Zatrzymać natarcie!
Przytłumiony łoskot detonacji zaskoczył kolumny na wąskiej szosie w środku leśnego kompleksu. Wysmukłe świerki i sosny ograniczały
widoczność. Zanim Niemcy zorientowali się, skąd zagraża
niebezpieczeństwo, z góry runął grad bomb. Tuż nad koronami młodniaka,
szorując nieomal wiotkie gałęzie, przemknął jak błyskawica klucz
Blenheimów. Z boku, w strumieniu jaskrawego światła spływał drugi,
skierowany wprost na pancerne wozy zwiadu.
W słuchawkach skrzyżowały się jakieś okrzyki i przekleństwa, przerwane
ostrzeżeniem dowódcy:
- Achtung, Fliegeralarm!1
Seria wybuchów zagłuszyła dalszy odbiór. Rozdygotana ziemia trysnęła
słupami ognia i dymu. Pchnięcia orkanu przewracały ludzi. Każdy ratował
się na własną rękę. Oszołomienie i strach przed śmiercią paraliżowały
sprawność ruchów. Na szosie w mgnieniu oka powstało jedno wielkie
kłębowisko.
Czołgi, gwałtownymi skrętami, wydzierając płaty roztopionego słońcem
asfaltu, umykały z drogi w las. Pod uderzeniami stalowych taranów jak
krucha trzcina pękały pnie drzew. Wozy z czarnymi krzyżami na wieżach
gnały na złamanie karku, wyrąbując swym ciężarem głębokie przesieki.
Zwiadowcy porzucili pojazdy. Droga od czoła zablokowana już była
płonącymi samochodami ze szpicy, przeorana świeżymi lejami, dymiącymi
jak nieostygłe kratery. Żołnierze gromadą uciekali od tego piekła,
szukając na chybił trafił ratunku w kępach krzewów i miękkim poszyciu.
Nikt nie strzelał, nikt nie słuchał miotających się bezradnie oficerów,
podejmujących rozpaczliwe próby, by uchwycić w karby chaos, który
znienacka przemieszał wszystkie kompanie i plutony.
Nagły atak z powietrza przydusił ludzi do ziemi. Załogi bombowców
wykorzystały dogodny moment: zmotoryzowana kolumna na szosie
przecinającej las to dla lotników rzadka okazja. Zorientowali się od
razu i bez wahania znurkowali pod ostrym kątem w dół. Pierwsze bomby
zatrzymały Niemców. Potem była już tylko gra do jednej bramki.
Blenheimy, rozzuchwalone paniką, jaka zapanowała w lesie, jeden po
drugim zwijały się w głębokich skrętach, strzelając z każdej pozycji
długimi seriami sprzężonych kaemów.
Od tego ognia w kilku miejscach zapaliły się drzewa. Z trafionego
samochodu na końcu kolumny skoczyły w niebo rozprute beczki z benzyną.
Gejzer ognia rozlał się szeroko, zżerając momentalnie puszystą trawę w przydrożnych rowach. Fala rozgrzanego powietrza uderzyła w twarze. Dym
oślepiał biegających w popłochu żołnierzy, rwał trzewia gęstym odorem
spalenizny. Zewsząd rozlegały się krzyki rannych i poparzonych. Uciszyli
się tylko na chwilę, gdy gdzieś z tyłu, spomiędzy ostatnich wozów
kolumny, strzelił w górę ogromny grzyb ognia. Echo potężnej eksplozji
przewaliło się jak grzmot stu piorunów. To wóz amunicyjny, wyładowany po
brzegi przeciwpancernymi granatami, odezwał się pogrzebowym salutem.
Dosięgła go ostatnia seria z Blenheima, który zakończył nalot.
Żołnierze podnosili się nieufnie ze swych mizernych kryjówek,
spoglądając raz po raz w zamglone niebo. Jeszcze byli rozdygotani
atakiem bombowców; głos dowódców docierał do nich jak z innego świata.
Spoglądali tępym wzrokiem na potrzaskane drzewa, na dopalające się
samochody i przewrócone motocykle.
- Powstań! Zbiórka na szosie! - wykrzykiwali podoficerowie, zgarniając w pośpiechu swoje drużyny i sekcje. - Ratować ludzi i sprzęt, zaraz
ruszamy!
Niełatwo było jednak uporządkować rozbitą kolumnę i pchnąć ją do przodu
po zdewastowanej drodze. Terenowe wozy ugrzęzły w kałużach spalonej,
lepkiej smoły. Lawirowanie pośród wyrwanych bombami dołów i zniszczonego
sprzętu, pokonywanie rowów wymagało od kierowców nie lada zręczności.
Trzeba było korzystać z pomocy czołgów i lin holowniczych. W zbiornikach
pojazdów pozostało już niewiele benzyny. Cały zapas wieziony w plutonie
zaopatrzenia wyleciał w powietrze. Dodatkowym ciężarem byli ranni...
Major Dühring, dowódca batalionu rozpoznawczego 1 Dywizji Pancernej,
wielkimi krokami przemierzał skraj szosy, spoglądając spode łba na ten
bałagan. Jego ponaglenia nie odnosiły skutku. Sam zresztą widział, że
utknęli na dobre, wtłoczeni na kilometrowym odcinku pomiędzy ściany
lasu, całkowicie pozbawieni swobody ruchu.
- Kurt! - zwrócił się nagle do swego adiutanta, młodego leutnanta w czarnym mundurze wojsk pancernych. - Wracamy do wozu sztabowego. Nie
wiem, czy do wieczora wygrzebiemy się z tego świństwa. Muszę złożyć
meldunek. Przygotuj dane o stratach.
- Jawohl, Herr Major! Zaraz napiszę raport.
Radiotelegrafista przez parę minut nie mógł uzyskać połączenia z generałem Kirchnerem, dowódcą 1 dywizji pancernej, który zatrzymał się
kilkanaście kilometrów w tyle, razem z brygadą czołgów. Fala przeciążona
była strzępami różnych rozmów - niemieckich, francuskich i angielskich.
W gąszczu kryptonimów, haseł wywoławczych i zakodowanych rozkazów,
zginął sygnał odbioru sztabu dywizji. Major odetchnął z ulgą, gdy
wreszcie zdenerwowany łącznościowiec podał mu mikrofon i słuchawki.
- Anton, tu Dora - zaczął nieco zmienionym głosem. - Jestem w kwadracie
osiemnaście, lewy skraj. Przygotowuję się do dalszego marszu...
- Was? Ich verstehe nicht!2 - przerwał zniecierpliwiony
generał. W membranie aż trzeszczało od krzyku. - Co to znaczy
przygotowuję się?! Mów pan otwartym tekstem. O godzinie szesnastej
batalion miał rozpoznać Montreuil. Czy pan śpi po drodze, do wszystkich
diabłów!
Speszony radiotelegrafista, domyślając się poważniejszej awantury,
przezornie czmychnął z wozu. Major zatrzasnął za nim pancerną pokrywę
włazu.
- Herr General, miałem kłopoty na trasie - Dühring ostrożnie dobierał
słowa. - Niespodziewany atak bombowców...
- Bzdura! Skąd samoloty? Na naszym kierunku Luftwaffe całkowicie
oczyściła niebo. Co pan wygaduje?!
- Niestety, zmuszony jestem zameldować, że zaatakowały nas Blenheimy z RAF. Własnych myśliwców nie widzieliśmy w tym czasie. Batalion poniósł
straty.
- Jakie? - generał hamował ogarniającą go złość.
- Jedenastu zabitych, dwudziestu trzech rannych, dwanaście samochodów...
- Donnerwetter! To skandal! Gdzie podziały się Messerschmitty generała
Loerzera? Natychmiast zawiadomię Guderiana. Nie możemy walczyć w takich
warunkach! Dühring - dowódca dywizji zastanowił się - jak z paliwem i amunicją?
- Źle, panie generale. Straciliśmy cały zapas marszowy. Pozostała tylko
benzyna w zbiornikach. Brakuje nam pocisków do armat czołgowych i przeciwpancernych. Tego, co jest, wystarczy zaledwie do słabych działań
nękających.
W słuchawkach zaległa cisza. Major Dühring podświadomie wstrzymał
oddech. Czuł, że Kirchner na gorąco rozważa decyzję.
- W nocy podrzucę wam zaopatrzenie - odezwał się wreszcie generał. -
Niech pan zatrzyma batalion na biwaku na skraju lasu w kwadracie
jeden-cztery i obserwuje szosę w kierunku północnym. Pod Montreuil
wysłać natychmiast dwa plutony czołgów z osłoną motocyklistów. Jeszcze
dzisiaj muszę wiedzieć, kto siedzi w tej dziurze. Rano podciągniemy
główne siły dywizji i ruszamy do ostatecznego uderzenia. Cel: Dunkierka!
Czy pan mnie słyszy?
- Jawohl, Herr General! Bardzo dobrze.
- Dühring, jeszcze jedna sprawa...
- Tak?
- Jak batalion zachował się podczas bombardowania?
Major zawahał się. W oczach tkwił mu jeszcze ogarnięty paniką tłum
żołnierzy, którzy rozbiegli się po lesie pozostawiając na pastwę losu
cały tabor zmotoryzowany. Jego rozkazy były wołaniem Robinsona na pustej
wyspie. Sam w końcu zaszył się z adiutantem pod dnem samochodu
pancernego, który z rozpędu wtoczył się na koronę przewróconej sosny. Z tego "stanowiska dowodzenia", podrzucany boleśnie wybuchami bomb
niewiele mógł zdziałać. Gryzł palce z wściekłości, obiecując sobie
solennie, że zaraz po nalocie poukręca łby wszystkim tchórzom, którzy w chwili ciężkiej próby zapomnieli o bojowych tradycjach jego batalionu.
Obietnicy nie dotrzymał - przejmujący krzyk rannych odebrał mu do reszty
jakąkolwiek ochotę do besztania żołnierzy. Gdy skończył się nalot,
major, otrzepując mundur z warstwy kurzu, zdobył się tylko na uwagę, że
ta wojna mimo wszystko przestaje być ciekawą awanturą. Omal nie
powtórzył jej znowu, wytrącony z zadumy głosem generała:
- Dühring, co się z panem dzieje? Czemu pan milczy?!
Major zrozumiał popełniony nietakt.
- Batalion zasługuje w całości na pochwałę - wyrecytował pośpiesznie, z przekonaniem w głosie. - Mogę polegać na swoich żołnierzach w najtrudniejszych sytuacjach.
- Gratuluję! Heil Hitler!
Delikatny trzask w słuchawkach oznaczał, że generał wyłączył
radiostację. Major dotknął rozpalonym czołem chłodnej stali wieży. Czuł,
jakby jakiś dzwon rozsadzał mu czaszkę. Brak snu albo nadmiar mocnych
wrażeń - próbował sobie wytłumaczyć, wychodząc na sztywnych nogach z ciasnego samochodu. Rozmowa z dowódcą dywizji pozostawiła uczucie
niesmaku. A jednak ktoś z nas jest zwykłym durniem - pomyślał nie bez
satysfakcji.
Po dwóch godzinach, zgodnie z rozkazem generała Kirchnera, batalion
rozpoznawczy wygrzebał się z pechowego miejsca i powoli, spychając do
rowów bezpańskie samochody i furmanki, ruszył na północ.
W połowie drogi między Boisle a Montreuil, już na skraju masywu leśnego,
kolumna rozczłonkowała się. Do przodu wyskoczyły z łoskotem gąsienic
czołgi, poprzedzielane sekcjami motocyklistów z erkaemami. Reszta
pojazdów rozwinęła się wachlarzem, zajmując stanowiska pomiędzy
drzewami, tuż przed podmokłą łąką, opadającą schodami ku północy.
Roztaczał się stąd widok na szeroką panoramę żyznych flandryjskich pól.
W zachodzącym słońcu lśniły żywym srebrem nitki kanałów, w szkłach
zeissowskich lornetek pęczniały strojne, wykąpane ciepłym deszczem sady,
a wśród nich, blisko siebie, czerwieniały dachy zasobnych wsi. Wojna nie
zdążyła się jeszcze rozgościć w tych stronach. Gdzieniegdzie tylko
dogorywały pogorzeliska, leżały powalone drzewa i słupy telegraficzne, a kilkanaście kilometrów dalej w stronę kanału La Manche, dokładnie na osi
marszu czołgów, stał nieruchomo w powietrzu ciemny słup dymu, do
złudzenia przypominający deszczową chmurę. To płonęły zbiorniki ropy w Montreuil, podpalone bombami Stukasów, od kilku dni bez przerwy
grasujących w tym rejonie.
Major Dühring osobiście sprawdził rozmieszczenie stanowisk batalionu.
Tym razem mogli się nie obawiać ataku z powietrza: wszystkie pojazdy i naprędce przygotowane okopy były dobrze zamaskowane. Obsługi karabinów
maszynowych otrzymały kategoryczny rozkaz strzelania do samolotów.
Zbliżała się noc - dodatkowy czynnik bezpieczeństwa. O tej porze
taktyczne lotnictwo aliantów nie opuszczało swych polowych baz.
- Herr Major - odezwał się adiutant, gdy Dühring powrócił do wozu
sztabowego, zadowolony z przeglądu swoich pododdziałów. - Jest meldunek
z Montreuil.
- Od dowódcy patrolu rozpoznawczego?
- Tak. Są już w mieście. Po krótkiej walce zdołali przepędzić jakąś
zbieraninę rozbitków z kilku różnych pułków. Rano możemy ruszać, droga
wolna...
- Do stacji końcowej - przerwał major.
Obydwaj uśmiechnęli się znacząco. W pamięci tkwił im fragment gry
wojennej, prowadzonej wiosną tego roku w Koblencji. Tam po raz pierwszy
generał Heinz Guderian, gorący entuzjasta hazardowych działań wojsk
szybkich, uzasadniając motywy i plan uderzenia na Francję, rzucił hasło:
"Stacja końcowa - kanał La Manche!" Wśród zebranych wówczas oficerów
sztabowych i liniowych przeszedł szmer niekłamanego zdziwienia. Guderian
zaimponował im rozmachem i nadzwyczaj krótkimi terminami przeprowadzenia
tej decydującej operacji. Już w samym założeniu kryła ona ogromne
ryzyko, ale jej autorem był przecież generał Manstein, tęga głowa wśród
sztabowców Wehrmachtu. Jego zdolność przewidywania już w latach
międzywojennych wzbudzała szacunek w OKW. Manstein odrzucił stary plan
Schlieffena z 1914 roku, który przewidywał rozwinięcie uderzenia na
Francję przez obszar Holandii i Belgii na szerokim północnym skrzydle.
Zaproponował inne rozwiązanie, tchnące urokiem nowości. Ponieważ linia
Maginota pomiędzy Montmedy a Sedanem przechodziła w system mniej
rozbudowanych umocnień, znacznie łatwiejszych do przełamania, wysunął
śmiały wariant uderzenia na Francję poprzez Luksemburg i Ardeny na
południowym skraju Belgii. Ześrodkowane na tym kierunku siły pancerne po
sforsowaniu Mozy uzyskiwały pełną swobodę operacyjną. Korzystając z niej
mogły albo ruszyć wprost na Paryż i głębiej na południe Francji albo -
co gorliwie popierał Guderian - skręcić ostrym klinem na północ i osiągnąć brzeg kanału La Manche, odcinając tym manewrem najbardziej
wartościowe siły francuskie, brytyjskie i belgijskie, zgromadzone na
obszarze całej Flandrii. Likwidacja tych sił nieomal automatycznie
odwracała losy wojny na zachodzie. Dla sztabowców z OKW było rzeczą
oczywistą, że po rozbiciu flandryjskiego zgrupowania nie tylko Francja
stanie na progu katastrofy. Groźne niebezpieczeństwo zawiśnie także nad
Wielką Brytanią, która po stracie swego korpusu ekspedycyjnego - łącznie
14 dywizji piechoty razem z artylerią różnych kalibrów, lekkimi
czołgami, poważnie rozbudowanymi służbami tyłowymi, wszystko
zmotoryzowane i świetnie wyekwipowane - nie zdoła szybko otrząsnąć się i sformować w dostatecznie krótkim terminie nowych jednostek do obrony
własnego terytorium na wypadek inwazji. Opanowanie flandryjskiego worka
było więc kluczem do przełomowego zwycięstwa Niemiec na
zachodnioeuropejskim teatrze wojny.
Major Dühring, przyzwyczajony od lat do skrupulatnej analizy działań,
zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. Gdy dowódca dywizji podziękował
mu za najświeższy meldunek o położeniu na przedpolu ogarnęła go nagle
szczera duma. Po prostu zrozumiał, że mimo doznanego szoku po nalocie i kłopotliwego zahamowania marszu on sam i jego batalion mogą śmiałym
uderzeniem przyspieszyć chwilę ostatecznego triumfu III Rzeszy. To było
przyjemne uczucie. W takiej godzinie "tworzenia historii" zapomina się o zmęczeniu i dokuczliwych niewygodach polowego życia.
Zamyślony sięgnął po papierosa. Dym odstraszał roje komarów, natrętnie
brzęczących nad głową. W lesie panowała cisza, przerywana od czasu do
czasu głuchymi detonacjami gdzieś na północy. Atmosfera spokoju, rzadki
luksus na wojnie, mimo woli skłaniała do zadumy. Major przypomniał sobie
wydarzenia z ostatnich dni. Spiętrzały się. Następowały jedne po drugich
w szalonym tempie, biegły wraz z setkami kilometrów, przejechanych w skwarze wyjątkowo pogodnej wiosny.
Zaledwie dwa tygodnie temu, 10 maja 1940 roku batalion rozpoznawczy 1
Dywizji Pancernej zajął skrycie podstawy wyjściowe nad granicą
Luksemburga, w pobliżu miejscowości Wallendorf. Był wczesny świt,
chłodny i przesiąknięty wilgocią. Po bezbarwnym, osieroconym niebie
ciągnęły z krzykiem spłoszone wrony. W stratowanym olszynowym lasku
stały ciasno jeden obok drugiego czołgi, za nimi w długim szeregu
przykryte zielenią wozy zmotoryzowanych piechurów. Zwiadowcy w impregnowanych płaszczach pchali swoje motocykle, grzęznące po osie w sypkim piachu...
Cała dywizja czaiła się do natarcia. Wszyscy czekali na rozkaz, który
miał otworzyć drogę do nowych sukcesów. Czas, jak zawsze w takiej
chwili, dłużył się niemiłosiernie. Wreszcie o godzinie 5.35 w słuchawkach rozległ się chrapliwy głos generała Kirchnerą. Krótkie
"Achtung!" poderwało oficerów. Spodziewali się, że zaraz usłyszą
komendę "atakować", ale dowódca dywizji, świadomy swej wielkiej roli,
odczekał jeszcze parę sekund i cicho powiedział:
- Marschieren, Ziel erkannt! 3
Ruszyli. Donośny grzmot silników przeciął poranną ciszę. Lekkie czołgi
PzKw-II skoczyły do przodu w błękitnym dymie spalin. Po wyżłobionych
koleinach, wznosząc gęstą kurzawę, jechały motocykle. Zwiadowcy
ostrzeliwali krótkimi seriami Schmeisserów najbliższe domy po drugiej
stronie milczącej granicy. Nikt im nie odpowiadał, nigdzie nie zauważyli
śladu żołnierza. Wyczyszczone do połysku miasteczka Luksemburga witały
rozpędzony strumień pancernych wozów zastygłym zdumieniem.
Jeszcze tego dnia w południe niezatrzymywany przez nikogo batalion
przekroczył granicę Belgii i połączył się z walczącymi tam w odosobnieniu pododdziałami pułku piechoty "Gross-Deutschland", które
przerzucono na tyły Belgów desantem powietrznym. Strzelcy wiwatowali na
widok nadciągających czołgów. Odcięci ze wszystkich stron, nękani ogniem
artylerii, nie czuli się zbyt pewnie na obcej ziemi.
Natarcie nabierało rozmachu.
Manstein miał rację. Grupa Armii "A" generała pułkownika von Rundstedta,
dysponująca w pierwszym rzucie dywizjami 12 Armii generała Lista i 16
Armii generała Buscha, trafiła na słabe miejsce. Grotem uderzeniowym
tych sił był XIX Korpus Pancerny generała Guderiana - potężny związek
operacyjny, który jak wezbrana rzeka przelewał się przez chaotycznie
bronione pozycje Belgów i Francuzów, gasząc po drodze wszystkie ogniska
oporu. Przewaga Niemców na tym kierunku - na szlaku przejść w Ardenach,
aż po Sedan - była miażdżąca. Na wąskim pasie biegnących obok siebie i krzyżujących się dróg, a często na przełaj, rwały wozy bojowe 2 Dywizji
Pancernej generała Veiela i 10 Dywizji generała Schaala. W centrum tego
ugrupowania, wtłoczone na jedną oś marszu, posuwały się długim wężem
czołgi 1 Dywizji Pancernej. Na ich czele, w awangardzie głównych sił,
jechał batalion Dühringa.
Major bezwiednie rozłożył mapę na wspomnienie tego rajdu przez
belgijskie miasteczka, płonące, zasypane gruzem zbombardowanych domów,
zatłoczone przez oszalały z trwogi tłum uciekinierów, których spędzano z dróg ogniem broni maszynowej. Nikt nie odczuwał wówczas żadnych wyrzutów
sumienia z powodu tej masakry. W ubiegłym roku we wrześniu robili to
samo w Polsce.
Po trzech dniach morderczej jazdy, w piekielnym braku powietrza, byli
już we Francji. Krajobraz nie zmienił się, gdy sforsowali rozlewisko
Mozy, atakowani zajadle przez eskadry bombowców. Na podejściach do rzeki
spłonęło kilka czołgów. Z rozerwanego mostu pontonowego runęło do wody
parę samochodów. Padli zabici i ranni, ale Dühring wzruszył ramionami,
gdy zameldowano mu o stratach. "No i co - burknął rozdrażniony widokiem
smętnie nastrojonych żołnierzy. - To jest wojną, nie turystyczna
wycieczka!"
Na zachodnim brzegu po raz pierwszy zobaczyli francuskie umocnienia
polowe z okresu drôle de guerre - dziwnej wojny, podczas której
przeciwnicy częściej obrzucali się ulotkami i groźbami niż
artyleryjskimi granatami. Te czasy skończyły się nieodwracalnie. W opuszczonych rowach strzeleckich rdzewiało tysiące puszek po konserwach,
leżały sękate kije, rzeźbione na wzór marszałkowskiej buławy,
pochłaniacze do masek przeciwgazowych i hełmy wypełnione brudną wodą. W zalanych schronach żaby urządziły sobie festiwal. Ściany solidnych
umocnień bawiły wzrok kolorowymi zdjęciami kabaretowych dziewczyn,
starannie powycinanych z ilustrowanego magazynu "La Vie Parisienne". Nie
brakowało widać fantazji tym młodym chłopcom, których mobilizacyjny
rozkaz generała Gamelina wessał w monotonną nudę okopowego życia. Przez
prawie dziewięć miesięcy tkwili bezczynnie na pozycjach z góry skazanych
na zagładę. Lawina czołgów wynurzających się z porannej mgły spadła na
nich tak nagle, że wielu nie zdążyło oddać nawet jednego strzału.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki