Pokaz w poselstwie
Drzwi gabinetu otworzyły się cicho. Sekretarz norweskiego ministra spraw
zagranicznych, profesora Haldvana Kohta, położył przed swym szefem
poranną pocztę. Na samym wierzchu pokaźnego stosu listów i dokumentów
leżał prostokątny karton ozdobiony czarnym orłem trzymającym w szponach
swastykę - staroskandynawski, jak na złość, znak runiczny. Na kartonie
ozdobną czcionką wydrukowane zaproszenie:
Poseł pełnomocny Rzeszy Niemieckiej w Oslo, dr Kurt Braüer, ma zaszczyt
zaprosić na pokaz filmu dokumentalnego pt.: "Feldzug in Polen"
Pokaz odbędzie się w siedzibie Poselstwa, w dniu 5 kwietnia 1940 roku.
Profesor Koht wiedział już, że tego rodzaju zaproszenie znajdzie dziś na
swoim biurku. Właśnie przed chwilą dzwonił do niego osobiście premier
Rządu Jego Królewskiej Mości Haakona VII, Nygaardsvold, który otrzymał
takie samo Einladung.
- Drogi profesorze - w głosie premiera można było wyczuć nutkę
zaniepokojenia - proszę nie zapominać, że nie wolno nam, pod żadnym
pozorem, dawać Niemcom powodu do urazy. Szczególnie teraz, gdy jeszcze
nie zapomnieli tego nieszczęsnego incydentu z "Altmarkiem"...
Premier Nygaardsvold nie musiał zbyt długo przekonywać ministra Kohta o racjach przemawiających za przyjęciem tego nieoczekiwanego zaproszenia.
Kto jak kto, ale minister spraw zagranicznych wiedział doskonale, jakie
względy odgrywały tu szczególną rolę.
Wiosna 1940 roku nie zapowiadała się spokojniej niż jesień, o której
miała być właśnie mowa w filmie "Kampania w Polsce". Mimo iż w zachodniej Europie toczyła się bezkrwawa niemal "dziwna wojna" i alianccy zwolennicy niesławnej polityki monachijskiej łudzili się, że
rychło może uda się skierować ją w dogodnym dla siebie kierunku -
wszyscy trzeźwiej myślący ludzie zdawali sobie sprawę z grozy sytuacji.
Hitler - domyślano się nie bez słuszności - na pewno nie poprzestanie na
swych dotychczasowych zdobyczach i uzupełniwszy straty, jakie zadali mu
bohatersko, choć bez szans broniący się Polacy, sięgnie po nowe kąski. I nikt, żadne z państw Europy, a już najmniej Norwegia, nie kwapiło się,
by posłużyć jako następne danie dla krwiożerczego Wehrmachtu.
Stąd też naczelnym przykazaniem norweskiej polityki - tak zagranicznej
jak i wewnętrznej - stała się zasada: "Nie drażnić drapieżcy".
W myśl tej zasady cała prasa norweska unikała jak ognia tematów, które
mogłyby spowodować protest Berlina. Władzom celnym i portowym wydano
surowy nakaz, by niemieckie statki korzystające z wód terytorialnych i portów Norwegii nie były pod żadnym pozorem i w żadnym wypadku
niepokojone jakimikolwiek kontrolami poza niezbędną, czysto formalną
odprawą celną.
Przyznano także, na zapas nawet, wszelkie możliwe prawa i całkowity
samorząd niewielkiej w Norwegii niemieckiej mniejszości narodowej, a jej
przywódców polecono traktować w urzędach z wyszukaną wprost grzecznością
i uprzejmością.
Premier Nygaardsvold osobiście czuwał nad ścisłym przestrzeganiem tych
poleceń. Zdawał sobie sprawę, jak wiele od tego zależy... Dlatego też
wiele krwi napsuła mu historia z "Altmarkiem".
Ten ponury statek-więzienie towarzyszył jako jednostka zaopatrzeniowa
niemieckiemu pancernikowi "kieszonkowemu" "Admiral Graf Spee" w jego
pirackich rajdach. Gdy "Spee", osaczony przez brytyjskie krążowniki w neutralnym Montevideo, został zatopiony na redzie tego portu przez
własną załogę, "Altmark", wiozący pod pokładem 299 więźniów - rozbitków
z 16 zatopionych przez raidera statków alianckich, wymknął się
szukającym go po całym Atlantyku okrętom i samolotom brytyjskim, i okrężną drogą, naokoło Islandii, wracał do Niemiec. Brytyjski samolot
wypatrzył go w końcu u wybrzeży Norwegii. Zaalarmowany zespół
brytyjskich niszczycieli ruszył w pościg. Statek-więzienie usiłował
schronić się na wodach terytorialnych Norwegii, jednakże angielski
niszczyciel "Cossack" wpłynął za nim w głąb fiordu Joessing j nie
zważając na protesty norweskiego patrolowca odbił więźniów.
Incydent ten miał miejsce 16 lutego 1940 roku, jednakże nawet teraz, po
upływie niemal dwóch miesięcy, minister Koht nie może wspominać go
spokojnie. Nigdy, to oczywiste, nie żywił sympatii do Niemców, oburzały
go i oburzają nadal ich brutalne, niezgodne z prawem międzynarodowym
metody prowadzenia wojny morskiej, ale Anglicy powinni byli uszanować
neutralność Norwegii i suwerenność jej wód terytorialnych. Mogli
przecież odbić swoich uwięzionych marynarzy na pełnym morzu, nie
powodując tak niebezpiecznych komplikacji w polityce jego kraju i nie
narażając narodu norweskiego na konflikt z potężną Rzeszą... No, Bogu
chwała, że ta cała awantura zakończyła się jedynie burzą niemieckich
protestów i wielce dla rządu norweskiego nieprzyjemną korespondencją
dyplomatyczną z Berlinem i Londynem... Kryzys został zażegnany i nic
obecnie nie wskazuje, aby w najbliższym czasie coś mogło ze strony
Niemiec grozić Królestwu Norwegii. Ostatnio nawet - minister Koht myślał
o tym z pewnym zażenowaniem, ale i z zadowoleniem - zarówno oficjalne
wypowiedzi, jak i głosy niemieckiej prasy są dla nas dość przychylne...
Sam Hitler oświadczył przecież, że Niemcy nie miały nigdy sprzecznych
interesów lub spornych problemów z państwami północnymi i nie mają ich
dzisiaj... Tak, nie można Niemców niczym urazić... Trzeba pójść na ten
pokaz...
Cichutki brzęczyk telefonu przerwał ministrowi jego rozważania.
- Panie ministrze - meldował sekretarz -
radca Petersen prosi o przyjęcie. Otrzymał jakieś bardzo ważne
informacje.
Profesor Koht skrzywił się. Znowu ten Petersen...
- Niestety, w tej chwili to niemożliwe. Proszę powiedzieć radcy
Petersenowi, żeby mi, jeśli to rzeczywiście takie ważne, przygotował
notatkę. Przejrzę ją wieczorem, jak wrócę z poselstwa...
O oznaczonej godzinie przed rzęsiście oświetlony gmach poselstwa Rzeszy
zajeżdżać począł długi sznur samochodów, z których wysiadali kolejno
najwyżsi dostojnicy państwowi Norwegii. Zjawił się także komplet
przedstawicieli dyplomatycznych, z wyjątkiem - oczywiście - posłów i ambasadorów tych państw, które były w stanie wojny z Rzeszą.
Na stojącej w hallu wejściowym srebrnej tacy piętrzył się stos kartonów
z czarnym orłem. Tych, którzy mimo wysłania zaproszenia nie skorzystali
z niego i nie przybyli, można było doprawdy policzyć na palcach jednej
ręki. Doktor Braüer miał więc powody do zadowolenia.
Po okolicznościowym cocktailu goście tłumnie przeszli do niewielkiej
salki projekcyjnej. Światło zgasło i rozpoczął się film nakręcony przez
frontowych operatorów niemieckiej Wochenschau.
Przez prawie godzinę wyły z ekranu nurkujące nad Warszawą i Modlinem
Stukasy. Dymiły działa ostrzeliwujące Westerplatte. Następnie pokazano
tragiczne ruiny polskiej stolicy i długie, niekończące się kolumny
jeńców - obdartych, rannych, pogrążonych w bezsilnej rozpaczy.
Na zakończenie, zanim znów rozbłysło światło, na ekranie ukazał się
wykopiowany na całą jego szerokość napis:
To wszystko zawdzięczają Polacy swoim angielskim i francuskim
przyjaciołom...
Na sali zapanowała przejmująca cisza. Jakiś południowoamerykański
dyplomata chrząknął, rzucił uwagę o przykrej kwietniowej pogodzie.
Zebrani wstawali z miejsc i powoli, bardzo powoli kierowali się ku
wyjściu.
- I jakże się panu podobał nasz film, panie ministrze? - zagadnął z uśmiechem poseł Braüer.
- Bardzo interesujący - profesor Koht
starannie dobierał słowa. - Operatorzy musieli przy robieniu tych zdjęć
wykazać nie lada odwagę.
- Nie tylko operatorzy - krzywy uśmieszek nie schodził z ust dr Braüera.
- Teraz wszyscy Niemcy muszą być odważni.
Po powrocie do domu minister spraw zagranicznych Norwegii długo krążył
po swoim gabinecie. To, co zobaczył na ekranie, wstrząsnęło nim.
W końcu usiadł przy biurku i sięgnął po gruby zeszyt w skórkowej
oprawie. Notował w nim ważniejsze fakty, problemy, refleksje. Jako
naukowiec miał swój własny, od lat wypracowany system robienia notatek.
Zresztą, w jego wieku nie należało zbytnio dowierzać pamięci.
Niewątpliwie - zapisał - intencją dyplomaty niemieckiego było
zademonstrowanie Norwegom, jaki los czeka ich w wypadku pójścia śladami
Polski.
Po odnotowaniu tej uwagi profesor Koht uspokoił się. Niczego chyba w życiu nie był pewien tak jak tego, że Norwegia nie zechce pójść śladami
nieszczęsnego, niespokojnego słowiańskiego narodu...
Przed udaniem się na spoczynek musiał jeszcze przejrzeć kilka
dokumentów. Sięgnął po przygotowaną przez sekretarza kopertę, zerwał
pieczęć. Rzucił okiem na pierwszą kartkę i zmarszczył brwi. Radca
Petersen donosił w lakonicznej notatce, że otrzymał poufne informacje z Niemiec, iż w Berlinie zapadła decyzja dokonania inwazji na Norwegię. W Bremie i Szczecinie oddziały inwazyjne są już ładowane na statki...
- Cóż za bzdura! - zirytował się profesor Koht. - Tam jakiemuś
głuptasowi wszystko musiało się pokręcić. Niemcy ładują wojska
interwencyjne do Finlandii, wiem o tym od dawna. Norwegia nie ma z tym
nic wspólnego. Panikarz z tego Petersena... I to już drugi taki
raport...
Ćwiczenia nad Wezerą
Na jedenaście lat przed wybuchem drugiej wojny światowej i na pięć przed
dojściem Hitlera do władzy, dokładnie w roku 1928, ukazała się w Niemczech "teoretyczna" rozprawa pod tytułem "Die See-Strategie des
Weltkrieges". Autor owej rozprawy, admirał Wegener, wychodząc z analizy
przebiegu pierwszej wojny wywodził, że w razie przyszłego -
nieuniknionego przecież - starcia z Wielką Brytanią flota niemiecka musi
w pierwszym rzędzie śmiałym uderzeniem opanować wybrzeża Danii i Norwegii oraz bazy na nich położone, co pozwoliłoby nie tylko na
przerwanie blokady brytyjskiej i - w konsekwencji - poważne zagrożenie
liniom angielskim na Atlantyku, ale też stworzyłoby dogodną pozycję do
zaatakowania Murmańska, Archangielska i w ogóle radzieckich linii na
Morzu Arktycznym...
Tezy głoszone przez Wegenera znalazły posłuch i zrozumienie wśród tych,
którym w Republice Weimarskiej spędzała sen z oczu "hańba Wersalu". Nic
więc dziwnego, że znalazły swoje odbicie także w książce zatytułowanej
Mein Kampf, a napisanej przez niejakiego Adolfa Hitlera - znanego już
wówczas, choć jeszcze lekceważonego polityka. Każdy, kto chciał, a po
roku 1933 także i ten, kto nie chciał, mógł tam przeczytać schwarz auf
weiss1, że aby uniknąć okrążenia w przyszłej wojnie Niemcy
powinny zająć - między innymi krajami - całe wybrzeże atlantyckie na
Półwyspie Skandynawskim...
Wszystko zdaje się świadczyć, że ani politycy, ani wojskowi, ani nawet
kierownicy wywiadów Anglii, Danii i Norwegii nie traktowali poważnie
koncepcji strategicznych admirała Wegenera i politycznych enuncjacji
kanclerza Rzeszy. Nie należy więc się dziwić, że uszły ich uwagi również
pewne rzucające się w oczy fakty ekonomiczne.
Potężny przemysł zbrojeniowy Niemiec potrzebował stali. Dużo stali,
znacznie więcej niż huty Westfalii i Śląska mogły wytopić z rodzimych,
niskoprocentowych rud. A najbogatsze w Europie złoża doskonałej rudy
żelaznej znajdują się... na Półwyspie Skandynawskim. W Szwecji.
Ktokolwiek w Niemczech chciał prowadzić jakąkolwiek wojnę, musiał to
wziąć pod uwagę.
Importowana ze Szwecji ruda (w okresie międzywojennym blisko połowa jej
szła do Niemiec; np. w r. 1939 - 11 mln ton) wędrowała oczywiście drogą
morską. Latem ze szwedzkiego portu Lulea położonego na Bałtyku, w Zatoce
Botnickiej, a zimą, gdy lody uniemożliwiały tam żeglugę, przez norweski
Narwik...
Było rzeczą pewną, że w czasie wojny ta druga, zachodnia droga dowozu
podstawowego surowca strategicznego będzie stale narażana na ataki Royal
Navy. Zabezpieczenie się przed tymi atakami - dla niemieckiej gospodarki
wojennej sprawa życia i śmierci - mogło być realizowane jedynie pod
warunkiem... opanowania wybrzeży i portów Norwegii, a przede wszystkim
Narwiku.
Niemieccy sztabowcy nie zlekceważyli koncepcji Wegenera, nie przeszli do
porządku dziennego nad zapowiedzią Hitlera i nie zapomnieli o prawach
rządzących ekonomią wojny.
Dążąc do "odegrania się" za poniesione na polach bitew pierwszej wojny
światowej klęski, przez wiele lat z iście pruską pedanterią studiując
możliwości podbojów, umieścili w swoich planach i mały, bezbronny niemal
kraj fiordów.
Trudno dokładnie określić, kiedy agresja na Norwegię z "teoretycznych"
studiów weszła w stadium bardziej szczegółowych opracowań operacyjnych.
Informacje na ten temat są sprzeczne. W każdym razie publicysta
szwedzki, Per Nyström, twierdzi, że już w roku 1936 istniał dotyczący
tego zagadnienia, drobiazgowo opracowany plan, oznaczony w aktach
niemieckich kryptonimem Fall Skagerrak. W latach późniejszych plan ten
był - jak podaje Nyström - stale udoskonalany i poprawiany, między
innymi w oparciu o doświadczenia wojen w Hiszpanii i Abisynii.
W tydzień po zakończeniu kampanii w Polsce, 10 października 1939 roku,
dowódca Kriegsmarine, admirał Erich Raeder, złożył Hitlerowi specjalny
memoriał w sprawie "okupacji wybrzeża norweskiego".
Führer - czytamy w relacji Raedera złożonej pięć lat później
oficjalnemu historykowi Kriegsmarine - natychmiast pojął wagę problemu
norweskiego, prosząc mnie o pozostawienie mu tych notatek, i oświadczył,
że sam pragnie rozpatrzyć tę sprawę...
Specyfika przyszłego teatru działań, jego położenie i warunki terenowe
zadecydowały o tym, że obok operacji floty i oddziałów desantowych - tak
morskich jak i lotniczych - szczególny nacisk w planach napaści na
Norwegię położono także na działania jeszcze jednego "rodzaju wojsk",
określanego "hiszpańskim" terminem "Piąta Kolumna".
Podobnie jak i w innych państwach, które padły ofiarą niemieckiej
agresji, trzonem owej dywersyjnej piątej kolumny miała być niemiecka
mniejszość narodowa w kraju fiordów. Warto przypomnieć, że mniejszość ta
była nieliczna i powstała w szczególnych warunkach.
Oto w czasie pierwszej wojny światowej i tuż po jej zakończeniu
neutralna wówczas Norwegia ulitowała się nad ciężkim losem dzieci w głodujących, znękanych przegraną wojną Niemczech. Na zaproszenie rządu
norweskiego, a także na zaproszenie poszczególnych rodzin powędrowały do
kraju fiordów tysiące młodych chłopców i dziewcząt ze wszystkich
zakątków Niemiec. Wiele z tych dzieci po kilku latach powróciło do
ojczyzny, wynosząc z Norwegii doskonałą znajomość języka i stosunków,
część jednak pozostała, zachowując zresztą związki z rodzinami w Niemczech.
Tuż po dojściu Hitlera do władzy Niemcami pozostałymi w Norwegii
zainteresował się nazistowski Bund der Deutschen im Ausland - związek
zrzeszający mniejszość niemiecką we wszystkich krajach Europy i za
oceanem. Emisariusze tej organizacji zaczęli docierać do najbardziej
odległych miasteczek norweskich, odświeżać stare rodzinne sentymenty,
nawiązywać kontakty, podsycać szowinizm... Były jednostki, które oparły
się tej nacjonalistycznej propagandzie, większość jednak norweskich
Niemców zadeklarowała pomoc i współpracę przy tworzeniu "Wielkiej
Rzeszy".
Po paru latach niemal każdy z zamieszkałych w Norwegii Niemców miał już
nie tylko własną kartę ewidencyjną w odpowiednim referacie Abwehry, ale
i dokładny przydział wojskowy ze szczegółowymi instrukcjami, co należy
robić, gdy wybije "godzina X". Na razie wszyscy otrzymali jedno wspólne
zadanie: opanować możliwie najwięcej kluczowych stanowisk - wszędzie
tam, gdzie to się może okazać cenne ze względów wojskowych. Zdolni na
ogół i pracowici Niemcy chętnie byli angażowani na wszelkie możliwe
stanowiska zarówno w administracji państwowej, handlu i marynarce, jak i w armii, gdzie zważywszy na fakt, iż większość z nich posiadała już od
dawna obywatelstwo norweskie, otwierały się przed nimi najbardziej tajne
kancelarie...
Poza owymi norweskimi Niemcami w skład piątej kolumny miały także wejść
grupy rodowitych Norwegów, na ogół członków niewielkiej (ok. 5 tys.
osób), ale ruchliwej partii o niewinnej nazwie Nasjonal Samling
("Jedność Narodowa"). Na czele tej partii stał człowiek, którego
nazwisko już wkrótce miało przejść do historii jako symbol zdrady
narodowej.
Major Vidkun Quisling mimo sporych dotacji otrzymywanych z Berlina od
szefa wydziału zagranicznego NSDAP, reichsleitera Alfreda Rosenberga,
bynajmniej nie starał się o wydatne zwiększenie liczby członków swojej
małej partii. Stawiał przede wszystkim na współpracę z Rzeszą, przy
pomocy której miało się ziścić jego marzenie o dyktatorskiej władzy w Norwegii.
Jeszcze w 1931 roku, gdy Quisling był ministrem wojny w norweskim
rządzie Farmera, nawiązał pierwsze kontakty z Niemcami. NSDAP jednak,
sama walcząca o władzę, niewiele mogła wówczas pomóc północnemu
kandydatowi na Führera.
Trzy lata później kontakt został odnowiony. Rosenberg po osobistej
rozmowie z Quislingiem przekazał Hitlerowi specjalny memoriał omawiający
sytuację w Norwegii, wskazujący na strategiczne znaczenie tego kraju
oraz postulujący popieranie przez Rzeszę Nasjonal Samling,
W czerwcu 1939 roku Quisling przybywa do Niemiec na obradujący w Lubece
kongres Towarzystwa Północnego i "przy okazji" odwiedza Berlin
konferując tu z Rosenbergiem, szefem Abwehry - admirałem Canarisem, a także z osobistym przedstawicielem Goeringa - dr Körnerem. Osobistościom
tym przywódca Nasjonal Samling przedstawia swoje plany całkowitego
podporządkowania Norwegii Niemcom, w zamian za "drobiazg" - ułatwienie
mu... dojścia do władzy. Równocześnie oferuje swoje usługi w obezwładnieniu obrony swego kraju w momencie lądowania tam wojsk
niemieckich. Powołuje się przy tym na swoje pozostałe z dawnych lat
wpływy w armii i administracji Norwegii.
Początkowo plany Quislinga wydały się Niemcom zbyt fantastyczne. Oferta
jednak nie została kategorycznie odrzucona, Nasjonal Samling otrzymała 6
milionów marek i możliwość przeszkolenia 25 ludzi w berlińskim ośrodku
dywersji wydziału zagranicznego NSDAP. Za to już w czasie następnej
wizyty Quislinga w Berlinie, w grudniu 1939 roku, Rosenberg skontaktował
go z osobą najbardziej kompetentną w sprawie inwazji kraju fiordów - z dowódcą Kriegsmarine, admirałem Raederem.
Teraz sprawy potoczyły się szybko. 12 grudnia norweski Führer
konferował w Oberkommando der Wehrmacht z Keitlem i Jodlem, a następnego
dnia przyjęty został przez samego Hitlera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki