Rozdział II. Tajne przez poufne
Rozdział II
Tajne przez poufne
Było niedzielne popołudnie. Siedziałem na kanapie i oglądałem kreskówki.
Zwinięty w kłębek kot spał na moich kolanach. Gdy uniosłem się, żeby
sięgnąć po butelkę coli, obudził się. Leniwie otworzył oczy, przeciągnął
się i spojrzał na zegarek.
- O, mysza noga - zdenerwował się. - O mało nie zaspałem. Stasiu,
przełącz na Eurosport - zażądał. - Już się zaczęła Formuła 1. Muszę
zobaczyć, jak idzie Kubicy.
Nie miałem wyboru. Był zapalonym kibicem wyścigów. Sięgnąłem po pilota i zmieniłem kanał. Na ekranie pojawiły się pędzące bolidy.
- Nieźle - ocenił kot. - Kubica trzeci, ale może być lepiej. No, dawaj
do przodu! - krzyczał do telewizora. - Dorwij Hamiltona!
Zdziwiliście się pewnie: co to za kot, który nie dość, że gada, to
jeszcze pasjonuje się wyścigami. Jeśli tak, to znaczy, że nigdy nie
czytaliście o żadnej z moich przygód. No dobra, wyjaśnię w kilku
zdaniach, o co chodzi. Tych, co mnie znają, proszę o wybaczenie i obiecuję: żadnych rozwlekłych wspomnień. Ja jestem Staś, niedawno
skończyłem osiem lat. Mam strasznie fajną rodzinę. Tata Maurycy jest
archeologiem. Ciągle jeździ po świecie, żeby szukać śladów dawnych
cywilizacji. Jest w tym naprawdę dobry, podczas każdej z wypraw coś
znajduje. Gazety nazywają jego znaleziska skarbami. I zawsze są z tego
kłopoty. Kiedy tata znajduje skarb, pojawiają się złodzieje, którzy
natychmiast chcą go podwędzić. Oni kradną skarby znalezione przez tatę,
my je odzyskujemy, i tak się toczy nasze życie. Parę tygodni temu tata
wrócił z kolejnej wyprawy, tym razem z Chin. Tam też los mu sprzyjał:
dokonał niezwykłego odkrycia. Na szczęście jego znalezisko pozostało w muzeum w Szanghaju i to już nie nasze zmartwienie, czy jacyś złodzieje
będą chcieli je ukraść, czy nie. Tylko nie myślcie, że przygody ze
skarbami znalezionymi przez tatę mi się nie podobają. Wręcz przeciwnie,
uwielbiam je, tylko teraz mam inne, ważniejsze zajęcia. Spotykam się z fantastyczną dziewczyną, Weroniką. Jeszcze nie chodzimy ze sobą, ale
udało mi się kilka razy zaprosić ją na lody. No dobrze, ale miałem wam
opowiedzieć o kocie. Jego też odkrył mój tata, ale nie podczas
wykopalisk, tylko w piaskownicy na naszym podwórku. Gdy tata zobaczył
kota, zrobiło mu się go żal, bo był taki samotny. I przyniósł go do
domu, żeby zamieszkał z nami. Nie spodobało się to mojej mamie, Julii.
Na szczęście razem z tatą i bratem Michałem przekonaliśmy ją, że kot
powinien zostać z nami. Kot ma niesamowity życiorys. Urodził się w Sienie, we Włoszech. Jego ojciec był kotem rektora uniwersytetu. Całą
młodość spędził w salach wykładowych. Było w nich chłodniej i przyjemniej niż na nasłonecznionym dziedzińcu. Szczególnie upodobał
sobie budynek filologii. Tam nauczył się posługiwać kilkoma językami.
Nagłe wydarzenia, o których wam opowiadałem w poprzedniej książce,
zmusiły go jednak do natychmiastowego wyjazdu. Prawdę mówiąc, wplątał
się w takie kłopoty, że musiał zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Tata go
znalazł i zamieszkał z nami. Kot okazał się fantastycznym kumplem. Wiele
razy pomógł nam wydostać się z tarapatów. I to dzięki niemu udało nam
się rozwiązać zagadkę kradzieży figurek faraona. A teraz siedział sobie
przed telewizorem i oglądał Formułę 1.
Do pokoju wszedł mój brat Michał i jego dziewczyna Natalia.
- Cześć, Staś, cześć, kot.
Kot nie odpowiedział, wpatrywał się w ekran. Kiwnął tylko głową i przyłożył łapę do pyszczka, prosząc, żeby mu nie przeszkadzano.
- Kto wygrywa? - zainteresował się Michał.
- Pierwszy Massa, za nim Hamilton, trzeci Kubica - zreferował sytuację
na torze kot.
- Nieźle - ucieszył się Michał. - Wiecie, że dziś na obiad przychodzi
wujek Kuba z Antkiem?
- Cicho - warknął wpatrzony w ekran kot. - Jak chcecie gadać, to idźcie
gdzie indziej.
Zgodnie z jego życzeniem przeszliśmy do kuchni.
- Ciekawe, że wujek znalazł czas na wizytę u nas - zdziwiłem się. -
Wczoraj z nim rozmawiałem i twierdził, że jest okrutnie zajęty i że doba
jest dla niego o czterdzieści osiem godzin za krótka.
Wujek Kuba to ojciec mojego najlepszego kumpla Antka i brat mojej mamy.
Jest adwokatem - podobno najlepszym w mieście. Bardzo go lubię, więc
żałowałem, że mnie nie będzie, kiedy przyjdzie. Byłem umówiony z Weroniką.
- Chyba ma jakiś interes - spekulował Michał. - To chyba coś bardzo
ważnego, skoro prosił, żebyśmy wszyscy byli w domu.
- Mówił, o co chodzi? - dopytywałem się.
- Nie - odparł Michał. - Był bardzo tajemniczy. Sam jestem ciekaw, co
się stało...
Komu jak komu, ale wujkowi Kubie się nie odmawia. Sytuacja była
wyjątkowa. Zadzwoniłem do Weroniki, zaproponowałem zmianę planów i zaprosiłem ją do nas na obiad. Zgodziła się. Punkt trzecia przyszli
wujek Kuba i Antek. Zanim usiedliśmy do stołu, odciągnąłem Antka na bok,
żeby się zorientować w sytuacji.
- Wiesz, o co chodzi? - spytałem.
- Niczego nie udało mi się dowiedzieć - odparł. - Od kilku dni tata jest
bardzo tajemniczy.
Usiedliśmy do stołu. Wujek zaczął od wychwalenia pod niebiosa zupy
grzybowej babci Apolonii. Oj, zapomniałem wam o niej opowiedzieć. To
mama mojego taty. Też jest podróżnikiem, ale nie zajmuje się, jak tata,
przesypywaniem tysięcy ton piasku z miejsca na miejsce. Jest
dziennikarką i pisze reportaże ze swoich wypraw.
Wujek przeszedł do sedna dopiero przy deserze.
- Świetnie wyglądasz - zwrócił się do kota, który z apetytem pałaszował
eklerkę. - Cieszę się, że jesteś w dobrej formie, bo potrzebuję twojej
pomocy.
- Spokój mi służy - odparł z uśmiechem kot. - Od kiedy przestaliście
bezustannie pakować się w kłopoty, wiodę spokojne i szczęśliwe życie.
Z miny wujka wywnioskowałem, że ostatnią rzeczą, o której marzy, jest
kot entuzjasta spokojnego trybu życia.
- Odpoczynek jest bardzo ważny - przyznał dyplomatycznie. - Ale w nadmiarze może prowadzić do postępującego gnuśnienia. Nie rozruszałbyś
się trochę... - kusił.
Kot zachował kamienny wyraz pyszczka, za to ja i Antek nie potrafiliśmy
ukryć zaciekawienia.
- My też chętnie pomożemy - zaproponował Antek.
- To zadanie na przedpołudnia, wy jesteście wtedy w szkole. - Wujek
ostudził nasz entuzjazm.
- Hmm... a co to za nadzwyczaj interesująca sprawa? - zainteresowała się
babcia Apolonia.
- Wybacz, ale nie mogę nic powiedzieć - odparł wujek, rozkładając ręce.
- Obowiązuje mnie całkowita tajemnica.
- Chyba nie chcesz mnie wrobić w żadną sprawę polityczną. - Kot spojrzał
na wujka podejrzliwie. - Jeśli myślisz, że będę biegał z magnetofonem
pod futrem i nagrywał polityczne spiski, to się grubo mylisz. Jestem
kotem dżentelmenem.
- Nic z tych rzeczy. - Wujek go uspokoił. - Mój kolega znalazł się w poważnych tarapatach. Muszę wyjaśnić, co się dzieje, i potrzebuję do
tego twojej pomocy.
- Ale dlaczego ta sprawa jest tajna? - Babcia nie mogła zrozumieć.
- Bo ten kolega pracuje w kancelarii premiera, a tam wszystko jest tajne
- wyjaśnił wujek.
- Czyli chodzi o politykę. - Kot triumfował.
- Nie, to znaczy tak, to znaczy niezupełnie... Wyglądało na to, że wujek
Kuba pogubił się w zeznaniach.
- Opowiedz wszystko od początku - poprosił kot. - Potem zdecyduję, czy
ci pomogę. - Jasno postawił sprawę.
Wujek spojrzał na koci pyszczek i zrozumiał, że nie ma wyboru.
- No dobrze... opowiem wam, ale musicie obiecać, że zachowacie wszystko w tajemnicy.
- Obiecujemy! - wykrzyknęliśmy jak jeden mąż.
- Mój kolega, Jerzy Nowicki, pracuje w kancelarii premiera. Jest szefem
departamentu do spraw kontaktów z zagranicą.
- Rany, czyżby szykowała się zagraniczna misja? - zainteresował się kot.
- No cóż, muszę cię rozczarować. Wszystko dzieje się w Polsce - odparł
wujek. - Posłuchajcie... Pan Nowicki wiódł szczęśliwe i spokojne życie aż
do zeszłego tygodnia, kiedy to nad jego głową zaczęły się gromadzić
czarne chmury. W zeszły poniedziałek czytał akta w swoim gabinecie. Miał
przygotować opinię i przekazać ją sekretarzowi premiera. Skończył koło
pierwszej i poszedł na obiad. Po obiedzie chciał oddać akta, ale
przyszedł mu do głowy jeszcze jeden argument, który postanowił wpisać do
raportu. Otworzył teczkę i ku swojemu zdziwieniu zobaczył wiersz.
- Jakie to romantyczne! U premiera pracują poeci! - Babcia się
zachwyciła.
- Hmm... to nie był wiersz, z którego premier by się ucieszył - tłumaczył
wujek. - To był paszkwil. Jak wiecie, szef rządu nie ma za grosz
poczucia humoru na swój temat. Gdyby go przeczytał, pan Nowicki
natychmiast zostałby zwolniony.
- Nie rozumiem. Dlaczego go trzymał w papierach, skoro wiedział, że
trafią do premiera? - zdziwiła się babcia.
- I tu dochodzimy do sedna... Pan Nowicki nie był autorem wiersza ani go
nie włożył do teczki - wyjaśnił wujek. - To była czysta prowokacja.
Ktoś, kto podrzucił wiersz, chciał, żeby premier myślał, że autorem jest
mój przyjaciel. Gdyby intryga się udała, niechybnie wyleciałby z pracy.
Na szczęście go znalazł i czym prędzej wyrzucił.
Kot ziewnął znudzony.
- Przecież to zwykłe intrygi biurowe i walka o stołki. Gdzież ta
tajemnica, o której mówiłeś?
- Poczekaj... To dopiero początek opowieści. Wtedy panu Nowickiemu też się
wydawało, że to sprawka kogoś, kto chce go wygryźć z posady. Następnego
dnia zdarzyło się jednak coś, co rzuciło na tę sprawę nowe światło. Gdy
wieczorem wracał do domu, nagle wyrósł przed nim rottweiler. Szczekając
i tocząc pianę z pyska, ruszył na pana Nowickiego. Mój przyjaciel rzucił
się do ucieczki, choć wiedział, że nie ma najmniejszych szans umknąć
przed rozjuszonym zwierzęciem. Był przekonany, że bestia dopadnie go i zagryzie. Wtedy zdarzył się cud. Aż głupio mi o tym mówić, bo brzmi to
jak gag z taniej komedii. Nagle rottweiler poślizgnął się na skórce od
banana i zamiast wbić zęby w kark ofiary, przywalił pyskiem w stojące
obok drzewo. Dzięki temu mojemu przyjacielowi udało się czmychnąć do
domu.
- Nigdy nie ufałem psom. Są wredne - skomentował kot. - Mnie też parę
razy nieźle pogoniły. Na temat ucieczek przed psami mógłbym napisać
rozprawę habilitacyjną... nie rozumiem jednak, co jakiś rozwydrzony kundel
ma wspólnego ze śledztwem, które mam prowadzić.
- Nie widzisz, że to się układa w logiczną całość? - spytał Wujek. - W poniedziałek ktoś podrzuca wiersz, żeby się pozbyć pana Nowickiego z pracy. Plan nie wypala, zatem dzień później ktoś szczuje go psem,
zakładając, że najbliższe tygodnie zamiast w pracy spędzi na oddziale
chirurgii plastycznej.
- Taaak... ale żeby twoja teoria miała być prawdziwa - dedukował kot - w środę w jego samochodzie powinna eksplodować bomba.
- Prawie zgadłeś, choć akurat w środę nic się nie wydarzyło. Przyjaciel
był tak zdenerwowany, że wziął urlop i na wszelki wypadek cały dzień nie
wychodził z domu. Następny atak miał miejsce w czwartek, tym razem w stołówce.
- Czyżby podano mu bombę kalafiorową? - zażartował Antek.
- Wymyślili coś znacznie bardziej perfidnego - powiedział ze śmiertelną
powagą wujek. - Pan Nowicki zamówił w bufecie zupę pomidorową i polędwicę w sosie grzybowym. Gdy postawił talerze na stole, zobaczył
znajomego, z którym od dawna chciał porozmawiać. Podszedł do niego.
Kiedy wrócił, przysiadła się do niego pani Lusia z działu kadr.
- Uuu... czyżby pojawiła się pierwsza podejrzana? - spytała babcia
Apolonia.
- Pudło - powiedział wujek. - Nie przerywajcie, słuchajcie, co było
dalej.
- Zaczęli rozmawiać o grzybach. Pani Lusia powiedziała, że uwielbia
grzyby i każdy urlop spędza na grzybobraniu. Potem poskarżyła się, że w bufecie skończyła się już polędwica w sosie grzybowym. Cały czas niczym
wygłodniały spaniel wpatrywała się w talerz pana Nowickiego. Mój
przyjaciel zaproponował, że zamieni się z nią na drugie dania. I, jak
się potem okazało, szarmanckość wobec kobiet uratowała go przed
następnym nieszczęściem. Po kilku kęsach pani Lusia zsiniała, padła na
podłogę i dostała konwulsji. Natychmiast wezwano pogotowie. Cudem ją
odratowano. Okazało się, że sos zrobiono z muchomora. Gdyby pan Nowicki
nie zaproponował zamiany, sam wylądowałby na ostrym dyżurze.
- Przyjechała policja? - dopytywał się tata Maurycy.
- Tak - powiedział wujek. - Bardzo dokładnie sprawdzili wszystko w kuchni. Nic podejrzanego nie znaleźli. Uznali, że to nieszczęśliwy
wypadek, ukarali kucharza mandatem, i to wszystko.
- I nikt nie próbował powiązać tych trzech zdarzeń? - spytał zdziwiony
kot.
- Mój przyjaciel zdecydował, że nie opowie policji o poprzednich
przygodach. Nie chciał wywoływać skandalu w kancelarii premiera. I zgłosił się do mnie po pomoc.
- No dobrze. Więc czego ode mnie oczekujesz? - Kot przeszedł do
konkretów.
- Najpierw pozwól mi dokończyć - poprosił wujek.
- Jesteśmy dopiero przy czwartku. Wtedy właśnie pan Nowicki zadzwonił do
mnie. Umówiliśmy się na piątek po południu. Gdy wychodził z pracy, żeby
się ze mną spotkać, strażnicy poprosili go, żeby otworzył aktówkę.
Zdarzyło mu się to po raz pierwszy, więc był ciekawy, o co chodzi.
Okazało się, że ktoś anonimowo poinformował ochronę przez telefon, że
Nowicki będzie wynosił dokumenty objęte tajemnicą państwową. Musieli to
sprawdzić.
- I co, znaleźli coś? - spytałem, coraz bardziej zaintrygowany.
- Na szczęście nie - odparł wujek. - W aktówce nie miał nic poza gazetą.
Ale zrozumiał, że to kolejna prowokacja. Tym razem teczkę z dokumentami
zostawił w biurze. Zazwyczaj zabierał ją do domu, ale tego dnia był
zdenerwowany i wyjątkowo postanowił, że w weekend nie będzie pracował.
Kiedy wrócił do biura i ją otworzył...
- Niech zgadnę... - wtrącił się Michał. - W środku były najtajniejsze z tajnych dokumentów wagi państwowej.
- Zgadza się - przyznał wujek. - Gdyby ochrona złapała go na wynoszeniu
dokumentów, jak nic skończyłby w areszcie. Spotkaliśmy się jeszcze tego
samego dnia po południu. Jak się pewnie domyślacie, podjąłem się
poprowadzenia sprawy. Muszę się dowiedzieć, komu zależy na tym, żeby mój
klient przestał pracować w kancelarii. No i właśnie do tego potrzebuję
pomocy kota.
- Najlepiej byłoby wysłać go na wakacje... - zaproponował kot. -
Pamiętasz? W środę nie poszedł do kancelarii i nic się nie wydarzyło.
- Masz rację, ale to by było rozwiązanie tymczasowe. Jak tylko by
wrócił, zaatakowaliby znowu. Dlatego musimy jak najszybciej ustalić, kim
jest nasz przeciwnik, i rozprawić się z nim.
- A czy pan Nowicki kogoś podejrzewa? - dopytywał się Michał. - Może się
z kimś pokłócił...
- O ewentualnych motywach rozmawialiśmy kilka godzin. Nic nie
wymyśliliśmy. On nie ma wrogów, o których by wiedział, nie planuje
awansu, z nikim się nie pokłócił.
- No dobrze, powiedz wreszcie, czego ode mnie oczekujesz. - Kot się już
trochę zdenerwował.
- Chciałbym, żebyś przez najbliższy tydzień pilnował pana Nowickiego.
Był jego oczami i uszami. Podążał za nim jak cień. Gdzie on, tam i ty.
Wszystko bacznie obserwował. Wykrył, kto zastawia na niego pułapki, i chronił go przed niebezpieczeństwami.
- Ale dlaczego akurat ja? - dopytywał się kot. - Świat jest pełen
specjalistów o dużo wyższych kwalifikacjach.
- Odpowiedź jest prosta: tylko ty możesz się dostać bez przepustki do
kancelarii premiera. I co ty na to?
- Pozwól, że spytam o zdanie kumpli - odparł kot. - Stasiu, co o tym
sądzisz? - zwrócił się do mnie.
- To bombowa propozycja - odparłem. - Będziemy ci pomagać. Zorganizujemy
to tak, że pan Nowicki nawet na chwilę nie zostanie bez opieki.
Wujek przerwał mi:
- Stasiu, to niemożliwe, żebyście wzięli udział w śledztwie. Kot
przemknie się do środka niezauważony, ale was nikt nie wpuści.
Argument wujka wydawał się logiczny. Ale kiedy zacząłem się nad tym
zastanawiać, szybko znalazłem rozwiązanie. Jeżeli pan Nowicki jest taką
ważną szychą, to przecież może nam załatwić przepustki. Pamiętałem, że
kiedyś byliśmy z klasą w kancelarii premiera na wycieczce i weszliśmy do
środka. Niestety mój plan nie zachwycił wujka.
- To niemożliwe - odparł. - Po pierwsze załatwianie przepustek dla was
wzbudziłoby podejrzenia i skazało misję na niepowodzenie. Po drugie nie
możecie brać udziału w akcji, bo w tym czasie musicie być w szkole, a po
trzecie to po prostu zbyt niebezpieczne.
Kot popatrzył na wujka podejrzliwie.
- Nie mówiłeś, że to niebezpieczne. Nie jestem kotem bohaterem i nie
zamierzam poświęcić swojego młodego życia rozwiązaniu zagadki
kryminalnej.
- Ależ to zupełnie nie będzie niebezpieczne - zaprotestował wujek. -
Masz tylko chodzić za obiektem i go obserwować. To równie bezpieczne jak
przechadzka po parku.
- Zaraz, przed chwilą mówiłeś, że to zbyt niebezpieczne, żebyśmy mogli w tym wziąć udział - przypomniał ojcu Antek.
Wujek Kuba spojrzał na syna. Na pewno nie było w tym spojrzeniu
serdeczności.
- Kiedy dorośli nie chcą, żeby dzieci coś robiły, mówią, że to zbyt
niebezpieczne - przyznał wujek. - Nigdy nie naraziłbym twojej skóry na
szwank, kotku. Tak naprawdę to nie ma żadnego ryzyka. Gdyby nie szkoła,
wszyscy mogliby ci pomagać.
- To znaczy, że gdybyśmy nie musieli chodzić do szkoły, moglibyśmy
współpracować z kotem? - spytałem wujka.
- Tak, ale jeśli dobrze pamiętam, od poniedziałku macie lekcje, więc
przykro mi, ale nasza rozmowa jest bezprzedmiotowa.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ale o co chodzi? - spytał wujek zdezorientowany.
- Z tego wszystkiego nie zdążyłem ci przekazać najnowszej nowiny -
wyjaśnił Antek. - Nasi nauczyciele wyjeżdżają na kilkudniowe szkolenie i lekcje są odwołane. Tylko świetlica będzie czynna. Jesteśmy wolni!
Fantastycznie! W tym czasie pomożemy kotu.
Po minie wujka poznałem, że wcale się nie ucieszył.
Chciał coś powiedzieć, ale uprzedził go kot:
- Pomogę ci, ale pod jednym nienegocjowalnym warunkiem: chcę, żeby
ubezpieczali mnie Staś i jego przyjaciele. Albo wchodzimy w to wszyscy,
albo w ogóle.
Kot puścił do mnie oko. Widać było, że jest pewny swojej pozycji i wie,
że może dyktować warunki. Czekaliśmy, co postanowi wujek, ale
wiedzieliśmy, że jest w sytuacji bez wyjścia.
- Zgoda - zdecydował. - Wszyscy weźmiecie udział w akcji. Po obiedzie
omówimy plan.
- Kuba, czy mogę cię na chwilę poprosić do gabinetu? - Usłyszeliśmy głos
z drugiej strony stołu. Głos taty.
- Oczywiście, Maurycy. Kiedy?
- Natychmiast! - odparł tata.
Wstali i wyszli z jadalni. Bardzo żałowałem, że nie mogę posłuchać, o czym rozmawiają. O tym, co wydarzyło się w gabinecie taty, dowiedziałem
się znacznie później...
Zirytowany tata spytał wujka Kubę:
- Czy na starość rozum ci odjęło? Chcesz wplątać dzieciaki w jakąś
kryminalną aferę?
- W nic ich nie zamierzam wplątywać - odparł wujek. - Potrzebny mi tylko
kot, ich zamierzam trzymać jak najdalej od tej sprawy.
- Ale przed chwilą powiedziałeś, że zgadzasz się, żeby pomagali kotu -
przypomniał tata.
- To był tylko niewinny podstęp - wyjaśnił wujek. - Widzisz przecież, że
dzieciaki strasznie się palą, żeby wziąć udział w śledztwie. Kot nie
zgodziłby się pomóc bez nich, a ja naprawdę go potrzebuję. Nie mogłem im
odmówić, ale żeby ich nie narażać, wymyśliłem fortel.
- Na czym niby ma polegać ten fortel? - dopytywał się podejrzliwie tata.
- Powiem dzieciakom, że w sprawie pojawił się nowy trop. Wymyślę
historyjkę o tym, że wpadliśmy na trop cudzoziemca, który ma motyw, żeby
chcieć się pozbyć mojego przyjaciela. Wytłumaczę im, że potrzebne mi
dwie grupy operacyjne, jedna do pilnowania Nowickiego, druga do
śledzenia podejrzanego. W ten sposób kot, tak jak ustaliliśmy, będzie
siedział w kancelarii, a dzieciaki w dni wolne od szkoły pokręcą się po
mieście za jakimś obcokrajowcem.
- Ale skąd ty go wytrzaśniesz? - dopytywał się tata.
- Prosta sprawa. Pojadę z nimi pod hotel Marriott i wskażę pierwszego
cudzoziemca, który stanie w drzwiach. Będą obserwować zupełnie
przypadkową osobę. Wilk będzie syty i owca cała. Przy zerowym ryzyku
dzieciaki będą miały zajęcie i będą przekonane, że biorą udział w ważnym
śledztwie.
Tata się roześmiał.
- Okej, na taki plan mogę się zgodzić.
A potem wrócili do jadalni.
- Rozmawiałem z wujkiem Kubą - poinformował nas tata. - Zgodziłem się,
żebyście pomogli w śledztwie, ale musicie obiecać, że będziecie bardzo
ostrożni.
Tata jest naprawdę wspaniały. Rzuciliśmy się na niego, by go uściskać z wdzięczności.
- Ratunku, pomocy! - krzyczał lekko przygnieciony tata.
Rozdział III. Prowokacja
Rozdział III
Prowokacja
Po obiedzie cała ekipa w składzie: kot, Michał, Natalia, Antek, Weronika
i ja zamknęliśmy się z wujkiem Kubą w gabinecie taty. Gdy przystąpiliśmy
do omawiania planu, zadzwonił telefon. Wujek rozmawiał kilka minut.
- To Nowicki... chyba mamy podejrzanego - przekazał nam sensacyjną nowinę.
- Teraz wasz udział w śledztwie będzie wręcz konieczny! Wygląda na to,
że trafił na trop kogoś, komu zależy, żeby się go pozbyć.
- Kto to jest? - Michał od razu przeszedł do rzeczy.
- Pewna grupa finansowa chce podpisać z Polską kontrakt na dostawę
helikopterów. Ich interesy reprezentuje pewien cudzoziemiec. Decyzja w tej sprawie należy do premiera, a ten zlecił zaopiniowanie projektu
Nowickiemu. Mój przyjaciel jest przeciwny tej transakcji. Cudzoziemiec
dowiedział się, że jego opinia nie będzie pozytywna, i robi wszystko,
żeby nie dotarła do premiera. Podejrzewamy, że to on może stać za tymi
zamachami. To oczywiście tylko hipoteza, na razie nie mamy żadnych
dowodów.
- Jak dowiedziemy, że to on to wszystko zorganizował? - spytałem wujka.
- No właśnie, czeka nas dwa razy więcej pracy, bo poza pilnowaniem
Nowickiego musimy śledzić podejrzanego. Najpierw ustalimy, czy
współpracuje z kimś z kancelarii premiera. Jeśli uda wam się podsłuchać
jego rozmowy, może dowiemy się, kiedy i jak zaatakują następnym razem.
Zaczynamy jutro rano. Podzielimy się na dwie grupy. Pierwszą utworzy
kot. Pójdziesz za Nowickim do kancelarii i będziesz go pilnować. - Wujek
zaczął nam przydzielać zadania. - Weźmiesz ze sobą telefon, musimy być w stałym kontakcie. Masz w nim kamerę i dyktafon. Pamiętaj, będziesz zdany
tylko na siebie. Nowicki nie wie o twoim istnieniu. Gdybym mu
powiedział, że jego aniołem stróżem jest gadający kot, pomyślałby, że
sfiksowałem. Natychmiast zmieniłby adwokata. W skład drugiej ekipy
wejdzie wasza piątka. Będziecie śledzić cudzoziemca. Nie możecie go
spuścić z oka. Wiem, że jutro punkt dziewiąta wyjdzie z hotelu Marriott.
Wtedy zaczniemy go obserwować. W żadnym wypadku nie może się
zorientować, że go śledzimy. Podzielicie się na pary i będziecie się
zmieniać - dzięki temu nie zorientuje się, że ma ogon. Róbcie zdjęcia
wszystkim ludziom, z którymi się spotka. Starajcie się podsłuchać, o czym rozmawiają. Jeżeli uznacie, że cokolwiek podejrzewa, natychmiast
się wycofajcie, nie ryzykujcie. Czy wszystko jasne? Jakieś pytania?
- Jedno: jakiej narodowości jest ten cudzoziemiec? - spytała przytomnie
Weronika. - Jeśli mamy go podsłuchiwać, musimy znać język, w którym
będzie mówił.
Wujek przez chwilę drapał się po brodzie.
- No cóż, to niezwykle tajemniczy człowiek. Nowicki podejrzewa, że może
się posługiwać kilkoma paszportami. Najczęściej mówi po angielsku.
Jeżeli będzie mówił w innym języku, po prostu nagracie rozmowę, a potem
poprosimy o pomoc tłumacza.
Weronika zaimponowała mi tym pytaniem. Nie przyszło mi do głowy, że nasz
obiekt może być na przykład Holendrem, a wtedy cóż z tego, że będziemy
siedzieć kilka centymetrów od niego: i tak nie zrozumiemy ani słowa. Nie
chciałem być gorszy. Uznałem, że muszę się popisać przed Weroniką i też
zadać mądre pytanie.
- Czy dostaniemy zdjęcie, żebyśmy mogli go rozpoznać? - spytałem. -
Widziałem to nie raz w kryminałach: tajni agenci dostają zdjęcia tych,
których mają obserwować.
- Niestety nie mam jego fotografii - odparł wujek. - Nie mogę wam go
teraz opisać, bo sam nie wiem, jak wygląda. Wszystkie dane otrzymam dziś
wieczorem.
- Ale jak wygląda Nowicki, wiesz? - upewnił się kot.
- Jasne. - Wujek się uśmiechnął. - Mam dla ciebie zdjęcie.
Wujek podał kotu fotografię.
- Do pracy chodzi piechotą. Nie korzysta z samochodu. Wychodzi z domu
zwykle punkt ósma. Mieszka przy Wilczej sześćdziesiąt dwa, mieszkania
dziewięć. Zapisz - poprosił wujek.
- Nie trzeba, mam rewelacyjną pamięć. - Kot się przeciągnął.
- Wchodzących do kancelarii premiera kontroluje się przy bramie. Myślę,
że najprościej będzie przejść pod szlabanem. Masz się dostać do żółtego
sześciopiętrowego budynku na lewo od bramy. Jeżeli będziesz miał kłopoty
ze sforsowaniem frontowego wejścia, spróbuj przez piwnicę. Wejdziesz na
czwarte piętro do pokoju czterysta sześćdziesiąt dwa. Pracuje tam sam. Z tego co pamiętam, na szafie leży sterta akt. Będziesz miał świetny punkt
obserwacyjny. Wszystkie informacje przesyłaj mi SMS-em.
- Okej - potwierdził kot.
- Zatem jesteśmy umówieni - podsumował wujek. - Ekipa pierwsza, czyli
kot, samodzielnie lokalizuje obiekt. Ekipa druga spotyka się ze mną
przed Marriottem o ósmej pięćdziesiąt rano. Pokażę wam podejrzanego, a potem będę czekał na raporty. Jakieś pytania?
- A tak z ciekawości: jaka jest nagroda za rozwiązanie zagadki? - spytał
kot.
- Nowicki jest moim przyjacielem i pomagam mu jak kolega koledze.
Obiecuję, że po wszystkim zaproszę cię na najlepszą rybę w mieście.
- Dla dobrej ryby gotów jestem pracować społecznie - zgodził się kot. -
Jak rozumiem, zaproszenie dotyczy całej ekipy.
- Oczywiście - potwierdził wujek. - A teraz zmykajcie, no, już, jutro
musicie być w formie.
Następnego dnia spotkaliśmy się przed hotelem.
- Czy już wiadomo, jak wygląda nasz obiekt? - Michał przeszedł do
konkretów.
- Tak, zaraz wam pokażę, punktualnie o dziewiątej stanie w drzwiach.
Chcieliśmy zapytać jeszcze o jakiś szczegół, ale zbył nas.
- Zaraz sami wszystkiego się dowiecie.
Telefon wujka zadrżał i zaśpiewał, co oznaczało, że przyszedł SMS.
- To od kota. Dostał się do budynku i zajął stanowisko na szafie.
Jedna rzecz nie dawała mi spokoju: byłem ciekaw, skąd wujek ma tak
dokładne informacje, na przykład o tym, o której ten człowiek ma wyjść z hotelu. Nie chciałem go jednak zanudzać pytaniami, rozumiałem, że musi
chronić źródło.
- Jest dziewiąta, powinien już być... - niecierpliwił się Michał.
- Spokojnie, za sekundę się pojawi. - Wujek go uspokoił.
Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna. Był wielki jak
pomnik i ważył chyba ze dwieście kilo. Na głowie miał śmieszny kapelusz
w kratkę.
- To on? - spytał Michał.
Wujek chwilę się zastanawiał. Mężczyzna podniósł rękę i krzyknął w dobrze nam znanym języku polskim:
- Taksówka, strasznie się spieszę!
Raczej nie był cudzoziemcem.
- Nie, to nie on - odparł wujek. - Ale... nasz obiekt idzie za nim.
Drzwi znów się otworzyły i pojawił się w nich niewysoki skośnooki
mężczyzna - wyglądał na Chińczyka.
- Tym razem to ten? - upewnił się Michał.
- Tak, jestem pewien - potwierdził wujek.
Mogliśmy rozpocząć akcję.
- Ruszamy za nim z Natalią - zdecydował Michał. - Wy idźcie
kilkadziesiąt metrów za nami, żeby się nie rzucać w oczy.
Mężczyzna ruszył w stronę Nowogrodzkiej. Wszedł do pierwszej z brzegu
kawiarenki z ogródkiem i usiadł przy stoliku. Zajęliśmy pozycje na
ławce, przy skwerze. Po chwili do Azjaty podszedł jakiś mężczyzna.
Przysiadł się i zaczęli rozmawiać.
- Natalia, usiądź przy stoliku obok, zamów coca-colę i spróbuj
podsłuchać, o czym rozmawiają - polecił Michał. - Ja zrobię im zdjęcia.
Z torby przerzuconej przez ramię wyciągnął aparat fotograficzny. Ukrył
się za drzewem i zaczął fotografować.
W czasie gdy czekaliśmy pod hotelem, kot bez problemu dostał się do
gabinetu Nowickiego. Gdy gospodarz otworzył drzwi, wykorzystał jego
nieuwagę i tak jak mu poradził wujek Kuba, wskoczył na szafkę, a potem
schował się za stertą akt. Kryjówka okazała się wyśmienita. Wysłał SMS-a z potwierdzeniem, że jest na miejscu. Włączył kamerę zamontowaną w telefonie i czekał. Nie działo się nic ciekawego. Pan Nowicki przejrzał
gazetę i zabrał się do czytania akt. Od czasu do czasu robił notatki.
Nic nie wskazywało na to, żeby miał być wrogiem numer jeden
międzynarodowej grupy kapitałowej.
Parę minut po dwunastej w gabinecie zadzwonił telefon. Kot zorientował
się, że ktoś namawia pana Nowickiego na kawę. Umówili się w stołówce.
Obiekt pozbierał rozłożone na biurku papiery, włożył je do teczki i wyszedł.
Kot zastanawiał się, co robić. Miał dwa wyjścia: albo go śledzić, albo
zostać i obserwować pokój. Dotychczas zamachowiec wykazywał się dużą
pomysłowością. Było mało prawdopodobne, żeby ponowił próbę otrucia
obiektu w stołówce. Kot założył, że w bufecie jego podopiecznemu już nic
nie powinno się przytrafić. Postanowił zostać i poczekać na
nieproszonych gości. Nie czekał długo. Po kilku minutach drzwi się
otworzyły i do gabinetu weszło dwóch mężczyzn. Kot uruchomił kamerę i dyktafon. Goście badawczo rozglądali się po pokoju.
- Nikogo nie ma - stwierdził jeden z nich. - Możemy zaczynać. Ty pilnuj
drzwi, a ja szybko załatwię sprawę.
Założył rękawiczki i podszedł do biurka. Z kieszeni marynarki wyjął
kopertę i włożył ją do jednej z szuflad. Zamknął szufladę i zdjął
rękawiczki.
- Gotowe - zwrócił się do kolegi. - Tym razem ptaszek się nam nie
wymknie. Dotychczas miał dużo szczęścia, ale właśnie się skończyło...
- Jesteś pewien, że tym razem się uda? - spytał jego kumpel.
- Jasne, za godzinę jest umówiony na spotkanie w sprawie dużego
kontraktu. Przedsiębiorca będzie gotów na wszystko, żeby zdobyć jego
przychylność. Taki człowiek może się posunąć nawet do wręczenia łapówki.
Ich pech będzie polegał na tym, że przechodząc obok gabinetu, zauważymy,
jak ten człowiek wręcza Nowickiemu kopertę. Jako praworządni obywatele
oczywiście zawiadomimy policję. Zjawią się w kilka minut. I co znajdą?
Kilkadziesiąt tysięcy złotych ukrytych w szufladzie biurka. Nasze
zeznania plus znalezione pieniądze to stuprocentowy dowód. Natychmiast
aresztują Nowickiego i pozbędziemy się go stąd raz na zawsze.
- Genialnie to wymyśliłeś.
Goście wyszli. Kot uśmiechnął się z zadowoleniem. Dobrze zrobił,
zostając. Poszło dużo łatwiej, niż przypuszczał. Żeby ochronić
podopiecznego, musiał się spieszyć. Zadzwonił do wujka Kuby i opowiedział, co się stało. Szybko ustalili plan, po czym kot przystąpił
do działania. Otworzył szufladę i wyjął kopertę. Już chciał wsunąć
szufladę, gdy nagle dostrzegł coś, co go bardzo zainteresowało.
Uśmiechnął się na myśl o dodatkowych atrakcjach... Z radości aż zatarł
łapki. Szybko zrobił z tym czymś, co trzeba i zamknął szufladę.
Teraz musiał pozbyć się koperty. Wyszedł z pokoju.
Gdzie ją ukryć... zastanawiał się, idąc korytarzem. Następne drzwi były
uchylone. Zajrzał do środka: przy oknie stali mężczyźni, którzy
podrzucili kopertę. Musieli być najbliższymi współpracownikami
Nowickiego. Co za kreatury, pomyślał kot. Już wiedział, co zrobić z kopertą: najlepiej po prostu oddać ją właścicielowi. Marynarka jednego z nich wisiała na krześle. Kot wszedł do pokoju i wsunął kopertę do
wewnętrznej kieszeni.
Załatwił to, co miał do załatwienia, i wrócił na stanowisko. Pozostało
mu tylko czekać. Po dziesięciu minutach wrócił pan Nowicki. Chwilę
później usłyszeli pukanie. W drzwiach stanął mężczyzna w jasnym
garniturze.
- Miło mi pana widzieć, zapraszam. - Pan Nowicki ucieszył się na jego
widok.
Panowie omawiali szczegóły umowy. Trwało to kilkanaście minut. Nagle coś
straszliwie huknęło. Zdezorientowany kot zatkał łapkami uszy. Nie miał
pojęcia, co się stało. Dopiero po chwili zrozumiał: ten hałas był
odgłosem wyważania drzwi. W pokoju zaroiło się od ludzi. Równocześnie
ktoś wybił szyby w obu oknach i z dachu wjechali na linach mężczyźni w czarnych mundurach i kominiarkach. Przerażony kot obrócił łepek w stronę
drzwi. Przyglądał się mężczyźnie w cywilu. Był młody, średniego wzrostu.
Miał lekko otłuszczoną twarz i lepkie, od dawna niemyte włosy. Patrzył
nienawistnym wzrokiem. Kot go rozpoznał: był to minister Obojczyk,
człowiek, który codziennie zwoływał konferencję prasową, by informować
społeczeństwo, że jego życiowym celem jest walka z przestępczością. Kot
nigdy mu nie wierzył. Zawsze potrafił wyczuć karierowiczów. Gdy tylko
pojawiał się na ekranie, natychmiast wyłączał telewizor. Towarzyszący
ministrowi policjanci wycelowali broń w Nowickiego i jego gościa.
- No, mamy ich! - cieszył się jak dziecko minister Obojczyk. - Wołaj mi
tu zaraz dziennikarzy! - rozkazał asystentowi.
Kot znał z telewizji również asystenta. Nazywał się Kamieńczyk. Wyszedł
na korytarz i krzyknął:
- E! Możecie wchodzić!
Do pokoju wpadli dziennikarze. Robili zdjęcia, ustawiali kamery.
Minister rozglądał się po gabinecie, sprawdzając, czy wszystko jest
przygotowane.
- Kamery zainstalowane? - spytał operatorów.
- Tak jest, panie ministrze. Może pan zaczynać.
Obojczyk uniósł rękę, dając zebranym znak, że jest gotów. Rozmowy urwały
się w pół słowa. Minister wziął głęboki wdech i rozpoczął wystąpienie:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki