał się chwilę.
- Dobrze - rzekł wreszcie - muszę tam przecież pójść i sam
wszystko oglądnąć.
Hopkins wydał radosny okrzyk.
- Dziękuję panu, panie Holmes. Zdejmujesz mi pan doprawdy
kamień z serca.
- Przed ośmiu dniami byłaby to rzecz łatwiejsza dla mnie -
odrzekł Holmes. - Lecz i teraz odwiedziny moje nie będą bez
pożytku. Gdybyś miał czas, Watsonie, byłoby mi bardzo przyjemnie,
gdybyś mi towarzyszył. Jeśli pan chcesz zamówić powóz, panie
Hopkins, za kwadrans będziemy gotowi do wyjazdu do Forest Row.
***
Kilka mil jechaliśmy poprzez szczątki potężnych niegdyś lasów,
przez część wielkiego lasu saskiego, który tak długo zdobywców
powstrzymywał i służył przez sześćdziesiąt lat Brytyjczykom jako
wał obronny. Ogromne jego przestrzenie są wykarczowane i tu
powstały pierwsze huty żelazne, a przy ogniu tych drzew topniały
pierwsze rudy. Kopalnie te z powodu odkrycia bogatszych pól na
północy, leżały później odłogiem, a obecnie tylko poniszczone lasy
i wielkie doły w ziemi świadczą o pracy minionych czasów. Tu na
polance u stóp zielonego pagórka stał długi, nizki, kamienny dom w
pobliżu polnej drogi. Bliżej drogi, stał mniejszy domek, z trzech
stron otoczony drzewami i zaroślami, a drzwi jego i jedno okno
widoczne były z drogi. Było to miejsce, na którem rozegrała się
zbrodnia.
Hopkins wprowadził nas najprzód do domu mieszkalnego, gdzie
przedstawił nas siwowłosej kobiecie, wdowie po kapitanie Carey.
Wynędzniała jej twarz o głębokich zmarszczkach i oczy o czerwonych
obwódkach, w których głębi widocznem jeszcze było przerażenie,
opowiadały o męce i prześladowaniach przecierpianych w ciągu lat
całych. Obok niej stała jej córka, blade dziewczę o płowych
włosach, która hardo na nas spoglądała, twierdząc, że cieszy się z
śmierci ojca i błogosławi rękę, która go zgładziła. Straszne to
były stosunki rodzinne, w któreśmy wglądnęli i uczuliśmy ulgę
prawdziwą, gdyśmy wrócili na światło słoneczne, i gdyśmy zdążali do
kajuty ścieżką, którą chodził był zamordowany kapitan.
Chatka ta należała do najprymitywniejszych zabudowań. Ściany
były drewniane, dach gontami kryty, obok drzwi znajdowało się
okienko, a naprzeciwko tychże drugie. Hopkins wyjął klucz z
kieszeni i chciał otworzyć, gdy wtem nagle zatrzymał się jakby
zaciekawiony lub zdziwiony.
- Tu ktoś był przy drzwiach - rzekł.
Było to faktem bezsprzecznym. Na drzewie widoczne były
wcięcia, wyżłobienia i rysy, i to tak świeże, jak gdyby dopiero co
je zrobiono. Holmes badał tymczasem okno.
- Ktoś i tędy starał się wejść do środka. Ktokolwiek to był,
nie udało mu się znaleźć wejścia. Musiał to być sprytny jakiś
włamywacz.
- Rzecz ta jest nadzwyczaj ważną - rzekł inspektor -
przysiągłbym, że tych śladów wczoraj tu jeszcze nie było.
- Może to jaki ciekawy mieszkaniec wsi - zauważyłem.
- To bardzo nieprawdopodobne. Ci po największej części nie
odważają się nawet stąpać po tym gruncie, a cóż dopiero gwałtem
wtargnąć do kajuty. Cóż pan o tem sądzisz, panie Holmes?
- Sądzę, że - szczęście bardzo nam sprzyja.
- Czy sądzisz pan, że dotyczący człowiek przyjdzie raz
jeszcze?
- Prawdopodobnie. Spodziewał się znaleść drzwi otwarte.
Próbował otworzyć zamek ostrzem scyzoryka, co jednak nie szło. Cóż
teraz uczynić?
- Następnej nocy przyjdzie ze stosowniejszem narzędziem.
- I ja tak sądzę. Będzie to więc naszą winą, jeśli go
stosownie nie przyjmiemy. Tymczasem chcę oglądnąć wnętrze kajuty.
Ślady krwi były zatarte, zaś co do urządzenia małego tego
pokoiku, to wszystko stało jeszcze zupełnie tak samo, jak owej
nocy, kiedy zbrodnia popełnioną została. - Przez dwie godziny
Holmes badał każdy przedmiot z największą uwagą, widziałem jednak
po twarzy jego, że było to bez skutku. Raz tylko przerwał mozolną
swą pracę.
- Czy zabrałeś pan coś z tej półki, panie Hopkins?
- Nie, wcale nic.
- A jednak coś zabrano. W tym oto kącie mniej jest kurzu niż
gdzieindziej. Może na tem miejscu leżała książka, mogło to także
być pudełko. Zresztą nie mogę tu teraz nic więcej zrobić. Chodźmy
do lasu Watsonie, będziemy tam przez kilka godzin przechadzać się,
oglądać gwiazdy i słuchać śpiewu ptaków. Wrócimy tu do pana później
panie Hopkins i będziemy razem wyczekiwali, czy nie da się wejść w
bliższą styczność z owym panem, który był tu zeszłej nocy.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.