Onyx & Ivory - Mindee Arnett

Kup ebooka

33.00 zł
26.73 zł (26,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1KATE

Tu, na zewnątrz, ciemność oznaczała śmierć.

Kate Brighton jeszcze mocniej popędziła wyczerpanego wierzchowca, a tymczasem nad krainę Rime skradała się noc. Wałach już i tak z trudem utrzymywał tempo, a jego głośny oddech przecinał powietrze niczym świst bata. Szyję i łopatki pokrywały mu płaty białej piany. Nie mogli się jednak zatrzymać i nie mogli zwolnić; musieli dotrzeć do miasta, zanim zamkną bramy.

Jak daleko jeszcze, zastanawiała się po raz setny Kate. Wciąż nie widziała Farholdu - droga okrążała podstawę wzgórza zbyt wysokiego, by dostrzec cokolwiek za nim. Cienie wokół wydłużały się i ciemniały, wiecznopłaczki, których łany porastały zbocza, zamykały już płatki, a księżyc okolony srebrnym pierścieniem wyglądał na wschodzie zza łańcucha wzgórz niczym czujne oko na posiniaczonym obliczu nieba.

- No dalej, Pip - wyszeptała Kate.

Jadąc, unosiła się w strzemionach; czuła, że mięśnie nóg palą ją z wysiłku. Chciała jednak odciążyć nieco koński grzbiet, tyle że po godzinach spędzonych w siodle miała wrażenie, że mięśnie jej gniją.

Smukłe uszy Pipa zastrzygły na dźwięk jej głosu, ale nie przyspieszył; nie był już w stanie poruszać się szybciej. I to nie tylko z powodu zmęczenia. Nawet bez magii Kate wyczuwała ból konia, ilekroć pochylał szyję czy uderzał o ziemię przednią lewą nogą. Kiedy sięgnęła po swe zdolności, ból ogarnął ją jak jej własny, ostre pulsowanie wznoszące się od podstawy kopyta. Początkowe drobne pęknięcie rozszerzyło się i pogłębiło.

Nagły strach ścisnął jej serce. Jeśli kość pęknie... Przegnała tę myśl, nim zdążyła zapuścić korzenie i urosnąć.

Znacznie trudniej jednak było uwolnić się od wyrzutów sumienia. Gdyby tylko zostali nieco dłużej w wieży pocztowej, gdzie spędzili poprzednią noc w drodze powrotnej z Mararedu, miasta leżącego ponad pięćdziesiąt mil na wschód.

Z pewnością zjawiłby się inny kurier pocztowy, by im pomóc. Królewscy doręczyciele z Rime ściśle przestrzegali zasad regulujących poszukiwania jeźdźców, którzy nie wrócili z przewożoną pocztą. Większość zaginionych uznawano za zabitych przez nocne gadźce, grasujące zaraz po zachodzie słońca. Stwory te władały nocą i pożerały każdego człowieka czy konia, jakiego zdołały znaleźć. Jedyną ochronę zapewniały ufortyfikowane miasta i wieże pocztowe, bądź też bariery z kamieni strażniczych magistów.

Nie wyczuła jednak rany i Pip opuścił wieżę zdrowy, choć lekko zmęczony po całym dniu jazdy. A potem, w połowie drogi do Farholdu - bum! W jednej chwili zdrowe kopyto ogarnął ogień. Kate natychmiast zeskoczyła z siodła i owinęła nogę konia bandażem, jaki miała w jukach. Chętnie by tam została w obawie przed dalszymi obrażeniami, ale musieli jechać dalej. Zwolniła zatem, by nie pogorszyć sytuacji, to jednak także okazało się błędem, za który płacili teraz, zmuszając się do piekielnego wyścigu z nadciągającą ciemnością. Gdyby miała moc zatrzymania znikającego słońca... Ale tylko Caro potrafiłby to zrobić, a wątpiła, czy bóg niebios jej słucha.

- Już prawie jesteśmy - szepnęła, starając się przekazać wierzchowcowi dobrą informację. Choć dar pozwalał jej dotykać umysłów zwierząt, a nawet wpływać na ich zachowanie, niełatwo było sprawić, by ją zrozumiały. Konie nie myślą słowami i ideami, lecz uczuciami i obrazami, a to bardzo trudny język.

Mimo wszystko jednak po paru sekundach wyczuła u Pipa coś jakby ulgę, stąpał nieco lżej, odrobinę wyżej unosił łeb. I wtedy droga zaczęła się wznosić i koń z galopa przeszedł w stępa. Kate oparła się pokusie, by go popędzić. Pip musiał złapać oddech, a dzień jeszcze nie minął, choć na niebie pozostała już tylko różowa łuna. Farhold musi być blisko, powtarzała sobie z nadzieją. Od ponad godziny pędzili pośród wzgórz wyznaczających wschodnią granicę miasta, lecz dopiero drugi raz jechała tą trasą i nie miała pewności. Szlak do Mararedu, z długimi odcinkami wymagającymi męczącego tempa, zwykle był zarezerwowany dla weteranów, a Kate dopiero przez trzy lata pracowała w Farholdzie jako kurier pocztowy.

Instynkt jej jednak nie mylił. Gdy w końcu dotarli na szczyt wzgórza, natychmiast ujrzała wznoszące się niecałą milę dalej wyniosłe kamienne mury twierdzy. W gęstniejącej ciemności kamienie strażnicze osadzone w specjalnych otworach na szczycie muru jaśniały niczym gwiazdy. Magia zamknięta wewnątrz każdego kamienia służyła tylko jednemu celowi: odpędzaniu stad nocnych gadźców. Nikt nie wiedział, gdzie i jak wydostają się one spod ziemi, ale zawsze pojawiały się o zmierzchu i krążyły aż do świtu.

Kate przebiegła wzrokiem pola rozciągające się po obu stronach drogi, zaczynające się u podstawy wzgórza i ciągnące aż do miasta. Zielone łany kukurydzy, sięgające Pipowi do kolan, kołysały się w powiewach lekkiego wiatru, cicho szemrząc. Kate modliła się, by istotnie był to wiatr. W słabym świetle grube łodygi dawały dość osłony, by zwiadowcy nocnych gadźców mogli zapuścić się daleko do przodu bez obaw, że słońce ich spali. Mniejsze, bardziej nieśmiałe gadźce, zawsze zjawiały się pierwsze, szukając ofiary. Jeden, zbrojny w zęby ostre niczym noże i szpony jak brzytwy, mógł bez większego wysiłku powalić konia. Gadźce znacznie różniły się między sobą rozmiarami: niektóre były małe jak świnie, inne osiągały wielkość koni. A wszystkie były śmiertelnie niebezpieczne.

Na razie droga wydawała się pusta, toteż Kate pozwoliła Pipowi zwolnić podczas zjazdu ze wzgórza. Napór na kopyto nie pozwalał na przyspieszenie. Każdy krok przeszywał palącą błyskawicą zarówno konia, jak i jeźdźca. Kate bardzo pragnęła uwolnić się od bólu, od którego kręciło jej się w głowie, ale nie śmiała. Tylko dzieląc go z Pipem mogła sprawić, by pokonał ostatni odcinek drogi. Jej wierzchowiec miał wielkie serce, lecz nawet najsilniejszy duch nie zdoła wiecznie nieść zranionego ciała.

Kate, z nerwami napiętymi jak postronki, nie spuszczała oka z pól, nerwowo reagując na każdy ruch łodyg. Sięgnęła po łuk przypięty z tyłu do siodła i położyła go w poprzek kolan. W kołczanie na plecach miała dwanaście strzał, połowę ze zwykłymi stalowymi grotami, połowę z grotami zaklętymi magią magistów, tą samą, jaka kryła się w kamieniach strażniczych. Niełatwo jest jednak przebić skórę nocnego gadźca - tylko magiczne strzały mogły dokonać tego z daleka. Kule także, ale ponieważ każdy pistolet wystrzeliwał tylko jedną, w starciu ze stadem nie nadawały się do niczego.

Pozostałe gadźce dopadłyby strzelca, nim ten zdążyłby przeładować broń.

Wbiła pięty w boki Pipa, prosząc, by przyspieszył. Koń parsknął, w proteście zarzucając łbem, i mocno zagryzł wędzidło. Nie winiła go, w tym tempie łatwiej znosił ból. Przez sekundę zastanawiała się nawet, czy nie pozwolić mu go utrzymać, wówczas jednak do jej uszu dotarły dwa dźwięki. Pierwszym było uderzenie wieczornego dzwonu z Farholdu wzywającego do zamknięcia bram, drugim charakterystyczny wrzask nocnego gadźca, dobiegający gdzieś zza ich pleców. Oba zadziałały identycznie - Kate wbiła pięty w boki Pipa, posyłając mu wizję atakującego gadźca. Tym razem koń zrozumiał ją i puścił się galopem.

Obrócona w siodle Kate dostrzegła parę jasnych, lśniących oczu wyglądających spomiędzy łodyg tuż za nimi. Zwiadowca rzucił się w pościg, zachodząc ich od lewej, ale wciąż pozostawał ukryty wśród kukurydzy. Na razie.

Z walącym sercem Kate chwyciła strzałę, nałożyła i wypuściła, wszystko zaledwie w sekundę. Chybiła, lecz nie miało to znaczenia - zwiadowców łatwo spłoszyć i ten także się wycofał.

Ale pojawią się inni. Zawsze byli inni.

Znów się odwróciła. Wiatr zawodził jej w uszach jeszcze głośniej niż dzwon. Przed sobą ujrzała zaprzęgi wołów powoli ciągnące zamykające się skrzydła bramy.

- Zaczekajcie! - krzyknęła. - Czekajcie!

Kiedy brama już się zamknie, nie otworzą jej aż do świtu - z pewnością nie dla jednej kurierki. Istniała inna droga do miasta, przez ukryte magiczne drzwi, ale tylko czary magów mogły je odnaleźć i otworzyć. Ona władała magią dzikunów, nielegalną i tajemną, nadającą się wyłącznie do wpływania na zwierzęta.

Jeśli nawet nadzorcy wołów ją usłyszeli, to nie zareagowali. Spięła wodze Pipa, koń jednak z każdą sekundą tracił siły, a ból w przedniej nodze rozlewał się coraz dalej. Za plecami ponownie usłyszała szelest kukurydzy, głośniejszy niż wcześniej. W dali reszta stada zaczęła wyć, zbliżając się ku ofierze. Kate wypatrzyła strażników z Farholdu czekających na szczycie muru ze strzałami gotowymi do odpędzenia bestii, gdyby dotarły do bramy przed jej zamknięciem.

No dalej, Pip. Zaciskając zęby, Kate zamknęła oczy i zanurzyła się głębiej w umysł konia, aż w końcu znalazła samo jego jądro, istotę. Można ją znaleźć u wszystkich zwierząt - ognistą jasność niczym płomyk świecy, który widziała i wyczuwała jedynie okiem umysłu i magią otwierającą to oko. Teraz znalazła jasność i oplotła ją swoją magią, osłaniając konia przed bólem. Przejęła go sama i jęknęła głośno. Udało się: koń wystrzelił naprzód, wydłużając krok.

W chwilę później przemknęli przez wąską szczelinę między skrzydłami bramy i znaleźli się bezpiecznie w Farholdzie. Wrota trzasnęły głucho, zamykając ich w środku. Kate z trudem oparła się pokusie, by uwolnić umysł konia, bała się, że w szoku coś mu się stanie. Powoli wypuściła wodze i zatrzymała Pipa, potem zsunęła się z siodła i stopniowo wycofała magię. Wałach natychmiast zaczął dygotać, z trudem utrzymując się na trzech zdrowych nogach.

Nie zważając na zaciekawione spojrzenia strażników, Kate poprowadziła konia powolnym, chwiejnym krokiem. Dom pocztowy stał niedaleko wschodniej bramy, ale dla biednego Pipa wydawał się odległy o całe mile. Teraz, gdy wycofała się z jego umysłu, musiał w pełni znosić ból, nie mogła jednak ryzykować podtrzymania więzi. W Farholdzie, podobnie jak w każdym innym mieście Rime, mieszkali magiści, którzy zawsze mieli przy sobie zaklęte kamienie pozwalające wykrywać magię dzikunów. Gdyby zorientowali się, co potrafi, czekałyby ją uwięzienie i egzekucja; tego obawiała się z powodów ważniejszych niż te oczywiste. Poza tym wiedziała, że niedługo nie będzie już mogła używać magii, bo zapadała noc.

Magia dzikunów działała tylko za dnia; podobnie jak płatki wiecznopłaczków, na noc zamykała się wewnątrz niej i pozostawała uśpiona do świtu.

Mimo wszystko jednak Kate starała się ulżyć wierzchowcowi. Zatrzymała go, ściągnęła siodło i torbę pocztową i zarzuciła je sobie na ramię. Starała się szukać pociechy w świadomości, że przynajmniej dotarli do miasta, chociaż nie mogła powstrzymać piekących pod powiekami łez. To ona to zrobiła. Zniszczyła zdrowie konia, by ocalić własne życie.

Nim dotarli do domu pocztowego, okolony pierścieniem księżyc wzniósł się wysoko, zalewając brukowane ulice srebrzystym blaskiem. Irri, bogini, która co noc obracała lśniący glob, pracowała ciężko. Kate wolałaby ciemność, choćby po to, by ukryć własną winę. Żelazna brama stajni okazała się zamknięta i zaryglowana od wewnątrz. Kate zaczęła krzyczeć, by ją wpuścili, gdy drzwi głównego domu otwarły się i wyszedł młody mężczyzna.

- Spóźniłaś się, zdrajczyni Kate - rzucił drwiącym, jowialnym tonem Cord Allgood.

Kate puściła jego słowa mimo uszu. Zbyt często używał tego przydomku, by miała się nim przejmować tak jak kiedyś. Jego wargi wykrzywiły się w uśmiechu.

- Myśleliśmy, że zginęłaś, zaczęliśmy nawet przyjmować zakłady. Przez ciebie straciłem całkiem sporo valenów.

Zaciskając zęby Kate poprawiła worek pocztowy na ramieniu. Dlaczego spośród wszystkich ludzi przebywających w domu akurat on musiał ją powitać? Bogowie mnie nienawidzą.

- Otwórz bramę, Pip okulał.

Cord obejrzał konia, przekrzywiając głowę tak, że jego jasne loki zalotnie podskakiwały. Zamiast zwykłego munduru pocztowego miał na sobie zieloną tunikę, bryczesy i wysokie, czarne buty. Na widok tego eleganckiego stroju Kate pożałowała własnego nieporządnego przyodziewku. Szybko przygładziła przód poplamionej tuniki i odgarnęła z twarzy kruczoczarne włosy, które wymknęły się z ciasno zaplecionego rano warkocza.

- Ten koń nie jest kulawy - oznajmił w końcu Cord, kończąc oględziny. - Praktycznie już nie żyje.

- Otwórz bramę. - Kate zacisnęła dłonie trzymające wodze.

- Jakim cudem doprowadziłaś go do takiego stanu? - Cord, przekrzywił głowę w drugą stronę i jego loki znów idiotycznie podskoczyły. - Zjechałaś na nim w przepaść? Przysiągłbym, że uczą nas tego nie robić.

Kate otworzyła już usta, chcąc wezwać kogoś innego, powstrzymała się jednak, bo Cord wycofał się, a chwilę później ujrzała go po drugiej stronie bramy, którą szeroko otworzył.

- No, chodź, Pip, jeszcze tylko kawałeczek. - Kate pociągnęła wodze.

- Biedactwo. - Mężczyzna klepnął w zad wałacha, który wzdrygnął się mocno. - Ale tak to się dzieje, gdy musisz nosić zdrajczynię. - Szyderczym gestem musnął palcem brodę. - Jak dokładnie brzmi przysięga kurierów pocztowych, zdrajczyni Kate? Ta część, że nade wszystko mamy chronić konie?

Kate szła naprzód, wysoko unosząc głowę i zaciskając wargi, lecz z każdym słyszanym słowem krew wrzała w niej coraz mocniej. Miała powody nienawidzić Corda Allgooda, to on bowiem jako pierwszy odkrył, kim jest naprawdę - Kate Brighton z Norgardu. Córką Hale'a Brightona, człowieka, który próbował zabić króla Rime.

Po tym, jak ojca stracono za jego zbrodnie, przybyła do Farholdu w nadziei, że zdoła uciec przed swą przeszłością i zacznie nowe życie pod nowym nazwiskiem. Przez pierwszych dziesięć miesięcy nawet jej się to udawało, potem jednak Cord ujrzał przedstawiającą ją ilustrację w "Gazecie Królewskiej", nowym miesięczniku publikowanym przez dwór królewski i rozsyłanym do wszystkich miast-państw tworzących królestwo Rime. Towarzysząca obrazkowi historia wspominała o pierwszej rocznicy zamachu Hale'a Brightona na króla. Po paru dniach od ukazania się gazety anonimowa kurierka Kate Miller znów stała się Kate Brighton. Miała szczęście, że nie wyrzucono jej ze służby.

- Z drugiej strony, zdrajczyni Kate - Cord doścignął ją szybko - gdybyś dotrzymała przysięgi, zniszczyłabyś sobie reputację. - Przystanął marszcząc czoło. - Wiesz, zawsze się zastanawiałem, dlaczego twój ojciec to zrobił. W żadnej historii o tym nie wspominają. Wiesz, czemu tak postąpił?

Kate zignorowała jego pytanie, a także identyczne, dźwięczące w jej umyśle. Nie, nie wiedziała. I nigdy się nie dowie.

Martwi nie ujawniają niczego, tak przynajmniej mawiają kapłani. Dostrzegłszy niedaleko chłopaka stajennego, wezwała go gestem.

- Sprowadź mistrza Lewisa.

Chłopak już miał zaprotestować, ale zmienił zdanie na widok potykającego się Pipa, z trudem utrzymującego równowagę na trzech nogach. Pomknął do kwatery pocztmistrza, a tymczasem Kate szła dalej, prowadząc konia w stronę wschodniej stajni.

Cord ruszył za nią, szykując się do kolejnej złośliwej uwagi, ale ktoś z drugiej strony dziedzińca zawołał go po imieniu.

Odkrzyknął w odpowiedzi, potem odwrócił się do Kate.

- Cóż, znikam, zdrajczyni Kate. Powodzenia w ratowaniu martwego konia.

- Zamknij się. - Kate w końcu straciła panowanie nad sobą. - Nie jest jeszcze martwy.

Cord zaśmiał się triumfalnie.

- Zaproponowałbym ci zakład, ale ustawiona gra to żadna zabawa. - Mrugnął, po czym odmaszerował rozkołysanym krokiem.

Mam nadzieję, że zadławisz się własną śliną, Cordzie Allgoodzie, pomyślała, patrząc za nim.

Nim zdołała wprowadzić Pipa do środka, zjawił się mistrz. Drobny i chudy jak gałąź diakon Lewis wyglądał na dość sprawnego, by mimo wieku wciąż wyprzedzić każdego swego kuriera. Krótko przycięte czarne włosy oprószone siwizną okalały kanciastą twarz o ogorzałej, brązowej skórze. Nawet za dnia wyglądał groźnie, w tej chwili jednak Kate ledwie zdołała zmusić się, by na niego spojrzeć. Zwyczajnie obawiała się osądu. Raz po raz gładziła przód tuniki, starając się ją oczyścić, zapewnić sobie osłonę, jaką daje porządny wygląd.

Początkowo oglądał konia z odległości paru kroków, pozdrowiwszy Kate zaledwie krótkim spojrzeniem, potem podszedł naprzód i przesunął dłonią po zranionej nodze Pipa. Wałach odskoczył, protestując.

Diakon z westchnieniem wypuścił nogę i wyprostował się.

- Wezwę uzdrowiciela - oznajmił, lecz powątpiewający ton jego głosu uderzył Kate niczym cios pięścią w brzuch.

* * *

- Być może zdołam naprawić kość - rzekł magista nieco później. - Ale wątpię, by kiedykolwiek nadawał się jeszcze do pracy.

Podniósł się z kucków i przygładził zieloną szatę, strój swego zakonu. Magiczny kamień, za pomocą którego zdiagnozował obrażenia konia, wciąż był przywiązany do pęciny Pipa kawałkiem skóry i jaśniał jaskrawą czerwienią, pulsując niczym serce.

Kate wbiła wzrok w zieloną szatę, zirytowana tym, że nie może odczytać wyrazu twarzy ukrytej pod maską.

Nienawidziła go za rzeczowy, spokojny ton głosu. Wszyscy magiści nosili maski, a ich kształt i rozmiar zależał od rangi. Ta zasłaniała całą twarz, co oznaczało, że mają do czynienia z mistrzem, najlepszym w zakonie - i najbardziej kosztownym.

- Ile? - spytał diakon z miną równie beznamiętną jak ta magisty. Tylko to, jak pocierał palcami cztery blizny na lewym przedramieniu, zdradzało troskę. Blizny sięgały tak głęboko, że mięsień pod nimi wyglądał jak stale skręcony w skurczu; niewielu jeźdźców przeżyło nocny atak gadźca, diakon jednak podczas długich lat służby pocztowej doświadczył ich dwukrotnie.

- Siedemdziesiąt valenów - oznajmił magista.

Kate poczuła, jak ściska jej się żołądek. Niemal tyle samo kosztowałby zakup nowego konia. Wiedziała, co powie diakon.

Zapominając o swej pozycji, dotknęła jego ręki.

- Proszę, mistrzu Lewisie, pozwól mi zapłacić. Jeśli zatrzymasz moje zarobki za ten i następny miesiąc, to może...

Diakon odtrącił jej dłoń i uniósł rękę, nakazując milczenie. Odwrócił się do zielonej szaty.

- Dziękuję za twoje usługi. Rezygnujemy z dalszego leczenia.

Zielony przytaknął, potem pochylił się, by odwiązać rzemień na zranionej nodze Pipa. Magiczny kamień zgasł natychmiast.

Po odejściu magisty Kate odwróciła się gwałtownie do diakona, niezdolna dłużej się powstrzymywać.

- Proszę, rozważ to jeszcze, mistrzu. Proszę, zrobię wszystko, zrezygnuję z miesięcznych zarobków, przyjmę dodatkowe kursy za darmo, przez następny rok będę sprzątać w stajniach. Wszystko. Proszę, mistrzu Lewisie.

Diakon odwrócił się do Kate i po raz pierwszy spojrzał jej prosto w oczy.

- Przykro mi, Kate, ale nie mogę na to pozwolić.

- Ależ panie... - Oczy zapiekły ją od łez. Poczuła, jak płoną jej policzki. Jeśli nie przestanie mówić, nie zdoła dłużej powstrzymać płaczu. - To dobry koń i to ja zawiniłam. Nie chciałam...

- Zamilcz, nie ma tu miejsca na podobne niemądre słowa. - Diakon złożył ręce, znów gładząc palcami blizny. - Wiem, że to twój ulubieniec, ale Pip to koń roboczy, wart tyle co jego nogi. Gdyby był klaczą, sytuacja wyglądałaby inaczej, ale okulały wałach jest więcej wart martwy niż żywy.

- Ale panie, z czasem znów mógłby odzyskać zdrowie. Jest jeszcze młody. Jeśli pozwolisz mi go kupić, to może...

- Powiedziałem "nie" i nie zmienię zdania. - Diakon przygwoździł ją spojrzeniem ciemnych oczu tak ostrym, że czuła, jak tnie. - Za co byś go wykarmiła? Gdzie chciałabyś go trzymać? Tu nie może zostać i nie mów mi, że płacimy ci tak hojnie, że stać cię na marnotrastwo. Nie, nie pozwolę ci poświęcać się bez sensu.

Kate wzdrygała się z każdym kolejnym słowem, każdą brutalną prawdą. Miał rację. Nie stać jej na utrzymanie konia i część jej umysłu doceniała nawet to, jak praktycznie rozumował. Ratowanie okulałego konia jest gorzej niż bezsensowne to marnotrawstwo przestrzeni, przejaw ogromnego egoizmu w mieście i tak przepełnionym przez ludzi i zwierzęta. Nie było w nim miejsca na nic, co nie służy konkretnemu celowi. Kapłani i kapłanki zachęcali nawet starszych i chorych, by oddawali życie w ofierze bogom. Lecz reszta jej dotknęła samej esencji Pipa, pieściła magią jego duszę, i ta część nie mogła znieść myśli, że miałby umrzeć. Fragment jej duszy umrze wraz z nim.

Nie mogła jednak wyjaśnić tego diakonowi, nie w sposób, który by zrozumiał i zaakceptował. Choć diakon zawsze traktował ją sprawiedliwie, nawet gdy dowiedział się, kim jest naprawdę, nie zniósłby w domu pocztowym magii dzikunów. Dzikuni byli banitami podległymi inkwizycji.

Skuliła więc ramiona i pokonana przełknęła ślinę.

- Tak, panie.

Sięgnęła po wodze Pipa. To ona się nim opiekowała, odpowiadała za niego, a teraz musiała zaprowadzić go do rzeźni.

Nigdy wcześniej nie zabierała tam konia i gdy rozwiązywała sznur, palce jej drżały.

Diakon odebrał jej wodze, jego twarz złagodniała.

- Wracaj do domu, Kate. Ja tego dopilnuję.

Spojrzała, rozdarta pomiędzy tym, co powinna, i tym, co chciała zrobić. W końcu jednak nie mogła odrzucić tak życzliwej pomocy. Ucieczka od obowiązku okazała się zbyt nęcąca, zbyt łatwa do wybrania.

Odwróciła się do Pipa i pogładziła dłonią gładką szyję, żałując, że nie może jeszcze raz dotknąć umysłu konia, obdarzyć go spokojem, na który zasłużył. Pochylił się ku niej, tuląc pysk do jej brzucha. Jeszcze moment gładziła go po nosie, szepcząc słowa pożegnania do aksamitnego ucha. Potem odwróciła się i odeszła.

Z każdym krokiem kilkumilowego marszu do wynajętego pokoju coraz bardziej przygniatał ją wstyd i żal. Drwiny Corda wciąż dźwięczały jej w głowie, stawały się coraz cięższe. Miał rację - jako kurierka poczty przysięgła sprowadzić Pipa bezpiecznie do domu, strzec jego życia na równi z własnym. Dziś jednak złamała tę przysięgę, zdradziła go tak, jak ojciec zdradził władcę.

Czyżbym stała się własnym ojcem? Czy łamanie przysiąg miała we krwi? Tak bardzo go przypominała, odziedziczyła po nim nawet magię. Hale Brighton był naczelnym koniuszym arcykróla, którą to pozycję osiągnął wykorzystując swój tajny, zakazany dar. Był też przyjacielem i wasalem władcy, a jednak próbował go zabić. Kate nie wiedziała dlaczego, ale nie mogła zaprzeczać winie ojca. Tak jak nie da się zaprzeczyć mojej. Córka zdrajcy. Zdrajczyni Kate.

Raz jeszcze zasłużyła sobie na to miano.

2KATE

Ranek nadszedł zbyt szybko, jak zawsze, gdy noc umknęła znad świata niczym złodziej lękający się odkrycia. Słoneczne palce zaczęły napierać na powieki Kate, która przekręciła się na bok poza ich zasięg. Tu było przyjemniej, chłodniej, choć łóżko nadal było twarde i niewygodne - nie jak te, w których kiedyś sypiała. Wspomnienia udające sny - puchowych materaców owiniętych w jedwabne prześcieradła i długich, rozkosznych poranków spędzonych na drzemce tylko po to, by obudził ją zapach lukrowanych słodkich bułeczek - zaczęły z powrotem ściągać ją w otchłań snu.

I wtedy w głowie pojawiło się nowsze wspomnienie - Pipa i ostatniej, katastrofalnej nocy. Kate jęknęła, powracając do rzeczywistości. Zmusiła się do otwarcia oczu o rzęsach posklejanych zaschniętymi łzami. Znów ogarnęła ją chęć do płaczu, odepchnięta jednak nagłym ukłuciem niepokoju.

Słońce za wąskim oknem świeciło zbyt jasno, zbyt wysoko było na niebie. Od wschodu minęła ponad godzina, ale dzwon o świcie się nie odezwał! Tego była pewna. Nigdy jeszcze nie przespała głośnego gongu zwiastującego otwarcie bram.

W panice wygramoliła się z łóżka dokładnie w chwili, gdy drzwi się otwarły i do środka wmaszerowała jej współlokatorka. Za nią ciągnęła się smuga słabego, słodkawego smrodu wina z berberysu.

- Jeszcze w łóżku? - Jasne brwi Signe uniosły się, niemal znikając pośród złocistych włosów. Ziewając, wskazała nieposłane łóżko Kate. - Co się stało?

Na sobie miała kamizelę bez rękawów i bryczesy, jedno i drugie wymięte i poplamione po tym, co zatrzymało ją całą noc poza domem.

- Nie wiem.

Kate schyliła się i podniosła ubranie, które rzuciła w nocy na podłogę. Jego stan - zwykle składała je starannie i odkładała na bok - świadczył wyraźnie, jak bardzo była wstrząśnięta. Krzywiąc się na widok plam pokrywających tunikę pocztową - ten, kto wymyślił, że jasny błękit i konie świetnie do siebie pasują, zasłużył na to, by go włóczyć i poćwiartować - naciągnęła ją na koszulę.

- Która godzina?

- Prawie ósma. - Signe weszła do środka i klapnęła na łóżko przy drzwiach. W pokoju nie było zbyt dużo miejsca, a dwie wąskie prycze stanowiły jedyne siedziska. - Jeśli się pospieszysz, powinnaś zdążyć na apel.

Signe też była kurierką, obie więc znały konsekwencje spóźnienia. Tyle że Signe miała akurat wolne.

- Bogowie, oby. - Kate założyła resztę uniformu, na który składały się czarne bryczesy i narzutka. Żałowała, że nie ma dość czasu, by przeczesać włosy i zmyć brud z twarzy.

- Nie słyszałaś? - W głosie Signe zabrzmiała ostrzejsza nuta. - W mieście jest jeden z królewskich.

- Co? - Dłonie Kate zamarły w trakcie zapinania pasa na tunice.

Signe pokiwała głową, a potem uniosła nogę, by wyciągnąć nóż wsunięty za cholewkę buta i zaczęła podrzucać nóż na dłoni.

- Nie wiem kto, ale na pewno ktoś ważny.

- Bez dwóch zdań - odrzekła Kate zdyszana. Członek rodziny królewskiej w mieście. Jeden z Thormanów, ale kto?

Szybko przegnała tę myśl: ktokolwiek to był, jej to już nie dotyczyło. Porzuciła tamto życie

- To wyjaśnia sytuację. Kiedy w mieście jest ktoś z królewskiego rodu, nie dzwonią o świcie.

- Nie?

Signe przekrzywiła głowę niczym ptak. Wbijała wzrok w Kate, nie przestając jednak żonglować nożem i łapiąc go z roztargnieniem. Mimo że przyjaźniły się od dwóch lat, Kate nie miała pojęcia, gdzie Signe się tego nauczyła. Pochodziła z wysp Esh i nigdy nie opowiadała o swoim tamtejszym życiu ani o tym, co sprowadziło ją do Rime. Kate często podejrzewała, że pracowała tam w cyrku albo była złodziejką.

- Gdybym wiedziała - podjęła Signe - wróciłabym szybciej, by cię obudzić. Dlaczego nie dzwonią?

Kate skrzywiła się.

- Bo królewscy nie lubią, kiedy tak wcześnie zakłóca się im sen.

Nie do końca odpowiadało to prawdzie, ale nie miała czasu wyjaśniać politycznych niuansów. Choć w Esh także mieli królów, nikt nie zamykał bram miast, wszystkie wyspy były wolne od nocnych gadźców, nękających Rime po zachodzie słońca.

Dlaczego w ogóle stamtąd wyjechałaś? - chciała spytać. Znowu zaatakowało ją wspomnienie Pipa. Gdyby konia wychowano w Esh, nadal by żył.

Ukryła żal głęboko w sercu i skierowała się do drzwi.

- Muszę iść.

- Zaczekaj! - rzuciła Signe. - Przyniosłam ci prezent.

Kate odwróciła się odruchowo, niezdolna oprzeć się zaraźliwemu entuzjazmowi przyjaciółki. Na widok trzymanego przez Signe przedmiotu zachłysnęła się głośno. Był to srebrny łańcuch z licznymi małymi kolorowymi kamykami, osadzonymi między ogniwkami. Magiczne kamienie jaśniały lekko, rzucony na nie czar wciąż był silny i świeży.

- Pas księżycowy?

Signe wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Przysięgłam, że ci go znajdę. Weź i naucz się cieszyć życiem. Tak jak ja.

Wbrew instynktowi Kate przyjęła pas księżycowy. Sama myśl o tym, w jakim celu go stworzono, sprawiła, że wnętrzności ścisnęły się jej, jakby przełknęła słój pełen robaków. To nieprzyzwoite, by niezamężna kobieta miała taki pas, a co dopiero go używała.

- Um, dzięki Signe, ale już i tak dostatecznie się nim cieszę. - Spróbowała oddać jej pas. Signe dźgnęła w jej stronę palcem niczym nożem.

- Nieustanna praca to nie zabawa.

- Dla mnie owszem. - Kate nade wszystko uwielbiała konną jazdę i, pomijając zeszłą noc, kochała pracę kurierki. - Poza tym - dodała - wiesz, że go nie potrzebuję.

Usta Signe wygięły się w wymownym uśmiechu.

- Owszem, zatem musisz wybrać sobie teraz miłego chłopca do igraszek i stworzyć tę potrzebę.

Nie zważając na rumieniec ogarniający szyję, Kate wcisnęła pas księżycowy do jedynej zewnętrznej kieszeni spódniczki, by na pewno nikt go nie zobaczył. Założy go - albo nie - już w domu pocztowym.

- Muszę iść.

Signe pchnęła ją do drzwi.

- Owszem i niech sprzyja ci szczęście Aslarów.

Z zaciętą miną Kate uniosła spódnicę i przebiegła wąskim korytarzem do jeszcze węższych schodów. Jeśli spóźni się na apel, zostanie przesunięta ze swego zwykłego szlaku przez innego jeźdźcę na mniej lukratywny bądź trudniejszy. To drugie to ostatnia rzecz, jakiej chciała, zwłaszcza po tragedii z Pipem.

Idąc po schodach, czuła tłuszcz wiszący ciężko w powietrzu niczym dym; pokrywał też ściany i poręcz. Wiedziała, że nim dotrze na dół, ona także pokryje się tłustą warstewką. Wytłuszczona twarz i włosy to nieunikniony efekt wynajmowania pokoju "Pod Laską i Kielichem". Podobnie jak smród gotowanego mięsa i dojrzałej cebuli (którego nie cierpiała), którym jej ubranie nasiąkło niemal równie mocno jak wszechobecną wonią koni (którą z kolei uwielbiała).

Wraz z Signe wolałyby zamieszkać w domu pocztowym, ale nie mieli tam miejsc dla kobiet jeźdźców, tylko dla mężczyzn, a tych było zdecydowanie więcej.

Skręciwszy w prawo do kuchni, Kate przemknęła pomiędzy kucharzem i służącą, biegnąc do bocznego wyjścia.

Kucharz krzyknął, że nie powinno jej tu być, ale Kate zatrzepotała tylko rzęsami i uśmiechnęła się, po czym wypadła na dwór. Skręciła w lewo w alejce. Przy każdym kroku błoto spod jej butów bryzgało na rąbek spódnicy. Wkrótce dotarła do ulicy Piekarskiej.

- Niech to piekła pochłoną - wymamrotała, widząc tłum na ulicy.

Piekarska, zwykle nieco tylko zatłoczona, tego dnia wyglądała jak sieć rybacka po dobrym połowie - pełna była kręcących się, gawędzących ludzi, napierających na siebie. Były tam kobiety w kolorowych sukniach zdobionych koronką, z długimi, szerokimi rękawami, i mężczyźni w tunikach z jedwabiu bądź aksamitu i butach lśniących od pasty. U pasów i wokół szyi błyskały klejnoty, niektóre lśniące magią mającą podkreślać urodę właściciela bądź ukrywać jej skazy, inne jedynie iskrzące się w słońcu. Kate wściekle zacmokała językiem. Skąd takie eleganckie stroje na pospolitym targowisku?

Jeden z ludzi, na oko kupiec, miał szarfę zrobioną z truchła małego nocnego gadźca. Gadzia głowa zwisała mu przez ramię, zębatą paszczę przyczepiono do łuskowego ogona. Ciało opasywało mężczyznę w poprzek piersi i pleców.

W oczodołach osadzono lśniące czarne kamyki, tak że zwierzę wydawało się żywe. Kate stłumiła śmiech na myśl o absurdalności tego, że ktoś podobny nosi takie trofeum. Nikt nie uwierzyłby, że ten otyły, siwobrody mężczyzna zdołał sam zabić gadźca.

Zaczęła przeciskać się przez tłum, rozpychając się łokciami i bez żadnych względów depcząc po palcach. To wina członka rodziny królewskiej, uświadomiła sobie nagle. Bo i czemu ludzie tak bardzo by się stroili, jeśli nie w nadziei zaimponowania temu z Thormanów, który akurat tu przybył? Nie żeby miał ich zobaczyć: z jej doświadczenia wynikało, że szlachta wolała jeść późne śniadanie wśród cichych wygód pałacu bądź wytwornego dworu, dość wspaniałego, by ich ugościć.

Czując narastające zdenerwowanie, Kate nie zdołała przegnać z twarzy rumieńca. Część ludzi na widok błękitnej tuniki ozdobionej na lewej piersi wizerunkiem srebrnego konia w galopie odstępowała na bok, ale większość nie. Uniform kuriera budził szacunek tylko wtedy, kiedy jego właściciel dosiadał konia i dźwigał pełną torbę - jej zawartość uważano za zbyt ważną, by ją zatrzymywać, kryło się w niej bowiem wszystko, począwszy od osobistych listów, poprzez gazety, aż po dekrety królewskie.

Po obu stronach ulicy ciągnęły się kramy i budki, niektóre zakryte daszkami, inne przechylone pod dziwnym kątem, ale wszystkie wystawiające smakowite towary, takie jak słodkie bułeczki, rogaliki z kremem dyniowym czy placuszki hojnie wysmarowane masłem i miodem. Zapach drożdży i cukru wypełnił nozdrza Kate, która nagle poczuła, jak ściska jej się żołądek. Zeszłego wieczoru była zbyt poruszona, by cokolwiek zjeść, i teraz obudził się w niej głód, choć nie miała czasu go zaspokoić.

Gdy dotarła do końca ulicy Piekarskiej i skręciła w Miedzianą, zaczęła w duchu przeklinać królewskiego, który spowodował takie zamieszanie. Nic nie ściągało tłumu równie szybko, jak okazja do pogapienia się na jednego z Thormanów, zwłaszcza tu, w Farholdzie, gdzie rzadko się zapuszczali. Miała ochotę krzyczeć, że wszyscy zachowują się głupio, że marnują tylko czas - swój i jej.

Ale kiedy dotarła do skrzyżowania z Główną, uświadomiła sobie, że być może to ona jest głupia. Rząd strażników miejskich stojących na baczność przegradzał drogę przed nią, w dali usłyszała dźwięk trąbek ogłaszających zbliżanie się królewskiego orszaku.

Do diabła z nimi, pomyślała, wyobrażając sobie wszystkich członków rodziny Thormanów. No, nie wszystkich. Był jeden, o którym wolała nie myśleć, jeden, którego istnienie ignorowała.

Rozejrzała się szybko, rozważając możliwe wyjścia. Niemal każdy w tłumie górował nad nią, a wszyscy parli naprzód, usiłując zająć jak najlepsze miejsce przy skrzyżowaniu. Gdyby tylko w jakiś sposób zdołała się przekraść przez Główną! W tym akurat niski wzrost mógł się okazać pomocny. Zanurkowała pod ręką drepczącej przed nią kobiety, potem zaczęła przepychać się naprzód, aż w końcu dotarła do strażników. Stali tam, zwróceni do niej plecami, okryci płaszczami barwy tak ciemnej zieleni, że wydawały się niemal czarne. Kate nie zdołała spojrzeć zza nich, by ustalić, jak daleko znajduje się orszak, ale nie miało to znaczenia. Nie zamierzała się spóźnić, zwłaszcza po wczorajszym wieczorze. Odetchnąwszy głęboko, śmignęła między strażnikami na pustą ulicę.

- Stój! - krzyknął ktoś, ona jednak biegła dalej, licząc, że szybkość i drobna postura uchronią ją przed schwytaniem.

I znów się pomyliła. Jeden ze strażników, nieważne, czy zmotywowany zbliżaniem się członka rodu królewskiego, czy po prostu dzięki szczęściu zesłanemu przez bogów, zdołał złapać ją za koniec warkocza. Nagłe szarpnięcie pozbawiło Kate równowagi i wylądowała na zadku, czując falę bólu przebiegającego po kręgosłupie i szyi. Gwałtownie kłapnęła zębami, przygryzając dolną wargę, a usta wypełnił jej żelazny smak krwi.

- Podnieście ją! - huknął jeden z mężczyzn. - Książę Corwin prawie tu jest.

Dźwięk tego imienia uderzył Kate niczym bykowiec. Dźwignęła się niezgrabnie, gotowa gryźć i drapać, byle tylko się uwolnić. Była zdolna do wszystkiego, żeby uciec, nim dotrze tu orszak.

Ale strażnik nadal trzymał ją za czarny warkocz, na wszelki wypadek owinąwszy go wokół palców.

- Coś ty sobie myślała? - Szarpnął po raz drugi. - W dodatku kurierka poczty. Powinnaś wiedzieć lepiej.

- Puść mnie. - Kate wyciągnęła szyję, bezskutecznie próbując się uwolnić.

- Złaźcie z ulicy! - huknął drugi strażnik. - Już tu są.

Kate przestała walczyć i pozwoliła odciągnąć się na bok, dwaj strażnicy wystąpili naprzód, zasłaniając ją.

- Proszę, puśćcie mnie. - Nienawidziła się za błagalny ton głosu, ale rozpaczliwie pragnęła uciec. - Nie chciałam sprawić kłopotu, spóźnię się i...

- Bądź cicho. - Kolejne szarpnięcie warkocza, tym razem tak mocne, że aż krzyknęła.

Natychmiast przełknęła ów dźwięk, lecz ze ściśniętym sercem pojęła, że jest za późno. Orszak już tu dotarł. Książę jak zawsze jechał pierwszy, a po jego bokach tuzin konnych - niektórzy odziani w liberię gubernatora Farholdu, inni w norgardzką, ojczystego miasta rodziny królewskiej. Ojczystego miasta Kate.

Nie, już nie.

Spuściła wzrok, wbijając spojrzenie w bojowego rumaka księcia, wysokiego gniadosza z białym paskiem na pysku. Na jego widok poczuła nagły ból w piersi. Tego konia spłodził Tancerz Cieni, ulubiony ogier jej ojca. Wszędzie by go poznała. Odwracając wzrok, powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze, gdy tylko przejadą.

Metaliczny stukot stalowych podków na bruku umilkł nagle i Kate znów nie chciała patrzeć. Dobrzy bogowie, sprawcie, bym stała się mała. Słodka Farrah, bogini nocy i cieni, uczyń mnie niewidzialną.

- Co to za zamieszanie? - Głos był znajomy, należał do gubernatora Prewitta, najpotężniejszego człowieka w Farholdzie. - Ty tam, wystąp naprzód i wytłumacz się!

Kate zebrała się w sobie, gdy strażnik wypchnął ją z cienia na skrzyżowanie i brukowaną ulicę.

- Proszę o wybaczenie, mości gubernatorze. - Pokłonił się nisko, kolejnym bolesnym szarpnięciem warkocza zmuszając Kate, by uczyniła to samo. - Ta kurierka poczty próbowała przebić się przez nasz szereg.

- A tak, kurierzy zawsze bardzo się spieszą - przemówił inny głos; ten także brzmiał znajomo. Był niższy, bardziej dojrzały, niż kiedy słyszała go po raz ostatni, ale natychmiast go rozpoznała.

Książę Corwin. Dźwięk ów poruszył w niej dawno pogrzebane emocje - gniew doprawiony goryczą i coś jeszcze, czego nie zamierzała nazywać.

- Z pewnością jednak - podjął książę - nie stała się żadna szkoda...

Spojrzenie w górę było błędem, ale Kate nie mogła się powstrzymać.

Corwin patrzył na nią. Ze zdumienia otworzył usta, jego oczy zrobiły się okrągłe.

Kate nie odrywała od niego wzroku. Jej serce stało się odrębną istotą żyjącą wewnątrz niej, szarpało się i dygotało. Tak wiele rzeczy pragnęła powiedzieć. Pozwoliłeś, żeby mój ojciec umarł. Zniszczyłeś mi życie.

Złamałeś mi serce.

To ostatnie natychmiast zagłuszyła. Ta myśl do niej nie należała, już nie.

- Zna pan tę dziewczynę, Wasza Wysokość? - spytał gubernator Prewitt.

Książę nie odpowiedział. Jego jasnobłękitne oczy barwy zimowego nieba wciąż wpatrywały się w nią, a szczęka poruszała się w przód i w tył, gdy analizował, co widzi. Na tę myśl Kate zrobiło się niedobrze - brudna tunika, umazana błotem spódnica, potargane włosy. Setki razy wyobrażała sobie tę scenę, dzień, gdy ich drogi znów się skrzyżują, ale zawsze wyglądała wówczas idealnie, roztaczając wokół aurę życiowego powodzenia, zwycięstwa nad trudnościami, które między innymi i on na nią zesłał. Tymczasem wyglądała niewiele lepiej od żebraczki przesiadującej w rynsztoku.

Dopiero po chwili zorientowała się, że ma zakrwawioną wargę, i otarła ją szybko. Całkowicie straciwszy pewność siebie, odwróciła wzrok, za bardzo się denerwowała. Spojrzała na napierający tłum, każdy chciał się jej przyjrzeć. Wychwyciła szmer, gdy ktoś ją rozpoznał.

Zdrajczyni Kate... Zdrajczyni Kate...

- Wasza Wysokość? - naciskał gubernator Prewitt. - Czy zna pan tę młodą niewiastę?

Kate znów zerknęła na Corwina. Przystojny jak zawsze - nadal miał ciemnoblond włosy i opaloną twarz, wykutą chyba przez bogów, bo każdy rys i kąt zaplanowany był tak, by pasował do pozostałych, od mocnych kości policzkowych po kanciastą szczękę. Wszystko prócz nosa, bardziej skrzywionego, niż zapamiętała, i wąskiej, białej blizny przecinającej podbródek. Źródło owych obrażeń skrywała tajemnica, której nikt nie rozwiązał. Gazety z Norgardu przezwały go Zbłąkanym Księciem, ponieważ kiedyś zniknął na niemal dwa lata. Wrócił parę miesięcy temu, ale ludzie wciąż wysnuwali szalone teorie co do tego, gdzie się podziewał i co robił. Ku irytacji Kate, z bliznami wyglądał jeszcze lepiej.

Niech go piekła pochłoną.

- Nie - odparł w końcu Corwin. - Nie znam jej.

Słowa te były niczym policzek i Kate natychmiast wbiła wzrok w konia. Nagle ogarnęła ją pokusa: jedno lekkie pchnięcie magią i mogła przekazać koniowi nieopanowane pragnienie, by zrzucił jeźdźca. Kiepska zemsta, ale lepsza niż żadna.

- Ale też nie zamierzam przeszkadzać jej w pracy - dodał Corwin. - Puśćcie ją.

- Jak sobie życzysz. - Gubernator skinął głową strażnikowi trzymającemu Kate, który w końcu wypuścił jej warkocz. Skłoniła się szybko i odwróciła się, gotowa do biegu.

- Zaczekaj chwilę, jeźdźczyni - zawołał nowy głos. - Coś upuściłaś.

Wbrew sobie Kate zatrzymała się i obejrzała. Mężczyzna jechał obok Corwina na innym koniu jej ojca, a na jego ramieniu przycupnął tresowany sokół, którego łebek skrywał czarny kapturek. Kate nie poznała szlachcica o czarnych włosach i ogorzałej twarzy; na tunice z miękkiej, gładkiej wełny zafarbowanej na czerwono i obszytej złotem nie widniały żadne insygnia. Z rozbawioną twarzą wskazywał coś leżącego na ziemi przed końmi.

Wzrok Kate powędrował ku przedmiotowi lśniącemu na bruku. Pas księżycowy. Dotknęła kieszeni spódnicy w nadziei, że to pomyłka, ale poczuła tylko tkaninę. Jej szyję ogarnął palący rumieniec pełznący w górę.

- To twoje? - spytał szlachcic.

Zatrzymała się, żeby podnieść pas i niezgrabnie schować go do kieszeni. Do jej uszu dotarły szepty zebranych, zarumieniła się jeszcze mocniej. Starając się ich zignorować wyprostowała ramiona i uniosła głowę.

Nie miała się czego wstydzić. Nie była już dziewczyną, która musi przejmować się reputacją. Co z tego, jeśli ma jakiegoś "chłopca igraszkę", jak to nazwała Signe. Co z tego, że może szuka fizycznej pociechy i rozkoszy. Jest tym, kim jest. Kate Brighton. Kurierką pocztową.

Jestem zdrajczynią Kate, pomyślała i choć raz poczuła, że czerpie siłę z tego miana.

- Dziękuję, mój panie. - Poczuła ulgę, uświadomiwszy sobie, jak mocno zabrzmiał jej głos. Znów się skłoniła.

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej. Ku jej irytacji był równie przystojny jak książę, a w jego lewym uchu lśnił magiczny kamień. Zastanawiała się, co skrywa jego czar.

- Bardzo proszę - odparł. - I powodzenia we wszystkich twoich przedsięwzięciach: zarówno tych zawodowych, jak i prywatnych.

Kilka osób z tłumu ryknęło śmiechem na tę aluzję, sokół na ramieniu mężczyzny poruszył się nerwowo. Kate zaryzykowała szybkie zerknięcie na Corwina; nie potrafiła nic odczytać z jego twarzy, ale jego oczy płonęły zimnym ogniem.

I znów zapragnęła użyć swojej magii. Mogłaby spłoszyć wszystkie ich konie, zamienić tę bandę szlachty w stado głupców usiłujących utrzymać się w siodłach. Nikt by się nie zorientował, w końcu konie płoszą się co i rusz z najdziwniejszych powodów.

I wtedy zauważyła mistrza magistę jadącego na tyłach orszaku; jego twarz przesłaniała pełna biała maska. Niebieskie szaty wskazywały, że należy do zakonu obronnego, jednego z najpotężniejszych i najniebezpieczniejszych. Podobnie jak wszyscy magiści ze wszelkich zakonów - niebieskiego, zielonego, brązowego, czerwonego, białego i złotego - nosił przy sobie maczugę o głowicy wysadzanej magicznymi kamieniami. Wśród nich był też jeden, który rozbłyskiwał w obecności magii dzikunów.

Strach ostudził jej gniew tak szybko, jak zimna woda rozżarzoną stal. Nigdy nie korzystaj z tego daru, kiedy ktoś cię widzi, malutka, usłyszała w głowie słowa ojca tak wyraźnie, jakby stał obok niej. Nie mogła uwierzyć, jak niewiele brakowało, by złamała tę zasadę. A gdyby to uczyniła, ten i tak koszmarny dzień okazałby się znacznie gorszy.

W tym momencie, jakby odpowiadając jej myślom, odezwał się donośny dzwon oznaczający godzinę ósmą. A więc spóźniła się. Jeszcze raz pozwoliła sobie zerknąć z niechęcią na księcia, a potem odwróciła się i odeszła, czując, jakby coś wewnątrz niej pękło.

Owszem, ten ranek stanowczo nastał zbyt wcześnie. Żałowała, że w ogóle nadszedł.

3CORWIN

Książę Corwin westchnął z ulgą, gdy wraz z eskortą bez dalszych incydentów dotarł do południowej bramy Farholdu. Po obu stronach bramy, unosząc ku sobie skrzydła tak, że tworzyły łuk, przez który wjeżdżali goście, przycupnęły dwa masywne posągi sów, symboli Farrah, bogini patronki miasta. Mury tego odległego miasta należały do najbardziej imponujących w całym Rime, były wysokie na pięćdziesiąt stóp, grube na dziesięć, dodatkowo wzmocniono żelazem.

Jeszcze bardziej imponująca była liczba otworów na kamienie strażnicze. Dzieliły je od siebie zaledwie cztery stopy.

Ojcowie założyciele Farholdu bardzo poważnie podchodzili do ochrony miasta przed nocnymi gadźcami - choć też trochę optymistycznie, dodał w myślach Corwin. Zagłębień było dosyć, ale jedynie w co trzecim tkwił obecnie aktywny kamień strażniczy. Owe zaklęte klejnoty jaśniały z różną mocą - niektóre lśniły niczym księżyc w pełni, inne ledwie widocznie w promieniach porannego słońca. Zastanawiał się, czy miasto było kiedyś dość bogate, by w każdym otworze osadzić aktywny kamień. To dopiero byłby widok, całe miejsce rozświetlone magią.

Żałował, że nie może tego zobaczyć. Potrzebował czegoś, co pozwoliłoby przegnać zalewające umysł wspomnienia.

Kate Brighton była tu, w Farholdzie, i świadomość tego sprawiła, że spiął się cały. Nigdy nawet nie śnił, że jeszcze kiedyś ją zobaczy, nieważne, ile razy jego myśli wędrowały ku niej przez ostatnie trzy lata, ile razy zastanawiał się, gdzie jest i jak sobie radzi.

Czy ona w ogóle o mnie myślała?

Wyglądało na to, że w końcu uzyskał odpowiedź na przynajmniej kilka pytań.

Zdrajczyni Kate, tak ją nazywali. Poczuł w piersi straszliwy ucisk żalu i wyrzutów sumienia. Była tak piękna, jak ją zapamiętał - kruczoczarne włosy, złocista skóra muśnięta słońcem i wielkie, jakże wielkie oczy barwy bursztynu. Ale starsza. Dojrzała. Kiedy ostatni raz ją widział, miała zaledwie szesnaście lat, a on sam właśnie skończył siedemnaście. Teraz ma dziewiętnaście i jest kobietą. Przypomniał sobie pełną życia dziewczynę, zawsze skorą do śmiechu i mówiącą bez ogródek co myśli, obdarzoną temperamentem nagłej letniej burzy. Teraz sprawiała wrażenie zmęczonej i twardej, niczym skóra gotowana tak długo, aż straci wszelką miękkość.

Bez wątpienia lata te nie były dla niej łaskawe. Kiedyś roztaczała się przed nią świetlana przyszłość. Urodziła się w szlachetnej rodzinie, choć pomniejszej, nie obdarzonej tytułem, jedynie ziemią. Dzięki pozycji ojca, koniuszego arcykróla, ród cieszył się szacunkiem i bogactwem. Aż do dnia, gdy Hale Brighton próbował zamordować ojca Corwina. Teraz perspektywy Kate ograniczyły się jedynie do następnego kursu. Przynajmniej kurierka poczty to szanowany zawód, choć niebezpieczny.

A może te lata nie były dla niej wcale takie ciężkie? Przypomniał sobie pas księżycowy. To kosztowna ozdoba, może prezent od bogatego kochanka albo nawet męża? Natychmiast poczuł ukłucie zazdrości, ale raz na zawsze przegnał te myśli. Kate Brighton to już nie moja sprawa.

Skupił uwagę na pięknym, pogodnym ranku. Teraz, gdy znaleźli się za miastem, lekki wietrzyk łagodził upał. Wokół panowała błogosławiona cisza, hałaśliwi trębacze zostali przy bramie. Ze wszystkich irytujących rzeczy, jakie przyszło mu znosić podczas objazdu pokojowego, do którego zmusił go starszy brat, trąby były najgorsze. Rozbrzmiewały tak przeszywająco głośno i pretensjonalnie, że na samą myśl o nich czuł mdłości. A jednak musiał je znosić, wszędzie, dokąd się udał, czekali na niego trębacze gotowi ogłosić wszem i wobec obecność księcia. Mam szczęście, że nie anonsują też moich wizyt w wygódce.

Wszystko to było takie absurdalne. Ci ludzie patrzyli na niego jak na kogoś ważnego, kto mógłby odmienić ich życie, a to przecież była nieprawda. Jego brat Edwin był księciem mogącym to zrobić. Z czasem pogodzą się z tym faktem tak jak on sam.

Po obu stronach głównego gościńca z Farholdu ciągnęły się gospodarstwa. Po lewej proste, solidne płoty wyznaczały poszczególne pola, zagrody dla bydła, owiec bądź kóz. Zwierzęta pasły się za dnia, a przed zmierzchem pasterze zaganiali je do obór i komórek w mieście. Następnego ranka znów tu powracały. Po prawej stronie, na starannie oddzielonych pólkach rosły soja, kukurydza, pszenica, a nawet bawełna.

Corwin widział te pola, gdy przybył do Farholdu, ale że już zmierzchało, bardziej skupiał się na dotarciu do miasta przed zapadnięciem zmroku, niż na oglądaniu okolicy. Większość miast-państw z Rime polegała na jednym podstawowym towarze. W Andreas był to węgiel, w Aldervale drewno. Jego własne miasto, stolica Norgard, specjalizowało się w zwierzętach - głównie koniach przeznaczonych dla wojska.

Teraz odwrócił się do gubernatora Prewitta.

- Zawsze słyszałem pogłoski, że Farhold jest całkowicie samowystarczalny. Teraz rozumiem, jak to jest możliwe.

Prewitt uśmiechnął się, co sprawiło, że jego i tak krągła twarz wydała się jeszcze szersza. Płaski, oklapły nos między rumianymi policzkami.

- W istocie, Wasza Wysokość. Sami produkujemy mięso, zboża, ubrania. Kilka mil na zachód, u stóp Gór Popielnych, mamy nawet odkrywkową kopalnię rudy żelaza.

- Imponujące.

Przez sekundę Corwin chciał nawet dodać, że chętnie ją zobaczy, ale zmienił zdanie. Gubernator z pewnością natychmiast zorganizowałby wycieczkę, a to oznaczałoby kolejny dzień w Farholdzie. Miasto wyglądało wprawdzie interesująco, ale był tu już dość długo, a musiał odwiedzić jeszcze trzy zachodnie prowincje, nim wreszcie zakończy długą wyprawę i wróci do domu. Zmęczyło go powolne tempo i nieustanne oficjałki. Choćby teraz, najchętniej popuściłby wodze Tancerza Burzy i dotknął piętami boków rumaka.

Zupełnie jakby wyraził to pragnienie na głos, jego przyjaciel Dallin Thorne pochylił się w siodle.

Może poprosimy poczciwego gubernatora, by pozwolił nam pojechać przodem? - wyszeptał mu do ucha. - Taki otwarty gościniec aż się prosi o wyścigi.

Corwin odpowiedział uśmiechem. Przez moment faktycznie miał wielką ochotę się zabawić, ale potem przypomniał sobie, że wśród strażników z pewnością znajdują się szpiedzy brata, z zapałem donoszący Edwinowi o każdym jego błędnym posunięciu. A doszło już do kilku, choćby w Eetmark, gdzie podczas pożegnalnego bankietu wypił nieco za dużo wina i nazwał najwyższego kanclerza nic niewartym osłem. Mniejsza, że była to prawda - jak inaczej nazwać człowieka, który uznał, że zamiast odbudować spalony sierociniec, wzniesie w jego miejsce nową świątynię Eetolyn?

Z pewnością każda bogini godna oddawania czci bardziej ceniłaby sobie opiekę nad dziećmi niż nową świątynię. Ale też seksualne rytuały praktykowane przez kapłanki Eetolyn bez wątpienia przekonały mężczyznę. To wciąż nic niewarty osioł, pomyślał Corwin, mimo wszystko jednak nie chciał dawać bratu dodatkowych pretekstów do wygłoszenia mu kazania po powrocie.

- Albo też - Dal konspiracyjnie zniżył głos - może wolisz zaczekać i urządzić sobie wyścig z tą ładniutką kurierką z miasta? Tą, której ponoć nie znasz?

Palce Corwina zacisnęły się na wodzach, gdy znów ujrzał w myślach twarz Kate. Dal zacmokał, nie doczekawszy się odpowiedzi.

- Wiesz chyba, że nikt ci nie uwierzył? Po prostu zbyt dobrze pamiętali o twojej pozycji, aby wytknąć ci tak oczywiste kłamstwo. - Teraz przemawiał swobodniej, bo ich norgardzkie rumaki wyprzedziły towarzyszy, dosiadających mniej rasowych koni o krótszych nogach. Mrugnął porozumiewawczo. - Ale nieważne, wcześniej czy później wyciągnę z ciebie prawdę, wierz mi.

Corwin wywrócił oczami.

- Nie wątpię.

Po wygnaniu Kate Dal stał się jego najbliższym przyjacielem. Ale Kate znał przecież znacznie dłużej. Z początku łączyła ich dziecięca przyjaźń, wzniesiona na fundamentach rywalizacji, tego kto umie szybciej jeździć, lepiej walczyć. Później przyjaźń ta przerodziła się w coś znacznie ważniejszego - były więc skradzione pocałunki i sekretne dotknięcia. A potem jej ojciec omal nie zabił jego ojca i to na zawsze zmieniło wszystko między nimi.

Zakończył wszystko między nimi.

- I myślę, że spodoba mi się ta historia - dodał Dal, unosząc do ramienia prawą dłoń w rękawicy i zachęcając Lir, by na nią wskoczyła. Zdjął kapturek z głowy sokolicy, a potem wyciągnął rękę, wypuszczając troczki. Ptak wyprysnął w powietrze, Dal przez chwilę obserwował go, potem znów skupił wzrok na Corwinie. - Może i była nico brudna, ale nadal całkiem miła dla oka. I te usta, wprost stworzone do pocałunków.

Corwin ukrył irytację za zasłoną suchego kaszlu.

- Lepiej, żebyś nie rozmyślał za wiele o ustach tej dziewczyny. Odniosłem wrażenie, że nie zachwyciła jej nasza obecność. A może nie zauważyłeś tego?

- Ja? Oczywiście, że nie. W odróżnieniu od ciebie ja jej nie znam. - Dal zawiesił głos, gładząc dłonią szczecinę na brodzie, kiepsko maskującą zbyt idealny odcień skóry po lewej stronie twarzy, gdzie tkwiący w uchu kamień magiczny ukrywał blizny. - A zatem zaznajomiłeś się już z tymi ustami, to dobre wieści. Można odnieść wrażenie, że dziewczyna lubi takie rozrywki, zważywszy obecność pasa...

- Nie. - Corwin posłał przyjacielowi ostre spojrzenie. - Nie zaznajomiłem się i nie interesują mnie jej rozrywki.

- Ach tak, ewidentnie. - Dal znów mrugnął, bez wątpienia zachwycony, że w końcu udało mu się poruszyć Corwina.

Niełatwo było sprowokować podobną reakcję ale nie byłby sobą, gdyby nie spróbował. Corwin kochał go za to, ale i nienawidził. Wiedział, że bez niego spędziłby zbyt wiele czasu pogrążony we własnych myślach. Tylko Dal potrafił nieco złagodzić jego szorstkość.

- Przypomnij mi, po co w ogóle zabierałem cię w tę podróż? - Przekrzywił głowę.

- To instynkt samozachowawczy. - Dal przyłożył dłoń do serca. - Beze mnie umarłbyś z nudów.

- Jeśli dobrze pamiętam, to ty błagałeś, bym pozwolił ci pojechać ze mną. Mówiłeś coś o rozrywkach i przygodach.

Dal żartobliwie skłonił się w siodle.

- Jeśli Wasza Wysokość woli tę wersję prawdy.

Corwin pokręcił głową i wstrzymał Tancerza Burzy. Po chwili znów zrównał się z Prewittem.

- Jak szybko dotrzemy do rezydencji Gregorów, mój lordzie gubernatorze?

- Oceniam, że za jakiś kwadrans. - Prewitt zmarszczył brwi. - Wasza Wysokość, jesteś pewien, że nie chcesz posłać jeźdźca, by zaanonsował twoje przybycie? Pojawienie się bez zapowiedzi to wielka niegrzeczność.

- Przyznaję, że tak - odparł Corwin. Najchętniej w ogóle by tam nie jechał, ale to pragnienie odkrycia, dlaczego Marcus Gregor, były gubernator Farholdu, jeden z największych popleczników ich ojca, nagle zdecydował się wycofać z życia publicznego, sprawiło, że Corwin umieścił Farhold w planie objazdu pokojowego. Tą wyprawą Corwin miał wynagrodzić problemy, jakie wywołał znikając na kilka ostatnich lat. Karą za to były niekończące się obowiązki, których jednak uniknął podczas długiej podróży. Obowiązki takie jak próby przygładzenia nastroszonych piórek nadętych staruchów, zbyt dumnych, by poskarżyć się bezpośrednio arcykrólowi.

Z drugiej strony wolał nie myśleć, jak by go ukarano, gdyby kiedykolwiek wyszła na jaw prawda o tym, gdzie był.

Instynktownie jego wzrok powędrował ku karwaszowi okalającemu prawy przegub i skrywającemu tatuaż.

Corwin zmusił się do uniesienia wzroku. Westchnął.

- Ponieważ jednak lord Gregor odmówił spotkania ze mną, obawiam się, że jedynym wyjściem jest złożenie mu niezapowiedzianej wizyty.

Prewitt odchrząknął.

- Tak, oczywiście, ale jako że Gregor bez wątpienia ma swoje powody, by się wycofać, nie oczekiwałbym ciepłego powitania.

Corwin istotnie się go nie spodziewał. W całym Rime wiara w arcykróla bardzo osłabła. Orwin Thormane nigdy w pełni nie doszedł do siebie po próbie zabójstwa, a rana, którą odniósł z ręki Hale'a, nie goiła się, ropiała i gniła, pozbawiając zdrowia zarówno jego ciało, jak i umysł.

Dal ściągnął wodze konia i dołączył do nich.

- Nie pojmuję, jak ktokolwiek mógłby poważyć się na taki brak szacunku wobec rodziny królewskiej.

- To dlatego, że urodziłeś się w czasach arcykrólów, mój lordzie Thorne, i że pochodzisz ze wschodu. - Prewitt roześmiał się i śmiech ów zabrzmiał zaskakująco przyjemnie i niewinnie. Był z rodzaju tych, do których pragnie się dołączyć. - Tu, w Farholdzie, sprawy mają się inaczej. Przed Sevańską Inwazją nie przywykliśmy do kłaniania się królowi.

Dal zmarszczył brwi.

- Ale Inwazja miała miejsce pięćdziesiąt lat temu i odtąd włada nami arcykról.

Prewitt znów się roześmiał.

- Z pewnością komuś tak młodemu wydaje się, że to okropnie długo, ale pamiętaj, że zanim miasta zjednoczyły się pod rządami arcykróla, przez ponad tysiąc lat rządziliśmy się sami. To bardzo długo i nikt o tym nie zapomniał.

- Och, pamiętam lekcje historii - odparł cierpko Dal. - Tysiąc lat wojen i rozlewu krwi, dlatego miasta tak niechętnie służą arcykrólowi.

Corwin posłał Dalowi wymowne spojrzenie. Miał już powyżej uszu tego tematu. Od tygodni słuchał, że na wschodzie jest niespokojnie, że w miastach dochodzi do protestów przeciwko rządom arcykróla, kupcy strajkują z powodu podatków, a zagrożenie Powstaniem jest coraz większe. Miał ochotę zatkać uszy i zacząć nucić pod nosem, byle tylko zyskać chwilę spokoju.

Prewitt wzruszył ramionami z ugodową miną.

- Nie, żebyśmy nie doceniali nowych porządków. Arcykról Orwin to godny władca, każdego dnia czerpiemy zyski ze zjednoczenia z innymi miastami. Choćby most nad Redrush, który kazał wznieść.

Corwin zauważył, jak zręcznie Prewitt zmienił temat. Oto cecha wytrawnego polityka. Edwin bardzo by go szanował, zwłaszcza że to brat, a nie ich ojciec, zlecił budowę mostu. W dzisiejszych czasach Orwin rządził już tylko formalnie.

- Tak, most to cud inżynierii i wspaniałe osiągnięcie. - Prewitt pokiwał głową; mimo wietrzyku na czubku jego głowy perlił się pot. - Bardzo ułatwia wszystkim podróżnym dotarcie do Andreas. Teraz nie musimy już polegać na niepewnych przeprawach promowych.

I zasili królewskie kufry sporą sumką, kiedy Edwin nałoży już myto, dodał w myślach Corwin. Zastanawiał się, co powie Prewitt, kiedy się o tym dowie.

- Przypuszczam, że najbardziej spodoba się kurierom pocztowym - wtrącił Dal i kilka razy poruszył brwiami, wymownie patrząc na Corwina. - Zgodzi się pan, Wasza Wysokość?

- Bez wątpienia - odrzekł Corwin, ignorując zawartą w słowach aluzję.

Skręcili z głównego gościńca w węższą dróżkę wiodącą przez zagajnik. Drzewa rosły tu dość gęsto, można by go nazwać nawet lasem. Dziwna woń unosząca się w powietrzu poruszyła pamięć Corwina; próbował ustalić jej źródło, ale nie potrafił, za bardzo tłumił ją słodki zapach wiecznopłaczków. Dziesiątki barwnych kwiatów wyrastały wszędzie, gdzie tylko do ziemi dotarły promienie słońca. Mimo to coś w tej niewyraźnej woni wzbudziło w nim niepokój.

Kiedy parę minut później wyłonili się spomiędzy drzew, jego niepokój zamienił się w grozę. Przed nimi pośrodku rozległej polany wznosił się dwór Gregora. Z wysokiego na trzy piętra i dwakroć szerszego domu pozostała jedynie wypalona skorupa, z kilku gontów wznosiły się smugi dymu.

Pożar, pomyślał Corwin, w końcu kojarząc zapamiętany zapach. I spalone ciała. W żołądku wezbrały mu mdłości, zaczął oddychać płytko, żeby je powstrzymać. Przez sekundę znów był szesnastolatkiem, wokół rozbrzmiewały przerażone krzyki, a ogień szalał na centralnym norgardzkim rynku. Słyszał krzyki matki nakazujące mu, by wspiął się na dach, by ratował...

Nie, nie chcę o tym teraz myśleć. Odepchnął wspomnienie. Gubernatorowi Prewittowi opadła szczęka, jego policzki drżały.

- Co tu się stało?

- Śmierć i zniszczenie. - Dal głośno wypuścił powietrze.

- Ale kto? I jak?

Corwin oderwał wzrok od ruin domu, badając otaczający go mur. Włoski na karku zjeżyły mu się, gdy odkrył, że osadzone w nim kamienie strażnicze roztrzaskano na kawałki. To nie był przypadkowy pożar, ten dom zaatakowano. Choć mur miał jakieś piętnaście stóp wysokości, nie zdołał powstrzymać nocnych gadźców. Tylko kamienie strażnicze mogły tego dokonać, ale ktoś z rozmysłem je porozbijał. Corwin przesunął wzrokiem po zniszczeniach i odkrył, że coś rozwaliło też bramę.

Kilku ludzi jadących wraz z nimi wymieniło spojrzenia i szepty:

- Czy to nocne gadźce?

- Niemożliwe, wiesz chyba, że nie zieją ogniem.

- Kiedyś ziały.

- To przesąd.

- Musieli to zrobić dzikuni.

Powstanie. Corwin poczuł narastające napięcie.

Gubernator Prewitt uciszył orszak jednym skinieniem dłoni.

- Wy czterej sprawdźcie otoczenie domu, reszta do środka, zbadajcie wszystko. Musimy się dowiedzieć, czy ktokolwiek przeżył.

Corwin poważnie w to wątpił, dom wydawał się dosłownie wypatroszony, każda widoczna powierzchnia zwęglona, okna wybite. Dzikuni to było jedyne rozsądne wytłumaczenie. Przez kilka ostatnich miesięcy najwyższa rada otrzymała dziesiątki meldunków o tak zwanym Powstaniu i atakach w całym Rime.

Ale zwykle były to tylko drobne potyczki, napady na karawany czy na członków Ligi Magów. Nigdy nie słyszał o uderzeniu w tak wielki neutralny cel jak ta rezydencja. Przeciwnie, z tego, co rozumiał, Powstanie stanowiło jedynie ogólną ideę, tu i ówdzie podchwytywaną przez dzikunów żyjących w lęku przed odkryciem ich przez inkwizycję, a nie prawdziwy ruch podziemny. Nawet ich symbol - lew w aureoli wschodzącego słońca, malowany na ścianach i wycinany na pniach drzew - różnił się od siebie mocno w zależności od miasta.

Widząc dziurę w ziemi parę stóp dalej, Corwin skierował ku niej Tancerza Burzy. Koń stąpał nerwowo, gdy jeździec starał się podprowadzić go na tyle blisko, by zajrzeć do środka. Po sekundzie zrozumiał wahanie zwierzęcia - dziura okazała się tak głęboka, że nie sięgnął okiem dna.

- To musiało być Powstanie. - Dal zatrzymał się obok niego, w jego głosie dźwięczała nuta niechętnego podziwu. Zupełnie jakby starożytne opowieści ożyły: dzikuni, którzy potrafili zsyłać deszcz ognia, wzywać wichurę i błyskawice, a nawet rozedrzeć ziemię. W niektórych historiach twierdzono, że podczas Wojny Trzech, o ponad dwieście lat konfliktu poprzedzającego Sevańską Inwazję, dzikuni wybili w ziemi dziury tak głębokie, że pierwsze nocne gadźce zdołały wydostać się nimi z samych trzech piekieł.

- Po co Powstanie miałoby atakować Gregorów? - spytał Corwin.

- By urazić arcykróla - rzekł lekko Prewitt. - Lord Marcus jest największym zwolennikiem pańskiego ojca na zachodzie.

Był, poprawił w myślach Corwin, Był, nie jest.

Zawrócił Tancerza Burzy, kierując go ku otwartym wrotom rezydencji. Przeczesał wzrokiem przypalone drewno, szukając znaku słonecznego lwa w którejkolwiek jego wersji, ale nic nie znalazł.

- Um, Wasza Wysokość - zagadnął gubernator Prewitt - czy nie lepiej, żebyś został tutaj, póki nie upewnimy się, że jest bezpiecznie?

Corwin dobył miecza, uniósł go tak, by stal błysnęła w słońcu; miał też pistolet, ale jeśli chciał kierować koniem, mógł używać na raz tylko jednej broni. Poza tym pistolet miał w sobie samotną kulę, miecza można było użyć wielokrotnie.

Jego puklerz zwisał z boku, gotowy, by w razie konieczności po niego sięgnąć.

- Może - odparł. - Ale nie zamierzam.

- Ale Wasza Wysokość, nie masz zbroi ani...

Corwin ruszył naprzód, nie zważając na protesty gubernatora. Jeśli za atak odpowiadali dzikuni, miał obowiązek zarówno osobisty, jak i publiczny, by sprowadzić ich przed oblicze sprawiedliwości. Znów ujrzał w myślach twarz matki, strach odciśnięty na jej czole w chwili, gdy ogarnął ją tłum, tratując w szalonej, panicznej ucieczce przed ogniem ogniem rozpalonym przez dzikuna zdecydowanego zranić jak najwięcej osób. A działo się to, zanim jeszcze zaczęli organizować się w Powstanie. Nie, Corwin nie zamierzał czekać bezczynnie.

Dal natychmiast do niego dołączył.

- Dzięki bogom, myślałem już, że skonam tu z ciekawości.

On także dobył miecza. Choć na jego twarzy rysował się chłopięcy zapał, to broń dzierżył pewną ręką mężczyzny, który wie, jak jej używać. I wiedział aż za dobrze, obaj wiedzieli - ta umiejętność połączyła ich podczas przygód z dala od Rime.

Gdy przejechali przez bramę na dziedziniec, smród znacząco się nasilił. Corwin zamrugał powiekami, oczy go paliły, i zaczął oddychać przez usta, starając się nie myśleć o swądzie palonego ciała. Tancerz Burzy parsknął w proteście, rozszerzając chrapy. Dziedziniec zaścielały trupy, rozrzucone tu i tam jak zbezczeszczone posągi. Nie udało się ich policzyć, kilka spłonęło razem, bliscy tulili się do siebie aż do końca. Corwin nie mógł zrozumieć, czemu tak wielu zajęło się ogniem. Budynek wzniesiono głównie z kamienia, z pewnością zdążyliby uciec, nim pożar się rozszerzył. I wtedy przyszło mu do głowy wyjaśnienie - to musiało być dzieło dzikuńskiej magii.

Corwin i Dal skręcili w prawo, reszta thormańskich strażników podążyła za nimi, zaś ludzie Prewitta skierowali się w lewo. Dal przyglądał się mijanym trupom, Corwin jednak patrzył w górę i przed siebie, skupiając wzrok głównie na uszach wierzchowca. Jeśli gdzieś czaiło się niebezpieczeństwo, Tancerz wyczuje je pierwszy. Rumak niepokoił się, wyginał szyję i grzbiet i parskał przy każdym kroku.

Okrążyli pierwszy narożnik domu i przekonali się, że zniszczenia ciągną się dalej. Na ziemi leżały kolejne zwłoki, wszystkie spalone nie do poznania. W dali ujrzeli zwisające resztki drugiej bramy, z której trzy czwarte zniknęły.

Napastnicy musieli więc otoczyć cały dom.

Słysząc hałas za bramą Corwin zacisnął mocniej dłoń na rękojeści miecza i skierował konia w tamtą stronę. Za ogrodzeniem wypatrzył płonące ognisko, obok niego klęczał człowiek. Gdy tylko ich dostrzegł, zerwał się z ziemi i umknął.

- Stój! - Corwin wbił pięty w boki Tancerza i skierował go za uciekającym, który zniknął na wąskiej ścieżce wiodącej przez las.

Ścigając go, książę rozglądał się wśród drzew i wypatrywał innych wrogów. Ocierał się kolanami o pnie drzew i krzaki, gałęzie chwytały go za włosy niczym palce. Mimo to Tancerz z łatwością doganiał mężczyznę. Już prawie go dopadli, kiedy ścieżka otworzyła się, wychodząc na polanę.

Dotarłszy do mężczyzny, Corwin pochylił się w siodle i chwycił go za tył tuniki. Uwolnił stopę ze strzemienia i powalił nieznajomego. Tancerz zatrzymał się natychmiast, tak jak go wyszkolono. Corwin szybko zeskoczył i przyłożył miecz do leżącego twarzą do ziemi na trawie człowieka.

- Obróć się powoli i spójrz na mnie.

Tamten posłuchał, przekręcając się niezgrabnie na grzbiet. Corwin nie opuszczał broni, przygważdżając go wzrokiem do czasu, aż dołączyli do niego Dal i pozostali jeźdźcy. Kącikiem oka dostrzegł, że Dal chwyta wodze Tancerza Burzy i podprowadza go bliżej.

- Kim jesteś?

Nieznajomy pokręcił głową, równie łysą jak głowa gubernatora Prewitta. Jego twarz pokrywały dziobate blizny i brud, tunikę miał umazaną krwią i sadzą. Prawy rozerwany rękaw odsłaniał muskularne przedramię, okolone błękitnym tatuażem.

Corwin przysunął miecz do gardła tamtego.

- Nie spytam ponownie: kim jesteś i co tu robisz?

W odpowiedzi mężczyzna otworzył usta, dobył się jednak z nich tylko bełkotliwy dźwięk. W miejscu języka ziała czerwona dziura.

- Co się tu dzieje, do trzech piekieł? - spytał Dal, dołączając do Corwina. Ten cofnął się o krok, robiąc miejsce leżącemu mężczyźnie.

- Wstań.

Nieznajomy posłuchał, dygocząc ze strachu. Corwin zmarszczył brwi, zaskoczony głębią jego przerażenia. Z pewnością wiedział, że gdyby chciał go zabić, już by to zrobił.

- Uważaj, Corwinie! - krzyknął Dal, chwytając tamtego, który sięgnął do kieszeni po broń. Jego ręka wysunęła się pusta, otoczona chmurką dymu. Przez sekundę Corwin sądził, że tamten przyzywa ogień, potem jednak przekonał się, że to magia zupełnie innego rodzaju - nie wiedział jakiego, ale odskoczył wystraszony.

Dym zamienił się w dwie długie, czarne, przypominające węże macki. Wsunęły się do ust mężczyzny, znikając w jego gardle. Na jego twarzy i rękach wystąpiły czarne linie, podążające wzdłuż żył, rozległ się krzyk. Żyły napęczniały i pękły, rozbryzgując się na ciele czerwienią zmieszaną z czernią sadzy. Krzyki mężczyzny gwałtownie ucichły i runął na ziemię martwy.

Zasłaniając usta, Corwin odwrócił się od niego. Ludzie dookoła zadrżeli z jękiem, kilku z nich zaczęło się krztusić.

Przynajmniej jeden zwymiotował.

Gubernator Prewitt i pozostali dołączyli do nich.

- Co się tu stało?

Prewitt zsiadł z konia z głośnym łoskotem lądując na trawie. Podał wodze jednemu ze strażników, potem zbliżył się do ciała. Corwin opisał szybko, co się wydarzyło, strażnicy wokół czynili ochronne gesty.

Po kilku sekundach Prewitt uniósł głowę.

- Ten człowiek pochodził z Andreas - oznajmił.

Corwin odetchnął głęboko, by się uspokoić, i z wysiłkiem przyjrzał się zwłokom.

- Skąd wiesz?

- Ten tatuaż. - Prewitt wskazał błękitny rysunek okalający przedramię mężczyzny, ledwie widoczny na zniszczonej skórze. - To znak górnika, wszyscy ludzie pracujący w kopalniach Andreas taki noszą. Tusz świeci w ciemności, dzięki temu łatwiej znaleźć ciała, jeśli dojdzie do wypadku.

Stojący obok Dal zmarszczył nos.

- To dość nieprzyjemne. - Uniósł wiszący na szyi gwizdek z kamieniem magicznym i dmuchnął w niego. Gwizdek nie wydał żadnego dźwięku, przynajmniej takiego, który słyszeliby ludzie, lecz gdzieś w górze Lir zaskwirzyła donośnie w odpowiedzi na milczące wezwanie.

- Ale co to za magia, ten dym? - naciskał Corwin. - Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Sądziłem, że dzikuni potrafią tylko manipulować żywiołami... ogniem, ziemią, powietrzem i wodą.

- I czasami duchem - dodał Prewitt. - Tak przynajmniej twierdzą najstarsze opowieści.

- Od stuleci nie widziano żadnego dzikuna z mocami ducha. - Dal wyciągnął rękę, pozwalając wylądować sokolicy.

- Zgadza się, lordzie Thorne. - Prewitt pokiwał głową. - Nie widziano.

Corwin rozważył implikacje tego słowa. To prawda, dzikuni żyli w ukryciu. Wytępienie całej ich rasy stanowiło było jednym z głównych celów istnienia Ligi Magów i przez ostatnie trzy lata, od chwili powołania inkwizycji i utworzenia złotego zakonu, szło im to coraz lepiej. Wcześniej dzikunów skazywano na śmierć tylko wtedy, kiedy odkryto, że władają dziką magią. Teraz Liga aktywnie ich wyszukiwała, w każdym mieście i osadzie w Rime obowiązywał królewski dekret pozwalający złotym szatom badać obywateli, niezależnie od wieku. Czy to możliwe, że ci z talentem ducha po prostu cały czas unikali wykrycia? Nie wiedział, ale w przypadku magii takiej, jaką dopiero co oglądał, przypuszczał, że wszystko jest możliwe. Znał co najmniej tuzin ludzi, którzy oddaliby prawą rękę, byle tylko zdobyć podobną broń.

- Lordzie gubernatorze! - krzyknął jeden ze strażników, wpadając na polanę, by do nich dołączyć. - W ognisku, które rozpalił ten człowiek, leżał trup nocnego gadźca!

Corwin, Prewitt i Dal podążyli za nim. Corwin wbił wzrok w zwęglone szczątki. Strażnik miał rację - wśród nich leżało też truchło gadźca. Nie potrafił jednak tego zrozumieć. Gadźce nie mogły tego zrobić, jak zatem znalazły się tutaj? Nocne gadźce pożerały truchła współbraci, po co więc je palić? Zupełnie jakby próbował rozwiązać łamigłówkę o zniekształconych kawałkach.

- Co mamy robić, Wasza Wysokość? - spytał gubernator Prewitt.

Corwin milczał, czuł się nieco skrępowany tym pytaniem i odpowiedzialnością, która spadła na jego barki. Wreszcie odezwał się:

- Przypuszczam, że powinniśmy zabrać zwłoki górnika do Farholdu i dać je do zbadania magistom. Może wiedzą coś więcej na temat magii, która go zabiła. Musimy też dokładnie przeszukać dom i teren wokół.

Prewitt przytaknął.

- Czy zatem przedłużysz swój pobyt w Farholdzie?

Corwin rozważył to pytanie. Jego niepokorne myśli znów powędrowały ku Kate. Gdyby został, być może znów by się na nią natknął. Jeśli starczyłoby mu śmiałości, mógłby nawet sam to zorganizować.

Ale ta droga wiodła tylko ku bólowi i złamanemu sercu.

- Nie - rzekł. - Nie przedłużę pobytu. Skoro człowiek ten przybył z Andreas, to jeszcze jeden powód, bym kontynuował objazd. - No i pamiętajmy, że lord Nevan z Andreas to jeden z największych przeciwników mojego ojca, dodał w myślach. - Miałem odwiedzić je jako następne, wyruszymy jutro.

- Błagam o wybaczenie, Wasza Wysokość - odrzekł Prewitt - lecz biorąc pod uwagę, że atak ten mógł być skierowany przeciwko arcykrólowi, z pewnością ktoś z twego orszaku powinien zostać, by dowiedzieć się, co odkryją magiści.

- Ja zostanę - wtrącił Dal, nim Corwin zdołał odpowiedzieć. Corwin posłał przyjacielowi podejrzliwe spojrzenie, tamten jednak wzruszył ramionami. - To nie powinno potrwać długo. Z łatwością was dogonię.

Corwin oparł się pokusie, by wywrócić oczami. Doskonale rozumiał kierujące Dalem motywy - opóźniając wyjazd, mógł uniknąć powolnego tempa jazdy, które musieli utrzymywać, by nie wyprzedzić królewskiej karawany. Sam powinienem się był zgłosić.

Westchnął głośno.

- Jesteś pewny, lordzie Thorne?

- Zupełnie pewny. - Kąciki ust Dala uniosły się w lekkim uśmiechu. - To da mi czas, bym dokładniej zwiedził to urocze miasto. Bardzo chcę też odwiedzić dom poczty.

Corwin odwrócił wzrok, by ukryć grymas irytacji. Dal mógł sobie robić, co chce z Kate.

To nie moja sprawa.

Choć bardzo tego żałował.

4KATE

Nim Kate dotarła do domu poczty, apel już się zakończył. Gdy przekroczyła próg budynku biurowego przylegającego do głównej stajni, pozostali jeźdźcy wychodzili właśnie z sali spotkań, ich buty ciężko tupały na drewnianej podłodze.

Przez sekundę spróbowała schować się w jednym z pomieszczeń służbowych, ale, jak zwykle ostatnio w jej życiu, z tym także się spóźniła.

- Znów spóźniona, zdrajczyni Kate! - zawołał znajomy głos.

Zebrała się w sobie, gotowa na powtórkę z wczorajszego dręczenia. Widziała, jak Cord skręca ku niej. Tym razem mnie nie sprowokuje, poprzysięgła w duchu.

Zatrzymał się przed nią, zagradzając drogę. Przesunął dźwigane na biodrze siodło na drugie, by je odciążyć. Jako jedyny jeździec nosił je ze sobą, większość wolała przechowywać je w siodlarni, wygodnie umieszczonej w stajni. Ale nie Cord. Jego siodło było zbyt cenne, by powierzać je komukolwiek innemu - tak przynajmniej twierdził. I istotnie, sporo kosztowało. Zrobione było na zamówienie z najlepszej cielęcej skóry, miało mosiężne mocowania i złote nici. Takie siodła produkowano wyłącznie dla szlachty. Kate dobrze je znała - to kiedyś należało do jej ojca.

Widok siodła w ramionach Corda jak zawsze przywołał głęboko skrywane emocje, tyle że tym razem, po spotkaniu z księciem Corwinem, zdecydowanie mocniejsze. Zupełnie jakby tego dnia przeszłość zdecydowała się ją prześladować.

Siodło było jedną z nielicznych rzeczy ojca, jakie pozwolono jej zatrzymać po egzekucji. Oddała je poczcie, żeby pokryć opłatę za termin. Było warte trzy razy więcej, ale nie miała nic innego. Okrutnym zrządzeniem losu, pecha i polityki pocztowej teraz należało do Corda. Zmusiła się, by oderwać od niego wzrok i spojrzeć mu w twarz płonącymi oczami.

- Co cię tym razem zatrzymało? - spytał Cord. - Wyglądasz, jakbyś tarzała się w rynsztoku. - Uśmiechnął się, a potem skrzywił. - Błe, co zrobiłaś? Nocowałaś w rzeźni z Pipem?

Kate zacisnęła dłoń w pięść. Tak bardzo chciała go uderzyć.

- Zresztą nieważne - rzucił, po czym dodał drwiąco przepraszającym tonem: - Ale powinnaś wiedzieć, że... niestety... straciłaś swój kurs. - Uśmiechnął się, nie pozostawiając cienia wątpliwości, komu to zawdzięcza.

Kate chciała go wyminąć, przepychając się między innymi jeźdźcami, ale Cord złapał ją wolną ręką. Wyrwała mu się natychmiast.

- Nie dotykaj mnie.

Uśmiech na jego twarzy zmienił się w szyderczy grymas.

- Wierz mi, nie interesuje mnie dotykanie ciebie. Zresztą kogo by to interesowało? Zdrada może być zaraźliwa.

Nie odpowiadaj, nie - och, na ognie piekielne.