Opętanie - Lech Grabowski

Kup ebooka

12.12 zł
10.06 zł (10,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Niebo zasnute było ciężkimi, czarnymi chmurami. Deszcz lał jak z cebra, tworząc z drobinek wody mglistą zasłonę, która jeszcze bardziej ograniczała widoczność. Ogrodzony przerdzewiałym płotem duży, piętrowy dom na obrzeżach małego miasteczka, tuż obok starego cmentarzyska, tonął w mroku. Na tle ciemnego nieba i w nocnym, deszczowym krajobrazie, wydawał się być tajemniczym zamczyskiem z filmów grozy o wampirach. Wyglądało to tak, jakby ta odludna samotnia była jakąś zewnętrzną częścią starej nekropolii, jakby była z nią czymś od wieków związana. Na półpiętrze, na okrągłych i usytuowanych po bokach, bliźniaczych cokołach, które zamykały z obu stron przednią fasadę, stały duże, kamienne figury półnagich i skrzydlatych cherubinów o lwich twarzach. Jedna część starej budowli wydawała się nieco odnowiona, lecz wyraźnie było widać, że bardzo dawno i nieudolnie ktoś się tym zajmował. Natomiast druga jej część, jeszcze bardziej zniszczona, świeciła pustymi oczodołami okien pozabijanych gdzie nie gdzie surowymi deskami. Dziurawe i zanieczyszczone rynny nie mieściły w sobie nadmiaru deszczówki, która przelewała się wierzchem blaszanych koryt, obryzgując wodą i tak już namokłą, pozbawioną tynku elewację. Niewielka działka wokół podniszczonego budynku, z ledwo widoczną dróżka prowadzącą od wejściowej furtki do posesji, porośnięta była gęsto chwastami i rozłożystymi krzewami. Szarpana podmuchami wiatru lampa na werandzie, jak oszalała chybotała się wte i wewte, co chwila tłukąc niemiłosiernie blaszanym i powgniatanym kloszem o drewniane zadaszenie budowli. Aż dziw brał, że wkręcona w nią żarówka, pamiętająca zapewne dawne lata swojej świetności, kiedy tutaj dochodził prąd i od dawna przepalona, wytrzymywała tak potworne katusze. Dom sprawiał wrażenie wymarłego, tylko z przysłoniętego okna, które usytuowane było w tej mniej zniszczonej części budowli, na półpiętrze, sączyło się przez malutką dziurę w zasłonce, ledwo widoczne światełko świadczące o tym, że ktoś tutaj, można rzec, prawem kaduka przebywa, choć usilnie stara się ukryć swoją obecność. W pokoju, z którego okna emanowała owa odrobina poświaty pochodząca od stojącej na stole świecy oblepionej wąskimi pasemkami spływającego po niej wosku, na przykrytym czerwoną narzutą łóżku leżał w ubraniu mężczyzna w średnim wieku. Spał niespokojnie, rzucając się na posłaniu. Co jakiś czas z jego gardła, oprócz niewyraźnego bełkotu, wydobywał się charkot. Raptem zakaszlał przeciągle, a twarz wykrzywiła mu się w grymasie bólu. Zadrżał na całym ciele i krzyknął, jakby zobaczył coś przerażającego, po czym dysząc ciężko, zerwał się na równe nogi. Jakiś czas stał tak, chwiejąc się na boki i nie mogąc utrzymać równowagi, a z jego szeroko otwartych oczu wyzierała nadal resztka przerwanego koszmaru. Omiótł błędnym spojrzeniem pomieszczenie, zatrzymując wzrok na leżącej na stole fotografii wyciętej niechlujnie z ilustrowanej gazety. Patrzył na nią chwilę, jakby w niej szukał pozostałości sennej zmory. Następnie podsunął sobie krzesło, usiadł na nim zgarbiony, pochylił się i nieomal wbił oczy w zdjęcie. Przedstawiało ono jakąś młodą, z lekka roznegliżowaną artystkę. Miała na sobie bluzkę z dość głębokim dekoltem, który odsłaniał dyskretnie jej biust. Podniecony mężczyzna z lubością przejechał w tym miejscu po papierze palcami dłoni. Zrobił to szczegółowo, jakby jeszcze bardziej chciał rozsunąć na boki i tak już rozpiętą bluzeczkę, aby więcej móc widzieć. Nagle cofnął rękę jak oparzony. Wyraz lubości spełzł natychmiast z jego twarzy, ustępując miejsca grymasowi obrzydzenia i nienawiści. Mimochodem zerknął na wbity w blat stołu rzeźniczy nóż, chwycił jego rękojeść lewą dłonią, zaś prawą przytrzymał za róg zdjęcie i z wściekłością ciął je ostrzem tak mocno, aż rozleciało się na boki, a na blacie pojawiła się głęboka rysa. Jakiś czas spoglądał bezbarwnym wzrokiem na rozciętą na pół fotografię, następnie złożył pieczołowicie obie połówki do kupy, jakby chciał je skleić, potem wstał, podszedł do ściany i przypiął je pineskami do drewnianej boazerii obok wiszących tam, podobnych jak to wycinków z kolorowych gazet, po czym, uderzając palcem każde z nich, policzył je głośno. Było ich trzy, razem z tym ostatnim, przed chwilą przypiętym, na którym przytrzymał dłużej palec, jakby chciał prześwidrować fotografię na wylot. Jednocześnie odezwała się w nim jakaś niepohamowana wściekłość, a dotąd ukryta gdzieś głęboko bestia wylazła z jego duszy na zewnątrz, uwidaczniając się jakąś patologiczną rządzą czegoś, co nie mieściło się w granicach człowieczeństwa i zdrowego rozsądku. Przez chwilę nie mógł sprecyzować, czym ona jest i czego od niego żąda. Zmarszczył czoło tak mocno, aż pojawiły się na nim głębokie bruzdy, a wyraz nienawiści jeszcze bardziej rozlał się na jego twarzy.

- Czego chcesz? - zasyczał do czegoś, co z nagła zawładnęło jego świadomością i wryło się w nią boleśnie.

Wydało mu się, iż pokój wypełnił złowróżbny głos. Był on wszechobecny i krzyczał przeraźliwie, wdzierając się siłą w jego jestestwo i powodując w nim potworny chaos. Wbił palce w oba uszy, żeby być głuchym na owe podszepty i ich nie słyszeć, lecz na nic to się zdało. Nadal mówił owy głos, tym razem w jego świadomości, potem ciszej, coraz ciszej szeptał, żgając jego mózg bolesnym szpikulcem, aż do skutku. Żeby odgonić wewnętrzny ból, który nieomal rozsadzał mu głowę, musiał się go słuchać.

"Co mówisz i czego żądasz"? - Spojrzał na chyboczący płomień świecy, który mimowolnie przyciągał jego wzrok i jednocześnie go mamił.

Jakby w odpowiedzi, jego oczy ujrzały coś zatrważającego. Pośród kłębowiska rozszalałych płomieni, wystrzelających gdzieś z podłogi, dostrzegł jakąś kobietę przywiązaną do pala. Była ubrana w czarną sukmanę, a na głowie miała obszerny kaptur, spod którego wystawały kosmyki siwych włosów. Języki ognia prawie że lizały jej bose stopy.

- Ja Joanna Murawa przeklinam cię Macieju Sylena - mówiła bezzębnymi ustami zjawa - żebyś sczezł ty i twoja rodzina. Żebyś po wieki wieków grzebał w trupach i nigdy się od nich nie uwolnił, a na twoje pomioty, w tym i w następnych pokoleniach, rzucam urok i niech grzebią w trupach, jako i ty, a co w drugim z nich niech zagości Lucyfer i niech ten czyni przez niego zło, aż zostanie powieszony twój pomiot. Tyś jest Sylena. Tyś jest pomiotem Macieja z drugiego pokolenia. - Ha, ha, ha - zaniosła się śmiechem zjawa, znikając w powale.

Sylena zgiął się w pół jak w jakiejś okropnej boleści, chwycił się obiema rekami za głowę i ją ścisnął z całych sił.

- Teraz musisz zabić, bo tkwi w tobie Lucyfer, którego w tobie, pomiocie Macieja, zaszczepiłam - szeptała szyderczo w jego wyobraźni jędza. - Aby dać upust własnemu zadowoleniu, musisz zabić, musisz zabić, musisz zabić - powtarzała w kółko.

Jej słowa wgryzły się w niego na dobre, zniewalając jego serce i mózg. Wyprostował się i wybuchnął maniakalnym śmiechem, który i tak nie był w stanie zagłuszyć złowieszczego chichotu czarownicy.

Sylena wpił nienawistny wzrok w ostatnie zdjęcie.

- Kolej na ciebie - warknął przez zaciśnięte zęby, a z ust wyciekła mu gęsta stróżka śliny.

Zgiął w łokciu rękę i wytarł ślinę, nieomal z odrazą, rękawem koszuli, jakby się brzydził zrobić to dłonią, po czym popatrzył na zabrudzony materiał. Pomyślał, że powinien sprać obrzydliwą wydzielinę. Zabrał ze stołu świecę i udał się do łazienki. Tam zdjął z siebie koszulę, potem odkręcił kran i pod strumień wody podłożył jej rękaw. Dłuższy czas szorował zabrudzenie, aż zniknęło z materiału. Następnie stanął przed lustrem, przybliżył do niego twarz i z bliska wpatrzył się z zainteresowaniem w swoje lustrzane odbicie. Ledwo widoczna szrama, na prawym policzku, nadawała surowości jego obliczu, lecz go nie szpeciła. Nawet dodawała mu nieco uroku. Tylko teraz, w chwili wzburzenia, bardziej się uwidoczniła i nabrała wyrazistości. Z lekka zamglona i zarysowana lustrzana tafla dodatkowo fałszowała rzeczywisty obraz. Zrobił grymas, który bardziej zmniejszył i spłaszczył bliznę, choć nadal pozostała widoczna, następnie przeciągnął po niej delikatnie ręką, potem mocniej, jakby chciał całkowicie zetrzeć tę krępującą go pamiątkę, którą, jak był dzieckiem, macocha zafundowała mu na twarzy, tłukąc go na oślep batem po pijaku. Uśmiechnął się gorzko, widząc swoją bezradność. Mimo wszystko podobał się kobietom i wzbudzał w nich zaufanie, i o tym wiedział. To dawało mu nad nimi przewagę i było jego atutem. Koronnym atutem, zaś one były naiwne i łatwo ulegały jego urokowi. On to wykorzystywał. Zwabiał je do siebie, a potem był dla nich brutalny.

I taki będzie dla tej, za którą chodził od nieomal tygodnia, prawie że takiej samej, jak artystka na zdjęciu. Wypatrzył ją kiedyś na ulicy i porównał z oryginałem. Potem próbował do niej zagadać, lecz ta, niewątpliwie pewna swej urody, zignorowała jego zaczepkę, obrzucając go wówczas pogardliwym, nic niewidzącym spojrzeniem, jak na kogoś, kogo tak naprawdę nie ma, albo kogoś, kto nic sobą nie prezentuje. Tak to odczuł, a on nie lubił być odrzucany.

"Tak! Nie powinna tego robić, choć być może teraz tego nie pamięta. Lecz już postanowił. Ona będzie tą następną".

Było mu dobrze z tą myślą. Jakby przeżywał cudowną ekstazę. Chciał tego. Te artystki i ich zepsuty świat. Po to szukał sobowtórów, bowiem w nich widział pierwowzór. W każdej z nich dostrzegał znienawidzoną przez siebie macochę.

"A może? Czyżby łudził się jeszcze. Nie! Nie! To był wytwór jego wyobraźni. To ta nowa. Na pewno odrzuci jego względy i będzie zmuszony, a potem... - Intensywnie myślał, co by było gdyby. Jego myśli były postrzępione, a obłęd mamił rzeczywistość, wypaczając w nim jej postrzeganie.

"Odrzuci twoje względy i będziesz zmuszony, a potem"... - powtórzyło to coś jego własnym głosem. - Nie! Najpierw Marilyn. Tamta może jeszcze poczekać, a inne. - Zmrużył oczy. - Inne? Już nic nie powiedzą i mnie nie zdradzą, gdyż są martwe - syknął - są ukarane jak i macocha.

Wrócił do pokoju. Podszedł do stołu, postawił na powrót na nim świecę i chwycił w rękę ten sam nóż, którym przeciął zdjęcie, po czym wziął zamach, jakby chciał kogoś ugodzić i tak zamarł w bezruchu. Ręka na moment zawisła w powietrzu, a on wpatrzył się w płomień świecy, znów widząc w nim iluzję.

"Tak! Ona się wyrywa i krzyczy. Przeraźliwie krzyczy. Jak tamte. Jak macocha. Lecz to jej w niczym nie pomoże".

Rozkoszował się ich przerażeniem. Lubił, jak się broniły i szarpały, kiedy je obnażał, zrywając z nich ubranie, a później bieliznę. To go jeszcze bardziej podniecało i rozsierdzało, czyniąc z niego potworną bestie. Aż do skutku i spełnienia.

"Potem ją zabije? Nie! Jeszcze nie od razu. Najpierw ją upokorzy, jak tamte, a dopiero"....

Na samą myśl o zbliżeniu i zabójstwie, przeszedł go dreszczyk rozkoszy i pożądania. Już był spokojny. Przeczesał dłonią bujne włosy i schował nóż do szuflady. Na razie był mu niepotrzebny. Teraz musiał odpocząć. Podszedł wolno do łóżka, wygładził z pedantyzmem zmarszczoną narzutę i wyciągnął się na niej wygodnie, po czym podłożył ręce pod głowę i wlepił wzrok w sufit.

Wróciły wspomnienia. Przywołał w pamięci macochę. Jak się później dowiedział, matka zmarła zaraz po jego przyjściu na świat. Ojciec, nie radząc sobie z wychowaniem dwójki dzieci, ożenił się po raz drugi z jakąś byłą artystką z objazdowej trupy. Ładną i łudząco podobną do jednej z hollywoodzkich aktorek. Miał wtedy niecałe dwa latka. Został z ojcem, natomiast starszego brata zabrała do siebie siostra matki, mieszkająca gdzieś na drugim końcu Polski, a która nie chciała mieć ze szwagrem żadnego kontaktu. Dlatego od tamtej pory nie widział brata na oczy. Macocha była uzależniona od alkoholu, ale nawet po trzeźwemu była bardzo złą kobietą i matką. Kidy wlała w siebie te kilka kieliszków, jak zawsze mówiła, stawała się o stokroć więcej agresywna i bezduszna, jakby u niej ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za uczucia, uległa całkowitemu rozkładowi. Kompletnemu zepsuciu. Odbijało się to na jej pasierbie. Na nim. Katowała go pod byle pretekstem. Ojciec? Ten nie kiwnął nawet palcem, żeby cokolwiek zmienić. Był prawie we wszystkim podporządkowany swojej drugiej żonie i przymykał na wszystko oczy. Zresztą, zaraz po przeprowadzce też się zmienił. To już nie był on. Ponadto wdał się w alkohol. Wyjeżdżał często w jakiś służbowych sprawach, o których nigdy nie chciał mówić. To macosze było nawet na rękę. Zaczęła ojca zdradzać. I te jej libacje z przygodnymi mężczyznami. Wtedy zaprowadzała dziecko do ciemnej piwnicy i tam zamykała na klucz. Żeby nie widział. Żeby potem nie naskarżył ojcu. Wtenczas miał cztery, może pięć lat.

"Piwnica w starej chałupie". - Nawet teraz, na wspomnienie tamtej ciemnicy, jego wypaczony umysł nie potrafił z tym sobie poradzić.

Bał się strasznie tamtego miejsca. Bał się ciemności i samotności. Zanosił się od płaczu i krzyczał panicznie ze strachu. Macocha przychodziła wówczas i zaklejała mu plastrem usta, żeby go nikt nie słyszał, a potem go biła za nieposłuszeństwo. Tak! Pomimo katowania, kochał ją, jak dziecko kocha swoją matkę. Właśnie! Jak rodzoną, a nie przybraną matkę. Zresztą, myślał wtedy, że ona jest nią naprawdę. Tak do niej mówił. Nie macocha. Mama! Miłość za katusze. Dobry Jezus i jego źli oprawcy. Lecz do czasu. Kiedy to było? Wytężył umysł. Jak miał trzynaście lat. Ból stał się nie do zniesienia, kiedy go biła. Wówczas jej oddał. Pierwszy raz w życiu ją uderzył. Wpadła w furię i mało co by go nie zabiła, żeby nie ojciec. Przyjechał wcześnie i siłą odciągnął ją od niego. Tłumaczył jej coś po cichu na ucho, a potem wyciągnął zza pazuchy litrową butelkę wódki i fachowo wybił z niej korek, uderzając otwartą dłonią w jej dno. Macocha uśmiechnęła się na widok alkoholu. Nie! Do dziecka nigdy tak się nie uśmiechała. To by akurat zapamiętał. Usiadła wraz z ojcem przy stole i oboje pili do nieprzytomności. Ojciec usnął z głową opartą na blacie tuż przy talerzu, a matka jeszcze miała na tyle sił, że dowlokła się do łóżka. Wówczas coś dziwnego się wydarzyło. Pierwszy raz w życiu. Coś jakby nim pękło. Jakby jego umysł uległ metamorfozie, przeistoczeniu. Poczuł w głowie ból. Był on inny jak normalnie. Jakby jego głowę ktoś ścisnął obręczą i coraz bardziej zwiększał jej ucisk. Po chwili ulga i coś jeszcze, czego nie potrafił sprecyzować. Właśnie! Nie wiedział o tym, że stał się kimś innym. Mózg działał inaczej, a oczy postrzegały co innego. Skrajna nienawiść przytłoczyła chorą miłość, która pozostała po drugiej stronie świadomości. Jak w transie, a mimo to myśląc trzeźwo, wyjął z szuflady kuchennego kredensu duży, rzeźniczy nóż i poszedł do sypialni. Macocha spała na łóżku w ubraniu i pochrapywała głośno przez sen. Była w jego oczach zła i odrażająca. Wręcz obrzydliwa w swym upojeniu. Powoli zbliżył się do niej, chwilę popatrzył na nią zimno, jak na bezużyteczny przedmiot, który powinno się wyrzucić na śmietnik, po czym wziął zamach i ugodził ją nożem w pierś. Nie miał jeszcze tyle sił, żeby ją zabić tym ciosem. Otworzyła oczy, w których dostrzegł niezmierne zdziwienie, a zarazem przerażenie. Uderzył raz jeszcze, tym razem mierzył w brzuch. W miękką tkankę nóż wszedł o wiele łatwiej i głębiej. Wyciągnął go z rany i wbił bez opamiętania raz jeszcze i jeszcze. Krew trysnęła nieomalże strumieniem, plamiąc pościel. Macocha miała jeszcze na tyle sił, że odepchnęła go od siebie i zaklęła, po czym próbowała się unieść na łokciach. Doskoczył do niej ponownie. Całym swoim ciałem naparł na nią, pchnął na łóżko, po czym chwycił ją za włosy, odchylił głowę do tyłu i ciął ostrzem po gardle. Zacharczała okropnie, plując krwią. Chwilę drgała, po czym osunęła się bezwładnie na łóżko z otwartymi szeroko oczyma. Wrócił do kuchni i śpiącemu ojcu wcisnął w dłoń zakrwawione narzędzie zbrodni. Następnie umył ręce przy kuchennym kranie i wrócił do pokoju. Dalej już nic nie pamiętał. Tylko ten świdrujący ból w głowie i ścisk czaszki, jakby jego umysł znajdował się jeszcze w odmiennych światach. Gdzieś na rozdrożu. Kiedy odzyskał świadomość w domu było dużo obcych ludzi w mundurach. Ktoś go przytulał i głaskał po włosach. W pewnej chwili zobaczył ojca siedzącego na krześle. Miał ręce wykręcone do tyłu. Kiedy podszedł do niego, ujrzał na jego nadgarstkach metalowe obręcze.

- Tato! Dlaczego masz związane ręce? - spytał go zdziwionym głosem.

Wtedy ojciec odwrócił głowę i spojrzał na niego wzrokiem, z którego wyzierała boleść i paniczny wprost strach. Jak wzrok skrzywdzonego i przestraszonego dziecka. Zrobiło mu się ojca żal i nie mógł pojąć, dlaczego ci mundurowi ludzie zabierają go ze sobą.

To było bardzo dawno temu. Teraz znów znajdował się na pograniczu dwóch światów. Tego wyimaginowanego, paranoicznego, który eliminował w nim człowieka, a w którym przeistaczał się w maniakalnego mordercę, arcyłotra i zwyrodnialca bez krzty litości i tego drugiego, w którym był nadal istotą o morderczym instynkcie, lecz istotą, o trochę innym, łagodniejszym charakterze i mentalności. Jego dwie natury uzupełniały się nawzajem, a o ich postępowaniu wobec innych, decydowała ta, która w danej chwili w nim dominowała. Miał jeszcze inną osobowość, tę zdrową, normalną, zdawać by się mogło, czysto ludzką, w której egzystował na co dzień i w innym miejscu, a o której nie miał pojęcia.

Sufit zdawał się wirować wokół, zachowując w swym centralnym punkcie szczęśliwą twarz kobiety ze zdjęcia. Marilyn. Jej sobowtór był w piwnicy. Dziwnym zbiegiem okoliczności sama wpadła mu w ręce i takiej okazji nie mógł przepuścić. I ona przypominała mu kogoś, kogo kiedyś kochał chorą i wypaczoną miłością, a zarazem nienawidził jak najgorszego wroga. Dlatego ją sobie upatrzył, obserwował i za nią chodził jak cień. Wiedział, że wcześniej go spostrzegła. Świadomie chciał, żeby się bała. Żeby żyła w niepewności. Jak mucha w pajęczej sieci, która ma nadzieją, że pająk pozwoli jej się z niej uwolnić. Tak! Już ją poniżył. To na razie mu wystarczyło. Trochę się z nią jeszcze podroczy. I tym razem niech umiera z niepewności jutra. Później może jej się pozbędzie, jeżeli nie będzie milczała. Tamte go nie posłuchały. Dlatego musiały umrzeć. Lecz w tej chwili powinien odpocząć i nabrać sił. Chore emocje chwilowo w nim opadły. Na razie były w uwięzi i pod kluczem. Kołysany szumem deszczu bijącego w szyby okien, zapadł w głęboki sen. Tym razem spał spokojnie. Nie śnił i nie rzucał się na posłaniu. Kiedy po godzinie otworzył oczy, był gotowy do działania. Wybierał się na polowanie. Polowanie na człowieka. Zdjął z wieszaka długi przeciwdeszczowy płaszcz i założył go na siebie, następnie zbliżył się do kredensu i z szuflady wyciągnął maskę cyrkowego klauna i nóż o długimi ostrym ostrzu. Nóż schował do wewnętrznej, głębokiej kieszeni płaszcza, natomiast maskę wcisnął w jego drugą kieszeń. Nacisnął na głowę kowbojski kapelusz z szerokim rondem, po czym ścisnął palcami knot świecy, żeby zgasić jej płomień i wyszedł w deszczową ciemność. Był teraz mordercą. Nie wiedział jeszcze, że tak długo nim będzie, aż zabije. Potem bezwolnie pozbędzie się z siebie bestii i będzie, któryś z kolei raz, ukrywał w sobie zbrodniarza, czując się za niego odpowiedzialnym, a jednak go chroniącym przed sprawiedliwością. Przed karą. Dopóki, dopóty znów nie powróci w nim zło, o czym także nie był świadom.