Operacja Masakra - Rodolfo Walsh

Reflow text when sidebars are open.
Pierwsze wieści o nielegalnych rozstrzelaniach z czerwca 1956 usłyszałem zupełnym przypadkiem pod koniec tamtego właśnie roku, w pewnej kawiarni w La Placie, gdzie grało się w szachy, rozmawiało raczej o Keresie i Nimzowitschu niż o Aramburu czy Rojasie, a jedynym manewrem wojskowym, który cieszył się niejakim uznaniem, był schlechterowski atak na bagnety w ramach otwarcia sycylijskiego.
W tym samym miejscu sześć miesięcy wcześniej koło północy zaskoczyły nas odgłosy pobliskiej wymiany ognia, od której rozpoczęło się natarcie na Sztab Drugiej Dywizji i Komendę Główną Policji podczas nieudanego peronistowskiego powstania generała Valle. Pamiętam, jak wypadliśmy hurmem na ulicę, wszyscy: szachiści, karciarze i przygodni goście, żeby sprawdzić, co to za fajerwerki, i jak zbliżając się do Placu San Martina, coraz mniej liczni, stopniowo poważnieliśmy, aż w końcu, już na placu, zostałem sam, a kiedy dotarłem na dworzec autobusowy, znowu było nas kilka osób, w tym jakiś umundurowany człeczyna, który zajął pozycję za stosem opon i powtarzał, że rewolucja czy nie, ale jemu nikt broni nie odbierze - bo miał przy sobie imponującego Mauzera z 1901 roku.
Pamiętam, że potem znów zostałem sam, na ciemnej ulicy 54, gdzie w odległości trzech przecznic musiał przecież stać mój dom, do którego chciałem dotrzeć, i wreszcie po dwóch godzinach dotarłem, pośród zapachu lip, niepokojącego mnie zawsze, a wtedy bardziej niż kiedykolwiek. Pamiętam niepohamowaną samowolę swoich nóg, ich skłonność, by na każdym skrzyżowaniu skręcać w stronę dworca, dokąd z własnej inicjatywy wracały raz za razem, z coraz bardziej daleka, aż na koniec już nie, gdyż oto przekroczyliśmy linię ognia i znaleźliśmy się w domu. Tyle że w domu było gorzej niż w kawiarni, gorzej niż na dworcu autobusowym, żołnierze roili się na dachu i w kuchni, i w pokojach, ale przede wszystkim w łazience, i od tamtej pory nie lubię domów, które stoją naprzeciwko wojskowych koszar, sztabu lub komendy policji.
Nie potrafię też zapomnieć, że przyklejony do żaluzji usłyszałem, jak na ulicy umiera jakiś poborowy, i człowiek ten nie krzyknął: "Za ojczyznę", krzyknął: "Nie zostawiajcie mnie samego, do kurwy nędzy".
Później nie chcę już nic pamiętać - ani głosu spikera, informującego o świcie, że w Lanusie wykonano wyrok śmierci na osiemnastu cywilach, ani krwawej fali, która zalewa kraj, póki nie umrze Valle. Mam dość jak na jedną noc. Valle mnie nie obchodzi. Perón mnie nie obchodzi, rewolucja mnie nie obchodzi. Mogę wrócić do szachów?
Mogę. Do szachów i do literatury fantastycznej, którą czytam, do opowiadań kryminalnych, które piszę, do "poważnej" powieści, którą zamierzam w ciągu kilku lat wydać, i do innych rzeczy, którymi się zajmuję, żeby zarobić na życie, i które nazywam dziennikarstwem, choć to nie jest dziennikarstwo. Przemoc ochlapała mi ściany, w oknach są dziury po kulach, widziałem ostrzelany samochód, a w nim mężczyznę z mózgiem na wierzchu, ale wszystko to nawinęło mi się przed oczy przez przypadek. Mogło wydarzyć się gdzie indziej, mogło pod moją nieobecność.
Sześć miesięcy później, w duszną letnią noc przy piwie, słyszę:
- Jeden z rozstrzelanych żyje.
Nie wiem, co właściwie przyciąga moją uwagę w tej niejasnej, odległej, najeżonej nieprawdopodobieństwami historii. Nie wiem, dlaczego proszę o rozmowę z tamtym człowiekiem, dlaczego rozmawiam z Juanem Carlosem Livragą.
Ale potem już wiem. Widzę jego twarz, bliznę na policzku, drugą, większą pod podbródkiem, zdeformowane wargi i matowe oczy, w których został cień śmierci. I czuję się znieważony, tak jak nieświadomie poczułem się wtedy, gdy dobiegł mnie ów rozdzierający krzyk zza żaluzji.
Livraga opowiada mi historię nie do uwierzenia; wierzę mu od razu.
Tak rodzą się tamto śledztwo i ta książka. Długa noc 9 czerwca ogarnia mnie znowu, po raz drugi wyrywa ze "spokojnych, łagodnych pór roku". Teraz przez prawie rok będę myślał tylko o tym, porzucę dom i pracę, stanę się Franciskiem Freyre, załatwię sobie fałszywe dokumenty, jeden z przyjaciół użyczy mi swojej działki w Tigre, dwa miesiące spędzę na wygwizdowie w Merlo, zacznę chodzić z bronią, a osoby tego dramatu wracać do mnie będą obsesyjnie i bez przerwy: Livraga zalany krwią, wlokący się bez końca tamtą drogą, którą wyszedł ze śmierci, i ten drugi, co ocalał wraz z nim, klucząc przez pole między kulami, i ci, co ocaleli, choć wtedy o tym nie wiedział, i ci, co nie.
Bo na początku Livraga wie tyle, że było ich kilku i że zabrali ich, żeby rozstrzelać, że było ich z dziesięciu i że ich zabrali, i że on i Giunta przeżyli. Tę właśnie historię powtarza w mojej obecności przed sędzią pewnego przedpołudnia, kiedy zostaję jego kuzynem i dlatego wolno mi wejść razem z nim do sędziowskiego gabinetu, gdzie wszystko tchnie dyskrecją i sceptycyzmem i gdzie jego opowieść brzmi jeszcze trochę bardziej absurdalnie, o stopień bardziej egzotycznie, i widzę, że sędzia się waha, aż głos Livragi wspina się na to strome wzgórze, za którym jest już tylko płacz, i Livraga wykonuje gest, jakby chciał się rozebrać, żeby pokazać kolejną bliznę po kuli. Wtedy wszystkich nas ogarnia zawstydzenie i wydaje mi się, że sędzia się wzrusza, i mnie również wzrusza, raz jeszcze, nieszczęście mojego kuzyna.
Ta właśnie historia, którą spisuję na gorąco i za jednym posiedzeniem, żeby nikt mnie nie ubiegł, zaraz później więdnie mi w kieszeni, bo obnoszę ją po całym Buenos Aires i nikt nie chce jej opublikować, ba, nawet o niej dłużej słuchać. Rzecz w tym, że człowiek w końcu zaczyna wierzyć kryminałom, które przeczytał lub napisał, i sądzi, że o taką historię, z udziałem zmarłego, co przemówił, będą się bić najlepsze gazety, sądzi, że ściga się z czasem, że lada moment jakiś wielki dziennik wyśle tuzin reporterów i fotografów - jak na filmach. A tymczasem, jak się okazuje, wszyscy się migają.
Z perspektywy dwunastu lat to aż śmieszne, bo można przeglądać stare numery do upadłego, a po tej historii ani śladu.
Tak że snuję się po coraz odleglejszych przedmieściach dziennikarstwa, aż wreszcie trafiam do piwnicy przy Leandra Alema, do redakcji pewnej gazetki związkowej, i spotykam człowieka, który zdobywa się na odwagę. Trzęsąc się i pocąc, gdyż i on nie jest bynajmniej filmowym herosem, jest po prostu człowiekiem, który zdobywa się na odwagę, a to więcej niż filmowy heros. I historia Livragi się ukazuje, ot, furkot żółtych stroniczek w kioskach, ukazuje się anonimowo, źle złożona, pozmieniana, ale się ukazuje. Obserwuję ją z czułością, gdy rozchodzi się wertowana przez dziesięć tysięcy anonimowych rąk.
Ale poszczęściło mi się jeszcze bardziej. Od początku jest ze mną dziewczyna, dziennikarka, nazywa się Enriqueta Mu?iz i angażuje całą sobą. Trudno oddać jej sprawiedliwość w kilku linijkach. Chcę po prostu powiedzieć, że jeśli w jakimś miejscu w tej książce piszę "zrobiłem", "poszedłem", "odkryłem", należy to czytać jako "zrobiliśmy", "poszliśmy", "odkryliśmy". Część ważnych spraw załatwiła na własną rękę, na przykład świadectwa emigrantów Troxlera, Benavideza, Gavina. W tamtym czasie świat nie jawił mi się jako uporządkowany zbiór gwarancji i bezpiecznych pewników, wręcz przeciwnie. W Enriquecie Mu?iz znalazłem tę siłę, tę odwagę, tę inteligencję, które wszędzie dokoła zdawały mi się wtedy tak rzadkie.
A więc pewnego popołudnia wsiadamy w pociąg do José León Suárez, mamy ze sobą aparat fotograficzny i mapkę, którą naszkicował nam ołówkiem Livraga: godny kierowcy autobusu szczegółowy plan z drogami i przejazdami kolejowymi, zaznaczonym starannie zagajnikiem i znakiem (x) tam, gdzie to wszystko się stało. Już pod wieczór wędrujemy asfaltem jakieś osiem przecznic, dostrzegamy wysoki i ciemny rząd eukaliptusów, który katowi Rodriguezowi Moreno wydał się "miejscem odpowiednim do zamierzenia", czyli do tego, żeby ich kropnąć, po czym stajemy na brzegu morza puszek i urojeń. Jedno z tych urojeń, wcale niemałe, to myśl, że podobne miejsce nie może być tak spokojne, tak ciche i zapomniane pod zachodzącym właśnie słońcem, że ktoś przecież powinien czuwać nad historią uwięzioną w tych śmieciach spienionych sztucznym przypływem martwego, polśniewającego refleksyjnie żelastwa. Ale Enriqueta mówi: "To tutaj", i zaraz spokojnie siada na ziemi, żebym cyknął jej piknikową fotkę, bo akurat mija nas jakiś wysoki i ponury mężczyzna z wielkim i ponurym psem. Nie wiem, czemu zauważa się takie rzeczy. Tak czy owak to tutaj i opowieść Livragi nabiera teraz mocy - tu droga, tam przydrożny rów, dookoła śmietnisko i ciemność.
Nazajutrz jedziemy odwiedzić tego drugiego, co ocalał, Miguela Angela Giuntę, który zatrzaskuje nam drzwi przed nosem, nie wierzy, kiedy przedstawiamy się jako dziennikarze, domaga się legitymacji, a takimi nie dysponujemy, i sam nie wiem, jak przemawiamy do niego przez wizjer, jakie obietnice milczenia składamy, jakie sekretne hasło podajemy, że stopniowo znowu uchyla drzwi i do nas wychodzi, co trwa chyba z pół godziny, i w końcu mówi, co trwa dużo dłużej.
Strasznie trudno się Giunty słucha, bo to tak, jakby oglądało się film, który od tamtej nocy, gdy został nakręcony, odtwarza się w jego głowie raz za razem, nigdy nie przestaje. Jeden po drugim pojawiają się najdrobniejsze szczegóły, twarze, reflektory, otwarte pole, niewyraźne odgłosy, zimno i gorąco, bieg przez śmieci, zapach prochu i paniki i ma się wrażenie, że kiedy to się skończy, zaraz zacznie od nowa, w wiecznym zapętleniu: "Tak mnie rozstrzelali". Ale najbardziej przygnębia uraza, jaką ten mężczyzna w sobie nosi, jego poczucie krzywdy w związku z błędem, który wobec niego popełniono, bo on przecież jest porządnym człowiekiem i nawet nie był peronistą, "każdy tu panu powie, kim ja jestem". Choć to już akurat nie takie pewne, bo jest dwóch Giuntów - ten, który wylewa z siebie potoki słów, podczas gdy w tle bez przerwy leci jego wielki film, i ten drugi, który niekiedy się rozprasza i potrafi uśmiechnąć się czy zażartować jak dawniej.
I zdaje się, że to koniec sprawy, bo nie ma nic więcej do opowiedzenia. Dwaj ocaleńcy, reszta nie żyje. Można opublikować wywiad z Giuntą i wrócić do tamtej partii szachów, którą przerwało się w barze przed miesiącem. Ale nie. W ostatniej chwili Giunta przypomina sobie coś, w co wierzy, coś, czego nie wie na pewno, a co uroiło mu się lub obiło o uszy, mianowicie - że ocalał jeszcze ktoś trzeci.
Tymczasem z La Platy zaryczało bóstwo, którego najświętszymi atrybutami są karabin i pikana. Karteluszki z moim wywiadem fruwają po korytarzach Komendy Głównej Policji i podpułkownik Fernández Suárez chce wiedzieć, co to za zamieszanie. Tekst ukazał się anonimowo, ale na pierwszych odbitkach znalazły się moje inicjały. W gazetce, która odważyła się na druk, pracował dziennikarz o inicjałach bardzo podobnych, tyle że ułożonych w innej kolejności: J.W.R. Pewnego ranka budzi się i widzi nad sobą ciekawą konstelację karabinowych luf oraz innych narzędzi sylogistycznych, a jego duch doświadcza potężnej emocji, która zawsze poprzedza objawienie się jakiejś prawdy. Wywlekają biedaka z domu w samych majtkach i samolotem przewożą do La Platy, do Komendy Głównej, gdzie sadzają go w fotelu naprzeciw samego podpułkownika, który mówi: "To teraz proszę z łaski swojej zrobić wywiad ze mną". Dziennikarz wyjaśnia, że to nie jemu należą się te honory, klnąc pod nosem na czym świat stoi.
Tryby mielą, trzeba zapuszczać się czort wie gdzie w poszukiwaniu trzeciego z ocalałych, Horacia di Chiana, który najwyraźniej zamienił się w robaka i żyje pod ziemią. Chyba w wielu miejscach już nas znają, w każdym razie zawsze snują się za nami lokalne dzieciaki i pewnego dnia zatrzymuje nas na ulicy jakaś dziewczynka.
- Ten pan, którego państwo szukacie - szepnęła - jest u siebie w domu. Powiedzą państwu, że go nie ma, ale jest.
- A ty wiesz, po co tu przyjechaliśmy?
- Tak, ja wiem wszystko.
Prawdziwa Kasandra.
Mówią nam, że go nie ma, ale jest, i trzeba powoli rozbrajać zasieki, zjednywać sobie opiekuńcze bóstwa, które strzegą pogrzebanego żywcem, zmierzyć się z tą ścianą, z tą twarzą, co zaprzecza i nie dowierza. Przechodzi się więc z rozsłonecznionej ulicy na zacieniony ganek, prosi się o szklankę wody i oto jest się w środku, w mroku, wypowiada się słowa wytrychy, aż najbardziej zardzewiały z nich działa i don Horacio di Chiano pojawia się na schodach, prowadzony za rękę przez żonę, jak dziecko.
Czyli jest ich trzech.
Nazajutrz przychodzi do redakcji anonimowy list z informacją, że "zdołali uciec: Livraga, Giunta i były podoficer Gavino".
Czyli jest ich czterech. A Gavino, wedle listu, "dostał się do Ambasady Boliwii i uzyskał azyl w tym kraju".
W Ambasadzie Boliwii nie znajduję więc Gavina, ale znajduję jego przyjaciela Torresa, który z uśmiechem, wyliczając na palcach, mówi: "Brakuje panu dwóch", i opowiada o Troxlerze i Benavidezie.
Czyli jest ich sześciu.
A skoro tak - to może i siedmiu? Niewykluczone, mówi Torres, bo był jeszcze jakiś sierżant o takim bardzo zwyczajnym nazwisku, coś jak García albo Rodríguez, i nikt nie wie, co się z nim stało.
Po dwóch czy trzech dniach znów odwiedzam Torresa, żeby wypalić:
- Rogelio Díaz.
Twarz mu się rozświetla.
- Jak pan to zrobił?
Już nie pamiętam, jak to zrobiłem. Ale jest ich siedmiu.
Teraz mogę usiąść do pisania, bo odbyłem już rozmowy z ocaleńcami, wdowami, sierotami, spiskowcami, azylantami, zbiegami, domniemanymi donosicielami, anonimowymi bohaterami. W maju mam gotową połowę tej książki. Znowu poszukiwania potencjalnego wydawcy. Akurat wtedy bracia Jacovella ruszyli ze swoim czasopismem. Gadam z Brunem, potem z Tuliem. Tulio Jacovella czyta maszynopis i się śmieje - nie z maszynopisu, tylko z kłopotów, w jakie się wpakuje. I się pakuje.
Reszta została opisana w dalszych partiach tego tekstu. Między majem a lipcem 1957 roku publikowała go w odcinkach "Mayoría". Później pojawiły się uzupełnienia, reakcje, sprostowania i repliki, które przeciągnęły tę kampanię do kwietnia 1958. Usunąłem je, podobnie jak część materiału dowodowego, którym się wówczas posłużyłem i który tutaj zastępuję innym, dobitniejszym. W jego świetle, jak sądzę, nie wchodzi w grę żadna polemika.
Podziękowania zechcą przyjąć: doktor Jorge Doglia, były szef Wydziału Prawnego Policji Prowincji Buenos Aires, zwolniony za zeznania w niniejszej sprawie; doktor Máximo von Kotsch, adwokat Juana C. Livragi i Miguela Giunty; Leónidas Barletta, redaktor naczelny czasopisma "Propósitos", gdzie ukazało się pierwsze świadectwo Livragi; doktor Cerruti Costa, redaktor naczelny nieistniejącej już gazety "Revolución Nacional", gdzie opublikowane zostały pierwsze wywiady dotyczące tej sprawy; Bruno i Tulio Jacovella; doktor Marcelo Sánchez Sorondo, który wydał pierwszą książkową wersję tej historii; Edmundo A. Suárez, zwolniony z Radia Państwowego za to, że przekazał mi fotokopie spisów audycji nadawanych przez tę stację, dowodzące, o której dokładnie godzinie wprowadzono stan wojenny; eksterrorysta o pseudonimie Marcelo, który zaryzykował i dostarczył mi informacji, a wkrótce potem został brutalnie potraktowany pikaną; anonimowy informator podpisujący się jako Atilas; anonimowa Kasandra, która wiedziała wszystko; Horacio Maniglia, który udzielił mi schronienia; rodziny ofiar.
Nicolás Carranza nie był tamtego wieczoru, 9 czerwca 1956 roku, człowiekiem szczęśliwym. Pod osłoną ciemności wszedł do własnego domu i bardzo możliwe, że coś go gryzło. Nigdy nie dowiemy się tego na pewno. Wiele gorzkich myśli człowiek zabiera ze sobą do grobu, a na grobie Nicolasa Carranzy dawno obeschła już ziemia.
Na chwilę jednak mógł zapomnieć o troskach. Po wstępnej, wyczekującej ciszy przywitał go chór piskliwych głosów. Sześcioro dzieci miał Nicolás Carranza. Najmłodsze uczepiły się pewnie jego kolan. Najstarsza, Elena, podsunęła mu może głowę do pogłaskania. Malusieńka Julia Renée - ledwie czterdziestodniowa - posapywała w swojej kołysce.
Jego kobieta, Berta Figueroa, uniosła wzrok znad maszyny do szycia. Uśmiechnęła się do niego z mieszaniną smutku i radości. Zawsze było tak samo. Zawsze w ten sam sposób zjawiał się w domu jej mężczyzna: uciekając, po ciemku, jak po ogień. Czasem zostawał na noc, a później znikał na całe tygodnie. Bywało, że przysyłał wiadomość: jest u tego czy tamtego przyjaciela. Wtedy to ona biegła na spotkanie, powierzywszy dzieci którejś z sąsiadek, aby spędzić z nim parę godzin zatrutych niepokojem, strachem, goryczą, że oto musi znowu go zostawić i znosić powolny upływ czasu bez żadnych wieści.
Bo Nicolás Carranza był peronistą. I musiał się ukrywać.
Dlatego, gdy przy okazji któregoś z jego ukradkowych powrotów jakiś smyk z sąsiedztwa wołał za nim: "Do widzenia, don Carranza!", on tylko przyspieszał kroku i nie odpowiadał. "Halo, don Carranza!", ścigała go dziecięca ciekawość.
Ale don Carranza - niska i masywna sylwetka w mroku - oddalał się już prędko gruntową drogą, zasłaniając twarz kołnierzem palta.
A teraz siedział w fotelu w jadalni i huśtał na kolanach dwuletnią Bertę Josefę, trzyletniego Carlosa Alberta i, być może, również czteroletniego Juana Nicolasa, bo jedno po drugim miał te swoje dzieci don Carranza - i huśtał je, i naśladował stukot pociągów, które obsługiwali tacy jak on, ludzie z tego kolejarskiego przedmieścia.
Potem rozmawiał ze swoją ulubienicą, Eleną, jak na jedenaście lat wysoką i smukłą, z wielkimi piwnymi oczyma; opowiedział jej coś z własnych przygód, doprawionych oczywiście na wesoło, i powypytywał ją o jej sprawy - z troską, ze strachem, z czułością, ponieważ, prawdę mówiąc, aż go ściskało w sercu za każdym razem, gdy na nią patrzył od czasu, kiedy trafiła za kratki.
Za kratki, choć brzmi to nieprawdopodobnie, trafiła na kilka godzin we Frías, w prowincji Santiago del Estero, 26 stycznia 1956 roku. Ojciec zostawił ją tam dzień wcześniej, u krewnych matki, korzystając z jednej ze swoich regularnych podróży północną linią kolejową Belgrano, na której pracował jako kelner; sam pojechał dalej. W miasteczku Simoca, w prowincji Tucumán, zatrzymany został pod zarzutem rozprowadzania ulotek, czego mu zresztą nigdy nie udowodniono.
Następnego dnia o ósmej rano policja zabrała Elenę z domu krewnych, przewiozła samą na komisariat i przesłuchiwała przez cztery godziny. Czy jej ojciec miał przy sobie ulotki? Czy był peronistą? Czy był przestępcą?
Wpadł w szał don Carranza, kiedy się dowiedział.
- Mnie niech robią, co chcą. Ale dziecku...
Ryczał i szlochał.
Uciekł im wtedy z Tucumanu.
I najpewniej wtedy w oczach tego człowieka o stanowczej, pogodnej twarzy, wcześniej tak wesołego, skłonnego do rozrywek i zaprzyjaźnionego z całą miejscową dzieciarnią, własną i cudzą, pojawił się niebezpieczny błysk.
Tamtego wieczoru, 9 czerwca, wspólnie zjedli kolację u siebie w robotniczej dzielnicy Boulogne. Potem on i Berta ułożyli dzieci do snu i zostali we dwoje.
Ona mówiła mu o swoich smutkach, swoich zmartwieniach. Czy kolej nie zabierze im domu, skoro on, Nicolás, nie chodzi do pracy i się ukrywa? To był porządny dom, murowany, z kwiatami w ogrodzie, wszyscy się w nim swobodnie mieścili, łącznie z dwiema dziewczynami z fabryki, którym wynajęła kącik, żeby podreperować finanse. Z czego miałaby żyć z dziećmi, gdyby jej zabrali ten dom?
Mówiła mu o swoich lękach. O tym wiecznym lęku, że kiedyś w końcu go złapią i pobiją gdzieś na komisariacie do zidiocenia. I jak zawsze błagała:
- Sam się zgłoś na policję. Jeśli sam się zgłosisz, Nicolás, to może cię nie pobiją. A z więzienia się wychodzi...
Nie chciał. Chronił się w zdaniach twardych, suchych, ostatecznych:
- Niczego nie ukradłem. Nikogo nie zabiłem. Nie jestem przestępcą.
Radyjko na komodzie nadawało jakąś lekką muzykę. Po dłuższym milczeniu Nicolás Carranza wstał, zdjął palto z wieszaka i powoli je włożył.
Spojrzała na niego z rezygnacją.
- Dokąd idziesz?
- Mam sprawy. Może wrócę jutro.
- Nie będziesz spał w domu...
- Nie. Tej nocy nie.
Wszedł do sypialni i ucałował dzieci jedno po drugim: Elenę, Maríę Evę, Juana Nicolasa, Carlosa Alberta, Bertę Josefę, Julię Renée. Potem pożegnał się z Bertą.
- Do jutra.
Pocałował ją, wyszedł na ulicę i skręcił na lewo. Przeciął ulicę B i już po kilku krokach zatrzymał się przed domem numer 32.
Zapukał do drzwi.
Pełen skłonnych do bitki chłopaków i raczej burzliwy ten dom Garibottich, w robotniczej dzielnicy Boulogne. Ojciec, Francisco, był pięknym mężczyzną: wysokim, muskularnym, o kwadratowej, energicznej twarzy i nieco wrogim wejrzeniu, z eleganckim sumiastym wąsem.
Matka też piękna kobieta, choć o rysach twardych i plebejskich. Wysoka, zdecydowana, ździebko wzgardliwe usta, pozbawione uśmiechu oczy.
Dzieci również sześcioro, jak u Carranzów, ale tu podobieństwa się kończą. Pięciu najstarszych to chłopcy, od Juana Carlosa, który wkrótce skończy lat osiemnaście, do jedenastoletniego Norberta.
Dziewięcioletnia Delia Beatriz trochę łagodzi tę czysto męską atmosferę. Jest ciemna, z grzywką i roześmianymi oczyma - ojciec przy niej mięknie. Zdjęcie za szkłem ukazuje ją w białym fartuszku, przy szkolnej tablicy.
Cała rodzina ma swoje wizerunki na ścianach. Przyklejone do dużego kartonu i otoczone ramką żółkną stare migawki z Franciskiem i Florindą - są na nich młodzi i śmieją się gdzieś w parku - legitymacyjne zdjęcia ojca i dzieciaków, a nawet pojedyncze twarze dalszych krewnych i przyjaciół. I tutaj obowiązkowo zawitali, jak do Carranzów, tak zwani portreciści, zostawiając po sobie, w podwójnej ramce z wypukłym szkiełkiem, obfitość błękitów i złocistości - rzekome podobizny dwóch spośród chłopców, nie zgadniemy których.
Te dekoracyjne czy też wspominkowe zapędy wieńczy nieodzowna litografia z Gardelem: wyraźna czarna sylwetka, twarz w dużej części zasłonięta kapeluszem, stopa wsparta o krzesło, dłoń na strunach gitary.
Ale to czysty dom, nie byle jaki, dyskretnie umeblowany - dom, w którym robotnik może mieszkać wygodnie. A "firma" bierze od nich za wynajem mniej niż sto peso.
Może dlatego Francisco Garibotti nie chce się pakować w kłopoty. Wie, że w związku zawodowym sprawy idą źle - wojskowe kontrole, aresztowania towarzyszy - ale wszystko to kiedyś się skończy. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać.
Trzydzieści osiem lat ma Garibotti, szesnaście spędził na służbie w Kolejach Belgrano. Teraz pracuje na odcinku podmiejskim.
Tamtego popołudnia skończył pracę koło piątej i od razu wrócił do domu.
Jego ulubiony syn to chyba ten drugi w kolejności. Imię dostał po nim: Francisco, dalej Osmar. Szesnaście lat już ma ten chłopak o poważnym spojrzeniu, niedługo i on zatrudni się na kolei.
Łączy ich dobra, koleżeńska relacja. Ojciec lubi grać na gitarze, a młody śpiewa. Właśnie to robią tamtego popołudnia.
W czerwcu szybko zmierzcha, jest środek zimy. Ani się obejrzą, a na dworze noc. Matka nakrywa stół do kolacji. Na kuchni bulgoce rondel.
Akurat kończy jeść Francisco Garibotti - stek z jajkami sadzonymi zjadł tamtego wieczoru - kiedy ktoś puka do drzwi.
To don Carranza.
Co tu robi Nicolás Carranza?
- Przyszedł mi go zabrać. Żeby mi go oddali martwego - wspomni wrogo Florinda Allende.
Dwaj mężczyźni chwilę rozmawiają. Florinda wycofała się do kuchni. Przeczuwa, że mężowi zachciało się wyjść dokądś tego sobotniego wieczoru, i zamierza mu się postawić, ale w swoim królestwie, nie przy sąsiedzie.
Wkrótce pojawia się Francisco.
- Muszę wyjść - mówi, unikając jej wzroku.
- Wybieraliśmy się do kina - przypomina mu ona.
- Tak, to prawda. Może zdążymy później.
- Umawiałeś się ze mną.
- Zaraz wrócę. Coś załatwię i wrócę.
- Nie wiem, co takiego miałbyś teraz załatwiać.
- Później ci wyjaśnię. Prawdę mówiąc - dodaje Francisco, uprzedzając kolejną wymówkę - mnie też trochę męczy ten... Z tymi swoimi sprawami...
- Nie powiedziałabym.
- Słuchaj, ostatni raz idę mu na rękę. Zaczekaj moment.
I jakby chciał potwierdzić, że wychodzi tylko na chwilę, że naprawdę chce wrócić piorunem, jeszcze od progu, wkładając palto, woła:
- Gdyby zajrzał Vivas, powiedz mu, żeby zaczekał. Że coś załatwię i wrócę.
Przyjaciele wychodzą. Idą kilka przecznic długą ulicą Guayaquil, skręcają w prawo, w stronę dworca. Tam wsiadają w pierwszy podmiejski pociąg do stacji Florida. To zaledwie kilka minut jazdy.
Nie ma żadnych świadków ich rozmowy. Możemy jedynie zgadywać, czego dotyczy. Niewykluczone, że Garibotti doradza przyjacielowi to samo co Berta Figueroa: żeby zgłosił się na policję. Niewykluczone, że Carranza natomiast prosi o coś na wypadek, gdyby go przez jakiś czas zabrakło. Może wie o zbliżającym się przewrocie i o nim wspomina. A może mówi tylko:
- Wpadniemy do znajomego posłuchać radia. Będą ciekawe wiadomości...
W grę wchodzą również bardziej niewinne wytłumaczenia. Partyjka kart lub przewidziana na później radiowa transmisja walki Laussego. Pewnie wszystko po trosze. Nie ulega wątpliwości, że Garibotti opuścił dom niechętnie i chce szybko wrócić. Jeśli potem tego nie robi, to znaczy, że w towarzystwie innych ogarnęła go ciekawość albo inercja. Nie ma przy sobie broni i w żadnym momencie mieć jej nie będzie.
Także Carranza jest nieuzbrojony. Pozwoli się aresztować, nie stawiając oporu. Pozwoli się zabić jak dziecko, bez cienia buntu. Daremnie prosząc o litość aż do końcowego strzału.
Wysiadają na stacji Florida. Skręcają w prawo i przechodzą przez tory. Idą sześć przecznic ulicą Hipólita Yrigoyena. Przecinają Franklina. Zatrzymują się - Carranza się zatrzymuje - przed dwiema pomalowanymi na błękitno drewnianymi furtkami prowadzącymi do tego samego ogródka.
Wchodzą przez tę po prawej. Idą wąskim przejściem. Pukają do drzwi.
O Garibottim nie pojawią się więcej żadne potwierdzone informacje. Nim przed ostateczną ciszą pojawią się jakiekolwiek o Carranzie, upłynie wiele godzin.
I stanie się wiele rzeczy nie do zrozumienia.
Kontakt:
artrage@artrage.pl
Cymelia - seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.
W serii ukazały się dotychczas:
Henry Roth, Nazwij to snem, tłum. Wacław Niepokólczycki Kay Dick, Oni, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa Juan Emar, Wczoraj, tłum. Katarzyna Okrasko Pierre Boulle, Planeta małp, tłum. Agata Kozak Marlen Haushofer, Ściana, tłum. Małgorzata Gralińska Dashiell Hammett, Sokół maltański, tłum. Tomasz S. Gałązka Walter Kempowski, Wszystko na darmo, tłum. Małgorzata Gralińska Dola de Jong, Strażniczka domu, tłum. Jerzy Koch Torgny Lindgren, Legendy, tłum. Tomasz Feliks Jacqueline Harpman, Ja, która nie poznałam mężczyzn, tłum. Katarzyna Marczewska Kjell Askildsen, Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak Jens Bj?rneboe, Chwila wolności, tłum. Karolina Drozdowska Thomas Pynchon, 49 idzie pod młotek, tłum. Piotr Siemion Italo Svevo, Zeno Cosini, tłum. Zofia Ernstowa Juan José Saer, Pasierb, tłum. Barbara Jaroszuk Kingsley Amis, Alteracja, tłum. Przemysław Znaniecki Torgny Lindgren, Przepis doskonały, tłum. Dawid Jabłoński Robert W. Chambers, Król w Żółci, tłum. Tomasz S. Gałązka Pierre Boulle, Most na rzece Kwai, tłum. Jacek Giszczak Leonard Gardner, Fat City, tłum. Tomasz Antosiewicz Halldór Laxness, Dzwon Islandii, tłum. Jacek Godek Anna Kavan, Lód, tłum. Agata Ostrowska María Luisa Bombal, Spowita całunem, tłum. Mateusz Lamch Etienne Leroux, Siedem dni u Silbersteinów, tłum. Jerzy Koch Aleksandar Tišma, Kapo, tłum. Magdalena Petryńska Sven Holm, Termush, tłum. Iwona Zimnicka Walter Kempowski, Prima sort, tłum. Małgorzata Gralińska Thomas Pynchon, Tęcza grawitacji, tłum. Robert Sudół Jacqueline Harpman, Orlanda, tłum. Katarzyna Marczewska Adam Wiśniewski-Snerg, Robot Marlen Haushofer, Zabijemy Stellę / Piąty rok, tłum. Małgorzata Gralińska Torgny Lindgren, Biblia Dorégo, tłum. Dawid Jabłoński Russell Hoban, Riddley Walker, tłum. Piotr Siemion Halldór Laxness, Zuchwaliada, tłum. Jacek Godek J. G. Ballard, Wystawa okropności, tłum. Maciej Płaza Bea Vianen, Surinamie, to ja, tłum. Alicja Oczko Jens Bjorneboe, Prochownia, tłum. Karolina Drozdowska Angelica Gorodischer, Cesarstwo, którego nie było, tłum. Tomasz Pindel