Tego nie było w programie
Gdyby jeszcze miesięc temu porucznik Harvey dowiedział się nagle, że
weźmie udział w tajemniczej operacji, prawdopodobnie roześmiałby się na
całe gardło, traktując tę wiadomość jako niezły dowcip.
Harvey, w jego własnym mniemaniu, jak najmniej nadawał się do takiej
roboty. Owszem, lubił rozwiązywać tajemnice, ale jako widz w kinie,
śledząc perypetie bandy gangsterów tropionej przez mniej lub więcej
rozgarniętych policjantów. Za kilkadziesięt centów mógł przez dwie
godziny przeżywać emocje wiedząc o tym, że i tak po zakończeniu filmu
wyjdzie na jasno oświetloną ulicę i że w swoim pokoju nie zastanie
zamaskowanego człowieka z wycelowanym w siebie browningiem. Był za małą
figurą i miał za chudy portfel, aby być przedmiotem zainteresowania
opryszka nawet pośledniejszego gatunku.
Co innego jednak angażować się w filmowe emocje, ryzykując jednego
dolara za bilet wstępu, co innego zaś zostać wciągniętym samemu w wir
tajemniczych wydarzeń poważnego kalibru, brać w nich czynny udział i ryzykować własnym życiem.
A wszystko wskazywało na to, że operacja, w jakiej miał wziąć udział,
była nieprzeciętnej miary. Bladły wobec niej nawet najbardziej
sensacyjne filmy, jakie w ciągu ostatniego miesięca zdarzyło mu się
oglądać.
Myśl o niej psuła mu humor. Chwilami nawet żałował, że wstąpił do
wojska. Wkładając mundur był przekonany, że zanim przejdzie
przeszkolenie, flota amerykańska położy kres wojnie na Dalekim Wschodzie
i pomoc jego, Harvey'a, okaże się zbędna. Tymczasem działania wojenne
ciągnęły się już rok cały, a co gorsza Japończycy poczynili dalsze
postępy.
Harvey nie był tchórzem. Za namową kolegi, Crooksa, zgodził się na
wzięcie udziału w tej operacji. Lubił jednak otwartą grę. Gdyby
znajdując się w jakiejkolwiek bazie Pacyfiku otrzymał rozkaz
zbombardowania konkretnego obiektu, jego obawy o swoje życie z całą
pewnością nie byłyby większe od obaw każdego przeciętnego człowieka,
który się znalazł w podobnej sytuacji. Drażniła go i denerwowała
tajemniczość oczekującej go operacji. Czuł, że uspokoi się dopiero
wówczas, gdy jej charakter i cel zostaną choćby trochę wyjaśnione.
Jak dotychczas jednak wszystko było osłonięte tajemnicą. W końcu
stycznia 1942 roku skierowano go do bazy lotniczej Eglin Field na
Florydzie. Zastał tu grupę równie zdziwionych jak on sam lotników.
Powiedziano im jedynie, że wezmą udział w specjalnej operacji, do której
tu właśnie muszą się przygotować.
Na pozór wszystko przypominało zwykłe szkolenie. Rozpoznawanie celów
według zdjęć lotniczych, loty nad cel, bombardowanie, powrót na
lotnisko. Dziwne były tylko dwie sprawy. Najnowszego typu celowniki
Nordena zostały wymontowane, a ich miejsce zajęły urządzenia
przestarzałe.
Samuel Crooks zrobił w związku z tym uwagę, z którą zresztą James
całkowicie się zgodził.
- Widzisz, Jam - powiedział - liczą się widać poważnie z tym, że możemy
razem z naszymi gruchotami dostać się w ręce żółtych. O nas im nie
chodzi. Myślą tylko, żeby tajemnica celowników nie została przedwcześnie
odkryta. A nas... mogą brać diabli!
Drugą intrygującą sprawą było to, że szczególną uwagę zwracano na jak
najwcześniejsze podrywanie maszyn przy starcie i skracanie tym samym ich
rozbiegu do minimum. Na poszczególnych pasach startowych malowano białe
znaki, których nie wolno było przekroczyć. Współzawodniczono nawet w tym, kto na ile metrów przed tym diabelskim znakiem zdoła poderwać
samolot w powietrze.
Te dwa intrygujące fakty kłóciły się ze sobą. Wydawało się to tym
dziwniejsze, że przecież każda trudna operacja, a na taką zapowiadało
się z całą pewnością, wymagała użycia jak najnowocześniejszego i najlepszego sprzętu. Tu zaś zachodziło coś wręcz przeciwnego.
W pierwszych dniach marca cała grupa znalazła się w San Francisco. Z tą
chwilą jedną sprawę można było uznać za całkowicie wyjaśnioną: szykowano
ich w istocie do operacji przeciwko Japończykom. Kiedy zaś na pokład
lotniskowca "Hornet" załadowano szesnaście bombowców B-25, Harvey odgadł
natychmiast przyczyny szkolenia w krótkim starcie. Pokład "Hornet" miał
długość około 250 metrów, podczas gdy bombowce tego typu w normalnych
warunkach wymagały rozbiegu co najmniej 300 metrów. A więc sprawa była
zupełnie jasna. Jedyną zagadkę stanowił nadal cel nalotu.
To jednak interesowało przede wszystkim pułkownika Doolittle'a, dowódcę
jednostki lotniczej, która na pokładzie lotniskowca wyruszyła właśnie na
Pacyfik.
Pierwsze dni podróży nie wzbudzały w nikim specjalnych obaw. Było raczej
wątpliwe, aby samoloty japońskie mogły się ukazać w rejonach tak
odległych od swoich baz. "Gdyby było inaczej... - pułkownik Doolittle z grozą myślał o takiej ewentualności - "Hornet" w sytuacji, w jakiej się
znajdował, mógł być jedynie bierną, bezbronną ofiarą". Jego 8 dział 127
mm i 16 dział 28 mm w gruncie rzeczy niewiele mogłyby zdziałać w walce z silniejszym ugrupowaniem lotniczym. Na osłonę lotniczą zaś lotniskowiec
nie mógł liczyć. Znajdujących się na jego pokładzie 25 bombowców i 85
samolotów myśliwskich w istocie rzeczy nie można było w tym wypadku brać
pod uwagę. Trudno byłoby bowiem liczyć na pomoc ciężkich B-25, z których
prawdopodobnie zaledwie kilka zdołałoby na czas wystartować, a jeszcze
mniej na samoloty myśliwskie uwięzione w hangarach pod pokładem zajętym
przez bombowce. To zakrawało na ironię losu: okręt naszpikowany
samolotami nie mógł w razie nagłego ataku Japończyków użyć ich dla
własnej obrony.
W tej sytuacji całą siłę lotniczą reprezentowały wodnosamoloty
katapultowane z krążowników towarzyszących lotniskowcowi. Pomoc ich
oczywiście była wysoce problematyczna, zwłaszcza w obliczu zmasowanego
nalotu.
Z każdym dniem rejsu niebezpieczeństwo rosło.
W siódmym dniu podróży dowódca lotniskowca komandor Mitscher poprosił
nagle pułkownika Doolittle'a do siebie.
- Zdaje mi się, że pan może być spokojny o swoje baranki - powiedział
wręczając mu otrzymaną przed chwilą depeszę.
Pułkownik przerzucił wzrokiem tekst. Komandor miał rację. Sytuacja
rzeczywiście zmieniała się na korzyść. Depesza pochodziła od admirała
Halsey'a z zespołu lotniskowca "Enterprise" i donosiła o mającym wkrótce
nastąpić połączeniu sił amerykańskich na północ od wyspy Midway. Idący w tym kierunku "Enterprise" mógł im zagwarantować dobrą osłonę lotniczą.
Tego jeszcze dnia pułkownik Doolittle zarządził odprawę załóg B-25. Była
to pierwsza odprawa bojowa od wyruszenia w morze. Porucznik Harvey
oczekiwał jej z niecierpliwością.
- Osiemnastego kwietnia - zaczął pułkownik - w godzinach popołudniowych,
kiedy znajdziemy się w odległości 500 mil od Japonii, przeprowadzimy
pierwszy w tej wojnie nalot na Tokio, Nagoja, Osaka, Kobe, Jokohama oraz
stocznie w Yokosuka. Nie potrzebuję dodawać jak wielkie znaczenie
psychologiczne i moralne może mieć pomyślne wykonanie zadania... Losy nas
wszystkich mogą ułożyć się różnie. Musimy jednak pamiętać o jednym.
Nalot, w którym wszyscy weźmiemy udział, ma przekonać Japończyków, iż
startowaliśmy z baz lądowych, a nie z okrętów. Dlatego wszelkie
dokumenty, które wskazywałyby na to, że byliście zaokrętowani na
lotniskowcu "Hornet", muszą być zniszczone.
Godzina startu nie została ściśle określona. Plan operacji przewidywał,
że nalot zostanie przeprowadzony w nocy, by maszyny biorące w nim udział
mogły o świcie lądować na lotniskach chińskich.
Mówiąc o założeniach operacji pułkownik Doolittle nie przypuszczał
jednak, że w najbliższych dniach zajdą okoliczności, które zmuszą go do
zmiany opracowanego planu.
16 kwietnia ocean rozkołysał się sztormem. Pogoda wyraźnie nie sprzyjała
akcji lotniczej, lecz nie to było najgorszą okolicznością.
Nazajutrz w godzinach przedwieczornych eskadra amerykańskich okrętów
znajdowała się w odległości 850 mil od Tokio. Tuż po zachodzie słońca
obsługa radaru zameldowała o wykryciu podejrzanego echa. To mogło być
coś znacznie gorszego niż sztorm.
- Tego w programie nie było - Doolittle uśmiechnął się gorzko. - Jak pan
myśli, komandorze, czy to Japończyk?
Mitscher zrobił niewyraźną minę.
- Naszych okrętów w tym rejonie na pewno nie ma, a więc...
Znajdowali się na pomoście bojowym, skąd roztaczał się oryginalny widok.
Silne pancerne nadbudówki tworzyły urwistą pionową ścianę stali,
spadającą z jednej strony wprost w zielonobure fale oceanu, z drugiej
zaś na gładki pokład zapełniony samolotami. Zewsząd otaczał ich ocean
zamknięty kolistą linią horyzontu.
Wkrótce obserwacja wzrokowa potwierdziła słuszność meldunku obsługi
radaru. W istocie daleko przed nimi widniały wyraźne zarysy nieznanej
jednostki.
- Halsey już działa... - komandor Mitscher wskazał pułkownikowi sylwetkę
towarzyszącego im krążownika, który opuściwszy szyk wysunął się do
przodu znacznie zwiększając szybkość. - Tak, to "Nashville" - dodał po
chwili obserwacji.
Doolittle zasępił się.
- Jeśli tamci nas zauważyli, gotowi drogą radiową powiadomić własne
bazy, czego również nie było w programie.
Mitscher nie odrywał oczu od lornetki.
- To jakaś kanonierka - objaśniał z wahaniem. - "Nashville" powinien już
otworzyć ogień. To przecież nie jest przeciwnik dla niego...
Dowódca krążownika jak gdyby usłyszał Mitschera, gdyż w tejże chwili
okręt rozbłysnął ogniem i otoczył się kłębami dymu. Komandor patrzył w stronę oddalonej, ciemniejącej kreski kanonierki. Huk wystrzałów
przeleciał nad oceanem i utonął w nim słabnącym echem. Ku zdziwieniu
komandora kanonierka odpowiedziała ogniem. Było w tym coś tak
nieoczekiwanego, wprost humorystycznego, że komandor mimo woli się
uśmiechnął. Wątły, nikły okręcik nie miał absolutnie żadnych szans i jego próba oporu w tej sytuacji wyglądała zdecydowanie niepoważnie.
- Drugą salwą powinien go nakryć - zdecydował Mitscher z nie słabnącym
zainteresowaniem obserwując przebieg... egzekucji. To bowiem, co się
działo na jego oczach, trudno byłoby nazwać walką.
Druga salwa, która w minutę później zaniepokoiła ocean, również nie była
celna. Doolittle zaczynał się niecierpliwić. Mitscher odczuwał coś w rodzaju wstydu za niepowodzenia swych kolegów z "Nashville'a".
Na krążowniku najwidoczniej denerwowano się nie mniej, gdyż działa jego
huczały teraz nie kończącym się grzmotem.
Egzekucja, jak to w myśli nazwał komandor, ciągnęła się przez dziesięć
minut. Pociski kanonierki nawet nie dosięgały krążownika i dziesięciominutowe ostrzeliwanie przypisać należało wyjątkowej
niezdarności artylerzystów z "Nashville'a".
Krążownik wracał do szyku w aureoli wątpliwej sławy. Admirał Halsey
wezwał natychmiast do siebie jego dowódcę. Należy przypuszczać, że nie
uczynił tego po to, by złożyć mu gratulacje...
Doolittle i Mitscher spojrzeli na siebie. Obaj myśleli o tym samym i obaj dochodzili do tych samych wniosków: Gdyby zamiast kanonierki
spotkali pierwszy lepszy pancernik?
- Znęcał się nad nim... - pułkownik nie mógł darować sobie złośliwej
uwagi. - Żebyśmy przynajmniej wiedzieli, że tamten nie zdążył
powiadomić.
Mitscher nie odpowiedział nic. Obaj myśleli o operacji, ale w dwu
różnych aspektach. Pułkownik martwił się, że cały drobiazgowo opracowany
plan po prostu weźmie w łeb. Aby zaskoczyć japońską obronę
przeciwlotniczą, 25 bombowców powinno już teraz startować nad wyspy
japońskie. Niestety, zasięg samolotów był zbyt mały i nawet po
osięgnięciu celów nigdy by nie dotarły do bezpiecznego lądowiska. Dalsza
zwłoka wzmagała zaś niebezpieczeństwo. Trzeba było obie te sprzeczności
jakoś pogodzić. Kompromis mógł być tylko jeden: przyspieszyć start i dokonać go w momencie, gdy tylko odległość do wysp japońskich zmniejszy
się do tego stopnia, że zasięg B-25 okaże się wystarczający. Przy
rozwijanej obecnie prędkości eskadry moment taki mógł nastąpić
nazajutrz, 18 kwietnia, w godzinach przedpołudniowych.
Chyba, że zaszłyby nieoczekiwane okoliczności...
Komandor Mitscher miał zmartwienie nieco innego charakteru. Jego również
denerwowało nieoczekiwane spotkanie z kanonierką, nad którą przez 10
minut pastwił się niefortunny krążownik. On także brał pod uwagę
możliwości nadania depeszy przez kanonierkę i w związku z tym rozważał
sprawę niebezpieczeństwa wzmagającego się z godziny na godzinę. O ile
jednak Doolittle pragnąłby znaleźć się możliwie blisko wysp japońskich,
o tyle Mitscher wolałby, aby start odbył się możliwie daleko od nich.
Nie znaczy to bynajmniej, że komandor źle życzył lotnikom. Tak dalece
antagonizm lotniczo-morski nie sięgał. Mitscher po prostu zdawał sobie
sprawę, że im wcześniej B-25 wzlecą w powietrze, tym prędzej będzie mógł
się skierować na bezpieczniejsze wody i wydobyć na pokład drzemiące w hangarach myśliwce, gwarantujące należytą osłonę lotniczą.
Obliczając w myśli, kiedy może nastąpić ów zbawczy moment, doszedł do
tego samego wniosku co pułkownik Doolittle: jutro w godzinach
przedpołudniowych.
Chyba, że zajdą nieprzewidziane okoliczności...
"Nieprzewidziane okoliczności" rzeczywiście zaszły nazajutrz o godzinie
06.27 i przybrały postać skromnego rybackiego statku o egzotycznej
nazwie "Nitto Maru".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki