Opactwo Northanger - Jane Austen

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bły­sko­tliwe po­łą­cze­nie por­tretu szlachty an­giel­skiej po­czątku XIX wieku oraz in­try­gu­ją­cego ro­mansu.

Per­swa­zje to naj­póź­niej­sza po­wieść Jane Au­sten. Wie­lo­krot­nie ekra­ni­zo­wana, być może także dla­tego, że na tle po­przed­nich wy­róż­nia się bar­dzo sub­tel­ nym i wni­kli­wym ry­sun­kiem psy­cho­lo­gicz­nym bo­ha­te­rów.

Główna bo­ha­terka, Anna El­liot, ob­da­rzona ła­god­nym cha­rak­te­rem, chę­cią nie­sie­nia po­mocy in­nym i da­rem ob­ser­wa­cji, osiem lat temu po­zwo­liła so­bie "wy­per­swa­do­wać" mi­łość i ze­rwała za­rę­czyny z ka­pi­ta­nem ma­ry­narki Fryde­ ry­kiem Wen­twor­them. Zra­niła sie­bie i zła­mała serce mło­demu czło­wie­kowi. Jed­nak nie dała się na­mó­wić na inny zwią­zek, wciąż jest sa­motna, żyje "przy ro­dzi­nie", która nie jest dla niej zbyt przy­ja­zna.

Czy praw­dziwą wielką mi­łość można znisz­czyć na za­wsze? I czy czas zmie­ nia lu­dzi?

.

Kla­syka bry­tyj­skiej po­wie­ści z po­czątku XIX wieku, w któ­rej obok lo­sów bo­ha­te­rek uka­zują nam się nie­zwy­kle trafne ob­ser­wa­cje ów­cze­snej oby­cza­ jo­wo­ści i fa­scy­nu­jące por­trety psy­cho­lo­giczne, a to wszystko we wspa­nia­łej sce­ne­rii par­ków i dwo­rów spo­koj­nej an­giel­skiej wsi.

Po śmierci męża, który nie­stety nie za­bez­pie­czył do­sta­tecz­nie swo­jej ro­dziny, pani Da­sh­wood i jej trzy córki mu­szą szu­kać no­wego domu. Mimo że znacz­nie mniej­szy i skrom­niej­szy, szybko staje się on jed­nak miej­scem, gdzie ży­cie to­czy się cie­pło, a wo­kół zbiera się liczne grono przy­ja­ciół. Dwie naj­star­sze córki pani Da­sh­wood, emo­cjo­nalna i ro­man­tyczna Ma­rianna oraz roz­ważna i po­ważna Ele­onora, wśród licz­nego to­wa­rzy­stwa, w któ­rym się ob­ra­cają, spo­ty­kają ka­wa­le­rów, na któ­rych za­czyna im wię­cej niż zwy­kle za­le­żeć. Nie­stety w świe­cie, w któ­rym przy­szło im żyć - gdzie po­zy­cja spo­łeczna i pie­nią­dze są głów­nymi gra­czami - przyj­dzie im się bo­le­śnie roz­cza­ro­wać i za swą na­iw­ność i uf­ność wy­lać wiele łez...

Do prze­czy­ta­nia ko­niecz­nie!

.

Jest prawdą po­wszech­nie znaną, że sa­mot­nemu a bo­ga­temu męż­czyź­nie brak do szczę­ścia tylko żony.

Opo­wieść o co­dzien­nym ży­ciu an­giel­skiego zie­miań­stwa na prze­ło­mie XVIII i XIX wieku. Nie­zbyt za­możni pań­stwo Ben­ne­to­wie mają nie lada kło­pot - na­de­szła pora, by wy­dać za mąż ich pięć do­ro­słych có­rek. Sęk w tym, że nie­ła­two jest zna­leźć na pro­win­cji od­po­wied­niego kan­dy­data. Po­ja­wia się jed­nak iskierka na­dziei, bo oto do po­ło­żo­nej w są­siedz­twie po­sia­dło­ści Ne­ther­field Park wpro­wa­dza się młody i bo­gaty ka­wa­ler. Wia­do­mość ta elek­try­zuje pa­nią Ben­net. Oka­zja do na­wią­za­nia sto­sun­ków to­wa­rzy­skich nada­rza się nie­ba­wem pod­czas pu­blicz­nego balu, na który nowy są­siad przy­bywa w to­wa­rzy­stwie dwóch sióstr, szwa­gra oraz swego przy­ja­ciela, jesz­cze bar­dziej ma­jęt­nego ka­wa­lera.

Czy pierw­sze wra­że­nie bywa my­lące, a bliż­sza zna­jo­mość po­trafi diame­ tral­nie zmie­nić opi­nię o dru­giej oso­bie?

Siłą tej hi­sto­rii są zna­ko­mi­cie na­kre­ślone po­sta­cie, nie­zwy­kle trafne ob­ser­ wa­cje na­tury ludz­kiej, hu­mor i - oczy­wi­ście - mi­łość.

Roz­dział I

Nikt, kto się ze­tknął z Ka­ta­rzyną Mor­land w dzie­ciń­stwie, nie są­dziłby, że ma przed sobą przy­szłą he­ro­inę. Wszystko sprzy­się­gło się prze­ciwko niej: po­zy­cja ży­ciowa, cha­rak­ter obojga ro­dzi­ców, jej wy­gląd i uspo­so­bie­nie. Oj­ciec był du­chow­nym: ani lek­ce­wa­żo­nym, ani ubo­gim, czło­wie­kiem oto­czo­nym po­wszech­nym sza­cun­kiem, cho­ciaż na imię miał Ry­szard i wcale nie był przy­stojny. Po­sia­dał po­kaźne za­bez­pie­cze­nie ma­jąt­kowe, a po­nadto dwie do­bre pre­bendy i nie miał naj­mniej­szych skłon­no­ści do trzy­ma­nia có­rek pod klu­czem. Matka jej była ko­bietą prak­tyczną i roz­sądną, ob­da­rzoną po­god­nym uspo­so­bie­niem i - co szcze­gól­niej­sze - do­brym zdro­wiem. Przed uro­dze­niem Ka­ta­rzyny po­wiła już trzech sy­nów i za­miast umrzeć w po­łogu, czego na­le­ża­łoby się spo­dzie­wać, żyła da­lej i nie tylko żyła, lecz uro­dziła jesz­cze sze­ścioro dzieci, by w naj­lep­szym zdro­wiu cie­szyć się wzra­sta­jącą gro­madką. Ro­dzina skła­da­jąca się z dzie­się­ciorga dzieci za­wsze bę­dzie okre­ślana mia­nem pięk­nej ro­dziny, wy­star­czy sama liczba głów, rąk i nóg, Mor­lan­do­wie zaś nie mieli in­nych praw do tego słowa, nie byli bo­wiem ogól­nie bio­rąc, uro­dziwi, a Ka­ta­rzyna przez dłu­gie lata swego ży­cia była po pro­stu brzydka. Chuda, nie­zdarna, cerę miała zie­mi­stą, bez ko­lo­rów, ciemne, pro­ste włosy i ostre rysy - tyle je­śli idzie o wy­gląd ze­wnętrzny, pod wzglę­dem umy­sło­wym zaś rów­nież nie nada­wała się na he­ro­inę. Uwiel­biała wszel­kie gry chło­pięce i sta­now­czo wo­lała kry­kieta nie tylko od la­lek, ale od in­nych roz­ry­wek wieku dzie­cię­cego he­ro­iny, ta­kich jak ho­do­wa­nie myszki po­lnej, sy­pa­nie ziar­nek ka­nar­kowi czy pod­le­wa­nie ró­ża­nego krzewu. Prawdę mó­wiąc, nie lu­biła pracy w ogro­dzie, a je­śli kie­dy­kol­wiek zry­wała kwiaty, ro­biła to przede wszyst­kim z upodo­ba­nia do psot, tak przy­naj­mniej wno­szono z faktu, że za­wsze zry­wała te, któ­rych jej zry­wać nie było wolno. Ta­kie miała skłon­no­ści, uzdol­nie­nia zaś rów­nie zdu­mie­wa­jące. Ni­gdy nie po­tra­fiła ni­czego zro­zu­mieć ani się na­uczyć, póki jej nie wy­tłu­ma­czono, a cza­sami na­wet i wtedy, bo czę­sto by­wała nie­uważna, a cza­sami - wprost tępa. Przez trzy mie­siące matka ka­zała jej nie ro­bić nic in­nego, tylko po­wta­rzać wiersz Prośba że­braka[1], a mimo to jej młod­sza sio­stra Sally le­piej go de­kla­mo­wała. Co nie zna­czy, by Ka­ta­rzyna za­wsze była tępa - skądże znowu! Na­uczyła się bajki Za­jąc i przy­ja­ciele[2] szyb­ciej niż wszyst­kie jej ró­wie­śnice. Matka ży­czyła so­bie, aby naj­star­sza córka uczyła się mu­zyki, ona zaś nie miała wąt­pli­wo­ści, że po­lubi grę, po­nie­waż uwiel­biała stu­kać w kla­wi­sze sta­rego, nie­uży­wa­nego kla­wi­kordu. Za­częła więc na­ukę w wieku lat ośmiu, uczyła się przez rok i dłu­żej nie mo­gła. Pani Mor­land, która nie wy­ma­gała od swo­ich có­rek, by zdo­by­wały ogładę wbrew za­mi­ło­wa­niom czy zdol­no­ściom, po­zwo­liła jej rzu­cić ćwi­cze­nia. Dzień, w któ­rym od­szedł na­uczy­ciel mu­zyki, był jed­nym z naj­szczę­śliw­szych w ży­ciu Ka­ta­rzyny. Do ry­sunku nie miała szcze­gól­nego upodo­ba­nia, cho­ciaż za­wsze, gdy tylko do­stała wierzch li­stu matki, czy też wpadł jej przy­pad­kiem w rękę ja­kiś ka­wa­łek pa­pieru, ry­so­wała bez końca domy, drzewa, kury i kur­częta, bar­dzo do sie­bie na­wza­jem po­dobne. Oj­ciec uczył ją pi­sa­nia i ra­chun­ków, matka fran­cu­skiego. Nie ro­biła nad­zwy­czaj­nych po­stę­pów w tych na­ukach, wy­mi­gi­wała się też od lek­cji, jak tylko mo­gła. Cóż za prze­dziw­nie nie­po­jęte dziecko! Mimo bo­wiem tych wszyst­kich oznak pło­cho­ści w wieku lat dzie­się­ciu nie miała ani złego serca, ani przy­krego uspo­so­bie­nia, rzadko by­wała uparta, nie­mal ni­gdy kłó­tliwa i ogrom­nie lu­biła dzieci, nie­czę­sto je przy tym ty­ra­ni­zu­jąc. Była poza tym ha­ła­śliwa i nie­okieł­zana, nie cier­piała po­rządku i sie­dze­nia w domu, a naj­więk­szą przy­jem­ność znaj­do­wała w tur­la­niu się z po­ro­słego trawą zbo­cza na ty­łach ple­ba­nii.

Taka była Ka­ta­rzyna Mor­land w wieku dzie­się­ciu lat. Kiedy skoń­czyła pięt­na­ście, wy­gląd jej za­czął się zmie­niać na lep­sze. Za­częła ukła­dać włosy w loki i ma­rzyć o ba­lach, płeć jej się po­pra­wiła, twarz za­okrą­gliła i za­ró­żo­wiła, oczom przy­było oży­wie­nia, a kształ­tom - wagi. Uwiel­bie­nie dla brud­nej ziemi ustą­piło miej­sca po­cią­gowi do ko­bie­cych ozdób i w miarę jak na­bie­rała upodo­ba­nia do ład­nego wy­glądu, sta­wała się co­raz po­rząd­niej­sza. Sły­szała te­raz z przy­jem­no­ścią, jak matka i oj­ciec na­po­my­kają coś o ko­rzyst­nych zmia­nach w jej po­wierz­chow­no­ści.

"Ka­ta­rzyna wy­ra­sta na cał­kiem nie­brzydką pannę, dzi­siaj wy­glą­dała nie­mal ład­nie" - wpa­dało jej od czasu do czasu w ucho. Ja­kąż ra­dość spra­wiały te słowa! Usły­szeć, że się wy­gląda nie­mal ład­nie, to dla dziew­czyny brzyd­kiej przez pierw­sze pięt­na­ście lat ży­cia o wiele więk­sza przy­jem­ność niż wszystko, co może usły­szeć o so­bie pięk­ność od ko­ły­ski.

Pani Mor­land była nie­zwy­kle za­cną ko­bietą i pra­gnęła, aby jej dzieci zo­stały na­le­ży­cie wy­cho­wane i wy­kształ­cone, ale czas miała tak wy­peł­niony nie­ustan­nymi po­ło­gami i krzą­ta­niem się przy naj­młod­szych, że star­sze córki mu­siały z ko­niecz­no­ści same so­bie ra­dzić. Trudno więc się dzi­wić, że Ka­ta­rzyna, która z na­tury nie miała w so­bie nic z he­ro­iny, wo­lała w wieku lat czter­na­stu kry­kieta, pa­lanta, konną jazdę i uga­nia­nie się po po­lach od ksią­żek, a w każ­dym ra­zie ksią­żek po­ucza­ją­cych, nie miała bo­wiem nic prze­ciwko książ­kom w ogóle, pod wa­run­kiem że nie przy­no­siły żad­nej po­ży­tecz­nej wie­dzy i skła­dały się wy­łącz­nie z fa­buły bez uwag i re­flek­sji. Ale od pięt­na­stego do sie­dem­na­stego roku ży­cia przy­go­to­wy­wała się do roli he­ro­iny: czy­tała wszyst­kie książki, któ­rych lek­tura jest nie­zbędna, aby bo­ha­terka mo­gła zgro­ma­dzić za­pas cy­ta­tów tak uży­tecz­nych i tak ko­ją­cych w zmien­nych ko­le­jach jej ob­fi­tego w przy­padki ży­cia.

Od Pope'a na­uczyła się po­tę­piać tych,

Co to się po­pi­sują z po­śmie­wi­skiem żalu...

Od Graya, że:

Wiele kwia­tów pach­ną­cych za­pło­nie o brza­sku

i nim je oko doj­rzy, w skwa­rze dusz­nym zgi­nie...

Od Thom­sona, że:

Cu­downe to za­da­nie pie­czę mieć nad my­ślą

I mło­dziut­kiej idei po­ka­zy­wać drogę...

Od Szek­spira zaś zdo­była ogromny za­sób wia­do­mo­ści, mię­dzy in­nymi, że:

Fraszki jak puch błahe

Są dla za­zdro­snych za­równo sil­nymi

Do­ku­men­tami, jak cy­taty z Pi­sma...

oraz że:

...biedny chra­bąszcz, nogą roz­dep­tany,

cie­le­sną mękę tak bo­le­śnie czuje

jak ko­na­jący ol­brzym...

i że młoda, za­ko­chana ko­bieta za­wsze wy­gląda

Jak cier­pli­wo­ści po­sąg na mo­gile[3].

Tak więc ro­biła w tej ma­te­rii na­le­żyte po­stępy, a i pod in­nymi wzglę­dami do­sko­nale da­wała so­bie radę: cho­ciaż bo­wiem nie umiała ukła­dać so­ne­tów, znaj­do­wała siły do ich czy­ta­nia i acz­kol­wiek mało było praw­do­po­dobne, by po­tra­fiła wpro­wa­dzić całe to­wa­rzy­stwo w za­chwyt ode­gra­nym na pia­ni­nie pre­lu­dium wła­snej kom­po­zy­cji, po­tra­fiła słu­chać cu­dzej gry bez wiel­kiego zmę­cze­nia. Naj­więk­szą jej ułom­no­ścią był brak ta­lentu do ry­sunku - nie po­tra­fiła na­wet na­szki­co­wać pro­filu uko­cha­nego i zdra­dzić się swoim dzie­łem. Pod tym wzglę­dem była nie­zdolna do wznie­sie­nia się na praw­dzi­wie he­ro­iczne wy­żyny. Tym­cza­sem nie po­znała jesz­cze wła­snych nie­do­stat­ków, jako że nie miała uko­cha­nego, któ­rego mo­głaby por­tre­to­wać. Do­szła do wieku lat sie­dem­na­stu i nie spo­tkała ani jed­nego uro­czego mło­dzieńca, zdol­nego obu­dzić jej uczu­cia. Nie wznie­ciła ani jed­nej praw­dzi­wej na­mięt­no­ści, nie wzbu­dziła na­wet uwiel­bie­nia, chyba że dość umiar­ko­wane i chwi­lowe. Do­prawdy, bar­dzo to dziwne! Ale dziwne rze­czy można na ogół wy­ja­śnić, ro­zej­rzaw­szy się rze­tel­nie za ich źró­dłem. W oko­licy nie miesz­kał ani je­den lord, go­rzej - ani je­den ba­ro­net. Wśród zna­jo­mych ro­dzin nikt nie wy­cho­wał ani nie ło­żył na chłopca zna­le­zio­nego przy­pad­kiem na progu, nie było w oko­licy ani jed­nego mło­dego czło­wieka o nie­zna­nym po­cho­dze­niu. Oj­ciec jej nie miał wy­cho­wanka, a wła­ści­ciel ma­jęt­no­ści ziem­skiej był bez­dzietny.

Ale je­śli młoda dama ma zo­stać he­ro­iną, nie może jej sta­nąć na prze­szko­dzie per­fi­dia czter­dzie­stu oko­licz­nych ro­dzin. Coś musi się stać, coś się sta­nie, co po­stawi na jej dro­dze bo­ha­tera.

Pan Al­len, wła­ści­ciel więk­szo­ści dóbr ziem­skich le­żą­cych w oko­licy Ful­ler­ton, wio­ski w Wilt­shire, gdzie miesz­kali Mor­lan­do­wie, mu­siał je­chać do Bath ze względu na po­da­grę, pani Al­len zaś, osoba do­bro­tliwa, która lu­biła pannę Mor­land i za­pewne wie­działa, że je­śli mło­dej panny nie spo­tkały przy­gody we wła­snym domu, to musi ich szu­kać poza nim, za­pro­siła Ka­ta­rzynę, by im to­wa­rzy­szyła. Pań­stwo Mor­land chęt­nie wy­ra­zili na to zgodę, Ka­ta­rzyna zaś nie po­sia­dała się ze szczę­ścia.

Roz­dział II

Na­leży tu stwier­dzić - aby wie­dza czy­tel­nika była grun­towna i na­stępne stro­nice mo­gły mu dać na­le­żyte wy­obra­że­nie o cha­rak­te­rze Ka­ta­rzyny Mor­land, a więc trzeba stwier­dzić w uzu­peł­nie­niu tego, co się do­tych­czas mó­wiło o przy­mio­tach jej ciała i umy­słu, w mo­men­cie kiedy miała sta­wić czoło wszyst­kim trud­no­ściom i nie­bez­pie­czeń­stwom sze­ścio­ty­go­dnio­wego po­bytu w Bath - że serce miała wraż­liwe, uspo­so­bie­nie po­godne i otwarte, że wy­zbyta była wszel­kiej afek­ta­cji i za­ro­zu­mial­stwa, że z jej obej­ścia wła­śnie znik­nęła dziew­czyń­ska nie­śmia­łość i nie­po­rad­ność, że po­wierz­chow­ność miała uj­mu­jącą, a w do­bre dni wy­glą­dała wprost ład­nie i od­zna­czała się, ogól­nie bio­rąc, taką samą igno­ran­cją i na­iw­no­ścią jak więk­szość mło­dych pa­nien w wieku lat sie­dem­na­stu.

Kiedy zbli­żała się go­dzina wy­jazdu, mat­czyny nie­po­kój pani Mor­land wi­nien, jakby się na­le­żało spo­dzie­wać, dojść do szczytu. Rojne, a groźne prze­czu­cia roz­licz­nych nie­szczęść, ja­kie ta bo­le­sna roz­łąka przy­nie­sie uko­cha­nej Ka­ta­rzy­nie, winny osiąść smut­kiem w jej sercu i ośle­piać jej oczy łzami przez kilka ostat­nich wspól­nych dni; z mą­drych ust matki pod­czas roz­mowy w bu­du­arze winny paść nie­zwy­kle waż­kie i jakże po­trzebne prze­strogi! Prze­peł­nione obawą serce winno zna­leźć folgę w ostrze­że­niach o gwał­tach, ja­kich się do­pusz­czają ary­sto­kraci i ba­ro­neci, co lu­bują się w wy­wo­że­niu siłą mło­dych dam na ja­kieś od­ludne farmy. Któż by przy­pu­ścił, że było ina­czej? Ale pani Mor­land mało się znała na lor­dach i ba­ro­ne­tach, nie miała po­ję­cia o ich prze­wrot­no­ści i nie wie­działa, ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwa grożą Ka­ta­rzy­nie z po­wodu ich ma­chi­na­cji. Wszyst­kie jej prze­strogi ogra­ni­czyły się do na­stę­pu­ją­cych słów:

- Pro­szę cię, có­reczko ko­chana, że­byś za­wsze cie­pło otu­lała szyję, wy­cho­dząc późno z Sal Asam­blo­wych, i bar­dzo bym chciała, że­byś pro­wa­dziła ra­chunki ze swo­ich wy­dat­ków, spró­buj pro­szę, masz tu­taj w tym celu no­te­sik.

Sally, a ra­czej Sara (któ­raż bo­wiem młoda panna z do­brego, choć nie­uty­tu­ło­wa­nego rodu do­szłaby do szes­na­stego roku ży­cia, nie zmie­niw­szy imie­nia, je­śli by to było moż­liwe?), po­winna - wy­nika to z sy­tu­acji - stać się jej naj­bliż­szą przy­ja­ciółką i po­wier­nicą. Szcze­gólne jed­nak, że ani nie na­le­gała, by Ka­ta­rzyna słała li­sty każdą pocztą, ani nie wy­mu­szała na niej obiet­nic opi­sy­wa­nia każ­dej nowo po­zna­nej osoby czy szcze­gó­łów każ­dej in­te­re­su­ją­cej roz­mowy w Bath. W rze­czy sa­mej, wszystko co wią­zało się z tą ważną po­dróżą, ro­bione było przez ro­dzinę Mor­lan­dów z umiar­ko­wa­niem i spo­ko­jem, ce­chu­ją­cym ra­czej po­wsze­dnie uczu­cia po­wsze­dniego ży­cia, nie zaś wy­ra­fi­no­waną wraż­li­wość - owe czułe wzru­sze­nia, ja­kie za­wsze po­winna wzbu­dzić pierw­sza roz­łąka he­ro­iny z ro­dziną. Oj­ciec, za­miast dać jej czek in blanco na swo­jego ban­kiera czy choćby wsu­nąć w dłoń bank­not stu­fun­towy, dał jej za­le­d­wie dzie­sięć gwi­nei i obie­cał wię­cej, je­śli zaj­dzie po­trzeba.

Po­że­gna­nie od­było się więc pod mało obie­cu­ją­cymi au­spi­cjami, po czym za­częła się po­dróż. I ona rów­nież prze­bie­gła spo­koj­nie, jed­no­staj­nie i bez­piecz­nie. Nie mieli szczę­ścia ani do zbój­ców, ani do bu­rzy; ich po­wóz fa­tal­nym zbie­giem oko­licz­no­ści wcale się nie wy­wró­cił, w związku z czym nie uka­zał się bo­ha­ter. Nie wy­da­rzyło się nic strasz­nego, chyba żeby li­czyć strach pani Al­len, iż zo­sta­wiła w ostat­niej go­spo­dzie swoje sa­boty, co na szczę­ście oka­zało się nie­prawdą.

Przy­je­chali do Bath. Ka­ta­rzyna w en­tu­zja­stycz­nym za­chwy­cie roz­glą­dała się na wszyst­kie strony pod­czas jazdy przez ude­rza­jąco piękne oko­lice, po­tem po­wóz to­czył się uli­cami, które za­pro­wa­dziły ich do ho­telu. Przy­je­chała tu po to, żeby się cie­szyć, i cie­szyła się od pierw­szej chwili.

Wkrótce roz­lo­ko­wali się w wy­god­nych apar­ta­men­tach przy ulicy Pul­te­ney.

Wy­pada te­raz opi­sać czy­tel­ni­kowi pa­nią Al­len, aby mógł z góry wy­obra­zić so­bie, w jaki spo­sób do­pro­wa­dzi ona swoim po­stę­po­wa­niem do osta­tecz­nej ka­ta­strofy i jak się przy­czyni do nie­szczęść i nie­doli bied­nej Ka­ta­rzyny, które można zna­leźć za­zwy­czaj w ostat­nim to­mie - czy nie­roz­trop­no­ścią, pro­stac­twem i za­zdro­ścią, czy też przej­mie może ko­re­spon­den­cję mło­dej panny, ze­psuje jej opi­nię i wy­rzuci z domu.

Pani Al­len na­le­żała do tego licz­nego grona ko­biet, któ­rych to­wa­rzy­stwo nie bu­dzi żad­nych in­nych uczuć prócz zdu­mie­nia, że zna­leźli się na tym świe­cie męż­czyźni zdolni na tyle je po­lu­bić, by się z nimi oże­nić. Nie wy­bi­jała się ani urodą, ani ta­len­tem, ani ogładą, ani spo­so­bem by­cia. Uspra­wie­dli­wić fakt, że in­te­li­gentny, roz­sądny pan Al­len wy­brał ją za żonę, mo­gło tylko po­godne, spo­kojne, nieco bierne uspo­so­bie­nie, skłon­ność do kro­to­chwili oraz to, że była panną z do­brego domu. Z jed­nego po­wodu bar­dzo się nada­wała do wpro­wa­dza­nia mło­dej panny w ży­cie to­wa­rzy­skie - lu­biła mia­no­wi­cie wszę­dzie cho­dzić i wszystko oglą­dać, po­dob­nie jak więk­szość mło­dych dam. Stroje były jej na­mięt­no­ścią. Naj­więk­szą i naj­bar­dziej nie­szko­dliwą ra­dość znaj­do­wała w ele­ganc­kim ubio­rze, dla­tego też pierw­sze uka­za­nie się na­szej he­ro­iny w to­wa­rzy­stwie nie mo­gło na­stą­pić wcze­śniej niż po upły­wie kilku dni spę­dzo­nych na wy­wia­dach, co się te­raz nosi, i szy­ciu dla za­cnej ma­trony kre­acji we­dług naj­śwież­szej mody. Ka­ta­rzyna rów­nież zro­biła pewne za­kupy i wresz­cie po za­ła­twie­niu wszyst­kiego nad­szedł wielki wie­czór, kiedy miała zo­stać wpro­wa­dzona do Gór­nych Sal Asam­blo­wych[4]. Włosy przy­strzygł i uło­żył jej naj­lep­szy fry­zjer, ubrała się bar­dzo sta­ran­nie - i za­równo pani Al­len, jak po­ko­jówka oświad­czyły, że wy­gląda tak wła­śnie, jak wy­glą­dać po­winna. Po­krze­piona ich sło­wami młoda panna są­dziła, że może uda jej się przejść przez tłum, nie wy­wo­łu­jąc kry­tycz­nych uwag, co do za­chwy­tów zaś przyj­mie je wdzięcz­nie, ale nie bę­dzie li­czyć na nie z góry.

Pani Al­len tak długo ma­ru­dziła przy swo­jej to­a­le­cie, że po­ja­wili się późno na sali i obie damy mu­siały siłą prze­py­chać się do środka. Pan Al­len udał się od razu do sali kar­cia­nej i zo­sta­wił pa­nie, by znaj­dy­wały przy­jem­ność w tym tłoku. Pani Al­len, bar­dziej prze­jęta tro­ską o ca­łość swo­jej sukni niż o wy­godę mło­dej pod­opiecz­nej, przedarła się przez tłum męż­czyzn sto­ją­cych przy drzwiach tak szybko, jak na to po­zwo­liła nie­zbędna ostroż­ność, a Ka­ta­rzyna trzy­mała się jej boku, ująw­szy damę tak mocno pod rękę, że na­wet zbio­rowy wy­si­łek sza­mo­czą­cego się to­wa­rzy­stwa nie zdo­łał ich roz­dzie­lić. Ku wiel­kiemu zdu­mie­niu jed­nak stwier­dziła, że choć po­su­wają się w głąb, wcale nie od­dzie­lają się od tłumu, który chyba gęst­niał jesz­cze, a prze­cież są­dziła, że gdy raz do­staną się do środka sali, znajdą bez trudu miej­sca i będą mo­gły swo­bod­nie przy­glą­dać się tań­com. Sy­tu­acja przed­sta­wiała się jed­nak cał­kiem ina­czej i cho­ciaż, nie usta­jąc w wy­sił­kach, zna­la­zły się we wnę­trzu, nic się nie zmie­niło i wciąż za­miast tań­czą­cych wi­działy wy­so­kie pióra zdo­biące głowy dam. Lecz parły na­przód, li­cząc na lep­sze miej­sca i wresz­cie, siłą i spo­so­bem, zna­la­zły się w przej­ściu za naj­wyż­szą ławką. Tłum był tu nieco rzad­szy niż po­ni­żej, a panna Mor­land miała do­sko­nały wi­dok na to­wa­rzy­stwo w dole i wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa swo­jego nie­daw­nego prze­mar­szu. Wspa­niały to był ob­raz. Po raz pierw­szy tego wie­czoru po­czuła, że na­prawdę jest na balu: ma­rzyła o tym, by za­tań­czyć, ale nie znała na sali ni­kogo. Pani Al­len ro­biła w tej sy­tu­acji wszystko, co mo­gła, po­wta­rza­jąc po­tul­nie co pe­wien czas:

- Jak­że­bym pra­gnęła, że­byś mo­gła tań­czyć, moja droga. Jak­że­bym chciała, że­byś miała part­nera!

Przez pe­wien czas ży­cze­nia te bu­dziły wdzięcz­ność mło­dej panny, ale że po­wta­rzane były tak czę­sto i oka­zy­wały się cał­ko­wi­cie da­remne, zmę­czyła się wresz­cie i dała po­kój po­dzię­ko­wa­niom. Nie­długo jed­nak mo­gły cie­szyć się spo­ko­jem wy­so­kiej po­zy­cji, osią­gnię­tej z ta­kim tru­dem. Wkrótce wszy­scy ru­szyli na her­batę, a one mu­siały ci­snąć się z in­nymi. Ka­ta­rzyna za­częła od­czu­wać pewne roz­cza­ro­wa­nie. Mę­czyło ją to usta­wiczne pcha­nie się w tłu­mie lu­dzi, któ­rych twa­rze na ogół bio­rąc, nie miały w so­bie nic in­te­re­su­ją­cego i któ­rzy byli jej naj­zu­peł­niej obcy, nie mo­gła więc zna­leźć ulgi, wy­mie­nia­jąc choćby sy­labę z któ­rymś ze współ­więź­niów. Kiedy wresz­cie do­brnęły do sali, gdzie da­wano her­batę, Ka­ta­rzyna po­czuła się jesz­cze bar­dziej nie­zręcz­nie, nie miały bo­wiem żad­nego to­wa­rzy­stwa, do któ­rego mo­głyby się przy­siąść, żad­nego zna­jo­mego, do któ­rego mo­głyby ro­ścić so­bie prawa, żad­nego dżen­tel­mena do asy­sty. Pana Al­lena ni­g­dzie nie mo­gły doj­rzeć, to­też po chwili roz­glą­da­nia się za lep­szym ja­kimś miej­scem mu­siały wresz­cie usiąść przy końcu stołu, za któ­rym roz­sia­dło się już uprzed­nio duże to­wa­rzy­stwo. Nie miały tu nic do ro­boty ani ni­kogo, do kogo by mo­gły otwo­rzyć usta, z wy­jąt­kiem sie­bie na­wza­jem.

Kiedy już usia­dły, pani Al­len po­gra­tu­lo­wała so­bie, że udało jej się uchro­nić suk­nię przed znisz­cze­niem.

- Byłby wstyd praw­dziwy, gdy­bym ją po­darła - tłu­ma­czyła. - Prawda, moja droga? To taki de­li­katny mu­ślin. Je­śli o mnie idzie, po­wia­dam ci, nie wi­dzia­łam na sali nic, co by mi się rów­nie po­do­bało.

- Ja­kie to nie­zręczne - szep­nęła Ka­ta­rzyna - że nie mamy tu ni­kogo zna­jo­mego.

- Tak duszko - od­parła pani Al­len z ab­so­lut­nym spo­ko­jem. - Bar­dzo to do­prawdy nie­zręczne.

- I cóż my zro­bimy? Ci pa­no­wie i pa­nie przy stole pa­trzą tak, jakby się dzi­wili, po co­śmy tu przy­szły. My im się na­rzu­camy!

- Nie­wąt­pli­wie, na to wy­gląda. Bar­dzo to do­prawdy nie­przy­jemne. Jak­że­bym pra­gnęła mieć tu­taj wielu zna­jo­mych!

- Ja bym chciała mieć choć jedną osobę! By­łoby do kogo iść.

- To prawda, moja droga, prawda, i gdy­by­śmy tu kogo znały, na­tych­miast by­śmy się przy­sia­dły. W ze­szłym roku byli tu­taj Skin­ne­ro­wie. Jak­że­bym chciała, żeby byli i w tym.

- Czy nie le­piej w tej sy­tu­acji, że­by­śmy stąd po­szły? Tu nie ma dla nas na­kryć do her­baty...

- Istot­nie, nie ma! Ja­kie to przy­kre! Ale le­piej siedźmy tu spo­koj­nie, bo w tym tłu­mie tak czło­wieka wy­gniotą! Jak wy­gląda moja głowa, ko­cha­nie? Ktoś tak mnie pchnął, że oba­wiam się o moją fry­zurę.

- Nie, do­sko­nale wy­gląda, nic się nie stało. Ale droga, ko­chana pani, czy na pewno wśród tylu, tylu lu­dzi nie ma ni­kogo, kogo by pani znała? Prze­cież pani na pewno zna tu­taj ko­goś.

- Wierz mi, ani ży­wej du­szy. Jaka szkoda! Z ca­łego serca pra­gnę­ła­bym wi­dzieć tu­taj wielu, wielu zna­jo­mych, mo­gła­bym ci wtedy zna­leźć part­nera. Bar­dzo bym pra­gnęła, że­byś tań­czyła. Po­patrz, jaka ko­bieta tam idzie! Co za cu­dac­two z niej! Ja­każ oso­bliwa suk­nia! Strasz­nie sta­ro­modna! Spójrz na te plecy!

Po pew­nym cza­sie je­den z ich są­sia­dów za­pro­po­no­wał, że przy­nie­sie pa­niom her­batę, co zo­stało z wdzięcz­no­ścią przy­jęte. Dało to asumpt do bła­hej roz­mowy z owym dżen­tel­me­nem, je­dy­nej w ciągu ca­łego wie­czoru, aż wresz­cie, kiedy skoń­czyły się tańce, pan Al­len od­na­lazł swoje pa­nie i przy­łą­czył się do nich.

- Jakże tam, moja panno? - za­gad­nął od razu. - Mam na­dzieję, że bal się udał.

- Bar­dzo się udał. Do­prawdy! - od­parła Ka­ta­rzyna, próżno usi­łu­jąc ukryć sze­ro­kie ziew­nię­cie.

- Że też ona nie mo­gła tań­czyć! - mar­twiła się pani Al­len. - Że też nie mo­gli­śmy zna­leźć jej part­nera! Po­wia­da­łam wła­śnie, jaka by­ła­bym rada, gdyby Skin­ne­ro­wie zje­chali do Bath w tym roku za­miast w ze­szłym albo gdyby przy­je­chali pań­stwo Parry, tak jak to za­po­wia­dali, mo­głaby tań­czyć z Geo­rge'em Par­rym. Tak mi przy­kro, że nie miała part­nera!

- In­nym ra­zem na pewno nam się le­piej po­wie­dzie - po­cie­szył ją pan Al­len.

Po skoń­czo­nych tań­cach to­wa­rzy­stwo za­częło się roz­cho­dzić, po­zo­sta­wia­jąc resz­cie do­syć miej­sca do jako tako swo­bod­nego spa­ceru. Nad­szedł więc na­resz­cie czas, by na­sza he­ro­ina, która do­tąd nie ode­grała żad­nej szcze­gól­nej roli w wy­pad­kach wie­czoru, zo­stała za­uwa­żona i ad­o­ro­wana. Z każdą mi­nutą, dzięki prze­rze­dza­niu się tłumu na sali, więk­sze miała pole do po­pi­sa­nia się urodą. Oglą­dało ją te­raz wielu mło­dych lu­dzi, któ­rzy do­tąd nie mo­gli jej doj­rzeć. Żad­nego z nich jed­nak nie prze­szył na jej wi­dok dreszcz za­chwytu, nie obiegł sali ostry szmer py­tań, nikt też ani razu nie na­zwał jej bo­gi­nią. A prze­cież Ka­ta­rzyna miała na­prawdę swój do­bry dzień i gdyby ze­brani wi­dzieli ją trzy lata temu, uzna­liby ją dzi­siaj za nie­zwy­kle ładną.

Ale ktoś jej się jed­nak przy­glą­dał, i to z pew­nym uzna­niem, usły­szała bo­wiem na wła­sne uszy, jak ja­cyś dwaj pa­no­wie okre­ślili ją mia­nem ład­nej panny. Ta­kie słowa ro­bią od­po­wied­nie wra­że­nie, wie­czór na­tych­miast wy­dał jej się o wiele przy­jem­niej­szy, jej skromna próż­ność zo­stała za­spo­ko­jona. Wo­bec dwóch mło­dych lu­dzi od­czu­wała więk­szą wdzięcz­ność za tę nie­wy­szu­kaną po­chwałę niż naj­praw­dziw­sza he­ro­ina za pięt­na­ście so­ne­tów wy­no­szą­cych jej urodę pod nie­biosa - i wró­ciła na miej­sce życz­li­wie uspo­so­biona do wszyst­kich i w pełni za­do­wo­lona z pu­blicz­nej uwagi, jaka jej przy­pa­dła w udziale.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki