Szkolenie komandosa
Szkolenie komandosa
To tu, na poligonowych strzelnicach, uczyłem się posługiwania bronią,
strzelania na krótkim i długim dystansie. Jako pluton specjalny mieliśmy
zajęcia z jazdy terenowej wszystkimi dostępnymi w szkole pojazdami.
Uczyliśmy się jeździć samochodami terenowymi UAZ, samochodami
ciężarowymi marki Star, samochodami bojowymi BRDM-1, bojowymi wozami
piechoty BWP 1 oraz moimi ulubionymi czołgami T-55 i T-72. Uwielbiałem
jeździć czołgiem poligonowymi drogami. Ten potężny pojazd dosłownie
płynął po wzniesieniach, kiedy dodawałem mu mocy. Jednym z testów na
zaliczenie było przepłynięcie na drugi brzeg Odry bojowym wozem piechoty
BWP 1. Ta ciężka, prawie 13-tonowa maszyna płynęła z prędkością około
pięciu kilometrów na godzinę. Widziałem, jak prawie cała się zanurza i powoli płynie do przodu - dawało mi to niezłą frajdę i kopa adrenaliny.
Kadeci z plutonu pancernego w tym samym czasie pokonywali rzekę
czołgiem, jadąc pod wodą.
Mieliśmy bardzo różnorodne i wszechstronne szkolenie. Wykładowcy
traktowali nas z szacunkiem, bo wiedzieli, ile przeszliśmy, aby dostać
się do tego plutonu. My odwdzięczaliśmy się ciężką pracą. Darzyliśmy ich
sympatią. Szczególnie zapamiętałem majora Morawskiego z Batalionu
Szturmowego z jednostki w Dziwnowie. Prowadził wykłady z działań
specjalnych. Był bardzo doświadczonym oficerem z mistrzowską klasą
spadochronową, która stanowiła dla nas synonim czegoś wyjątkowego.
Przekazywał nam nie tylko specjalistyczną wiedzę, lecz także życiowe
wartości, które towarzyszą mi do dnia dzisiejszego. Jedną z takich
niezapominanych mądrości usłyszeliśmy od niego po uzyskaniu tytułu
skoczka wojsk powietrznodesantowych na uroczystym wręczeniu gap
spadochronowych. Powiedział wtedy: "Chłopaki, od dzisiaj jesteście
innymi, odważniejszymi i umiejącymi podejmować samodzielnie decyzje,
odpowiedzialnymi ludźmi. Gratuluję wam i jestem z was dumny!". Takie
słowa pozostają w pamięci na zawsze, dodają siły do dalszego działania.
Zawsze warto doceniać swoich podwładnych. Upominaj i karz ich na
osobności, ale chwal przy wszystkich konkretnie za to, co zrobili.
Zimą pojechaliśmy na narty do Zieleńca - pierwszy raz w moim życiu.
Wcześniej zdarzało mi się zjeżdżać na sankach, na foliowym worku
wypchanym słomą, na ortalionowej kurtce, a czasem nawet na własnoręcznie
skonstruowanych ze sztachet prowizorycznych nartach. Nieraz wracałem do
domu w podartych na tyłku spodniach, przez co miałem sporo kłopotów. Z zimowych przygód pamiętam szczególnie dzień, w którym zostaliśmy całą
klasą po lekcjach, żeby porzucać się śnieżkami. Moja podstawówka
mieściła się w pięknym, ale bardzo zniszczonym XIX-wiecznym pałacu. Obok
był wspaniały park, w którym rosło wiele rzadkich i chronionych gatunków
drzew. Na granicy parku znajdował się strumień, którego głębokość
zmieniała się w zależności od stanu wód: czasami płynął leniwie, a czasem bardziej przypominał wartką rzeczkę. Przerzucono przez niego
drewniany mostek. Tego dnia wymyśliliśmy następującą grę. Podzieliliśmy
się na dwie drużyny: jedna miała za zadanie przebiec z jednej strony
mostku na drugą, a druga - rzucać w pierwszą śnieżkami i tak na zmianę.
W pewnym momencie chłopak z drużyny przebiegających mostek poślizgnął
się i wpadł do strumienia, który był wówczas dość głęboki. Zamarliśmy w bezruchu. Na szczęście złapał się wystającej deski i z naszą pomocą
wydostał się z wody. Natychmiast zaczął marznąć, więc prawie biegiem
odprowadziliśmy go do domu, a on biedny bał się tylko kary, jaką
dostanie od ojca, który lubił bić go specjalnie przygotowanym na takie
okazje kablem. Nieraz przychodził do szkoły z siniakami na nogach. Tak
stało się i tym razem. Dzieci w tamtych latach były wychowywane trochę
inaczej niż dzisiaj i takie sytuacje nie wydawały się niczym niezwykłym.
Pierwszy kontakt z samolotem An-2 na skokach
Wróćmy jednak do mojego pierwszego zgrupowania narciarskiego. Pierwsze
kroki na nartach stawialiśmy na tak zwanej oślej łączce nieopodal
Ośrodka Szkolenia Piechoty Górskiej "Jodła". To tam po pierwszym dniu
zmagań na stoku instruktor zorganizował nam swoistą selekcję: rozstawił
bramki od wierzchołka góry i kazał nam przez nie zjeżdżać. Na dole od
razu ci słabsi przechodzili na jedną stronę, a ci lepsi - na drugą. W końcu przyszła moja kolej. Tor był już bardzo wyślizgany, narty moich
poprzedników wyżłobiły głębokie kanały, które skutecznie przeszkadzały w jeździe. Bardzo chciałem dostać się do drużyny lepiej jeżdżących.
Instruktor prowadzący tę grupę był niezwykle spokojny, a jednocześnie
bardzo wymagający, i to właśnie od niego chciałem się uczyć jazdy na
nartach. Stanąłem na górze i odbiłem się tak, jak umiałem najlepiej.
Jechałem bardzo szybko, siłowo pokonywałem wszystkie bramki.
Skoncentrowałem się na prędkości, a nie na stylowej jeździe, bo o jakim
stylu mogła być mowa po tak krótkim czasie nauki. Podczas zjazdu kilka
razy się zachwiałem i o mały włos nie upadłem, prułem jednak dalej. Po
dojechaniu do mety zauważyłem uśmiech na twarzy instruktora. Wiedział
dobrze, że brakuje mi techniki, ale mam za to serce do walki. Kolejny
raz okazało się, że odwaga połączona z determinacją pozwala osiągnąć
zamierzony efekt - znalazłem się w grupie lepiej jeżdżących, ale co
ważniejsze, miałem świadomość, że wygrałem ze strachem i osiągnąłem swój
cel.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Geneza
Geneza
Jak niesamowite siły drzemią w człowieku, że pchają go naprzód? Jak
wiele możesz poświęcić, aby osiągnąć wymarzony cel? Jak ogromną moc masz
w sobie, że umożliwia ci ona dokonanie niemożliwego? Kiedy dzisiaj
patrzę na świat z perspektywy człowieka, który swojej pasji poświęcił
całe życie, widzę, jak bardzo jestem szczęśliwy, że dokonałem takiego
właśnie wyboru. Pasja to potężna moc, która pozwoli przezwyciężyć
wszystkie trudności. Jeśli kochasz to, co robisz, znajdziesz sens
swojego życia - i nieważne, co nim będzie, ważne, abyś robił to, co
kochasz.
W książce, którą trzymasz właśnie w ręku, przeczytasz o ludzkiej
wytrwałości, sile, pasji oraz pragnieniu przeżycia przygody. Poznasz
historie, które towarzyszyły mi od wczesnej młodości aż do służby w siłach specjalnych. Będziesz świadkiem wydarzeń, w których
uczestniczyłem wraz z kolegami, w tym pełnych adrenaliny akcji bojowych,
w których z narażeniem życia ratowaliśmy zakładników i neutralizowaliśmy
terrorystów. Dotkniesz realnego świata sił specjalnych, dostępnego tylko
dla wybranych. Odkryję przed tobą sekrety wykorzystywanych przez nas
technik. Poznasz moje metody radzenia sobie w ekstremalnie trudnych
sytuacjach, dzięki którym pokonywałem wszystkie trudności. Pomogę ci
odnaleźć w sobie pasję i pokażę, jak można być szczęśliwym i spełnionym
człowiekiem.
Pamiętam siebie jako nastolatka dorastającego w niewielkiej malowniczej
miejscowości o intrygującej nazwie Zbójno. Schyłek lat osiemdziesiątych
i początek dziewięćdziesiątych XX wieku to bardzo ciekawe czasy. Polska
przechodziła potężne zmiany ustrojowe, które dla niektórych były bardzo
ciężkie i przyniosły ze sobą biedę i ubóstwo, a dla innych okazały się
wręcz cudowne: wolny rynek, początki biznesów, kolorowa rzeczywistość
amerykańskiego kina akcji. W takim świecie kształtowały się charaktery
ludzi, którzy postanowili wykorzystać ten czas i iść przez życie,
spełniając swoje marzenia. Jednym z nich byłem właśnie ja.
Jako chłopiec lubiłem czytać. Uciekałem z szarej rzeczywistości lat
osiemdziesiątych w świat kolorowych książek i czasopism. Często
odwiedzałem wiejską bibliotekę, gdzie spędzałem wiele godzin. Pani
bibliotekarka polubiła mnie i pozwalała mi zabierać do domu więcej
książek, niż przewidywał regulamin biblioteki. To właśnie tam wiele lat
temu po raz pierwszy zobaczyłem okładkę kolorowej gazety "Żołnierz
Polski". Przeglądając ją, nagle na jednej ze stron spostrzegłem
komandosa w bordowym berecie, który biegł po torze przeszkód, a wokół
palił się ogień. To było coś niewiarygodnego, nie mogłem oderwać oczu od
tego zdjęcia. Z wypiekami na twarzy czekałem na kolejne numery, aby
śledzić artykuły z komandosami w roli głównej. To była iskra, która
rozpaliła płomień w moim sercu. To wtedy w moich marzeniach namalowałem
właśnie tego komandosa, którym później się stałem.
Kiedy wracam do wspomnień z tamtych lat, widzę ludzi, którzy mieli na
mnie wielki wpływ. Przekazali wartości, które towarzyszą mi przez całe
życie. Wierzę, że ideały, jakie wynosi się z rodzinnego domu, są bardzo
trwałe i niezwykle ważne. Pamiętam, jak dziadek Adam opowiadał mi o kampanii wrześniowej, kiedy jako młody, osiemnastoletni chłopak po
mobilizacji przedzierał się ze swoją kompanią w kierunku Warszawy. Był
niewyszkolony i nieuzbrojony. Opisywał, jak niemieckie kule latały
wokoło, śmiertelnie raniąc jego kompanów. W końcu zapadła decyzja o demobilizacji i chłopaki musiały wracać na własną rękę do rodzinnych
miejscowości. Potem przyszły lata okupacji. Babcia Helena straciła
pierwszego męża, który został zamordowany i pochowany w zbiorowej mogile
w lesie pod Rypinem, gdzie hitlerowcy dokonywali masowych egzekucji. W czasie okupacji sama wychowywała trójkę dzieci, a po wojnie ponownie
wyszła za mąż - za wspomnianego wyżej mojego przyszłego dziadka - i wydała na świat kolejną trójkę, w tym mojego ojca.
Drugi dziadek, Janek, był moim idolem: silny, wytrwały, inteligentny,
dociekliwy. Pamiętam, jak na wszystkich imprezach rodzinnych siedział z uchem przy odbiorniku i słuchał Radia Wolna Europa, jedynego rzetelnego
źródła informacji w tamtym czasie. Uwielbiałem jego historie. Wychowywał
się we Francji i tam skończył szkołę. Gdy wrócił do kraju, nie potrafił
pisać po polsku, nauczył się sam dopiero po wojnie, za to świetnie mówił
i pisał po francusku. Często opowiadał, jak pod koniec wojny uciekający
z Polski Niemcy przymusowo zabrali go do transportu jako woźnicę. Jako
siedemnastoletni chłopak jechał z nimi w potwornych warunkach (była
zima) w głąb Niemiec. Jedna z jego historii z tamtego okresu szczególnie
utkwiła mi w pamięci: konwój kilkudziesięciu furmanek miał pokonać
zamarzniętą Odrę i stanął na brzegu. Zimno, wieje przeszywający wiatr.
Trzeba podjąć decyzję, jak pokonać rzekę i kto pierwszy przejedzie przez
most. Na początku przeprawiali się pojedynczo, jedna furmanka za drugą.
Nagle na niebie pojawiły się samoloty i zaczęło się bombardowanie. Wtedy
padła komenda: "Naprzód!". By jak najszybciej przedostać się na drugi
brzeg, wszystkie wozy wjechały na zamarzniętą rzekę. Niestety pod
ciężarem koni oraz przewożonego ładunku lód zaczął pękać. To była
gehenna. Ludzie topili się razem ze swoim majątkiem, bombardowani przez
sowieckie samoloty. Na szczęście ci, którzy byli w pierwszym rzucie,
przejechali bezpiecznie, a razem z nimi mój dziadek.
W każdej polskiej rodzinie na pewno jest wiele takich historii i takich
osób jak moi dziadkowie czy babcie, które potrafiły wyczarować cudownie
pachnący chleb ze świeżo zmielonego ziarna - jego niepowtarzalny zapach
i smak pamiętam do dziś. Mistrzynią sztuki kulinarnej była moja babcia
Regina. Wspaniałe drożdżówki jej wypieku były prawdziwym rarytasem.
Najlepiej smakowały ze świeżo zrobionym masłem i mlekiem prosto od
krowy. Zajadałem się nimi jako dziecko, podkradając kawałki z jak
największą ilością słodkiej kruszonki.
Moja młodsza siostra Dorota była śliczną dziewczyną i obiektem
westchnień wszystkich moich kolegów. Ja pamiętam ją jednak przede
wszystkim jako bardzo pracowitą, mądrą i opiekuńczą młodą osobę. Wiele
lat temu budowaliśmy z rodzicami dom. Były to czasy, kiedy murarz w trakcie pracy był podejmowany w domu gospodarza przynajmniej trzema
posiłkami dziennie. Wymagało to mnóstwa dodatkowego wysiłku od
gospodyni, której przecież nie brakowało codziennych obowiązków. Pewnego
dnia nasza mama musiała pilnie pójść do szpitala na poważną operację.
Wyobraźcie sobie, że moja dwunastoletnia wtedy siostra zaopiekowała się
całym domem i przygotowywała posiłki dla nas wszystkich. To było coś
niewiarygodnego. Do dziś jest piękną, silną i opiekuńczą kobietą, która
potrafi zadbać o swoją rodzinę. Wreszcie mój ojciec, który jest
człowiekiem uczciwym i honorowym. To on jako jeden z niewielu dopingował
mnie do zdania egzaminów do szkoły średniej. Ale zdecydowanie największy
wpływ na kształtowanie się mojej osobowości miała mama. Ta niezwykle
silna i wytrwała kobieta zawsze stawiała na pierwszym miejscu dobro
innych. To właśnie ona nauczyła mnie, jak troszczyć się o rodzinę i przyjaciół. Te wszystkie bardzo ważne dla mnie osoby swoim osobistym
przykładem pokazały mi, jakimi zasadami należy kierować się w życiu.
Młodość, dyskoteki, bijatyki
Młodość, dyskoteki, bijatyki
Soboty były dla mnie niezwykłe. Cały tydzień czekałem, aż przyjdzie ta
upragniona i pełna nieprzewidywalnych zdarzeń noc. Ponieważ ojciec
najczęściej pracował poza domem, ja, mama i siostra musieliśmy zadbać o całe gospodarstwo. Musiałem szybko dorosnąć i już jako nastoletni
chłopak przejąłem opiekę nad rodziną. Wychowywałem się na wsi, mieliśmy
niewielkie gospodarstwo, w którym było jednak mnóstwo obowiązków.
Szczerze nie znosiłem pracy w polu, ale za to kochałem zwierzęta i zajmowałem się nimi najlepiej, jak umiałem. Późnym sobotnim popołudniem,
po wykonaniu wszystkich prac domowych, wreszcie mogłem wskoczyć do
wanny, potem założyć najlepsze dżinsy, podrabianą koszulkę Lacoste,
popsikać się moją ulubioną wówczas wodą toaletową Adidasa i udać się na
przystanek autobusowy. A tam czekali już wszyscy moi znajomi. Wieczorny
autobus, którym jechaliśmy, pachniał młodością, mieszanką dezodorantów
oraz feromonów, które w połączeniu były ekscytującą zapowiedzią
nadchodzących wydarzeń.
Miejsca sobotnich spotkań były różne. Wszystko zależało od tego, która
dyskoteka była aktualnie najbardziej popularna. Było to również
uzależnione od relacji, jakie mieliśmy z chłopakami z okolicznych
miejscowości, z tym bywało różnie. Jako nastoletni chłopak byłem na tyle
dobrze wyrośnięty, że mogłem dodać sobie dwa, a nawet trzy lata. Dlatego
nie miałem problemu z wejściem do dyskoteki już jako czternasto- czy
piętnastolatek. Miało to również swoje dobre strony w przypadku
dziewczyn, które brały mnie za starszego, niż byłem w rzeczywistości.
Bójki między chłopakami były normą. Zwykle nie wdawałem się w bezsensowne bijatyki, lecz kiedy w grę wchodziła pomoc moim kolegom, bez
wahania dołączałem. W tamtym czasie trenowałem wietnamski styl walki
vovinam viet vo dao. Dawało mi to pewność siebie i pozwalało na
skuteczną obronę w niebezpiecznych sytuacjach. Pewnego razu wyszedłem z dyskoteki z dziewczyną, żeby się przejść. Zatrzymaliśmy się, aby
spokojnie porozmawiać i popatrzeć sobie głębiej w oczy. Nagle zbliżyło
się do nas pięciu chłopaków. Już z daleka słychać było ich
podekscytowane głosy: "To ten, to ten!". Wtedy jeszcze nie zdawałem
sobie sprawy, co się za chwilę wydarzy. Rozmawialiśmy dalej, nie
zwracając na nich uwagi. Jednak oni przyspieszyli kroku i podeszli do
nas, byli agresywni. Staliśmy w półmroku, nasze twarze były więc
nierozpoznawalne. Nagle jeden z nich wyciągnął gaz i zaczął pryskać
prosto w moje oczy. Drugi z napastników uderzył moją dziewczynę w twarz.
Natychmiast podjąłem walkę, ale po krótkiej chwili przestałem cokolwiek
widzieć. Poczułem tylko kilka bardzo silnych uderzeń, po których
osunąłem się na ziemię. Zdążyłem jednak zapamiętać twarz jednego z nich.
Olbrzymi strzał adrenaliny i chęć odwetu spowodowały, że szybko
otrząsnąłem się i wstałem. Na szczęście obok była pompa z wodą, którą
obmyłem oczy piekące od gazu. Ruszyłem za nimi.
Nie zdążyli zbyt daleko odejść. Spotkałem ich przy wejściu do dyskoteki.
Nie patrząc na jakiekolwiek konsekwencje, dwoma uderzeniami
znokautowałem zapamiętanego napastnika. Wtedy rozpętało się prawdziwe
piekło. Stanąłem sam przeciwko całej grupie miejscowych chłopaków.
Bardzo szybko mnie otoczyli i czekali tylko na sygnał swojego lidera.
Ja, pełen fantazji, zdjąłem ulubioną flanelową koszulę i czekałem w pozycji do walki. Poruszenie w dyskotece było tak duże, że prawie
wszyscy wyszli na zewnątrz. Okazało się, że pewność siebie połączona z odwagą nawet w tak beznadziejnej sytuacji zrobiła olbrzymie wrażenie.
Podszedł do mnie jeden z miejscowych liderów, jak się później okazało,
miał na imię Paweł, i spokojnie zapytał, co się stało. Krótko opisałem
całe zdarzenie. Grupa była jednak tak bojowo nastawiona, że zaczęła się
szarpanina. Wtedy to Paweł oraz Lidka, koleżanka ze Zbójna, stanęli po
mojej stronie. Paweł był chłopakiem obdarzonym charyzmą, którego wszyscy
w tej miejscowości szanowali, napastnicy odstąpili więc od dalszych
ataków.
Dlaczego zostaliśmy zaatakowani? Otóż jednemu z grupy ktoś bardzo
podobny do mnie odbił na tej dyskotece dziewczynę. Wściekły porzucony
chłopak skrzyknął kolegów, którzy mieli dać nauczkę amatorowi cudzych
dziewczyn. Wieczorem, w kiepskim oświetleniu, pomylił mnie z nim i padliśmy ofiarą tych miłosnych rozgrywek. Na szczęście udało się
opanować całą sytuację. Znokautowany przeze mnie chłopak wylądował w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Kiedy doszedł do siebie i po kilku
miesiącach przypadkowo się spotkaliśmy, przeprosił mnie za tę
niefortunną sytuację.
Po latach spotkałem także wspomnianego Pawła, który wtedy stanął w mojej
obronie. Nie uwierzycie gdzie. Był operatorem w jednostce GROM, gdy
dołączyłem do Zespołu Bojowego A zaraz po kursie podstawowym. Jakie było
moje zaskoczenie, kiedy się rozpoznaliśmy i przypomnieliśmy sobie
historię sprzed wielu, wielu lat. Takie właśnie zdarzenia łączą ludzi na
długo. Jesteśmy kumplami do dzisiaj.
Przypominam sobie również inne sytuacje, w których musiałem stanąć w obronie moich kolegów. Walki różnie się kończyły. Bywało, że wracałem do
domu cały pokrwawiony, w podartym ubraniu, ze złamanym nosem. Pamiętam
do dziś, jak leczyłem lima, smarując okolice oczu pastą do zębów. W tamtym czasie zawsze mogłem liczyć na mojego przyjaciela Tomka, który
nigdy mnie nie zawiódł. Nierzadko zostawaliśmy sami na "polu bitwy".
Tomek również pochodził ze Zbójna. Kończyliśmy razem szkołę podstawową,
później jednak nasze drogi się rozeszły: on poszedł do szkoły budowlanej
do Torunia, a ja - do technikum mechanicznego w Lipnie. Świetnie jeździł
motocyklem i samochodem, a także doskonale tańczył, co bardzo podobało
się dziewczynom. Był chudy i wysoki, jednak w szerokich koszulach i spodniach, tak modnych w latach dziewięćdziesiątych, prezentował się
świetnie. Zawsze uśmiechnięty, pełen optymizmu i fantazji. Ta fantazja
sprawiała, że ciągnęło go do dobrej zabawy, ale też do ryzykownych
decyzji biznesowych. Wiele razem przeszliśmy i jak to w męskiej
przyjaźni, przechodziliśmy przez różne etapy. Jednak do dnia
dzisiejszego zawsze możemy na siebie liczyć.
Początek drogi
Początek drogi
Wierzę, że jeśli bardzo czegoś pragniesz i stale o tym myślisz, to
prędzej czy później to do ciebie przyjdzie i zrealizujesz swoje
marzenie. Ważne, abyś miał jasno sprecyzowany cel i myślał o nim jako o czynności dokonanej, cieszył się tym tak, jakby to się już wydarzyło.
Pamiętam, jak po maturze pojechałem do Wojskowej Komisji Uzupełnień we
Włocławku i zobaczyłem plakat szkół wojskowych. Był na nim dobrze
zbudowany mężczyzna w czerwonym berecie, który trzymał w ręku karabin
AKMS. Ze wszystkich szkół wojskowych, które były na liście, wybrałem
jedną - poznańską szkołę działań specjalnych. Nie miałem wtedy pojęcia,
co mnie czeka i jak potoczą się moje losy, byłem jednak pewien, że
dostanie się do tej właśnie szkoły jest pierwszym krokiem mojej życiowej
drogi, którą powinienem i chcę podążać.
Egzaminy do szkoły wojskowej odbywały się latem. Pojechałem w mojej
ocenie dobrze przygotowany, wysportowany i gotowy stawić czoła wszystkim
konkurencjom. Szkoła im. Stefana Czarnieckiego mieściła się w Poznaniu
przy ul. Wojska Polskiego, nieopodal urokliwego jeziorka Rusałka. Przed
wejściem stał duży czołg T-34. Bardzo spodobały mi się klimat i atmosfera miejsca oraz ludzie, których tam spotkałem. Przez kilka dni
przechodziliśmy różne testy sprawnościowe oraz egzaminy psychologiczne.
W tamtym czasie kandydatów było bardzo wielu i nie było łatwo się
dostać, jednak zdałem egzaminy z takimi wynikami, że finalnie znalazłem
się w wymarzonej szkole. To był jednak dopiero początek. Nie wiedziałem
wtedy, że czeka mnie jeszcze bardzo trudna selekcja do plutonu działań
specjalnych.
Niedaleko szkoły mieszkał mój wujek, stary frontowiec. Pamiętał
doskonale czasy II wojny światowej, w której brał czynny udział. Jako
pancerniak chciał, abym podobnie jak on został czołgistą. Jak wielka
była jego radość i satysfakcja, gdy po powrocie z ostatnich "cywilnych"
wakacji trafiłem właśnie do plutonu pancernego!
Przez ponad miesiąc przygotowywaliśmy się do przysięgi wojskowej. Setki
godzin spędzonych na musztrze wojskowej, nauce regulaminów wojskowych,
grabieniu liści (w nocy śniło mi się, że grabię sterty liści, a one
ciągle rosną i rosną) oraz próbach przed przysięgą. To były czasy, kiedy
krok defiladowy trenowało się, wykorzystując wojskowy pas, który
trzymało się w wyciągniętych rękach - trzeba było w marszu uderzać
czubkiem buta o jego brzeg. Tu też poznałem technikę czyszczenia luster
w toalecie żyletką do golenia po capstrzyku (sygnał wykonywany na trąbce
lub sygnałówce, oznajmujący koniec zajęć dziennych i wzywający do
spoczynku i ciszy nocnej). Pobudka o 5.30, zaprawa, czyli poranne
bieganie, ekspresowa toaleta i biegiem na śniadanie. Apel przed
zajęciami, poddanie się kontroli czystości umundurowania, a w szczególności butów, oraz ogolenia i znowu biegiem na zajęcia. Tak
kształtuje się charakter przyszłego żołnierza zawodowego. Ciągle w pędzie, ciągle szybko. Nie pasowało mi tylko, że byłem w plutonie
pancerniaków. Dlatego czekałem z niecierpliwością na egzaminy do plutonu
działań specjalnych.
Życie wojskowe pełne było różnych absurdów - należała do nich na
przykład cotygodniowa wymiana bielizny. Kadetowi w szkole latem
przysługiwała bielizna w postaci dwóch par majtek, tak zwane BGS, oraz
dwóch koszulek z krótkim rękawem. Zimą były to z kolei dwie pary
kalesonów oraz dwie koszulki z długim rękawem. Mogłoby się wydawać, że
nic w tym dziwnego. Tylko, że kąpiel była raz na tydzień, w łaźni, do
której cały pluton szedł o określonej godzinie. Był to jedyny moment,
kiedy żołnierz mógł umyć się pod prysznicem. Po kąpieli pobierało się z okienka bieliznę, zwykle za małą lub za dużą. Oczywiście nikt z nas nie
kąpał się tylko raz w tygodniu. Przy tak intensywnych zajęciach byłoby
to niemożliwe. Opracowaliśmy więc nowatorski system kąpieli w naszej
kompanijnej umywalni. Polegał on na tym, że odkręcaliśmy krany i łączyliśmy je ze sobą, przez co były dłuższe i sprawdzały się prawie jak
prysznice.
Szkolenie unitarne do przysięgi było dla mnie wyzwaniem. Miałem naturę
bałaganiarza i nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego mam wszystko układać w kostkę, a łóżko musi być pościelone tak, że rzucona moneta odbija się od
koca. Dlatego moje łóżko ciągle służyło za negatywny przykład i kiedy
wracałem z zajęć, zawsze było wywrócone do góry nogami. Dużo czasu
musiało upłynąć, zanim zebrałem się i zacząłem wszystko wykonywać
poprawnie.
Podczas codziennych zajęć z daleka widywałem chłopaków z plutonu działań
specjalnych ze starszego rocznika. Bardzo mi imponowali i pragnąłem jak
najszybciej do nich dołączyć. W końcu przyszedł wymarzony dzień -
selekcja.
Pierwsza selekcja
Pierwsza selekcja
Kandydatów do plutonu było bardzo dużo, a miejsc niewiele. Wspólnie
przygotowywaliśmy się do tych egzaminów. Uczyłem się od starszego
kolegi, jak poprawnie zwijać koc wojskowy, aby prawidłowo przytroczyć go
do plecaka. Nie mieliśmy zbyt wielu wskazówek, a czekał nas pierwszy
bardzo istotny i trudny etap, czyli marszobieg w pełnym wojskowym
oporządzeniu na dystansie około 60 kilometrów. Była to moja pierwsza
ważna selekcja. Nie wiedziałem wtedy, że przede mną jeszcze kilka, w tym
ta najważniejsza, do której miałem przystąpić dokładnie dziesięć lat
później w Bieszczadach.
W niedzielę o świcie, kiedy cała szkoła jeszcze spała, a reszta kadetów
była na przepustkach w swoich rodzinnych domach, ja i inni kandydaci
stanęliśmy na zbiórce do pierwszego etapu selekcji.
Po wstępnej weryfikacji zostaliśmy załadowani na wojskowe samochody
ciężarowe star i zawiezieni na poligon. Cała grupa - kilkadziesiąt osób
- wystartowała biegiem za prowadzącymi komandosami z plutonu działań
specjalnych. Nasze wyposażenie i sprzęt przypominały czasy II wojny
światowej: metalowy hełm, łopatka saperska, plecak na cienkich szelkach,
paso-szelki, koc, maska przeciwgazowa, odzież ochronna OP1, dodatkowo w plecaku bielizna zapasowa, pałatka, onuce, środki czystości, menażka,
zapas wody w manierce... Piekielnie niewygodne i uwierające w każdą część
ciała elementy wyposażenia dokuczały z każdym krokiem coraz bardziej. I tak kandydaci zaczęli się powoli wykruszać. Pamiętam, jak biegłem w szaleńczym tempie za prowadzącymi, aby utrzymać się w czołówce. Wydawało
się, że poligonowe drogi nie mają końca. Nigdy wcześniej nie zrobiłem
takiego dystansu z tak niewygodnym i siermiężnym wyposażeniem.
Dzień się kończył, a my ciągle nie wiedzieliśmy, ile jeszcze przed nami.
W pewnym momencie dobiegliśmy do poligonowego wzniesienia i prowadzący
wydał komendę: "Stop". Wszyscy ciężko dyszeliśmy, a teraz mieliśmy
szansę na chwilę zatrzymać się, złapać oddech i poprawić niewygodny
sprzęt. Ale czekało na nas kolejne zadanie. Musieliśmy odpowiedzieć
pisemnie na bardzo trudne i niekomfortowe pytania. Jedno z nich
szczególnie utkwiło mi w pamięci: "Czy poświęciłbyś swoją rodzinę, aby
wykonać zadanie?". Oddaliśmy kartki, po czym jeden z prowadzących
zapytał głośno: "Kto idzie dalej? Kto zostaje?". Okazało się, że na tym
etapie następnych kilku kandydatów postanowiło zakończyć selekcję.
Pozostali, którzy podjęli wyzwanie, przeszli jeszcze około kilometra, by
wsiąść do samochodów i jechać do szkoły. Znowu okazało się, że
determinacja w dążeniu do celu to podstawa zwycięstwa. Tego dnia
wróciłem kompletnie wykończony, ale niewiarygodnie szczęśliwy. Pokonałem
swoje słabości, znalazłem się w niewielkiej grupie osób, które przeszły
pozytywnie ten etap i zakwalifikowały się do kolejnego.
Najtrudniej było wstać rano następnego dnia. Potworne zakwasy i pęcherze
na stopach praktycznie uniemożliwiały mi poruszanie się. Czułem się,
jakby moje ciało było rozrywane na kawałki. Nie mogłem ruszać rękami ani
nogami.
Koledzy z sali, którzy nie brali udziału w marszobiegu, pomogli mi
posłać łóżko. Dowiedziałem się, że po południu mamy egzaminy
sprawnościowe, czyli między innymi bieg na 3000 metrów, pływanie 50
metrów, nurkowanie, podciąganie na drążku, skoki na skrzynię. Jak wielka
siła drzemie w człowieku, który ma odpowiednią motywację, że potrafi
zmobilizować się do kolejnego i kolejnego wysiłku? Nawet w takiej
sytuacji, kiedy rano nie możesz podnieść się z łóżka, a już po południu
wykorzystujesz tę niesamowitą moc, by biegać, pływać i skakać. Tak
dzieje się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jesteś odpowiednio zmotywowany
do działania. Gdy stawiasz sobie cele, które prowadzą cię do spełnienia
marzeń. Walczyłem o każdą sekundę, każde podciągnięcie, by przejść do
kolejnego etapu. Zakwalifikowałem się do następnej tury. Byłem bardzo
szczęśliwy, ale wiedziałem, że to ciągle nie koniec walki, że przede mną
jest kolejny etap selekcji do elitarnego plutonu działań specjalnych.
Był ciepły październikowy poranek. Niewielka grupa zmotywowanych
chłopaków stanęła do przedostatniego etapu selekcji. Tak jak poprzednio
zostaliśmy przetransportowani samochodami ciężarowymi star na poligon
Biedrusko. Ustawieni na zbiórce czekaliśmy na dalsze rozkazy. Po chwili
naszym oczom ukazał się nadjeżdżający wojskowy samochód terenowy UAZ.
Zatrzymał się obok nas i wysiadł z niego dobrze zbudowany porucznik
Malec w czerwonym berecie. Miał niesamowicie przenikliwe spojrzenie.
Przywitał nas bardzo uprzejmie i wyjaśnił zasady. Następnie wręczył nam
mapy ze współrzędnymi pierwszego punktu, do którego mieliśmy dotrzeć. To
był mój pierwszy kontakt z zupełnie nieznaną wojskową kulturą
organizacyjną. Do tej pory wszyscy krzyczeli, kazali biegać bez
możliwości jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia, aż tu nagle zjawia
się zupełnie inny człowiek, który swoją charyzmą zrobił na nas tak
potężne wrażenie, że nie potrzebował krzyczeć ani wymuszać czegokolwiek,
a my wszyscy staliśmy i słuchaliśmy go prawie na bezdechu. Tego dnia nie
wiedzieliśmy, ile jeszcze niespodzianek nas czeka.
Początkowo marsz wydawał się prosty. Nie musieliśmy biec, wszystko
robiliśmy we własnym tempie. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że
powinniśmy wykonywać zadania możliwie najszybciej - przecież była to
selekcja, a my walczyliśmy o miejsce w wymarzonym plutonie. W małych
grupach dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego i tam dostaliśmy
współrzędne kolejnego. Najważniejsze było prawidłowe czytanie mapy, ale
niestety nikt z nas nie miał wielkiego doświadczenia w tej ważnej
wojskowej dziedzinie. Mapy też nie były najnowsze, chociaż dosyć dobrze
odzwierciedlały poligonowe bezdroża.
Mijały kolejne godziny. Zmęczenie oraz ciągła niepewność, czy dobrze
idziemy, dawały o sobie znać. Jesień 1994 roku była ciepła i niezwykle
kolorowa. Las wyglądał przepięknie, barwne liście opadały z drzew, a wokoło rozbrzmiewał śpiew leśnych ptaków. I w tej przepięknej scenerii
my - walczący o swoje marzenia przyszli komandosi. Tak upływały kolejne
godziny marszu i współpracy między nami. W końcu zostało nas w grupie
czterech. Reszta gdzieś zniknęła lub zagubiła się w leśnych bezdrożach.
Zrobiło się już bardzo ciemno, a za nami było ponad osiemdziesiąt
kilometrów marszu. Właśnie wtedy dostrzegliśmy małe światełko daleko
przed nami. Zbliżaliśmy się do niego, wierząc, że oznacza kres tego
potwornego wysiłku. Okazało się, że rzeczywiście był to ostatni punkt
kontrolny - meta. Tak, byliśmy pierwsi! Zapisaliśmy swoje nazwiska i spokojnie czekaliśmy na dalsze rozkazy. Do dziś pamiętam, jak bardzo
byłem szczęśliwy. Dotarłem do mety niesamowicie zmęczony, ale zadowolony
ze świetnie wykonanego zadania.
Już wtedy okazało się, że oprócz wytrzymałości psychofizycznej testowi
podlegała też umiejętność współpracy w grupie. Przekonali się o tym
bardzo dotkliwie ci kandydaci, którzy postanowili działać sami.
Większość z nich pomyliła leśne drogi i pogubiła się. Któregoś z tych
samodzielnych kandydatów znaleziono późno w nocy w jednym z okolicznych
miasteczek, odwodnionego i wyczerpanego. Kolejny raz przekonałem się, że
pewność siebie i swoich umiejętności, dobre przygotowanie i współpraca w grupie oraz zdolność radzenia sobie ze stresem przynoszą pożądane
efekty. Tym razem znalazłem się w grupie czterech najlepszych kandydatów
do plutonu specjalnego.
Bordowy beret
Bordowy beret
Zostaliśmy przeniesieni do wymarzonej 12. kompanii kadetów. Budynek, w którym mieściła się kompania, ze względu na swoją unikatową architekturę
nazywany był pałacykiem. W środku niestety był bardzo zaniedbany. Jednak
dla mnie i moich kolegów był wyjątkowy, pamiętam go do dzisiaj.
Szefem kompanii w tamtym czasie był chorąży, który pamiętał doskonale
kulturę organizacyjną z czasów Ludowego Wojska Polskiego. Niewysoki,
łysiejący mężczyzna koło pięćdziesiątki - wydawał mi się bardzo stary. Z niecierpliwością czekaliśmy na mundury wojsk powietrznodesantowych typu
US, bordowy beret i buty desantowe z dzwonkami. W tamtym czasie mundury
US nie były tak dostępne jak dzisiaj. Chorąży zawołał nas do piwnicy, w której mieścił się jego magazyn. Kiedy zeszliśmy na dół, naszym oczom
ukazała się sterta brudnych mundurów pomieszanych z nowymi i używanymi
butami. "Wybierajcie sobie" - powiedział chorąży. Rozczarowani
spojrzeliśmy po sobie, po czym zaczęliśmy dopasowywać mundury i buty.
Jeszcze długo potem wymienialiśmy się między sobą niedopasowanymi
elementami umundurowania.
Przyszedł czas na ostatni test, który musieliśmy zdać, aby dostać się do
plutonu specjalnego. Ubrani w "nowe" mundury i buty udaliśmy się do sali
łączności, gdzie pan chorąży łączności napisał na tablicy dziesięć
znaków alfabetem Morse'a. Znałem go jeszcze z czasów harcerskich, jednak
nigdy wcześniej nie pracowałem na telegrafie. Na szczęście dla
większości z nas test przebiegł pomyślnie - tylko jedna osoba nie
zaliczyła. W tamtym czasie łączność specjalna opierała się na kodowaniu
cyfrowym właśnie alfabetem Morse'a. Cyfrowy alfabet musieliśmy znać
perfekcyjnie. Ciągle mieliśmy sprawdziany z szybkości nadawania i odbioru grup. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem w tym bardzo dobry,
raczej przeciętny - nie stało się to moją pasją.
Szkolenie kandydatów na dowódców grup specjalnych, bo takie funkcje
mieliśmy pełnić po ukończeniu szkoły, było niezwykle intensywne i wymagające. Wyselekcjonowani kadeci byli bardzo sprawni fizycznie,
nieprzeciętnie inteligentni oraz świetnie prezentowali się w bordowych
beretach. Muszę dodać, że w moim roczniku były tylko dwa plutony noszące
takie berety: pluton rozpoznawczy, czyli chłopaki, które przeszły razem
ze mną pierwszy etap selekcji, i my - niewielka, dwudziestoosobowa grupa
plutonu specjalnego. Wszystkie normy sprawnościowe mieliśmy podwyższone
tak, aby osiągać jak najlepsze wyniki. Szczególnie zapamiętałem normę nr
13, czyli bieg z zasobnikiem na dystansie dziesięciu kilometrów. Zwykle
biegaliśmy wokół naszego stadionu, po asfaltowej drodze, i niby nic w tym dziwnego. Sprawę utrudniało jednak to, że normę trzeba było zaliczyć
na początku raz w tygodniu. Zwykle odbywało się to przed wyjazdem na
przepustkę, zaraz po obiedzie. Zdarzało się wtedy, że obiad lądował na
drodze, ponieważ zbyt mocno obciążał nasze żołądki i stanowił zbędny
balast.
Mieszkaliśmy wspólnie z plutonami specjalnymi starszego rocznika. Na
początku chcieli zaprowadzić tak zwane falowe porządki: mieliśmy między
innymi sprzątać u nich w pokojach, jednak bardzo szybko odpuścili.
Pamiętam, że postawiłem się jednemu z nich, kiedy chciał, abym
posprzątał jego salę. Dogadaliśmy się i od tej pory wszyscy wiedzieli,
że wspólne rejony, czyli korytarze, umywalnie, toalety, sprzątaliśmy z plutonem rozpoznawczym, jednak własne sale każdy musiał sprzątać sam.
Nigdy nie byłem zwolennikiem wykorzystywania w ten sposób swojej pozycji
i później, na drugim roku, pilnowałem, aby przestrzegać tych zasad w stosunku do młodych kadetów pierwszego rocznika.
Atmosfera w 12. kompanii była bardzo dobra. Nie wchodziliśmy sobie w drogę, a starszy rocznik plutonu specjalnego bronił nas przed innymi
plutonami starszych roczników.