WstępKto naprawdę wygrał II wojnę światową
Wstęp
Kto naprawdę wygrał II wojnę światową
Czy to możliwe, że Adolf Hitler i III Rzesza tak naprawdę wygrali II
wojnę światową? Wbrew pozorom nie zażyłem dopalaczy ani żadnych środków
odurzających przed zadaniem tego pytania. Na fakty historyczne patrzę
trochę inaczej niż większość społeczeństwa, ponieważ zajmowałem się ich
odczytywaniem zawodowo. Nie tylko jako historyk, czasem biegły sądowy,
ale także jako oficer polskich tajnych służb. Jeżeli spojrzeć na
powojenny ład, jaki wytworzył się na świecie, to łatwo dojść do wniosku,
że tymi, którzy na nim skorzystali, byli Niemcy. Jako oficer służb
zawsze starałem się odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu był to
przypadkowy, szczęśliwy traf, a w jakim jeden ze scenariuszy, który
dopuszczały elity rządzące III Rzeszą. Czy zwycięstwo militarne Hitlera
było jedynym scenariuszem, jaki brały one pod uwagę? Czy może
zwycięskich scenariuszy było znacznie więcej?
Tutaj dygresja. Jedna z najlepszych tajnych służb na świecie, izraelski
Mosad uważa, że wchodzenie do gry (walki), w której można przegrać, to
błąd, zbyt duże ryzyko. Dlatego mimo zdecydowanie priorytetowych
stosunków ze Stanami Zjednoczonymi izraelscy przywódcy dbają o to, aby
mieć również doskonałe relacje z tymi, którzy rządzą na Kremlu.
Ta książka nie pretenduje do rangi pracy naukowej - dlatego nie będzie w niej przypisów. To zbiór faktów, które prowokują do myślenia. Na pewno
scenariusz, w którym przyjmuje się, że Niemcy całkowicie przegrały II
wojnę światową, jest bardzo wielkim nieporozumieniem.
W 1953 roku doszło do wydarzenia, o którym mało kto pamięta - redukcji
długu Republiki Federalnej Niemiec o 55 proc. (sięgał wówczas 32,3 mld
marek). Ostatnią ratę za pierwszą wojnę światową Niemcy zapłaciły w 2010
roku Dla porównania - w Polsce redukcję długu po PRL-u uważa się za
sukces. Była ona nie tylko mniejsza procentowo niż redukcja niemieckiego
zadłużenia. Co ważniejsze, Polska nie ponosiła żadnej odpowiedzialności
moralnej za wojnę. Nie grabiła w XX wieku innych państw, aby dzięki temu
budować własną zamożność. Padła ofiarą niemieckiej polityki grabieżczej
i niemieckiej polityki ludobójczej. Wbrew pozorom te dwie polityki były
ze sobą blisko związane. W 1944 roku, gdy Niemcy wiedzieli już, że
przegrali wojnę, ludobójstwo i grabieże trwały w najlepsze. Także na
ziemiach polskich. Nie był to moim zdaniem wynik emocji przegranych, ale
zimnej kalkulacji. Chcieli osłabić potencjalnych rywali w jak
największym stopniu, gra toczyła się bowiem o przyszłe rynki. Nikt nie
policzył, w jakim stopniu wielki powojenny sukces niemieckiego eksportu
był możliwy dzięki grabieniu pieniędzy i technologii z innych państw,
także przez egzekucje elit, np. w Polsce. Jakiż bowiem militarny sens
miało mordowanie Polaków z wyższym wykształceniem, profesorów we Lwowie
w 1941 roku?
Ważną cechą porozumienia londyńskiego było to, że spłaty długu nie mogły
przekraczać 3 proc. eksportu. Dla porównania polskie spłaty po 1989 roku
przekraczały 10 proc. naszego eksportu. Można przyjąć, że Niemcy nie
tyle spłacili długi wynikające z odszkodowań i reparacji wojennych, ile
udzielili swoim byłym ofiarom wielkiej zniżki na produkowane przez nich
dobra. To oczywiście uproszczenie, ale pokazuje mechanizm, dzięki temu
bowiem 20 krajów, które zgodziły się na redukcję niemieckiego długu, tak
naprawdę wyraziło zgodę na swoisty dumping produktów niemieckich. Im
więcej od Niemiec kupowały, tym szybciej spłacane było zadłużenie.
Ta inżynieria finansowa nie powstała przypadkowo. W 2009 roku
amerykańskie służby odtajniły trzystronicowy raport z listopada 1944
roku (o sygnaturze EW-Pa 128, inaczej nazywany Red House Report, czyli
Raport Czerwonego Domu). 10 sierpnia 1944 roku w hotelu Maison Rouge w Strasburgu doszło do spotkania elit III Rzeszy, które nie miały już
żadnych wątpliwości co do ostatecznego wyniku wojny. Naradę prowadził
Adolf Hitler. Na spotkaniu byli m.in. przedstawiciele koncernów
Volkswagena, Kruppa i Messerschmitta, którzy planowali stworzenie po
zakończeniu II wojny światowej ni mniej, ni więcej, tylko IV Rzeszy.
Adolf Hitler i Gustav Krupp, który kierował sławnym niemieckim koncernem
przemysłu ciężkiego Friedrich Krupp AG w latach 1909-1941. Krupp był
sponsorem narodowych socjalistów. W czasach III Rzeszy jego firma
bogaciła się na produkcji uzbrojenia i sprzętu dla armii niemieckiej
Chcieli to osiągnąć drogą przewagi ekonomicznej, a nie militarnej. Dwie
klęski w ciągu niespełna trzech dekad okazały się kształcące. Dlatego na
spotkaniu podkreślano, że potęga IV Rzeszy ma być budowana przez
niemiecki eksport. Niemcy są obecnie czwartą gospodarką świata (po
Chinach, USA i Japonii) i trzecim eksporterem (po USA i Chinach).
Niemcy, mimo posiadania jednej z najdroższych sił roboczych na świecie,
bez problemu znajdują nabywców na swoje produkty. To właśnie gospodarka
decyduje dziś o sile politycznej i bogactwie Niemiec. Czy jest moralne,
aby wnuki i prawnuki tych, którzy dopuścili się największych zbrodni w historii ludzkości, pławiły się w dobrobycie osiągniętym dzięki
bezwzględności ich dziadów i pradziadów?
Polityka niemiecka jest bezwzględna nie tylko w zacieraniu śladów
zbrodni na Żydach i Polakach. To także dość prymitywna, ale zadziwiająco
skuteczna próba zwalenia odpowiedzialności za te zbrodnie na mityczne
"plemię" nazistów, które opanowało tereny niemieckie i rządziło na nich
od 1933 do 1945 roku. Ludzi, którzy pamiętają tamte czasy, jest już
bardzo mało. Są wiekowi i nie mają siły protestować. Standardem jest
więc to, że Niemcy o nazistowskie zbrodnie oskarżają polskich
"kolaborantów".
W 2013 roku na łamach tygodnika "Uważam Rze" opublikowałem artykuł pt.
Jak Niemcy fałszują historię. Tekst ów, razem z czarno-białą okładką,
która przedstawiała kanclerz Angelę Merkel na tle niemieckiego obozu w Auschwitz, stylizowaną na więźniarkę, wywołał w Niemczech furię. Tezy
mojego tekstu były tylko jednym z powodów wściekłości. Nie były one nowe
w mojej publicystce historycznej. Współczesne media rządzą się pismem
obrazkowym i zabawna (ale też poruszająca) grafika na okładce sprawiła,
iż o fałszowaniu przez Niemcy historii zaczęto mówić dosłownie na całym
świecie. Okładkę polskiego tygodnika nosili przed Ambasadą Niemiec w Grecji ludzie protestujący przeciwko braku zgody kanclerz Merkel na
oddłużenie gospodarki greckiej.
Grecy, podobnie jak Polacy, nie otrzymali praktycznie żadnych
odszkodowań za najazd niemiecki. A przez około pięciu lat składali się
na finansowanie niemieckiej machiny wojennej, mającej podbić świat.
Pretekstem była emisja (od 17 do 20 marca 2013 roku) w niemieckiej
państwowej telewizji ZDF serialu pt. Nasze matki, nasi ojcowie
(niemiecki tytuł Unsere Mütter, unsere Väter) w reżyserii Philippa
Kadelbacha. To mistrzowskie dzieło, z którego byłby dumny sam szef
propagandy III Rzeszy Joseph Goebbels. Wszyscy spece od kłamstw i od ich
demaskowania (uważam się za tego ostatniego) wiedzą, że nic tak dobrze
nie sprzedaje kłamstwa jak wplecenie go w historię fabularną. Wiele nie
zmieniło się od czasu, gdy Artur Conan Doyle publikował swoje
opowiadania o Sherlocku Holmesie w czasopiśmie "The Strand Magazine".
Niezależnie od rekordowej sprzedaży magazynu (ponad pół miliona nakładu)
wydawca otrzymywał regularnie tysiące listów od fanek detektywa
proponujących mu małżeństwo czy też opiekę. A przecież opowieści o genialnym detektywie nawet nie udawały, że są czymś więcej niż tylko
rozrywką.
Serial Nasze matki, nasi ojcowie jest o tyle ważny w naszej opowieści,
że pokazuje, jak Niemcy chcą być postrzegani: jako ofiary mitycznych
nazistów i ludzie, którzy cierpieli z powodu nieludzkiego systemu.
Dlatego nie zobaczymy w tym filmie niemieckich zbrodni. Akcja zaczyna
się w przeddzień wybuchu wojny ze Związkiem Sowieckim w czerwcu 1941
roku, przy czym nie za bardzo jest wiadomo, co było powodem wybuchu tej
wojny. Bo nikt w Niemczech nie zamierza walczyć z Rosją na polu
historycznym. Prawda o tym, że atak Adolfa Hitlera na Związek Sowiecki
był wymuszony nieuchronną agresją Stalina, jest doskonale historykom
znana. Ale Rosja zdecydowanie broni swojej pozycji ofiary w II wojnie
światowej. Ma własną zakłamaną politykę historyczną, a Niemcom zależy na
dobrych relacjach z kolejnymi "carami" (do Władimira Putina słowo
prezydent nie pasuje) na Kremlu.
Główni bohaterowie serialu Nasze matki, nasi ojcowie, wyprodukowanego
przez niemiecką telewizję państwową ZDF. Oskarżono w nim Polaków o współudział w Holokauście Żydów
Główny bohater filmowej historii to Wilhelm - młody oficer Wehrmachtu,
któremu marzy się wielka kariera. W Wilhelmie jest zakochana Charlotte,
która postanawia zgłosić się na ochotnika do służby medycznej, aby w ten
sposób służyć swojej ojczyźnie. Bratem Wilhelma jest Friedhelm - jeden z tysięcy rekrutów świeżo powołanych do wojska, z zacięciem przyszłego
intelektualisty. Bliską koleżanką Charolotte jest Greta, której marzy
się kariera piosenkarki. Ale w Grecie kocha się Viktor, który, jak się
okazuje, jest Żydem, i tylko dlatego nie może włożyć munduru i pójść
razem z tysiącami swoich rówieśników na front, by bronić "zagrożonej"
ojczyzny. Mamy w 1941 roku podbitą Polskę, Francję, kraje Beneluksu,
Norwegię, Danię, Grecję i Jugosławię. Ale to ojczyzna Niemców jest
"zagrożona".
Filmowe losy każdego z tych bohaterów toczą się niejako odmiennie.
Scenariusze ich życia są pisane przez wojenną zawieruchę. Służba na
froncie wschodnim zamienia Friedhlema w istną maszynkę do zabijania.
Wojna demoralizuje go, wypaczając jego prawdziwy - dobry - charakter.
Ale brat Friedhelma - Wilhelm - również nie wytrzymuje piekła wojny,
dezerterując z armii niemieckiej. Charlotte, zakochana w Wilhelmie,
również pod wpływem wojny zamienia się w bestię, denuncjując w szpitalu,
do którego trafia, żydowską pielęgniarkę i wydając ją w ręce bezpieki
III Rzeszy - SS. Ją również ogarniają wojenna przemoc i nienawiść. Z kolei Greta, której marzy się kariera piosenkarska, zaczyna romans z młodym, "ludzko wyglądającym" oficerem SS. Wierzy, że być może jego
wsparcie pomoże jej w karierze. W zasadzie można by powiedzieć, że jest
pragmatyczką - robi wszystko, aby zrealizować swoje życiowe marzenia. No
i jest jeszcze Żyd Viktor, którego wojenne losy są w filmie znacznie
bardziej skomplikowane i o wiele bardziej dramatyczne. Podczas
transportu do obozu w Auschwitz udaje mu się uciec i znaleźć schronienie
w jednym z oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, polskiej armii
podziemnej. Viktor bierze udział w akcjach zbrojnych, wykazując się
nadzwyczajną odwagą. Ale szybko zostaje zdekonspirowany przez kolegów z oddziału jako "czysty" Żyd, i wtedy zaczynają się jego prawdziwe
problemy. Okazuje się, że są antysemitami i natychmiast przestają go
akceptować. Viktor musi opuścić oddział z powodu wrogości członków
polskiego podziemia. Polski antysemityzm jest ważnym elementem
niemieckiej propagandy.
Żyd Viktor (w środku), jeden z bohaterów serialu Nasze matki, nasi
ojcowie, wśród polskich partyzantów z Armii Krajowej. Gdy towarzysze
broni - zajadli antysemici - dowiedzą się o pochodzeniu Viktora, jego
życie znajdzie się w niebezpieczeństwie
Pamiętajmy o tym, bo moim zdaniem docelowy przekaz niemieckiej
propagandy jest następujący: ta wojna w 1939 roku była akcją policyjną
państwa niemieckiego, które starało się bronić Żydów przed polskimi
antysemitami. Że to absurd? A kto myślał, że jeszcze za życia ostatnich
ofiar niemieckich obozów śmierci ich dzieci i wnuki będą kolportować
kłamstwo o tym, że były to "polskie obozy śmierci"? Propaganda Niemiec
nie bierze jeńców.
Ale to nie był koniec polskiego wątku w tym filmie. Było ich znacznie
więcej. Jeden z nich na pewno może dłużej pozostać w świadomości
odbiorcy. To scena, gdy oddział AK, do którego trafia Viktor, zatrzymuje
pociąg transportujący Żydów do miejsca ich zagłady. Polscy partyzanci,
widząc, kto jest w nim przewożony, pozostawiają wagony zamknięte. Nie
chcą uwolnić ofiar Zagłady, choć wiedzą, że ta już niebawem ich obejmie.
Można jeszcze raz odnieść wrażenie, że silny antysemityzm akowców każe
im zaakceptować Holokaust.
Serial Nasze matki, nasi ojcowie nie był produktem jakiejś tam stacji
komercyjnej. Wyświetlała go niemiecka telewizja publiczna ZDF, nadająca
od 2008 roku w nowej technologii cyfrowej i oglądana przez większość
Niemców. Film był także emitowany w czasie wysokiej oglądalności. Sama
emisja była poprzedzona gigantyczną kampanią promocyjną. Wiele
niemieckich mediów zachęcało do obejrzenia serialu, reklamując go jako
wielkie wydarzenie telewizyjne. Tak postąpił na przykład "Der Spiegel" -
najbardziej wpływowy i opiniotwórczy niemiecki tygodnik o nakładzie
prawie miliona egzemplarzy. Z kolei wysokonakładowy dziennik
"Frankfurter Allgemeine Zeitung" (FAZ), reklamując serial, apelował
nawet do niemieckich rodzin o to, aby razem - najlepiej w gronie
wszystkich pokoleń - zgromadzić się przed telewizorami i wykorzystać
ostatnią szansę na wysłuchanie opowiadań swoich dziadków. Można było
odnieść wrażenie, że Nasze matki, nasi ojcowie to jeden z najważniejszych obrazów ostatniej wojny. Proces z telewizją ZDF o sceny,
sugerujące, że w Armii Krajowej powszechny był antysemityzm, wygrał jej
były żołnierz, Zbigniew Radłow. Ale ZDF zrobiła, co w jej mocy, aby ów
wyrok nie został właściwie wykonany. Nie taki był bowiem cel propagandy,
aby później za nią przepraszać. Ten wyrok, jak wiele podobnych, pokazuje
prawdziwą twarz polityki niemieckiej. Przeprosiny gdzieś w kuluarach, w niszowych mediach; a na cały świat oskarżenia i wybielanie się ze
zbrodni. Gdy w marcu 2021 roku pisałem te słowa, to sprawa przeprosin
wciąż była przedmiotem uników ze strony prawników ZDF.
Emisję serialu Nasze matki, nasi ojcowie przewidziano również w innych
krajach europejskich. Wyemitowały go austriacka telewizja publiczna ORF
i angielska BBC. W Wielkiej Brytanii emisja spowodowała protesty
przeciwko propagandzie nazistowskiej. To, że w Polsce ów film
wyemitowała telewizja państwowa, w ogóle zakrawa na kiepski żart, gdyż
ma on tyle wspólnego z prawdą historyczną co komunistyczny hit Czterej
pancerni i pies. Jeżeli dziś pokolenia urodzone w latach
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mają jakieś poglądy na to, jak
wyglądała II wojna światowa, to niestety są one wzięte właśnie tego typu
seriali (hitem była również słynna Stawka większa niż życie).
Produkcja miała wówczas także wymiar terapii na użytek wewnętrzny.
Tygodnik "Die Zeit" podkreślał, że serial Nasze matki, nasi ojcowie
wywarł na widzach ogromne wrażenie - największe w historii telewizji
niemieckiej. Wydawana przez koncern Axel Springer gazeta "Welt am
Sonntag" wręcz uznała film za "pomnik postawiony matkom i ojcom". W wielu niemieckich tytułach prasowych porównywano go do głośnej
amerykańskiej, czteroodcinkowej produkcji Marvina J. Chomsky'ego
Holokaust, który w 1979 roku wyemitowała telewizja NBC. Tamten serial
przedstawiał żołnierzy ubranych w mundury Wojska Polskiego, którzy wraz
z Niemcami nadzorowali transporty Żydów do warszawskiego getta oraz
brali udział w zwalczaniu żydowskiego powstania w Warszawie.
Potem przyszła kolej, aby odeprzeć zarzuty z Polski, że serial Nasze
matki, nasi ojcowie jest mocno tendencyjny i stara się zrobić z Polaków
sprawców Zagłady. Tabloidowy "Bild", aby zdezawuować ataki z Polski,
spokojnie komunikował, że nacjonalizm i antysemityzm w szeregach
polskiej Armii Krajowej nie były czymś nadzwyczajnym. W tamtym czasie w Europie Wschodniej antysemityzm był powszechny, co niewątpliwie ułatwiło
wymordowanie Żydów. "Bild" przypadkowo zapomniał tylko dodać, kto
dokonał owej zagłady Żydów. Zresztą, jeśli w publikacjach niemieckich
już wspominano, że zrobili to naziści, to zawsze byli oni
"odnarodowieni" i dziwnym trafem prawie zawsze pojawiali się obok nich
właśnie Polacy. Ale żeby nie było tylko tak medialnie i propagandowo,
wiele niemieckich tytułów, przytaczając takie opinie na temat
antysemityzmu i Polaków, starało się je podbudować wypowiedziami
poważanych ekspertów i historyków. Jednym z nich jest Julius Schoeps z badającego historię europejskich Żydów Centrum Mosesa Mendelssohna w Poczdamie, który w tamtym czasie aktywnie wspierał działania Eriki
Steinbach i projekt Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Schoeps zwrócił więc
uwagę niemieckiej opinii publicznej, że oczywiście antysemityzmu nie
można odnosić do całej AK, ale sceny z serialu Nasze matki, nasi
ojcowie odpowiadają przypadkom, do jakich dochodziło wśród polskich
partyzantów. To zabrzmiało już zdecydowanie wiarygodniej. Na temat
serialu wypowiadali się m.in. prof. Arnd Bauerkämpe z Wolnego
Uniwersytetu w Berlinie oraz prof. Wolfgang Benz z Centrum Badań nad
Antysemityzmem w Berlinie. Ten ostatni starał się zamknąć dyskusję wokół
polskiego antysemityzmu, stwierdzając jasno, że "jest on w Polsce obecny
do dziś".
Ja i moi koledzy, którzy pracowali w tajnych służbach, porównują
działania Niemców, takie jak w 2013 roku, do wywalenia na kogoś
"wywrotki z g...". Niby ten, na którego owa zawartość się wylała, nie jest
winien, ale wygląda i cuchnie tak, że wszyscy go omijają.
Główny niemiecki przekaz propagandowy znalazł swoje odbicie także w wielu cenionych tytułach prasowych w całej Europie. Brytyjski
"Independent" zwracał m.in. uwagę na fenomen ponownego zainteresowania
Niemców swoją najnowszą historią, po części nawiązując do mojego tekstu
z "Uważam Rze".
Serial Nasze matki, nasi ojcowie i kampania propagandowa wokół niego
to zaledwie fragment konstruowania nowej pamięci niemieckiej. II wojna
światowa jest oczywiście w niej najważniejsza. Ostatnie lata w Niemczech
obfitowały w wysiłki, aby przełamać wreszcie niemiecką pamięć
historyczną i sprawić, by zaczęła ona inaczej wyglądać niż dotychczas.
Aby to osiągnąć, Niemcy muszą zapomnieć, że byli sprawcami II wojny
światowej i dopuścili się wszystkich jej niegodziwości, a zaczęli mówić
o krzywdach, jakich doznali w jej wyniku. Rzekomo największych krzywd
doznali Niemcy, których przesiedlono z Europy Środkowo-Wschodniej
(Polska, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia) po zakończeniu wojny. Właśnie w tym celu zaprojektowano Centrum przeciwko Wypędzeniom (niemieckie
Zentrum gegen Vertreibungen), które ma dokumentować "wypędzenia" po II
wojnie światowej. Jego inicjatorką była Erika Steinbach - przewodnicząca
Związku Wypędzonych wspierana przez lata przez kanclerz Angelę Merkel.
Budowę Centrum popiera wiele osobistości niemieckiego życia politycznego
i kulturalnego, wśród nich rabin Walter Homolka oraz były prezydent
Joachim Gauck.
W Niemczech jest również nadal kontynuowany projekt narracji
historycznej pt. "Polskie obozy koncentracyjne". Takim terminem
nagminnie posługują się prawie wszystkie niemieckie media, nawet
popularnonaukowy magazyn "Focus", czy oficjalne agencje informacyjne, na
przykład Deutsche Presse-Agentur (DPA), będąca odpowiedniczką Polskiej
Agencji Prasowej. Spora część polityków niemieckich, ludzi świata
kultury także lubi "polskie obozy koncentracyjne". Ale termin jest
nagminnie używany w niemieckich szkołach podczas realizowania programów
nauczania historii. Nawet niemieckie szkoły średnie z profilem
historycznym mają w swoich programach wycieczki do "polskich obozów
koncentracyjnych". Jeszcze do niedawna gimnazjum w miejscowości
Kirchheim na swoich stronach internetowych informowało o spotkaniu
uczniów z Abbą Naorem, który w czasie wojny znalazł się w "polskim
obozie koncentracyjnym Stutthof", gdzie zamordowano jego brata i matkę.
To typowy język narracji historycznej serwowany niemieckim uczniom.
Coraz częściej jednak "obozy koncentracyjne" są otwarcie łączone z polskim antysemityzmem, który miał być typowy, powszechny i nagminny w naszym kraju. Ale mało tego - antysemityzm jest w Polsce nawet dzisiaj.
W zasadzie polski antysemityzm i polska odpowiedzialność za żydowską
zagładę robią w Niemczech coraz większą karierę. To się po prostu coraz
bardziej podoba Niemcom. To nie przypadek, że podczas festiwalu
filmowego w Berlinie w lutym 2013 roku nagrodę Złotego Niedźwiedzia
otrzymał francuski twórca filmowy Claude Lanzmann, m.in. za słynny film
Shoah, który jako pierwszy obwieścił światu udział Polaków w żydowskiej zagładzie. Ale jeszcze bardziej kuriozalny był fakt, że
podczas pokazu na festiwalu berlińskim jego film Sobibór określano
jako dzieło o buncie więźniów w "polskim obozie zagłady".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki