Mit 1: Rewolucja w Kościele
Kościół ogarnęła rewolucja, której przewodzi papież. Tak najkrócej, ale bez ryzyka większego błędu, podsumować można treść większości doniesień medialnych, od pierwszych dni pontyfikatu. Fakt, że kard. Jorge Mario Bergoglio pochodził z Argentyny (a zatem jest pierwszym Latynosem, który został wybrany na biskupa Rzymu) od razu zinterpretowano, jako "rewolucję dla Kościoła". Decyzje Ojca Świętego dotyczące pozostawienia na piersiach starego pektorału, starych butów (co akurat związane było z tym, że nowy papież nosił buty korekcyjne) czy pozostanie w Domu św. Marty tylko wzmocniły medialne wrażenie "rewolucyjności". I dlatego już w pierwszych dniach media zaczęły pisać o "rewolucji Franciszka". "Papież Franciszek może okazać się prawdziwym tsunami w Watykanie, które wywróci do góry nogami dotychczasowe porządki" - wieszczył dosłownie kilka dni po wyborze nowego papieża Wojciech Rogacin w tekście zatytułowanym "Rewolucja papieża Franciszka". Niemal dokładnie takie same tytuły znaleźć można było w większości zachodnich i polskich mediów.
I choć od tego momentu minęło już kilka miesięcy, nadal nic się nie zmienia. O "rewolucji" w Kościele, jaką wywołać ma ten pontyfikat, piszą lewicowi i liberalni, a coraz częściej także katoliccy, komentatorzy. Dowodem zaś na to, że się ona dokonuje jest niemal każda decyzja nowego papieża. Jeśli rezygnuje on z szat, które nosił Benedykt XVI, media z pasją informują o prawdziwej rewolucji, która dokonuje się na naszych oczach, choć - jako żywo - wcześniej z części owych szat zrezygnował już bł. Jan Paweł II, a Benedykt XVI, choć niektóre z nich przywrócił, z wielu także nie korzystał. Dowodem na gigantyczną zmianę ma być także to, że papież wychodzi do wiernych czy zatrzymuje się przy chorych. Choć i to, dla kogoś, kto świadomie przeżywał pontyfikat papieża Polaka czy czytał jakąkolwiek jego biografię, nie powinno być zaskoczeniem. Właśnie bł. Jan Paweł II, jako pierwszy, wprowadził taki styl obcowania z wiernymi. Dopiero zamach a później postępująca choroba zmusiły go do rezygnacji z niego. Wielka rewolucja Franciszka jest zatem w zdecydowanej większości powrotem do stylu (związanego z charakterem) bł. Jana Pawła II. Nawet sformułowania mediów są niemal takie same. Bł. Jan Paweł II wychwalany był w 1978 za to, że "zamierzał być sługą", że zrezygnował z koronacji tiarą, którą uznał za "symbol ziemskiej władzy". Z tej zaś po Soborze Watykańskim II Kościół miał zrezygnować, skupiając się na byciu "Kościołem ewangelicznego świadectwa". I na koniec skierował wielki apel o... modlitwę za siebie. "Módlcie się za mnie! Pomóżcie mi, aby mógł wam służyć" - mówił podczas inauguracji pontyfikatu bł. Jan Paweł II. W tamtych dniach 1978 roku nie zabrakło także "niekonwencjonalnych gestów", za które tak bardzo wychwalany jest obecnie Franciszek. Jan Paweł II, jeszcze przed oficjalną inauguracją, opuścił mury Watykanu i udał się do swojego, przebywającego w szpitalu, przyjaciela, biskupa Andrzeja Deskura. "Zdziwieni rzymianie owacjami witają odkryty samochód z białą sylwetką papieża, stojącego i pozdrawiającego ich" - opisuje tamte momenty Jacek Moskwa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dokładnie tym samym językiem, bardzo podobne "rewolucyjne gesty", odkrywane są u papieża Franciszka. Media wtedy, jak i obecnie, zachwycone nowym papieżem, przeciwstawiają go staremu i próbują wieszczyć zerwanie, trzęsienie ziemi w Kościele. W przypadku bł. Jana Pawła II trzeba dodać, że końcówka pontyfikatu Pawła VI była bardzo trudna.
Właśnie tego typu interpretacje są niebezpieczne. Opowieści o papieżu, który rezygnuje z kolejnych symboli władzy (nawet jeśli przed nim zrezygnowali z nich już jego poprzednicy), który potrafi żyć niezmiernie skromnie i nie ma ochoty podporządkowywać się wymogom watykańskiego protokołu (z bł. Janem Pawłem II było tak samo) to dobry element medialnego PR, który przydaje się w głoszeniu niepopularnych prawd (a właśnie głoszenie ich jest najważniejszym zadaniem papieża). Gdy jednak próbuje się tę narrację wykorzystać do budowania opowieści o zerwaniu w Kościele, o przerwaniu jasnej linii sukcesji apostolskiej czy wręcz rezygnacji z ortodoksji, wówczas robi się niebezpiecznie. Autentycznym zagrożeniem jest sytuacja, w której nawet duchowni zaczynają przeciwstawiać sobie papieży i budować wrażenie, że ten nowy jest nie tylko lepszy, ale i bardziej katolicki (ewangeliczny czy soborowy) od poprzedników. Opinię taką - w obraźliwy dla Benedykta XVI sposób - sformułował były ceremoniarz papieski abp Piero Marini w wywiadzie dla kostarykańskiego dziennika "La Nacion". "Franciszek wniósł do Kościoła świeżość. Przedtem było tu ciężkie, bagniste powietrze. Żyliśmy w Kościele, który wszystkiego się lęka, obawia się problemów wynikających z Vatileaks i pedofilii. Franciszek mówi tylko o rzeczach pozytywnych i wzywa do nadziei" - mówił abp Piero Marini. I choć tak ostre słowa są raczej wyjątkiem niż regułą, to podobna narracja króluje niemal we wszystkich, także polskich, mediach. "Franciszek swoją posługę rozumie i praktykuje jako służbę, a nie tylko jako nauczanie ex cathedra i rządzenie poddanymi. Że chce zmienić Kościół w taki sposób, by powrócił on - a szczególnie jego pasterze - nie tylko do głoszenia Ewangelii, ale do życia podług niej" - oznajmia na przykład Jarosław Makowski, sugerując - w lekko zawoalowany sposób, że jego poprzednicy rozumieli ją w inny sposób. Kłopot polega na tym, że nawet krytycy Benedykta XVI przyznają, iż od samego początku niezwykle mocno podkreślał on służebny wymiar swojego pontyfikatu, a abdykacja była tylko potwierdzeniem tego stylu papieskiej służby. Służby, której Benedykt XVI nigdy nie traktował jako władzy, i której nigdy nie chciał, a którą przyjął z pełnym pokory posłuszeństwie. Przeciwstawianie więc tego papieża jego - trzeba powiedzieć, że równie pokornemu i skromnemu, choć zdecydowanie bardziej upartemu i zdecydowanemu w egzekwowaniu swoich praw, następcy jest gigantycznym przykładem niewiedzy i intelektualną nieuczciwością. Postawę taką trzeba określić mianem "ramowania postaci w mediach" albo manipulacją, która służyć ma ściśle określonym celom.
"Ramowanie" papieży
U początków narracji rewolucji w Kościele leży jednak, o czym także nie można zapominać, specyficzna narracja właściwa współczesnym (choć nie tylko) mediom. Wbrew powszechnej opinii nie są one bowiem tylko przekaźnikiem, lustrem czy choćby soczewką, przez którą oglądamy świat, ale są w pewnym sensie twórcą rzeczywistości wirtualnej, medialnej, która ze światem wokół nas niewiele ma wspólnego. A wynika to choćby z tego, że w istocie media nie informują nas o wydarzeniach, ale o newsach. News zaś niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, jest on bowiem wydarzeniem wybranym spośród tysięcy innych, zinterpretowanym i opakowanym w taki sposób, by można go było sprzedać i by wywołał on u odbiorcy zainteresowanie. Jak to zrobić? Odpowiedź jest prosta - zbudować narrację, którą widz już zna, i którą lubi. W ogromnym skrócie trzeba więc opowiadać rzeczywistość przez pryzmat konfliktu (w przypadku papieża media ukazują to jako konflikt kurii z nowoczesnym papieżem, albo katolicyzmu zamkniętego z otwartym), uproszczenia (wypowiedzi są tak dobierane i przedstawiane, by nie pozostawiały wątpliwości, co do intencji, często wiąże się to - ze świadomym bądź nie - zafałszowaniem przekazu), personalizacji (dobro ma oblicze papieża Franciszka) czy ciągłości narracji (jeśli już raz zaczęliśmy przedstawiać papieża, jako nowoczesnego rewolucjonistę, to nie możemy - bez szkody dla wiarygodności i pełni przekazu - z tego zrezygnować. Wszystko więc, co nie pasuje do tego schematu, będzie eliminowane lub pomniejszane).
Tak przygotowane newsy są wpisywane w szersze narracje, które - w odniesieniu do wielu postaci światowej sceny politycznej - tworzone są (lub tworzą się nie do końca świadomie) na samym początku ich publicznej obecności. Opowieści mogą się od siebie różnić, ale zazwyczaj są to historie, które znamy już skądinąd. I tak narracja (skonstruowana całkowicie świadomie przez jego piarowców) Baracka Obamy była historią "od pucybuta do milionera" (biedny chłopak z czarnego getta wchodzi na szczyt i zostaje prezydentem), opowieść o Donaldzie Tusku i Jarosławie Kaczyńskim to walka dobra ze złem. W takim sam schemat wpisano papieża Franciszka, który ma być przykładem "szewczyka Dratewki", prostego kapłana, który staje naprzeciw smokowi korupcji, pedofilii, zacofania i ciemnoty, jakie charakteryzować mają współczesny Kościół. Widownia kibicuje mu, a media tak budują przekaz, by nic nie zachwiało przekonaniem o prawdziwości obrazu. Nawet wypowiedzi samego Ojca Świętego, który spokojnie wyjaśnia, że nie jest sam w Watykanie, i że część jego współpracowników to wierzący, uczciwi ludzie, nie może skłonić mediów do zmiany narracji. Do zmiany obrazu nie skłaniają ich nawet te słowa papieża, w których przypomina, że w jego pracy bardzo przydaliby się "starzy kurialiści", a nie jacyś nowocześni geniusze zarządzania.
Ten sposób "ramowania" papieża wynika, w pewnym stopniu, z sytuacji, w jakiej doszło do ostatniego konklawe. Oczekiwanie na rewolucję i przekonanie, że się ona dokona, wynikało w znacznym stopniu z szoku, jakim była abdykacja Benedykta XVI. Jak dotąd w historii Kościoła nie zdarzyła sie sytuacja, by Ojciec Święty rezygnował z urzędu z powodu wieku. Poprzednia abdykacja papieża miała zupełnie inny kontekst polityczny czy religijny, a i dokonana była przed ponad pół tysiącem lat. Samo to wywołało nastrój zmiany, rewolucji. Umacniały go, szczególnie w pierwszych dniach, dywagacje na temat tytułu emerytowanego biskupa Rzymu, sposobu jego ubierania się, miejsca, w którym będzie przebywał, czy formy, w jakiej będzie się teraz do niego zwracać itd. Zmiana praktyki była więc wręcz dotykalna. A do tego trzeba dodać tysiące, niekiedy sprzecznych, informacji na temat domniemanych powodów odejścia Benedykta XVI. Media przekonywały, że papież zrezygnował z powodu gigantycznego bałaganu w kurii, który ktoś będzie musiał uporządkować, że nie był w stanie poradzić sobie z rosnącym w siłę lobby gejowskim w Watykanie albo dlatego, że uznał potrzebę, by przyszedł ktoś młodszy, kto zrobi porządek w stajni Augiasza. Konklawe, na którym wybrano papieża Franciszka, obradowało w takim właśnie kontekście medialnym, a dziennikarze - już po tym, gdy rozpoczęły się "wybory" nowego papieża - wręcz prześcigały się w zapewnieniach, że będzie to ktoś młody, dynamiczny, zdecydowany na głęboką reformę struktur Kościoła. Jednym słowem... rewolucjonista.
I choć ostatecznie przekonanie, że nowym papieżem zostanie ktoś młody, dynamiczny, nie sprawdziło się, to media wcale nie zmieniły tonu i zaczęły przypisywać wszystkie cechy rewolucjonisty metropolicie Buenos Aires. Co było tym łatwiejsze, że jest on pierwszym jezuitą na tronie papieskim w historii, pochodzi z kontynentu, na którym triumfy święciła tak ukochana przez media teologia wyzwolenia, a do tego jest niezwykle medialną osobowością. I właśnie ta ostatnia cecha charakteru wzmocniła jeszcze rewolucyjne oczekiwania mediów. Po introwertycznym, nieśmiałym i stroniącym - gdy tylko było to możliwe - od wielkich spotkań Benedykcie XVI przyszedł papież o latynoskich cechach charakteru: otwarty, dążący do spotkań z ludźmi, łamiący schematy i wnoszący inny styl zachowania. Już pierwsze publiczne wypowiedzi i działania budowały wrażenie nowości i odmienności. "Dobry wieczór" - na powitanie z pielgrzymami, wspólne odmówienie modlitwy i prośba do wiernych o modlitwę, by Bóg mu błogosławił. Te zachowania, choć w Ameryce Łacińskiej są wewnątrz Kościoła normą, dla Europejczyków stały się symbolem wielkiego przełomu w relacjach pasterz-wierni. Media - starannie unikając wszystkich obrazów podkreślających ciągłość - jeszcze wzmacniały to wrażenie nowości. Sam Franciszek zaś, świadomie lub nie, jeszcze wzmacniał to poczucie nowości swoimi decyzjami o odrzuceniu części tradycyjnego stroju papieskiego, zachowaniu starego, prostego pektorału czy pozostaniu w Domu św. Marty, zamiast przenosin do apartamentów papieskich. I w zasadzie od tego momentu festiwal formowania wrażenia nowości w mediach trwa, a papieski karnawał wzmacniany jest medialnymi przemilczeniami i manipulacjami.
"Nieuchronny postęp dotarł do Kościoła"
Ramowanie czy medialny zachwyt nad osobowością papieża Franciszka nie wyjaśniają jednak wszystkiego. Nie mniej istotnym elementem tworzenia wrażenia rewolucji w Kościele jest głęboko zakorzenione w światopoglądzie ludzi mediów przekonanie, że postęp jest nieunikniony, że istnieje determinizm historyczny, i że cały świat musi - wcześniej czy później - mu się poddać. Kościół idzie wprawdzie gdzieś z tyłu, ale także nie ma wyjścia i powinien (by nie powiedzieć musi, jeśli chce przetrwać) dostosować się do kierunku, w jakim zmierza świat. A to wymaga oczywiście rewolucji. I właśnie z tej perspektywy media analizują i przedstawiają każdy gest, każde słowo, a niekiedy każde przemilczenie nowego papieża. Twórcy tych analiz są przekonani, że pewne sprawy są nieuniknione, że papież nie może już na zawsze być przeciwko "równości małżeńskiej" (pod tym terminem kryje się przekonanie, że małżeństwem może być zarówno związek kobiety i mężczyzny, ale i dwóch panów, czy pań). Prędzej czy później musi on - jeśli nie chce wylecieć z obiegu - opowiedzieć się za aborcją lub przynajmniej antykoncepcją i wreszcie powinien zaakceptować równe prawa kobiet (co w przypadku Kościoła oznacza, w ujęciu postępowców, przyznanie kobietom prawa do święceń kapłańskich).
Wiara w postęp nie oznacza oczywiście, że komentatorzy wierzą w szybkie zmiany. Nawet najbardziej zachwyceni Franciszkiem liberalni kolumniści przyznają, że on sam nic raczej w Kościele w kwestiach doktrynalnych nie zmieni, bowiem otoczony jest konserwatywnymi kardynałami. Ale już sama zmiana tonu, ich zdaniem, jest początkiem głębokich przemian, którym Kościół musi się poddać, jeśli ma przetrwać. Autorzy edytorialu w liberalnym dzienniku "The Independent" przekonują, że na razie na zmiany stanowiska w tych kwestiach, nie ma co liczyć, ale Franciszka chwalą przynajmniej za wskazywanie odpowiedniego kierunku. "Nie ma wątpliwości, że liberalni katolicy mogą porzucić swoje nadzieje: tak wyraźna dominacja w kolegium kardynalskim konserwatystów daje pewność, że o. Bergoglio nigdy nie zostałby papieżem Franciszkiem, gdyby istniały najmniejsze wątpliwości, co do jego doktrynalnej ortodoksji. Jednak nawet w tej nienegocjowalnej przestrzeni odmienność jego stylu przynosi zmiany. Krytykuje on ostro tych, którzy odmawiają chrztu dzieciom samotnych matek, bowiem urodziły się one poza świętością małżeństwa. "Ci, którzy klerykalizują Kościół - mówi ten papież - są dzisiejszymi hipokrytami". Trudno sobie wyobrazić, by jego poprzednik powiedział coś takiego" - podkreśla w edytorialu dziennik "Independent".
A John L. Allen wskazuje nawet, w jakich dziedzinach można spodziewać się - jego zdaniem - przełomu. "Są jasne sygnały, że Franciszek może przygotowywać się do rozwiązania pewnych długotrwałych problemów duszpasterskich, poczynając od sytuacji rozwiedzionych i pozostających w nowych związkach katolików. Wedle obecnej dyscypliny osoby te nie mogą przystępować do komunii świętej, co jest zmartwieniem dla wielu z nich. W swojej wypowiedzi w samolocie Franciszek zasygnalizował zainteresowanie "zasadą ekonomii" odnalezioną w tradycji prawosławnej, wedle której osoby w ponownych związkach mogą uzyskać dyspensę i zgodę na powtórne małżeństwo. Papież podkreśla także, że problem ten powinien być postrzegany w pełnym kontekście duszpasterskiej troski o małżeństwo, i zapowiada, że temat ten będzie omawiał z ośmioma kardynałami doradcami. Badać go także będzie przyszły Synod Biskupów. Praktyka stwierdzania nieważności także powinna być, zdaniem papieża, ponownie przebadana" - oznajmia amerykański watykanista. I choć jego analizy oparte są na, jak się wydaje, nieprawdziwej interpretacji wypowiedzi samego papieża (powrócę do niej, i do sytuacji osób rozwiedzionych oraz tych w ponownych związkach w dalszej części książki), to doskonale pokazują one, w jakim kierunku zmierzają liberalni komentatorzy. Ich zdaniem pewne zmiany w Kościele są nieuniknione i papież ostatecznie musi im ulec, powoli, ale systematycznie liberalizując doktrynę w sprawach, które są najbardziej trudne do zaakceptowania dla wiernych. Interpretacja taka jest zaś niezmiernie niebezpieczna, bowiem... robi ogromny zamęt w umysłach wiernych, których zaczyna się przekonywać, że papież może zmienić coś, nad czym zwyczajnie nie ma władzy. Ostatnio podobnego zamieszania narobiły media (niestety nie bez udziału teologów, a nawet hierarchów), gdy pod koniec lat 60. XX wieku zaczęły przekonywać, że Paweł VI rozważa dopuszczenie antykoncepcji, i że jest tylko kwestią czasu, gdy to zrobi. Gdy zaś papież przypomniał w encyklice "Humanae vitae" niezmienne nauczanie Kościoła, uznały, że oznacza to zawrócenie z drogi postępu, którą rzekomo wyznaczyć miał Sobór Watykański II. W efekcie doszło do gigantycznego buntu części wiernych, teologów i biskupów, którzy odrzucili chrześcijańską ortodoksję w imię... domniemanego rozwoju doktryny, na drodze której stanął papież Paweł VI. Jeśli media, także te z nazwy katolickie, będą promować przekonanie, że papież zamierza zmieniać doktrynę, to gdy do tego nie dojdzie, sytuacja - zapewne w mniejszym zakresie - może się powtórzyć.
Medialna hermeneutyka zerwania
Zapowiedzi przełomu, radykalnej zmiany doktryny (a czymś takim była zmiana dyscypliny eucharystycznej) wpisują się zresztą w bardzo medialny schemat hermeneutyki zerwania. Polega on na przekonaniu, że Kościół można podzielić na przed- i posoborowy, i że ten pierwszy oraz ten drugi niewiele mają ze sobą wspólnego. Obecnie podobny schemat próbuje się stosować do Kościoła Benedykta XVI i Kościoła Franciszka. Doskonałym tego przykładem jest cytowana już przeze mnie wypowiedź arcybiskupa Piero Mariniego. Problem z takimi interpretacjami polega na tym, że są one całkowicie nie do pogodzenia z katolickim rozumieniem Kościoła (a do przyjęcia tego rozumienia wzywał Franciszek dziennikarzy, gdy spotkał się z nimi tuż po wyborze na papieża) i rozwoju jego doktryny. Kościół trwa, rozwija swoją doktrynę nie poprzez zerwanie czy zastąpienie, ale poprzez stopniowe pogłębianie rozumienia pewnych prawd i odkrywanie nowych elementów czy aspektów starych prawd. I tak, jak Vaticanum II nie "stworzyło Kościoła na nowo", nie oddzieliło "grubą kreską" Kościoła przed- i posoborowego, tak i zmiana papieża nie oznacza zerwania, a jedynie nowy etap na wielkiej drodze, jaką Bóg prowadzi swój Kościół. "Sobór Watykański II, definiując na nowo relację między wiarą Kościoła a pewnymi istotnymi elementami myśli nowożytnej, dokonał rewizji czy wręcz korekty pewnych decyzji z przeszłości, ale przy tej pozornej nieciągłości zachował i pogłębił rozumienie swej wewnętrznej natury i prawdziwej tożsamości. Kościół jest - zarówno przed Soborem, jak i po nim - tym samym Kościołem, jednym, świętym, katolickim i apostolskim, pielgrzymującym przez dzieje; "wśród prześladowań świata i pociech Bożych zdąża naprzód w pielgrzymce", głosząc śmierć Pana, aż przyjdzie" - wyjaśniał Benedykt XVI w słynnym przemówieniu z 22 grudnia 2005 roku skierowanym do Kurii Rzymskiej.
Ojciec Święty zaznaczył również, że Sobór (ale szerzej całe dzieje Kościoła, zmiany papieży i ich różne charaktery czy zainteresowania) zawsze należy interpretować w duchu hermeneutyki reformy, a nie zerwania. "Z jednej strony istnieje interpretacja, którą nazwałbym "hermeneutyką nieciągłości i zerwania z przeszłością"; nierzadko zyskiwała ona sympatię środków przekazu, a także części współczesnej teologii. Z drugiej strony istnieje "hermeneutyka reformy", odnowy zachowującego ciągłość jedynego podmiotu - Kościoła, który dał nam Pan; ten podmiot w miarę upływu czasu rośnie i rozwija się, zawsze jednak pozostaje tym samym, jedynym podmiotem - Ludem Bożym w drodze. Hermeneutyka nieciągłości może doprowadzić do rozłamu na Kościół przedsoborowy i Kościół posoborowy. Głosi ona, że teksty Soboru jako takie nie są jeszcze prawdziwym wyrazem ducha Soboru, ale rezultatem kompromisów, które trzeba było zawierać w celu osiągnięcia jednomyślności, cofając się do przeszłości i zachowując wiele elementów przestarzałych i dziś już bezużytecznych. Jednak nie w tych kompromisach miałby się objawiać prawdziwy duch Soboru, ale w dążeniach do tego, co nowe, które są u podstaw tych dokumentów: rzekomo tylko owe dążenia wyrażają prawdziwego ducha Soboru, a zatem to one powinny stanowić punkt wyjścia i wzorzec dla dalszych działań. Właśnie dlatego, że dokumenty są rzekomo jedynie niedoskonałym odzwierciedleniem ducha Soboru i jego nowości, należy śmiało wychodzić poza nie, stwarzając przestrzeń dla nowości, w której wyraża się ponoć najgłębszy, chociaż nadal jeszcze nie do końca określony, zamysł Soboru. Jednym słowem: należy iść nie za tekstami Soboru, ale za jego duchem. (...) Przeciwieństwem hermeneutyki nieciągłości jest hermeneutyka reformy, przedstawiona najpierw przez papieża Jana XXIII w przemówieniu na otwarcie Soboru 11 października 1962 r., a następnie przez papieża Pawła VI w przemówieniu zamykającym Sobór, 7 grudnia 1965 r. Chciałbym tu tylko przytoczyć dobrze znane słowa Jana XXIII, w których ta hermeneutyka zostaje wyrażona jednoznacznie, kiedy papież stwierdza, że Sobór "pragnie przekazać czystą i nienaruszoną doktrynę, niczego nie łagodząc ani nie przeinaczając", a dalej, że "naszą powinnością jest nie tylko strzec tego cennego skarbu, jakbyśmy troszczyli się wyłącznie o pamiątki przeszłości, ale oddawać się ochoczo i bez lęku tej pracy, jakiej wymaga nasza epoka. (...) Konieczne jest, aby ta niezawodna i niezmienna nauka, którą należy wiernie zachowywać, była pogłębiana i przedstawiana w sposób odpowiadający potrzebom naszych czasów. Czym innym bowiem jest depozyt wiary, to znaczy prawdy zawarte w naszej czcigodnej doktrynie, a czym innym sposób ich przekazywania, przy zachowaniu wszakże ich niezmienionego znaczenia i doniosłości" (S. Oec. Conc. Vat. II Constitutiones Decreta Declarationes, 1974, s. 863-865). Jest oczywiste, że to dążenie do wyrażenia w nowy sposób określonej prawdy wymaga podjęcia na nowo refleksji nad nią oraz życia według niej; jest też jasne, że nowe słowo może się ukształtować tylko wówczas, gdy bierze początek ze świadomego rozumienia wyrażanej prawdy oraz że - z drugiej strony - refleksja na temat wiary wymaga również życia tą wiarą" - mówił Benedykt XVI. A te jego słowa można i trzeba traktować jako wskazówkę również do interpretacji obecnego pontyfikatu, który nawet jeśli wprowadza pewne nowości, to czyni to zawsze w duchu ciągłości, a nie zerwania, wspólnoty z dziedzictwem poprzedników, a nie porzucenia go. Każda inna interpretacja prowadzić nas będzie ku zafałszowanej recepcji nowego pontyfikatu i zaszkodzi prawdziwemu przyjmowaniu nauki Franciszka.
Duchowa rewolta papieża Franciszka
Trzeba jednak przyznać, że choć Franciszek nie przyszedł, by przeprowadzić rewolucję w Kościele, to niewątpliwie ma silne poczucie konieczności nieustannego jego reformowania. Reforma ta dokonuje się jednak w duchu jego patrona - świętego Franciszka z Asyżu - a nie rewolucjonistów. To zaś oznacza, że początkiem rewolty, reformy jest zawsze osobiste nawrócenie konkretnego chrześcijanina, a także stworzenie struktury głoszenia Ewangelii, która będzie zdolna porwać ludzi za Chrystusem. Taką właśnie strukturę stworzył w średniowieczu św. Franciszek, jego sukces polegał na tym, że powołał zakon, którego członków przyjmowano "przychylnie i serdecznie", w których "odnajdywano ludzi Kościoła, ale także szczególnie w pierwszym okresie braci zakonnych o nieskazitelnym życiu, z otwartymi umysłami, wyrozumiałością dla ludzi, a przede wszystkim z dobrocią i tkliwym współczuciem dla biednych, porzuconych i wszelkiego rodzaju chorych".
I właśnie takiego Kościoła, jaki zaproponował wiernym w średniowieczu św. Franciszek, chciałby obecnie papież Franciszek. Mocno konieczność budowania takiego właśnie Kościoła: otwartego, dynamicznego, towarzyszącego ludziom, wychodzącego do nich na ulice, zabrzmiała w homiliach papieskich w Brazylii. Wezwanie to nie ma się jednak koncentrować na środkach do osiągnięcia sukcesu duszpasterskiego, ale na Bogu. "Rezultat pracy duszpasterskiej nie opiera się na bogactwie zasobów, ale na kreatywności miłości. Z pewnością potrzebne są wytrwałość, trud, praca, planowanie, organizowanie, ale przede wszystkim trzeba wiedzieć, że siła Kościoła nie tkwi w nim samym, ale kryje się w głębokich wodach Boga, w które on ma zarzucać sieci" - mówił papież do brazylijskich biskupów. I przypominał im, ale także nam, jakiego Kościoła potrzebują teraz ludzie. Jakim Kościołem powinniśmy się stawać. "Dzisiaj wielu ludzi przypomina tych dwóch uczniów z Emaus. Nie tylko ci, którzy szukają odpowiedzi w nowych i rozpowszechnionych grupach religijnych, ale także ci, którzy zdają się być już bez Boga, czy to w teorii, czy w praktyce. Co robić w tej sytuacji? Potrzebny jest Kościół, który nie lękałby się wejść w ich noc. Potrzeba Kościoła zdolnego ich spotkać na ich drodze. Potrzeba Kościoła, który potrafi włączyć się w ich rozmowę. Potrzeba Kościoła, który potrafi prowadzić dialog z tymi uczniami, którzy uciekając z Jerozolimy, błąkają się bez celu sami ze swoim zawodem, rozczarowaniem chrześcijaństwem, uważanym już za ziemię jałową, bezowocną, niezdolną do dania sensu. W obliczu tej sytuacji potrzebny jest Kościół, który byłby w stanie towarzyszyć, wyjść poza zwyczajne słuchanie; Kościół, który towarzyszy w drodze, idąc razem z ludźmi; Kościół zdolny dostrzec "noc", jaka kryje się w ucieczce tak wielu braci i sióstr z Jerozolimy; Kościół, zdający sobie sprawę, że powody, dla których ludzie się oddalają, zawierają już w sobie motywy możliwego powrotu, ale trzeba umieć całość odważnie odczytać. Jezus rozpalił serca uczniów z Emaus" - mówił Ojciec Święty. I zadawał nam proste pytania: "Chciałbym, abyśmy wszyscy postawili sobie dziś pytanie: czy jesteśmy jeszcze Kościołem potrafiącym rozgrzać serce? Kościołem potrafiącym doprowadzić z powrotem do Jerozolimy? Doprowadzić z powrotem do domu? W Jerozolimie są nasze źródła: Pismo Święte, katecheza, sakramenty, wspólnota, przyjaźń Pana, Maryja i apostołowie... Czy potrafimy nadal przedstawiać te źródła tak, aby budzić zachwyt ich pięknem? Wielu odeszło, bo obiecano im coś bardziej wzniosłego, mocniejszego, coś szybszego. Czyż jednak jest coś bardziej wzniosłego niż miłość objawiona w Jerozolimie? Nie ma nic wznioślejszego od uniżenia krzyża, bo tam naprawdę sięga się szczytów miłości! Czy potrafimy jeszcze ukazywać tę prawdę ludziom, którzy myślą, że prawdziwa wzniosłość życia jest gdzie indziej?".
Te słowa, wbrew temu, co mogłoby się nam wydawać, nie są skierowane tylko do biskupów, ale do każdego z nas. Franciszek niezwykle mocno przypomina, że każdy jest niezbędną częścią Kościoła, cegłą, której nikt nie może zastąpić. A skoro tak, to każdy ma w nim niezmiernie ważną rolę do spełnienia. Jest nią zaś ewangelizacja, poświęcenie, modlitwa, a przede wszystkim świadectwo życia. "Chciałbym więc, abyśmy zadali sobie pytanie: w jaki sposób przeżywamy nasze bycie Kościołem? Czy jesteśmy żywymi kamieniami, czy jesteśmy, że tak powiem, kamieniami utrudzonymi, znudzonymi, obojętnymi? Czy widzieliście, jak brzydkim jest chrześcijanin słaby, znudzony, obojętny? Chrześcijanin powinien być żywy, radosny z powodu swej wiary, powinien żyć pięknem tworzenia Ludu Bożego, którym jest Kościół. Czy otwieramy się na działanie Ducha Świętego, aby być aktywną częścią w naszych wspólnotach, czy też zamykamy się w sobie, mówiąc: "mam tak wiele do zrobienia, to nie moje zadanie"? Nie zamykajmy się w sobie!" - apelował do wszystkich wiernych papież.
Bardzo intensywnie widać tę powszechność wezwania także w pierwszej adhortacji papieskiej "Evangelii Gaudium". Ojciec Święty wskazuje w niej, że ewangelizacja, duchowa rewolucja jest zadaniem nie tylko dla duchownych, ale dla wszystkich wiernych. "Nowa ewangelizacja powinna zakładać nowy protagonizm każdego z ochrzczonych. To przekonanie przybiera formę apelu skierowanego do każdego chrześcijanina, by nikt nie wyrzekł się swojego udziału w ewangelizacji, ponieważ jeśli ktoś rzeczywiście doświadczył miłości Boga, który go zbawia, nie potrzebuje wiele czasu, by zacząć Go głosić, nie może oczekiwać, aby udzielono mu wiele lekcji lub długich instrukcji. Każdy chrześcijanin jest misjonarzem w takiej mierze, w jakiej spotkał się z miłością Boga w Chrystusie Jezusie. Nie mówmy już więcej, że jesteśmy "uczniami" i "misjonarzami", ale zawsze, że jesteśmy " uczniami misjonarzami"" - wskazuje Ojciec Święty w "Evangelii Gaudium". Przestrzenią działalności chrześcijan nie ma zaś być tylko świątynia czy Kościół, ale każde miejsce, w którym znajduje się chrześcijanin. "Chodzi o niesienie Ewangelii osobom, z którymi każdy ma do czynienia, zarówno najbliższym, jak i nieznanym. Jest to nieformalne przepowiadanie słowa, które może się urzeczywistniać podczas rozmowy, a także to, które podejmuje misjonarz odwiedzający jakiś dom. Być uczniem, oznacza stałą gotowość niesienia innym miłości Jezusa i to spontanicznie w jakimkolwiek miejscu: na ulicy, na placu, przy pracy, na drodze" - uzupełnia Franciszek.
I dopiero z tej perspektywy zrozumiałe staje się wezwanie do hałasu, rewolty, rabanu, bałaganu, jakie skierował do młodych Argentyńczyków papież Franciszek. Raban ten jest w istocie wezwaniem do jeszcze wytrwalszego głoszenie Jezusa Chrystusa, i to takiego, w jaki wierzy Kościół, a nie liberalni teologowie. I wystarczy przeczytać słowa, które nastąpiły po wezwaniu do robienia "hałasu", by to dostrzec. "Chciałbym, aby był hałas w diecezjach, chcę, abyśmy wyszli na zewnątrz, żeby Kościół wyszedł na ulice, chcę abyśmy się bronili przed tym wszystkim, co jest światowością, bezruchem, od tego, co jest wygodą, klerykalizmem, od tego wszystkiego, co jest zamknięciem w sobie. Parafie, szkoły, instytucje stworzone są po to, aby wychodzić na zewnątrz... Jeśli tego nie uczynią staną się rodzajem organizacji pozarządowej, a Kościół takim być nie może" - mówił papież. Potem po słowach o eutanazji kulturowej, wykluczaniu ludzi dojrzałych z debaty publicznej i o niszczeniu nadziei młodych następuje niezwykłe wezwanie do wiary w Chrystusa i do jej głoszenia. "Wiara w Jezusa Chrystusa nie jest żartem, to sprawa bardzo poważna. Zgorszeniem jest to, że Bóg przyszedł, aby być jednym z nas. Zgorszeniem jest to, że umarł na krzyżu. To zgorszenie: zgorszenie krzyża. Krzyż nadal budzi zgorszenie. Ale jest to jedyna droga pewna: droga krzyża, droga Jezusa, droga Wcielenia Jezusa. Proszę, nie róbcie mieszanki z wiary w Jezusa Chrystusa. Można zrobić koktajl pomarańczowy, jabłkowy, bananowy, ale proszę, nie pijcie "koktajlu" z wiary" - mówi Franciszek i przypomina, że "wiara domaga się integralności, nie można jej mieszać, czy rozwadniać".
Hałas, szum, rozróba ma być zatem odważnym głoszeniem Ewangelii, a nie jakimś jej rozdrabnianiem, liberalizowaniem, osłabianiem. Nie ma w tych słowach ani grama wezwania do rewolucji społecznej (co też zaczęły już sugerować media), ale jest wspólne wszystkim papieżom (od czasów przynajmniej Leona XIII) przekonanie, że Ewangelia ma także wymiar społeczny, którego nie wolno lekceważyć i pomijać. Mówił o tym Pius XII, Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł II, Benedykt XVI, mówi i papież Franciszek. Raban Franciszka to zatem nowoczesny przekaz wiary, duszpasterstwo, które szuka każdej zagubionej owcy i nie zadowala się stanem posiadania. "Czasami tracimy tych, którzy nas nie rozumieją, bo zapomnieliśmy o prostocie, czerpiąc z zewnątrz również pewną racjonalność obcą naszym ludziom. Bez języka prostoty Kościół pozbawia się warunków, które umożliwiają "łowienie" Boga w głębokich wodach Jego tajemnicy" - mówił papież do biskupów brazylijskich. A myśl tę rozwinął w "Evangelii Gaudium", podkreślając, że każdy biskup musi wciąż być z własnym ludem, obok niego i z nim. "Biskup powinien zawsze sprzyjać komunii misyjnej w swoim Kościele diecezjalnym, dążąc do ideału pierwszych wspólnot chrześcijańskich, w których wierzących ożywiały jedno serce i jeden duch (por. Dz 4, 32). Dlatego niekiedy stanie z przodu, aby wskazać drogę i podtrzymać nadzieję ludu, innym razem zaś stanie pośród wszystkich ze swoim miłosierdziem, a w pewnych okolicznościach powinien iść za ludem, by pomóc tym, którzy zostali z tyłu, ponieważ jest pasterzem swojej owczarni, jego węch pozwala mu rozpoznać nowe drogi" - apeluje papież.
Ewangelicznego rabanu musimy się uczyć, wciąż na nowo testując nowe rozwiązania, szukając skutecznych metod dotarcia z dobrą nowiną do ludzi, ale jedno pozostaje pewne. Dla Franciszka jego istotą jest przekazywanie Bożego Miłosierdzia. Ten papież jest Papieżem Bożego Miłosierdzia, szukania wszystkich zagubionych i wprowadzania ich do Kościoła. "Wyjdźmy, wyjdźmy, by ofiarować wszystkim życie Jezusa Chrystusa. Powtarzam tu całemu Kościołowi to, co wielokrotnie powiedziałem kapłanom i świeckim w Buenos Aires: wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody, z przywiązania do własnego bezpieczeństwa. Nie chcę Kościoła troszczącego się o to, by stanowić centrum, który w końcu zamyka się w gąszczu obsesji i procedur. Jeśli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych braci żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia. Mam nadzieję, że zamiast lęku przed pomyleniem się, będziemy się kierować lękiem przed zamknięciem się w strukturach dostarczających nam fałszywej ochrony, lękiem przed przepisami czyniącymi nas nieubłaganymi sędziami, lękiem przed przyzwyczajeniami, w których czujemy się spokojni, podczas gdy obok nas znajduje się zgłodniała rzesza ludzi, a Jezus powtarza nam bez przerwy: "Wy dajcie im jeść!" (Mk 6, 37)" - zauważa papież.
I właśnie w tych słowach znaleźć możemy istotę rewolucji Franciszka, która jest w istocie rewolucją rewolucji Bożego Miłosierdzia, rewoltą, której celem jest głoszenie jedynego Zbawiciela Ludzkości na rogach ulic. Jeśli się ona uda, jeśli nawrócimy się do Pana, to świat stanie się trochę lepszy, a nasze kościelne wspólnoty nieco bardziej ewangeliczne. I to będzie miarą sukcesu Ojca Świętego.
Przypisy
W. Rogacin, Rewolucja papieża Franciszka, "Polska. The Times" 18.03.2013.
G. Weigel, Świadek nadziei. Biografia papieża Jana Pawła II, tłum. M. Tarnowska, J. Piątkowska, D. Chylińska, J. Illg, R. Śmietana, Kraków 2000, s. 334-336.
J. Moskwa, Droga Karola Wojtyły, t. I, Warszawa 2010, s. 373.
.
J. Makowski, Franciszek nie żartuje, "Rzeczpospolita" 6.05.2013.
Z pełną pokorą i świadomością swoich ludzkich braków papież prosił przecież wiernych o to, by modlili się za niego. "Módlcie się za mnie, abym nie uciekał z obawy przed wilkami" - mówił w pierwszych dniach swojego pontyfikatu. A wcześniej, co odnotowywał amerykański, katolicki, ale liberalnie nastawiony watykanista John R. Allen, w homili przedstawiał "symbole władzy papieskiej jako symbole służby". J.R. Allen, Benedykt XVI. Początki pontyfikatu, Poznań 2006, s. 132-133.
O swojej postawie mówił w niezwykle przejmujących słowach sam Benedykt XVI. "Widzieć, jak dokonuje się to, co niemożliwe, to faktycznie szok. Byłem przekonany, że są lepsi i młodsi. Dlaczego jednak Pan tak ze mną postąpił, musiałem pozostawić to już Jemu samemu. Starałem się zachować spokój, całkowicie ufając, że On będzie mnie teraz prowadził. Powoli musiałem zacząć wdrażać się w to, co od tej chwili miałem robić, i wszelkie plany ograniczyć tylko do następnego kroku" - mówił Benedykt XVI Peterowi Seewaldowi w książce Światłość świata (tłum. P. Napiwodzki, Kraków 2011, s. 81).
Poza tym - co już mniej istotne dla tej analizy - news konstytuuje istotność, aktualność, niespodzianki, składu, odniesienia do wpływowych państw, odniesienia do elit, specyfiki kulturowej i negatywności. S. Allan, Kultura newsów, tłum. A. Sokołowska, Kraków 2006, s. 62-63.
"To prawda, są święci: kardynałowie, księża, biskupi, zakonnice, świeccy; ludzie modlący się, ludzie, którzy dużo pracują, a także w sekrecie chodzą do ubogich. Wiem, że niektórzy, troszczą się, by nakarmić ubogich, a inni w swoim wolnym czasie udają się do jakiegoś kościoła, wypełniając posługę duszpasterską. To są kapłani. Są święci w Kurii Rzymskiej. Ale zdarza się, że ktoś nie jest taki święty, i to oni wywołują najwięcej zgiełku. Wiecie, że więcej hałasu czyni padające drzewo niż rosnący las. Boli mnie, kiedy tak się dzieje. Są ludzie, którzy powodują zgorszenie, niektórzy. Mamy tego prałata w więzieniu, myślę, że wciąż tam siedzi. Nie poszedł do więzienia za to, że był wierną kopią błogosławionej Imeldy, nie, nie był błogosławiony. Te skandale bolą. Jedna rzecz - nigdy o tym nie mówiłem, ale zdałem sobie z tego sprawę - myślę, że Kuria nieco podupadła w porównaniu z poziomem, jaki miała w czasach tych starych kurialistów... był profil starego kurialisty, wiernego, który wykonywał swoją pracę. Potrzebujemy takich ludzi. Myślę, że są, ale nie tak wielu, jak niegdyś. Profil starego kurialisty: tak bym to powiedział. Musimy ich mieć więcej. Czy napotykam opór? Jeśli jest opór, to jeszcze go nie dostrzegłem. To prawda, że nie zrobiłem zbyt wielu rzeczy, ale można powiedzieć, że tak, znalazłem pomoc, a także spotkałem ludzi lojalnych. Lubię na przykład, kiedy ktoś mi mówi, "nie zgadzam się", i z tym się spotkałem. "Je tego nie widzę, nie zgadzam się: ja mówię, Wasza Świątobliwość decyduje. To prawdziwy współpracownik. I z tym się spotkałem w Kurii. I to jest dobre. Ale kiedy są tacy, którzy mówią: "Jakie to piękne, piękne", a potem gdzie indziej mówią coś odwrotnego... Jeszcze tego nie zauważyłem. Może tak, może są tacy, ale nie zauważyłem. Opór: w ciągu czterech miesięcy nie za bardzo z nim się spotkałem..." - mówił Ojciec Święty. .
"Produkcja wiadomości politycznych, tak jak i innych wiadomości, jest tworzeniem opowieści. Wyrażona wprost lub ukryta narracja łączy ze sobą postaci i wydarzenia. O sposobie opowiadania decyduje zaś "rama", a możliwości ramowania są wielorakie" - podkreśla John Street. J. Street, dz.cyt., s. 41.
Przykładem takiego gestu, zupełnie pominiętego przez media, być może właśnie dlatego, że nie dało się go wpisać w narrację o papieżu rewolucjoniście, była modlitwa, tuż po wyborze, Franciszka przed relikwiami św. Piusa V - XVI-wiecznego papieża dominikanina (to w spadku po nim została papieżom biała sutanna). Jeśli szukać symboli na określenie tego pontyfikatu to właśnie ta modlitwa, w tym, a nie innym miejscu, może być bardzo ważna, na co wskazywał na łamach portalu Fronda.pl dr Paweł Skibiński. "Jeśliby uznać gest Franciszka za znaczący, to można się spodziewać pontyfikatu opartego na surowych standardach moralnych, intensywnego i owocnego..." - podkreślał historyk. P. Skibiński, Św. Pius V - wzór papieża Franciszka?, .
Media z lubością opisywały, jak w tak zwanym Pokoju Łez Jorge Mario Bergoglio zaraz po przyjęciu wyboru, założył tylko białą sutannę. Wtedy, relacjonował m.in. dziennik "Corriere della Sera", ceremoniarz ksiądz Guido Marini przyniósł mu uszytą przez zakład krawiecki Gammarelli papieską pelerynkę z aksamitu, obszywaną białym futrem z gronostajów. Papież miał wówczas powiedzieć ceremoniarzowi: "Niech ksiądz sam to włoży. Skończył się karnawał". .
Doskonałym przykładem takiego myślenia, przynajmniej u twórcy tytułów, jest niewielki tekścik Artura Sporniaka w "Fakcie" pt. "Co musi zmienić w Kościele nowy papież?". Publicysta "Tygodnika Powszechnego" wypowiada się wprawdzie dość ostrożnie, ale w jego słowach widać przekonanie, że pewien kierunek zmian jest nieuchronny i papież będzie się musiał dostosować. "Moim zdaniem nowy papież powinien też zwołać Sobór, bo jedna osoba z nowymi wyzwaniami sobie nie poradzi. Głównie problemy, z jakimi musi się zmierzyć? Choćby całkowita nieobecność kobiet w strukturach władzy kościelnej. Powodem jest ścisłe powiązanie tych struktur ze święceniami kapłańskimi. Dlaczego? To nie leży w naturze Kościoła. I nie trzeba aż wyświęcać kobiet na kapłanów, by mogły współrządzić Kościołem. Dużo Kościół na ich nieobecności traci" - podkreślał Sporniak. A. Sporniak, Publicysta o wyzwaniach dla nowego papieża: Potrzeba większej roli kobiet!, .
"Wieki upłyną i Antarktyda stanie się zielona, zanim wreszcie wszyscy się zgodzą, że homoseksualizm jest taką samą normą wśród orientacji seksualnych, jak izotopy są normą w świecie pierwiastków chemicznych. Choć nowy ostatnio autorytet w wielu sprawach - ksiądz Oko - może oczywiście zaznaczyć, że Mendelejew był zmęczony, bo jechał dyliżansem" - przekonywał na łamach "Polityki" Stanisław Tym, Zielona Antarktyda, "Polityka" 6.08.2013.
The Pope takes on his predecessor's legacy, "The Independent", 29.07.2013.
J.L. Allen, Looking toward the 'Francis revolution' still to come, "National Catholic Reporter", 12.08.2013,
"Wydarzenia kościelne oczywiście nie są bardziej skomplikowane niż polityczne, czy ekonomiczne. Mają jednak pewną fundamentalną charakterystykę: odpowiadają logice, która zasadniczo nie jest właściwa dla kategorii - żeby tak powiedzieć - świeckich, i właśnie dlatego nie jest łatwo je interpretować i przekazywać szerokiej i zróżnicowanej publiczności. Kościół bowiem, będąc oczywiście również instytucją ludzką, historyczną, ze wszystkim, co to oznacza, nie ma natury politycznej, ale w istocie duchową: jest Ludem Bożym, Świętym Ludem Bożym, który podąża na spotkanie z Jezusem Chrystusem. Jedynie w tej perspektywie można zdać sobie w pełni sprawę z tego, czego dokonuje Kościół katolicki. Chrystus jest Pasterzem Kościoła, ale jego obecność w historii realizuje się poprzez wolność ludzi: spośród nich wybiera się jednego, aby służył jako Jego Wikariusz, Następca Apostoła Piotra, ale Chrystus jest centrum, nie Następca Piotra: Chrystus jest centrum. Chrystus jest fundamentalnym punktem odniesienia, sercem Kościoła. Bez Niego Piotr i Kościół nie istniałby i nie miałby racji istnienia. Jak wielokrotnie powtarzał Benedykt XVI, Chrystus jest obecny i przewodzi Kościołowi. We wszystkim, co się wydarzyło, ostatecznie głównym działającym jest Duch Święty. To On inspirował decyzję Benedykta XVI dla dobra Kościoła; On kierował kardynałami w modlitwie i w wyborze. To ważne, drodzy przyjaciele, aby mieć na uwadze ten horyzont interpretacyjny, tę hermeneutykę, aby uwydatnić samo serce wydarzeń tych dni" - mówił Ojciec Święty do dziennikarzy. Cyt. za: "Jak ja Was lubię..." Papież Franciszek do dziennikarzy, .
Benedykt XVI, Wydarzenia, które zachowamy w pamięci i sercu, 22 XII 2005 - Spotkanie z kardynałami, biskupami i pracownikami Kurii Rzymskiej, .
Tamże.
R. Manseli, Święty Franciszek z Asyżu. Editio Maior, tłum. M. Bilińska, A. Paleta, Kraków 2013, s. 331.
Przemówienie Ojca Świętego Franciszka do brazylijskich biskupów, 27.07.2013, .
Tamże.
"Kościół nie jest splotem rzeczy i interesów, ale jest świątynią Ducha Świętego, świątynią, w której działa Bóg, świątynią, w której każdy z nas wraz z darem chrztu jest żywym kamieniem. Mówi to nam, że nikt nie jest w Kościele bezużyteczny. Jeśliby przypadkiem ktoś pośród was rzekł drugiemu: idź do domu, nie jesteś potrzeby - nie jest to prawdą. Nikt w Kościele nie jest bezużyteczny! Każdy z nas jest potrzebny, by budować tę świątynię! Nikt nie jest drugorzędny! Jestem najważniejszy w Kościele - nie, wszyscy jesteśmy równi w oczach Bożych, wszyscy! wszyscy! Ktoś spośród was mógłby powiedzieć, ależ Ojcze Święty - nie jesteś z nami równy! Ależ tak, jestem jak każdy z was! Wszyscy jesteśmy równi! Jesteśmy braćmi! Nikt nie jest anonimowy: wszyscy tworzymy i budujemy Kościół. Zachęca to też nas jednak do refleksji nad tym, że jeśli brakuje cegły naszego życia chrześcijańskiego, to pięknu Kościoła czegoś brakuje. Niektórzy mówią - ja z Kościołem mam niewiele wspólnego, ale w tej pięknej świątyni brakuje cegły Twojego życia. Nikt nie może sobie pójść. Wszyscy musimy zanieść do Kościoła nasze życie, serce, naszą miłość, pracę, myśl - wszyscy razem" - mówił papież Franciszek podczas audiencji 26 czerwca.
Franciszek, Evangelii gaudium, par. 120.
Tamże, par. 127.
Spotkanie z młodzieżą argentyńską 25 lipca 2013, .
Tamże.
.
Franciszek, Evangelii gaudium, par. 31.
Piękne słowa dotyczące potrzeby testowania nowych metod ewangelizacyjnych znajdziemy w Evangelii Gaudium, gdzie papież wzywa do spojrzenia na duszpasterstwo z perspektywy misyjnej. "Zachęcam wszystkich, by byli odważni i kreatywni w tym zadaniu przemyślenia celów, stylu i metod ewangelizacyjnych swojej wspólnoty. Określenie celów bez stosownych wspólnotowych poszukiwań środków, aby je osiągnąć, skazane jest na przekształcenie się w czystą fantazję. Wzywam wszystkich do zastosowania ofiarnie i hojnie wskazań tego dokumentu, bez zakazów i obaw. Ważne jest, by nie iść samemu, liczyć zawsze na braci, a szczególnie na przewodnictwo biskupów, przy mądrym i realistycznym rozeznaniu duszpasterskim", Evangelii gaudium, par. 33.
Tamże, par. 49.
Swoistym symbolem tej rewolucji pozostaje lek nasercowy, który Ojciec święty poleca wiernym. Jest nim "miserikordyna", czyli Koronka do Miłosierdzia Bożego, Obraz Jezusa Miłosiernego. Takie "tabletki" wymyślone zresztą w Polsce przed gdańskiego diakona, wcześniej absolwenta farmacji Błażeja Kwiatkowskiego, a rozdane wiernym na placu św. Piotra i zareklamowane przez Ojca Świętego, są najlepszym podsumowaniem tego, co papież proponuje wiernym i nie-do-końca-wiernym.