Operacja Reichswehra. Kulisy wywiadu II RP. Kulisy wywiadu II RP - Marian Zacharski

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Polska-Niemcy. Zarys historii 1914-1922

Polskę i Niemcy od początku istnienia zdecydowanie więcej dzieliło niż łączyło. Dzieliła historia i narosłe na tym tle wzajemne niechęci, dzieliły warunki materialne i ekonomiczny poziom rozwoju gospodarek, dzielił całkowicie inny temperament, dzieliły wreszcie także różnice o charakterze kulturalnym. Ale to, co przekreśliło wszelkie możliwości systematycznego zbliżania się do siebie dwóch odmiennych narodowości, nosiło nazwę: traktat wersalski. To właśnie ten traktat, podpisany w 1919 roku w Wersalu, uroczyście kończący wielką wojnę, nie tylko uniemożliwił na całe lata zbliżenie niemiecko-polskie, lecz także stał się pierwszym i najistotniejszym z powodów wybuchu II wojny światowej.

Traktat wersalski poróżnił dwa sąsiednie narody, które w praktyce nie miały w zasadzie żadnego wpływu na kształt jego postanowień. Niemcy miały zapłacić za wojnę i jej skutki, a Polska, korzystając głównie z patronatu Francji, miała uzyskać potwierdzenie niedawno odzyskanej niepodległości i znaczną część terytoriów utraconych w wyniku rozbiorów. Rola delegacji niemieckiej w Paryżu była nieomal dekoracyjna, bo w zasadzie sprowadzała się do wysuwania kontrpropozycji wobec gotowych postanowień traktatu.

Polska zyskała głównie dzięki zaangażowaniu na jej rzecz delegacji francuskiej. Nie był to w żadnym wypadku przejaw francuskiej dobrotliwości i szczodrobliwości, ale wynik politycznych interesów Francji na wschodzie Europy. Według planów francuskich Polska od tej chwili miała stanowić naturalną zaporę, która by uniemożliwiała rozlanie się ducha rewolucji rosyjskiej na teren Europy Zachodniej. To raz. A dwa, Polska miała być ważnym ogniwem okrążania "stale siejących zamęt i niepokój" Niemiec.

W swojej drodze do niepodległości i późniejszego utrwalania państwowości Polska miała bardzo dużo szczęścia. Najpierw zdarzyło się coś, co właściwie nie powinno się zdarzyć, a mianowicie wszystkie europejskie potęgi, które dokonały kolejnych rozbiorów Polski, wyszły z wojny przegrane. Kolejnym szczęśliwym faktem było zaistnienie na polskiej scenie politycznej dwóch wielkich Polaków, jakże różnych, ale gorąco, każdy z nich na swój sposób, zaangażowanych w walkę o polską państwowość. Mówię o Romanie Dmowskim oraz Józefie Piłsudskim. Dzięki ich aktywności, zarówno na niwie dyplomatycznej, jak i militarnej, w okresie wielkiej wojny Polska stworzyła skuteczny międzynarodowy lobbing, który ją reprezentował i bronił jej interesów w Wersalu.

Początek wojny nie zapowiadał polskiego sukcesu. Na czele tych, którzy "ruszyli po polskiego rekruta", był wielki książę Mikołaj Mikołajewicz. Już w pierwszych miesiącach wojny (14 sierpnia 1914 roku) jako głównodowodzący wojsk rosyjskich ogłosił proklamację do Polaków. Zapowiadał w niej, że nastąpi zjednoczenie ziem polskich w autonomicznym państwie, które jednak funkcjonować będzie pod berłem cara Rosji. Politycy carscy w swej "dobrotliwości" wobec Polaków zgadzali się jedynie na utworzenie Polskiego Komitetu Narodowego z siedzibą w Warszawie. Na jego czele jako prezes wykonawczy stanął Roman Dmowski.

W połowie wojny, a więc w roku 1916, na ziemiach polskich wykrystalizował się silny ruch oparty na Legionach Polskich pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Zasadniczym celem liderów było pokonanie Rosji. W swoich politycznych kalkulacjach liczyli na pomoc państw centralnych. Byli silni, jeśli chodzi o działania militarne i tworzenie zrębów sprawnej administracji. Otrzymywali znaczne wsparcie w sprzęcie przede wszystkim od Sztabu Generalnego Austrii.

Niemiecki Sztab Generalny zwrócił na ten ruch szczególną uwagę po sukcesach Legionów w trakcie kampanii na Wołyniu. Niemcy potrzebowali pilnie rekrutów, a Polacy pokazali, że potrafią się nie tylko bić, ale i zwyciężać. To był wojskowy punkt widzenia. Politycy oceniali to zupełnie inaczej. Dla niemieckiego kanclerza von Bethmann-Hollwega myśl o jakiejkolwiek współpracy z Piłsudskim wiązała się zawsze z obawami o spójność państwa niemieckiego. Hollweg był bowiem od początku przekonany, że Polacy zażądają jakiejś formy niepodległości, a to prostą drogą doprowadziłoby do gwałtownych ruchów separatystycznych, w szczególności wśród Prusaków. Powrót niepodległej Polski mógł więc oznaczać koniec Niemiec w ówczesnym kształcie. Stąd też kanclerz wolał szukać rozwiązań prowadzących raczej do separatystycznego pokoju z Rosją niż do niepodległości Polski.

W czasie wojny jednak nawet politycy muszą uznać wyższość racji wojskowych, bo to oni walczą, wykrwawiając się na polach bitewnych. Nacisk sztabów generalnych spowodował, że po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie generał-gubernator Hans Beseler najpierw zezwolił na otwarcie uniwersytetu oraz politechniki, a potem pomimo oporów zdołał przekonać cesarza Wilhelma do tego, aby wygłosił swoją klarowną deklarację na temat niepodległości Polski. Po części stało się to 5 listopada 1916 roku, kiedy to ujrzała światło dzienne proklamacja dwóch cesarzy. Ogłoszono ją po długim zwlekaniu związanym z wielkimi nadziejami na zawarcie oddzielnego pokoju z Rosją. W tytule są cesarze, ale podpisy pod dokumentem faktycznie złożyli głównodowodzący wojskami austro-węgierskimi oraz niemieckimi. W treści proklamowano zaistnienie państwa polskiego. W Niemczech rozumiano to w ten sposób, że przyszłe terytorium Polski będzie obejmować tylko i wyłącznie ziemie odebrane Rosji. To kadłubowe państwo polskie, według planów niemieckich, miało przyjąć konstytucję monarchiczną i ściśle współpracować politycznie i militarnie z państwami centralnymi. Na króla przewidywano desygnować kandydata wybranego z dynastii Hohenzollernów lub Habsburgów. Jednym z pierwszych postanowień po ogłoszeniu proklamacji była decyzja rezydującego w Warszawie generał-gubernatora Hansa Hartwiga von Beselera o przeniesieniu polskich oddziałów wojskowych na tereny Kongresówki. 9 grudnia 1916 roku utworzono Tymczasową Radę Stanu. Rozporządzenie o jej powstaniu miało datę 6 listopada, a ogłoszone zostało miesiąc później, to jest 6 grudnia 1916 roku. Tymczasowa Rada w swoich kompetencjach służyć miała jako organ doradczy w sprawach prawodawstwa, a jako organ pomocniczy przy tworzeniu instytucji państwowych Królestwa Polskiego. Jednym słowem, miała być namiastką przyszłego polskiego rządu. Jej przewodniczącym z rangą marszałka wielkiego koronnego został Wacław Niemojowski. Pozostałych 24 członków wybrały władze okupacyjne. W składzie Rady było siedmiu przedstawicieli ziemiaństwa, trzech przemysłowców, dwóch księży, dwóch chłopów i jedenastu pracowników umysłowych. Sprawami wojskowymi zawiadywał Józef Piłsudski. W pierwszych miesiącach 1917 roku władze wojskowe Niemiec zaczęły przekształcać podległe im jednostki polskie w Polnische Wehrmacht [Polskie Siły Zbrojne]. W lutym 1917 roku pułkownik Władysław Sikorski (szef Departamentu Wojskowego NKN) zostaje szefem Krajowego Inspektoratu Zaciągu PSZ. Dowódcą PSZ państwa centralne mianowały generał-guberatora warszawskiego, Beselera. Powołał on kilku Polaków na stanowiska dowódcze, w tym między innymi płk. Władysława Sikorskiego i mjr. Włodzimierza Ostoję-Zagórskiego. Dawne formacje legionowe, liczące dwadzieścia jeden tysięcy żołnierzy, znalazły się pod bezpośrednią komendą niemiecką, ale na żołdzie austro-węgierskim. W ramach nowych struktur trwała walka między innymi o to, aby polscy żołnierze nosili polskie mundury i aby zmieniono postanowienia Beselera, który nie chciał rekrutów spoza Kongresówki. Generał-gubernator poczynił minimalne ustępstwa dopiero z chwilą, kiedy całkowite fiasko poniosła kampania prowadzona przez Krajowy Inspektorat Zaciągu. Walka o samodzielność oddziałów Wojska Polskiego rozgorzała na dobre.

W tej fazie walki o polskość nawet Francja nie była jeszcze w pełni oddanym tej sprawie sojusznikiem. W układzie zawartym 11 marca 1917 roku z Rosją Francja pozostawiła Rosji pełną swobodę w zakresie ustalania jej przyszłej granicy zachodniej. Nowe spojrzenie na sprawę polską pojawiło się we Francji dopiero w wyniku ruchów rewolucyjnych w samej Rosji i związanej z tym destabilizacji w granicach tego wielkiego imperium.

Generalnie rzecz ujmując, do września 1917 roku postanowienia proklamacji dwóch cesarzy były czymś co najwyżej symbolicznym, nie wnosiły niczego nowego do walki Polaków o swoje państwo. Sytuacja zaczęła się zmieniać z chwilą powołania Naczelnej Rady Regencyjnej, która stopniowo przejmowała odpowiedzialność za państwo. Na początek Rada złożona z trzech osób: arcybiskupa warszawskiego Aleksandra Kakowskiego, księcia Zdzisława Lubomirskiego oraz Józefa Ostrowskiego przejęła kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, edukacją, częścią władzy lokalnej i niektórymi agendami finansów. Pierwsze posunięcia Rady traktowano jako zapowiedź przejęcia całkowitej odpowiedzialności za rządzenie Polską. Nikt już spośród rodaków nawet przez moment nie dopuszczał do siebie myśli, że niepodległa Polska może nie powstać. Obudził się w Polakach niemożliwy do zatrzymania środkami pokojowymi powszechny duch wolności i samostanowienia.

Jest rzeczą oczywistą, że państwa centralne ani przez chwilę nie myślały, aby Polsce coś darować bez uzyskania w zamian adekwatnych korzyści. Państwa te brały udział w wojnie, którą każde z nich chciało wygrać, dlatego też konieczne było zapewnienie sobie dopływu "świeżych" rekrutów.

Państwa centralne miały więc wobec Polski plany o minimalnym zasięgu czasowym. Polacy odwrotnie, patrzyli w odległą przyszłość. Polska chciała pełnej niezawisłości w rządzeniu i twardo, nieustępliwie i coraz głośniej domagała się zwrotu zagarniętych rozbiorami ziem. Pierwsze zderzenie celów nastąpiło w sprawie rejonu Chołm. Traktat, znany szerzej jako brzeski7, przekazywał ten rejon Ukrainie. W zaistniałej sytuacji gabinet Jana Kucharzewskiego w ramach protestu natychmiast zrezygnował. Niemcy nie zwracali większej uwagi na polskie protesty. Podpisując traktat, czuli, że szala zwycięstwa w tej straszliwej wojnie zaczyna się przechylać na ich stronę. Zmuszało to Polskę i jej Radę Regencyjną do bardziej ustępliwej postawy wobec państw centralnych. Doszło w tym czasie do nietypowej inicjatywy, w wyniku której grupa polskich polityków osiągnęła rodzaj porozumienia z liderami większości partii reprezentowanych w niemieckim Reichstagu. Porozumienie to dotyczyło podziału ziem, a także ściśle z tym związanego zagadnienia granic. Polska miała mieć wolną rękę, jeśli chodzi o powiększanie swojego terytorium w kierunku północno-wschodnim. Dodatkowo, to nieoficjalne porozumienie uznawało, że przyszła granica polsko-niemiecka przebiegać będzie wzdłuż granic Niemiec z 1914 roku. Niemcy bronili się w ten sposób przed oddaniem Polsce jej historycznych ziem, a Polacy zabezpieczali swoje żądania na wschodzie. Nowy rząd kierowany przez Jana Steczkowskiego 29 kwietnia 1918 roku złożył Niemcom formalną propozycję współdziałania. Oprócz "prywatnie" uzgodnionego podziału ziem Polska miała otrzymać nieskrępowane prawa nawigacji na Wiśle, a także sporny rejon Chołmu [dystrykt nowogrodzki] miał wrócić do Polski. Wszystkie te "prywatne" porozumienia na niewiele się zdały, bo niemieccy politycy i generalicja nie chcieli udzielić ostatecznych gwarancji Polsce co do granic z 1914 roku jako obowiązujących między naszymi krajami.

Drogi zaczęły się szybko rozchodzić w momencie, gdy Niemcy były coraz bardziej świadome tego, że tej wojny już nie wygrają. Widząc gwałtownie słabnące państwo niemieckie, Rada Regencyjna 26 października 1918 roku mianowała Stanisława Głąbińskiego na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Czyniąc to, nawet przez moment nie pomyślano, aby decyzję tę najpierw skonsultować w jednej ze stolic państw centralnych. Berlin i Wiedeń były zaskoczone, ale w swoich rękach miały niewiele możliwości skutecznego przeciwdziałania. Polska przez ten fait accompli [fakt dokonany] sformalizowała, istniejące od stycznia 1918 roku, dotychczasowe zręby Ministerstwa Spraw Zagranicznych jako oficjalny, w pełni ukonstytuowany polski urząd państwowy.

Marzenie Niemiec o pełnej współpracy z Polakami na niwie wojskowej nigdy nie zostało zrealizowane. Sądzono, że proklamacja dwóch cesarzy spowoduje masowe zaciąganie się polskich rekrutów, co pomoże odwrócić losy wojny. Polscy przywódcy świadomie stali z boku. Piłsudski chciał, aby sprawy te przebiegały w zupełnie odwrotnej kolejności. Najpierw państwa centralne powinny zaprezentować swoje jasne stanowiska co do niepodległości Polski, następnie musi powstać oficjalny rząd polski i dopiero wówczas pod jego komendą służyć mogą w wojsku Polacy. To polski rząd ma decydować, gdzie będą wysyłane w bój polskie oddziały. Apogeum tych politycznych kłótni stał się spór o to, komu mają przysięgać polscy żołnierze. Polacy kategorycznie odrzucali możliwość przysięgi na wierność cesarzom Austro-Węgier oraz Niemiec. Fragment roty przysięgi przyjętej przez Tymczasową Radę Stanu Królestwa Polskiego brzmiący:

Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że Ojczyźnie mojej - Polskiemu Królestwu i memu przyszłemu królowi - na lądzie i wodzie i na każdem miejscu wiernie i uczciwie służyć będę, że w wojnie obecnej dotrzymam wiernie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier oraz państw z nimi sprzymierzonych... był nie do zaakceptowania. Dodatkowo dramatu dodawał fakt, że przysięga polskich żołnierzy miała mieć miejsce pod Krzyżem Traugutta na stokach Cytadeli w Warszawie. Opinia Piłsudskiego nie pozostawiała w tym względzie jakichkolwiek wątpliwości. Aby uświadomić wszystkim, co uważa na ten temat, zwołał w warszawskim hotelu Brühla zebranie podkomendnych. Przed tym gremium wygłosił swoje credo:

"Nasza wspólna droga z Niemcami skończyła się. Rosja - nasz wspólny wróg w tej światowej wojnie, skończyła swoją rolę. Wspólny interes przestał istnieć. Wszystkie nasze i niemieckie interesy układają się przeciw sobie. W interesie Niemców leży przede wszystkim pobicie aliantów, w naszym - by alianci pobili Niemców. Niemcy ogłosili jakąś ??niepodległość??, by zjednać sobie naród polski; chcą, by dał żołnierza do armii dowodzonej przez pana Beselera. Tymczasem chcieliby chociaż reprezentację tej przyszłej armii polskiej, część dawnych Legionów wsadzić do pociągów i wysłać na front zachodni, by pokazać światu, że Polacy są przeciw Francji i Anglii - przeciw Zachodowi. Dlatego wy do tej ??armii polskiej?? nie pójdziecie".

Skutki tej walki o polską armię były bolesne. Większość dowódców odmówiła wysłania żołnierzy na złożenie przysięgi. Najwierniej przy Piłsudskim stały 1. i 3. Brygada. Natomiast w nowym miejscu wyznaczonym przez Beselera, w warszawskich koszarach Blocha, z 2. Brygady przysięgę złożyło około 50 oficerów i 1000 żołnierzy. Pozostali oficerowie z powodu odmowy złożenia przysięgi zostali aresztowani i przewiezieni do Benjaminowa pod Zegrzem, a tysiące polskich podoficerów i żołnierzy internowano w Szczypiornie pod Kaliszem w warunkach więcej niż urągających ludzkiej godności. Ich dowódca, Józef Piłsudski, został osadzony w twierdzy w Magdeburgu. Część rozformowanych Legionów szukała innych rozwiązań. Duża grupa, licząca 1500 żołnierzy, pod dowództwem Józefa Hallera wkroczyła na Ukrainę. Stamtąd znaczna jej część przedostała się do Francji, stając się zalążkiem przyszłej "błękitnej armii Hallera". Jedynym pozytywem zarządzonego internowania było to, iż w wagonie kolejowym przewożącym legionistów do obozu w Szczypiornie powstała 17 lipca 1917 roku słynna pieśń "My, Pierwsza Brygada". Głównym autorem jej pierwszej wersji był Tadeusz Biernacki. O tej wspaniałej pieśni Legionów Józef Piłsudski mawiał, że jest to "najdumniejsza z pieśni, jaką kiedykolwiek Polska stworzyła".

Ta metamorfoza, czyli przejście wojsk z obszaru wpływów państw centralnych na teren państw skupionych w entencie, została wzmocniona manewrem politycznym. W ten sposób Polska wychodzi z wojny, wiwatując razem ze zwycięską ententą. Osiągnięcie wręcz niebywałe. Możliwe było w zasadzie głównie z jednego powodu. Otóż zarówno Rada Regencyjna, jak i przede wszystkim Józef Piłsudski szli cały czas niezachwianie drogą zmierzającą do osiągnięcia celów narodowych. Fakt, że przez pewien czas w niewielkim stopniu, ale jednak, współpracowali z państwami centralnymi, umożliwił im trzeźwą, szerszą ocenę polskich szans na niepodległość. Postawa państw centralnych nie dawała zbyt daleko idących nadziei. Piłsudski doszedł do wniosku, że cesarze przyrzekają, bo chcą wzmocnienia swoich armii, ale co potem stanie się z Polską, z Polakami, to już niezbyt intensywnie, jeżeli w ogóle, zaprzątało ich myśli. Ta ugruntowana w tych latach antyniemieckość przyniosła poprawę wizerunku Polaków wśród państw ententy. Istotne było również to, że kiedy rodziły się pytania o postawę Polaków, o ich niekiedy zbyt bliskie związki z Niemcami i Austrią w trakcie wielkiej wojny, to zaraz pojawiał się dobry duch Francji. Francja bowiem zaplanowała nowy kształt ładu europejskiego i Polska w tych planach miała istotną rolę do odegrania.

Nie wolno również pominąć znacznej roli, jaką odegrał Roman Dmowski, założyciel Narodowej Demokracji, redaktor "Przeglądu Wielkopolskiego", ale także członek parlamentu rosyjskiego, Dumy. Początkowo Dmowski nie wierzył w powstanie wolnej, niezawisłej Polski. Budował koncepcję autonomicznej Polski funkcjonującej w ramach powoli zmierzającego do demokracji imperium rosyjskiego. Co się przyczyniło do zmiany jego poglądów? Rosyjskie porażki wojskowe, których był świadkiem w roku 1916. Wówczas to doszedł do wniosku, że Rosja zaczyna wchodzić w stan rozkładu i koncepcja oparcia się na niej w budowaniu zrębów polskiej państwowości jest pozbawiona perspektyw. Dokonuje więc całkowitego zwrotu w swoich poglądach oraz planach i przenosi walkę na arenie dyplomatycznej do Londynu i Paryża.

Organizuje w Lozannie w sierpniu 1917 roku konferencję polityków ściśle związanych z Narodową Demokracją. Po dyskusjach powstaje Komitet Narodowy Polski. Dmowski jest jego przywódcą. Organizacja zostaje uznana przez kraje ententy za prawowitego reprezentanta interesów narodu polskiego. Komitet Narodowy umieszcza w głównych stolicach europejskich swoich przedstawicieli działających jako ambasadorowie.

Energiczna działalność polskich ambasadorów nie pozwalała Europie zapomnieć o Polsce, o narodzie polskim, o konieczności przywrócenia mu niepodległości. Doskonałym pretekstem wspierania starań Polaków staje się traktat brzeski. Jego postanowienia czynią nieważnymi jakiekolwiek pozostałe jeszcze zobowiązania ententy wobec Rosji.

13 listopada 1917 roku Komitet Narodowy Polski przedstawia memoriał dotyczący niepodległości Polski, rozsyła go do ministrów spraw zagranicznych państw sprzymierzonych. W swoich głównych postulatach autorzy piszą między innymi: "Po wojnie jedynym poważnym przeciwstawieniem dla Niemiec na wschodzie może być państwo polskie, jeżeli będzie postawione w warunki umożliwiające mu stawienie tamy ekspansji swego zachodniego sąsiada. Warunkiem jest: zniesienie panowania niemieckiego na obszarze dzielnicy Prus od Bałtyku przez wcielenie do Polski wszystkich tych ziem, należących obecnie do Niemiec, włącznie z ujściami Wisły i Niemna". Sam Roman Dmowski, zwracając się w imieniu całego Komitetu do rządów Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Stanów Zjednoczonych, sugeruje zawarcie umowy, na mocy której kraje te włączyłyby do celów wojny "odbudowanie niepodległego państwa polskiego, obejmującego ziemie polskie, które przed wojną należały do Rosji, Niemiec i Austrii. To państwo polskie ma posiadać polską część Śląska oraz część wybrzeża bałtyckiego z ujściami Wisły i Niemna, aby mieć dostateczny obszar i dość znaczną ludność, ażeby mogło się stać skutecznym czynnikiem równowagi europejskiej".

I tak docieramy do 3 czerwca 1918 roku, kiedy to premierzy Włoch, Wielkiej Brytanii oraz Francji wydają wspólną deklarację, zobowiązując się do przywrócenia Polski na mapy świata. Polski z wolnym dostępem do morza. Od tego momentu los Polski był w pełni związany z losami ententy.

Gdzie szukać źródeł tego sukcesu? Niewątpliwie w aktywnej działalności Komitetu Narodowego, a przede wszystkim jego lidera Romana Dmowskiego. Nie do przecenienia jest również polskie wsparcie militarne. 4 czerwca 1917 roku rząd francuski ogłosił zamiar utworzenia polskiej autonomicznej armii. Powstała ona we Francji i przez Francuzów była dowodzona. Dopiero 28 września 1918 roku Komitet Narodowy przejął zwierzchność na tymi siłami zbrojnymi i wyznaczył na ich dowódcę Józefa Hallera. W chwili zakończenia wojny armia liczyła około 108 tysięcy żołnierzy, wśród których 24 tysiące stanowili żołnierze ze Stanów Zjednoczonych. Warto wspomnieć, że tylko niewielkie pododdziały polskiej armii uczestniczyły w walkach na froncie wielkiej wojny. Większość żołnierzy nawet nie powąchała prochu. Armia Hallera przynosiła Polsce większe korzyści polityczne niż wojskowe. Otóż Francja jako pierwsza podpisała 28 września 1918 roku z Komitetem Narodowym Polskim konwencję wojskową, w której uznawała istnienie autonomicznej, alianckiej, współwalczącej armii polskiej we Francji. Śladami Francji szybko podążyła najpierw Wielka Brytania [11 października 1918 roku], a potem Stany Zjednoczone [1 listopada 1918 roku]. Dzięki uznaniu wyżej wspomnianych konwencji wojskowych Polska uzyskała u boku aliantów wstęp "na salony" rozpoczynających się negocjacji pokojowych.

Wielki polski optymizm wynikający z postawy aliantów został dosyć szybko znacznie osłabiony, gdyż ani nie uczestniczyliśmy w negocjacjach o zawieszeniu broni, ani też Polska nie była wspomniana w uzgodnionych warunkach zawieszenia broni. Dodatkowym szokiem dla Polaków było odrzucenie przez aliantów polskiego wniosku, aby warunki zawieszenia broni określały jako granicę wschodnią jej przebieg z roku 1772. Gdyby stało się to zgodnie z zamysłem Polaków, byłaby wówczas również realna szansa na odzyskanie historycznie z Polską związanych rejonów zachodnich. Alianci jednak myśleli raczej o powstrzymaniu rewolucji bolszewików niż o geograficznym kształcie przyszłego państwa polskiego. Strach przed bolszewikami spowodował, że państwa ententy zgodziły się na tymczasowe zostawienie wielkiej armii niemieckiej na granicy wschodniej. O dacie jej wycofania zwycięscy sojusznicy mieli zdecydować później.

Niemiecki rząd, dostrzegając wyraźną woltę polityki polskiej w kierunku zbliżenia z ententą, postanowił podjąć odpowiednie działania. W strukturach władzy przypomniano sobie nagle o księciu Harrym Kesslerze i jego rozmowach na Wołyniu z polskim przywódcą Legionów Józefem Piłsudskim.

Harry Kessler8 urodził się 23 maja 1868 roku w Paryżu, a zmarł 30 listopada 1937 roku w Lyonie. Bajecznie bogaty syn hamburskiego bankiera Adolfa Wilhelma Kesslera oraz córki irlandzkiej baronówny Irin Alice Harriet Blosse-Lynch. W swoim życiu był kolekcjonerem dzieł sztuki, dyrektorem muzeum [Muzeum Sztuki w Weimarze], filantropem, eseistą, literatem, publicystą, niemieckim politykiem, dyplomatą, agentem wywiadu i na koniec jeszcze pacyfistą. Doskonale wykształcony, bardzo dużo podróżował, co otwierało go na wiele odmiennych kultur. Zafascynowany był obszarami Europy Wschodniej. Jego wczesne poglądy dotyczące Polski, jakie wyrażał w swoich listach pisanych z frontu wschodniego, nie odbiegały od tych głoszonych przez pruskiego dowódcę Ludendorffa i innych najwyższych oficerów niemieckiego Sztabu Generalnego.

Uważał, że Niemcy winny odrestaurować Polskę, która zostałaby ściśle opleciona przez państwo niemieckie w takich sferach, jak wojskowość i gospodarka. Kiedy Niemcy opanowaliby wszystkie strategiczne punkty i uzyskali prawo do używania i budowania kolei żelaznych, wówczas można by było pozwolić Polakom na wolność, nawet polityczną. Przewidywał, że Polacy mogliby mieć własny rząd, parlament, własne finanse oraz króla, chociaż, jak zaznaczał, lepszy byłby personalny związek z niemieckim cesarzem. W głoszonych przez siebie teoriach na temat losu Polski dopuszczał używanie przez Polaków własnego języka, a przede wszystkim gwarantował wolność Kościołowi. W zamian za tak rozumianą wolność Kessler oczekiwał od Polaków definitywnego zrzeczenia się jakichkolwiek roszczeń do prowincji poznańskiej oraz Prus Zachodnich. Dodatkowo spodziewał się, że mieszkający tam Po-lacy wyprowadzą się i tym samym znikną wszelkie problemy, których są przyczyną. Kessler odczuwał wyraźny dyskomfort w sytuacji funkcjonowania z Polakami. Chociaż pisał, że są atrakcyjni, to jednak podzielał opinię większości Niemców, iż nie potrafią się rządzić: "Polskę i Polaków bardzo lubię. Są jako rasa piękni i szlachetni, ale niestety zbyt idealistyczni oraz infantylni. Kiedy my walczymy o ich ziemie, oni leżą w kościołach i się modlą".

Jednym słowem, poglądy jego i generalicji sprowadzały się do uznania niczym nieskrępowanej eksploatacji wszelkich zasobów naturalnych, czyniąc z Polaków dostawców żywności oraz minerałów tkwiących w ich ziemi. Polska w jego wizji stawała się klasycznym państwem satelickim. Trzeba dodatkowo zwrócić uwagę na jeszcze jedną z jego "polskich" propozycji. Otóż był za masowymi przesiedleniami ludności niemieckiej na, jak to prawidłowo określił, czysto polskie ziemie pruskie. Jego zdaniem, ta germanizacja na masową skalę rozwiązałaby problemy kwestionowania niemieckości Prus Zachodnich.

I ten to Harry Kessler w październiku 1915 roku po raz pierwszy spotyka się z Józefem Piłsudskim. Powodem ich spotkania był incydent wojenny, który wydarzył się na Wołyniu między Łuckiem a Równem. Wtedy to atak zdegenerowanych oddziałów rosyjskich omal nie rozbił kompletnie zaskoczonych dywizji austriackich, składających się głównie z ludności Ruthenians [Słowianie pochodzący głównie z Galicji i Bukowiny, zwani niekiedy Małymi Rusinami]. Ci siłą wcieleni do austriackiej armii lokalni obywatele, widząc, co się dzieje, zamiast stawiać opór, salwowali się ucieczką. Tylko heroiczna walka polskich Legionów zapobiegła klęsce.

BRYGADIER JÓZEF PIŁSUDSKI

Dowódca Kesslera, Klewitz, wysłał go w celu wyjaśnienia, jak doszło do tego niefortunnego boju. Chciał poznać bliżej wszystkie okoliczności zdarzenia, bo mogły się okazać przydatne propagandowo w nieustających próbach tworzenia polskiego wojska. Kesslerowi towarzyszył w podróży Heinrich Vogeler.

W polskich okopach spotkali się ci dwaj Niemcy z mężczyzną ubranym w szary sweter. Przypominał im zdecydowanie bardziej nauczyciela niż dowódcę wojsk. Kessler tak opisywał Piłsudskiego: "miał głowę dużą, długą, jakby mongoloidalną, cerę żółtą, długie, rzadkie wąsy, rzadką bródkę, czym przypominał Dostojewskiego. Zadumane szare oczy były zdecydowanie utkwione w obiekt, na który były nakierowane".

Rozmawiali w języku francuskim. Temat stanowiła oczywiście Polska. Rozmowa była dla Kesslera niezwykle fascynująca. Z każdym zdaniem nabierał respektu dla Piłsudskiego i jego koncepcji odzyskania przez Polskę niepodległości. W mrocznym, wilgotnym okopie Kessler przeszedł metamorfozę. Uświadomił sobie nagle, jak bardzo dotychczas nie rozumiał Polaków. Zaczął się nawet wstydzić swoich wcześniejszych opinii o tym dumnym narodzie. Kiedy się pożegnali, Kessler powziął myśl, że musi zacząć zdecydowanie bardziej aktywnie działać na niwie politycznej. Tylko tą drogą może pomóc Piłsudskiemu w przekonaniu Niemiec do jego racji. Rozmowa ta była punktem zwrotnym w karierze Kesslera. Zrezygnował z bezpośredniego udziału w walkach na froncie. Przeszedł do służby w dyplomacji, propagandzie, a także aktywnie włączył się do działań o charakterze wywiadowczym.

Smaczku tej wizycie Kesslera dodaje sporządzony przez niego raport, w którym całkowicie rozgrzesza wojska austriackie, a całą winę zrzuca na, jak to określił, pijanych żołnierzy i oficerów niemieckich. Nie przysporzyło mu to zwolenników w Berlinie. Dysponował jednak taką pozycją towarzyską i niezależnością finansową, że nie musiał zwracać na to najmniejszej uwagi. Mógł być sobą.

Kiedy niemiecki Urząd Spraw Zagranicznych przypomniał sobie o Kesslerze, pracował on - od roku 1916 - w niemieckiej ambasadzie w Bernie. Oficjalnie zajmował się sprawami kultury. Nieoficjalnie wszystkim, co niewiele miało z nią wspólnego. Pracował w niemieckim wywiadzie. Poproszono go, aby pilnie stawił się w Berlinie. Przez stolicę Niemiec w końcówce roku 1918 przetaczał się żywioł. Dwa słowa oddają w pełni to, co było i w myślach, i na ustach wszystkich. Tymi słowami były kapitulacja i rewolucja. Po niemiecku to się też nieźle rymowało: Kapitulation und Revolution. Kessler był po stronie republiki. Uważał, że czasy cesarskie, jako niemające perspektyw w obliczu szybko postępujących wydarzeń, dobiegły swojego kresu. Opowiedział się za tym, co czuł. Stanął po stronie partii lewicowych.

Od 18 października 1918 roku, kiedy go zapytano o ewentualną gotowość do spotkania z Piłsudskim, do 31 października, kiedy to ostatecznie rząd księcia Maxa von Badena zapalił dla tej inicjatywy zielone światło, wiele w Niemczech się wydarzyło. Odwrotnie niż we Francji, w Niemczech to prowincja docierała z nastrojami rewolucyjnymi do stolicy. Prym wiedli marynarze z Bremy, Cuxhaven, Kilonii. Liczono dni do upadku istniejącego reżimu. Przygotowywano rząd tymczasowy, który objąłby władzę po abdykacji cesarza i upadku jego rządu. A problemy, przed którymi mieli stanąć nowi rządzący, były rzeczywiście ogromne. Do najpilniejszych należało podjęcie negocjacji z aliantami, wypełnienie wszystkich postanowień zawieszenia broni, przygotowanie i przeprowadzenie demobilizacji dziesięciomilionowej armii niemieckiej, na domiar złego armii rozrzuconej po wielu zakątkach Europy. Istotne było też przestawienie przemysłu z produkcji zbrojeniowej na cywilną, a także uchwalenie konstytucji, co stanowiłoby gwarancję porządku i praworządności w państwie. W ten sposób chciano uniknąć rządów ulicy, właściwych działaniom bolszewików.

Po decyzji rządu niemieckiego Kessler jedzie do Magdeburga. Do miasta, w którego twierdzy od ponad roku przebywa Józef Piłsudski. Jego pobyt w tym ponurym miejscu, spowodowany odmową złożenia przysięgi, jest klasycznym potwierdzeniem bankructwa polityki niemieckiej wobec Polski. Bankructwo to ma swoje oczywiste korzenie w ambicjach i arogancji szefów niemieckiego Sztabu Generalnego oraz mglistej, pozbawionej dobrych intencji polityce zmierzającej do utworzenia niejasno sprecyzowanego tzw. niepodległego państwa polskiego. Stojąc wobec coraz bardziej oczywistej perspektywy powstania niepodległej Polski, mającej dostęp do morza, zgodnie z 13. punktem planu Wilsona, Niemcy postanawiają gwałtownie szukać bliskiego sojusznika w więźniu Józefie Piłsudskim. Uważają, że Piłsudski, który przez pewien czas walczył po stronie państw centralnych, będzie lepszym partnerem do rozmów niż wręcz "zwierzęco" nieposkromiony w swoich antyniemieckich uczuciach Roman Dmowski.

Piłsudski - dedukują w Berlinie - jako żołnierz wie, co to znaczy śmierć za Ojczyznę na polu walki, a to skłoni go do większego kompromisu, niż by to miało miejsce w wypadku Dmowskiego, który nader sprytnie w czasach okrutnej, bezlitosnej wojny "chował się" w wygodnym do życia i cudownie pięknym Paryżu.

Podczas podróży do Magdeburga Kessler studiował informacje, które uzyskał w Berlinie. Chciał być dobrze przygotowany do rozmowy. W otrzymanych materiałach znalazł między innymi opis aresztowania Piłsudskiego i dane co do sposobu jego traktowania jako więźnia. Kessler dowiedział się, że najpierw, 16 lipca 1917 roku, niemiecka policja polityczna dowodzona przez dr. Ericha Schultzego weszła do mieszkania bliskiego współpracownika Piłsudskiego, Kazimierza Sosnkowskiego, i przeprowadziła dokładną rewizję. W nocy z 21 na 22 lipca zarówno Sosnkowski, jak i Piłsudski zostali aresztowani, a następnie przewiezieni z Warszawy do Gdańska. Umieszczono ich od początku w osobnych celach. Po czterech dniach znów wyruszyli w drogę. Tym razem celem była Szpandawa koło Berlina. Ale to nie był koniec ich transportu. Po Szpandawie "goszczono" ich w twierdzy Wesel w Nadrenii. Ostatecznie, po miesiącu więziennej tułaczki, Piłsudski znalazł się w Magdeburgu. Będzie tam trzymany aż do uwolnienia. Przez władze więzienne był dobrze traktowany. Przebywał w dwupokojowym mieszkaniu w małym domku zbudowanym w środku twierdzy. Na szczęście nie cofnięto mu wypłaty żołdu, mógł więc zamawiać zarówno jedzenie przygotowywane na zewnątrz twierdzy, jak i upragnione gazety. Wolno mu było korzystać z zasobów biblioteki więziennej, nie żałowano mu papieru i przyborów do pisania. Mógł więc pisać. Z zacięciem przelewał na papier swoje wojenne wspomnienia. Korespondencja listowna nadchodziła do niego z wielkim opóźnieniem. Był izolowany od innych więźniów. Władze więzienne, mając świadomość, że Piłsudski cierpi na problemy sercowe oraz reumatyzm, systematycznie woziły go do szpitala na specjalistyczne badania lekarskie. Kąpiele też brał na zewnątrz twierdzy, w łaźniach, dowożony przez służbę więzienną. Po roku pobytu skończyła się jego izolacja. Dokooptowano do niego Kazimierza Sosnkowskiego. Odtąd czas spędzali razem na nieustannych dyskusjach o Polsce i jej przyszłości. Głównie o jej szansach na odzyskanie niepodległości. Często dyskusje te wiedli, za przyzwoleniem władz więziennych, spacerując poza twierdzą uliczkami Magdeburga.

W czwartek 31 października 1918 roku Kessler spotkał się z Piłsudskim na rozmowie sondażowej. Chciał wybadać nastrój brygadiera i jego poglądy na stosunki polsko-niemieckie. Piłsudski z pasją przekonywał Kesslera, że potrzebuje tylko kilku miesięcy, by stworzyć armię zdolną do skutecznej obrony terytorium Rzeczypospolitej.

- Potrzebujemy armii, by w szczególności bronić Polski przed bolszewikami.

Co do zdolności prowadzenia wojen poza granicami, to brygadier stwierdzał, że zajmie mu kilka lat, zanim Polska będzie do nich gotowa zarówno politycznie, jak i militarnie.

- Tak więc, panie Kessler, ta generacja Polaków nie będzie jeszcze przygotowana do wojny z Niemcami, aby odzyskać Poznań i jego okolice oraz Prusy Wschodnie. Nie omieszkam dodać, że chętnie przyjmiemy te tereny jako dar ententy wynikający z postanowień przyszłego traktatu pokojowego.

Kessler po rozmowie sondażowej pospiesznie wrócił do Berlina. Złożył kanclerzowi Maxowi von Badenowi obszerny pisemny raport ze swojej magdeburskiej wyprawy. Nosił on datę 1 listopada 1918 roku.

Po naradach w ramach rządu niemieckiego Kessler otrzymał polecenie udania się z nową misją. Miał się ponownie spotkać z brygadierem. Dopiero w trakcie pobytu w Magdeburgu otrzymać miał telefonicznie lub telegraficznie ostatnie instrukcje co do ewentualnego zwolnienia Piłsudskiego. W środę 6 listopada 1918 roku w godzinach wieczornych Kessler dotarł do Magdeburga. Rozmowy z Piłsudskim jeszcze tego samego dnia były niemożliwe, ponieważ z Berlina nie nadeszły ostateczne instrukcje. Rozmawiał więc z oficerem bezpośrednio odpowiadającym w twierdzy za jego pilnowanie. Był nim kapitan R. Schloessmann. Kiedy Kessler zapytał go, czy Piłsudski podpisze dokument, jak życzy sobie tego rząd niemiecki, w którym przyrzeknie przyjaźń niemiecko-polską, a także opowie się za nieodbieraniem Niemcom w ramach traktatu pokojowego ziem tradycyjnie polskich, kapitan Schloessmann wręcz na głos się roześmiał.

- Ani Piłsudski, ani Sosnkowski niczego nie podpiszą. Oni są dobrze zorientowani w sytuacji i na frontach, i w samych Niemczech. Nie dalej jak wczoraj powiedzieli mi jasno, że z chwilą zawieszenia broni będą wolni. Proszę pana hrabiego o nieposiadanie jakichkolwiek nadziei czy złudzeń na uzyskanie podpisu brygadiera. Piłsudski jest niezwykle przebiegłym zwierzem politycznym. On trafnie czyta i analizuje rozgrywki polityczne i ze znacznym wyprzedzeniem bezbłędnie przewiduje ruchy zarówno wrogów, jak i sojuszników. Panie Kessler, Piłsudski to postać nietuzinkowa. Rzadko zdarza się spotkać kogoś o takich predyspozycjach zarówno do dowodzenia, jak i do rządzenia.

Kessler utrzymywał z Berlinem łączność poprzez telegraf lub telefon mieszczący się w magdeburskim sztabie wojskowym. Po przekazaniu opinii kapitana czekał na nowe instrukcje. Kiedy wreszcie nadeszły, dowiedział się, że ma próbować uzyskać, chociażby ustną, zgodę na niemieckie postulaty. Odbył z brygadierem krótką rozmowę, ale jak trafnie przewidywał więzienny strażnik, niczego od Piłsudskiego nie uzyskał.

Kolejna rozmowa Kesslera z kapitanem Schloessmannem toczyła się tym razem wokół wydarzeń szybko zbliżającej się do granic Magdeburga rewolucji. Wojsko zostało postawione w stan pogotowia. Dowództwo nie było jednak pewne zachowania się prostych żołnierzy. Kapitan pytał Kesslera, czy ten mógłby przemówić do żołnierzy, aby ich uspokoić i tym samym przeciwdziałać ewentualnemu powstaniu lokalnego puczu. Kessler odpowiedział, że ma tylko cywilne upoważnienia dotyczące brygadiera Józefa Piłsudskiego oraz Kazimierza Sosnkowskiego. Nie może zatem podjąć się wypowiadania na tematy polityczne wobec jakiegokolwiek żołnierskiego gremium.

W tym czasie do Kesslera dotarło polecenie dowiezienia dwóch więźniów Polaków do Berlina, skąd będą natychmiast wysłani najbliższym pociągiem do Warszawy. W ciągu tych kilku godzin oczekiwania sytuacja w Magdeburgu bardzo się skomplikowała. Zerwane zostały połączenia kolejowe z Berlinem. Nie widząc innego wyjścia, Kessler zarządził, aby przejąć jeden z wojskowych samochodów. Po kilkunastu minutach Schloessmann otrzymał telefoniczną informację, że w centrum Magdeburga formuje się gigantyczna demonstracja. Nastroje jej przywódców są bardzo bojowe. Atakują oficerów. W twierdzy radzą mu, aby dla bezpieczeństwa nie był ubrany w mundur oficerski. Dla Kesslera stało się jasne, że jest to ostatni moment na wykonanie misji i bezpieczne wywiezienie Piłsudskiego z Magdeburga. W piątek 8 listopada razem ze Schloessmannem udali się do dowódcy stacjonującego w Magdeburgu oddziału wojsk zmechanizowanych, rotmistrza von Gülpena. Poprosili o natychmiastowy przydział samochodu. Gülpen, zaprawiony w bojach w szeregach armii tureckiej na Kaukazie, nie tylko dał im samochód, ale poinformował także, że sam na ochotnika będzie jego kierowcą. Analizując naprędce sytuację, doszli do wniosku, że jedyną możliwością wyjazdu z miasta będzie spotkanie się już po drugiej stronie mostu na Łabie. Obawiali się bowiem, że w każdej chwili może dojść do zablokowania przez demonstrantów mostu dla ruchu pojazdów zmechanizowanych.

Gülpen w ciągu kilku minut miał przebyć most samochodem i czekać na Kesslera i jego dwóch Polaków na drugim brzegu. Schloessmann ubrany był po cywilnemu, a Kessler w mundur oficerski. Narzucili więc na niego długi płaszcz cywilny, a na głowę włożyli filcowy kapelusz. Tak ubrani pospiesznie ruszyli do twierdzy, aby odebrać "swoich" Polaków. Znaleźli ich obu siedzących na ławeczce w ogrodzie. Była jesień, ale panowała pogoda wiosenna. Było ciepło, świeciło piękne słońce.

Informując na miejscu o decyzji rządu niemieckiego, Kessler ponaglał swoich polskich towarzyszy podróży do szybkiego spakowania się.

- Panowie oficerowie, nie mamy czasu na zwłokę. Wielkie grupy rewolucjonistów coraz szybciej opanowują miasto.

W ciągu piętnastu minut byli w drodze. Sosnkowski był w ubraniu cywilnym, brygadier Piłsudski w mundurze polskiego oficera. Tak jak to zrobił wcześniej Kessler, Piłsudski narzucił na siebie długi polowy płaszcz. Dodatkowo brygadier przewiesił przez ramię wojskowy koc. Szli spiesznie, kierując się na most. Po drodze rozmawiali o przebiegu wypadków w Niemczech. Kessler opowiadał, że ruch pociągów w kierunku Berlina jest zawieszony. Jedyna szansa, jaką mieli, aby dotrzeć do stolicy, to przejazd samochodem, który czekał na nich na Berliner Chaussee, tuż za mostem. Odpowiadając Kesslerowi, Piłsudski oświadczył, że jego zdaniem władze niemieckie w Berlinie zbyt długo czekały z reakcją na zryw rewolucyjny.

- Znam psychologię rewolucji - mówił brygadier. - Pozostają wówczas rządzącym tylko dwa wyjścia. Należy albo natychmiast uderzać z dużą siłą, albo czynić błyskawiczne koncesje. Nie ma innych rozwiązań. Teraz jest już za późno. W wyniku zaniechania władz na Niemcy spadną naprawdę ciężkie czasy. Musi pan wiedzieć, panie Kessler, że bolszewizm nie kieruje się zasadami krajów cywilizowanych. U nich panuje chaos i trudno ustalić, o co faktycznie walczą. Notabene nasi czerwoni też najczęściej nie mają zielonego pojęcia, czego tak naprawdę chcą.

- Polska, tak jak Niemcy, potrzebuje spokoju - odpowiedział Kessler. - Dlatego też, wierząc, że chce pan pokoju z Niemcami, jest pan przez władze mojego kraju zwalniany z twierdzy.

- To zrozumiałe samo przez się - cicho wyszeptał Piłsudski. Po chwili zapytał Kesslera, dlaczego ani on, ani Sosnkowski nie otrzymali przyznanego im wcześniej Żelaznego Krzyża.

Kessler nie znał odpowiedzi na to pytanie. Rozumiał rozgoryczenie, bo jest to odznaczenie z dumą noszone przez odważnych żołnierzy.

Wreszcie przeszli przez most. Zajęli miejsca w samochodzie. Brygadier kaszlał. Starał się zasłaniać usta starym filcowym kapeluszem. Kessler pełen nadziei poinformował, że jest wysoce prawdopodobne, iż jeszcze dzisiaj wieczorem wyjadą z Berlina pociągiem do Polski, do Warszawy. Piłsudskiego ogarnął nastrój melancholijny. Mówił, że cieszy się z możliwości ponownego zobaczenia Ojczyzny. Tej ukochanej ziemi, tych sosen towarzyszących mu od dzieciństwa na Litwie. Opowiadał, że chociaż wywodzi się z Litwy, to nie zna języka litewskiego. W domu zawsze rozmawiali po polsku. Mówił, że rodzice nazywali się Ginet (Ginaitis)-Piłsudski.

W miejscowości Genthin zatrzymali się u mleczarza. Rotmistrz Gülpen zarządził porządny obiadowy posiłek składający się z zupy mlecznej, mięsa, sera, śmietany i cudownego (tak wspólnie je okrzyknęli) masła. Całość popijali kawą.

Po posiłku ruszyli w dalszą drogę. Kiedy przejeżdżali przez Plaue nad rzeką Havel oraz przez Brandenburg, było jeszcze spokojnie. Zatrzymali się ponownie w Wustermark. Zauważyli przejeżdżające dwa pociągi szczelnie wypełnione matrosami (deputatami) zdążającymi do Berlina. Dotarli do Reichskanzler Platz, przy którym na co dzień mieszkał ich "szofer", rotmistrz Gülpen. Na powitanie wybiegła zaskoczona niespodziewanym przybyciem męża i jego gości małżonka wraz z dziećmi. Kessler, korzystając z okazji, natychmiast zatelefonował do Hatzfeldta w Berlinie, aby poinformować go, gdzie się w tej chwili znajdowali i o której godzinie spodziewali się dotrzeć do celu. W odpowiedzi otrzymał wiadomość, że w dniu dzisiejszym nie ma najmniejszej możliwości wyekspediowania brygadiera do Polski.

- Ruch kolejowy zamarł. Docierają tylko pociągi rewolucyjne. Muszą na tę noc pozostać w Berlinie. Mają zarezerwowane pokoje w hotelu Continental.

Wiadomość wstrząsnęła zarówno Piłsudskim, jak i Sosnkowskim.

- Jeden dzień zbyt późno - oznajmił głośno brygadier.

Sosnkowski natomiast dopytywał się, czy nie ma naprawdę możliwości zorganizowania specjalnego pociągu lub samochodu, który dowiózłby ich chociażby do granicy z Polską. Niestety nie było to możliwe.

W końcu dotarli do Berlina. Zamieszkali w Continentalu. Brygadier pytał Kesslera, czy ten mógłby mu kupić szablę, bo nie ma swojej, a nie wypada oficerowi wracać do kraju bez białej broni. Dostaje przyrzeczenie, że na pewno sprawa zostanie pozytywnie załatwiona. Kessler osobiście odwiedzał sklepy w poszukiwaniu szabli. Wysyłał również umyślnego. Bez skutku. Wrócił do hotelu, by oznajmić Piłsudskiemu:

- Niestety w tych warunkach, jakie obecnie panują w Berlinie, zdobycie szabli jest niemożliwe. Jedyne, co mogę zrobić, to ofiarować panu brygadierowi swoją własną. Szkopuł jednak w tym, że jest to szabla pruska i nie wiem, czy pan brygadier nie będzie w jakimś stopniu z tego powodu zakłopotany.

- W żadnym wypadku. Może być pruska. Muszę wrócić z szablą.

Następnego dnia, w sobotę 9 listopada, Kessler wręczył Piłsudskiemu swoją własną szablę. Był to w historii Niemiec dzień specjalny. Cesarz abdykował i tego samego dnia z balkonu Reichstagu proklamowana została Republika. Początkowo na jej czele stanęła Rada Przedstawicieli Ludu. Składała się z sześciu osób. Reprezentowali oni po połowie partie niezależne i socjalistyczne. A gwoli historycznej prawdy warto wspomnieć, że przebywający w siedzibie niemieckiego Wysokiego Dowództwa, które stacjonowało wówczas w belgijskim mieście Spa, cesarz niemiecki nigdy nie podjął decyzji o abdykacji. To socjaldemokrata Philipp Scheidemann w trakcie południowego posiłku w Reichstagu, błędnie poinformowany o Karolu Liebknechcie, jakoby głoszącym przemówienie z okna zamku królewskiego, nie życząc sobie, aby jego partia utraciła inicjatywę w toczących się przepychankach rewolucyjnych na rzecz "wzoru" sowieckiego, podszedł do okna i oświadczył do zgromadzonego tłumu: "Robotnicy i żołnierze, przeklęta wojna zakończyła się... Cesarz abdykował... Niech żyje nowe! Niech żyje Republika Niemiecka!". Po tych słowach tłum wiwatował, a Scheidemann spokojnym krokiem powrócił do przerwanego posiłku. Był głodny. Musiał jeszcze tylko przez chwilę wysłuchać besztającego go Friedricha Eberta, który waląc pięścią w stół, krzyczał: "Nie miałeś prawa proklamować republiki!". Ebert był za utworzeniem stanowiska regenta zastępującego osobę panującą.

To był czas, kiedy rządziła ulica, która nie zwracała szczególnej uwagi na poglądy czy plany Friedricha Eberta. To tłum, który całkowicie zaprzestał myślenia o pracy, przemieszczając się z miejsca na miejsce wymuszał takie a nie inne zachowania polityków.

Z kolei Karol Liebknecht na czele małego zgrupowania matrosów udał się do pałacu królewskiego. Były to już godziny popołudniowe. Szedł dziarskim krokiem, trzymając pod pachą teczkę. Liebknecht poprzez labirynt korytarzy dotarł do okna wychodzącego na plac szczelnie zapełniony tłumem berlińczyków. Szybko rozpoczął swoją przemowę: "Nadszedł dzień wolności. Żaden z Hohenzollernów już nigdy nie postawi stopy w tym królewskim pałacu. Niniejszym proklamuję wolną socjalistyczną Republikę Niemiecką. Zbudujemy nowy porządek w oparciu o proletariat, pokój i szczęście, z wolnością dla wszystkich naszych braci Niemców. Także dla naszych braci rozproszonych w świecie. Wyciągamy do nich nasze ręce".

Po zakończeniu przemowy Liebknecht skierował swoje kroki do cesarskiej sypialni, aby symbolicznie pokazać, że cesarz już nie rządzi. Na oczach towarzyszących mu matrosów oraz kilku dziennikarzy rozebrał się do bielizny, podszedł do cesarskiego łoża, położył cztery książki, które uprzednio wyjął z teczki, na stoliku nocnym. Następnie wsunął się pod cesarską pierzynę, kładąc głowę na cesarskiej poduszce. Chcąc sięgnąć po jedną z książek leżących na stoliku, Liebknecht żwawo przekręcił się na bok, napierając na ten mały mebel. Najwidoczniej nie był obliczony na utrzymywanie takiej ilości wiedzy, jaka mieściła się w czterech opasłych tomiskach, oraz na jednoczesną kolizję z Liebknechtem i... runął z wielkim trzaskiem na podłogę. Tak jak cesarska władza w Niemczech.

W tych ważnych dla przyszłości Niemiec chwilach władza naprawdę należała do ulicy. Najwymowniejszym tego przykładem może być "mianowanie" nowego szefa policji. Główna siedziba policji mieszcząca się na Alexanderplatz otoczona była tłumem protestujących. Jeden z nich, lewicowy działacz, uważający siebie za niezależnego socjalistę, Emil Eichorn, podszedł do drzwi wejściowych i zdecydowanym głosem oświadczył: "Jestem od tej chwili prezydentem policji". Żaden z wystraszonych policjantów zabarykadowanych w budynku nie protestował. Eichorn, już jako nowy szef policji, w pierwszej kolejności skierował się do pomieszczeń z celami dla więźniów, z których wypuścił 650 wcześniej aresztowanych demonstrantów. [Ten sam Eichorn w pierwszych dniach stycznia 1919 roku wydatnie przyczynił się do wybuchu protestu Związku Spartakusa. Kiedy jego partia niezależnych socjalistów w końcówce grudnia 1918 roku opuściła koalicję rządową, Eichorn odmówił zrezygnowania ze stanowiska szefa policji. 4 stycznia otrzymał oficjalne odwołanie. Następnego dnia, w niedzielę 5 stycznia, następca Eichorna pojawił się przed gmachem na Alexanderplatz. Zastał tam zwarty tłum, który nie tylko uniemożliwił mu wejście do budynku, ale także co nieco go poturbował. Nieugięty Emil Eichorn przemówił do tłumu z okna. Zapewnił, że nigdy nie zrezygnuje ze swojego stanowiska. Tak się złożyło, że w gmachu policji zgromadzona była cała czołówka przywódców niemieckiej lewicy. Podgrzani nastrojami przed budynkiem doszli oni do wniosku, że w Niemczech nadszedł właśnie długo oczekiwany czas prawdziwej rewolucji. O tej decyzji tłum dowiedział się z przemówienia Liebknechta wygłoszonego z balkonu. Jeszcze tego samego dnia liderzy lewicy sformowali Komitet Rewolucyjny i zdecydowali o uzbrajaniu tłumu w broń palną. Poniedziałek 6 stycznia rozpoczął się od gigantycznego strajku i przejmowania ważnych gmachów przez bojowników Spartakusa. Rozpoczął się krwawy tydzień na ulicach Berlina].

Z drugiej strony warto wspomnieć też i o tym, że w dniu, w którym w Niemczech wszystko się zmieniło, miały także miejsce ważne wydarzenia kulturalne. To właśnie tego szczególnego dnia odbył się w Berlinie pokaz prasowy najnowszego filmu firmy UFA [Universum Film A.G.], "Carmen". W tym wyreżyserowanym przez Ernsta Lubitscha filmie główną rolę grała nasza piękna rodaczka, Pola Negri [Apolonia Chałupiec]. Na pokaz dotarła w cudownej sukni z lamy, która - zresztą jak i jej właścicielka - zrobiła na gościach ogromne wrażenie. Impreza przebiegła zgodnie z planem. Szampan był należycie schłodzony. Opinia o filmie entuzjastyczna. Dobiegające z zewnątrz wystrzały z broni palnej tylko chwilami rozpraszały zgromadzoną widownię bacznie obserwującą przedpremierową projekcję.

W późnych godzinach popołudniowych tego pełnego historycznych wydarzeń dnia zagubiony cesarz znajdował się w swoim prywatnym pociągu. Spał. W końcu, silnie naciskany przez dowódców wojskowych, zgodził się ostatecznie, aby go wywieźli na wygnanie do Holandii. Nadal stanowczo odmawiał wymówienia słowa: abdykacja. Po wyjeździe cesarza dowództwo nad wojskami frontowymi przejął Paul von Hindenburg. Ericha von Ludendorffa zastąpił Wilhelm Groener. Jedyne, czego Groener i inni wysocy oficerowie oczekiwali od Eberta, który w międzyczasie przejął od księcia Maxa von Badena obowiązki kanclerza, to podjęcie zdecydowanej walki z bolszewizmem. "Dla zapewnienia realizacji tego zadania armia stawia się do dyspozycji rządu" - oświadczył Groener.

Władzom niemieckim zależało, aby Piłsudski opuścił Berlin jeszcze tego samego, przepełnionego nadzwyczajnymi wydarzeniami, dnia. Udało się wreszcie zorganizować pociąg składający się z lokomotywy oraz jednego wagonu osobowego. Z Berlina brygadier Józef Piłsudski odjechał wraz z Kazimierzem Sosnkowskim w godzinach wieczornych. Do Warszawy dotarł 10 listopada w godzinach porannych. Wcześniej niż się spodziewano. Ale i tak czekał na niego spory tłum mieszkańców stolicy. oficjalnie został powitany przez członka Rady Regencyjnej Zdzisława księcia Lubomirskiego9 oraz przez dowódcę Komendy Naczelnej POW, Adama Koca. Marszałka przewiózł swoim automobilem, najpierw do swojego pałacu przy ulicy Frascati, a następnie do Filharmonii, książę Lubomirski. [Początkowo marszałek zamieszkał w pensjonacie panien Romanównych przy ulicy Moniuszki 2, a od 13 listopada miał już prywatne czteropokojowe mieszkanie przy Mokotowskiej 50]. Na placu pod Filharmonią zebrał się tłum, który po rozejściu się wiadomości o powrocie brygadiera, szybko gęstniał. Piłsudski wielokrotnie pokazywał się w oknie wiwatującym na jego cześć Polakom. Aresztowanie i pobyt w twierdzy magdeburskiej przysporzyły mu zwolenników. Był dla Polaków ofiarą prześladowań i symbolem walki z okupantem. Stał się bezwzględnie najpopularniejszym liderem walczącego o swoje samostanowienie państwa polskiego. Naród mu zaufał i chciał, aby go poprowadził do pełnej niepodległości. Już następnego dnia Rada Regencyjna powierzyła Piłsudskiemu kontrolę nad armią. 12 listopada otrzymał misję utworzenia rządu narodowego.

Próbując utworzyć rząd oparty na sile wielu różnych partii politycznych, sprowadził Piłsudski do Warszawy Wincentego Witosa, który kierował dotąd Polską Komisją Likwidacyjną w Krakowie. Brygadier był w pełni przekonany, że nie ma stronnictwa czy partii, które by mogły stwierdzić, że własnymi siłami dadzą radę sprostać wszystkim trudnościom. Dla dobra Rzeczypospolitej musi być wypracowany ponadpartyjny kompromis. Czas miał w tym wypadku ogromne znaczenie. Czując bezpośrednie zagrożenie w postaci presji bolszewików, trzeba było szybko budować podwaliny nowego państwa. Rosyjska rewolucja parła ku rozprzestrzenianiu się na Zachód. Polska była dla Rosji pierwszą przeszkodą na tej drodze. Z kolei dla Zachodu byliśmy pierwszą zaporą mogącą zatrzymać rosyjski pochód ku Europie Zachodniej.

Rada Regencyjna 14 listopada zakończyła swoją działalność, przekazując Piłsudskiemu wszystkie swoje obowiązki. Zarówno cywilne, jak i wojskowe. Brygadier przez kilka dni, to jest do czasu podjęcia decyzji, że Polska będzie miała status republiki, a nie monarchii, był Regentem Królestwa Polskiego. 16 listopada, pełniąc funkcję głowy państwa, Józef Piłsudski notyfikował na arenie międzynarodowej w sposób oficjalny powstanie niepodległego państwa polskiego. Uczynił to, wysyłając specjalny telegram adresowany do głów poszczególnych państw. Przez kilka dni trwały podjęte przez Daszyńskiego rozmowy na temat utworzenia rządu. Misja ta zakończyła się fiaskiem. Ostatecznie premierem został Jędrzej Moraczewski. Pierwszy rząd swoim składem osobowym bardzo przypominał kierowany przez Daszyńskiego lewicowy, ludowy rząd lubelski oparty na silnym poparciu POW. Pierwsze posiedzenie rządu odbyło się 18 listopada. Piłsudski miał w tym nowo sformowanym rządzie tekę ministra spraw wojskowych. Kiedy jednak zdecydował się na przyjęcie tytułu Naczelnika Państwa, które nawiązywało swoim rodowodem do insurekcji kościuszkowskiej, zrezygnował ze stanowiska ministra w rządzie Moraczewskiego. Dodać należy, że pełniąc funkcję Naczelnika Państwa, tymczasowo wykonywał funkcje głowy państwa.

Józef Piłsudski, "od zawsze" działający w konspiracji, wiedział doskonale, jak istotną rolę dla bezpieczeństwa państwa odgrywają wywiad i kontrwywiad. Zwłaszcza w tym szczególnym momencie dla rodzącego się ze zgliszcz nowego państwa polskiego. Brygadier w wielu swoich decyzjach polegał na informacjach zdobytych przez jego służby. Tuż przed wielką wojną kierunki i cele działania polskich jednostek wywiadowczych były blisko związane z planami armii austro-węgierskiej i stąd nakierowane głównie przeciwko Rosji. Działano poprzez Związek Walki Czynnej (ZWC), ale najlepszych rezultatów dostarczał wywiad Legionów Polskich. W momencie gdy utworzono w sierpniu 1914 roku Pierwszy Pułk Legionów z Józefem Piłsudskim jako dowódcą, automatycznie powstał Oddział Wywiadowczy tegoż pułku. Jego pierwszym szefem był kpt. Rajmund Jaworowski. Już we wrześniu tego samego roku Oddział Wywiadowczy został podzielony na dwie grupy. Na czele Wywiadu Taktycznego stanął kpt. Jaworowski, a Wywiadem Strategicznym pokierował Adam Skwarczyński. Po powstaniu w grudniu 1914 roku I Brygady Legionów Polskich przeobrażono Oddział Wywiadowczy I Pułku w OW Pierwszej Brygady. OW podporządkowany był sztabowi I armii austriackiej. Już w marcu 1915 roku Austriacy zlikwidowali OW. Józef Piłsudski nie mógł jednak racjonalnie działać w sytuacji, gdy podejmowane przez niego istotne decyzje nie były oparte na stałym dopływie informacji z poszczególnych regionów ziem polskich. Na jego osobisty rozkaz utworzono sieć informatorów. Była to organizacja nieformalna. Jej szefem został Walery Sławek. Jako szef odniósł on szereg sukcesów, plasując swoją agenturę w ważnych instytucjach austriackich oraz niemieckich działających w Krakowie i w Warszawie. Gdy w roku 1916 powstała Tymczasowa Rada Stanu, na mocy decyzji Piłsudskiego wywiad polski znalazł swoje miejsce w strukturach Polskiej Organizacji Wojskowej.

Po wielkiej wojnie, jeszcze zanim Piłsudski wrócił z Magdeburga, dekretem Rady Regencyjnej z końca października 1918 roku rozpoczęło się tworzenie organizacji wywiadu i kontrwywiadu jako Wydziału II Informacyjnego Sztabu Generalnego. Pierwszym szefem tej organizacji został mjr Mieczysław Mackiewicz. Najwcześniej powstały w ramach Wydziału II komórki specjalizujące się w działaniach na kierunku wschodnim. Tuż po powrocie brygadiera i objęciu przez niego stanowiska szefa spraw wojskowych rozpoczęto w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego tworzenie Oddziału VI Informacyjnego. Prace wdrożono 13 listopada, a już osiem dni później nowa struktura podjęła intensywne działania. Na jej czele stanął ppłk Józef Rybak. Od tego momentu Józef Piłsudski regularnie otrzymywał materiały wywiadowcze mające strategiczne znaczenie dla bytu nowego państwa polskiego.

Jak już wspomniałem, jednym z pierwszych posunięć Piłsudskiego był jego apel do aliantów oraz nowej Republiki niemieckiej o uznanie nowo utworzonego rządu i nawiązanie stosunków dyplomatycznych. Doszukując się motywów tego posunięcia, nie można mieć wątpliwości co do chęci brygadiera uzyskania szybkiego poparcia aliantów. Ze zwycięzcami pragnie się żyć w zgodzie i pełnej harmonijnej współpracy. Niedługo przecież zadecydują o warunkach traktatu pokojowego. A na tym polu Polska miała dużo do zyskania. Innym motywem kierującym postępowaniem Piłsudskiego był "pojedynek" o władzę z narodowymi demokratami i ich organem wykonawczym, to jest Komitetem Narodowym. Oni byli w Paryżu, a o uznanie występował rząd funkcjonujący już na miejscu w Polsce, wśród jej obywateli i dla ich dobra.

Oczywiście nie jest już tak łatwo oceniać to samo posunięcie Piłsudskiego, kiedy mówimy o apelu skierowanym przez niego do oficjalnych organów państwa niemieckiego. Trzeba być bowiem w pełni świadomym faktu, iż okupant niemiecki nie cieszył się popularnością w narodzie polskim. To raz. A dwa, Piłsudski musiał również brać pod uwagę to, że tego typu działanie niekoniecznie będzie przez aliantów uznane za przyjazne. Jednak dla Piłsudskiego, szeroko patrzącego na zagadnienie zapewnienia bezpieczeństwa nowo powstałemu państwu polskiemu, było rzeczą bezsporną, że musi rozwiązać wielki problem, który istniał między Polską a Niemcami. Tym problemem była niemiecka armia w sile 400 tysięcy żołnierzy i oficerów stacjonująca pod dowództwem Oberbefehlshaber Ost [Ober-Ost] po części na Ukrainie, a po części na terytorium wschodnich obszarów Polski. W tym czasie dla Polski nie było nic pilniejszego niż natychmiastowe ewakuowanie do Niemiec tego wielkiego zgrupowania wojsk. Polski przywódca słusznie obawiał się, że zdemoralizowane wielkie jednostki niemieckie, będące pod nieustającą indoktrynacją komunistyczną, siać zaczną zarazę bolszewicką wśród Polaków. Nie wspominając już o tym, że sam ich pobyt na ziemiach polskich zagrażał suwerenności odradzającego się państwa.

Armia niemiecka wspierała na Ukrainie stworzoną przez hetmana Skoropadskiego namiastkę rządu z siedzibą w Kijowie. Jego upadek w 1918 roku był wynikiem działań dwóch bardzo popularnych liderów radykalnego lewicowego ruchu nacjonalistycznego, Winniczenki oraz Petljury. Zbudowali oni swoją armię składającą się w połowie z regularnych formacji wojskowych, a w połowie z partyzantów. Podobne formacje powstawały w innych częściach Ukrainy. Na ich czele stali lokalni dowódcy, będący po części pospolitymi rzezimieszkami. Cały obszar Ukrainy wydawał się jednym wielkim polem walk i przepychanek o części terytorium i władzę, zgodnie z zasadą: masz tyle władzy, ile jesteś w stanie zagarnąć. Nawet siły morskie aliantów po wylądowaniu w Odessie nie odważyły się zapuszczać w głąb Ukrainy. Hetman Skoropadski miał w końcowej fazie walk oparcie tylko w kilku tysiącach byłych zawodowych oficerów i żołnierzy rosyjskich oraz niewielkiej liczbie świeżo zmobilizowanych rekrutów. Dowodził nimi stary dowódca carskiej kawalerii, generał, hrabia F.A. Keller (poległ w wojnie roku 1920 w trakcie obrony Kijowa przed nacierającymi wojskami polskimi). Kiedy wojska Winniczenki i Petljury weszły do Kijowa, hetman Skoropadski salwował się ucieczką. Ukrył się na terenie poselstwa niemieckiego. W obawie przed represjami, które mogły również dotknąć personel poselstwa, trzymano go tam w jak najściślejszej tajemnicy, by po tygodniu w przebraniu rannego lekarza armii niemieckiej przemycić pociągiem Czerwonego Krzyża do Niemiec. Zaraz po przybyciu do Berlina Skoropadski, w wyniku decyzji Hindenburga, otrzymał wysoką miesięczną pensję. Dodatkowo stworzono mu możliwość godnego zamieszkania w eleganckiej willi nad jeziorem Wannsee w okolicach Poczdamu. Krótko po tajnym wywiezieniu Skoropadskiego zamknięto poselstwo niemieckie w Kijowie i ewakuowano cały jego personel.

Piłsudski, występując do Niemiec z prośbą o uznanie jego rządu, niewątpliwie wskazywał także aliantom, iż zamierza prowadzić otwartą politykę zagraniczną. Znaczyło to po prostu tyle, że gotowy jest rozważać rozmaite koalicje i przymierza. Decyzja o ich wyborze zależeć miała tylko i wyłącznie od interesów Polski. Szybkie uporządkowanie spraw z Niemcami miało mu pozwolić na bliższe zajęcie się kierunkiem wschodnim. A czas naglił. Wiatry wiejące ze wschodu wskazywały na szybko zbliżający się konflikt zbrojny. By móc walczyć na wschodzie, Piłsudski musiał koniecznie mieć spokojną, a nie płonącą granicę na zachodzie.

Niemcy nie tylko słownie pozytywnie powitały inicjatywę dyplomatyczną Piłsudskiego, ale zareagowały na nią także czynem, błyskawicznie uznając jego rząd. Państwo niemieckie też bardzo chciało jak najszybciej wycofać swoje jednostki wojskowe ze wschodu. Dynastia Hohenzollernów była już tylko elementem historii, a rząd republikański chciał ustrzec swoich żołnierzy od bezpardonowej propagandy rewolucyjnej bolszewików. W swoich rachubach zakładali również, że sprowadzenie jednorazowo takiej liczby żołnierzy na obszar Niemiec może pomóc przy negocjacyjnym stole, stanowiąc formę bezpośredniego zastraszenia. W wypadku postawienia delegacji niemieckiej wobec warunków pokoju niemożliwych do przyjęcia nowy rząd republikański mógłby zdecydować się na wznowienie walk.

Z założenia nie życząc Polsce dobrze, Niemcy dodatkowo uznali, że szybka akceptacja przez ich władze rządu Polski może skompromitować nasz kraj w oczach aliantów. A to mogło Polskę drogo kosztować, jako że państwa ententy mogły odrzucić żywotne dla niej postulaty, czy to terytorialne, czy to w zakresie reparacji wojennych. Los Polski był w rękach przywódców ententy.

Zanim jeszcze Niemcy otrzymali telegram Piłsudskiego z prośbą o uznanie jego rządu i nawiązanie stosunków dyplomatycznych, borykali się już od kilku dni ze znalezieniem adekwatnego kandydata na stanowisko posła pełnomocnego w Warszawie. Dotychczasowi przedstawiciele, graf Hugo Lerchenfeld10 oraz książę Eugen Oettingen11, na życzenie władz polskich musieli opuścić Warszawę. Należało jak najszybciej znaleźć nowy personel dyplomatyczny. Warszawa również odwołała w tym samym czasie swojego przedstawiciela w Berlinie, Wacława Niemojowskiego. Dopiero z tak wyczyszczonym przedpolem Polacy planowali rozpocząć pracę nad szybkim normowaniem stosunków politycznych i gospodarczych z nową Republiką niemiecką.

14 listopada 1918 roku w trakcie krótkiego spotkania w Urzędzie Spraw Zagranicznych w Berlinie między Harrym Kesslerem a Hermannem Fürstem Hatzfeldtem ten pierwszy otrzymał propozycję natychmiastowego objęcia wakującego stanowiska niemieckiego posła w Warszawie. W zasadzie bez najmniejszych wahań Kessler od razu się zgodził. W rzeczywistości miał on pewne drobne opory związane z trudnymi negocjacjami dotyczącymi ewakuacji niemieckich wojsk z terytoriów Ukrainy oraz Polski, ale urzędnicy Auswärtiges Amt [niemieckie ministerstwo spraw zagranicznych] szybko rozwiali jego wątpliwości. Ruszyła procedura zatwierdzania nowego dyplomaty, prowadzona jednocześnie przez władze niemieckie i polskie. Kessler postawił pewne warunki dotyczące zarówno składu osobowego, jak i budżetu placówki dyplomatycznej, którą miał kierować. Bez problemu otrzymał zgodę, aby w wypełnianiu misji towarzyszył mu między innymi Schoeler jako jego osobisty adiutant oraz rotmistrz von Gülpen jako doradca. Wybór Gülpena był podyktowany przede wszystkim możliwością ewentualnego wykorzystania łączącej go od czasów magdeburskich przyjaźni z Kazimierzem Sosnkowskim. Przyrzeczony budżet placówki warszawskiej miał w zasadzie nie mieć jakichkolwiek ograniczeń. Wydawało się więc, że wszystko biegnie zgodnie z życzeniami nowego posła.

Tymczasem dwa dni później Hatzfeldt pokazał Kesslerowi notatkę sporządzoną ołówkiem, z której wynikało, że jego nominacja nie wchodzi w rachubę, ponieważ nowy rząd zamierza do Warszawy jako delegata niemieckiego skierować kobietę. Kessler chciał natychmiast w tej sprawie rozmawiać z przedstawicielem nowego rządu wojennego, ale dowiedział się, że właśnie trwają obrady i do godziny czternastej w żadnym wypadku nie wolno przeszkadzać. Podobno omawiano istotne sprawy związane z wygaszaną na wszystkich frontach wojną. W tym czasie Berlin był "bombardowany" telefonami i telegramami nadchodzącymi z rozmaitych instytucji niemieckich działających w Warszawie. Wszyscy domagali się niezwłocznego przybycia nowego szefa placówki. Hatzfeldt rozpoczął rozmowy sondażowe wśród ważnych urzędników poszczególnych ministerstw, szukając odpowiedzi na pytanie, co należało zrobić, aby Kessler mógł szybko udać się do Polski. Z kolei Kessler, walcząc o nominację, uruchomił swojego starego przyjaiela Rudlofa Breitscheida12, który miał doskonałe kontakty wśród socjalistów, w szczególności tych uważających się za niezależnych. Kiedy po wspólnych wysiłkach Hatzfeldta i Kesslera Rada Reprezentantów Ludu zaczęła, co prawda bardzo powoli, skłaniać się do kandydatury Kesslera, pojawiło się nowe wymaganie. Niezbyt poważne, ale konieczne do spełnienia. Kessler musiał uzyskać zatwierdzenie swojej kandydatury przez Radę Żołnierską i Robotniczą. W trakcie decydującego spotkania z członkami najwyższych władz niemieckich w osobach Landsberga, Eberta, Scheidemanna, Dittmanna oraz Haase, zorientował się, że w pełni popierają go tylko Landsberg i Haase. Pozostali utrzymywali, iż prawie nie do pomyślenia jest sytuacja, w której pierwszym mianowanym przez rząd Republiki niemieckiej posłem w Warszawie będzie graf i na dodatek oficer Straży Kawaleryjskiej. O początkowym wymaganiu, że posłem ma być koniecznie kobieta, zdawali się już nie pamiętać. Ostatecznie w znajdującej się pod presją czasu Radzie Żołnierskiej i Robotniczej przeważyła opinia o zgodzie na wysłanie Kesslera do Warszawy, co najmniej z jednego, ale jakże ważnego powodu. Miał on doskonałe kontakty z nowym przywódcą Polski, Józefem Piłsudskim.

W poniedziałek 18 listopada Ebert i Haase podpisali najważniejsze dokumenty w postaci listów uwierzytelniających, które Kessler miał przedstawić polskim władzom. Nadal czekał jednak na zgodę Rady Żołnierskiej i Robotniczej. Następnego dnia spodziewane było otrzymanie formalnego agrément rządu polskiego. Niecierpliwy Kessler musiał czekać z decyzją o wyjeździe do czasu, aż udało mu się zebrać wszystkie niezbędne dokumenty.

19 listopada w godzinach porannych dostał wreszcie do rąk własnych pismo ze zgodą Rady Żołnierskiej i Robotniczej. Najbardziej zdziwiła go pieczęć, na której to mógł przeczytać nową nazwę swojego kraju: Niemiecka Republika Socjalistyczna. Ostatecznie wszystko było dopięte i mógł wyruszyć w drogę. Jeszcze tego samego dnia o godzinie 22.43 specjalny pociąg składający się z wagonu salonki, wagonu sypialnego, wagonu restauracyjnego oraz lokomotywy ruszył w drogę do Warszawy. Wśród pasażerów był również dopiero co odwołany przez władze polskie z Berlina poseł Wacław Niemojowski, herbu Wierusz, wraz z małżonką. Resztę stanowili pracownicy niemieckiego poselstwa. Wśród nich byli: prawnik wywodzący się z partii socjaldemokratycznej, znakomicie władający językiem polskim urzędnik o nazwisku Rawicki, dalej dr Meyer, rotmistrz von Gülpen, attaché von Strahl, Otto Fürstner oraz szyfrant, stenotypistki i sekretarka. W sumie na pokładzie pociągu specjalnego było około 20 osób. Kessler, Niemojowski i inni mężczyźni, zanim udali się do wagonu sypialnego, do północy przebywali w salonce, tocząc rozmowy na rozmaite tematy, głównie polityczne.

Następnego dnia rano przy śniadaniu Kessler prowadził długą rozmowę z byłym już polskim posłem w Berlinie, Niemojowskim. Z jej przebiegu każdy szanujący siebie i swój kraj obywatel Polski mógł jasno wywnioskować, dlaczego ten pan nie może już dłużej reprezentować interesów rządu polskiego wobec władz niemieckich. Zaraz na wstępie rozmowy były polski poseł silnie zaakcentował swoje wielkie życzenie przyjaznych stosunków Polski z Niemcami. Kessler natychmiast podążył za tą myślą, mówiąc, że jest to możliwe tylko wtedy, jeżeli Polska tak jak Niemcy znajdzie się wśród ofiar i zrzeknie się niebezpiecznych i dla niej, i dla Niemiec, a w ostatecznym rezultacie i dla ententy, nadziei.

- Myśmy - kontynuuje Kessler - przyjęli do wiadomości punkty planu Wilsona i dlatego niektóre rejony oddamy. Ale Gdańska nie oddamy! Już Fryderyk Wielki w swoim testamencie mówił, że "ten, kto posiądzie bieg dolnej Wisły i Gdańsk, będzie bardziej panem Polski niż król, który nią rządzi".

- Niemożliwe! [oddanie przez Niemców Gdańska] - Niemojowski jak echo, zdecydowanym głosem potwierdza wypowiedź przedmówcy.

Kessler kontynuuje rozmowę, mówiąc, że najlepszym rozwiązaniem w budowaniu jakiegoś rodzaju trwałej przyjaźni polsko-niemieckiej byłyby szybkie rokowania bezpośrednie i wyjście na konferencję pokojową ze wspólnym planem. Warunkiem niezbędnym takiego rozwiązania jest jednak to, aby zarówno Polska, jak i Niemcy rządzone były przez silne osobowości. Jeżeli Piłsudski w procesie przejmowania i utrwalania swojej władzy mocno stanie na nogach, to być może bezpośrednie porozumienie będzie możliwe.

- Ententa prowadzi podwójną grę - ripostuje polski co nieco wyliniały patriota Niemojowski - mającą na celu trwałe poróżnienie Polski i Niemiec. Poczyniła Polsce wiele obietnic, teraz czas, ba, wręcz najwyższy czas, na ich zrealizowanie.

Po chwili ogólnego milczenia Niemojowski oświadczył, że planuje odejść ze służby dyplomatycznej.

- Chcę jednak pozostać w Warszawie.

Kessler natychmiast reaguje bardzo profesjonalnie, mówiąc, że ma nadzieję na pozostanie z nim w ścisłym i częstym kontakcie. Liczy na otrzymywanie od Niemojowskiego istotnych informacji, za które, może być tego pewny, należycie mu się zrewanżuje.

- Panie Niemojowski, pieniądze nie grają roli. Zapewniam o tym pana.

Niemojowski robi Kesslerowi wielką nadzieję, solennie go zapewniając, że pozostaną w stałym kontakcie. Stary agent wywiadu Kessler pomyślał zapewne w duchu, że niespodziewana okazja zakończyła się równie niespodziewanym werbunkiem.

Zanim dotarli do Warszawy, zjedli jeszcze wspólny lunch. Im bliżej byli polskiej stolicy, tym bardziej widoczne były ogromne zniszczenia dokonane przez wieloletnią wojnę. Na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie Kessler i jego delegacja powitani zostali przez przedstawicieli polskich ministerstw: spraw zagranicznych oraz wojny. Obecny był Wacław Jędrzejewicz, jeden z przybocznych Piłsudskiego, i z pół tuzina oficerów Legionów. Wojskowym samochodem pojechali do hotelu Bristol. Tam już na Kesslera czekał major Ritter z Najwyższego Dowództwa Niemieckiego w Warszawie, a także reprezentant lokalnych rad żołnierskich.

Niewiele czasu potrzebował Kessler, aby zorientować się w sytuacji i nabrać głębokiego przekonania, że jego praca w Polsce będzie bardzo trudna. Wynikało to głównie z wcześniejszej postawy niemieckich wojsk okupacyjnych, nie wyłączając niestety korpusu oficerskiego. W ciągu czterech lat traktowali polskie społeczeństwo z arogancją i pogardą, a jednocześnie rozprzestrzenili łapówkarstwo do granic trudnych do wyobrażenia. Stało się ono chlebem powszednim nie tylko wśród cywilnych urzędników niemieckich, ale także wśród władz wojskowych każdego szczebla. Trudno się zatem dziwić, że okazywana na co dzień Polakom pogarda i wszechobecna korupcja nie pozostawiły w społeczeństwie polskim jakichkolwiek dobrych wspomnień z czterech lat okupacji niemieckiej. Wręcz odwrotnie. Nienawiść do Niemców była trudna do ukrycia, by nie rzec - wszechobecna. Graf Kessler, skupiając się na pracy jako oficjalny dyplomatyczny reprezentant Niemiec, starał się tego nie dostrzegać. Pomagał mu w tym bardzo Józef Piłsudski. We wspólnych rozmowach brygadier szereg razy mówił otwarcie, że Kesslerowi i jemu przypadła niewdzięczna rola przeprowadzenia swoich krajów od głęboko zakorzenionej, wręcz tradycyjnej nienawiści do nowej przyjaźni. Piłsudski, poza osobistym życzliwym traktowaniem, stworzył Kesslerowi również dobre warunki współpracy z wielu ważnymi urzędnikami polskich ministerstw.

Graf Kessler spieszył się ze zorganizowanym wyprowadzeniem wojsk niemieckich z granic Polski. Bardzo się bowiem obawiał, że opóźnienie tego procesu może doprowadzić do rewolty wśród żołnierzy i krwawego przemarszu przez Polskę. Tym bardziej to było pilne, iż zaczęły do niego docierać informacje o pierwszych starciach, rozbrajaniu żołnierzy i ich oporze z użyciem broni włącznie. Tak stało się między innymi w Międzyrzeczu i w Białej. Gdyby polała się krew polska, to, jak sądził Kessler, Francja niechybnie ruszyłaby z odsieczą na pomoc swojemu sojusznikowi. Ba, więcej, mógł to być dla Francji pretekst do zerwania zawieszenia broni i zaatakowania granic niemieckich.

Kessler cały czas niestrudzenie negocjował więc założenia umowy o przemarszu wojsk niemieckich przez Polskę. Czynił to pomimo napadów na hotele, w których zatrzymywał się w Warszawie (musiał je regularnie zmieniać, bo ich właściciele obawiali się ewentualnych zniszczeń wyrządzanych przez bojówki Narodowej Demokracji), czy też prób atakowania go w restauracjach, z których musiał uciekać, najczęściej przez wyjścia kuchenne. Jeden z takich incydentów wydarzył się już w dwa dni po jego przyjeździe do Warszawy. W sobotni wieczór 23 listopada 1918 roku po męczącym dniu, w czasie którego odwiedził między innymi prymasa Polski, a także rannych i chorych niemieckich żołnierzy leżących w jednym z warszawskich szpitali, w trakcie spożywania posiłku w Sali Malinowej hotelu Bristol usłyszał głośne krzyki dochodzące z okolic recepcji. Powodowany ciekawością, co też takiego istotnego się dzieje, skierował się do drzwi. Drogę zagrodził mu kelner, mówiąc, że musi uciekać przez kuchnię, bo do hotelu wpadła banda, która krzycząc: Precz z Kesslerem! [Nieder Kessler!], próbowała za wszelką cenę go odnaleźć.

- Panie Kessler, sytuacja jest groźna. Bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili nie tylko najbezpieczniejsza, ale jedyna dla pana droga ratunku - poinstruował go życzliwy mu kelner.

Zanim graf Kessler ukrył się w kuchennych zakamarkach, przez chwilę dyskretnie obserwował rozwój wydarzeń. Część atakujących pobiegła już na piętro i próbowała szturmować drzwi jego pokoju. Jeden z bojówkarzy wskoczył na stół i intensywnie gestykulując, wygłaszał swoją płomienną mowę, której treści Kessler nie rozumiał. Poseł niemiecki usiłował dodzwonić się do Piłsudskiego, ale jak poinformowali go najbliżsi współpracownicy brygadiera, nie był on chwilowo osiągalny. Przyrzekli jednak natychmiastową pomoc. Po opanowaniu sytuacji przez skierowane na miejsce siły wojskowe dyrektor hotelu grzecznie poprosił Kesslera o opuszczenie budynku i przeniesienie się do innego miejsca najpóźniej do godziny dziesiątej rano następnego dnia. Zdenerwowany dyrektor nadmienił Kesslerowi, że grupa, która napadła na Bristol, zagroziła ostrzelaniem hotelu, jeżeli "ten paskudny Niemiec" dobrowolnie go nie opuści.

- Panie Kessler, proszę o to pana, bo obawiam się o los innych naszych gości. Dodam od siebie, że zagrozili również i mnie, mówiąc, że zostanę rozstrzelany za goszczenie i ukrywanie pana w naszym hotelu.

Poseł poprosił dyrektora o 24-godzinną zwłokę. Niestety bojówki Narodowej Demokracji jak przyrzekły, tak i zrobiły. Następnego dnia w godzinach popołudniowych pojawiło się ich tym razem kilkuset. Wyłamali drzwi do pokoju hotelowego grafa Kesslera i dokonali przeszukania. Jednym z ich liderów był Wojciech Korfanty, szeroko znany wśród Polaków jako przywódca polskiej rewolty przeciwko Niemcom na Górnym Śląsku. To właśnie on wyszedł na balkon będący częścią pokoju Kesslera i do zgromadzonego na ulicy tłumu swoich zwolenników wygłosił płomienną mowę. Sławił się w niej jako wielki zwolennik ententy i zajadły wróg Niemiec. Kesslera atakował słownie w sposób bezpardonowy, nazywając go przy tej okazji lewackim demokratą i internacjonalistą.

Polski rząd wyraźnie zakłopotany całą sytuacją, wydający się w sprawie ochrony Kesslera mocno zagubiony i niezbyt zdecydowany, znalazł jednak w końcu posłowi niemieckiemu małe mieszkanie w przytulnym i jak dotąd cichym pensjonacie. Dodatkowo do ochrony grafa skierowano mały oddział żołnierzy wyposażony w broń krótką oraz karabin maszynowy. Kessler, nie mając specjalnego wyboru, przystał na tę "propozycję nie do odrzucenia" i żałując bardzo wygód, jakie miał w hotelu, zmienił adres zamieszkania. Po przeprowadzce bardzo szybko został jednak wytropiony przez nadgorliwych w swojej nienawiści członków bojówek Narodowej Demokracji. Tłum bojówkarzy był na tyle bezczelny, że zagroził nawet atakiem na pilnujących niemieckiego posła żołnierzy. Kessler na grzeczną, ale stanowczą prośbę właścicielki pensjonatu ponownie zmienił miejsce swojego zamieszkania. I tak trwało to nieustannie aż do jego wyjazdu z Polski. Graf Kessler próbował przekonywać listownie radykalnego w swoich poglądach Korfantego, że postawa agresji może niechybnie spowodować zbrojne i krwawe przejście niemieckiej armii przez Polskę. Jego korespondencja pozostała bez odpowiedzi. Korfanty wolał walczyć niż rozwiązywać problemy poprzez negocjacje i osiąganie konsensusu.

Kessler pomimo tych stałych zagrożeń spotykał się regularnie w nowym gmachu MSZ z ministrem Wasilewskim oraz podsekretarzem stanu Filipowiczem. Oprawa scenograficzna tych rozmów odzwierciedlała czasy, w jakich przyszło im współpracować. Jak to zwykle przy przeprowadzce bywa, wszędzie leżały porozrzucane pudła, na korytarzach stały w nieładzie naprędce zgromadzone sofy, sterty krzeseł. A wśród tej wysoce nietypowej dekoracji toczyły się cały czas bardzo ważne rozmowy. Po groźnych incydentach z udziałem armii niemieckiej nad Bugiem Kessler został wezwany przez urzędującego od kilku dni nowego szefa Sztabu Generalnego armii polskiej, generała Stanisława hrabiego Szeptyckiego13. Polski dowódca przekazał niemieckiemu posłowi ultimatum.

- Jeżeli krwawe incydenty z udziałem armii pańskiego kraju natychmiast nie ustaną, rząd polski oficjalnie zwróci się z prośbą o interwencję alianckich sił zbrojnych - oświadczył w krótkich żołnierskich słowach polski dowódca.

- Powiadomię o wszystkim władze w Berlinie - odparł graf Kessler.

- Chcecie pokojowego przemarszu waszych wojsk w drodze do ojczyzny czy krwawej łaźni? Ten wybór, panie pośle Kessler, należy do was! My przygotowani jesteśmy na każdą z tych opcji - groźnie zakomunikował generał Stanisław Szeptycki.

Dla Kesslera rozmowa ta była potwierdzeniem, że jego obawy o los niemieckiej armii są w pełni uzasadnione. Od tej chwili ze zdwojoną energią kontaktował się z Berlinem, gdzie na szczęście sekretarz stanu w Auswärtiges Amt, Wilhelm Solf14, solidaryzował się w pełni z jego opiniami. W takim też duchu Solf każdorazowo przesyłał stanowisko Urzędu do Spraw Zagranicznych dotyczące kolejnych punktów rokowań do niemieckiego Wysokiego Dowództwa Wschód. Kessler również sam pozostawał w bezpośrednim kontakcie z dowódcą Ober-Ost. Nie otrzymywał jednak od niego przez długi czas żadnych konkretnych czy to dyrektyw, czy to decyzji. Graf w kontaktach z armią czuł się izolowany. Wreszcie 2 grudnia 1918 roku nadeszła wysłana na jego ręce klarowna odpowiedź z Ober-Ost. Zaakceptowano wszystkie polskie żądania. Kessler mógł od tego momentu negocjować treść formalnej umowy o tranzycie wojsk niemieckich przez terytorium polskie.

Zanim polski MSZ został zmuszony pod wpływem nacisków społecznych oraz presji organizacji endeckich do poproszenia niemieckiego posła o opuszczenie terytorium Polski (a stało się to 15 grudnia 1918 roku), zawarte zostało tymczasowe porozumienie pomiędzy rządem polskim a dowództwem niemieckim Ober-Ost co do zasad zorganizowanego transportu kolejowego wojsk linią wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich. To samo porozumienie regulowało też dokonywanie zakupów przez Polskę wojskowego uzbrojenia od wycofujących się sił niemieckich. Dodatkowo znalazła się tu klauzula dotycząca transportu przez Polskę 50 tysięcy jeńców rosyjskich przetrzymywanych w obozach na terenie Niemiec. Ostateczna umowa została podpisana 5 lutego 1919 roku.

Graf Kessler, choć z żalem, wyjechał z Polski jeszcze tej samej nocy (z 15 na 16 grudnia), kiedy uznano go w Polsce za osobę niepożądaną. Nastąpiło to wraz z powiadomieniem rządu niemieckiego o zerwaniu stosunków dyplomatycznych między Polską a Niemcami. Specjalny pociąg, który odwiózł grafa Kesslera do Berlina, został zorganizowany, na osobiste polecenie Piłsudskiego, przez rząd polski. Tak zakończyła się 26-dniowa misja dyplomatyczna niemieckiego posła pełnomocnego w Warszawie.

Analizując po powrocie do Berlina powody, dla których doszło do zerwania stosunków dyplomatycznych, graf Kessler wyrażał przekonanie, że cichym sprawcą stojącym za tym posunięciem była Francja.

- To Narodowa Demokracja polegająca na Francji spowodowała ten krok. Także tutaj Francja pokazała swoją nienasyconą żądzę zemsty. Jej demoniczna nienawiść, jak to widać, nie została ani nasycona, ani spacyfikowana naszą klęską - oświadczył Kessler.

Porozumienie niemiecko-polskie o tranzycie niemieckich wojsk przez obszar Polski było sukcesem Piłsudskiego oraz Kesslera, który na swoje nieszczęście często był oskarżany przez niemiecki Ober-Ost o przyjmowanie w negocjacjach postawy zdecydowanie zbyt propolskiej. Dla Piłsudskiego zarówno porozumienie, jak i fakt, że Niemcy jako pierwsze państwo uznały nowe władze Polski, miały duże znaczenie. Niemcy, które były nadal przez społeczność międzynarodową powszechnie uznawane za wielkie mocarstwo, otwierały polskiemu rządowi drogę do dyplomatycznego świata. Szybkość zawarcia porozumienia o ewakuacji wojsk zrobiła wrażenie również na Dmowskim i jego współpracownikach. Zauważyli, że pomimo ich nieobecności w kraju sprawy idą w dobrym kierunku. Piłsudski pokazywał swoją determinację i siłę polityczną. Chociaż w głębi duszy go nienawidzili, to nie mieli innego wyjścia, musieli się z nim liczyć. Koncepcja zepchnięcia Piłsudskiego w niebyt polityczny coraz wyraźniej okazywała się nie tylko całkowicie nierealna, ale także po prostu niemożliwa do przeprowadzenia.

Dmowski, widząc, że poszczególne kraje kolejno uznają władze w Polsce, wysyła z misją negocjacyjną do Warszawy Stanisława Grabskiego. Wiele sobie panowie, Piłsudski i Grabski, wzajemnie wyjaśnili, ale dla osiągnięcia równowagi potrzebne było pojawienie się w Polsce jeszcze jednego, wyjątkowego Polaka. Polaka, przed którym otwierały się najważniejsze drzwi wiodące do gabinetów największych przywódców zachodniego świata. Chodziło o wirtuoza fortepianu Ignacego Paderewskiego, który właśnie w grudniu 1918 roku powrócił do Europy ze Stanów Zjednoczonych. Po krótkich konsultacjach z Dmowskim Paderewski gotowy był do wyjazdu do Ojczyzny. Chciał koniecznie dotrzeć do Polski przez port morski w Gdańsku. Jego przybycie właśnie tą, a nie inną drogą miało się stać symboliczną manifestacją polskiego stanowiska wobec Gdańska. Niemcy głośno protestowali. Anglia miała zastrzeżenia. Godny podziwu upór Paderewskiego pokonał wszelkie przeciwności. Musiał się jednak zgodzić na pewien kompromis. Była nim zgoda na dotarcie do polskiego portu, ale na pokładzie brytyjskiego krążownika "Condor". W ten sposób ostatecznie również i Anglicy demonstrowali wszem i wobec swoje znaczne zainteresowanie Bałtykiem, a portem w Gdańsku w szczególności.

Po dobiciu do kei w gdańskim porcie, co nastąpiło w samą Wigilię 24 grudnia 1919 roku, nasz wirtuoz fortepianu został bardzo uroczyście i niezwykle serdecznie powitany przez Polaków mieszkających w tym mieście. Następnie przejechał do hotelu Danziger Hof, gdzie odbyło się uroczyste przyjęcie. W drogę do Warszawy Paderewski wyruszył przez swoje rodzinne strony, przez Wielkopolskę.

Po wizycie w Poznańskiem Paderewski pojechał na rozmowy z Józefem Piłsudskim. Negocjacje były twarde, ale za wszelką cenę szukano kompromisów w imię dobra Polski i losu jej narodu. 16 stycznia 1919 roku spełniło się życzenie wielu Polaków. Powstał rząd ponadpartyjny składający się ze specjalistów. Premie-rem i ministrem spraw zagranicznych w jednej osobie został sam Ignacy Paderewski.

Józef Piłsudski zachował w tym nowym układzie politycznym funkcję Naczelnika Państwa. Z funkcją tą związane były szerokie kompetencje w sprawach wojskowości.

Dla zachowania równowagi sił, ale przede wszystkim w uznaniu ogromu pracy włożonej w przekonywanie liderów wielkich mocarstw do niepodległego bytu państwa polskiego, Roman Dmowski mianowany został szefem polskiej delegacji na paryską konferencję pokojową w Wersalu. Osobiście dla Romana Dmowskiego decyzja polskiego rządu była potwierdzeniem jego pozycji międzynarodowej, o którą tak bardzo przez szereg lat zabiegał.

W ciągu kilku dni rząd Paderewskiego uzyskał akceptację wszystkich liczących się państw świata. Od tej pory Polska stała się niekwestionowanym, pełnoprawnym uczestnikiem światowego życia politycznego. Jednocześnie Polska, idąc na konferencję pokojową wewnętrznie zjednoczona, zyskiwała na znaczeniu i poprawiała swoje szanse w negocjacjach decydujących o kształcie przyszłych granic.

Polska prezentująca swoje postulaty jednym głosem szybciej i sprawniej uzyskiwała też przychylne decyzje dotyczące pomocy czy to żywnościowej, czy też militarnej. Piłsudski swoim politycznym szóstym zmysłem już wówczas przeczuwał, że porozumienie o współpracy między Niemcami a Rosją nie da na siebie długo czekać. Połączy ich wspólny wróg, czyli Polska. Obserwując zdyscyplinowany przemarsz wojsk niemieckich przez Polskę, dostrzegał niebywały potencjał drzemiący u zachodniego sąsiada. Jeżeli połączą swoje wysiłki z Rosją, to sytuacja Polski będzie bardzo trudna - przewidywał Naczelnik Państwa.

Nie sposób nie podziwiać chłodnej analizy dokonanej przez Piłsudskiego. Jego przewidywania co do dalszego rozwoju sytuacji w stosunkach niemiecko-rosyjskich i ich wpływu na pozycję Pol-ski w świecie były, niestety dla nas, bezbłędne.

Dla narodowych demokratów głównym wrogiem Polski były Niemcy, dla Piłsudskiego - Rosja. Po jednej i po drugiej stronie sceny politycznej zdawano sobie jednak sprawę z jednego. Otóż na zachodzie granica ustalona będzie głównie w wyniku pracy dyplomacji, a na wschodzie jej kształt będzie musiał być wyrąbany toporem.

Wizytę Paderewskiego w Poznaniu władze niemieckie oprotestowywały we wszystkich stolicach ententy. Nie robiło to na naszym słynnym wirtuozie najmniejszego wrażenia. Wielkopolanin Ignacy Paderewski, będąc w Polsce i udając się na negocjacje z Piłsudskim do Warszawy, nie mógł nie odwiedzić swoich rodzinnych stron. To było dla wielkiego, światowej sławy mistrza fortepianu, z krwi i kości Wielkopolanina niewyobrażalne. Jego przyjazd 27 grudnia 1918 roku do Poznania stał się okazją do masowych patriotycznych demonstracji. Niemieckie władze zareagowały niespodziewanie w sposób brutalny. Tego typu postępowanie nie mogło skończyć się inaczej niż poderwaniem się Polaków do walki. Początek miał miejsce w Poznaniu, ale wkrótce walki rozprzestrzeniły się na całą Wielkopolskę. Niemcom buntu Polaków nie udało się wygasić. Alianci reagowali niezbyt przychylnie na waleczność Wielkopolan. Powstańcy wielkopolscy swoją postawą trafiali w ich czuły punkt, którym było wyłączne prawo do decydowania o kształcie naszych przyszłych granic. Polska była hołubiona przez siły alianckie, ale oczekiwano od niej powstrzymywania się od kroków radykalnych, a więc od walki zbrojnej o odzyskanie nawet tych terenów, które były tradycyjnie czysto polskie. Kiedy żadna z walczących o Wielkopolskę stron nie poddawała się, tocząc zawzięty bój o każdy, nawet najmniejszy skrawek terenu, wówczas wreszcie na arenę zmagań wkroczyli alianci, zmuszając Niemcy do podpisania w Trewirze [Tr?ves; najstarsze miasto niemieckie położone nad rzeką Mosel w Rhineland-Palatynacie] konwencji rozejmowej. W jej postanowieniach Niemcy wyrazili zgodę na powstrzymanie się od walk zbrojnych w Wielkopolsce i zaakceptowali linię demarkacyjną biegnącą wzdłuż okopów walczących stron. Tym samym duża część Wielkopolski znalazła się w rękach polskich. Decyzja niemieckich dyplomatów o podpisaniu tej konwencji (podpis złożył Matthias Erzberger15) była szokiem dla ich generalicji. W szczególności energicznie protestował generał Wilhelm Groener, który natychmiast nie tylko wzmocnił obronę wzdłuż linii demarkacyjnej określonej konwencją, lecz także sprawnie i szybko przygotował plany akcji militarnej celem odbicia dopiero co utraconych obszarów. Przedstawił je członkom rządu niemieckiego w trakcie posiedzenia 24 kwietnia 1919 roku. Przy realizacji swojego planu, który zaprezentował buńczucznym głosem kanclerzowi i zgromadzonemu gremium ministrów, przewidywał możliwość wystąpienia zasadniczych kłopotów jedynie w czasie prób odzyskania Poznania, albowiem decyzją polskiego Sztabu Generalnego do obrony tego miasta przeniesiono z głębi Polski armię Hallera, która niedawno przybyła z Francji. Z pokonaniem powstańców w pozostałych częściach Wielkopolski nie przewidywał specjalnych problemów.

Wypada wspomnieć, że Piłsudski od pierwszych dni urzędowania w strukturach władzy w Polsce czynił intensywne zabiegi o uzyskanie zgody Francji na przerzucenie do kraju tej licznej i jak na owe czasy dobrze wyposażonej polskiej armii. Życzył sobie, aby formacja popularnych halerczyków przybyła do kraju drogą morską przez port w Gdańsku. Chciał w ten sposób podkreślić, że miasto to i jego port są niezaprzeczalnie polskie. Niemcy gwałtownie oponowali, twierdząc, że stanowić to będzie pogwałcenie statusu miasta jako strefy zdemilitaryzowanej. Po długich pertraktacjach Francja zgodziła się na przeniesienie armii Hallera. Błękitna armia dotarła ostatecznie do granic Polski, ale odbyło się to przy użyciu transportu lądowego.

Generał Wilhelm Groener w trakcie swojego płomiennego wystąpienia na posiedzeniu rządu niemieckiego nie wspomniał o dodatkowym dręczącym go problemie, a mianowicie o niedostatecznej liczbie oddziałów wojskowych do wprowadzenia w życie planu odbicia całej Wielkopolski. Niemcy, jak na dobrych i karnych organizatorów przystało, błyskawicznie przeprowadzili demobilizację zarządzoną dekretem z 31 grudnia 1918 roku. Jej efekty na tyle zatrwożyły samego marszałka Hindenburga, że zwrócił się z apelem, aby armia przystąpiła tak szybko jak to możliwe do organizacji nowych oddziałów, mających ochronić granice wschodnie, i do sprawnego przeprowadzenia specjalnego naboru rekrutów do ich szeregów. Zanim apel Hindenburga mógł nabrać kształtów organizacyjnych, byli oficerowie wojsk niemieckich z własnej inicjatywy założyli organizację o nazwie Freikorps. Opierając się właśnie na tej formacji, narodził się w nieodległej przyszłości Grenzschutz, stojący na straży granicy niemiecko-polskiej. Dla międzynarodowych obserwatorów Freikorps-Grenzschutz działał w sposób nie w pełni jawny. Cieszył się za to pełnym przyzwoleniem rządu niemieckiego. Najciekawsze jest to, że ta tymczasowa organizacja, zbudowana ad hoc, funkcjonowała przez cały okres trwania Republiki Weimarskiej. Stanowi to kolejne potwierdzenie powszechnej reguły, że nic nie jest bardziej trwałe niż rozwiązanie tymczasowe.

Walki w Wielkopolsce stały się powodem napięcia w stosunkach polsko-niemieckich. Niemcy cały czas obawiali się rozszerzenia konfliktu granicznego i ataku Polaków w rejonie Śląska oraz Prus Wschodnich. Z kolei Polacy bacznie wypatrywali, czy odwieczny wróg nie szykuje się do odzyskania utraconych w ciągu ostatnich tygodni terenów w Wielkopolsce. Patrząc z perspektywy czasu, wydaje się dzisiaj, że wszystkie te obawy były w większości wypadków bezzasadne. Z braku jakiegokolwiek zaufania między stronami doszło nawet do tego, że dla rządu niemieckiego sprawa polskiego pogranicza stała się na następnych kilka lat tematem priorytetowym. Tak przynajmniej po latach wspominał wieloletni minister obrony w rządzie weimarskim dr Otto Gessler.

Z upływem czasu, aczkolwiek bardzo powoli, obydwie strony zaczęły odczuwać, że konflikty na granicach stopniowo przygasają. Niemcy, korzystając z informacji uzyskiwanych od swoich agentów, dobrze uplasowanych w polskich strukturach wojskowych, dowiedzieli się, że w połowie lutego 1919 roku armia polska dysponowała w sumie siłą 440 tysięcy oficerów i żołnierzy, oczywiście wliczając w to armię Hallera. Na granicach z Niemcami w okręgu północnym stacjonowało 103 tysiące żołnierzy polskich wojsk, a w okręgu południowym 106 tysięcy. Pozostałe wojska w większości rozmieszczone były na wschodzie.

Zgodnie z sugestią gen. Groenera rząd weimarski podjął 24 lutego 1919 roku decyzję o utrzymaniu na granicy z Polską jednostek nowo utworzonego Grenzschutzu. Z kolei w Polsce atmosfera samouspokojenia nie trwała długo. W maju 1919 roku polscy analitycy, studiujący informacje wywiadowcze napływające od agentury w Niemczech, doszli do wniosku, że istnieje duże prawdopodobieństwo odrzucenia przez Republikę Weimarską propozycji pokojowych przedstawionych jej przez aliantów w Paryżu. Ponadto uważali, że w wypadku takiego rozwoju sytuacji należy spodziewać się wznowienia niemieckich działań wojskowych na kierunku polskim, zmierzających do siłowego odzyskania utraconych terenów. Potwierdzeniem słuszności tego typu wniosków były informacje napływające z terenu, z których wynikało, że krótko przed przekazaniem delegacji niemieckiej przez aliantów propozycji rozwiązań pokojowych armia niemiecka zgromadziła większość swoich oddziałów właśnie na granicy z Polską. Według listu z 6 maja 1919 roku Ignacego Paderewskiego, polskiego premiera i szefa MSZ, do ministra spraw zagranicznych Francji, St?phena Jean Marie Pichona, celem posunięć niemieckich było nie tylko zapobieżenie ewentualnemu atakowi polskiemu lub odparcie go, lecz także pokazanie aliantom poziomu determinacji w walce o terytoria jednostronnie uznane przez Niemcy za swoje.

Przegrupowanie wojsk niemieckich na granice z Polską zostało zauważone i dokładnie rozpoznane przez polskich agentów operujących w strefie przygranicznej i przekazane do wiadomości kompetentnych organów celem podjęcia adekwatnych kroków przez polski Sztab Generalny. Jego szefostwo informowało o tym polskie władze rządowe w tonie wręcz alarmistycznym. Obawy polskie wynikały nie tyle z siły oddziałów niemieckich, ile z faktu, że doborowe polskie jednostki uderzeniowe były zgrupowane na granicach wschodnich, a dokładnie rzecz biorąc - we wschodniej Galicji. Stamtąd oczekiwano największego zagrożenia dla istnienia młodego państwa polskiego, i tam właśnie gen. Haller w maju 1919 roku rozpoczął swoją ofensywę.

22 maja premier Ignacy Paderewski przyjmuje, na jego prośbę, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Otrzymuje od niego informację, mającą w całości za podstawę raport agenturalny. We-dług tego raportu należało się spodziewać w każdej chwili ataku sił niemieckich w rejonie Poznania. Aby temu skutecznie przeciwdziałać, szef SG wystąpił z wnioskiem do premiera Paderewskiego o włączenie sił stacjonujących w tym regionie [często było to tzw. pospolite ruszenie] do pozostałych struktur Wojska Polskiego. W dalszej części raportu zawarte były pierwsze doniesienia o nawiązywaniu przez Niemcy bliskich stosunków z Rosją sowiecką, czego przejawem było podpisanie wspólnej tajnej umowy. Przewidywała ona, że niemieccy oficerowie udadzą się do Rosji, by pełnić funkcje szkoleniowe w ramach struktur Armii Czerwonej. Ponadto zakładała także, że bezrobotni Niemcy znajdą zatrudnienie w Rosji. Jeden z końcowych paragrafów wspominał również o wycofaniu wojsk niemieckich z rejonów nadbałtyckich i przerzuceniu ich w rejon Górnego Śląska.

Już następnego dnia wpłynął do premiera nowy ściśle tajny dokument precyzujący, iż przewidywanym powodem nieuniknionego uderzenia wojsk niemieckich na rejon Wielkopolski będzie odrzucenie przez Polskę propozycji pokojowych. Zakładanym przez Niemców powodem odrzucenia przez Polskę pokoju miało być dążenie do odzyskania przez nią dużej części Prus Zachodnich oraz Wschodnich. Dokument był alarmujący. Sztab Generalny Wojska Polskiego wystąpił do rządu z wnioskiem o charakterze politycznym, który sugerował podjęcie bez najmniejszej zwłoki rozmów z Czechosłowacją celem podpisania porozumienia o współpracy w przypadku niemieckiej agresji. Jednocześnie Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło ze swojej strony szereg decyzji w sferze czysto militarnej zmierzających do szybkiego podniesienia gotowości bojowej sił polskich stacjonujących na terenie Wielkopolski.

27 maja 1919 roku minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski złożył na posiedzeniu Rady Ministrów szczegółową relację z sytuacji na zagrożonych agresją terenach. Okazało się, że z powodu przewidywanego konfliktu zbrojnego w większości miejscowości wybuchła na dosyć dużą skalę panika wśród ludności cywilnej. W wyniku przeprowadzonych doraźnie kontroli ustalono, że objawy paniki miały swoje główne źródło w bardzo nerwowym zachowaniu się lokalnych władz cywilnych, a niekiedy, niestety, również władz wojskowych. Aby opanować te negatywne nastroje społeczeństwa, postanowiono złożyć oficjalne oświadczenie, iż w żadnym wypadku nie przewiduje się w najbliższym czasie jakiejkolwiek przymusowej ewakuacji ludności cywilnej.

Całkowita zmiana nastrojów nastąpiła dopiero po podpisaniu traktatu wersalskiego. Wydawało się wówczas, że okres napięć i nerwowości społeczeństwo polskie ma już za sobą. Traktat ten kończył wielki konflikt zbrojny, ale nie zadowalał praktycznie żadnej ze stron. Rodził się od samego początku w wielkich bólach. Szczęściem Polski było to, że zmierzała do Wersalu walczyć o swoje terytoria zjednoczona. Konferencja pokojowa była doskonałym spoiwem dla zawsze skłóconych polskich stronnictw politycznych. Aby wygrać dla Polski jak najwięcej, trzeba było, wbrew swojej naturze, trzymać się razem. Dotyczyło to nawet najbardziej zaciętych politycznych wrogów. A walczyć było o co. Pokazało to spotkanie Romana Dmowskiego, któremu towarzyszył Ignacy Paderewski, z prezydentem USA Wilsonem, które odbyło się 13 września 1918 roku. Dyskusja w Białym Domu rozpoczęła się oczywiście od sprawy dostępu Polski do morza. Z jej przebiegu wynikało, że początkowo Wilson nie widział jakiejkolwiek potrzeby zapewniania Polsce bezpośredniego dostępu do morza. Uważał, że Polsce niepotrzebny jest dostęp terytorialny do morza, a wystarczy dostęp gospodarczy. Od pewnego czasu głosił on teorię utworzenia wolnego miasta Gdańska, które miało być przysłowiowym oknem na świat dla Polski. Dodatkowo teoria Wilsona przewidywała uczynienie obszaru Wisły w pełni neutralnym, z którego zarówno Polska, jak i inne kraje mogłyby w przyszłości swobodnie korzystać. Roman Dmowski w swojej argumentacji nie poddawał się amerykańskiemu prezydentowi i jego koncepcjom. Naciskał na zapewnienie Polsce jej własnego, niekontrolowanego przez nikogo dostępu do Morza Bałtyckiego.

- Czyż nie wystarczy wam neutralizacja dolnego biegu Wisły i wolny port w Gdańsku? - ripostował Wilson.

- Panie prezydencie - mówił na to Dmowski - to tak, jakby pan powiedział: będziecie mogli całkiem swobodnie oddychać, tylko Niemcy będą ciągle trzymać rękę na waszym gardle.

Następnie Dmowski zwracał uwagę Wilsona na ważne dla Pol-ski względy gospodarcze oraz strategiczne leżące u źródeł polskich starań.

- Ależ panie Dmowski - wtrącił amerykański prezydent - a któż po tej wojnie będzie mówić o względach strategicznych? Przecież będziemy mieli Ligę Narodów.

- Panie prezydencie - ripostował Dmowski - ja w Ligę Narodów wierzę, wierzę tak samo jak w sprawiedliwość w Stanach Zjednoczonych. Na to, żeby tu się działa sprawiedliwość, pan musi mieć nie tylko prawa i sądy, ale także policję i więzienia.

Mając za swój wielki życiowy cel utworzenie Ligi Narodów, Wilson został poniekąd zmuszony przez wniosek Anglii, zresztą wysoce Polsce nieprzyjazny, do utworzenia Wolnego Miasta Gdańska mającego funkcjonować pod nadzorem i opieką tej nowej międzynarodowej organizacji.

Słuchając tych teorii wygłaszanych przez prezydenta USA, Dmowski uświadamiał sobie, ile jest jeszcze do zrobienia, aby zmienić taki tok rozumowania. Na szczęście wraz z rozwojem wypadków pojawiło się szereg wydarzeń pozytywnych dla przyszłych losów Polski. Militarny i polityczny upadek Niemiec, szybkie utworzenie rządu jedności narodowej przez Józefa Piłsudskiego i jego pełne uznanie na arenie międzynarodowej oraz zawieszenie broni dały aliantom i sprzymierzonym mocarstwom inny, bardziej wyważony ogląd polskich postulatów.

Polska delegacja weszła 25 lutego 1919 roku na obrady Rady Dziesięciu w pełni przygotowana. Romanowi Dmowskiemu towarzyszył w Paryżu zastęp doradców i ekspertów, którzy w każdej chwili byli w stanie udzielić wyczerpującej odpowiedzi na każde mogące się ewentualnie pojawić wątpliwości. Prezentując Radzie Dziesięciu polskie postulaty, Dmowski nawiązywał do aspektów historycznych, geograficznych, ale także po prostu racjonalnych. Każdy poszczególny postulat terytorialny był poparty stosowną mapą i niezbędnymi dokumentami. Robiło to ogromne wrażenie na członkach komisji. W czasie swojego długiego wystąpienia Roman Dmowski w imieniu rządu Rzeczypospolitej występował o zwrot Polsce części Śląska Środkowego, większości Górnego Śląska, Poznania, Prus Zachodnich, wschodniej części Pomorza, Gdańska, Mazur, Warmii oraz Kłajpedy.

Tłumacząc bardzo racjonalnie, gorąco postulował, by tereny Prus Wschodnich uzyskały status niezależnego państwa, co zakończy niemieckie gwałtowne reakcje na wieść o oderwaniu tego regionu od macierzy. Poza tym, jak celnie to Dmowski przewidział, uniknie się wtedy propagandowej koncepcji tzw. polskiego korytarza, który przez samo swoje powstanie miałby całkowicie uniemożliwić jedność i spójność terytorialną Rzeszy Niemieckiej. Dla Dmowskiego nie ulegało wątpliwości, że spory o "korytarz" mogą być przyczyną kolejnego konfliktu zbrojnego co najmniej między Polską a Rzeszą, o ile nie o większym, paneuropejskim zasięgu ze względu na zawarte traktaty gwarantujące nietykalność terytoriów poszczególnych układających się stron. Komisja pracująca nad tematem pod tytułem "Polska" przedstawiła swoje decyzje 19 marca 1919 roku. W zasadzie można powiedzieć, że zaakceptowała wszystkie polskie postulaty. Jedynymi wyjątkami były sugestie delegacji polskiej związane z Prusami Wschodnimi oraz kwestia Olsztyna [Allenstein]. W tej drugiej sprawie komisja zaleciła przeprowadzenie plebiscytu celem bezpośredniego poznania intencji zamieszkałej tam ludności co do przynależności państwowej. Pomimo zgodności panującej w sprawie Polski między delegacjami Francji oraz Wielkiej Brytanii, wyraźny głos sprzeciwu rozległ się niespodziewanie z ust Lloyda George'a. Po prezentacji decyzji komisji w sprawie Polski przed Najwyższą Radą przez ministra francuskiego Jules'a Cambona, Lloyd George ogłosił 25 marca swoje memorandum. Odniósł się w nim krytycznie do tego, co zaprezentował Cambon, mówiąc:

"Propozycja Komisji Polskiej, według której powinniśmy umieścić 2,1 miliona Niemców pod kontrolą narodu, który wyznaje inną religię i który nigdy w historii nie udowodnił swoich zdolności do stabilnego samorządzenia, musi, według mojej oceny, doprowadzić wcześniej czy później do nowej wojny we wschodniej Europie".

Wyrażając tego typu opinię, Lloyd George musiał zdawać sobie jasno sprawę, że staje się dla każdego przeciętnego Polaka na długie lata, ba, na wieki wrogiem publicznym numer jeden. W kręgach polskich został natychmiast okrzyknięty germanofilem i zajadłym, niereformowalnym wrogiem Polski. W rzeczywistości los Polski był dla Lloyda George'a niezbyt istotny. Starał się on patrzeć szerzej na całokształt tego, co się dzieje lub może się dziać w całej wschodniej Europie. Obawiał się, że ogołocone z ważnych części swoich terytoriów Niemcy zwrócą się w stronę Rosji bolszewickiej. Dodatkowo wierzył, iż zrujnowane gospodarczo Niemcy nie będą w stanie spłacać reparacji, których wartość, jak przewidywał, będzie bardzo znacząca. A ten tak ważny przedstawiciel brytyjskiego imperium nie od dzisiaj wiedział, jak się liczy pieniądze. Był też w wystąpieniu Lloyda George'a zawarty aspekt czysto ludzki. Nie bardzo miał on ochotę i cierpliwość na zajmowanie się troskami małych, w jego ocenie, nieco karykaturalnych państewek wschodnioeuropejskich. Ponad wszystko jednak, znając mentalność niemiecką, był całkowicie przekonany, że poniżeni przez traktat pokojowy Niemcy będą szukać możliwości odzyskania utraconych terenów. Będą gotowi na każdą ewentualność, z zastąpieniem pokoju wojną włącznie. W wyniku oprotestowania przez Lloyda George'a dotychczasowych postanowień komisji do spraw Polski ponownie przystąpiono do wnikliwego rozpatrywania polskich wniosków i ostatecznie zadecydowano o przeprowadzeniu plebiscytów w rejonie Olsztyna oraz Kwidzyna. Dodatkowo postanowiono, że pod patronatem Ligi Narodów utworzone zostanie Wolne Miasto Gdańsk.

Tak sprecyzowane postanowienia zostały 7 maja 1919 roku przekazane stronie niemieckiej celem wyrażenia opinii. Po trzech tygodniach, 29 maja, nadeszła odpowiedź. Rzesza Niemiecka w sposób kategoryczny odrzucała projekt przebiegu jej wschodnich granic. Zgłosiła kontrpropozycję zakładającą, że Polska otrzyma wolny dostęp do portów w Gdańsku, Królewcu oraz Kłajpedzie. Dodatkowo Niemcy przewidywali dla Polski możliwość wolnego przewozu towarów Wisłą, a także podpisanie specjalnego traktatu gwarantowanego przez mocarstwa światowe, który by zapewniał wolny przejazd polskich pociągów do lub z tzw. polskich wolnych stref w wyznaczonych portach. Ani przez moment Niemcy nie dopuszczali do siebie myśli o powstaniu tzw. polskiego korytarza, co w efekcie doprowadziłoby do pozbawienia Prus Wschodnich bezpośredniego kontaktu z pozostałymi rejonami Rzeszy.

Po niemieckiej kontrpropozycji Lloyd George wznowił swoje napastliwe ataki na polskie postulaty. W rozmowach z prezydentem amerykańskim Wilsonem oraz francuskim premierem Clemenceau zaczął bardziej agresywnie argumentować na rzecz Niemiec. Przyjęta taktyka okazała się skuteczna. Nie wygrał dla Niemiec anulowania "polskiego korytarza", ale uzyskał duże koncesje na Górnym Śląsku. Tam też miał się odbyć plebiscyt i dopiero jego wyniki miały wskazać ostateczny przebieg granicy polsko-niemieckiej.

Generalnie oceniając postanowienia traktatu wersalskiego, Polska niewątpliwie zyskała, ale i tak czuła się niezadowolona z niektórych jego ostatecznych rozwiązań. Jej podstawowe obawy wynikały w znacznym stopniu z naprędce dokonanej oceny, której wnioski wskazywały na bardzo słabe możliwości zagwarantowania bezpiecznych granic. W szczególności dotyczyło to wąskiego pasa ziemi leżącego między Rzeszą a Wolnym Miastem Gdańskiem, otoczonego odtąd Niemcami, którzy w wypadku podjęcia decyzji o ataku na stanowiska polskie nie mieliby większych problemów z szybkim całościowym opanowaniem tego regionu. Był on trudny, a może nawet wręcz niemożliwy do obrony. Mając dostęp do morza jedynie poprzez wąski, tasiemkowaty pas terenu, Polska stawała się odkryta, bezbronna, a przez to podatna na systematycznie w przyszłości powtarzające się niemieckie szantaże. Najgorsze zaś było to, że nawet takie niepołowicznie pozytywne załatwienie polskiego wniosku w sprawie Pomorza Zachodniego od tego momentu zaczęło służyć intensywnemu rozpowszechnianiu i podtrzymywaniu przez niemieckich dyplomatów na arenie międzynarodowej poglądów rewizjonistycznych w sprawie konieczności zmiany całkowicie "niesprawiedliwych" dla Niemiec granic. Gdyby mocarstwa zdecydowały się na oddanie Polsce całości polskiego Pomorza Zachodniego, wówczas również pozycja militarna Polski wobec wrogiego sąsiada byłaby bardziej komfortowa. Zniknąłby także z języka propagandy powolnie akceptowany w świecie wysoce niefortunny termin "polski korytarz".

Zauważalną nawet dla laika specyfiką traktatu zawartego w Wersalu jest niespotykana dotąd w stosunkach międzynarodowych ingerencja mocarstw w kształtowanie się wzajemnych relacji między Polską a Niemcami. W traktacie tym były uregulowane między innymi takie kwestie bilateralne, jak obywatelstwo, administracja publiczna, sprawy gospodarcze, finanse, transport. Jedynym wytłumaczeniem takiej ingerencji mogło być uświadomienie sobie przez wielkie mocarstwa, że obszar stosunków polsko-niemieckich stanowić będzie dla Europy przysłowiową beczkę prochu. Jej nagły wybuch pociągnąłby za sobą konflikt na światową skalę, trudną wówczas nawet do przewidzenia.

Niemcy zdawali sobie również sprawę z faktu, iż nałożone na nich ograniczenia w sferze militarnej oraz ekonomicznej, a także zobowiązanie do zapłacenia gigantycznych reparacji wojennych w sposób katastrofalny osłabiały ich kraj. Automatycznie przekładało się to na działalność dyplomacji i osłabiało pozycję negocjacyjną w rozmowach bezpośrednich czy pośrednich z Polską.

Jedyną korzyść płynącą dla Rzeszy z traktatu wersalskiego stanowiła wielka, spontaniczna konsolidacja społeczeństwa. Opinia o niesprawiedliwości traktatu była w Niemczech powszechna i jednomyślna, bez względu na pochodzenie klasowe czy pozycję społeczną. Przełożyło się to bezpośrednio na szerokie poparcie polityki rewizjonizmu. Dodatkowo zrodziło odczucia wielkiej nienawiści do tych krajów, które zdaniem obywateli Rzeszy były sprawcami poniżenia Niemiec. Najgorzej niemieckie społeczeństwo odnosiło się do Polski uznanej powszechnie za główną winowajczynię utraty terytoriów. O Francji, Anglii czy Stanach Zjednoczonych też nie myślano dobrze, ale bojaźliwi Niemcy obawiali się jawnych wystąpień przeciw tym krajom. Mieli wielki respekt dla ich siły jako wielkich mocarstw. Polska i każdy Polak z osobna stali się szybko dla przeciętnego obywatela Rzeszy synonimem całego niemieckiego nieszczęścia. Polska stała się więc dla Niemiec śmiertelnym wrogiem.

Interesujące jest to, że tuż po podpisaniu traktatu nie tylko w Rzeszy, lecz także w Polsce zaczęto mówić o jego postanowieniach jako o dyktacie. Polski sejm ratyfikował wszystkie postanowienia wersalskie nie ze względu na głębokie zadowolenie z ich treści, ale wyłącznie z powodu dojścia do wniosku, że była to jedyna droga uzyskania i utrzymania niepodległości. Tak też między innymi uważał Stanisław Głąbiński, poseł sprawozdawca prezentujący traktat do ratyfikacji przez polski parlament. Według jego publicznie wyrażonej opinii, w Wersalu doszło do paradoksalnej sytuacji, w której zwycięska Polska została po prostu zmuszona do zaakceptowania postanowień traktatowych tak jak przegrane w wielkiej wojnie Niemcy.

Podchodząc ostatecznie w sposób pragmatyczny do zaleceń wynikających z traktatu, kolejne polskie rządy decydowały w swojej polityce zagranicznej w pełni opierać się na ich treści. Uznano, że tego typu postawa zjedna uznanie ententy, co zdecydowanie lepiej zabezpieczy istnienie i przetrwanie odrodzonego państwa polskiego. To właśnie postanowienia wersalskie stały się główną podstawą prawną zdecydowanego odrzucania przez Polskę na arenie międzynarodowej niemieckiej polityki rewizji granic.

Wyznaczoną datą wejścia w życie traktatu wersalskiego był 10 stycznia 1920 roku. Tego dnia Rzesza Niemiecka miała opuścić terytoria przyznane Polsce, a także traciła Gdańsk, który stawał się odtąd wolnym miastem. Geograficznie rzecz ujmując, Niemcy traciły region Poznania i część Pomorza o wielkości całkowitej 42 927 kilometrów kwadratowych. Region ten zamieszkiwało wówczas około 2 970 000 osób, z których 1 720 000 podawało polski jako swój język narodowy, około 110 000 stanowili Kaszubi, 11 000 Mazurzy. Reszta, co stanowiło około miliona osób, była narodowości niemieckiej.

Przy tworzeniu Wolnego Miasta Gdańska niemieckie straty terytorialne były znacznie mniejsze i wynosiły 1914 kilometrów kwadratowych. Ludność Gdańska liczyła wówczas około 335 000 osób, z których - według niemieckich szacunków - 300 000 miało być narodowości niemieckiej.

Zmiany terytorialne w pewnym stopniu zaburzyły integralność Niemiec. Stolica państwa, Berlin, znalazła się nagle w niewielkiej odległości od polskiej granicy. Przestała stanowić centralny punkt na mapie imperium. Prusy Wschodnie zostały oderwane od reszty terytorium. Poczuły się osamotnione i musiały się nauczyć żyć z codzienną obawą o swoje bezpieczeństwo. Mieszkańcy tego regionu Rzeszy obawiali się nagłego napadu wojsk polskich. Stracili do pewnego stopnia poczucie spokoju i stabilności.

Społeczeństwo polskie, szczęśliwe z odzyskania niepodległości, nie mogło się pogodzić z dwoma sprawami. Jedna dotyczyła odrzucenia przez ententę polskiego wniosku o przywrócenie granic z 1772 roku, a więc z okresu przed pierwszym rozbiorem. Drugą nurtującą Polaków kwestią było zmuszenie polskiej delegacji do podpisania traktatu o mniejszościach narodowych. Było to tym bardziej niesprawiedliwe, że tego samego traktatu Niemcy nie musieli podpisywać, nie wymagano też od nich respektowania jego postanowień. Polacy poczuli się jako społeczeństwo pokrzywdzeni, zaliczeni do drugiej kategorii pod względem ważności. Chodzi tutaj o podpisany w Wersalu 28 czerwca 1919 roku między głównymi mocarstwami sprzymierzonymi i stowarzyszonymi (Stany Zjednoczone, Imperium Wielkiej Brytanii, Francja, Włochy i Japonia) a Polską tzw. mały traktat wersalski. Już w pierwszym artykule rozdziału I tego traktatu Polska zobowiązywała się do tego, "że postanowienia zawarte w artykułach 2 do 8 niniejszego Rozdziału będą uznane za prawa zasadnicze, że żadna ustawa, żadne rozporządzenie ani żadna działalność urzędowa nie stanie w sprzeczności lub w przeciwieństwie do tych postanowień, że żadna ustawa, żadne rozporządzenie ani też żadna działalność urzędowa nie będzie miała wbrew nim mocy".

Dalsze artykuły przewidywały w sposób precyzyjny, kogo należy uznać za obywatela polskiego z urzędu, kto ma prawo ubiegać się o polskie obywatelstwo. Następnie rząd polski zobowiązywał się do udzielenia wszystkim mieszkańcom bez różnicy urodzenia, narodowości, języka, rasy czy religii zupełnej i całkowitej ochrony życia i wolności. Najbardziej kontrowersyjne były dla Polaków postanowienia artykułów ósmego i dziewiątego. W swej treści całkowicie słuszne, ale niestety nieporównywalne do sytuacji Polaków w Niemczech. Polska godziła się ich przestrzegać, ale szeroko pojęta opinia publiczna jawnie i głośno domagała się tego samego od Niemców. Nie rozumiano, dlaczego Polska musi na mocy traktatu gwarantować tego typu wolności, a Niemcy nie podlegają takiemu obowiązkowi. Chodziło tutaj o następujące postanowienia:

Artykuł 8: "obywatele polscy należący do mniejszości etnicznych, religijnych lub językowych będą korzystali z takiego samego traktowania i z takich samych gwarancji ustawowych oraz faktycznych, jak inni obywatele polscy. Mianowicie będą mieli równe prawa do zakładania, prowadzenia i kontrolowania własnym kosztem instytucji dobroczynnych, religijnych lub społecznych, szkół i innych zakładów wychowawczych oraz prawo swobodnego używania w nich własnego języka i swobodnego w nich wykonywania praktyk swej religii".

Artykuł 9: "w miastach i okręgach zamieszkałych przez znaczny odłam obywateli języka innego niż polski, rząd polski udzieli w sprawach nauczania publicznego odpowiednich ułatwień, aby zapewnić w szkołach początkowych udzielanie dzieciom takich obywateli polskich nauki w ich własnym języku. Postanowienie to nie przeszkodzi rządowi polskiemu, by uczynić w tych szkołach nauczanie języka polskiego obowiązkowym".

Artykuł 11: "Żydzi nie będą przymuszani do wykonywania jakichkolwiek czynności, stanowiących pogwałcenie szabasu i nie powinni doznawać jakiegokolwiek umniejszenia swej zdolności prawnej, jeżeli odmówią stawienia się w sądzie lub wykonania czynności prawnych w dzień szabasu".

W artykule dwunastym wszystkie postanowienia dotyczące mniejszości zostały wzięte pod ścisły nadzór międzynarodowy. Dokładny tekst tego zobowiązania brzmi następująco:

"Polska zgadza się, aby postanowienia artykułów poprzednich, o ile dotyczą osób należących do mniejszości rasowych, religijnych lub językowych, stanowiły zobowiązania o znaczeniu międzynarodowym i zostały oddane pod gwarancję Ligi Narodów. Nie będą one mogły być zmienione bez zgody większości Ligi Narodów...", i dalej: "Polska zgadza się, aby każdy członek Rady Ligi Narodów miał prawo zwracać uwagę Rady na przekroczenie lub niebezpieczeństwo przekroczenia któregokolwiek z tych zobowiązań oraz żeby Rada mogła postąpić w taki sposób i dać takie instrukcje, jakie uzna za wskazane i skuteczne w danych okolicznościach".

Wejście w życie traktatu wersalskiego było jednocześnie początkiem wielkiego konfliktu niemiecko-polskiego. Konflikt ten sam przez się uniemożliwiał pełne respektowanie postanowień wersalskich. Głównym powodem były problemy z wyznaczeniem granic w Prusach Wschodnich oraz na Górnym Śląsku. Dodatkowo skłócaniu partnerów znakomicie pomagała wojna polsko-sowiecka. Najciekawsze jest to, że pomimo wielkich napięć toczyły się poważne negocjacje w sprawach ekonomicznych, politycznych, a także technicznych dotyczących przebiegu granic. Stosunki dyplomatyczne w zasadzie nie istniały. Po wyjeździe Kesslera przez dłuższy czas nie znalazł się nikt, kto by się zdobył na inicjatywę ponownego nawiązania formalnych stosunków międzypaństwowych.

Intensywne rozmowy między obu państwami rozpoczęły się pod koniec 1919 roku. Wymagały tego postanowienia traktatu wersalskiego. W swojej treści precyzował on ogólne rozwiązania, ale aby wprowadzić je w życie, istniała potrzeba uzgodnienia wielu szczegółów. Na szczęście zarówno po stronie niemieckiej, jak i polskiej nie brakowało pragmatyków. Wojna psychologiczna została na chwilę pozostawiona na boku, przynajmniej przez dyplomatów zgromadzonych przy negocjacyjnym stole. Ówczesny minister spraw zagranicznych Niemiec, wywodzący się z socjaldemokracji Hermann Müller, był za próbą wypracowania dobrych stosunków z Polską. Uważał, że tą drogą dramat dyktatu wersalskiego może zostać nieco złagodzony. Jego następca, dr Walter Simons16, był niemal tego samego zdania, uważając, że istnienie obydwu narodów zależy, jak nigdy dotąd, "nie tylko od pokojowej koegzystencji, ale przede wszystkim od współpracy gospodarczej".

Pierwsze rozmowy niemiecko-polskie toczyły się w lipcu 1919 roku w Toruniu. Następnie kontynuowano je w Gdańsku. Z powodu sierpniowego wybuchu powstania na Górnym Śląsku na pewien czas przerwano dobrze rozwijające się negocjacje. Do rozmów powrócono we wrześniu 1919 roku, tym razem w Berlinie. Pierwsze sukcesy negocjacyjne pojawiły się 1 października wraz z ogłoszeniem zawarcia umowy dotyczącej zwolnienia z aresztów wszystkich osób, które były internowane z powodów o charakterze czysto politycznym. Oczywiście chodziło głównie o tych, którzy stracili wolność w związku z walkami o Górny Śląsk. To było najprostsze do załatwienia, gdyż dla każdej ze stron stanowiło okazję zaprezentowania światu swojej wspaniałomyślności i gotowości dokonania aktu humanitarnego. Poważniejsze sprawy wymagały dalszego ścierania się poglądów. Każdy z przewodniczących delegacji, a więc Hermann Diamand ze strony polskiej oraz Karl von Stockhammern reprezentujący stronę niemiecką, niestrudzenie starał się osiągnąć konsensus w jak największej liczbie spraw konfliktowych. Dzięki negocjacjom i okazywaniu w nich dobrej woli za wszelką cenę usiłowano uniknąć konfliktu zbrojnego, który dosłownie wisiał na włosku. Jedno z pierwszych uzgodnień dotyczyło pozostawienia na dotychczasowych stanowiskach na co najmniej dwa miesiące niemieckich urzędników państwowych, którzy pracowali na terenach przechodzących z dniem 10 stycznia 1920 roku pod jurysdykcję państwa polskiego. Polacy wystąpili z tego typu prośbą, gdyż nie dysponowali jeszcze dostateczną liczbą odpowiednio przygotowanej kadry urzędniczej. W zamian Polska zadeklarowała, że nie zastosuje się do postanowień traktatu wersalskiego upoważniającego ją do zlikwidowania własności ruchomej tych osób. Dodatkowo Polska tymczasowo wyraziła zgodę, aby Niemcy korzystali z prawa wolnej nawigacji Wisłą. Niemcy ze swojej strony zezwolili na przejazd tranzytem przez swoje terytorium materiałów zaopatrzeniowych dla polskiej armii, która walczyła o ostateczny kształt granic wschodnich. Ponadto strony uzgodniły odpowiednią co do potrzeb wymianę towarową, Niemcy godziły się wypożyczyć Polsce 100 lokomotyw oraz pokaźną liczbę wagonów. Polska obiecała Niemcom znaczne ilości żywności, które w ramach barteru wymienione miały być na nawozy oraz nasiona. Każde z tych postanowień Niemcy starali się obudować żądaniami politycznymi. Na szczęście dla Polski udało się uniknąć wprowadzenia ich w życie.

Przyglądające się z boku tym negocjacjom państwa ententy, widząc z jednej strony zagrożenie dla Polski w postaci jej uzależnienia się od Niemiec, a z drugiej dostrzegając zagrożenia dla interesów wielkich zwycięskich mocarstw, uznały, iż nie mają innego wyjścia, jak wyraźnie i namacalnie zaznaczyć swoją obecność w tej grze. Zmuszono Polskę do zerwania kontaktów bilateralnych z Niemcami, co tym samym spowodowało natychmiastowe odwołanie negocjatorów z Berlina (Diamanda i Korfantego) i przeniesienie negocjacji na grunt francuski. Od tej pory polsko-niemieckie rozmowy toczące się w Paryżu pod przewodnictwem francuskiego generała Henri Le Rond miały charakter wielostronny.

Nie można wykluczyć, że głównym, jeśli nawet nie jedynym "podpowiadaczem" ententy był sam Roman Dmowski, który obserwując rozwijanie się koncepcji Józefa Piłsudskiego wspieranego przez socjalistów, by prowadzić rozmowy bezpośrednie z Niemcami, zaczął przez swoich przedstawicieli będących w stolicach państw wielkich mocarstw kampanię alarmową. Dzięki tym naciskom Dmowski był w stanie skłonić polskiego ministra pełnomocnego w Londynie, księcia Sapiehę, aby ten wysłał pismo do rządu polskiego w Warszawie. W dokumencie tym datowanym 1 listopada 1919 roku Eustachy Sapieha w niezwykle nerwowym, wręcz alarmistycznym tonie ostrzega władze polskie, że obserwowane przez Paryż i Londyn z wielką uwagą rozmowy gospodarcze między Polską a Niemcami mogą się stać przyczyną pogorszenia stosunków z sojusznikami.

STANISŁAW PATEK - POLSKI DYPLOMATA, PRAWNIK, WOLNOMULARZ. W LATACH 1919-1920 MINISTER SPRAW ZAGRANICZNYCH RP

Następny, który pojawił się na scenie przeznaczonej do krytykowania władz w Warszawie, był członek polskiej delegacji negocjacyjnej w Paryżu, Wielowiejski. Jemu nie podobał się, jak to był uprzejmy określić, brak profesjonalizmu i dyplomatycznej finezji polskich negocjatorów. Twierdził nawet, że alianci dostrzegają w tego typu zachowaniach strony polskiej objawy złej woli. Jako przykład podawał to, że Polska na okres czasowy wyraziła zgodę w negocjacjach z Berlinem na wolność żeglugi Wisłą dla jednostek niemieckich. Oznaczało to nic innego jak rzeczywiste umiędzynarodowienie tego szlaku wodnego. A tego Polacy we wcześniejszych rozmowach z aliantami nigdy nie chcieli nawet przez chwilę wziąć pod uwagę. Krótko przed powołaniem na stanowisko ministra spraw zagranicznych, Stanisław Patek poparł w swoim memorandum wszystkie zastrzeżenia zgłoszone przez Wielowiejskiego.

Zerwanie w styczniu 1920 roku przez Polskę umów gospodarczych z Niemcami dało Berlinowi natychmiastową okazję do zastosowania środków odwetowych w postaci ukrytej blokady ekonomicznej. Polska szczególnie boleśnie odczuła ogłoszenie przez Rzeszę, że w konflikcie sowiecko-polskim przyjmuje ona stanowisko neutralne. Decyzja ta niezwykle skomplikowała logistykę dostaw francuskiego sprzętu wojskowego wysyłanego dotąd najczęściej drogą lądową tranzytem przez Niemcy do Polski. Granice niemieckie dla takich transportów zostały szczelnie zamknięte.

Wznowione w Paryżu negocjacje polsko-niemieckie dotyczyły od tej pory już tylko spraw zdecydowanie bardziej marginalnych, niemających bezpośredniego związku z bezpieczeństwem Polski czy jej sytuacją ekonomiczną. Dokonano ustaleń w kwestii ubezpieczeń społecznych i emerytur dotyczących osób zamieszkałych na terenach przejmowanych przez Polskę. Ponadto uzgodniono zwrot Polsce materiałów archiwalnych, dokumentów etc. Ostatnim ustaleniem była zgoda Niemiec na zrekompensowanie Polsce strat wynikających z konfiskat podczas wielkiej wojny, zarówno pieniędzy, jak i dóbr, przeprowadzonych w trakcie niemieckiej okupacji terenów polskich leżących w byłym zaborze rosyjskim.

8 marca 1920 roku przybył do Berlina, po uprzednim formalnym uzgodnieniu z Urzędem Spraw Zagranicznych Rzeszy Niemieckiej, polski chargé d'affaires Ignacy Szebeko. Jednocześnie Niemcy wyznaczyli na to samo stanowisko w swoim poselstwie w Warszawie Alfreda hrabiego von Oberndorffa. Nie chcieli jednak powtórzenia się sytuacji sprzed niespełna półtora roku, kiedy to ich poseł Kessler nie miał ani swojego biura, ani stałego, gwarantującego mu bezpieczeństwo miejsca zamieszkania. Przebywając w hotelach, był narażony na stałe ataki bojówek narodowców. W związku z tym, zgodnie z propozycją Adolfa Georga Otto barona von Maltzana17 pełniącego wówczas obowiązki szefa departamentu rosyjskiego, Niemcy delegowali do Warszawy najpierw, z tytułem pierwszego sekretarza poselstwa, dr. Herberta von Dirksena, a następnie po kilku tygodniach niewielki personel pomocniczy. Postanowiono także, że dopiero po utworzeniu jako tako funkcjonujących podstawowych zrębów oficjalnego przedstawicielstwa Rzeszy w Warszawie hrabia von Oberndorff osobiście przybędzie do polskiej stolicy. Sam von Dirksen, a już na pewno jego małżonka, delikatnie to ujmując, nie byli entuzjastami Polski.

Nie mieli szacunku dla kraju, w którym przyszło im pracować. Uważali się za pochodzących z wyższych sfer społecznych, kulturalniejszych, nie starali się nawet podjąć próby zaaklimatyzowania się w trakcie swojego, w końcu, jak to w dyplomacji zwykle bywa, niezbyt długiego pobytu. Dirksen przed wyruszeniem do Polski nie silił się też na dokonanie rezerwacji hotelu. W Warszawie prosto ze stacji kolejowej udał się do polskiego MSZ, domagając się załatwienia dla niego stosownego lokum. Wszystkie hotele o ustalonej renomie były w tym czasie zajęte. W związku z tym szef protokołu, hrabia Przeździecki, polecił swojemu młodemu sekretarzowi, aby towarzyszył Dirksenowi i jego służącemu w czasie poszukiwania noclegu. Sekretarz znalazł Niemcom dwa pokoje w - jak to Dirksen był uprzejmy określić - trzeciorzędnym hotelu w dzielnicy będącej warszawskim gettem. Po nocy tam spędzonej - jak później twierdził, jedyne, co doskonale zapamiętał, to nieustannie i nieubłaganie gryzące go pluskwy. Na drugi dzień, korzystając ze znajomości wśród warszawskiego establishmentu przebywającego od pewnego już czasu w Warszawie niemieckiego oficera paszportowego, Dirksen zmienił hotel i pozbył się powodów do narzekania. Po latach, wspominając tę przygodę, zawsze złośliwie podkreślał, że jeszcze wówczas nie posiadł niezbędnej w Polsce techniki przekupywania recepcjonistów hotelowych i przede wszystkim stąd brały swoje źródło jego początkowe problemy. Na szczęście potrafił on oddzielać osobistą niechęć do narodu od spraw o charakterze państwowym.

Na początku kwietnia 1920 roku po przybyciu von Dirksena rozpoczął się proces poszukiwania wspólnych rozwiązań problemów, które wiekami nawarstwiły się we wzajemnych stosunkach między naszymi zwaśnionymi narodami. Jako przykład miał służyć fakt, że nawet wówczas, osiemnaście miesięcy po wygaśnięciu krwawych walk wielkiej wojny, von Dirksen nie mógł przybyć do Warszawy najprostszą trasą wiodącą przez Poznań, lecz pociągiem jechał przez Gdańsk. Polskim wyjaśnieniem tej sytuacji było stwierdzenie, że trasa kolejowa na trasie z Poznania do stolicy nie jest jeszcze w pełni przejezdna. Nie było to zgodne z rzeczywistością. Raczej chciano, aby niemiecki przedstawiciel nabrał nieco pokory, spędzając w wagonie kolejowym znacznie więcej czasu, niż normalnie by to zajęło. W pierwszej fazie organizacji niemieckiej placówki von Dirksenowi bardzo pomógł, nie tylko wyszukując lokum na pierwszą noc po przybyciu na miejsce, szef protokołu polskiego MSZ hrabia Przeździecki. W bardzo krótkim czasie znaleziono chętne do odsprzedaży domu starsze małżeństwo. Widząc poparcie polskich władz, nie obawiało się ono społecznych negatywnych reakcji związanych z pozbyciem się swojego domu na rzecz państwa niemieckiego. Posesja była niezwykle atrakcyjnie położona, gdyż zajmowała parcelę w bocznej uliczce odchodzącej od Alei Ujazdowskich. Od tej pory miała służyć jako oficjalna siedziba poselstwa niemieckiego w stolicy Polski.

Po niezbędnych przeróbkach, kiedy uznano, że placówka jest już wystarczająco przygotowana na przyjazd i podjęcie obowiązków szefa niemieckiego poselstwa, w Warszawie zjawił się hrabia von Oberndorff. W odróżnieniu od von Dirksena był to człowiek o szerokich horyzontach, doskonale wykształcony, mówiący perfekcyjnym francuskim i co istotne, nie miał żadnych, czy to wrodzonych, czy to nabytych, niechęci w stosunku do Polaków. Kultywował swoje szerokie kontakty z najbardziej znanymi osobistościami w wielu krajach. Wyznawał zasadę, będąc grand-seigneurs [pełen godności, dostojny arystokrata] i wśród takich osób się obracając, że można znaleźć rozwiązania nawet najbardziej skomplikowanych problemów. W tym miejscu trzeba wyraźnie podkreślić, że miał na myśli rozwiązania pokojowe.

Początki pobytu von Oberndorffa nie były łatwe. Placówka niemiecka nie posiadała samochodu. Na wszelkie spotkania udawał się pieszo. Nie przeszkadzało mu to jednak zupełnie, a przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać. Będąc człowiekiem ukształtowanym w kręgu kultury zachodniej, był wrogiem Sowietów i ich prób rozprzestrzeniania komunizmu wśród innych krajów europejskich. Dlatego rozpoczął swoją misję w Warszawie od zaproponowania władzom polskim niemieckiej współpracy w walce z Rosją sowiecką. Polskie władze nie podjęły, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, tego tematu. Nie sposób ocenić, jak von Oberndorff wyobrażał sobie tego typu współpracę, bo niezwykle trudno było przyjąć, że przybywając z Berlina w misji oficjalnej, nie znał przynajmniej niektórych elementów dotyczących coraz intensywniej rozwijającej się kolaboracji Armii Czerwonej z Reichswehrą.

Stosunki polityczne, gospodarcze, konsularne między Rzeszą a Polską pomimo dobrego nastawienia niemieckiego posła komplikowały się w wyniku polskich operacji zbrojnych na terenach wschodnich. Od lutego 1919 roku w miarę opuszczania swoich miejsc zakwaterowania przez armię niemiecką pozostałą przez to próżnię starała się wypełnić Rosja sowiecka, wysyłając wojska, aby okupowały odtąd niezbyt należycie bronione obszary. Polska nie mogła i nie chciała się z tym pogodzić. Tym bardziej że marzeniem każdego Polaka był powrót do świetności państwa z czasów Jagiellonów. Józef Piłsudski uważał, że jeśli przeciw Niemcom "zawsze mogliśmy znaleźć sojuszników, w swym własnym interesie działających, i w ewentualnym starciu z nimi nie bylibyśmy odosobnieni, to odwrotnie sprawa wygląda w stosunku do Rosji". Stąd doszedł do wniosku, że najpierw musi zlikwidować zagrożenie od wschodu. Wysłał więc wojska, aby zajmowały prastare polskie terytoria. W praktyce oczywiście oznaczało to wypowiedzenie wojny Rosji. Pierwsze starcie w tej wojnie miało miejsce 17 lute-go 1919 roku. Kiedy 21 kwietnia 1919 roku Wilno zostało opanowane przez wojska polskie, a nieco później ten sam los spotkał Mińsk, społeczne nadzieje na odzyskanie pozostałych ziem rosły w tempie geometrycznym. Sukcesu militarnego nie zdołano jednak przekuć w sukces polityczny. Wysłannik Piłsudskiego, Michał Romer, nie doprowadził do utworzenia odrodzonego Wielkiego Księstwa Litewskiego, a to było podstawowym założeniem jego misji.

Po opanowaniu Wilna Polska skierowała swoje zainteresowanie na wschodnią Galicję. Ukraina od zawsze była oczkiem w głowie polskich elit. Tam znajdowało się wiele wielkich latyfundiów, których właścicielami byli Polacy. Polska zmierzała w kierunku realizacji koncepcji państwa zarysowanej przez Józefa Piłsudskiego, który preferował model federacyjny, multinarodowy. Naturalnie pod polskim przywództwem. Litwa i część Ukrainy miałyby wejść w federację z Polską, a pozostałe państwa, takie jak Białoruś, Łotwa czy Estonia, miałyby pozostawać w ścisłym sojuszu z Polską, stając się przedmurzem broniącym przed rozlaniem się komunizmu na terytorium Polski i dalej na pozostałą część Europy. Roman Dmowski preferował Polskę jako jednolite państwo narodowe bez mniejszości, które miałyby otrzymać od polskich władz centralnych duże udogodnienia prawne wynikające z zasad funkcjonowania państw federacyjnych.

Koncepcja federalizmu Piłsudskiego miała jedną zasadniczą wadę. Nie brała pod uwagę zmian, jakie nastąpiły w Europie, a przede wszystkim nie doceniała siły zarówno militarnej, jak i ekonomicznej bezpośrednich sąsiadów Polski, Rosji sowieckiej oraz Rzeszy. Polska ofensywa w Galicji rozpoczęła się 14 maja 1919 roku. Szybko udało się opanować zarówno Stanisławów, jak i Halicz. W tym czasie premier Paderewski zawarł w Paryżu układ z wysłannikiem atamana ukraińskiego Semena Petljury, który zakładał wspólną walkę przeciw bolszewikom. Francja, niestety, zablokowała jego wejście w życie, żywiąc wielkie obawy, iż skutkiem tego porozumienia będzie załamanie się współpracy z "białym" generałem Denikinem. Niezrażeni postawą Francji Polacy atakowali nadal. Kolejna ofensywa pod osobistym dowództwem Piłsudskiego rozpoczęła się 28 czerwca. Zdobyto Tarnopol. Wojska polskie zatrzymały się nad rzeką Zbrucz. Po tych sukcesach militarnych Piłsudski szukał porozumienia z Rosją. Wysłał list do Juliana Marchlewskiego, w którym informował, że może zatrzymać swoje wojska, ale w zamian oczekuje, iż Armia Czerwona będzie respektować 10-kilometrową strefę pasa neutralnego, odgradzającą dwie wrogie armie. Przywódcy Sowietów, Leninowi, przestało się spieszyć do zawarcia pokoju z Polską. Jego wojska zaczęły bowiem wygrywać kolejne bitwy z "białymi". Polska dzięki świetnej pracy biura szyfrów uzyskała bezpośredni wgląd w plany Armii Czerwonej. Jan Kowalewski i pracownicy Biura Szyfrów złamali klucze szyfrowe Armii Czerwonej, które dawały możliwość odczytywania tajnej korespondencji z różnych frontów wojny domowej toczonej w południowej Rosji, na Kaukazie, a także na Ukrainie. Później udało się złamać szyfry "białej" Floty Czarnomorskiej oraz Armii URL. Umożliwiło to Piłsudskiemu i polskim sztabowcom planowanie operacji na podstawie danych pochodzących bezpośrednio z wnętrza sztabów poszczególnych armii przeciwnika. Tą drogą Piłsudski uzyskał też informacje o dużej koncentracji wojsk bolszewickich w niedalekiej odległości od granicy polskiej. Zdając sobie sprawę z wielkości zagrożenia, nie bacząc na opinię aliantów, wystąpił do atamana ukraińskiego Petljury z propozycją nawiązania bliskiej współpracy wojskowej. Piłsudski obiecywał mu silne wsparcie w staraniach Ukrainy o uzyskanie niepodległości. Po negocjacjach zawarto dwie umowy. Najpierw 21 kwietnia 1920 roku podpisano umowę polityczną gwarantującą polską pomoc w utworzeniu niepodległego państwa ukraińskiego, a trzy dni później umowę wojskową o pomocy Ukrainy w polskich zmaganiach z Armią Czerwoną.

Zaraz po złożeniu podpisów wojska polskie ruszyły w kierunku Kijowa. Od 25 kwietnia trwała kampania zarządzona przez Piłsudskiego. Pierwsza część starć z Rosją sowiecką przebiegła sprawnie. Wojska polskie 7 maja dotarły do Kijowa. Zaraz po tym sukcesie marszałek Józef Piłsudski (stopień ten otrzymał 19 marca 1920 roku) udał się do Kijowa. Spędził tam kilkanaście godzin. 18 maja wrócił do Warszawy, gdzie został powitany w sposób entuzjastyczny. Z wielu wydarzeń tego dnia wszyscy zapamiętali słowa marszałka Sejmu Wojciecha Trąmpczyńskiego, który witając marszałka Piłsudskiego, porównał jego osiągnięcia do tych, których bohaterem był król Bolesław Chrobry.

Kiedy się wydawało, że w zasadzie sprawy są pod polską kontrolą, Rosja sowiecka niespodziewanie, nawet dla sprawnie dotąd działającego polskiego wywiadu radiowego, zgromadziła duże siły, którymi uderzyła w polskie jednostki. Zabrakło tych, dotąd tak bardzo wspomagających pracę sztabowców, wyprzedzających danych pochodzących z nasłuchów i pracy dekryptażowej Biura Szyfrów. Od strony południowej nacierał na polskie jednostki Siemion Budionny, a od północy Michaił Tuchaczewski. Sytuacja na froncie zmieniła się diametralnie. Wojska polskie znalazły się niespodziewanie w mniej lub bardziej zorganizowanym odwrocie. Młoda polska armia w znacznym oddaleniu od głównych punktów zaopatrzenia nie dała rady utrzymać poziomu tak dotychczas sprawnego działania swoich oddziałów. Polska, aby nie ponieść całkowitej klęski, potrzebowała pomocy. Znacznej pomocy. I to od zaraz.

W obronie swojej ojczyzny do Armii Czerwonej zaczęli masowo wstępować zarówno oficerowie, jak i podoficerowie byłej armii carskiej. Dotychczas walczące na zasadzie pospolitego ruszenia oddziały czerwonogwardzistów nagle dość niespodziewanie otrzymały profesjonalnie wyszkolone dowództwo.

PRZYKŁADY SZYFROWANYCH DEPESZ WYSYŁANYCH PRZEZ POSŁA NIEMIECKIEGO W WARSZAWIE, OBERNDORFFA, NA TEMAT SYTUACJI NA FRONTACH WOJNY POLSKO-ROSYJSKIEJ (ŹRÓDŁO: ARCHIWUM AA - BERLIN)

W rezultacie w krótkim czasie mieszkańcy Warszawy mieli możliwość nasłuchiwania pohukiwań dział artyleryjskich. Front był tuż tuż. Wielu mieszkańców, obawiając się zajęcia Warszawy przez Sowietów, decydowało się na opuszczenie miasta. Kierowali się na zachód, w kierunku Wielkopolski. Wśród tych, którzy się wystraszyli rosyjskiej nawałnicy, był i lider narodowych demokratów, Roman Dmowski. Kolejny raz okazał się wielce rycerski, ale wyłącznie na salonach. Wcześniej salwował się ucieczką na emigrację do Paryża dla uniknięcia bezpośredniego udziału w walkach na frontach wielkiej wojny, teraz przedwcześnie opuszczał Warszawę. Zanim wyjechał ze stolicy, zdążył jeszcze 19 lipca na posiedzeniu Rady Obrony Państwa zarzucić marszałkowi zdezorganizowanie armii i zgłosić postulat dokonania w niej gruntownych zmian przy pomocy oficerów przysłanych z Zachodu. Oskarżenia swoje wykrzyczał i ruszył pospiesznie w drogę. Nie na front, ale jak najdalej od frontu. Zapamiętano mu tę postawę do końca jego życia. Kilka dni później do ataków na Piłsudskiego dołączył przedstawiciel duchowieństwa. Otóż delegat Wielkopolski, ksiądz Stanisław Adamski, oskarżył marszałka o zdradę. W odróżnieniu od postawy "bohaterskiego" w słowach polityka Romana Dmowskiego, oficerowie zachowywali w tych trudnych chwilach największy spokój. Można było ich podziwiać w szczelnie wypełnionych klientami kawiarniach Warszawy, gdzie w wolnym czasie spokojnie raczyli się kawą i ciastkami.

Przygotowano dobrze zorganizowaną ewakuację personelu dyplomatycznego. Niemcy mieli najłatwiej. Ich rząd przysłał z Berlina specjalny pociąg, na pokładzie którego mieli się ewakuować wszyscy przebywający służbowo w Warszawie obywatele niemieccy. Wyjechali w lipcu z Warszawy, ale pozostali na terytorium Pol-ski, w Poznaniu. Między sobą szeptali, że jeszcze osiemnaście miesięcy temu Poznań był ich, a teraz, przebywając w jego obrębie, byli nadal w Polsce. Na szczęście niektórzy z nich potrafili zdobyć się na głębszą refleksję i przyznać, że Poznań był ich, ale tylko przez ostatnie 150 lat, to znaczy od czasu rozbiorów. Pocieszali się wzajemnie, że chociaż władze się zmieniły, to poznaniacy i tak mentalnie pozostali "polskimi" Prusakami. Jak po latach wspominali, w Wielkopolsce byli otoczeni ogólnie panującą czystością, architekturą niemiecką, świetnie zorganizowanym rolnictwem. Kochali ten pruski porządek i precyzyjną organizację życia i pracy. Tym, co Niemców bolało najbardziej, był fakt, że chociaż ci poznaniacy byli tacy na każdym kroku bardzo niemieccy, to jednocześnie region ten był i pozostał najbardziej antyniemiecki z wszystkich regionów Polski. Niemieccy zarządcy przez te 150 lat w żaden sposób nie zdołali nauczyć poznaniaków miłości do Niemiec. Nauczyli natomiast zasad zdrowego, wydajnego zarządzania na każdym szczeblu, stworzyli podwaliny pod najlepiej zorganizowane rolnictwo, a dzięki systemowi powszechnej edukacji powstała doskonale wykształcona klasa średnia, która stała się zalążkiem nowoczesnego państwa polskiego.

Jak po latach wspominał von Dirksen, pobyt w Poznaniu od pewnego momentu stał się nawet wyjątkowo przyjemny. Pracownicy niemieckiego poselstwa zaprzyjaźnili się bowiem ze swoim rodakiem, który postanowił wrócić do Rzeszy. Rozpoczął systematyczną likwidację swojego dobytku, a w szczególności sklepu z winami. Znaczna liczba butelek została "zlikwidowana" poprzez wlewanie szlachetnej zawartości w gardła niemieckich dyplomatów. W trakcie tych często wielogodzinnych "nasiadówek" żartowano sobie z pracowników polskiego kontrwywiadu, którzy - jak mniemano - obserwując długo palące się światła w domu handlarza win, snuli podejrzenia, że to zacne grono Niemców zapewne szykuje jakiś tajny plan rewolty w już polskim Poznaniu.

Po kilku tygodniach, kiedy sytuacja w Warszawie wróciła do normy, dyplomaci udali się w drogę powrotną do stolicy. Niemiecki poseł hrabia Oberndorff postanowił najpierw pojechać na urlop do jednego z kurortów na terytorium Niemiec, by następnie wziąć udział w wielu zaplanowanych wcześniej konferencjach w Berlinie. Jesienią całkowicie niespodziewanie złożył rezygnację z funkcji posła nadzwyczajnego w Polsce. Wrócił do Warszawy tylko na krótką chwilę, aby złożyć wymagane protokołem wizyty pożegnalne i dopilnować należytego spakowania jego osobistego dobytku. Przez następne dziesięć miesięcy szefem placówki w randze chargé d'affaires był von Dirksen. Osoby bliskie Oberndorffowi sugerowały, że jego rezygnacja była formą protestu wobec polityki generała Hansa von Seeckta i jego tajnej współpracy z Armią Czerwoną. Gdy był w Warszawie, próbował temu przeciwdziałać, śląc depesze do Urzędu Spraw Zagranicznych. Pozycja tego Urzędu wobec Reichswehry była jednak zbyt słaba, by mogło to odnieść jakikolwiek skutek w postaci zmiany polityki w zakresie doboru sojuszników do współpracy na arenie wojskowej. Oberndorff, rezygnując, pozostał wierny swojej głębokiej niechęci do bolszewików.

Warto wspomnieć, że w Warszawie w najgorętszych dla miasta chwilach wojny z bolszewikami pozostało dwóch odważnych zagranicznych dyplomatów. Byli to ambasador Turcji oraz nuncjusz papieski Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI).

Wojna sowiecko-polska przechodziła przez różne fazy sukcesów i porażek każdej ze stron. Od grudnia 1919 roku do marca 1920 roku Polska i Rosja sowiecka zaangażowane były w negocjacje o niezwykle delikatnym charakterze, których celem miało być ogłoszenie zawieszenia broni. Żadna ze stron nie wykazała jednak dostatecznie dużo dobrej woli, aby dojść do wyznaczonego sobie celu. Rozmowy te były raczej przykrywką dla tajnej rozbudowy sił zbrojnych po każdej z walczących stron. Z dzisiejszej perspektywy można mieć podejrzenia, że w tamtym konkretnym momencie Rosjanom zależało na zawieszeniu broni zdecydowanie bardziej aniżeli Polakom. W prowadzonej przez siebie grze sowieccy dyplomaci starali się dyskredytować Polskę w oczach jej sojuszników, a także wykorzystywali spotkania negocjacyjne jako tubę propagandową dla rewolucji. Polacy ze swojej strony podsunęli Rosjanom ideę umiejscowienia negocjacji w Borysowie i zawieszenia broni ważnego tylko i wyłącznie w okolicy miejsca prowadzenia rozmów. Polskim negocjatorom chodziło o to, aby unieruchomić wielkie siły rosyjskie, które właśnie tam były skoncentrowane. W ten sposób polska armia chciała uzyskać możliwość prowadzenia dalszej walki na terenach, na których Rosjanie byli najsłabsi. Kiedy te próby się nie powiodły i do polskiego dowództwa dotarły informacje o nowej koncentracji wojsk rosyjskich, tym razem w bezpośrednim sąsiedztwie polskich granic, marszałek Józef Piłsudski zawarł wspomniany już wcześniej pakt polityczny oraz podpisał konwencję wojskową z ukraińskim przywódcą Petljurą. Mając nowego sprzymierzeńca w walce z Rosją sowiecką, Piłsudski wydał rozkaz ataku, którego uwieńczeniem było zajęcie w dniu 7 maja 1920 roku Kijowa.

Riposta sowiecka była zdecydowana. Wojska dowodzone przez byłego oficera gwardii carskiej Michaiła Tuchaczewskiego ["Na zachód! Przez trupa białej Polski wiedzie droga do światowego pożaru" - zachęcał swoich żołnierzy.] uderzyły na siły polskie. Od tej pory to Polacy znajdowali się w odwrocie. Na początku sierpnia Rosjanie dotarli pod Warszawę. Już w lipcu, zdając sobie sprawę, że Polska znajduje się w obliczu zbliżającej się klęski, rząd wydelegował do belgijskiego Spa na odbywającą się tam konferencję aliantów premiera Grabskiego. Był on w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Posypując sobie głowę popiołem, Grabski zaakceptował szereg poniżających warunków18, które Polska musiała spełnić, aby uzyskać pomoc zarówno militarną, jak i negocjacyjną w doprowadzeniu konfliktu do jego zakończenia. Koncesje wstrząsnęły podstawami, na jakich odbudowywano państwo polskie. Głównym problemem było to, że w obliczu niesłychanych nacisków Lloyda George'a oraz lorda Curzona Grabski w imieniu rządu polskiego wyraził zgodę na przebieg nowej granicy polsko-rosyjskiej wzdłuż tzw. linii Curzona. Na szczęście dla Polski, przebieg granicy został zdecydowany na polach bitewnych, a przede wszystkim w trakcie "cudu nad Wisłą", a więc wielkiej bitwy w okolicach Warszawy. To właśnie tutaj genialnie zaplanowana przez Piłsudskiego kontrofensywa zagroziła odcięciem wojsk Tuchaczewskiego. Zmusiło to Rosjan do natychmiastowego panicznego odwrotu. Siły rosyjskie zostały całkowicie złamane i rozpoczęła się ich bezładna ucieczka przed pogonią wojsk polskich. Nie ma już dzisiaj wątpliwości, że sukces armii polskiej był sukcesem marszałka Piłsudskiego i mianowanego 22 lipca 1920 roku szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Feldmarschalleutnanta (odpowiednik polskiego stopnia generała dywizji) Cesarskiej i Królewskiej Armii oraz generała broni WP Tadeusza Jordan-Rozwadowskiego19, herbu Trąby. Oni nie dzielili się z Francuzami swoimi koncepcjami, a już na pewno nie szczegółowymi planami kontruderzeń. Opowiadania o decydującej roli, jaką miał tu odegrać francuski generał Maxime Weygand, pochodziły raczej z ust przeciwników Piłsudskiego niż z realnej oceny przebiegu wydarzeń. Liderami tej sztucznej gloryfikacji były głównie endeckie wydawnictwa pozostające pod całkowitym wpływem Romana Dmowskiego. Aby rozbić atak Sowietów, Rozwadowski postawił na wojnę manewrową charakteryzującą się dużą mobilnością i odrzucił plan walk ciągłymi frontami. Zachował się więc całkowicie odwrotnie do planów Weyganda, który preferował wojnę pozycyjną. Oprócz dobrych planów Rozwadowski wniósł swoją bojową postawą w szeregi żołnierskie wielkie pokłady optymizmu i niezłomnej wiary w zwycięstwo.

Dopełniając dzieła gloryfikacji francuskiego generała, endecy urządzili spektakularne pożegnanie Weyganda, sławiąc jego wyczyny i nazywając go zbawcą Polski. Oczywiście Francuzom, zwykle dosyć próżnym i wyniosłym, legenda Weyganda była bardzo na rękę. Podnosiła status wielkiej, niezwyciężonej armii francuskiej ponad granice zdrowego rozsądku. To pewnie właśnie tutaj można doszukiwać się źródeł niechęci i wielkiej podejrzliwości cechujących Piłsudskiego w jego przyszłych kontaktach z Francuzami.

Wydarzenia roku 1920 miały wielki, znaczący wpływ na stosunki polsko-niemieckie. Rosyjski kontratak i jego szybkość oczarował niemiecką opinię publiczną. Zaczęto żywić nadzieję, że zbliżająca się chwila pokonania i zniszczenia Polski anuluje wszystkie brutalne dla Niemiec postanowienia traktatu wersalskiego. Chociażby jego decyzje dotyczące granicy polsko-niemieckiej. Niemieccy robotnicy w sposób absolutnie nieskrywany sympatyzowali z Rosją sowiecką. Niemiecka partia socjaldemokratyczna SPD podpisała oficjalny apel, aby nie pozwolić na jakikolwiek transport sprzętu wojskowego do Polski. Rząd niemiecki, który wcześniej ogłosił swoją neutralność w tym konflikcie, nie musiał się martwić ewentualnymi naciskami na przepuszczanie transportów do Polski. Natychmiastowy, "spontaniczny" strajk niemieckich kolejarzy i tak uniemożliwiłby realizację tego typu dostaw. W Gdańsku dokerzy zastrajkowali, odmawiając wyładunku materiałów przeznaczonych dla Polski, a gdański parlament przyjął rezolucję o pozostawaniu Wolnego Miasta Gdańska na pozycjach neutralnych w konflikcie polsko-rosyjskim. Po zakończeniu konfliktu Liga Narodów, właśnie ze względu na postawę władz gdańskich oraz robotników portowych tego miasta, zaaprobowała wniosek Polski o utworzenie składu amunicji na Westerplatte i o stacjonowaniu niezbędnej liczby polskich żołnierzy w celu zapewnienia ochrony tej instalacji wojskowej.

Niemiecka społeczność nie zastanawiała się nad ewentualnymi skutkami przesunięcia granic Rosji sowieckiej w kierunku terytorium Rzeszy. Nie myślała o możliwym eksporcie rewolucji na swoje terytorium. Niemcy pragnęli natomiast zobaczyć pobitą militarnie Polskę i odzyskać utracone postanowieniami wersalskimi ziemie. Część partii prawicowych zaczęła domagać się otwarcie niemieckiej interwencji w konflikcie polsko-rosyjskim, by po zwycięstwie doprowadzić do restauracji granicy niemiecko-rosyjskiej zgodnie z jej statusem w roku 1914. Bardzo ciekawy list napisał 26 sierpnia 1920 roku przyjaciel gen. von Seeckta, Enver Pasha. Informował w nim niemieckiego generała o wynikach swoich rozmów z bliskim współpracownikiem Lwa Trockiego, Skljanskim. Generał dowiedział się z jego listu, że celem wzmocnienia frakcji Trockiego w kręgach rządzących na Kremlu, frakcji, która jawnie chce uznania granic z 1914 roku za obowiązujące, byłoby dobrze, aby Niemcy nieoficjalnie pomogły Rosji i jej Armii Czerwonej w tym trudnym konflikcie zbrojnym z Polską.

EFRAIM M. SKLJANSK? (1892-1925). ZASTĘPCA KOMISARZA ARMII CZERWONEJ W LATACH 1918-1924

IOSIF S. UNSZLICHT (1879-1938). ZASTĘPCA KOMISARZA WOJENNEGO W LATACH 1925-1930

Pomoc ta, według słów Skljanskiego, powinna polegać na sprzedaży Rosji broni oraz systematycznym dostarczaniu wszelkich materiałów wywiadowczych na temat Polski, które są w posiadaniu Niemiec. Pasha był wielkim adwokatem tej propozycji i naciskał von Seeckta, aby między innymi utworzył lub pozwolił utworzyć ochotnicze oddziały w "polskim korytarzu" celem wywołania powstania na tym terenie.

Trzeba tutaj wspomnieć, że gen. von Seeckt był jednym z największych wrogów Polski minionej epoki. W swojej nieomal zwierzęcej nienawiści do Polski i Polaków był nieprzejednany. Tak jak gorąco nienawidził Polski, tak szanował i respektował Rosję, podchodził do niej z największą atencją. Bez względu na system polityczny tam panujący. Wyznawał zasadę całkowitego zbliżenia z Rosją, by poprzez ścisłą z nią współpracę, w szczególności militarną, doprowadzić siłą do obalenia postanowień traktatu wersalskiego. Jego nienawiść do Polski i chęć wymazania jej raz na zawsze z map świata, a także spowodowane jego intensywną indoktrynacją uczucie pogardy jak zaraza rozprzestrzeniły się i szybko powszechnie zapanowały w szeregach Reichswehry. Według słów von Seeckta:

"Polska jest zasadniczym wschodnim kłopotem. Istnienie Pol-ski jest nie do zniesienia i niezgodne z życiodajnymi interesami Niemiec. Musi zniknąć i zniknie poprzez swoją własną słabość wewnętrzną i w wyniku działań, przy naszej pomocy, Rosji. Polska jest nawet bardziej nie do zniesienia dla Rosji niż dla nas; żaden rosyjski rząd nie może nigdy osiągnąć porozumienia z Polską. Wraz z Polską upada jeden z najmocniejszych filarów pokoju wersalskiego, wysunięty przyczółek Francji. Osiągnięcie tego celu, jako że może się spełnić, musi być jednym z fundamentalnych działań polityki niemieckiej. Może być jednak to osiągnięte tylko poprzez Rosję i poprzez jej pomoc. Polska nigdy nie będzie mogła zaoferować korzyści dla Niemiec; ani ekonomicznych, gdyż nie ma zdolności rozwojowych, ani politycznych, ponieważ jest francuskim wasalem".

Generał von Seeckt, nawet już będąc poza aktywną służbą, nie ustawał w atakach na Polskę. W roku 1930 napisał książkę zatytułowaną "Niemcy między Zachodem i Wschodem" ("Deutschland zwischen West und Ost"). Tam też jasno wyłożył swoje credo nienawiści do Polski, pisząc, że z Polską "nie może być pojednania jak między równymi; pozostaje tylko podporządkowanie się Niemcom. A jeżeli pojednanie jest niemożliwe i podporządkowanie wykluczone, to pozostaje tylko walka".

Czy można von Seeckta z góry potępiać? Pewnie nie można, bo był Niemcem i walczył wszystkimi metodami o dobro swojego państwa. Miał też wręcz niebywałą zdolność do rozróżniania celów dalekosiężnych i krótkoterminowych. Starał się zachowywać w zgodzie z okolicznościami, które w danym momencie historycznym panowały. To nie był generał, któremu można by zarzucić, że nagle ślepo poprowadzi Niemcy do wojny czysto awanturniczej. Sam to zresztą tłumaczył w swojej książce pt. "Gedanken eines Soldaten" w następujący sposób: "doświadczony i mający wiedzę żołnierz boi się wojny daleko bardziej niż fantasta, który nie znając wojny, tylko mówi o pokoju". Wiele z jego bieżących zachowań wynikało najczęściej z obranej taktyki. Ta jego zagadkowość została należycie oceniona przez wielu jego podwładnych, dla których był sfinksem - tak też go nazywali w toczonych między sobą rozmowach.

Analizując jego poglądy na temat relacji Polska-Niemcy i Rosja-Niemcy, można by było wyciągnąć wniosek, że naturalnym posunięciem von Seeckta byłoby stanięcie na czele Reichswehry u boku Armii Czerwonej w konflikcie z Polską. Dokonał on jednak szybkiej i chłodnej analizy, dochodząc do przekonania, że po rozbrojeniu wynikającym z postanowień wersalskich Niemcy są w tym momencie za słabi militarnie, aby zaryzykować ewentualny konflikt z Francją, aliantem Polski.

Seeckt był przewidujący. Już w lutym 1920 roku w memorandum adresowanym do prezydenta Eberta oraz ministra obrony Noske zapowiedział, że walki między Rosją sowiecką a Polską wybuchną z największą siłą latem tego roku. [Wydaje się oczywiste, że dane te otrzymał ze źródeł rosyjskich, z którymi już od pewnego czasu pozostawał w bliskim kontakcie. Tajna współpraca wojskowa powoli się rozkręcała]. Dalej informował, że z danych wywiadowczych będących w jego posiadaniu wynika, iż Polska otrzyma pomoc Francji, Anglii oraz Stanów Zjednoczonych. Pomoc ta będzie obejmowała zarówno dostawy sprzętu, pieniądze, jak i pobyt doradców wojskowych. Nie przewidywał natomiast bezpośredniego udziału wojsk tych państw w operacjach przeciw Rosji. Biorąc to pod uwagę, von Seeckt kategorycznie odrzucał jakąkolwiek, nawet najdrobniejszą pomoc Polsce. Nie wchodziło to zupełnie w rachubę. Po pierwsze, chciał coraz bliższych stosunków łączących Reichswehrę z Armią Czerwoną, a po drugie, jak to sam zaznaczał, dla Niemiec "było najwyższym obowiązkiem powitać jakiekolwiek oznaki, które obiecywały osłabienie lub nawet zniszczenie naszego niemożliwego do tolerowania sąsiada". Mówiąc o sąsiedzie, miał naturalnie na myśli Polskę.

Należy także pamiętać, że złość wszystkich warstw społeczeństwa niemieckiego na Polskę za odebranie im znacznej części terytorium na wschodzie uniemożliwiała jakiekolwiek nawet próby rozważenia przez rząd niemiecki kroków przyjaznych wobec swojego nietolerowanego sąsiada. Społeczeństwo, a więc wyborcy, by tego ani nie zrozumiało, ani nie zaakceptowało.

Hans von Seeckt dostrzegał zbliżanie się Rosji do granic Niemiec jako pewien problem, ale jak uważał i mówił: jest to problem Niemiec i to Niemcy będą sobie z nim radzić. A właśnie w ewentualnym zagrożeniu terytorium Niemiec przez Rosję widział szanse na złagodzenie postawy aliantów, dotąd konsekwentnie zmierzających do likwidacji potęgi militarnej jego państwa. Współpraca z Polską - jak oceniał - takiej możliwości by nie stwarzała.

Kiedy wojska Armii Czerwonej zbliżyły się do granic, które w 1914 roku były granicami Niemiec, von Seeckt w nowym memorandum zaapelował do Rosji i jej armii, aby oszczędziły okrucieństw terenom "niemieckim". W szczególności apel ten dotyczył traktowania w sposób należyty niemieckich mieszkańców tych rejonów. Żywił nadzieję na przywrócenie granic z 1914 roku, ale całkowicie wykluczał otwarty udział wojsk niemieckich w operacjach Armii Czerwonej. Miał pełną świadomość tego, że spowodowałoby to natychmiastową inwazję wojsk francuskich na terytorium Niemiec. W swojej ocenie sytuacji generał von Seeckt się nie mylił.

13 sierpnia, kiedy ważyły się losy Warszawy, francuski minister wojny Lef?vre odbył spotkanie z polskim attaché wojskowym. W jego trakcie poinformował, że Francja nie zmobilizuje swoich rezerw celem wysłania armii do walk w Polsce, by pomóc w wojnie z Sowietami. Uzasadnił to tym, że społeczeństwo francuskie jest zmęczone wojną i nie zaakceptowałoby tego posunięcia. Jednocześnie francuski minister zapewnił, iż w przypadku ataku Niemiec na Polskę Francja natychmiast, bez chwili zwłoki zmobilizuje niezbędne rezerwy i jej wojska zaatakują terytorium niemieckie. Dał nawet do zrozumienia, że na tę okoliczność rząd francuski poczynił już pewne niezbędne przygotowania.

Rząd niemiecki znajdował się między młotem a kowadłem. Niemcy mieli kłopot z obraniem najwłaściwszej drogi pomiędzy podstawowym celem swojej polityki zagranicznej na Wschodzie, którym było zniszczenie Polski, a obawami na arenie wewnętrznej, że bliskość z Rosją może na nowo obudzić ducha rewolucji Spartakusa.

20 lipca 1920 roku rząd Rzeszy Niemieckiej bez konsultacji z Reichstagiem podjął decyzję o bezwzględnym przestrzeganiu zasad neutralności w konflikcie polsko-sowieckim. Granice dla polskich transportów zostały szczelnie zamknięte. Poza wspomnianym już Gdańskiem również władze Czechosłowacji podjęły decyzję o zachowaniu neutralności i automatycznie z tym związanym zakazie tranzytu. W najważniejszym momencie walk Polska mogła być zaopatrywana w sposób okrężny przez Rumunię.

Naciski wywierane na Niemcy, dotyczące zniesienia zakazu tranzytu, a także bezpośredniej pomocy Polsce, szły z wielu stron. Jednym z ważnych propagatorów tej koncepcji był lord Edgar D'Abernon pracujący w misji alianckiej w Warszawie. Wzywał on także władze w Polsce, aby poszukiwały sposobu wciągnięcia Niemiec w orbitę wspólnej walki z Rosją sowiecką. Polskie władze odpowiedziały mu jasno, że tego typu posunięcia są dla Polski nie do pomyślenia. Uważały, że współpraca z Niemcami nie tylko spowodowałaby odsunięcie się od Polski jej sojuszników, ale także najprawdopodobniej cena tej pomocy byłaby dla Polski tragicznie wysoka, a więc nie do zaakceptowania. Należało bowiem zakładać, że Niemcy zażądałyby zwrotu Gdańska oraz Górnego Śląska. Niektórzy polscy analitycy przewidywali nawet możliwość przejęcia przez Niemców kontroli nad pewnymi obszarami w polskich czysto wewnętrznych sprawach.

Niespodziewane poparcie dla swoich pomysłów lord D' Abernon otrzymał od niemieckiego posła nadzwyczajnego w Warszawie, hrabiego Oberndorffa. Pan poseł prawdopodobnie był największym wrogiem bolszewików, jaki wówczas żył w narodzie niemieckim. Niewyobrażalne było dla niego, aby Niemcy stały z boku w tak ważnym dla Europy i być może świata momencie, kiedy to horda sowiecka atakuje już tak blisko niemieckich granic. W krytycznych chwilach konfliktu hrabia Oberndorff ostrzegał Niemcy przed takim sojuszem z Rosją, którego głównym celem będzie zniszczenie Polski. W swoim tajnym raporcie wysłanym 1 lipca 1920 roku z Warszawy do Berlina pisał między innymi:

"Ja tutaj nie zdecyduję [o odpowiedzi] na trudne pytania, czy i pod jakimi warunkami powinniśmy pomóc Polsce w tej ekstremalnej klęsce. Jesteśmy rozbrojeni pod opieką ententy i nasza słabość może nas zepchnąć w kierunku neutralności. Ale naszym życzeniem musi być, aby Polska pozostała nietknięta: oczywiście pod wieloma względami jest naszym adwersarzem, ale także mu-rem, który oddziela nas od rosyjskiego niebezpieczeństwa, i byłoby zbrodnią przeciwko naszemu państwu i przeciwko całej ludzkości, jeśli byśmy nawet w odrobinie przysłużyli się do zwycięstwa Sowietów".

Wszelkie tego typu rozważania nie zdały się na nic. Powody leżały po obu stronach. Ani rząd niemiecki nie zamierzał proponować Polsce pomocy, ani Polska i Francja tego sobie nie życzyły. Generalnie Niemcy uważali, że polskie władze zbyt nienawidziły, a jednocześnie zbyt obawiały się Niemiec, aby mogły podjąć jakąś próbę współpracy dla powstrzymania bolszewickiego natarcia.

28 lipca ówczesny polski minister spraw zagranicznych książę Sapieha poinstruował polskiego posła nadzwyczajnego w Berlinie, aby podchodził z wielką rezerwą do wszelkich ewentualnych prób wciągnięcia go przez niemieckiego ministra Urzędu do Spraw Zagranicznych, Waltera Simonsa, do dyskusji na tego typu tematy. Zalecił mu skoncentrowanie się na przekonaniu niemieckich związków zawodowych do zaprzestania przez nie działań o charakterze sabotażowym na kolei, w szczególności w tych wypadkach, kiedy pociągi przewoziły towary ważne dla polskich działań o charakterze obronnym.

Dużo zamieszania wokół pogłosek o próbach wojskowej współpracy polsko-niemieckiej robiły zakulisowe działania Dmowskiego i jego partnerów. Czynili oni ze swojej strony wszystko, by w taki czy inny sposób zdyskredytować Piłsudskiego. Chcieli udowodnić, że marszałek jest germanofilem. Nie oglądali się na skutki tego typu działań nawet w tym okresie, kiedy Ojczyzna znajdowała się w najtrudniejszych chwilach. Nienawiść Dmowskiego i jemu podobnych do Piłsudskiego sprowadzała się do najniższego poziomu, który określa najlepiej powiedzenie: a po nas choćby potop.

Rząd polski próbował spokojnie przeciwdziałać tej ukrytej, chociaż tak przejrzystej, kampanii Dmowskiego, uchwalając jednogłośnie 30 sierpnia 1920 roku oświadczenie dementujące pogłoski o jakichkolwiek krokach zmierzających do włączenia Niemiec do polskiego wysiłku zbrojnego. Podkreślano, że nikt rozsądny nie podjąłby tego typu próby, gdyż opinia społeczna uznałaby taką osobę za zdrajcę. Wojna z Sowietami obudziła silne poczucie przynależności narodowej wśród Polaków. Dodatkowo, pomimo trudnej sytuacji na frontach, Polacy chcieli walki do końca, nie życzyli sobie układów niekorzystnych dla kraju. Gotowi byli na wielkie wyrzeczenia, ale nie na poddanie się lub wejście w bliżej niemożliwy do przewidzenia co do jego dalekosiężnych skutków sojusz z Niemcami.

Niemiec nie pomoże za darmo - było obiegową maksymą - a my ze swojej strony im nic nie damy ani nic nie oddamy w zamian.

Ogromna koncentracja wojsk na wschodzie była jednoznaczna z odkryciem się przez Polskę na granicach zachodnich. Międzysojusznicza Komisja Kontroli Wojskowej obserwowała granice niemieckie. Zauważalny był duży wzrost napływu niemieckich oddziałów w ten rejon. Reichswehra koncentrowała tam także znaczne ilości ciężkiego sprzętu. Podejrzewano, że Rzesza będzie dostarczać ten sprzęt przez Litwę do Rosji.

Do Polski docierały sygnały, że wielu niemieckich oficerów dowodzi rosyjskimi pododdziałami w atakach na polskie jednostki. Wywiad aliancki potwierdzał także wypadki przekazywania przez Niemcy ściśle tajnych informacji zdobytych w Polsce. Współpraca niemiecko-rosyjska była faktem. Pewne sygnały pojawiły się w prasie polskiej. 15 maja 1920 roku w gazecie "Journal de Pologne" można było przeczytać, że zaraz po rozpoczęciu się polskiej ofensywy oficerowie niemieccy w celu pomocy Armii Czerwonej zostali przerzuceni do Rosji na pokładzie zeppelinów, a żołnierze z wojsk, jak wówczas to określano, technicznych dowodzą pociągami pancernymi oraz czołgami.

Po kilku latach rotmistrz Sosnowski przesłał do centrali polskiego wywiadu kopie dwóch szyfrowanych telegramów wysłanych z Warszawy przez posła niemieckiego hrabiego Oberndorffa, w których informował on o tych dla niego - jasno określającego siebie jako wroga Sowietów - niepokojących sygnałach udziału oficerów niemieckiego Sztabu Generalnego po stronie Armii Czerwonej w wojnie Rosji przeciwko Polsce.

Pierwszy z tych telegramów, wysłany 15 maja 1920 roku o godzinie 22.50, cytował artykuł z "Journal de Pologne".

Drugi - wysłany z Warszawy 8 czerwca 1920 roku o godzinie 6.25 - powoływał się na wiadomości z wnętrza polskiego dowództwa, którego służby nasłuchowe często przechwytywały radiowe meldunki oddziałów Armii Czerwonej przekazywane w najczystszym języku Goethego, w języku niemieckim. W tym samym telegramie poseł Oberndorff przytaczał swoją rozmowę z posłem włoskim akredytowanym w Warszawie, który informował Niemca o polskich niepodważalnych ustaleniach, iż wielu oficerów niemieckich walczy po stronie Sowietów. W dalszej części telegramu Oberndorff przekazywał swoją ripostę, jaką wygłosił wobec Włocha. Sugerował, że pewnie są to jacyś albo miłośnicy wojny, albo ci, którzy z osobistych powodów natury nadzwyczajnej (chęć zdobycia znacznych pieniędzy?) zdecydowali się na taki krok. Dodał jeszcze, że poinformował włoskiego konsula, iż osobiście nie wierzy w to, by aż tak wielka liczba Niemców walczyła po stronie sowieckiej. Oberndorff zaznaczył także, że nic tak nie spotęguje polskiego braku zaufania do Niemców jak pomoc Sowietom. Na końcu wreszcie oświadczył, że tego typu informacja może wyraźnie pogorszyć sytuację rządu niemieckiego w stosunkach z sygnatariuszami traktatu wersalskiego.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

7 Traktat brzeski, układ pokojowy podpisany 3 marca 1918 roku w Brześciu nad Bugiem przez Rosję sowiecką z Niemcami oraz ich sojusznikami, tj. Austro-Węgrami, Turcją i Bułgarią. Traktat ten kończy działania wojenne na froncie wschodnim. Z chwilą podpisania tego separatystycznego układu pokojowego Rosja de facto zrywa sojusz z państwami ententy. Negocjacje traktatu trwały od 8 listopada do 15 grudnia 1917 roku. Ich uwieńczeniem było podpisanie w pierwszej kolejności zawieszenia broni. W lutym 1918 roku szef delegacji rosyjskiej, Lew D. Trocki, odmówił podpisania uzgodnionych warunków ostatecznego pokoju. R. Kühlmann, szef delegacji niemieckiej, uznał decyzję Trockiego za zerwanie podpisanego zawieszenia broni. Już 18 lutego wojska niemieckie oraz austro-węgierskie przeszły na całej linii frontu do ofensywy. Dosłownie w ciągu kilku dni zajęły wielkie obszary Ukrainy, Białorusi oraz Estonii. Rosja nie była w stanie stawić skutecznego oporu osi państw centralnych i w związku z tym 23 lutego podpisała postawione jej w niemieckim ultimatum warunki. Na mocy pokojowego traktatu brzeskiego Rosja zrzekła się ziem polskich, Litwy, Finlandii, Estonii, Łotwy oraz Ukrainy. Państwa te przechodziły pod kontrolę Niemiec. Dodatkowo na rzecz Turcji Rosja utraciła okręgi Ardagan, Kars oraz Batumi. Ogółem terytorium Rosji zmniejszyło się o prawie milion kilometrów kwadratowych. W tym samym traktacie Rosja zobowiązała się do przeprowadzenia demobilizacji całej swojej armii, a także do uznania traktatu pokojowego zawartego 9 lutego 1918 roku pomiędzy państwami centralnymi a Ukraińską Centralną Radą. Traktat brzeski dotrwał do abdykacji cesarza i upadku cesarstwa niemieckiego oraz rozpadu Austro-Węgier. 13 listopada 1918 roku Rosja anulowała ten narzucony jej siłą układ.

8 Patrz także: Harry Graf Kessler, "Tagebücher", Insel Taschenbuch. Erste Auflage 1996. Insel Verlag.

9 Zdzisław Lubomirski herbu Szreniawa bez Krzyża, urodzony 4 kwietnia 1865 roku w Niżnym Nowogrodzie, zmarł 31 lipca 1943 roku w Małej Wsi koło Grójca. W latach 1916-1917 był prezydentem Warszawy, w latach 1917- -1918 członkiem Rady Regencyjnej, od 1928 do 1935 roku pełnił funkcję senatora z ramienia BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem).

10 Hugo Max Graf von und zu Lerchenfeld auf Köfering und Schönberg urodził się 21 sierpnia 1871 roku w Köfering, zmarł 13 kwietnia 1944 roku w Monachium. Polityk konserwatywny z Bawarii (Bawarska Partia Ludowa). Od 1897 do 1914 roku zatrudniony był w strukturach rządu Bawarii. Od 1915 do 1918 roku, pracując w rządzie cesarskim, wykonywał obowiązki cywilnego zarządcy w byłej rosyjskiej części Polski. W latach 1921-1922 był premierem Bawarii, a w latach 1926-1931 niemieckim ambasadorem w Austrii.

11 Eugen Fürst zu Oettingen-Wallerstein urodził się 22 marca 1885 roku w Pradze, zmarł 3 października 1969 roku w Hohendtheim. Polityk bawarski.

12 Rudolf Breitscheid urodził się 2 listopada 1874 roku w Köln, zmarł 24 sierpnia 1944 roku w obozie koncentracyjnym Buchenwald; w swoim życiu zawodowym pełnił m.in. następujące funkcje: w latach 1918-1919 był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Prus, od 1920 roku z ramienia USPD poseł w Reichstagu. W marcu 1933 roku, po dojściu nazistów do władzy emigruje przez Szwajcarię do Francji. W 1940 roku po wejściu Wehrmachtu do Paryża przenosi się do Marsylii. Jesienią 1940 roku aresztowany przez rząd Vichy i przekazany Gestapo. Po dwóch latach wraz z małżonką zostają przewiezieni do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Jesienią 1943 roku przeniesiony do specjalnego baraku w KL Buchenwald. Zginął wraz z żoną w trakcie nalotu alianckiego na obóz koncentracyjny Buchenwald.

13 Stanisław Maria Szeptycki urodził się 3 listopada 1867 roku w Przyłbicach Jaworowa, zmarł 9 września 1950 roku w Korczynie k. Krosna; hrabia, gen. major Cesarskiej i Królewskiej Armii, gen. broni Wojska Polskiego; syn hrabiego Jana Kantego Remigiana Szeptyckiego. Ukończył szkołę wojenną w Wiedniu; płk artylerii austriackiej, w latach 1904-1905 attaché wojskowy przy głównej kwaterze rosyjskiej w Mandżurii. Od lipca do października 1916 roku dowódca III Brygady Legionów Polskich, potem do kwietnia 1917 roku komendant całości Legionów; do lutego1918 roku generalny gubernator lubelski (ustąpił w proteście przeciw oddaniu Ukrainie traktatem brzeskim terytorium Chełmszczyzny); od czerwca do października tego roku na froncie włoskim; od października 1918 roku dowodził podległą dowództwu niemieckiemu Polnische Wehrmacht; 5 listopada zwolniony z C.K. Armii. Od listopada 1918 roku w Wojsku Polskim. Następca gen. Tadeusza Rozwadowskiego na stanowisku szefa Sztabu Generalnego; stanowisko to pełnił do marca 1919 roku, tj. do czasu objęcia dowództwa Frontu Litewsko-Białoruskiego. Po zniesieniu rozkazem Naczelnego Wodza Piłsudskiego z dnia 8 marca 1920 roku podziału walczących na wschodzie na poszczególne fronty, Szeptycki przestał być dowódcą frontu, a został dowódcą 4. Armii. Zdymisjonowany po dużych nieporozumieniach z Piłsudskim. Od czerwca do grudnia 1923 roku minister spraw wojskowych. Obrażony przez Piłsudskiego wyzwał go na pojedynek, marszałek wyzwanie odrzucił. Po przewrocie majowym w stanie spoczynku. Po II wojnie światowej w wieku 78 lat przyjęty do służby czynnej w Wojsku Polskim. Przeniesiony do rezerwy piastował w latach 1946-1950 stanowisko prezesa Zarządu Głównego Polskiego Czerwonego Krzyża.

14 Wilhelm Solf urodził się 5 października 1862 roku w Berlinie, zmarł 6 lutego 1936 roku tamże; niemiecki polityk, dyplomata, mąż stanu. Wywodził się z bardzo bogatej rodziny, studiował języki orientalne na uniwersytetach w Berlinie, Getyndze oraz Halle. Posiadał tytuł naukowy doktora filozofii.

15 Matthias Erzberger urodził się 20 września 1875 roku w Buttenhausen położonym w Królestwie Wittembergii. Ten prominentny niemiecki polityk od 1896 roku był dziennikarzem katolickiego dziennika "Deutsches Volksblatt"; po wstąpieniu w szeregi katolickiej Partii Centrum i wygranych w swoim okręgu wyborach od 1903 roku był posłem Reichstagu. W pierwszym okresie wielkiej wojny popierał stanowisko zajęte przez rząd niemiecki. Opublikował nawet memorandum zawierające wykaz celów, które należało osiągnąć w trakcie prowadzonych działań zbrojnych. W połowie roku 1917 zmienił zdanie i w Reichstagu w płomiennym przemówieniu nawoływał rząd do zakończenia konfliktu przy stole negocjacyjnym. Przez wielu był uważany za oportunistę, który nie ma jasno sprecyzowanych poglądów. 7 listopada 1918 roku został wysłany przez pełniącego obowiązki kanclerza księcia Maksymiliana von Badena do wynegocjowania warunków natychmiastowego zawieszenia broni. Jego kontrpartnerem był szef negocjatorów ententy Ferdinand Foch. Erzberger uzyskał w trakcie rozmów z Fochem szereg ważnych ustępstw. Paul von Hindenburg w imieniu niemieckich wojskowych słał telegramy ponaglające do podpisania rozejmu, bez względu na to, czy porozumienie to zawierać będzie ustępstwa. Po objęciu 9 listopada urzędu kanclerza przez lewicowego polityka Friedricha Eberta, Erzberger otrzymał formalne upoważnienia nowego szefa rządu do złożenia podpisu pod traktatem rozejmowym. Przed podpisaniem traktatu w imieniu Niemiec, w wagonie kolejowym w lasku Compi?gne, wygłosił krótką mowę, w której sprzeciwił się ostrym warunkom narzuconym delegacji niemieckiej. Kończąc, oświadczył, iż "siedemdziesięciomilionowy naród może cierpieć, ale nie może umrzeć. Proszę o tym nie zapominać". Po złożeniu podpisu wyciągnął dłoń w kierunku Focha, który całkowicie zignorował ten gest. Jedyną reakcją Focha były słowa: "Tr?s bien". Po powrocie do Berlina na prośbę Eberta został przewodniczącym Komisji Rozjemczej. Po upadku rewolucji niemieckiej Erzberger wzywał władze do wydania entencie sowieckiego dyplomaty i agitatora Karla Radka. Napotkał wielki sprzeciw wielu polityków, w tym przede wszystkim Ulricha grafa von Brockdorff-Rantzaua. W roku 1919 objął urząd ministra finansów. Zrewolucjonizował system podatkowy, stworzył zjednoczone niezależne koleje Reichsbahn (o dziwo dzięki tej zmianie w krótkim czasie stały się one wysoce dochodowym przedsiębiorstwem). Pozostawał w dużym konflikcie z ultraprawicą, a przede wszystkim z szefem niemieckiej Narodowej Partii Ludowej, Karlem Helfferichem, którego oskarżał o bezsensowne parcie do wojny. Podczas rozprawy sądowej o zniesławienie, gdy wychodził z sądu, został poważnie zraniony w wyniku podjętej wobec niego próby zabójstwa. Odtąd żył w stałym zagrożeniu. Jedna z gazet, nawiązując do jego tuszy, napisała nawet, iż Erzberger wygląda jak kula, ale nie jest kuloodporny. Wykrakali. 26 sierpnia 1921 roku w trakcie pobytu w kurorcie Bad Griesbach w rejonie Schwarzwaldu został zamordowany. Zabójcy wywodzący się z ultranacjonalistycznej bojówki Organizacja Consul celem uniknięcia aresztowania zostali przemyceni poza terytorium Niemiec. Za swoją zbrodnię stanęli przed sądem dopiero po II wojnie światowej. Życiową tragedią Erzbergera było to, że jako cywil podpisał rozejm i nikt nie chciał słuchać jego argumentacji, że uczynił to na wyraźne żądania niemieckich wojskowych. Zaliczono go nawet do grona listopadowych zbrodniarzy. Nawiązywano tym określeniem do terminu złożenia podpisu pod układem o rozejmie.

16 Walter Simons, prawnik i polityk, urodził się 24 września 1861 roku w Elberfeld w Królestwie Prus, a zmarł 14 lipca 1937 roku w Poczdamie. Studiował historię, filozofię, prawo i ekonomię na uniwersytetach w Strasburgu, Lipsku oraz Bonn. W październiku 1918 roku był szefem kancelarii Rzeszy. Członek delegacji niemieckiej na konferencję w Wersalu. Odmówił złożenia podpisu pod przygotowanym traktatem. Od 25 czerwca 1920 do 4 maja 1921 roku był niemieckim ministrem spraw zagranicznych. W latach 1922-1929 sprawował funkcję prezydenta Reichsgericht w Lipsku. Zrezygnował z tej funkcji na znak protestu przeciw niekonstytucyjnej ingerencji rządu w toczący się proces. Od 1929 roku był profesorem prawa międzynarodowego na uniwersytecie w Lipsku. Wraz z generałem Hansem von Seecktem i Wilhelmem Solfem tworzył zarząd klubu SeSiSo, który dla wyedukowanej burżuazji cyklicznie prezentował wydarzenia kulturalne w salach hotelu Kaiserhof w Berlinie. Często odbywało się to we współpracy z "Deutsche Gesellschaft 1914", której przewodniczył Wilhelm Solf. Po dojściu do władzy Hitlera większość członków klubu przyłączyła się do Solf Circle, będącym w istocie nieformalnym zgrupowaniem niemieckich intelektualistów przeciwnych faszyzacji Niemiec. Większość z nich została aresztowana w następstwie tea party urządzonego 10 września 1943 roku z okazji urodzin przez Elisabeth von Thadden w jej rezydencji. Wśród gości znajdowały się między innymi tak prominentne osoby, jak księżna Hannah von Bredow - wnuczka Ottona von Bismarcka, książę Albrecht von Bernstorff, kuzyn Johanna Heinricha von Bernstorffa - ambasadora Niemiec w USA w okresie wielkiej wojny, ojciec Erxleben - znany jezuita, Otto Kiep - wysoki urzędnik spraw zagranicznych, którego odwołano z pozycji konsula generalnego w Nowym Jorku za wzięcie udziału w lunchu na cześć Alberta Einsteina, Arthur Zarden - sekretarz stanu wraz córką Irmgard Zarden. Zdrajcą obecnym na tym spotkaniu okazał się szwajcarski lekarz Paul Reckzeh, pracujący na co dzień w berlińskim szpitalu Charite. Oprócz troszczenia się o zdrowie pacjentów zajmował się także pilnym wypełnianiem obowiązków agenta Gestapo. To właśnie Reckzeh zaproponował obecnym na tea party prominentom, że może pomóc im w dyskretnym prowadzeniu korespondencji z ich przyjaciółmi mieszkającymi w Szwajcarii. Większość przyjęła jego propozycję z wielkim entuzjazmem. Po przyjęciu złożył oficerom Gestapo szczegółowe sprawozdanie z jego przebiegu, a następnie systematycznie przekazywał swoim policyjnym mocodawcom listy "dyskretnie" dostarczane do jego rąk, a przeznaczone dla przyjaciół w Szwajcarii. Himmler z decyzją o aresztowaniu czekał przez następne cztery miesiące. Dążył w tym czasie do całkowitego poznania zasięgu spisku intelektualistów niemieckich. 12 stycznia 1944 roku w wyniku działań Gestapo w areszcie znalazły się 74 osoby, a wśród nich wszyscy uczestnicy tea party. Większość członków Solf Circle skazana została przez Sąd Ludowy, nazywany niekiedy sądem Rolanda Freislera. Szczególnie brutalnym torturom poddano Ottona Kiepa. Nie wytrzymał i wyjawił Gestapo swoje związki ze spiskiem 20 lipca, którego celem była podjęta przez Stauffenberga próba zabicia Hitlera. Wyrok śmierci wykonano na nim 15 sierpnia 1944 roku w więzieniu Plötzensee. 8 września ten sam los spotkał organizatorkę tea party, Elisabeth von Thadden. Arthur Zarden, obawiając się tortur, 18 stycznia 1944 roku popełnił samobójstwo, wyskakując z okna budynku Gestapo. Jego córka po pięciu miesiącach pobytu w obozie w Ravensbrück została zwolniona z braku dowodów popełnienia przestępstwa.

17 Adolf Georg Otto von Maltzan, baron zu Wartemberg und Penzlin, urodził się 31 lipca 1877 roku w Klein Varchow w Meklemburgii, zmarł 23 września 1927 roku tragicznie w katastrofie samolotu Lufthansy. Niemiecki dyplomata. Do służby dyplomatycznej wstąpił w roku 1906. Od roku 1907 służył jako sekretarz niemieckiego poselstwa w Rio de Janeiro, od 1909 pracował w Kristianii [dzisiaj: Oslo], od 1911 w Sankt Petersburgu, a następnie od 1912 w Pekinie. W roku 1921 mianowany na stanowisko dyrektora ministerialnego A.A., rok później zostaje sekretarzem stanu tego ministerstwa. Od roku 1924 jest ambasadorem Niemiec w Waszyngtonie. Zginął, podróżując Lufthansą na trasie Berlin-Monachium, kiedy samolot rozbił się z nie do końca ustalonych przyczyn w okolicach Schleiz w Turyngii. Wraz z nim zginęli: wysoki urzędnik Lufthansy baron Hans von Arnim, dyrektor kolei Rzeszy, Roell, dwóch pilotów oraz mechanik pokładowy.

18 Warunki: Polska wyrazi zgodę na rozejm i jej wojska cofną się na linię wskazaną przez Radę Najwyższą 8 grudnia 1919 roku. Delegacja ludności Galicji Wschodniej będzie miała prawo wziąźć udział w konferencji pokojowej w Londynie. Polska zaakceptuje decyzje Rady Najwyższej dotyczące granic z Czechosłowacją, Galicją Wschodnią oraz Litwą.

19 Tadeusz Jordan-Rozwadowski urodził się 19 maja 1866 roku w Babinie, zmarł 18 października 1928 roku w Warszawie. Karierę wojskową rozpoczął nauką w Szkole Kadetów Kawalerii w Hranicach na Morawach. W latach 1882-1886 studiował w Wojskowej Akademii Technicznej w Wiedniu. Ukończył ją jako prymus. Wybitny specjalista w zakresie artylerii; dokonał w tej dziedzinie kilku wynalazków, wśród których znalazł się na przykład nowy rodzaj przyrządu celowniczego, a także nowy typ pocisku artyleryjskiego znany jako granato-szrapnel. Jako osoba utalentowana był też skory do konfliktów. Jego drogi z marszałkiem Piłsudskim szybko się rozeszły. W czasie przewrotu majowego stanął po stronie rządu i nawoływał do bezwzględnego rozprawienia się ze zwolennikami Piłsudskiego. Z zabijaniem włącznie. Dla marszałka okazał się zwyczajnym buntownikiem. Rozwadowski w maju 1926 roku wydał rozkaz dowódcy wojsk lotniczych gen. Włodzimierzowi Zagórskiemu przeprowadzenia bombardowania wybranych obiektów w Warszawie. Samoloty z polską szachownicą zbombardowały m.in. obiekty na placu Saskim. Po opanowaniu sytuacji przez zwolenników marszałka Rozwadowski wraz z generałami Zagórskim, Malczewskim i Jaźwińskim zostali aresztowani. Na Zagórskim oprócz rzucania bomb na ludność stolicy w czasie walk majowych ciążyły również bardzo poważne podejrzenia w związku z jego kierowaniem działalnością Departamentu Żeglugi Powietrznej; już w marcu 1926 roku był on oskarżany o szkodliwe dla państwa działania przy zawieraniu umowy z firmą Francopol na zakup silników i płatowców, a także o nielegalne postępowanie przy zakupie silników firmy Mercedes. Rozwadowski trafił za kratki w związku z jawnym popieraniem firmy budującej baraki, żyrowaniem weksli, których potem nie wykupił, przyjęciem wadliwych karabinów firmy ARMA. Istnieją pewne podejrzenia, że celę Rozwadowskiego na Antokolu w Wilnie wymalowano farbą z domieszką arszeniku. Dodatkowo po zwolnieniu z więzienia w dniu 18 maja 1927 roku Rozwadowskiemu w trakcie podróży pociągiem na trasie Wilno-Warszawa rzekomo podano kanapki z drobno pokrojonym włosiem końskim. Spowodowało to owrzodzenie jelit. 30 maja 1927 roku został przeniesiony w stan spoczynku. Podupadł na zdrowiu. Zamartwiał się losem gen. Zagórskiego, który po ujawnieniu jego groźby o napisaniu pamiętników przedstawiających detale agenturalnej działalności Piłsudskiego w trakcie wielkiej wojny zaginął bez śladu. Rozwadowski zmarł 18 października 1928 roku o godz. 13.40 w lecznicy św. Józefa przy ulicy Hożej w Warszawie. Oficjalna przyczyna śmierci pozostała nieznana, ponieważ władze zabroniły przeprowadzenia sekcji zwłok. Pochowany został na Cmentarzu Orląt we Lwowie. Pomimo wczesnej pory pogrzebu (10 rano) w ostatniej drodze towarzyszyło mu wielkie zgromadzenie Polaków.

WPROWADZENIE

Od niepamiętnych czasów ludzie interesują się wszystkim, co jest tajne, a więc samo przez się dostępne dla niewielu. Słowa typu szpieg, szpiegostwo, agent, agent uśpiony, zamrożony, agent werbownik, agent wpływu, wywiad, wywiad strategiczny, wywiad totalny, wywiad wojskowy, wywiad naukowo-techniczny i tak dalej - można by jeszcze długo wymieniać te wręcz niemal kultowe słowa - robiły i do dziś robią na ludziach przeogromne wrażenie.

Tak jak wobec tych "magicznych" słów urosły legendy, tak też się działo i dzieje nadal wokół poszczególnych organizacji czy osób zaangażowanych w tego typu działalność. Każdy kraj po cichu lub głośno zachwala swoje instytucje wywiadowcze jako wyjątkowe, w swojej sprawności niedoścignione dla innych. A w każdej organizacji, bez względu na nazwę państwa, jest co najmniej kilku oficerów, którzy sami wokół siebie budują legendę autorów niebywałych osiągnięć. W tym aspekcie łatwo zauważyć interesującą prawidłowość. Sprowadza się ona do tego, iż możemy śmiało mówić o tych "budowniczych szklanych pałaców", że im mniej zrobili, tym budowana i roztaczana legenda jest silniejsza.

Na obrzeżach tajnej działalności krążą politycy. To oni najczęściej są adresatami tego, co wywiad zdobył. To oni przecież biorą odpowiedzialność, tak przynajmniej twierdzą, za dobrobyt i ochronę życia obywateli kraju, w którym rządzą. Czy potrafią korzystać w sposób świadomy i odpowiedzialny z informacji tajnych? Czy potrafią wznieść się ponad swoje kompleksy, małość, wszechobecną zazdrość czy też dotychczasowe, często już mocno wyliniałe poglądy na ewentualne sojusze? Zwykle, a w szczególności w tych najtrudniejszych chwilach, okazuje się, że nie potrafią, bo najzwyczajniej nie dorośli do odpowiedzialności, która na nich spoczywa.

Wszechobecny konflikt na linii politycy-wywiad najlepiej scharakteryzował wieloletni dyrektor CIA, Allen Welsh Dulles, mówiąc:

"Często trudniej jest wykorzystać produkt, niż go uzyskać. Odbiorcy informacji wywiadowczych zaczynają zwykle od dezawuowania danego raportu jako fałszywego lub podrzuconego przez nieprzyjaciela. Kiedy przeskoczą przez tę przeszkodę, odrzucają to, co im się nie podoba lub w co nie chcą wierzyć. W końcu, kiedy otrzymują raport, w który wierzą i który im się podoba, nie wiedzą, co z nim zrobić".

Już kilka lat temu postanowiłem przyjrzeć się bliżej jednemu z najciekawszych okresów w historii walk wywiadów, okresowi międzywojennemu. W szczególności frapował mnie pojedynek wywiadowczy na linii Polska-Niemcy. Byłem i jestem świadomy kultu, jaki zbudowano wokół polskiej przedwojennej "dwójki", jak popularnie nazywano Oddział II Sztabu Generalnego, a później Głównego, czyli polski wywiad wojskowy. Jednak sprawa rotmistrza/majora Jerzego von Nałęcz-Sosnowskiego zaczęła budzić we mnie zdecydowanie głębsze refleksje. Jak to było naprawdę? Czy rzeczywiście mieliśmy taki wspaniały wywiad, jakim chcemy go widzieć po latach? Odpowiedź na tak postawione pytanie nigdy nie jest łatwa, bo dotyka sfer ambicjonalnych, emocjonalnych, a także dumy narodowej.

Aby jednak znaleźć najbardziej rzetelną odpowiedź, zacząłem szukać po archiwach niemieckich szczegółów konkretnych spraw wywiadowczych prowadzonych przez polską "dwójkę". Chciałem odnaleźć w tych, wielokroć mocno pożółkłych papierach informacje o tym, co wiedział przeciwnik o działaniach polskiego wywiadu. W miarę postępów w gromadzeniu materiałów moja, z założenia patriotyczna, a więc nienaganna, opinia o Oddziale II zaczęła mocno blaknąć. Okazało się, że w pracy oficerów "dwójki" było wiele niekompetencji, nonszalancji. Nie brakowało także najbardziej niszczącego typu działania, jakim była i jest bezinteresowna zawiść.

Po latach studiowania dostępnych mi dokumentów coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że kult przedwojennej "dwójki" został zbudowany przez dwie sprawy. Dwie bezdyskusyjnie fantastyczne sprawy. Jedną z nich była operacja łamania niemieckich szyfrów maszynowych, w szerokim odbiorze społecznym znana jako "Enigma". Drugą natomiast sprawą, która dała znakomity wgląd w rzeczywiste, zarówno wojskowe, jak i polityczne, dalekosiężne cele dwóch ówczesnych śmiertelnych wrogów Polski, okazały się osiągnięcia w pracy wywiadowczej na terenie Berlina rotmistrza/majora Jerzego von Nałęcz-Sosnowskiego. W tym okresie Sosnowski jako jedyny zdobył i przekazał do Pol-ski materiały o charakterze strategicznym. Dotarł także do świetnych materiałów niemieckiego kontrwywiadu, które jasno pokazywały stan wiedzy Niemców o działalności zarówno wywiadu polskiego, jak i naszych wywiadów sojuszniczych, to jest francuskiego oraz belgijskiego. Mogliśmy w Paryżu z dumą pokazać głębię wiedzy niemieckiej o poczynaniach naszych mniej lub bardziej wiernych aliantów. To właśnie korzystając głównie z "urobku" dokumentacyjnego rotmistrza Sosnowskiego, między innymi pułkownik Schaetzel oraz Jerzy Potocki szukali we Francji, na wyraźne życzenie marszałka Piłsudskiego, porozumienia w sprawie przeprowadzenia wspólnej, szybkiej wojny prewencyjnej i unicestwienia w zarodku rodzącego się w Niemczech niebezpieczeństwa w postaci faszyzmu. To był ostatni moment na tego typu operację. W niniejszej książce staram się zamieścić jak najwięcej dokumentów, które przechodząc przez ręce rotmistrza, trafiły do decydentów w polskiej stolicy, Warszawie. Część z nich dotarła znad Wisły do Paryża. Uznałem, że właśnie te dokumenty powinny też wreszcie przemówić w obronie Jerzego von Nałęcz-Sosnowskiego.

Tym, co zabolało mnie najbardziej w czasie studiowania poszczególnych spraw, była nonszalancja oficerów polskiego wywiadu, brak podstawowej troski o los agenta, niewystarczające ostrzeganie o grożących mu niebezpieczeństwach, niezwracanie uwagi na nieprawidłowości w postępowaniu, które w prostej linii mogą prowadzić do nieszczęścia w postaci aresztowania, a w jego konsekwencji do surowego wyroku sądowego. Niepokoi miałkość samych spraw, łapanie się każdej, nawet bzdurnej okazji, aby coś zdobyć. Szerokie wykorzystywanie w pracy operacyjnej krawcowych, dojarzy, włóczęgów, stolarzy, przy całym szacunku dla tych zawodów, nie mogło prowadzić do wielkich osiągnięć. Odwrotnie, w prostej drodze zmierzało do życiowego nieszczęścia osób, które się porywały na tego rodzaju pracę z biedy czy wręcz z głodu. Jeżeli, jak niektórzy "uczeni" twierdzą, chodziło o zajęcie niemieckiego kontrwywiadu nawałem pracy, to nie doceniono przeciwnika. Niemcy szybko pozyskali wiele źródeł pracujących w szeroko rozumianych strukturach polskiego wywiadu, które wiernie i precyzyjnie informowały naszego przeciwnika o całym spektrum przedsięwzięć operacyjnych. Kolejni polscy agenci byli aresztowani w tempie iście ekspresowym, co sprowadzało skuteczność wielu polskich operacji wywiadowczych do śmiesznych proporcji.

Powody tego stanu rzeczy? Myślę, że zabrakło systematycznego doszkalania zarówno oficerów, jak i agentów co do sposobów wykonywania swojej pracy i adekwatnych zachowań w nieprzewidzianych sytuacjach awaryjnych. To raz. A dwa, na nasze wielkie nieszczęście, w strukturach szeroko pojętej "dwójki" dosyć wygodnie rozsiadła się zdrada. Bardzo brakowało Oddziałowi II zwłaszcza działań o charakterze dalekosiężnym, perspektywicznym, cierpliwie krok za krokiem docierających do najwyższych warstw niemieckiego społeczeństwa. Wyjątek stanowi tutaj działalność rotmistrza Jerzego Sosnowskiego.

Ogromnym bodźcem do intensyfikacji poszukiwań archiwalnych stało się dla mnie także analizowanie źródeł szybkiego zwycięstwa niemieckiej armii we wrześniu 1939 roku. Bardzo pomógł mi w tym generał brygady, wieloletni attaché wojskowy przy polskiej ambasadzie w Berlinie, pan Antoni Szymański. To on, pisząc swoje raporty i wspomnienia, często w krótkich cytatach z poszczególnych wypowiedzi swoich rozmówców, dał jasny obraz rzeczywistych intencji i poziomu intelektualnego polityków, którzy wierzyli, że zamki zbudowane z piasku przetrwają wieki. On także pokazał albo słabą wiedzę szefów Oddziału II, albo ich naiwność w ocenie rzeczywistych planów naszych ówczesnych przeciwników. A nie powinniśmy zapominać, że grali losami narodu i dopiero niedawno odrodzonego państwa. Maksyma, która głosi: mieliśmy dobrego żołnierza, ale nie mieliśmy Sztabu Głównego, wydaje się bliska prawdy. Pisał o tym otwarcie Cat-Mackiewicz: "mieliśmy doskonałego żołnierza i zupełnie świetnego oficera-subalterna. Że nasz sztab generalny jest nic niewart, o tym nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy [przed wrześniem 1939 roku - M.Z.]". Na śmieszność zakrawają wypowiedzi wysokich oficerów Sztabu Głównego, którzy bronią tezy, że brak czołgów stanowił o wyższości naszej armii, bo dzięki temu była ona "bardziej elastyczna".

Niektóre z przemyśleń i cytatów gen. Szymańskiego wryły mi się w pamięć, są zawsze ze mną. Generał, aby uświadomić warszawskiej generalicji tempo niemieckich przygotowań do wojny, zorganizował wiosną roku 1938 szefowi Sztabu Głównego, gen. Wacławowi Stachiewiczowi, objazd Niemiec. Panowie, podróżując samochodem ze wschodu na zachód i z południa na północ, razem przemierzyli kilka tysięcy kilometrów. Szef Sztabu miał przy tej okazji szansę obejrzenia na przykład w Düsseldorfie wystawy przemysłowej pełnej eksponatów wojskowych wyprodukowanych przez wielkie niemieckie koncerny, takie jak Rheinmetall, Krupp, Zeiss, Leuna czy I.G. Farbenindustrie. Kiedy z kolei dotarli do Lipska, mieli sposobność uczestniczyć jako naoczni świadkowie w uroczystych obchodach 125. rocznicy Bitwy Narodów. Gen. Stachiewicz patrzył na długie szeregi mas żołnierskich oraz skomasowanie zmotoryzowanych jednostek, wśród których najbardziej zwracały uwagę oddziały SA oraz SS. Nie komentował, ale był, czego nie potrafił ukryć, pod wielkim wrażeniem. I ten sam Wacław Stachiewicz, szef Sztabu Głównego, czytając w kwietniu 1939 roku raport gen. Szymańskiego o szybkim tempie przygotowań Niemców do ataku na Polskę oraz o przewidywanym przez Hitlera błyskawicznym opanowaniu terytorium Polski, wygłasza swoją uwagę, która jest dla mnie pierwszym cytatem, o którym zawsze pamiętam:

BYDGOSZCZ. WRZESIEŃ 1937 ROKU. W OCZEKIWANIU NA DEFILADĘ PO ZAKOŃCZENIU MANEWRÓW WOJSKOWYCH, GENERAŁ WACŁAW STACHIEWICZ (PIERWSZY Z LEWEJ) W ROZMOWIE Z SZEFAMI SZTABÓW ŁOTWY, ESTONII ORAZ FINLANDII

"...czy Hitler istotnie jest takim fantastą, ażeby przypuszczał, że wojna Niemiec z Polską potrwa tylko dwa tygodnie...?".

Oznaka głupoty czy tylko samouspokajania się? Każdy z nas musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.

Zdecydowanie bardziej należało respektować świadomość rzeczywistego stanu rzeczy, jaka panowała wśród oficerów niższego szczebla. W czerwcu 1939 roku na odprawie u marszałka Rydza-Śmigłego miała miejsce ożywiona dyskusja oficerów Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych na temat stanu naszych przygotowań i szans w wojnie z Niemcami. Opinie były podzielone. Poproszony o komentarz gen. Szymański starał się pokazać nieco pozytywów, by nie popaść w całkowity pesymizm. Szybko został skontrowany przez majora dyplomowanego Bogusława Makarego Smolenia, pracującego w Inspektoracie jako oficer mobilizacyjny. Wypowiedział on w kierunku Szymańskiego krótkie, ale jakże znamienne słowa:

"...zechciej nie zabierać głosu, bo nie znasz braków naszych przygotowań wojennych. Jeżeli dojdzie z Niemcami do rozgrywki, to musimy bezapelacyjnie przegrać i to w zawrotnie krótkim czasie...".

Wypada jeszcze na moment cofnąć się do przełomu roku 1935/36. W styczniu 1936 roku gen. Szymański wygłasza odczyt przed szacownym gremium generalicji i oficerów Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych i Sztabu Głównego. Tematem jest szybki rozwój niemieckich sił zbrojnych. Krytykuje polską dezorientację w grze niemieckiej, podkreślając między innymi, że nasze ustępstwa gdańskie na korzyść Hitlera dobitnie świadczą o kolejnym traceniu naszych zachodnich rubieży. Reakcja szefa Sztabu była natychmiastowa. Zrugał Szymańskiego w obecności szefa "dwójki", płk. Tadeusza Pełczyńskiego, który nawet nie próbował go bronić. Nie wolno było mieć innego zdania. W rezultacie gen. Szymański składa raport z prośbą o odwołanie go ze stanowiska w Berlinie. Robi to kilkakrotnie, ale nawet taki "spec" od spraw niemieckich, jak szef Sztabu Głównego Wacław Stachiewicz, nie ryzykuje odwołania z Berlina tego bardzo dobrze "wpracowanego" w teren attaché wojskowego.

Przeczytałem książkę napisaną przez byłego szefa Sztabu gen. Stachiewicza pt. "Wierności dochować żołnierskiej". Próżno jednak poszukiwałem w niej jego wrażeń z objazdu Niemiec w roku 1938, komentarzy co do osiągnięć rotmistrza/majora Sosnowskiego o znaczeniu strategicznym, informacji zdobywanych przez majora Żychonia czy też informacji zawartych w raportach gen. Szymańskiego. Zabrakło wyjaśnień, dlaczego Oddział II Sztabu Głównego nie dysponował jakimikolwiek wiarygodnymi informacjami o wrześniowych zbrojnych planach Sowietów wobec Polski. Mogłem natomiast znaleźć informację, że produkowaliśmy dużo broni, nawet więcej niż inne kraje europejskie bogatsze od nas, ale jednocześnie za mało w stosunku do naszych rzeczywistych potrzeb1. W mojej ocenie problem tkwi w tym, że wielkość produkcji winna być adekwatna do rozmiarów ówczesnych śmiertelnych wrogów otaczających nasze granice. To był czynnik, do którego należało się porównywać. Częściowym wytłumaczeniem takiej, a nie innej treści tej książki jest fakt, że generał korzystał nie tylko ze swoich zapisków, lecz także z tych zebranych przez Niezbrzyckiego-Wragę. Moim zdaniem, przy takim konsultancie trudno było o obiektywną ocenę wydarzeń.

Taka atmosfera panowała w pionach operacyjnych Sztabu Głównego. A jak oceniali naszą sytuację w Oddziale II? Najbardziej znamiennym przykładem jest sprawa związana z oceną tajnego meldunku gen. Szymańskiego z dnia 17 sierpnia 1939 roku, wysłanego do Warszawy specjalnym kurierem, a dotyczącego przewidywanego terminu wybuchu konfliktu zbrojnego między Niemcami a Polską. Gen. Szymański, mając doskonałe źródło informacyjne w osobie adiutanta Göringa, generała Bodenschatza2, jako datę ataku Niemiec na Polskę podał 29 sierpnia 1939 roku. Niewiele się pomylił. Na tym to meldunku znalazła się odręczna adnotacja płk. dypl. Józefa Englichta o niezwykle krótkiej treści, ale jakże wymowna w swoim brzmieniu:

"Panikarstwo".

I słowo p a n i k a r s t w o przelał na papier człowiek, który od 1 marca 1924 roku związany był z polskim wywiadem. Pełnił w nim różne ważne funkcje, będąc między innymi w latach 1930 [od stycznia] - 1937 [do października] zastępcą szefa Oddziału II. Miał w tym czasie powierzone kierownictwo pracami Wydziału IV Ewidencji [Studia], a w kluczowym dla Polski okresie, to jest od 1 kwietnia 1939 roku, piastował stanowisko Pierwszego Zastępcy Szefa Oddziału II.

KANCLERZ ADOLF HITLER W ROZMOWIE Z GEN. KARLEM-HEINRICHEM BODENSCHATZEM

Jedyne co mu się udało we wrześniu 1939 roku, to z punktu widzenia własnego komfortu prawidłowo ocenić konieczność jak najszybszego opuszczenia granic Polski. Długo się nie ociągał, bo już w nocy z 17 na 18 września przekroczył granicę kraju, udając się do Rumunii. "Walczył" z najazdem sowieckim nie dłużej niż 24 godziny. Należy w tym miejscu przypomnieć, że Englicht zaczynał swoją działalność w polskim wywiadzie od stanowiska referenta w referacie "Rosja". Przeszedł wszystkie szczeble kariery i w jej końcowej fazie doszedł do swoich "największych osiągnięć". Najpierw meldunek gen. Szymańskiego o terminie wybuchu wojny skwitował krótko jako "panikarstwo", a po 17 września 1939 roku okazało się, że nie miał także jakiejkolwiek wiedzy o militarnych planach Rosji wobec Polski.

O wejściu wojsk sowieckich na tereny Polski dowiedział się 17 września 1939 roku o godzinie piątej rano od budzącego go ze snu ppłk. Stefana Mayera. Trudno się z drugiej strony dziwić jego zaskoczeniu po przebudzeniu z głębokiego, dosłownie i w przenośni, snu. To właśnie Englicht, uchodzący w strukturach Oddziału II SG za eksperta w sprawach Rosji, wiosną i latem 1939 roku, oceniając sytuację w tym państwie, wygłaszał kompletnie oderwane od rzeczywistości opinie, które sprowadzały się między innymi do takich stwierdzeń, jak:

1. Sowieci są przychylni Polsce i bardzo wrogo usposobieni w stosunku do Niemiec.

2. Nie jest możliwe podjęcie współpracy czy osiągnięcie porozumienia Sowietów z Niemcami, gdyż różnice ustrojowe są tak wielkie, iż całkowicie wykluczają tego typu działania.

3. Biorąc pod uwagę to co powyżej, atak Rosji na Polskę jest wykluczony.

Mówił to już po słynnym przemówieniu Stalina - Czyngis-chana z telefonem, jak go trafnie określał Nikołaj Iwanowicz Bucharin - wygłoszonym 10 marca 1939 roku na 18. zjeździe sowieckiej partii komunistycznej. Przemówieniu znanym w historii jako "mowa kasztanowa". W swoim wystąpieniu Stalin oświadczył, że Związek Radziecki może porozumieć się z każdym państwem bez względu na jego ustrój. Przedstawił III Rzeszę w korzystniejszym świetle niż państwa demokracji zachodniej, które stosują politykę podżegania do wojny pomiędzy Związkiem Radzieckim a III Rzeszą. Stanowczo stwierdził dalej, że nigdy nie pozwoli na to, aby Związek Radziecki został wciągnięty do konfliktu przez podżegaczy wojennych, którzy przywykli do tego, by inni wyciągali za nich kasztany z ognia.

Swoje przewidywania Englicht przekazywał w okresie, kiedy trwały już [od kwietnia 1939 roku] coraz szybsze zakulisowe sondowania i konsultacje mające za cel zawarcie układu między Rosją a Niemcami.

To także w wyniku totalnego fiaska pracy wywiadowczej na terenie Rosji całkowicie nieświadomy zagrożenia wojną ze wschodu rząd II RP na swoim posiedzeniu w Łucku w dniach 8-9 września 1939 roku zajmował się między innymi tak "żywotnymi" w tym momencie dla Polski zadaniami, jak (podaję za premierem Sławojem-Składkowskim):

- Na wniosek ministra Juliusza Ulrycha miały być szybko opracowane nowe przepisy dla świateł samochodów na drogach i w przejeździe przez miejscowości. Dotychczasowa jazda zupełnie bez świateł opóźnia bardzo przeciętną szybkość transportów samochodowych i poszczególnych pojazdów.

- W Łucku mieli rozpocząć wydawanie czasopisma, naświetlającego sytuację wojenną, pracę i zamiary rządu - zająć się miał tym minister propagandy Michał Grażyński.

- Kwity wystawiane przy zakupie przez wojsko zarówno na produkty rolnicze, jak i przemysłowe miały być natychmiast, bez żadnej zwłoki honorowane przez izby skarbowe. Jesteśmy - stwierdzał rząd - w okresie siewów jesiennych, więc rolnicy potrzebują ziarna i nawozów sztucznych. Musimy pomagać przy podniesieniu wydajności zbiorów roku przyszłego, wobec zmniejszania się obszarów naszych zasiewów i możliwości przedłużania się wojny. Był to wniosek ministra Juliusza Poniatowskiego.

- Wysłanie 500 lotników do Syrii celem pobrania tam i przyprowadzenia drogą powietrzną francuskich aparatów lotniczych - odpowiedzialny wiceminister Janusz Głuchowski.

- Minister handlu i przemysłu Antoni Roman zwołać miał konferencję dyrektorów i prezesów izb przemysłowo-handlowych i rzemieślniczych, którzy się nadal znajdowali w wolnej części Polski, celem dalszego organizowania warsztatów przemysłu wojennego w miejscowościach, gdzie istnieje już odnośny przemysł. Życzeniem rządu, w Łucku i okolicy należało uruchomić wyrób obuwia dla wojska, w Stanisławowskiem wyrób kożuchów itd.

W pośmiertnych wspomnieniach o panu Englichcie, opublikowanych na łamach londyńskiej Bellony, mówiono o tym, że szczególnie dużo uwagi poświęcał zagadnieniu Rosji sowieckiej i był jednym z naszych poważniejszych znawców tego zagadnienia.

Przyznam się, że trudno mi jest to nawet komentować...

Podobnego typu "wybitnemu znawcy" zagadnień sowieckich, Jerzemu Niezbrzyckiemu, znanemu także pod imieniem i nazwiskiem Ryszard Wraga, poświęcam nieco miejsca w mojej nowej książce o rotmistrzu/majorze Sosnowskim. Zasłużył się on bowiem szczególnie mocno w doprowadzeniu do haniebnego skazania rotmistrza na karę wielu lat więzienia i w ostatecznym rozrachunku jego tragicznej śmierci w kazamatach na "nieludzkiej ziemi". Po "wygranej bitwie" z rotmistrzem/majorem Sosnowskim tenże sam Niezbrzycki skoncentrował swoje wysiłki na wykazaniu niewątpliwie wielkiego talentu, który bezdyskusyjnie posiadał, w haniebnym niszczeniu kolejnego wybitnego oficera wywiadu, majora Jana Żychonia. I w tym wypadku także zakończyło się to jakże przedwczesną i całkowicie niepotrzebną śmiercią.

W wypadku Niezbrzyckiego-Wragi aż prosi się o zacytowanie fragmentów opublikowanej w Chicago w roku 1991 książki majora Władysława Michniewicza zatytułowanej "Wielki bluff sowiecki". Na stronie 17 pisze on między innymi:

"Inne wypadki zdrady i szpiegostwa, popełnione w Truście, to jest kręte i fałszywe postępowanie poszczególnych szkodników państwowych, jak Talikowski, Szulgin i Wraga...". I dalej na tej samej stronie: "Ale Talikowski i Wraga w Truście to była inna, bardziej doniosła sprawa. Popełnili zdradę stanu, będąc oficerami...". I jeszcze jeden cytat, tym razem ze strony 18: "Znowu Wraga był przemądrym, arcychytrym, wyjątkowo skrytym agentem sowieckim, działającym, zdaniem moim, już od czasu swej dekonspiracji na placówce wywiadowczej w Kijowie w roku 1926. Knuł więc zręcznie i bezkarnie w Oddziale II przez całe lata...".

Co jest doprawdy niebywałe, to fakt, iż Niezbrzycki-Wraga, kompletnie nie znając teatru zmagań wywiadowczych na Zachodzie, mieszał w nim i podjudzając czy oskarżając oficerów, osłabiał pracę wywiadu, a przez to i wyniki. Jakoś zapomniał wyspowiadać się przed narodem ze swoich "osiągnięć" w pracy na kierunku wschodnim. Były one niezbyt wiele warte. Aby odwrócić uwagę od tych niewygodnych faktów, będąc przy okazji człowiekiem bezwzględnym, pełnym tupetu, atakował Sosnowskiego i Żychonia, a więc tych, którzy mieli trudne do zakwestionowania osiągnięcia.

Bardzo interesujące są materiały przywiezione w roku 1945 przez Izydora Modelskiego. Na stronie 302 na karcie numer 7 znajdujemy następujący opis sylwetki Niezbrzyckiego:

"B[yły] kierownik referatu ??Wschód?? Wydziału Wywiadowczego Oddz. II SG. Oficer inteligentny i zdolny, o wielkim sprycie, długoletni pracownik O. II SG, wywierał wielki wpływ na szefa wydz. ppłk. dypl. [Stefana] Mayera, który pozostawił mu dużą swobodę. Dla scharakteryzowania jego wpływów i stanowiska w O. II SG mogłyby posłużyć dwa fakty:

1) iż podlegało mu w referacie trzech majorów,

2) iż był bardzo poważnym kandydatem na stanowisko Naczelnego Dyrektora ??Polskiego Radia?? (po śmierci śp. Starzyńskiego).

Wpływy kpt. Niezbrzyckiego sięgały tak daleko, iż wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz wbrew wymaganiom terenowym miał powierzony sobie wywiad na Czechosłowację (do marca 1939 roku) oraz, że wysunięci przez niego oficerowie obsadzali, nie mając ku temu żadnych kwalifikacji - placówki zachodnie [wyróżnienia - M.Z.].

Obciążają go silne zarzuty:

1) Niedostateczne zorganizowanie sieci wywiadowczej w Rosji Sowieckiej, na skutek czego cały wywiad na Rosję od kilku lat przed wojną "leżał";

2) Niedostateczna rozbudowa sieci wywiadowczej w Czechosłowacji w 1938 roku i w marcu 1939 roku, błędna ocena sytuacji w Czechosłowacji, wbrew ocenie sytuacji, wydanej przez organy wywiadowcze zachodnie;

3) Niedostateczne przygotowanie techniczne sieci wywiadowczej w Rosji Sowieckiej, co utrudniło, a w niektórych wypadkach uniemożliwiło przekazanie wiadomości z Rosji we wrześniu 1939 roku;

4) Działalność polityczno-prasowa pod pseudonimem ??Ryszard Wraga??;

5) Błędna ocena możliwości wystąpienia Rosji we wrześniu 1939 roku;

6) Samowolna zmiana rozkazu ówczesnego szefa O. II SG w Rumunii, idąca w kierunku przekazania kierownictwa całym aparatem wywiadowczym na placówkach majorowi Nowińskiemu, zaufanemu kpt. Niezbrzyckiego (zeznanie ppłk. dypl. Heinricha);

7) Konszachty z wybitnymi przedstawicielami sanacji w Bukareszcie;

8) Samowolne przekazanie kwoty 100 000 dolarów z funduszu O. II SG płk. Wendzie w Rumunii...".

Zastanawiając się nad kilkoma z tych zarzutów, wypada głośno zapytać, czy ten tak bystry i sprytny oficer na pewno zapomniał o podstawowych obowiązkach ciążących na nim jako szefie referatu "Wschód". A może była to świadoma i celowa postawa? Problemem Niezbrzyckiego były wygórowane i niezaspokojone ambicje. W dokonywanej samoocenie czuł się najlepszy, jedyny, niezastąpiony. Inne zdanie mieli oficerowie wywiadu, ale nie mogli właściwie zareagować. Niezbrzycki miał bowiem pełne, niekwestionowane poparcie Rydza-Śmigłego i stąd stał się osobą nietykalną. Poniekąd robił, co chciał, nawet szef wywiadu się go obawiał. Miał ogromny wpływ na to, co dzieje się w polskim wywiadzie jako całości, a chciał jeszcze mieć wszechmocny wpływ na decyzje o charakterze politycznym. Odnoszę wrażenie, że gdzieś po drodze zagubił się i ostatecznie nie wiedział już, czy jest publicystą, politykiem czy oficerem wywiadu. Do kompletu brakuje mu tylko zapisu w życiorysie, że również zakładał partie polityczne... Na to, aby polski oficer wywiadu o podobnych "osiągnięciach" wypełnił tę lukę, musieliśmy kilkadziesiąt lat poczekać.

Ta ucieczka poprzez atak mogła być powodowana dążeniem do zakrzyczenia zarzutów o kalibrze najwyższym, jak to jasno przedstawił mjr Michniewicz w swojej książce. Prawda ma to jednak do siebie, że od niej na dłuższą metę uciec się nie da.

Kiedy myślę o Niezbrzyckim, to zawsze pojawia się u mnie pytanie o to, skąd wśród Polaków tyle wzajemnej podłości i taki brak chęci współpracy na rzecz wspólnego celu, jakim jest dobro Rzeczypospolitej. Dotąd nie znalazłem na nie sensownej odpowiedzi.

A jeżeli dołączymy do tej menażerii jeszcze polityków, to mamy gwarancję, iż zamieszanie osiągnie apogeum. Niech służy drobnym przykładem ponowna "przygoda" z Polską pana gen. Antoniego Szymańskiego. W kwietniu 1939 roku otrzymał polecenie ze Sztabu Głównego, aby w drodze do Warszawy zatrzymał się koniecznie w Poznaniu celem odbycia rozmowy z wojewodą Arturem Maruszewskim.

- Okazało się, że wojewoda Maruszewski - wspomina gen. Szymański - starał się sprawdzić, czy istotnie los Polaków, obywateli niemieckich w Rzeszy, jest katastrofalny. Podałem kilka przykładów bezwzględności niemieckiej przy wynaradawianiu i niszczeniu Polaków...

- Usłyszałem od wojewody Maruszewskiego - kontynuuje gen. Szymański - pełną goryczy uwagę pod adresem naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które wbrew dyrektywom i zarządzeniom naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o ostrym traktowaniu Niemców wrogo przeciwko nam występujących, interweniowało energicznie wobec wojewody poznańskiego w sensie obrony interesów niemieckich w tych obszarach zachodniej Polski.

Józef Beck, ze swoją polityką ubraną we frak i walczącą z polityką Hitlera za pomocą pięknych słów, ukłonów i wystawnych przyjęć, znalazł się w pułapce bez wyjścia. W zderzeniu ze zdecydowaną postawą, do bólu pragmatycznym podejściem i systematycznie realizowanymi, jasno sprecyzowanymi planami Hitlera wysiłki Becka trącą śmiesznością. O Hitlerze doskonale wyraził się ppłk Gerhard von Schwerin, szef komórki niemieckiego wywiadu wojskowego na Anglię i Stany Zjednoczone, w rozmowie z zastępcą brytyjskiego attaché wojskowego, mjr. Kennethem Strongiem, mówiąc: "Hitler nie rozumie słów, tylko czyny"3. Tak jak wielu pozostałych, hm, wybitnych polityków, we wrześniu 1939 roku Beck miał wyznaczony jeden kierunek. Tym kierunkiem były Kuty i most nad rzeką Czeremosz, jednym słowem, granica z Rumunią, którą należało natychmiast przekroczyć. Zmarł tam w nieomal całkowitym zapomnieniu.

Do dużej części polskich polityków II RP znakomicie odnosi się krótkie, ale jakże dosadne zdanie wypowiedziane o przedstawicielach tego zawodu przez Jima Mooneya, amerykańskiego biznesmena zaangażowanego w rozwój handlu Stanów Zjednoczonych z Niemcami za rządów Adolfa Hitlera. Powiedział on:

"Jak zwykle tylko oni [politycy - M.Z.] chcą wojny i jak zwykle nie będzie ich w okopach".

Politykę Becka bardzo dobrze spuentował Stanisław Cat-Mackiewicz w swojej książce "Polityka Becka"4. Otóż na stronie 197 pisze on tak:

"Nie mając sił realnych, Beck imaginował je sobie, grał w polityce zagranicznej tak, jakby te siły posiadał, a kiedyś powiedział przecież Bismarck: O jedenastej - powiada aktor - sztuka jest skończona".

Mając w pamięci te wszystkie uwagi, proszę każdego z czytelników o samodzielne dokonanie oceny postawy i osiągnięć rotmistrza/majora Jerzego von Nałęcz-Sosnowskiego.

gen. bryg. M.W. Zacharski maj 2013 roku

Berlin, dnia 16 lutego 1935 roku

Wysłane kurierem dnia 16 lutego 1935 roku

Najściślej tajne

Ambasador Rzeczypospolitej Józef Lipski do Pana Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka [w dokumentach zachowana oryginalna pisownia - M.Z.]:

Oczekiwany na wczoraj wieczorem wyrok Volksgerichtu w sprawie afery Sosnowskiego zapadł dopiero dziś rano. Brzmi on jak następuje:

Dożywotnie więzienie dla Sosnowskiego, kara śmierci dla pani von Berg - do natychmiastowego wykonania.

Otrzymawszy dziś rano zawiadomienie o wyroku, zażądałem niezwłocznie audjencji u ministra spraw zagranicznych von Neuratha, a wobec jego wyjazdu z Berlina odbyłem rozmowę o godzinie 12:15 z dyrektorem wydziału wschodniego Meyerem5. Zaznaczyć muszę, iż w oczekiwaniu wyroku omówiłem sprawę za pobytu mego w Warszawie ze Sztabem Głównym i otrzymałem dodatkowo jeszcze uzgodnione w Warszawie wytyczne. Oświadczyłem p. Meyerowi co następuje:

Interwencja w tej sprawie nie powinna być zrozumiana jako natury ściśle oficjalnej. Kieruję się tutaj motywami przede wszystiem humanitarnemi, pozatem biorę pod uwagę fakt, iż sprawy, o które chodzi, dotyczą przeszłości. W dzisiejszych stosunkach polsko-niemieckich i wobec moich osobistych stosunków do p. von Neuratha i wyższych urzędników Amtu myślę, iż mogę na ten temat szczerze pomówić. Minister Meyer odrzekł, iż całkowicie to rozumie i że w nieobecności ministra spraw zagranicznych prosi mnie o przedstawienie sprawy. Reasumując dzisiejszy wyrok, przypomniałem, iż podobny wypadek miał miejsce pewien czas temu w Warszawie, a mianowicie sprawa Ogórek-Drzyzga. Wskazałem, iż mimo że pannie Ogórek, obywatelce polskiej, groziła najcięższa kara, dla względów humanitarnych dopuszczono do zaślubienia przez nią obywatela niemieckiego Drzyzgę i zamiast kary śmierci otrzymała dożywotnie więzienie. Wskazałem na to, iż w danym wypadku pani von Berg jest również narzeczoną Sosnowskiego i że ten wzgląd daje mi asumpt do wysunięcia kwestji ułaskawienia jej.

Według otrzymanych z Warszawy wskazówek zaproponowałem po ułaskawieniu Bergowej następującą wymianę: Sosnowski-Bergowa contra Drzyzga-Drzyzgowa (Ogórek) i Pakula. Wskazałem na to, że Pakula jest urzędnikiem Geheime Staatspolizei i że minister prezydent Göring kładł wobec mnie swego czasu nacisk na jego wymianę. Kończąc, starałem się jeszcze uderzyć w ton bardziej humanitarny, podkreślając, że chodzi o życie kobiety.

Minister Meyer, który najwidoczniej sam był dość poruszony tą sprawą, oświadczył mi, iż poczyni natychmiast kroki dla zbadania, czy można w tej sprawie coś jeszcze uczynić. Zaznaczył jednak, iż obciążenia wobec von Bergowej są natury jak najcięższej. O godz. 14:30 zostałem ponownie poproszony do A.A. [Auswärtiges Amt, Ministerstwo Spraw Zagranicznych - M.Z.]. Minister Meyer oświadczył mi, iż sprawa została zreferowana kanclerzowi [Hitlerowi - M.Z.], przyczem minister sprawiedliwości [Gürtner - M.Z.] podniósł wszystkie przytoczone przeze mnie argumenty natury humanitarnej [narzeczeństwo, kobieta - M.Z.] oraz kwestje ewentualnej wymiany. Kanclerz sprawę najdokładniej jeszcze raz zbadał, jednakże nie mógł wobec tak ciężkich przekroczeń von Bergowej skorzystać z prawa łaski6.

Co do Sosnowskiego, oświadczono mi, iż uszedł on obronną ręką, gdyż i jemu groziła kara śmierci. Muszę zaznaczyć, iż decyzja ta została mi zakomunikowana w formie, która wskazywała na to, iż wystąpienie moje zostało odpowiednio zrozumiane. Podkreśliłem jeszcze, iż mam nadzieję, że kanclerz Rzeszy rozumie motywy, któremi się kierowałem, występując w tej sprawie. Minister Meyer odpowiedział, iż mogę być przeświadczony, że wszyscy zrozumieli moją intencję.

Komunikując o powyższem, mam zaszczyt zaznaczyć, iż wyrok ten oraz odmowa wymiany Bergowej bynajmniej mnie nie zdziwiły. Zresztą dałem temu przeświadczeniu wyraz w ostatniej rozmowie w Warszawie z szefem Oddziału II. Jest bowiem jasnem, jeśli się bierze pod uwagę kierunek obrany przez kanclerza Hitlera, iż w podobnej sprawie mógł on zastosować pewien liberalizm w stosunku do obywatela polskiego, natomiast nie było do pomyślenia, aby cofnął się przed zastosowaniem najwyższej kary wobec osoby rasy germańskiej.

Podpisano: Ambasador Rzeczypospolitej Józef Lipski

Ambasada Berlin, 20 lutego 1935

Ściśle tajne

Ambasador Rzeczypospolitej Józef Lipski do Pana Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka [fragmenty - M.Z.]:

W związku z raportem moim z dnia 16-go lutego b.r. w sprawie Sosnowskiego mam zaszczyt poinformować Pana Ministra o dalszym rozwoju tej sprawy. W poniedziałek popołudniu (18-go b.m.) został wyrok Volksgerichtu Rzeszy Niemieckiej rozplakatowany w Berlinie. Stwierdza on, że wyrokiem z dnia 16 II 1935 r. zostały skazane na karę śmierci rozwiedziona Benita von Falkenhayn, geborene von Zollikofer-Altenklingen oraz Renate von Natzmer. Z powodu tego samego przestępstwa zostali skazani na dożywotne ciężkie więzienie obywatel polski Georg von Sosnowski i Irene von Jena. Skazane von Falkenhayn i von Natzmer zostały stracone w poniedziałek rano w więzieniu Plötzensee po odrzuceniu przez kanclerza Rzeszy podania o ułaskawienie.

Wiadomość ta wywołała duże poruszenie w tutejszej opinji publicznej. Prasa dostała niezawodnie polecenie z góry, ażeby w jak najostrzejszej formie potępić przestępstwo zdrady stanu, popełnione przez powyższe trzy obywatelki niemieckie i uzasadnić tak surową karę wymierzoną przeciwko tym kobietom. Najbardziej charakterystycznym jest fakt, iż kampanja prasowa poszła w tym kierunku, ażeby skierować ostrze przeciwko dawnej rządzącej kaście pruskiej, do której osoby te należały. Już w samem ogłoszeniu uwydatnione zostały nazwiska w ten sposób, aby przynależność do kasty biła w oczy. Nie można się oprzeć wrażeniu, iż wynik procesu tego jest wykorzystywany przez dzisiejszy rząd dla wykazania, iż sfery staropruskie wojskowe, które najbardziej szczyciły się swoim patryjotyzmem, poszły jak najdalej w kierunku antypaństwowym, popełniając zdradę na rzecz państwa, przeciwko któremu z nastawienia swojego politycznego najostrzej występowały (...). Jeśli chodzi o moment polski, to jest on w prasie najwidoczniej przemilczany. Znajduje się nawet tu i ówdzie pewne stwierdzenia, iż chociaż przestępstwo Sosnowskiego było równie ciężkie jak danych kobiet, to w każdym razie nie działał on na szkodę swego własnego kraju (...). W sferach tutejszych towarzyskich, zwłaszcza dawno-niemieckich, wynik procesu i wyrok wzbudziły ogromne zrozumiałe poruszenie i są przedmiotem rozlicznych dyskusji. Niemniej jak dotąd wobec zajętego w tej sprawie stanowiska przez miarodajne czynniki rządowe nie spotkałem się z jakąkolwiek aluzją ze strony niemieckiej.

Pragnę jeszcze zaznaczyć, iż w "Baseler Nachrichten" z dnia 18 II znalazłem wzmiankę o mej interwencji w Auswärtiges Amt z dnia 16 II. Wobec tego poleciłem Radcy Lubomirskiego [Lubomirskiemu - M.Z.] poproszenie A.A. przeprowadzenia dochodzeń, jaką drogą informacja ta przedostała się do opinji publicznej.

Podpisano: Ambasador Rzeczypospolitej Józef Lipski

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Departament Polityczny Wydział Zachodni

23 kwietnia 1936 roku

Tajne

Ministerstwo Spraw Zagranicznych podaje do wiadomości Ambasady [polskiej w Berlinie - M.Z.], iż na dzień 23 b.m. o godzinie 13-ej wyznaczona została wymiana więźniów politycznych według następującej listy:

Więźniowie polscy:

1. Sosnowski Jerzy

2. Matuszewski Karol

3. Bogdoł Karol

4. Paskuda Konrad

5. Gwiazdowski Jan

6. Matzner Maksymiljan

7. Jasiński Bronisław

8. Śmiałek Bernard

9. Król Józef

10. Diaczko Piotr

11. Stanisławski Stanisław

12. Wolff Leon

Więźniowie niemieccy:

1. Frau Drzesga

2. Ernst Drzesga

3. Franz Dzikoński

4. Marie Mohr

5. Viktor Nowak

6. Adolf Sommer

7. Kriminalsekretär Paculla

8. Ewald Rentz

9. Ernst Kuberne

Władze niemieckie odmówiły uwzględnienia przy powyższej wymianie proponowanego przez nas więźnia polskiego Cholewy Józefa, twierdząc, że jest on obywatelem niemieckim. Opierając się na danych posiadanych przez nasze władze, Ministerstwo ujawniło Ambasadzie niemieckiej, iż wyżej wymieniony podczas jego aresztowania zaopatrzony był w sfałszowany dokument osobisty, opiewający na nazwisko obywatela niemieckiego Cholewy, lecz że jest on w rzeczywistości obywatelem polskim Tadeuszem Matusiewiczem. Władze niemieckie są w posiadaniu podanych przez stronę polską autentycznych danych osobistych o więźniu Matusiewiczu vel Cholewie i zajęły się ponownem badaniem jego sprawy, przyczem z góry zobowiązały się wydać nam Cholewę, gdy tylko uda się im stwierdzić niezbicie, iż jest on rzeczywiście obywatelem polskim. Wobec powyższej komplikacji i nalegając w dalszym ciągu na wydanie nam wyżej wspomnianego, strona polska powstrzymała się z wydaniem przy obecnej wymianie figurującego na liście żądań niemieckich więźnia Emila Lutterberga do chwili zwolnienia i przekazania nam więźnia Cholewy.

W ten sposób sprawa wymiany więźniów politycznych (z wyjątkiem Cholewy kontra Lutterberg) została zlikwidowana.

Niezależnie od sprawy powyższej, Ambasada niemiecka wystąpiła z sugestią dalszej wymiany więźniów politycznych, proponując wydanie uwięzionych w Polsce agentów niemieckich:

1. Romana Wicherka

2. Hansa Chorego

3. Pawła Wischnewskiego.

Kompetentne władze nasze w tym względzie nie zajęły jeszcze stanowiska.

Podpisano: Wicedyrektor Departamentu Politycznego

Powyższa wymiana miała miejsce na polsko-niemieckiej drodze granicznej w okolicach Zbąszynia w województwie wielkopolskim. Do Polski wrócił wówczas wielki oficer wywiadu Jerzy von Nałęcz-Sosnowski, wsławiony spektakularnymi sukcesami w pracy operacyjnej na placówce wywiadowczej "In.3" w Berlinie.

Jego niezwykłej, brawurowej i dramatycznej historii życia poświęcona jest ta książka.

1 Wacław Stachiewicz, "Wierności dochować żołnierskiej", Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, str. 228: "Sprzęt produkowany w naszych fabrykach był pierwszorzędnej jakości. Ilościowo wyprodukowaliśmy go za mało w stosunku do naszych potrzeb. Było to wynikiem naszych bardzo ograniczonych możliwości finansowych. Mimo to wyprodukowaliśmy w ciągu kilkunastu lat proporcjonalnie, a nawet w niektórych działach w bezwzględnych liczbach więcej uzbrojenia aniżeli niektóre państwa europejskie znacznie od nas bogatsze".

2 Z raportu Antoniego Szymańskiego sporządzonego w Tatiszczewie 17 stycznia 1942 roku: "Meldowałem gen. Stachiewiczowi i podtrzymuję to szczególnie obecnie, patrząc z dalszej perspektywy na pracę moją na placówce berlińskiej, że gen. Bodenschatz był dla mnie najwartościowszym źródłem niemieckim. Podkreślam, że nie może tu być mowy o uchybieniach moralnych wymienionego. Prawdopodobnie chęć imponowania wywoływała u niego dyskusje na tematy aktualne i ważne... Generał Bodenschatz uprzedzał mnie w 1938 roku o zajęciu Austrii, o wcieleniu krajów sudeckich, w końcu o zajęciu całej Czechosłowacji, podkreślając wysunięcie ekspansji niemieckiej wzdłuż Karpat na Słowacczyźnie. Bodenschatz informował mnie również szczegółowo o pertraktacjach Hitlera z Emilem Hachą, o zapoznaniu tegoż przez Hitlera z planem operacyjnym wojsk niemieckich na Czechosłowację w razie jej przeciwstawienia się, o ataku sercowym prezydenta Hachy... Meldowałem naszemu Sztabowi Głównemu o tych informacjach gen. Bodenschatza, a po rozmowie mej z nim u ministra Lammersa [odbytej na przełomie maja i czerwca 1939 roku podczas przyjęcia wydawanego przez Lammersa, piastującego funkcję szefa Gabinetu Cywilnego Hitlera - M.Z.] oceniałem niebezpieczeństwo współpracy niemiecko-sowieckiej za tak prawdopodobne, że meldując szyfrem-statissime [depesza o najwyższym poziomie pilności - M.Z.], wyraziłem życzenie osobistego złożenia meldunku w Warszawie" i dalej: "Gen. Bodenschatz był już w czasie wojny światowej (1917-1918) adiutantem ówczesnego kpt. Göringa, dowódcy eskadry imienia Richthofena (po śmierci lotniczej tegoż). Z tego tytułu łączyły Göringa z Bodenschatzem najbliższe stosunki służbowe i osobiste. Gen. Bodenschatz był jedynym oficerem niemieckim, który brał udział w większości posiedzeń gabinetu Rzeszy i dzięki temu był zorientowany w całości sytuacji wewnętrznej i zagranicznej Niemiec. Skłonny jestem generała Bodenschatza zaliczać do intelektualnie mniej rzutkich. Występowała natomiast u niego pewność siebie i chęć imponowania wiadomościami i zapowiedziami, które w dalszym biegu wypadków sprawdzały się. Z generałem Bodenschatzem łączyły żonę moją [Halinę Szymańską - M.Z.] i mnie dobre stosunki".

3 Za: Agostino von Hassell, Sigrid MacRae, "Przymierze wrogów", Świat

4 Stanisław Cat-Mackiewicz, "Polityka Becka", Universitas, Kraków 2009.

5 Richard Meyer, dyrektor departamentu wschodniego (Ostabteilung) AA. Mimo iż był pochodzenia żydowskiego, nie został zwolniony przez Hitlera. Bardzo energiczny, nielubiany przez swoich podwładnych. W kontaktach z przedstawicielami polskimi bardzo ostrożny. Podlegał mu m.in. referat polski, którego szefem był początkowo Erich Zechlin. Erich Zechlin, urodzony w Poznaniu, w latach 1907-1916 archiwista w pruskim zarządzie archiwów. Antypolsko nastawiony nacjonalista. Nie przyznawał się do tego, że świetnie mówił po polsku. Następcą Zechlina był Willy Noebel, którego z kolei zastąpił radca von Lieres und Wilckau. Brat Ericha Zechlina, Walter, był w pierwszych latach trzydziestych szefem biura prasowego Rzeszy (Chef der Presseabteilung der Reichsregierung). Walter Zechlin był kompletnym zaprzeczeniem swojego brata. Bardzo przyjazny, kulturalny w obyciu, a politycznie najbliżej mu było do SPD.

6 Cytat z oświadczenia Hitlera: "Als Privatmann hätte ich Gründe, die für eine Begnadigung sprechen, als Staatsmann nicht. Der Verrat militärischer Geheimnisse kann tausende meiner Soldaten das Leben kosten. Wer zum Verräter wird, darf nicht auf Milde rechnen. Ich muss ein Exempel statuieren und ein für allemal klarstellen, das Landes-und Hochverräter die ganze Härte des Gesetzes triff, ganz gleich, wer sie sind".