- 1953 -
W drewnianej podłodze są szpary, mieszka
w nich nie wiadomo co, plamka światła biegnie po podłodze, chce ją
złapać, ale mu ucieka, mama bierze go na ręce i całuje w policzek, mama
pachnie mamą, tata chodzi po kuchni i wymachuje rękami, jest
zdenerwowany, często jest zdenerwowany, głaszcze go jednak po głowie,
klocek stawia na klocku coraz wyżej i wyżej, wieża się przewraca, więc
buduje jeszcze raz, znowu się przewraca, płacze, rzuca w złości klockiem
w babcię, która myje naczynia, niegrzeczny chłopiec, woła babcia i uderza go niebieską ścierką, mam o, nie tak i nie brudną ścierką, woła
do babci mama, nie ma chwili spokoju w tym domu, złości się tata, przy
piecyku czarny węgiel, nie wolno go dotykać, bo brudzi, gotuje się zupa,
leci z niej para i brzydko pachnie, nie lubi tej zupy, babcia znowu
będzie go zmuszać do jedzenia, nudzi mu się, ta nuda pachnie starymi
kapciami, nagle widzi, że w szparze podłogi mieszka owad, ma takie duże
oko, nie wie, czy ten owad jest dobry, owad mówi, nie bój się mnie,
chowam się teraz, ale kiedyś znowu do ciebie przyjdę.
- 1954 -
Pachnie ściętą trawą, aż kręci mu się w głowie, sypie okruszki na chodnik, duży i głupi gołąb wyjada je
wróbelkom, próbuje przegnać wstrętnego ptaka, ale ten drobi różowymi
nóżkami, kołysze głową, oddala się i wraca, taki uparty. Babcia bierze
go za rękę i prowadzi do domu, idą schodami, tata mówi, że to przyjazne
schody, mają niewysokie stopnie, poręcze są gładkie i zimne, klatka
schodowa pachnie zupą jarzynową i jeszcze czymś, nie wiadomo czym, to
tajemniczy zapach, za tymi drzwiami mieszka pan z brodą i z brzuchem,
czarodziej, babcia wyjmuje klucz z torebki i grzebie nim w zamku,
narzeka, ten zamek jest przeklęty i ona od tego zamka umrze, boi się, że
babcia naprawdę umrze, chociaż nigdy jeszcze do tej pory nie umarła, w końcu drzwi są otwarte, mieszkanie pachnie znajomo, każde mieszkanie ma
swój zapach, najdziwniej pachnie mieszkanie Adasia, nie ma rodziców, są
w pracy, dorośli zawsze pracują, za co dostają pieniądze, za te
pieniądze kupuje się jedzenie i prezenty, babcia krząta się po kuchni,
za chwilę obiad, ale on nie ma ochoty jeść, nudzi mu się, nuda jest
gładka i zdaje się mieć gorączkę, z brzucha wędruje do gardła, z gardła
do głowy, na obiad są gołąbki, jak na złość, nie lubi ich, bardzo nie
lubi, tego dnia wiele rzeczy jest bardzo, bardzo, nie będę jadł
gołąbków, mówi, gołąbki są bardzo zdrowe, odpowiada babcia, dla babci
zdrowe jest wszystko, co niesmaczne, brukselka i okropny szpinak, nawet
tran, od którego już kiedyś się wyrzygał, pyta, czy to są prawdziwe,
zabite gołąbki, jak ten, co wyjadał wróbelkom okruszki, są inne,
odpowiada babcia, takie nieprawdziwe i babcia macha ręką, jakby to
pytanie było za trudne, twoja matka nie jest za mądra, mówił kiedyś tata
do mamy i tata musiał mieć rację, babcia nie jest za mądra, po obiedzie
babcia chce, żeby uciął sobie drzemkę, ale on nie chce sobie niczego
ucinać, jak chodził do przedszkola, też kazano mu spać po południu, to
było chyba najokropniejsze w tym okropnym przedszkolu, nie mógł tam
zasnąć, udawał, że śpi, straszne było to udawanie i zabrano go na zawsze
z tego przedszkola, leży teraz przykryty kocykiem, który drapie go pod
szyją i myśli o małym piesku, chciałby mieć takiego szczeniaczka, ale
rodzice nie chcą, jeszcze tylko psa nam brakuje, mówi mama, przecież
nawet dla nas nie ma dosyć mięsa, to mięso im przynosi stara baba bez
zębów, owinięte w gazety, na gazetach jest krew, chciałby mieć też
brata, brata rodzice też nie chcą, a Piotruś ma brata i nawet siostrę,
smutno być samemu na świecie, bez psa i bez brata. Myśląc o tym,
zasypia.
Kiedy się obudził, rodziców nie było jeszcze w domu, było mu źle, że ich
nie ma, zawsze kiedy wychodzą, boi się, że coś się stanie i już nigdy
nie wrócą, by o tym nie myśleć, buduje z klocków zamek.
Najpierw wróciła mama, przytuliła go i pocałowała, pachniała jakimś
dalekim i niepojętym światem.
- Jak się czuje mój synek?
- Nudzi mi się.
Mama w ogóle tym się nie przejęła, był zły na nią, powinna coś wymyślić,
żeby mu się nie nudziło.
- Babcia była niegrzeczna - poskarżył się.
- Co takiego? - zdziwiła się mama. - Ale nie biła cię?
Mama tak pyta, bo babcia kiedyś go zbiła, gdy był niegrzeczny i mama na
nią nakrzyczała, nigdy babci nie wybaczy tego zbicia, kiedyś też ją
zbije.
- Kazała mi spać po południu.
- I spałeś?
- Nie - skłamał. - I boli mnie brzuch - skłamał jeszcze raz. - To pewnie
przez ten obiad, był okropny. - To też nie była prawda.
Tata wrócił dopiero pod wieczór, mówił, że jest zmęczony, ma dosyć
takiego życia i to się źle skończy, ten ruski komunizm nas wymorduje,
powiedział, potem zamknął się z mamą w pokoju i coś szeptali, poczuł, że
się boi, nie wiedział czego, ale bał się tak bardzo, że podszedł do okna
i patrzył na ruiny, rodzice nie pozwalają mu się tam bawić, w ruinach
mogą być niewypały, one potrafią urywać ręce i nogi, a mogą tam też
mieszkać źli ludzie, którzy nie lubią dzieci, zburzył wieżę z klocków,
zrobił to ze złością, klocki rozsypały się po pokoju, nikt nie chciał mu
pomóc przestać się nudzić.
- Sytuacja jest bez wyjścia, martwię się o dziecko - usłyszał głos taty
spoza drzwi.
- Nie muszą cię od razu aresztować, może tylko przesłuchają.
Tym dzieckiem był on, na pewno on, niedobrze, że tata się o niego
martwi, poczuł, że jest bardzo zmartwiony tym martwieniem się o niego i bez pukania wszedł do pokoju, rodzice tak byli zajęci sobą, że ledwie go
zauważyli.
- Co ty tu robisz? - zapytała mama.
- Jestem - odparł.
Mamie chyba wystarczyła ta odpowiedź, bo nie wygnała go z pokoju, do
którego weszła jeszcze babcia, jak zwykle w niebieskim fartuchu i jak
zwykle bardzo zmartwiona.
- To co to będzie? - zapytała babcia.
- Mamo, nie przy dziecku - powiedziała mama.
- Niech Helena się nie martwi - mówił tata. - Wszystko się wyjaśni.
Babcia miała jednak taką minę, jakby nie wierzyła w wyjaśnienie
wszystkiego.
- Nie przy dziecku - powiedziała mama.
Poczuł, że dorośli mają przed nim jakąś wielką tajemnicę i że się jej
boi.
- 1955 -
- To nie będzie trwało długo - mówiła
mama, ale miała taką minę, że od razu było widać, że to nieprawda.
Pachniało lekarstwami, ten zapach zapowiadał rzeczy straszne i niemożliwe do zniesienia. Popłakał się, tak do głębin swego istnienia,
wszystko w nim łkało.
- Wycięcie migdałków to nawet nie jest operacja, to tylko zabieg, jutro
znieczulą cię i nic nie będziesz czuł, nic a nic.
- A dlaczego ciebie wtedy przy mnie nie będzie?
- Nie mogę, mamom nie pozwalają być przy operacji, ale potem do ciebie
przyjdę.
- Bez ciebie nie pójdę na operację.
Mama chciała wejść z nim na szpitalną salę, ale pielęgniarka nie
pozwoliła. I mama się na to zgodziła. Już nie płakał. Przebrał się w piżamkę i położył się na łóżku, nie patrząc na inne łóżka, gdzie leżały
lub siedziały dzieci, niektóre łaziły po sali. Jakiś chłopiec podszedł
do niego i zagadał:
- Co masz taką minę, jakbyś połknął żabę? - Nic nie powiedział. Położył
się na łóżku tyłem do sali. Ściana nie była zupełnie gładka, miała małe
grudki, które gładził palcami. I te grudki lubiły go.
- 1956 -
Przed kościołem stał czarny Chrystus,
zgarbiony pod ciężkim krzyżem. Bardzo męczył pod tym krzyżem. Tymczasem
jego samego trzymały za ręce babcia i ciocia, idąc szybko, za szybko.
- Powiedz babciu jeszcze raz, jak to się nazywa? - zapytał.
- To jest chrzest - odparła babcia.
- To nie będzie boleć?
- Nic a nic - zapewniła ciocia.
- A dlaczego nie ma mamy?
- Mama nie ma czasu, poza tym mogłaby się nie zgodzić, a bez chrztu nie
poszedłbyś do raju. Rodzice to zaniedbali.
- Ale ja przecież nie umrę?
- Teraz nie, ale każdy kiedyś umrze - tłumaczyła babcia.
- A Chrystus nie umarł?
- Umarł, ale zmartwychwstał.
Poczuł, że tego nie rozumie i że od tego, czego nie rozumie, kręci mu
się w głowie.
- A pójdziemy potem na lody?
- Przecież obiecałyśmy, pójdziemy - uspokoiła go ciocia.
Wnętrze kościoła było mroczne i wilgotne. Babcia kazała mu zanurzyć
palce w kamiennej miednicy, gdzie była święta woda, i przeżegnać się.
Babcia czasami zabierała go na mszę, więc wiedział, jak to się robi.
Podszedł jakiś pan, chudy, wysoki, z małą brodą i przywitał się z babcią, z ciocią i nawet z nim się przywitał. Nigdy przedtem tego pana
nie widział.
- To będzie twój ojciec chrzestny, a ciocia będzie matką chrzestną -
tłumaczyła babcia.
- Ale ja mam już mamę i tatę - powiedział.
- To będą tacy rodzice na niby - uspokajała go ciocia.
- Ksiądz się zgodził tak bez rodziców? - zapytał pan.
- Tak, to znajomy mojego męża - tłumaczyła ciocia. - Ojciec dziecka
dopiero co wyszedł z więzienia.
Podszedł ksiądz, cały w sutannie, wyglądał jak wielki czarny ptak. Bał
się go tak bardzo, że bardziej nie można. I niespodziewanie dla
wszystkich, też dla siebie samego, rzucił się do ucieczki. Obejrzał się
i zobaczył, że wysoki pan, niby jego nowy ojciec, goni go, więc
przyśpieszył, a ciemne ławki kościelne migały mu w oczach.
- 1957 -
Pachniało upałem, kwietne dywany zdawały
się falować od pszczół i trzmieli, bał się tych owadów, ale udawał, że
się nie boi, skoro nie bała się Kasia. Miała osiem lat, on tylko siedem
i lękał się, że nie traktuje go poważnie. Mama Kasi i babcia rozmawiały,
jak dobrym uzdrowiskiem jest Ciechocinek, jak służy dzieciom i osobom
starszym. Mijali fontannę grzybek, bardzo lubił to miejsce, grzybek był
bardzo duży, żółty, a woda spieniona. Szli potem wzdłuż tężni, gdzie
wśród ciemnych ścian z gałązek szeptała woda. Sól osadzała się po bokach
grubym białym osadem i tak pachniała, aż kręciło w nosie. Kasia
zapytała, ile ma lat i do jakiej szkoły chodzi. Zawstydził się, że
chodzi dopiero do pierwszej klasy. Bardzo podobała mu się ta
dziewczynka, niosła na plecach złoty warkocz, a na nim czerwoną
kokardkę. Miał wielką ochotę dotknąć tego warkocza. I pocałować ją w policzek. Podszedł do nich fotograf z aparatem na dużym brzuchu.
- Może zrobić zdjęcie dzieciom? Taka ładna z nich para - powiedział. -
Na jutro będzie gotowe, zakład w pobliżu grzybka z fontanną. Mama Kasi
marudziła, ale babcia zapaliła się do tego pomysłu. I mama Kasi się
zgodziła.
Fotograf dał mu do ręki parasolkę i powiedział, by trzymał ją nad sobą i nad Kasią, to będzie zdjęcie przytulne. Trochę mu drżała ręka, gdy
trzymał tę parasolkę.
- Popatrzcie sobie w oczy - poprosił fotograf.
Popatrzył, jej oczy były błękitne i tak głębokie, że poczuł, że w nich
tonie. I był już pewien, że kocha tę dziewczynkę. Aparat zrobił pstryk.
- 1958 -
Zbudował zamek z mokrego piasku, z głęboką fosą. Zawołał do rodziców, że idzie się kąpać. Mama wstała i patrzyła, zawsze się o niego boi. W pobliżu gruba pani, piszcząc,
pryskała się wodą i wołała, że jest zimna jak lód i że ona nigdy w życiu
się nie zanurzy. A on zanurzył się raz i już, i wcale nie czuł, że woda
jest zimna. Od roku uczył się pływać, ale nie mógł się nauczyć. Ruchy
rąk i nóg do żabki już znał na pamięć, ale nie potrafił utrzymać się na
powierzchni. A na plecach bał się położyć, bo czuł, że woda zaleje mu
głowę i się utopi. Miał już mało nadziei, że kiedykolwiek nauczy się
pływać, tak naprawdę to już w to nie wierzył. Próbował jednak udawać
żabę, gapiąc się na żółtą łódkę, która płynęła przy falochronie, nad nią
mewa kołysała się w powietrzu i nagle poczuł, że płynie. - Mamo ja
płynę! - zawołał, a mama szła na granicy wody i piasku i uśmiechnięta
klaskała w dłonie.
Wrócił na plażę jak zwycięzca, ale fale już podstępnie zburzyły zamek.
- 1959 -
Tata niedawno pokazał mu w Muzeum
Narodowym obraz Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem. Właśnie takie
kłębowisko ciał jak na obrazie jest zawsze na szkolnej przerwie. Fajnie
wyfruwać z klas, gdy słychać dzwonek. Udało mu się wybiec pierwszemu. Od
razu przewalanie się po podłodze, jeden na drugim, taki przekładaniec,
najgorzej ma ten, który jest na samym spodzie. A potem bieg, kto
szybciej na drugi koniec korytarza. I nagle tępy błysk. Zderzył się
głową z jakimś chłopakiem. Leży na podłodze, która pachnie podłogą.
W gabinecie lekarskim pielęgniarka mówi:
- Pęknięty łuk brwiowy, to się nadaje do szycia.
Próbuje zatamować krew. Tyle tej krwi, co będzie, jak wyleci ze mnie
cała krew, martwi się. Pielęgniarka jest niemiła, krzyczy, po co biegał
na przerwie, był niegrzeczny i nieostrożny. Pyta:
- To może być też wstrząs mózgu, nie chce ci się wymiotować?
- Chyba nie - odpowiada.
Pielęgniarka dzwoni po mamę, ona na pewno wpadnie w rozpacz, w takich
sytuacjach zawsze wpada w rozpacz. Niepokoi się, co to będzie. Niepokój
ma też zapach, inny niż podłoga, inny niż krew. Może znowu położą go w szpitalu? Raz był i nie chce tam iść po raz drugi. Na razie leży na
łóżku na ceracie i słucha, jak szkolna pielęgniarka narzeka, że ma
bardzo ciężki los, jakby to ona była ranna, a nie on, przecież może mieć
nawet wstrząs mózgu. I od tego umrzeć.
- 1960 -
Wszyscy są ustawieni na boisku. Kilka
dziewczyn i kilku chłopaków z klasy urosło, on tylko trochę, za mało,
mniej niż inni. Martwi go to. Przemawia dyrektor, ględzi jak zawsze, że
1 września ,39 roku, kiedy dzieci rozpoczynały rok szkolny, nadleciały
hitlerowskie samoloty i zrzucały na dzieci bomby. I że on to pamięta.
Ale dzisiaj już szczęśliwie nie ma wojny i jesteśmy bezpieczni, dzięki
przyjaźni z potężnym Związkiem Radzieckim. Tata mówi, że ten Związek
Radziecki wcale nie jest szlachetny, że to po Niemcach nasz kolejny
ciemiężca. Dyrektor sepleni i z jego słów: "Pierwsi w sporcie, pierwsi w nauce", wychodzą "Piersi w sporcie, piersi w nauce", więc wszyscy pękają
ze śmiechu. Potem idzie się do szkoły, do klas, potem stać trzeba w kolejce po nowe podręczniki, to znaczy używane, ale w pewnym sensie
nowe. Te jego pachną używaniem, ale to nie jest brzydki zapach. Potem
znowu w klasie z tą samą co zawsze panią wychowawczynią, ona też ględzi,
jak to miło, że znowu się spotykamy i zaczynamy naukę, jakie to ważne,
żeby być dobrym uczniem. Dzięki szkole wszyscy zdobędą wykształcenie i w dorosłym życiu dostaną dobrą pracę. Kiedy był mały, chciał zostać
sportowcem lub prezydentem, teraz chce być naukowcem, ale pewnie nie
będzie, bo nie jest zbyt zdolny. Patrzy przez okno, drzewa kołyszą się
na wietrze, są wolne, a on uwięziony w szkole kołysze się z nudów.
- 1961 -
Szedł ze szkoły do domu, powłócząc nogami
i ze zwieszoną głową, na plecach niósł garb tornistra. Był listopad,
gniły liście. Dostał dobrą ocenę z polskiego i starał się tylko o tym
myśleć, a nie o pogrzebie babci, który miał być w piątek. Nie pójdzie
wtedy do szkoły. Jak to możliwe, że babci nie ma, a była, nie ma, jakby
nigdy nie było. W szafie wiszą jej ubrania, jakby miała po nie zaraz
wrócić. On też umrze, ale to będzie nie wiadomo kiedy, tak daleko stąd,
że może nigdy się nie wydarzy.
Podeszło do niego dwóch starszych chłopców, mieli jakieś straszne
twarze, niby dziecinne, a już dorosłe, powiedzieli, żeby oddał im
zegarek. Ten zegarek dostał od ojca na urodziny, ale nie wyglądali na
takich, których by to przekonało. Jednego uderzył pięścią w nos,
drugiego w brzuch i zaczął uciekać. Biegał najlepiej w całej klasie,
wiedział, że go nie dogonią.
Zadyszany szedł po schodach, o których tata kiedyś powiedział, że są
przyjazne. I zdawały mu się przyjazne, oddychał ciężko, ale czuł w sobie
moc.
- 1962 -
Ojciec miał taką minę, jakby jadł zupę
pomidorową, której nie znosi. Zamknął drzwi.
- Usiądź - powiedział.
Nigdy nie mówił tak sztywno i stanowczo. Od dawna rodzice rozmawiali ze
sobą podniesionymi głosami, czuł, że w domu dzieje się coś złego, w powietrzu było napięcie. Kiedyś, gdy mama przyszła i nie zastała ojca w domu, cisnęła o ścianę kluczami. I nic nie powiedziała.
Usiadł, jak go proszono, naprzeciw ojca, ten westchnął.
- Między mną i twoją mamą nie jest dobrze.
Kiwnął głową, jakby o tym wiedział. Ojciec zdawał się zbierać w sobie
słowa. Jego gęste brwi się nastroszyły.
- Postanowiliśmy z mamą, że się rozstaniemy, to się nazywa rozwód.
- Wiem, że tak to się nazywa. - Poczuł w piersi pustkę.
- To niełatwe, ale czasami tak jest lepiej. - Ojciec poprawił się na
krześle.
- Ale nadal będziemy mieszkać wszyscy razem? - Nie był pewien, czy to
jest mądre pytanie.
Ojciec zamilkł. I wydawało się, że nie wie, co powiedzieć.
- Na pewno będziemy się często widywać.
Kiwnął głową, jakby to była dobra wiadomość.
- To wszystko, tato?
- Chyba tak - odparł ojciec, który nie miał wesołej miny.
Wstał i wyszedł z pokoju, czuł, jak za nim idzie smutek i że jest on
znacznie większy od niego.
- 1963 -
Pies rzucił się go witać, tańczył,
popiskiwał, cały zrobiony był z radości, falował, płaszczył się,
podskakiwał, długo nie mógł się uspokoić. Rzucił tornister w kąt, usiadł
w fotelu i wziął psi pysk w dłonie, nos miał zimny i mokry. Pies miał
kilka miesięcy, więc można powiedzieć, że byli rówieśnikami. Tata dał mu
go w prezencie, kiedy wyprowadził się z domu. Zajrzał w brązowe oczy psa
i ujrzał w nich prośbę: - Chodźmy na spacer! - Nie chciało mu się, ale
wiedział, że powinien. Jeszcze raz spojrzał w psie oczy, patrzyły tak
intensywnie i rozumnie, że było oczywiste, że nie mówi tylko dlatego, że
nie chce, bo wie, że milczeniem powie więcej.
Na pobliskim skwerze puścił psa ze smyczy i usiadł na ławce. Zwierzak
obwąchiwał i oszczędnie obsikiwał wszystkie drzewa w okolicy. Miał psa i był z tego powodu szczęśliwy. Zamknął oczy i wyobrażał sobie, że jest
znanym biegaczem, sprinterem, biega na sto metrów na wielkim stadionie
pełnym ludzi. I wygrywa. Na stadionie są koleżanki z jego klasy i z klas
sąsiednich. Potem przypomniało mu się, jak wygłupiali się na lekcji
matematyki. Stara, zwariowana nauczycielka miała z nimi skaranie boskie.
Mruczeli jej na lekcji, tak pod nosem, że nie mogła się zorientować, kto
to robi, więc biegała od ławki do ławki, purpurowa ze zdenerwowania i zupełnie bezradna. Zaśmiał się, kiedy przypomniał sobie jej minę.
Otworzył oczy, ptak zerwał się z gałązki i ją rozkołysał, rozejrzał się,
psa nie było, wstał z ławki, dwa inne psy biegały z nosami przy ziemi.
Przeszukiwał okolicę, wołał i gwizdał, wpadł w panikę. Biegał tam i z powrotem, pytał ludzi, ale nikt nie widział psa z białą łatką na piersi,
z jednym oklapłym uchem. Czuł pustkę w piersiach. Tata odszedł od nich,
a teraz pies.
- 1964 -
- To jest mój przyjaciel - powiedziała
mama, przedstawiając mu faceta znacznie od niej starszego, o takim
wyrazie twarzy, jakby był głodny.
Gość zdawał się zakłopotany, ale po chwili usiadł na fotelu w taki
sposób, jakby ten fotel był już jego. Mama też usiadła, więc zrobił to
samo. Zapadło kłopotliwe milczenie.
- No popatrz - zwrócił się do niego facet. - Właśnie zamordowali tego
Kennedy'ego w Dallas, taka historia, jak myślisz, kto to mógł zrobić?
- Ruskie - odparł bez wahania.
- Co takiego? - Facet aż podskoczył. - Ludzie radzieccy nigdy by czegoś
takiego nie zrobili!
Mama miała zakłopotaną minę. Powinna coś powiedzieć. Nic nie
powiedziała.
- Robert będzie z nami mieszkał - oznajmiła, nie patrząc mu w oczy.
Miał nadzieję, że zamieszka na chwilę, a nie na zawsze, bał się jednak o to zapytać. Facet jednak wyglądał na takiego, co zamieszka z nimi na
zawsze, a to bardzo mu się nie podobało. Taki obcy, a na dodatek
komunista. Jak mama może go lubić?
- Idę robić lekcje - powiedział i wstał tak gwałtownie, że o mało nie
wywrócił krzesła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki