Rozdział II
Pokaż mi walizkę, powiem ci, kim jesteś
Niewesołe rozmyślania Antona Millera przerwało lekkie pukanie do drzwi. Stanęła w nich ta sama pokojówka, która tak bacznie przyglądała się nowemu gościowi na korytarzu.
- Przyszłam rozpakować panu rzeczy.
- Proszę - Miller nie okazał zdziwienia, chociaż mimo wielu podróży po raz pierwszy zetknął się z taką usługą hotelową. To jednak dość proste. W wielkich, międzynarodowych hotelach, służba jest zazwyczaj na dwóch etatach. Tym oficjalnym i tym policji bezpieczeństwa. Odmowa nie miałaby najmniejszego sensu i tylko zaostrzyłaby ciekawość wiadomych panów. A służba hotelowa zawsze może zrewidować rzeczy gościa w czasie jego nieobecności w numerze. Swoją drogą policja Republiki Południowej Afryki jest bardzo operatywna, skoro interesuje się cudzoziemcem.
- Poproszę klucze od walizki.
- Nigdy jej nie zamykam. Żadnych skarbów tam nie wożę.
Dziewczyna otworzyła skórzaną walizę i tak się pochyliła nad jej zawartością, że obserwujący ją mężczyzna mógł podziwiać zgrabne smukłe nogi na prawie całej ich długości. Były naprawdę bardzo ładne. Pokojówka znała ich wartość i umiała je eksponować.
- Pan pierwszy raz w Kapsztadzie?
- W ogóle pierwszy raz w waszym kraju.
- Nie ma piękniejszego na świecie - zapewniła dziewczyna - ale trochę za dużo tych czarnuchów. Mamy z nimi sporo kłopotów.
Miller przezornie ani nie przytaknął, ani nie zaprzeczył.
- Pan na długo do nas?
- Jeszcze nie wiem. Może na kilka dni, może na dłużej.
- Turysta?
- Jestem handlowcem.
- Dużo biznesmenów przyjeżdża teraz do nas. Kapsztad stał się wielkim centrum handlowo-przemysłowym - dziewczyna zręcznie wypakowywała zawartość walizki i układała rzeczy na półkach ściennej szafy znajdującej się w małym korytarzyku. - Nazywam się Mary Strijdom. Przyjaciele mówią do mnie Marietjie.
- A ja będę mógł panią nazywać Marietjie?
- O! Byłabym ogromnie rada.
Rzeczy już zajęły miejsca na półkach, dwa garnitury znalazły się na wieszakach w szafie, dziewczyna jednak nie kwapiła się do wyjścia.
- Radzę panu przebrać się w to lekkie, jasne ubranie. Na dworze jest gorąco. I niech pan dzisiaj zbyt dużo nie chodzi, a także proszę nie pić alkoholu. Trzeba się przyzwyczaić do naszego klimatu. Zrobił pan skok z zimy prosto w upálny koniec wiosny. Pan bezpośrednio z Zurychu?
"Powiedziała "z Zurychu" - przemknęło Millerowi po głowie - a więc interesują się mną. Pokojówka otrzymała dokładne zlecenia od swoich mocodawców. Trzeba prowadzić tę grę i być bardzo ostrożnym".
- Jechałem dwa dni - odpowiedział zgodnie z prawdą - bo zatrzymałem się w Egipcie. Z Zurychu nie ma bezpośredniego połączenia do Kapsztadu. A za rady bardzo pani dziękuję Marietjie. Postaram się do nich zastosować. Teraz trochę pospaceruję po mieście, a jutro zajmę się nawiązywaniem kontaktów handlowych. Jestem właścicielem firmy handlowej w Zurychu. Oto mój adres, gdyby pani kiedykolwiek zawitała do naszego miasta - Miller podał dziewczynie swój bilet wizytowy.
- Dziękuję, ale na razie nie wybieram się do Europy.
- Gdyby jednak...
Dziewczyna schowała karteczkę do kieszonki fartuszka. Miller milczał. Chcąc nie chcąc, panna Strijdom zaczęła się zbierać do wyjścia. Ściereczką od kurzu strzepnęła jeszcze jakiś niewidoczny pyłek na biurku i stojąc we drzwiach dorzuciła:
- Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę dzwonić. Mam służbę do dziesiątej, ale mogę zostać dłużej.
Była to niedwuznaczna oferta. Anton skwitował ją krótko:
- Dziękuję, Marietjie.
- Proszę dzwonić - powtórzyła pokojówka. - A na którą zamówić panu śniadanie do pokoju?
- Dziękuję. Wstaję zwykle o siódmej, ale wolę zjeść śniadanie na dole, a nie w pokoju.
- Jak pan sobie życzy.
Po odejściu dziewczyny Miller poważnie się zastanowił. Marietjie koniecznie chciała się znaleźć w jego łóżku. Jako mężczyzna nie miał nic przeciwko małej przygodzie ze zgrabną pokojówką. Ale to wszystko było dość niezwykłe. Czyżby dziewczyna dorabiała sobie uprawianiem hotelowej prostytucji? To raczej wykluczone. Hotele z czterema gwiazdkami nie tolerują żadnej poufałości służby z gośćmi. Dziewczyna straciłaby natychmiast pracę. Zapewne działała według udzielonej jej instrukcji. Wiadomo, ważne wiadomości kobieta najłatwiej zdobywa w łóżku kochanka. Ale dlaczego tak się policja bezpieczeństwa interesuje skromną osobą Antona Millera? Co mogą o nim już wiedzieć i czego szukają? Wszystkie dokumenty ma we wzorowym porządku. Przez ostatnie lata nie zajmował się niczym podejrzanym, jeśli nie liczyć tych drobnych prób z przemytem papierosów czy też zupełnie nieudaną operacją z tureckim opium. Może sprawa marsylska? Nie, to wprost niemożliwe! Gdyby wpadli na jego trop, Interpol zwinąłby go już dawno w Szwajcarii. A więc co? Przecież nie nagła miłość od pierwszego wejrzenia. W takie głupstwa Anton Miller nie wierzył od dawna. Umiał uwodzić kobiety, umiał się im podobać. Nieraz bardzo dużo im zawdzięczał, ale tutaj to wszystko szło za szybko i trochę zbyt nachalnie.
Skorzystał jednak z dobrych rad dziewczyny. Pozbył się swojego popielatego, dość ciepłego garnituru, wziął prysznic i w lekkim ubraniu z tropiku wyszedł na ulice Kapsztadu. Trochę spacerował starając się zapoznać z topografią miasta. Następnie kazał się obwieźć po Kapsztadzie taksówką. Na pewno nikt go nie śledził. Pod tym względem pan Miller miał dobre rozeznanie i każdego agenta policji rozpoznawał na pierwszy rzut oka. Długoletnia praktyka robi swoje. Kierowca taksówki, zadowolony z intratnego kursu, namówił swojego pasażera na odwiedzenie False Bay, którą reklamował jako najpiękniejszą plażę w całej Afryce. Tutaj pan Miller wstąpił do kawiarni, aby napić się mocnej kawy. Marietjie nie kłamała, zmiana klimatu zaczynała cudzoziemcowi dawać się we znaki. Głowa robiła się coraz cięższa, a krople potu coraz szybciej występowały na czoło. Zmęczenie podróżą także się potęgowało. Anton uznał zatem, że najlepiej zrobi wracając do hotelu. Na pokojówkę nie zadzwonił. Nawet ze względów fizjologicznych. A poza tym nie zwykł płacić za coś, co zawsze otrzymywał za darmo. Położył się wcześnie spać i obudził o świcie. Znowu czuł się znakomicie. Organizm szybko zaakceptował zmianę długości geograficznej i inny klimat. Najwidoczniej wiele lat przebywania w tropiku zahartowały jego ciało. Nie wstawał jednak. Leżąc na wygodnym tapczanie rozmyślał, w którą stronę skierować pierwsze kroki? Postanowił, że odwiedzi kilka dużych firm handlowych i rozpocznie z nimi rozmowy jak najbardziej oficjalne. Trzeba zobaczyć, co z tego wyjdzie? Dopiero potem można będzie poruszyć bardziej ciekawe tematy, jak dostawy towarów objętych sankcjami gospodarczymi.
O siódmej godzinie rozległ się lekki chrobot klucza przekręcanego w zamku. Marietjie weszła, a raczej cichutko wśliznęła się do pokoju. Nie miała na sobie zwykłego stroju pokojówek, ale kolorową, dobrze uszytą sukieneczkę.
- Pan już nie śpi?
- Mówiłem, że wstaję zwykle o siódmej.
- Wczoraj pan nie zadzwonił. Czekałam - w głosie dziewczyny dźwięczał żal.
- Niczego nie potrzebowałem - roześmiał się Anton - trochę pospacerowałem po mieście i wcześnie położyłem się spać. Spałem jak zabity.
- To dobrze, że pan wypoczął. Teraz przygotuję panu kąpiel - dziewczyna znikła w drzwiach łazienki, skąd wkrótce rozległ się szum wody nalewanej do wanny.
- Kąpiel gotowa!
Miller wstał z tapczanu i przeszedł do łazienki. Chciał za sobą zamknąć drzwi, ale dziewczyna weszła za nim i podchodząc zupełnie blisko zaczęła rozpinać mu guziki od pidżamy.
- Ta wanna - szepnęła - jest tak duża, że zmieścimy się oboje.
Kiedy już uspokojeni, odpoczywali na tapczanie, Marietjie delikatnie głaszcząc ciało kochanka powiedziała:
- Od pierwszego momentu, kiedy zobaczyłam cię tam, na korytarzu, postanowiłam, że musisz być moim. Tak bardzo mi się podobałeś. A ty niedobry, nie zadzwoniłeś. Straciliśmy jedną noc.
- Będziemy ich mieli jeszcze wiele przed sobą - roześmiał się Anton.
- Tylko nie myśl, że lecę na twoje pieniądze. Wiem, że nie jesteś bogaty.
- Coo? - zdziwił się Miller.
- Nie jesteś bogaty - powtórzyła dziewczyna, chociaż chcesz za takiego uchodzić. Możesz udawać przed wszystkimi, ale nie przede mną.
- Tak myślisz?
- Rozpakowywałam twoje rzeczy. Masz ładne garnitury, ale to gotowa konfekcja, kupiona w jakiejś szwajcarskiej firmie. Bogaci ludzie nie tylko ubrania, ale także koszule szyją na zamówienie.
- Przesada.
- Koszule może nie wszyscy sobie szyją - zgodziła się Marietjie - ale ty masz ich po prostu za dużo.
- To źle? Przecież właśnie to świadczy o zamożności człowieka.
- Może o zamożności, ale nie o prawdziwym bogactwie. Milionerzy, jeżeli podróżują po krajach cywilizowanych, mają ze sobą najwyżej po jednej zmianie bielizny, po jednej parze skarpetek i... książeczkę czekową. Co im potrzeba, kupują w miejscowych sklepach. Wyjeżdżając, cały ten kram zostawiają w pokoju hotelowym, nawet gdyby mieli się przenieść do sąsiedniego miasta. Wyjątki robi się jedynie dla garniturów i obuwia. A także, jeżeli podróżuje się samochodem.
- Ciekawą masz filozofię.
- To nie filozofia, a po prostu doświadczenie. Podobasz mi się i jest mi wszystko jedno, kim jesteś. Możesz być nawet szczurem hotelowym.
- Tak źle ze mną nie jest.
- Ale musisz przyzać, że cię dobrze rozszyfrowałam.
- W pewnym stopniu - zgodził się Anton Miller - rzeczywiście, nie jestem jeszcze milionerem, ale po prostu solidnym, szwajcarskim biznesmenem. To przecież łatwo sprawdzić. Wystarczy, żeby ten, kto się tymi sprawami interesuje, zatelefonował pod numer mojej firmy w Zurychu. Albo tylko zajrzał do książeczki telefonicznej tego miasta. Chyba nie zgubiłaś mojej wizytówki? Zresztą mogę ci dać drugą.
Dziewczyna usiadła na tapczanie.
- Za kogo ty mnie masz!
- Za ładną, miłą babeczkę.
- Mylisz się. Wprawdzie policja nieraz żąda od nas rozmaitego rodzaju informacji o różnych ludziach mieszkających w naszym hotelu, ale ja takich wiadomości nie zdobywałam nigdy w łóżku. Kładę się tam z tymi, którzy, mi się podobają. A co do ciebie, jesteś chyba za małym pionkiem, żeby tak od razu się tobą zainteresowano. Jak będą chcieli, inaczej cię wypróbują.
Marietjie podniosła się z tapczanu, ale Anton prawie siłą ją zatrzymał, położył i znowu zaczął pieścić. Początkowo usiłowała się bronić. Ale krótko.
- Jestem głupia, bardzo głupia - szeptała - powinnam wyjść stąd natychmiast. Ale ty mi się tak podobasz, jak jeszcze nigdy nikt.
- Zaczynam ci wierzyć.
- Musisz. Skąd masz tę bliznę na prawym udzie?
- To nóż pewnego Murzyna w Zairze. Ale on już nie żyje.
- A te ślady ran na piersi?
- Pamiątka z Nigerii.
- Czerwona szrama na plecach?
- To stara historia. Wietnam.
- Z twojego ciała można się uczyć geografii - roześmiała się dziewczyna - masz także krechę na policzku. To ci jednak nawet dodaje uroku.
- Jedynie wspomnienie z pewnej marynarskiej knajpy w Rotterdamie. Nic ważnego. Mała bójka po pijanemu i kastet, przed którym nie zdążyłem się uchylić. Zawadził mnie samym końcem żelaza.
- I tak ma wyglądać poważny szwajcarski biznesmen?
- Naprawdę nim jestem. Na starość ludzie ustatkowują się i poważnieją. Zaczynają rozumieć, że człowiek ma tylko jedno życie i że w końcu trzeba się wziąć za spokojniejsze i bardziej zyskowne interesy.
- Przyjechałeś szukać takich interesów w Kapsztadzie?
- Tak. Mam nadzieję, że je znajdę.
- Uprzedzam. Nie wdawaj się w kupno diamentów!
- Dlaczego? Czy handel diamentami może być gorszy od handlu na przykład ropą naftową?
- Firma de Beers ma monopol na eksploatację pól diamentowych i na handel tymi kamieniami.
- Ale na pewno istnieje czarny rynek?
- Murzyni pracujący w kopalniach, a także i biali, naturalnie starają się skraść co cenniejsze okazy diamentów. Niektórym to się udaje. Trudno jest ukraść, ale jeszcze trudniej sprzedać i wywieźć za granicę. Tu działają wspólnie koncern de Beers i policja.
- Diament łatwo ukryć.
- Poradzono sobie i z tym. Każdy podejrzany, a przede wszystkim każdy cudzoziemiec, którego można posądzić o chęć wzbogacenia się bez zgody de Beers, może oczekiwać wizyty ludzi, proponujących mu kupno diamentów po śmiesznie niskiej cenie. Ty chyba także doczekasz się takiej wizyty. Może Murzynów, może białych. Albo i białych, i Murzynów.
- Te diamenty są fałszywe?
- Są jak najprawdziwsze. I bardzo piękne w swoim gatunku. Jednakże w parę godzin czy nawet w parę minut po takiej transakcji zjawia się policja. Konfiskuje diamenty, które z powrotem trafiają do firmy de Beers, zaś chciwy amator łatwego zarobku wędruje do więzienia. Jeżeli jest dostatecznie bogaty, płaci wysoką grzywnę i zostaje wydalony z naszej republiki. Biedniejszy musi spędzić co najmniej dwa lata w miejscowym więzieniu. Takim ludziom i ewentualnym ich naśladowcom odchodzi chętka robienia tego rodzaju interesów. Widziałam już dużo naszych gości opuszczających w ten sposób hotel "Intercontinental".
- Sprytne - zauważył Miller.
- Pamiętaj. Uprzedziłam cię. Nie daj się złapać.
- Bądź spokojna. Diamenty mnie nie interesują. Nie znam się na nich. Dla mnie to tylko szarego koloru na wpół przezroczyste kamyki. Ale pomimo tych metod, przemyt diamentów z Republiki Południowej Afryki nadal istnieje.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.