Operacja Midway. Żółty tygrys - F.L. Justin

Kup ebooka

10.40 zł
8.63 zł (8,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tego nie było w programie

Gdyby jesz­cze mie­sięc temu porucz­nik Harvey dowie­dział się nagle, że weź­mie udział w tajem­ni­czej ope­ra­cji, praw­do­po­dob­nie roze­śmiałby się na całe gar­dło, trak­tu­jąc tę wia­do­mość jako nie­zły dow­cip.

Harvey, w jego wła­snym mnie­ma­niu, jak naj­mniej nada­wał się do takiej roboty. Ow­szem, lubił roz­wią­zy­wać tajem­nice, ale jako widz w kinie, śle­dząc pery­pe­tie bandy gang­ste­rów tro­pio­nej przez mniej lub wię­cej roz­gar­nię­tych poli­cjan­tów. Za kil­ka­dzie­sięt cen­tów mógł przez dwie godziny prze­ży­wać emo­cje wie­dząc o tym, że i tak po zakoń­cze­niu filmu wyj­dzie na jasno oświe­tloną ulicę i że w swoim pokoju nie zasta­nie zama­sko­wa­nego czło­wieka z wyce­lo­wa­nym w sie­bie brow­nin­giem. Był za małą figurą i miał za chudy port­fel, aby być przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia opryszka nawet pośled­niej­szego gatunku.

Co innego jed­nak anga­żo­wać się w fil­mowe emo­cje, ryzy­ku­jąc jed­nego dolara za bilet wstępu, co innego zaś zostać wcią­gnię­tym samemu w wir tajem­ni­czych wyda­rzeń poważ­nego kali­bru, brać w nich czynny udział i ryzy­ko­wać wła­snym życiem.

A wszystko wska­zy­wało na to, że ope­ra­cja, w jakiej miał wziąć udział, była nie­prze­cięt­nej miary. Bla­dły wobec niej nawet naj­bar­dziej sen­sa­cyjne filmy, jakie w ciągu ostat­niego mie­sięca zda­rzyło mu się oglą­dać.

Myśl o niej psuła mu humor. Chwi­lami nawet żało­wał, że wstą­pił do woj­ska. Wkła­da­jąc mun­dur był prze­ko­nany, że zanim przej­dzie prze­szko­le­nie, flota ame­ry­kań­ska położy kres woj­nie na Dale­kim Wscho­dzie i pomoc jego, Harvey'a, okaże się zbędna. Tym­cza­sem dzia­ła­nia wojenne cią­gnęły się już rok cały, a co gor­sza Japoń­czycy poczy­nili dal­sze postępy.

Harvey nie był tchó­rzem. Za namową kolegi, Cro­oksa, zgo­dził się na wzię­cie udziału w tej ope­ra­cji. Lubił jed­nak otwartą grę. Gdyby znaj­du­jąc się w jakiej­kol­wiek bazie Pacy­fiku otrzy­mał roz­kaz zbom­bar­do­wa­nia kon­kret­nego obiektu, jego obawy o swoje życie z całą pew­no­ścią nie byłyby więk­sze od obaw każ­dego prze­cięt­nego czło­wieka, który się zna­lazł w podob­nej sytu­acji. Draż­niła go i dener­wo­wała tajem­ni­czość ocze­ku­ją­cej go ope­ra­cji. Czuł, że uspo­koi się dopiero wów­czas, gdy jej cha­rak­ter i cel zostaną choćby tro­chę wyja­śnione.

Jak dotych­czas jed­nak wszystko było osło­nięte tajem­nicą. W końcu stycz­nia 1942 roku skie­ro­wano go do bazy lot­ni­czej Eglin Field na Flo­ry­dzie. Zastał tu grupę rów­nie zdzi­wio­nych jak on sam lot­ni­ków. Powie­dziano im jedy­nie, że wezmą udział w spe­cjal­nej ope­ra­cji, do któ­rej tu wła­śnie muszą się przy­go­to­wać.

Na pozór wszystko przy­po­mi­nało zwy­kłe szko­le­nie. Roz­po­zna­wa­nie celów według zdjęć lot­ni­czych, loty nad cel, bom­bar­do­wa­nie, powrót na lot­ni­sko. Dziwne były tylko dwie sprawy. Naj­now­szego typu celow­niki Nor­dena zostały wymon­to­wane, a ich miej­sce zajęły urzą­dze­nia prze­sta­rzałe.

Samuel Cro­oks zro­bił w związku z tym uwagę, z którą zresztą James cał­ko­wi­cie się zgo­dził.

- Widzisz, Jam - powie­dział - liczą się widać poważ­nie z tym, że możemy razem z naszymi gru­cho­tami dostać się w ręce żół­tych. O nas im nie cho­dzi. Myślą tylko, żeby tajem­nica celow­ni­ków nie została przed­wcze­śnie odkryta. A nas... mogą brać dia­bli!

Drugą intry­gu­jącą sprawą było to, że szcze­gólną uwagę zwra­cano na jak naj­wcze­śniej­sze pod­ry­wa­nie maszyn przy star­cie i skra­ca­nie tym samym ich roz­biegu do mini­mum. Na poszcze­gól­nych pasach star­to­wych malo­wano białe znaki, któ­rych nie wolno było prze­kro­czyć. Współ­za­wod­ni­czono nawet w tym, kto na ile metrów przed tym dia­bel­skim zna­kiem zdoła pode­rwać samo­lot w powie­trze.

Te dwa intry­gu­jące fakty kłó­ciły się ze sobą. Wyda­wało się to tym dziw­niej­sze, że prze­cież każda trudna ope­ra­cja, a na taką zapo­wia­dało się z całą pew­no­ścią, wyma­gała uży­cia jak naj­no­wo­cze­śniej­szego i naj­lep­szego sprzętu. Tu zaś zacho­dziło coś wręcz prze­ciw­nego.

W pierw­szych dniach marca cała grupa zna­la­zła się w San Fran­ci­sco. Z tą chwilą jedną sprawę można było uznać za cał­ko­wi­cie wyja­śnioną: szy­ko­wano ich w isto­cie do ope­ra­cji prze­ciwko Japoń­czy­kom. Kiedy zaś na pokład lot­ni­skowca "Hor­net" zała­do­wano szes­na­ście bom­bow­ców B-25, Harvey odgadł natych­miast przy­czyny szko­le­nia w krót­kim star­cie. Pokład "Hor­net" miał dłu­gość około 250 metrów, pod­czas gdy bom­bowce tego typu w nor­mal­nych warun­kach wyma­gały roz­biegu co naj­mniej 300 metrów. A więc sprawa była zupeł­nie jasna. Jedyną zagadkę sta­no­wił na­dal cel nalotu.

To jed­nak inte­re­so­wało przede wszyst­kim puł­kow­nika Doolit­tle'a, dowódcę jed­nostki lot­ni­czej, która na pokła­dzie lot­ni­skowca wyru­szyła wła­śnie na Pacy­fik.

Pierw­sze dni podróży nie wzbu­dzały w nikim spe­cjal­nych obaw. Było raczej wąt­pliwe, aby samo­loty japoń­skie mogły się uka­zać w rejo­nach tak odle­głych od swo­ich baz. "Gdyby było ina­czej... - puł­kow­nik Doolit­tle z grozą myślał o takiej ewen­tu­al­no­ści - "Hor­net" w sytu­acji, w jakiej się znaj­do­wał, mógł być jedy­nie bierną, bez­bronną ofiarą". Jego 8 dział 127 mm i 16 dział 28 mm w grun­cie rze­czy nie­wiele mogłyby zdzia­łać w walce z sil­niej­szym ugru­po­wa­niem lot­ni­czym. Na osłonę lot­ni­czą zaś lot­ni­sko­wiec nie mógł liczyć. Znaj­du­ją­cych się na jego pokła­dzie 25 bom­bow­ców i 85 samo­lo­tów myśliw­skich w isto­cie rze­czy nie można było w tym wypadku brać pod uwagę. Trudno byłoby bowiem liczyć na pomoc cięż­kich B-25, z któ­rych praw­do­po­dob­nie zale­d­wie kilka zdo­ła­łoby na czas wystar­to­wać, a jesz­cze mniej na samo­loty myśliw­skie uwię­zione w han­ga­rach pod pokła­dem zaję­tym przez bom­bowce. To zakra­wało na iro­nię losu: okręt naszpi­ko­wany samo­lo­tami nie mógł w razie nagłego ataku Japoń­czy­ków użyć ich dla wła­snej obrony.

W tej sytu­acji całą siłę lot­ni­czą repre­zen­to­wały wod­no­sa­mo­loty kata­pul­to­wane z krą­żow­ni­ków towa­rzy­szą­cych lot­ni­skow­cowi. Pomoc ich oczy­wi­ście była wysoce pro­ble­ma­tyczna, zwłasz­cza w obli­czu zma­so­wa­nego nalotu.

Z każ­dym dniem rejsu nie­bez­pie­czeń­stwo rosło.

W siód­mym dniu podróży dowódca lot­ni­skowca koman­dor Mit­scher popro­sił nagle puł­kow­nika Doolit­tle'a do sie­bie.

- Zdaje mi się, że pan może być spo­kojny o swoje baranki - powie­dział wrę­cza­jąc mu otrzy­maną przed chwilą depe­szę.

Puł­kow­nik prze­rzu­cił wzro­kiem tekst. Koman­dor miał rację. Sytu­acja rze­czy­wi­ście zmie­niała się na korzyść. Depe­sza pocho­dziła od admi­rała Hal­sey'a z zespołu lot­ni­skowca "Enter­prise" i dono­siła o mają­cym wkrótce nastą­pić połą­cze­niu sił ame­ry­kań­skich na pół­noc od wyspy Midway. Idący w tym kie­runku "Enter­prise" mógł im zagwa­ran­to­wać dobrą osłonę lot­ni­czą.

Tego jesz­cze dnia puł­kow­nik Doolit­tle zarzą­dził odprawę załóg B-25. Była to pierw­sza odprawa bojowa od wyru­sze­nia w morze. Porucz­nik Harvey ocze­ki­wał jej z nie­cier­pli­wo­ścią.

- Osiem­na­stego kwiet­nia - zaczął puł­kow­nik - w godzi­nach popo­łu­dnio­wych, kiedy znaj­dziemy się w odle­gło­ści 500 mil od Japo­nii, prze­pro­wa­dzimy pierw­szy w tej woj­nie nalot na Tokio, Nagoja, Osaka, Kobe, Joko­hama oraz stocz­nie w Yoko­suka. Nie potrze­buję doda­wać jak wiel­kie zna­cze­nie psy­cho­lo­giczne i moralne może mieć pomyślne wyko­na­nie zada­nia... Losy nas wszyst­kich mogą uło­żyć się róż­nie. Musimy jed­nak pamię­tać o jed­nym. Nalot, w któ­rym wszy­scy weź­miemy udział, ma prze­ko­nać Japoń­czy­ków, iż star­to­wa­li­śmy z baz lądo­wych, a nie z okrę­tów. Dla­tego wszel­kie doku­menty, które wska­zy­wa­łyby na to, że byli­ście zaokrę­to­wani na lot­ni­skowcu "Hor­net", muszą być znisz­czone.

Godzina startu nie została ści­śle okre­ślona. Plan ope­ra­cji prze­wi­dy­wał, że nalot zosta­nie prze­pro­wa­dzony w nocy, by maszyny bio­rące w nim udział mogły o świ­cie lądo­wać na lot­ni­skach chiń­skich.

Mówiąc o zało­że­niach ope­ra­cji puł­kow­nik Doolit­tle nie przy­pusz­czał jed­nak, że w naj­bliż­szych dniach zajdą oko­licz­no­ści, które zmu­szą go do zmiany opra­co­wa­nego planu.

16 kwiet­nia ocean roz­ko­ły­sał się sztor­mem. Pogoda wyraź­nie nie sprzy­jała akcji lot­ni­czej, lecz nie to było naj­gor­szą oko­licz­no­ścią.

Naza­jutrz w godzi­nach przed­wie­czor­nych eska­dra ame­ry­kań­skich okrę­tów znaj­do­wała się w odle­gło­ści 850 mil od Tokio. Tuż po zacho­dzie słońca obsługa radaru zamel­do­wała o wykry­ciu podej­rza­nego echa. To mogło być coś znacz­nie gor­szego niż sztorm.

- Tego w pro­gra­mie nie było - Doolit­tle uśmiech­nął się gorzko. - Jak pan myśli, koman­do­rze, czy to Japoń­czyk?

Mit­scher zro­bił nie­wy­raźną minę.

- Naszych okrę­tów w tym rejo­nie na pewno nie ma, a więc...

Znaj­do­wali się na pomo­ście bojo­wym, skąd roz­ta­czał się ory­gi­nalny widok. Silne pan­cerne nad­bu­dówki two­rzyły urwi­stą pio­nową ścianę stali, spa­da­jącą z jed­nej strony wprost w zie­lo­no­bure fale oce­anu, z dru­giej zaś na gładki pokład zapeł­niony samo­lo­tami. Zewsząd ota­czał ich ocean zamknięty koli­stą linią hory­zontu.

Wkrótce obser­wa­cja wzro­kowa potwier­dziła słusz­ność mel­dunku obsługi radaru. W isto­cie daleko przed nimi wid­niały wyraźne zarysy nie­zna­nej jed­nostki.

- Hal­sey już działa... - koman­dor Mit­scher wska­zał puł­kow­ni­kowi syl­wetkę towa­rzy­szą­cego im krą­żow­nika, który opu­ściw­szy szyk wysu­nął się do przodu znacz­nie zwięk­sza­jąc szyb­kość. - Tak, to "Nashville" - dodał po chwili obser­wa­cji.

Doolit­tle zasę­pił się.

- Jeśli tamci nas zauwa­żyli, gotowi drogą radiową powia­do­mić wła­sne bazy, czego rów­nież nie było w pro­gra­mie.

Mit­scher nie odry­wał oczu od lor­netki.

- To jakaś kano­nierka - obja­śniał z waha­niem. - "Nashville" powi­nien już otwo­rzyć ogień. To prze­cież nie jest prze­ciw­nik dla niego...

Dowódca krą­żow­nika jak gdyby usły­szał Mit­schera, gdyż w tejże chwili okręt roz­bły­snął ogniem i oto­czył się kłę­bami dymu. Koman­dor patrzył w stronę odda­lo­nej, ciem­nie­ją­cej kre­ski kano­nierki. Huk wystrza­łów prze­le­ciał nad oce­anem i uto­nął w nim słab­ną­cym echem. Ku zdzi­wie­niu koman­dora kano­nierka odpo­wie­działa ogniem. Było w tym coś tak nie­ocze­ki­wa­nego, wprost humo­ry­stycz­nego, że koman­dor mimo woli się uśmiech­nął. Wątły, nikły okrę­cik nie miał abso­lut­nie żad­nych szans i jego próba oporu w tej sytu­acji wyglą­dała zde­cy­do­wa­nie nie­po­waż­nie.

- Drugą salwą powi­nien go nakryć - zde­cy­do­wał Mit­scher z nie słab­ną­cym zain­te­re­so­wa­niem obser­wu­jąc prze­bieg... egze­ku­cji. To bowiem, co się działo na jego oczach, trudno byłoby nazwać walką.

Druga salwa, która w minutę póź­niej zanie­po­ko­iła ocean, rów­nież nie była celna. Doolit­tle zaczy­nał się nie­cier­pli­wić. Mit­scher odczu­wał coś w rodzaju wstydu za nie­po­wo­dze­nia swych kole­gów z "Nashville'a".

Na krą­żow­niku naj­wi­docz­niej dener­wo­wano się nie mniej, gdyż działa jego huczały teraz nie koń­czą­cym się grzmo­tem.

Egze­ku­cja, jak to w myśli nazwał koman­dor, cią­gnęła się przez dzie­sięć minut. Poci­ski kano­nierki nawet nie dosię­gały krą­żow­nika i dzie­się­cio­mi­nu­towe ostrze­li­wa­nie przy­pi­sać nale­żało wyjąt­ko­wej nie­zdar­no­ści arty­le­rzy­stów z "Nashville'a".

Krą­żow­nik wra­cał do szyku w aure­oli wąt­pli­wej sławy. Admi­rał Hal­sey wezwał natych­miast do sie­bie jego dowódcę. Należy przy­pusz­czać, że nie uczy­nił tego po to, by zło­żyć mu gra­tu­la­cje...

Doolit­tle i Mit­scher spoj­rzeli na sie­bie. Obaj myśleli o tym samym i obaj docho­dzili do tych samych wnio­sków: Gdyby zamiast kano­nierki spo­tkali pierw­szy lep­szy pan­cer­nik?

- Znę­cał się nad nim... - puł­kow­nik nie mógł daro­wać sobie zło­śli­wej uwagi. - Żeby­śmy przy­naj­mniej wie­dzieli, że tam­ten nie zdą­żył powia­do­mić.

Mit­scher nie odpo­wie­dział nic. Obaj myśleli o ope­ra­cji, ale w dwu róż­nych aspek­tach. Puł­kow­nik mar­twił się, że cały dro­bia­zgowo opra­co­wany plan po pro­stu weź­mie w łeb. Aby zasko­czyć japoń­ską obronę prze­ciw­lot­ni­czą, 25 bom­bow­ców powinno już teraz star­to­wać nad wyspy japoń­skie. Nie­stety, zasięg samo­lo­tów był zbyt mały i nawet po osię­gnię­ciu celów ni­gdy by nie dotarły do bez­piecz­nego lądo­wi­ska. Dal­sza zwłoka wzma­gała zaś nie­bez­pie­czeń­stwo. Trzeba było obie te sprzecz­no­ści jakoś pogo­dzić. Kom­pro­mis mógł być tylko jeden: przy­spie­szyć start i doko­nać go w momen­cie, gdy tylko odle­głość do wysp japoń­skich zmniej­szy się do tego stop­nia, że zasięg B-25 okaże się wystar­cza­jący. Przy roz­wi­ja­nej obec­nie pręd­ko­ści eska­dry moment taki mógł nastą­pić naza­jutrz, 18 kwiet­nia, w godzi­nach przed­po­łu­dnio­wych.

Chyba, że zaszłyby nie­ocze­ki­wane oko­licz­no­ści...

Koman­dor Mit­scher miał zmar­twie­nie nieco innego cha­rak­teru. Jego rów­nież dener­wo­wało nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie z kano­nierką, nad którą przez 10 minut pastwił się nie­for­tunny krą­żow­nik. On także brał pod uwagę moż­li­wo­ści nada­nia depe­szy przez kano­nierkę i w związku z tym roz­wa­żał sprawę nie­bez­pie­czeń­stwa wzma­ga­ją­cego się z godziny na godzinę. O ile jed­nak Doolit­tle pra­gnąłby zna­leźć się moż­li­wie bli­sko wysp japoń­skich, o tyle Mit­scher wolałby, aby start odbył się moż­li­wie daleko od nich. Nie zna­czy to by­naj­mniej, że koman­dor źle życzył lot­ni­kom. Tak dalece anta­go­nizm lot­ni­czo-mor­ski nie się­gał. Mit­scher po pro­stu zda­wał sobie sprawę, że im wcze­śniej B-25 wzlecą w powie­trze, tym prę­dzej będzie mógł się skie­ro­wać na bez­piecz­niej­sze wody i wydo­być na pokład drze­miące w han­ga­rach myśliwce, gwa­ran­tu­jące nale­żytą osłonę lot­ni­czą.

Obli­cza­jąc w myśli, kiedy może nastą­pić ów zbaw­czy moment, doszedł do tego samego wnio­sku co puł­kow­nik Doolit­tle: jutro w godzi­nach przed­po­łu­dnio­wych.

Chyba, że zajdą nie­prze­wi­dziane oko­licz­no­ści...

"Nie­prze­wi­dziane oko­licz­no­ści" rze­czy­wi­ście zaszły naza­jutrz o godzi­nie 06.27 i przy­brały postać skrom­nego rybac­kiego statku o egzo­tycz­nej nazwie "Nitto Maru".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki