Operacja ,,Eagle" - Niemcy 1945 - Agata Tyszkiewicz, Jakub Tyszkiewicz

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog - odyseja "Cuba Libre"

- Jasiak z "Cuba Libre" czeka obok. - W pokoju pojawiła się wiotka sylwetka sekretarki. Kobieta zniknęła za drzwiami, a po chwili do pomieszczenia wszedł młody człowiek. Oficer machnął ręką na przywitanie, wskazując mu miejsce po drugiej stronie biurka.

- Sierżant Józef Jasiak, lat dwadzieścia pięć, urodzony w Grudzicach koło Opola, mieszkał w Tarnowskich Górach, radiotelegrafista, w zespole z Jankowskim, specjalistą. Nazwa zespołu "Cuba Libre" - odczytał po angielsku podporucznik. - Zgadza się?

- Tak jest - potwierdził Jasiak.

Na amerykańskim oficerze polski radiotelegrafista nie zrobił dobrego wrażenia. Zaginięcie zespołu w akcji, a potem cudowne odnalezienie spadochroniarzy wydawało mu się od początku podejrzane. Zwłaszcza że w raporcie szef polskiej Szkoły Specjalistów, major Szymanowski, uznał ich za definitywnie zaginionych.

Jasiak czujnie śledził każdy ruch oficera przeglądającego dokumenty. Odkąd, z wielkim trudem, udało mu się wydostać z amerykańskiej niewoli, przestał ufać Amerykanom.

Oficer przerzucił kartki.

- W Wielki Piątek, trzydziestego marca, odbyła się odprawa, na której uzgodniono z załogą samolotu A-26 Invader, z 856 dywizjonu ciężkich bombowców, miejsce i czas zrzutu. - Podporucznik popatrzył wyczekująco na agenta. - Coś przeoczyłem?

- Nie, wszystko odbyło się zgodnie z planem. Mieliśmy lecieć "Królem Pik".

- Dobrze, samolot "Król Pik" - mruknął do siebie podporucznik. - Kto cię poinformował o punkcie zrzutu?

- Mister R., który przeprowadzał naszą odprawę. Mieliśmy zostać zrzuceni na południe od Getyngi. - Jasiak był zdziwiony pytaniem.

Oficer odchylił się na krześle.

- Kiedy wystartowaliście?

- O drugiej w nocy z pierwszego na drugi kwietnia, była bardzo dobra pogoda do lotu.

- O to nie pytałem.

Jasiak poczuł, że nie przepada za tym oficerem.

- Kto zmienił miejsce zrzutu? - Podporucznik wstał i usiadł na blacie biurka tuż przed agentem.

- Kapitan samolotu powiedział, że nie może tam lecieć. Na odprawie była zupełnie inna załoga i inny pilot, byliśmy tym faktem bardzo zaskoczeni. - Radiotelegrafista odsunął się odruchowo z krzesłem.

- A dlaczego miejsce lądowania uległo zmianie?

- Załoga samolotu zdecydowała. Podobno to pierwsze było niedobre, ale i tak zrzucono nas w jeszcze innym. Dlaczego? Nie wiem.

- Z jakiego pułapu był zrzut?

- Nie wiem dokładnie, nastąpiło to bardzo szybko. Sądząc po czasie od skoku do lądowania, to było bardzo nisko. Za nisko.

- Wylądowałeś bez problemu?

- Nie. Zrzucono nas na budynki. Tylko cudem uniknąłem śmierci. Udało mi się wylądować pod parkanem. - Jasiak był coraz bardziej niezadowolony.

Oficer zajrzał znowu w dokumenty.

- Po zrzucie powinieneś był odnaleźć partnera. Dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Spadłem na zakręcie asfaltowej szosy, po której jeździły samochody i chodzili ludzie. Schowałem spadochron i dopiero, jak samochody odjechały, a ludzie gdzieś odeszli, zagwizdałem. Było bardzo ciemno i padał mocny deszcz.

- Mówiłem już, że prognoza pogody mnie nie interesuje. - I co dalej? - Oficer nie wierzył w ani jedno słowo.

Radiotelegrafista zrozumiał, że to nie jest zwykłe przesłuchanie po misji.

- Jankowski mi nie odpowiedział. Obaj nie mogliśmy się odnaleźć, bo źle nas zrzucono - powiedział spokojnie.

Oficer usiadł z powrotem za biurkiem, postukał ołówkiem w porcelanową filiżankę.

- Może to tylko wymówka, może wcale nie szukałeś partnera? - spytał nagle, przechylając się przez biurko.

Jasiak zacisnął pięści, oficer siedzący za biurkiem nie mógł tego widzieć.

- Schowałem sprzęt i spadochron i postanowiłem w lesie przeczekać do rana. - Jasiak obiecał sobie w myśli, że nie da się Amerykanowi wyprowadzić z równowagi. - Gdy się rozwidniło, wróciłem na miejsce lądowania. Wszystko wskazywało na to, że nas zauważono i że Jankowski albo nie przeżył, albo został złapany.

- Nie było za szybko na takie wnioski?

- Zrobiłem wszystko, żeby znaleźć partnera - odpowiedział szczerze młody radiotelegrafista.

- Od początku miałeś wątpliwości co do powodzenia akcji, prawda? - Oficer zmienił temat.

- Tak. - Od Jasiaka bił olimpijski spokój. - Obawiałem się, że zostaniemy szybko złapani i rozpoznani jako dezerterzy z armii niemieckiej. Wszyscy żyliśmy na zagarniętych przez Niemców terenach i służyliśmy w ich armii. Wiemy, jak to wszystko jest zorganizowane.

- A skąd to przekonanie, że każdy złapany w końcu zacznie sypać?

- Prawdziwych tortur nikt długo nie wytrzyma. Chyba że ci, co torturują, albo szybko przestaną, albo stanie się jakiś cud.

- Cud - powtórzył oficer. - Wierzysz w cuda?

- Nie - powiedział Jasiak. - Wierzę w swoje umiejętności. Chociaż po tym, co nam się przydarzyło z Jankowskim, chyba powinienem. Wykonywaliśmy zadanie w skrajnie niekorzystnych warunkach.

Oficer chciał coś powiedzieć, ale tym razem Jasiak go wyprzedził.

- Sir, był pan po niemieckiej stronie?

Oficer rzucił Jasiakowi obrażone spojrzenie.

- To nie ma nic do rzeczy. Ważne jest to, że gdzieś przepadło 7000 marek i brylant.

- Marki zakopałem w lesie razem z kodami i bronią. Nie miałem innego wyjścia. To, co mi zostało, wydałem na papierosy i żywność, gdy byłem więziony w amerykańskim obozie. Brylant także wymieniłem na żywność. Nie moja wina, że w amerykańskim obozie jenieckim ceny jedzenia są takie wysokie. - Jasiak był wściekły, że oskarża się go o kradzież.

- Sprawdzimy to - powiedział oficer. - I podejmiemy odpowiednie kroki, żeby je obniżyć1.

 

Dowódca polskich skoczków wykonujących zadania w Niemczech dla amerykańskiego wywiadu OSS, mjr Stefan Szymanowski, przygotowując pod koniec czerwca 1945 r. sprawozdanie podsumowujące działania 16 dwuosobowych zespołów, uznał członków "Cuba Libre" za zaginionych. Mimo poszukiwań podejmowanych przez Amerykanów aż do tego momentu nie udało się do nich dotrzeć. Według odtajnionych dokumentów amerykańskich wszystkiemu winne było nieszczęśliwe lądowanie. Tymczasem polscy wywiadowcy niespodziewanie odnaleźli się pod koniec lipca.

Cztery miesiące wcześniej, w nocy z pierwszego na drugi kwietnia (z Niedzieli Wielkanocnej na poniedziałek), z lotniska pod Londynem poderwał się dwusilnikowy lekki bombowiec A-26 Invader z wymalowaną pod kabiną kartą do gry z wizerunkiem "Króla Pik", aby podjąć kolejną próbę zrzutu polskich skoczków na terytorium Trzeciej Rzeszy. Poprzednia, w ostatnią noc marca, zakończyła się niepowodzeniem. Kłopoty z wyrzuceniem zasobnika z zaopatrzeniem spowodowały odwołanie skoku2.

Na pokładzie samolotu oprócz załogi znajdował się dwuosobowy zespół polskich spadochroniarzy nazwany "Cuba Libre". Specjalistą, czyli wywiadowcą, był Józef Jankowski, radiotelegrafistą zaś jego imiennik - Jasiak. Byli także rówieśnikami, mieli po dwadzieścia pięć lat. Jankowski pochodził z Giszowca, znanej górniczej dzielnicy Katowic. Po skończeniu szkoły powszechnej zaczął pracować w kopalni. Równocześnie uzupełnił wykształcenie, ucząc się wieczorowo. Rodzina Jankowskiego, mieszkańcy Górnego Śląska, poznała już gorzki smak okupacji niemieckiej. Ojciec został wywieziony na roboty przymusowe, a jeden z jego czterech braci walczył w armii niemieckiej. Także sam Jankowski już w maju 1941 r. - uznany jako Ślązak za Niemca - dostał wezwanie na komisję rekrutacyjną. Tym razem udało mu się ze służby wojskowej wyreklamować, bo był górnikiem, a zarazem jedynym żywicielem rodziny: żony i dwójki dzieci. Wehrmacht o nim jednak nie zapomniał. Ponownie został objęty poborem w marcu 1943 r. Po szkoleniu trafił do jednostki w południowej Francji, a następnie do Normandii. Tutaj zastało go lądowanie alianckie - D-Day - 6 czerwca 1944 r. Do niewoli amerykańskiej trafił pod koniec miesiąca.

Radiotelegrafista Jasiak pochodził z Tarnowskich Gór. Przed wojną ukończył sześcioklasową szkołę powszechną i trzy lata gimnazjum. Po zajęciu Polski przez Niemcy we wrześniu 1939 r. zatrudnił się w zakładzie produkcji benzyny syntetycznej - Schaffgotsch Benzin Werke Odertal (Zdzieszowice) w rejencji opolskiej. Nie uchroniło go to jednak przed poborem do wojska niemieckiego, rozpaczliwie poszukującego rekruta po pierwszych klęskach na polach bitwy z aliantami. Jasiak znalazł się w Wehrmachcie w czerwcu 1943 r. i podobnie jak jego starszy brat trafił do Francji. W ramach sformowanej w listopadzie koło Brestu 353 Dywizji Piechoty został wysłany do Saint-Lô w Bretanii. Wraz z czterema Polakami wykorzystał moment, gdy mieli wartę, i 25 czerwca 1944 r. poddali się Amerykanom z XIX Korpusu Armii3.

Jankowski i Jasiak byli zaskoczeni, bo samolotem sterował zupełnie inny pilot, niż to było uzgodnione na odprawie w Wielki Piątek. Kapitan maszyny poinformował ich, że nie ma mowy o tym, by zrzut odbył się na wschód od Getyngi, bo on tam nie może lecieć. Dodał, żeby się nie martwili, bo często bywa w tym rejonie, dobrze zna teren i zrzuci ich w najlepszym możliwym miejscu. Polscy wywiadowcy nie byli zachwyceni takim obrotem sprawy, a szczegółowo opracowany plan akcji wywiadowczej właśnie po raz pierwszy uległ niezamierzonej zmianie. Jasiak miał zresztą duże wątpliwości co do powodzenia całej akcji. Twierdził, że dobrze zna system policyjny w Trzeciej Rzeszy, który jest tak rozbudowany, iż w ciągu najwyżej dwóch miesięcy pobytu na jej terytorium każdy agent zostanie złapany. Jeżeli nawet nie zostanie rozpoznany jako szpieg i rozstrzelany, będzie uznany za dezertera i trafi znów do armii niemieckiej. Zwracał także uwagę na brutalne metody obchodzenia się ze schwytanymi agentami przez Gestapo.

O godzinie drugiej w nocy obaj Polacy wyskoczyli nad Niemcami, dokonano też zrzutu zasobnika z zaopatrzeniem. Pogoda w niczym nie przypominała tej, jaka była przy wylocie z Anglii. Lało jak z cebra i zrobiło się zimno. Specjalista Jankowski wylądował w przydomowym ogródku, niemal rozbijając się o dachy domów i taranując płot. Był to efekt skoku ze znacznie niższej wysokości, niż to pierwotnie zakładano, spadochroniarze nie wiedzieli o tym, że pilot wcześniej obniżył pułap do około 200 metrów. Bardzo mocno poobijany skoczek ledwo wstał. Ubłocony, w deszczu, który padał tak, "że nie można było wytrzymać", zbierał sprzęt. Liczył na to, że jego towarzysz jest po drugiej stronie asfaltowej szosy. Próbował przejść niepostrzeżenie przez jezdnię, ale na drodze panował duży ruch i słychać było ciągle jadące samochody, niektóre zatrzymywały się na poboczu. Z pobliskiego zakrętu dochodziły głosy jakichś ludzi. Gdy zaczęło świtać, zrezygnował z poszukiwań kolegi i poszedł do pobliskiego lasu. Zakopał sprzęt i wszedł jeszcze głębiej w las. Deszcz padał nieprzerwanie. Skoczek położył się na ziemi i zaszył się, aby poczekać, aż się rozjaśni. Przemoczony do suchej nitki i zziębnięty, około dziewiątej rano postanowił iść dalej. Nieoczekiwana zmiana miejsca zrzutu spowodowała, że całkowicie stracił orientację w terenie. Nie wiedząc, gdzie jest, szedł lasem, wreszcie dotarł do początku jakiejś ulicy. Ku swojemu zdziwieniu, napotkał tam ewakuowanych z pobliskiego miasta polskich robotników przymusowych i to od nich dowiedział się, że jest na drodze do Kassel. Poszedł z nimi do pobliskiej wioski, dalej podróżował już sam, nocując po drodze w lesie. Następnego dnia po południu dotarł do Getyngi. Miasto było umówionym punktem spotkania z Jasiakiem w razie nieodnalezienia się po lądowaniu. Po trzech dniach próżnego oczekiwania na partnera Jankowski poszedł do urzędu pracy - Arbeitsamtu, aby zgodnie z planem postarać się o pracę i mieszkanie, a tym samym zdobyć legalne papiery. Posługiwał się fałszywymi dokumentami sporządzonymi przez OSS, z których wynikało, że nazywa się Vaclav Horak, jest czeskim robotnikiem i został ewakuowany do Getyngi z Katowic w związku z nadciągającym frontem wschodnim. Urzędniczka długo i podejrzliwie przeglądała dokumenty, aż w końcu zadzwoniła po policję, informując skoczka, że to funkcjonariusze pomogą dalej w znalezieniu pracy i mieszkania. Specjalista nie czekał na pojawienie się służb, wyskoczył przez otwarte okno i uciekł na północ w stronę miasteczka Northeim. Po drodze spał w hoteliku w Nörten, gdzie schował większość pieniędzy, zostawiając sobie tylko sumę niezbędną do przeżycia, aby w razie kontroli nie wzbudzać podejrzeń. W Northeim postanowił się zatrzymać na jakiś czas, by obmyślić plan powrotu do Anglii, ponieważ sam, bez wspólnika, nie mógł wykonać powierzonych mu zadań. Jeszcze raz podjął próbę zdobycia nowych, legalnych dokumentów, odwiedzając miejscowy Arbeitsamt. Wzbudził jednak podejrzenia, został aresztowany i wywieziony pod policyjną eskortą jako obcokrajowiec do Goslaru. Udało mu się jednak uciec z transportu. Ukrywał się w fabryce, w której pracowali wywiezieni na roboty Polacy. Po tygodniu został ponownie aresztowany. W tym samym czasie do Goslaru zbliżały się już amerykańskie wojska. Wszyscy obcokrajowcy, którzy jeszcze przebywali w mieście, zostali zabrani i przygotowani do transportu kolejowego. W każdym wagonie było po dwóch policjantów pilnujących, aby nikt nie uciekł. Transport dojechał do Magdeburga. Podróż trwała trzy dni, więźniowie nie dostali przez całą drogę nic do jedzenia ani picia. Jankowski, wraz z innymi, znalazł się w obozie. W dniu przyjazdu ogłoszono w mieście alarm pancerny. Skoczek miał nadzieję, że Amerykanie wkroczą do Magdeburga i wyzwolą obóz. Tak się jednak nie stało, ofensywa IX Armii USA została na parę dni wstrzymana. Niemcy skierowali więźniów do kopania rowów, stamtąd przerzucono ich w liczbie 20 tysięcy na drugą stronę Łaby i kazano iść przed siebie. Jankowski odłączył się niepostrzeżenie od marszu i spotkał Polaka, który w pobliskim majątku pasł krowy. Zaoferował on skoczkowi schronienie i nocleg. Ponieważ jednak tysiące puszczonych luzem więźniów schroniło się w pobliskich lasach i - aby przeżyć - kradli żywność, policja zaczęła robić łapanki. W jednej z nich po raz kolejny aresztowano Jankowskiego. Został zamknięty w obozie w Magdeburgu. Tymczasem do miasta zbliżała się od wschodu Armia Czerwona. W panującym bałaganie skoczek skorzystał z okazji i uciekł, aby przeprawić się przez Łabę na amerykańską stronę. W tym celu, 3 maja wieczorem, musiał przekupić rybaka, dając mu brylant, którzy wszyscy skoczkowie otrzymali przed wylotem, aby go ewentualnie użyć dla ratowania własnego życia w przypadku zagrożenia. Tymczasem, gdy znalazł się na upragnionym drugim brzegu, Amerykanie nie chcieli uwierzyć w jego opowieść i zamierzali odesłać go z powrotem. W zamieszaniu wśród więźniów udało mu się wyjść z włoskimi jeńcami i w ten sposób dotarł do obozu w Hillersleiben, na północ od Magdeburga, gdzie byli także Polacy. Mimo zdania przez Jankowskiego szczegółowego raportu amerykańskim władzom wojskowym kazano mu dalej pozostać w obozie. Przebywał tam miesiąc, a w tym samym czasie angielskie władze zastąpiły amerykańskie. Jego sytuacja jednak się nie zmieniła. Dopiero gdy przypadkiem spotkał polskiego oficera łącznikowego, ten wysłał go do Meppen, gdzie stacjonowała I Brygada Pancerna generała Stanisława Maczka. W końcu skierowano go do Bremy, gdzie skontaktował się wreszcie z kontrwywiadem amerykańskim4.

Tymczasem radiotelegrafista Jasiak, widząc, że spada na budynki, ściągnął mocno linki spadochronu, szczęśliwe lądując obok parkanu wiejskiego podwórza. Spadł w nieznanym mu miejscu. Zwijając spadochron, zauważył, że szosą przejeżdżają samochody, które przystawały na poboczu. Potem rozległy się jakieś nawoływania i krzyki. Spadochroniarz myślał, że skoczkowie zostali zauważeni, a Jankowski został złapany. Jasiak ukrył spadochron i sprzęt, ale z powodu intensywnego deszczu i ciemności nie mógł się dobrze rozeznać w sytuacji. Gdy na drodze trochę się uspokoiło, samochody odjechały, a ludzie odeszli, radiotelegrafista zagwizdał kilkakrotnie, by dać znać koledze, gdzie jest, ale, niestety, nie otrzymał odpowiedzi - Jankowski go nie usłyszał. Postanowił ukryć się w pobliskim lesie, aby tam zaczekać do rana i schronić się choć trochę przed deszczem. Rano Jasiak powrócił na miejsce lądowania. Gdy zobaczył części z zasobnika, był pewny, że jego towarzysz został złapany. Zaczekał, aż się ściemni, a następnie poszedł na południe, aby dostać się do Getyngi. Spadochroniarze umówili się, że spotkają się w ciągu czterech dni od lądowania w miejscowym Urzędzie Pracy (Arbeitsamt) i zdobędą tym samym prawdziwe dokumenty. Idąc lasem, dotarł do miasteczka Uslar, niedaleko celu. Napotkany na skraju lasu myśliwy powiedział, że nie ma żadnych szans na dostanie się do Getyngi. Na skrzyżowaniu w Uslarze zatrzymał go policjant. Po zrewidowaniu papierów, wystawionych na nazwisko technika naftowego Josefa Jirka, stróż porządku zadzwonił do jednego z pomocników, członka paramilitarnego Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego, który pilnował Jasiaka do popołudnia. Policjant oświadczył, że musi tę sprawę przedłożyć burmistrzowi, który rozstrzygnie, gdzie Jasiak ma się udać do pracy, ponieważ do Getyngi nikogo już nie wpuszczano. Zaprowadzono go do szkoły, gdzie znajdowali się już robotnicy przymusowi różnej narodowości przeniesieni z Kassel. Około osiemnastej zwrócono mu papiery, z wyjątkiem przydziału (Zuweisung). Wieczorem, około dwudziestej, wyprowadzono wszystkich przetrzymywanych w kierunku Bad Gandersheim koło Seesen. Tam Jasiak z czterema Polakami uciekł z transportu, by dotrzeć jak najbliżej nacierających wojsk amerykańskich. W miarę zbliżania się do frontu radiotelegrafista i jego przygodni koledzy musieli iść lasem, gdyż wszystkie szosy były obstawione przez wojsko. Po paru dniach w pobliżu Seesen zorientowali się, że czołgi amerykańskie już ich minęły. Uradowani wrócili do Bad Gandersheim. W drodze radiotelegrafista starał się zgubić znajomych Polaków, co mu się w końcu udało. W mieście skontaktował się z amerykańską żandarmerią - Military Police (MP). Rozmowa z porucznikiem nie poszła jednak po myśli Jasiaka, wysłano go z powrotem do Seesen. Załamany takim obrotem sprawy, został przedstawiony amerykańskiemu majorowi, dowódcy regimentu Black Fish. Ku swojemu zdziwieniu został tym razem dobrze przyjęty. Po przesłuchaniach odtransportowano go do Goslaru, tam jednak został bez powodu przyłączony do cywilów niemieckich. Umieszczono go w tymczasowym więzieniu, przydzielając go tym razem do grupy czeskich cywilów. W sali, w której go przetrzymywano, było dużo jeńców wojennych, a ich liczba z dnia na dzień się zwiększała. Nikt z Amerykanów nie chciał jednak słuchać tłumaczeń Jasiaka, który usiłował wyjaśnić swoją sytuację. Gdy domagał się lepszego traktowania niż Niemcy, prosząc o dodatkowe porcje żywności, jeden z posterunkowych specjalnie go pilnował, aby nigdzie się nie ruszał. Następnego dnia wszyscy więźniowie zostali przewiezieni do Dethold. Prośby Jasiaka o kontakt z oficerami nadal były odrzucane przez straże amerykańskie. Podobnie potraktowano go w następnym punkcie w Bielefeld. Na trzeci dzień wygłodzony Jasiak został odtransportowany do Rheinbergu koło Düsseldorfu. Według swojej relacji musiał zapłacić brylantem i posiadanymi markami niemieckimi za żywność i inne rzeczy, bo był w stanie krańcowego wyczerpania5. Tam, dopiero po trzech tygodniach, zaczęto oddzielać obcokrajowców od Niemców. Mimo dołączenia go do polskiej grupy nadal pozostawał w niewoli amerykańskiej. Wszystkich obcokrajowców wywieziono w końcu do Châlons we Francji. Po tygodniu, gdy wydawało się, że wreszcie będzie mógł porozmawiać z komendantem, w wyznaczony dzień spotkania pobił się z innym jeńcem i za awanturę został skazany na miesiąc więzienia "o chlebie i wodzie". Przed uwięzieniem zdążył przekazać tłumaczowi, aby przedstawił jego sprawę pierwszemu polskiemu oficerowi. Dzięki temu już po tygodniu został zwolniony i skierowany do Paryża, ale i tutaj prawie miesiąc czekał na odpowiedź w swojej sprawie. W końcu, na własną rękę, dzięki dostaniu się do misji transportowej, 15 lipca 1945 r. dotarł do Stacji Zbornej Wojska Polskiego w Kinghorn w Szkocji, dlatego że nie zezwolono mu od razu na wyjazd do Londynu. Dopiero przyjazd mjr. Szymanowskiego zmienił sytuację i w końcu lipca Jasiak znalazł się wreszcie w stolicy Wielkiej Brytanii6.

W OSS wszczęto dochodzenie w sprawie przekupywania przez Jasiaka amerykańskiego personelu, aby dostać jedzenie. Śledztwo nie przyniosło jednak jednoznacznej konkluzji. Urzędnicy wojskowi odpowiedzialni za obozy jenieckie upierali się, że Jasiak na pewno otrzymał pokwitowanie za zapłacone towary, a ponieważ takiego dokumentu skoczek nie miał, twierdzono, że dokonał zakupów na czarnym rynku. Amerykanie podkreślali, że wszyscy jeńcy wojenni otrzymują adekwatne racje żywnościowe. Z tego względu w OSS myślano nawet o potrąceniu Jasiakowi części należnego żołdu (łącznie kilkaset dolarów), ale ostatecznie uznano, że nie można zawieść agenta, i przyznano mu tę wypłatę. Pieniądze otrzymał jednak dopiero 18 października7. Formą kary dla niego była jednak odmowa przyznania mu jakiegokolwiek odznaczenia amerykańskiego. Walter A. Wusza w piśmie do działu odpowiedzialnego za medale (Awards and Decorations Branch) wręcz odradzał taki krok. Twierdził, że Jasiak, mimo niekorzystnych warunków powstałych po zrzucie, mógł zbierać informacje wywiadowcze dla Amerykanów, a ponadto został skazany na miesiąc więzienia w obozie jenieckim za "niechwalebne" zachowanie w stosunku do władz obozowych8. Jankowski odznaczony został natomiast Medalem Brązowej Gwiazdy przyznawanym za odwagę w obliczu nieprzyjaciela, bohaterstwo lub przykładną służbę, zajmującym dziesiąte miejsce według starszeństwa ­odznaczeń wojskowych USA.

* * *

"Eagle" (Orzeł) to kryptonim operacji przeprowadzonej w marcu i kwietniu 1945 r. przez Biuro Służb Strategicznych (Office of Strategic Services - OSS). W jej ramach na terytorium Niemiec zrzucono 16 dwuosobowych grup polskich spadochroniarzy, pracujących dla wywiadu amerykańskiego. Do tych działań zostali przygotowani w zorganizowanej przez Polaków, ale pod auspicjami OSS, Szkole Specjalistów w Londynie. Działania 32 polskich śmiałków do niedawna były tajemnicą. Amerykańscy autorzy, którzy mieli wcześniej dostęp do części tajnych wówczas akt wywiadu, bardzo krytycznie oceniają działania Polaków w Trzeciej Rzeszy. Szczególnie rażące i krzywdzące opinie zawarł w swojej książce nieżyjący już John E. Persico, który tendencyjnie opisał zarówno genezę, jak i przebieg tej operacji, zrzucając odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia na polskich skoczków i przedstawiając losy tylko jednego polskiego wywiadowcy9. Także nowsze prace za Atlantykiem powielają te nieprawdziwe stwierdzenia10. Warto natomiast zwrócić uwagę na niewielką, ale wartościową pracę Waldemara Grabowskiego - wybór kilku dokumentów z Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego (IPMS), poprzedzony jego wstępem, w którym po raz pierwszy został przedstawiony udział polskich spadochroniarzy w amerykańskich i angielskich akcjach w Niemczech w 1945 r. na podstawie dokumentów znajdujących się w Londynie11.

Pełniejsze przedstawienie operacji "Eagle" jest możliwe dzięki odtajnieniu nieznanych dotąd akt OSS w National Archives w College Park (Maryland) dotyczących tego projektu. Dokumenty te pozwalają na pokazanie akcji 32 polskich wywiadowców zrzuconych w Trzeciej Rzeszy, szczegółów ich szkolenia w Szkole Specjalistów (prowadzonej przez polską kadrę instruktorską pochodzącą z Samodzielnej Kompanii Grenadierów - SKG, i emigracyjnego wywiadu), sporów wokół współpracy polsko-amerykańskiej, a także dalszych planów związanych z ewentualnym ich wykorzystaniem przez OSS. Właśnie na tych materiałach oparta jest książka, którą czytelnik ma przed sobą. Chcemy w niej przede wszystkim pokazać żołnierzy, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko akcji wywiadowczej na tyłach wroga, i ich skomplikowane losy - dobrze ukazujące tragizm sytuacji zwykłego człowieka rzuconego w wir konfliktu zbrojnego. Zależy nam na przybliżeniu sylwetek polskich agentów, którzy nie wahali się poświęcić swojego życia dla przyspieszenia zwycięstwa aliantów nad Trzecią Rzeszą. Treść książki została wzbogacona o fragmenty fabularyzowane, które są autorską rekonstrukcją zdarzeń, opartą jednak na prawdziwych wydarzeniach i przeżyciach skoczków przedstawionych w raportach, sprawozdaniach i korespondencji wytworzonej przez wywiad amerykański oraz w relacjach samych żołnierzy i spadochroniarzy, nie tylko polskich.

Aby lepiej ukazać tło operacji "Eagle" i osób zaangażowanych w jej realizację, przedstawiamy również sylwetki osób odgrywających czołowe role w tworzeniu i funkcjonowaniu Szkoły Specjalistów, dotychczas bliżej nieznane opinii publicznej. W książce przybliżyliśmy także mało oświetlone dotąd wątki polskiego wysiłku zbrojnego w drugiej wojnie światowej, przede wszystkim o charakterze wywiadowczym, których finalnym stadium była operacja zrzutu polskich skoczków w Trzeciej Rzeszy przez OSS, oraz międzynarodowe uwarunkowania polityczne towarzyszące całej akcji.

Czytelnikowi należy się jeszcze jedno wyjaśnienie. Wszyscy skoczkowie biorący udział w operacji "Eagle", ze względu na bezpieczeństwo rodzin pozostawionych w Polsce, występowali pod fikcyjnymi nazwiskami. Dokumenty amerykańskie pozwalają odtworzyć ich prawdziwą tożsamość, ale ze względu na istniejące obecnie przepisy prawne (RODO) nie zdecydowaliśmy się na taki krok. Przybliżamy natomiast ich prawdziwe życiorysy i skomplikowane losy w czasie wojny - do 1944 r. - zanim stali się kursantami Szkoły Specjalistów. Poza tym swych największych czynów w Niemczech dokonali właśnie pod przybranymi nazwiskami.

Rozdział I - Zanim doszło do operacji "Eagle"

OSS - "służby Donovana" i współpraca z polskim wywiadem

Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do państw europejskich, długo nie posiadały służby wywiadowczej z prawdziwego zdarzenia. Dopiero w czerwcu 1942 r. prezydent Franklin D. Roosevelt utworzył OSS podległe Połączonemu Komitetowi Szefów Sztabów. Na czele nowego wywiadu stanął charyzmatyczny i oddany swojej pracy William Donovan, zwany "Dzikim Billem", w cywilu wzięty prawnik nowojorski.

William Donovan (1883-1959) po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w Europie, uczestnicząc w akcji pomocy głodującym organizowanej przez Herberta Hoovera. W 1916 r. wrócił do USA i został wcielony do wojska. Walczył z partyzantami słynnego Pancho Villi na granicy amerykańsko-meksykańskiej. Od listopada 1917 r. był dowódcą batalionu legendarnego pułku piechoty "Fighting Irish" na froncie we Francji. Bezpośrednio po Wielkiej Wojnie został amerykańskim oficerem łącznikowym przy dowództwie adm. Aleksandra Kołczaka, walczącego z bolszewikami w wojnie domowej w Rosji. Doświadczenia tam zdobyte przekonały go do roli wywiadu w działaniach zbrojnych. Po powrocie do USA kontynuował przerwaną wojną karierę prawniczą, dochodząc do stanowiska zastępcy prokuratora generalnego. Zdecydował się jednak na otwarcie praktyki prywatnej. W lipcu 1940 r., jako specjalny wysłannik prezydenta Roosevelta, spotkał się z przedstawicielami brytyjskich służb specjalnych, a pod koniec tego roku odbył długą podróż po wszystkich frontach wojny i ośrodkach szpiegowskich w Europie i Afryce. W czerwcu 1941 r. przygotował memoriał do prezydenta uzasadniający powołanie nowych amerykańskich służb wywiadowczych - OSS12.

Prezydencki dekret ograniczał działania Biura Służb Strategicznych w zachodniej hemisferze. Miało ono tylko częściowy dostęp do informacji uzyskiwanych w wyniku złamania kodów Enigmy, zwanych przez aliantów ULTRA, zazdrośnie strzeżonych przez wywiad U.S. Army - G-2 i marynarki wojennej - Office of Naval Intelligence. Bardzo szybko jednak agenci Donovana rozszerzyli zakres swoich działań. Między innymi 12 pracowników OSS zostało wysłanych do Afryki Północnej, gdzie jako zastępcy konsulów amerykańskich tworzyli sieć wywiadowczą. Zdobyła ona istotne informacje ułatwiające lądowanie tam aliantów w listopadzie 1942 r. (operacja "Torch"). Niewątpliwie dużą rolę w rozwoju OSS odgrywał początkowo brytyjski wywiad, ale partnerskie stosunki między obiema służbami rozwijały się powoli. Donovan pełnymi garściami czerpał natomiast z doświadczeń słynnego Kierownictwa Operacji Specjalnych (Special Operations Executive - SOE), utworzonego w lipcu 1940 r. w Wielkiej Brytanii, aby, wedle słów premiera Winstona Churchilla, "podpalić Europę", czyli prowadzić działania polityczne, wojskowe (ruch oporu, dywersja i wywiad) oraz sabotaż gospodarczy głównie na obszarach państw europejskich okupowanych przez Trzecią Rzeszę.

OSS szybko wytworzyło swoją strukturę, która składała się z kilku zasadniczych wydziałów. Za szkolenie agentów i organizację operacji szpiegowskich odpowiedzialny był Tajny Wywiad (Secret Intelligence Branch - SI). Sabotaż, działania wywrotowe i partyzantkę organizował wydział o nazwie Operacje Specjalne (Secret Operations - SO). Za przygotowanie zespołów komandosów realizujących zadania za linią frontu odpowiadały Grupy Operacyjne (Operation Groups - OG). Istotną rolę w rozważaniach analitycznych odgrywały osoby z tzw. korpusu fotelowego, czyli Wydziału Badania i Analizy (Reasearch and Analysis Branch - R&A) dokonujące oceny operacji wojskowych (np. skutków nalotów alianckich na Niemcy) i wywiadowczych. Za propagandę odpowiadali ludzie z Oddziaływania na Morale (Morale Operations - MO). Najbardziej tajemniczą częścią OSS był wydział X-2, czyli kontrwywiad, który zwalczał działania agentów nieprzyjaciela na tyłach frontu13.

Przypisy 

1 Teksty złożone tą czcionką w całej książce są autorską rekonstrukcją zdarzeń opartą na dokumentach historycznych.

2 Air Transport Operation Report1z 30/31 III 1945 r., National Archives and Records Administration, Maryland, RG 226, Records of the Office of Strategic Services, OSS Classified Sources and Methods File "Withdrawn Records" (dalej: NARA, RG 226, OSS), box 38, Folder WN 00666.

3 Losy skoczków przed 1944 r. opracowano na podstawie dokumentów w: NARA, RG 226, OSS, box 39, Foldery WN 00667 i WN 00668.

4 Raport z pobytu w Niemczech, Londyn, 31 VII 1945 r., NARA, RG 226, OSS, box 39, Folder WN 00669; Interrogation Report - Józef Jankowski - Server, NARA, RG 226, OSS, box 39, Folder WN 00667.

5 Jasiak do ppor. Wuszy z 31 VII 1945 r., NARA RG 226, OSS, box 258, Folder WN 00660.

6 Raport z pobytu w Niemczech, Londyn, 31 VII 1945 r., NARA, RG 226, OSS, box 39, Folder WN 00669.

7 Memorandum z 4 IX 1945 r. (Marcel Van Essen); Robert Hayden Alcorn, Lt. Colonel AUS to Colonel John A. Bross1z 18 X 1945 r., NARA, RG 226, OSS, box 39, Folder WN 00668.

8 Walter A. Wusza to Lt. Levine, Awards & Decorations SI Branch1z 1 VIII 1945 r., NARA, RG 226, OSS, Personnel Files of the Office of Strategic Services (dalej: OSS Personnel), box 176, Folder De Gaston, Rene Sgt. (Polish Army) (sic!).

9 Nie ma sensu przytaczać szerzej błędów, jakie popełnił ten autor - zob. J.E. Persico, Tajne działania wywiadu USA w nazistowskich Niemczech, Warszawa 2004, s. 294-296.

10 P.K. O'Donnell, Tajne operacje, szpiedzy i sabotażyści, Warszawa 2016, s. 324-325, a także nowa praca: D. Alvarez, E. Mark, Spying through a Glass Darkly. American Espionage against the Soviet Union, 1945-1946, University Press of Kansas, 2015, s. 180. Generalnie Amerykanie wskazują na rzekomo słabe szkolenie, zły dobór spadochroniarzy i niepowodzenie w nawiązaniu kontaktu radiowego z londyńską bazą przez wszystkie zespoły zrzucone w Niemczech.

11 Zapomniani polscy spadochroniarze. Operacje "Dunstable" i "Eagle" w Niemczech, oprac. W. Grabowski, "Materiały. Archiwalia. Studia", kwiecień 2011, z. 16. Praca ta, wydana w Londynie, jest właściwie niedostępna w polskich bibliotekach. Pragniemy w tym miejscu podziękować autorowi za udostępnienie egzemplarza.

12 Na podstawie: N. Polmar, T.B. Allen, Księga szpiegów, Warszawa 2000, s. 155-156.

13 Szerzej: np. P. O'Donnell, Tajne operacje, szpiedzy, s. 18, 31-33, 50-53, 259-272.