Onyszkiewicz Bywały szczęśliwe powroty. W rozmowie z Włodzimierzem Nowakiem i Violettą Szostak - Janusz Onyszkiewicz, Violetta Szostak, Włodzimierz Nowak

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Z pomocą Joanny Onyszkiewicz, Witosławy Onyszkiewicz-Dembińskiej, Danuty Onyszkiewicz i Stanisława Onyszkiewicza

 
 
Pan na rowerze?

Zawsze. Po Warszawie jeżdżę głównie rowerem - albo komunikacją miejską.

Ludzie pana rozpoznają?

Już nie tak jak kiedyś. Stawałem na światłach, to mnie nieustannie zagadywali. Sympatyczne reakcje zwykle. Raz dresiarze próbowali mnie obić, dla sportu. Chyba nie wiedzieli, kim jestem. Uciekłem im.

Pana koledzy z dawnej "Solidarności" mówią, że Onyszkiewicz często uciekał na rowerze.

Nie tyle uciekałem, ile gubiłem ogony. Tajniacy śledzili mnie samochodami, więc wlekli się za moim rowerem, od razu ich było widać i łatwo zgubić - wjedzie się na chodnik, przez parking, przez bramę, i koniec. A pieszo za rowerem byli za wolni.

Powinni mieć tajniaków na rowerach do śledzenia Onyszkiewicza.

Nie wpadli na to. Zresztą to też byłoby podejrzane, bo wtedy chyba jako jedyny jeździłem po Warszawie rowerem. Rekreacyjnie ludzie jeździli, ale żeby się przemieszczać po mieście, to nie.

Ale z tego samego powodu rower mógł mnie zdradzić - bo jeśli jest rower, to w pobliżu musi być Onyszkiewicz. Więc jadąc na tajne spotkania, używałem roweru jedynie, by zgubić ogon, a dalej szedłem na piechotę lub wskakiwałem do tramwaju.

W 1985 roku umówił się ze mną korespondent gazety "Los Angeles Times" w kawiarni przy rondzie nad Trasą Łazienkowską. Rozmawiamy, podchodzi dwóch panów, pokazują dokumenty. Odchodzę z nimi na bok.

- Kto to jest? - pytają.

- Korespondent, akredytowany.

- A o czym panowie rozmawiacie? - dopytują.

- A nie muszę odpowiadać.

- No to pozwoli pan z nami - mówią. I prowadzą mnie do swojego fiata 125p.

- A rower?! Nie zostawię go tutaj.

- To co robimy? - zastanawiają się.

- Pojadę rowerem, a panowie za mną.

- Tak nie może być.

Po Warszawie jeżdżę głównie rowerem - albo komunikacją miejską. Zawsze miałem damkę. Lepiej się wsiada.

 

Wołają milicjanta, który kręcił się w okolicy.

- Siadajcie na rower.

- Panowie, ale ja jestem w mundurze! - broni się milicjant.

Mnie wsadzili do dużego fiata i zawieźli na dołek na Wilczą. Milicjant pedałował za nami.

Na Wilczej jeden z nich zamknął się ze mną w pokoju, wyjął z kabury pistolet. Popatrzył i włożył broń do szuflady.

- No to tyle. Idź pan.

- Ale o co tu chodzi?

- Panie, ja w ogóle nie jestem od was, tylko od zwykłych bandziorów. Ale dostałem telefon z Rakowieckiej, że na placu Na Rozdrożu jest tłum i pan przemawia. Mam pana zaaresztować. Tłumu nie było, to co mam z panem zrobić? Idź pan...

A rower?

Milicjant przyjechał, kiedy wychodziłem. "Panie, jakiego się wstydu najadłem, taki grat, a ja w mundurze!"

Grat?

No, ukraina. Radziecki rower produkowany w Charkowie, ciężki, rdzewiał, ale wytrzymały. Kiedyś, jak go przypinałem łańcuchem, podszedł starszy nobliwy pan: "Przepraszam, czy jest już tak źle, że coś takiego kradną?". A jednak ukradli.

Po ukrainie miałem inny stary rower, który oddałem na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy Owsiaka, a później rometa, też grata. Stał pod domem, blisko śmietnika. Śmieciarze uznali, że to złom, i mi go zabrali. Potem na wsi, w naszych Lipiankach, pojechaliśmy z żoną na targ w pobliskim Kutnie, kupiliśmy damkę za sto złotych i teraz nią jeżdżę.

Facet na damce?

Oczywiście! Zawsze miałem damkę. Lepiej się wsiada. Jak ma się ogromy bagażnik, a ja często woziłem jakieś teczki i toboły, to zarzucanie nogi po męsku jest niewygodne.

Na jakimś przyjęciu podszedł Czesław Lang: "Panie ministrze, pana rower jest trochę zapuszczony, proszę go przywieźć, my go w naszym zakładzie podszykujemy, żeby leciutko chodził". A ja: "Ale mnie nie zależy, żeby lekko chodził. Ćwiczę się w ten sposób".

A właściwie dlaczego jeździł pan po Warszawie rowerem, skoro nikt wtedy nie jeździł?

Pod koniec lat 70. wykładałem w Oksfordzie i zobaczyłem, że tam wszyscy jeżdżą rowerami. Też zacząłem. Widziałem tam ciekawą rzecz. Do kierownicy studenci mieli przymocowaną deskę, na niej książki, notatki, i po drodze tak się uczyli.

Kiedy w maju 1981 zaczynały się rozmowy z komunistyczną władzą o dostępie "Solidarności" do środków masowego przekazu, pierwsze takie newralgiczne rozmowy, i ja je miałem prowadzić w Alejach Ujazdowskich, w siedzibie rządu, cała prasa zagraniczna tam czekała, telewizje, kupa dziennikarzy. Filmowali, jak podjeżdżają rządowe limuzyny, a potem z wielkim nabożeństwem filmowali, jak przypinam moją ukrainę łańcuchem do ogrodzenia Rady Ministrów.

A gdy już byłem ministrem obrony narodowej, szef ochrony bardzo mnie namawiał, żebym się przesiadł do samochodu, na rowerze jestem narażony, bo to zawsze dobrze się pochwalić, że dało się w mordę ministrowi.

Teraz obowiązują limuzyny. Ktoś w telewizji wspomniał w dyskusji o limuzynach obecnych władz, że "Onyszkiewicz namawiał swoich pracowników, żeby jeździli rowerami do pracy".

Nie namawiałem. I mało kto jeździł. Jeden wiceminister finansów, czasami.

Jeździ pan w kasku?

Nie. Kiedy dyskutowano projekt o obowiązku jeżdżenia w kasku, pod groźbą kary, byłem za wykreśleniem tego zapisu. No bo jak to, ktoś we wsi jedzie do sklepu albo do kościoła, to będzie musiał w kasku?

W.N.: Ja jeżdżę w kasku. Nie miał pan wypadku?

Raz mnie ktoś potrącił niegroźnie, był bardziej przerażony ode mnie, bo chyba mnie rozpoznał. Musiałem koło w rowerze wymienić. I to tyle.

V.S.: Włodek, pan wspinał się w Himalajach, a ty pytasz, czy rowerem nie boi się jeździć.
 
 
UCZEPIŁEM SIĘ KRZYŻA NA GIEWONCIE
Pokaże pan swoje czekany?

To chodźcie do mojej nory...

 

(Mieszkanie w kamienicy na Starym Mokotowie. Janusz Onyszkiewicz prowadzi do pokoju na końcu wąskiego korytarza).

Ale dziwny globus...

Tylko z Polską. Bo Polska jest najważniejsza. To globus z Ucha prezesa. Dzieci mi sprezentowały na Gwiazdkę.

Jaki mały pokoik. Tu pan pracuje?

To mój pokój.

Książki po sufit. A czekany?

Otóż tak, to jest czekan, którego najczęściej używałem.

Możemy?

Był wygodny, lekki, krótki. Miałem trzy czekany. Jeden zaginął w bagażach, gdy wracałem z wyprawy na Himalchuli. A ten dostałem od Reinholda Messnera w Monachium, kiedy szykowaliśmy się na Gaszerbrumy w 1975 roku. Pojechaliśmy z Wandą Rutkiewicz na targi sportowe do Monachium, żeby zdobyć trochę sprzętu. Tam spotkaliśmy Messnera. Byliśmy już dosyć zaprzyjaźnieni, znaliśmy się z Hindukuszu.

Ładna rzecz, widać, że przeszedł swoje. A ten?

Czekano-młotek, także do wbijania haków. A to jest do rąbania w lodzie i w śniegu. O, tu wpinało się karabinek, można było kogoś asekurować albo samemu się przywiązać. Wbijało się czekan w twardy śnieg i zakotwiczał człowieka. Można nawet wisieć.

Gdzie pan wchodził z czekanem od Messnera?

Wszędzie, w Alpach, na K2 też.

A kiedy szukał pan Alison...

Też miałem ten czekan. Ale nie szukałem ciała Alison. Poszedłem bardziej, żeby zobaczyć... gdzie to się stało. Obejrzeć kamień, na którym wykuto jej nazwisko i nazwisko partnerki, z którą zginęła na Annapurnie. Kiedy zginęły, byłem na Himalchuli, z wyprawą brytyjską... Ale dzisiaj, tak na początku naszej rozmowy wolałbym o tym nie mówić, dobrze?

Używałem tego czekana w latach 80. Potem się wspinałem już tylko latem. Ostatni raz parę lat temu w Tatrach z Andrzejem, najmłodszym synem.

Czekan zahaczył się o szable.

To prezenty. Tych szabli tutaj trochę mam... Najzabawniejszy jest miecz. Byłem ministrem obrony w rządzie Hanny Suchockiej. Z oficjalną wizytą przyjeżdżał minister obrony Litwy Audrius Butkevičius. Czas był trudny, jeśli chodzi o relacje polsko-litewskie. Litwini negocjowali traktat o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie, koniecznie chcieli, żebyśmy potępili Żeligowskiego i napisali, że Wilno uznajemy za stolicę Litwy. Pierwsze w ogóle nie wchodziło w grę, a drugie było dziwaczne - w jakim traktacie państwowym potwierdza się, że stolica państwa jest stolicą? Negocjacje były skomplikowane. Pojechałem do Wilna. Wzięliśmy dwójkę naszych starszych dzieci. Minister obrony Litwy też miał syna w wieku naszego Stasia. Synowie razem gdzieś jeździli, próbowali rozmawiać, to bardzo ociepliło relacje. Ze Stasiem składaliśmy wieniec na grobie żołnierzy litewskich, którzy padli w bojach z Polakami. A Litwini złożyli wieńce na grobach naszych żołnierzy. Minister Butkevičius towarzyszył nam, kiedy składaliśmy kwiaty na grobie matki Józefa Piłsudskiego na Rossie.

Po tej ocieplającej wizycie, wyprzedzając rewizytę Litwinów, zdecydowałem, że przekażemy im uzbrojenie. Żeby pokazać, że naprawdę nie zamierzamy ich najeżdżać.

Nasze czołgi daliśmy?

Nie, parę transporterów opancerzonych, granatniki, karabiny. Inni wojskom krajów bałtyckich dawali łóżka, koce, a myśmy podarowali Litwinom broń, konkretnie. W jakim miejscu to przekazać, zastanawialiśmy się. Na polach Grunwaldu, oczywiście. Dostałem informację, że litewski minister też chce mi zrobić prezent i ofiaruje konia. Martwiłem się, co ja z koniem zrobię?! Stanęło na tym, że pod Grunwaldem da mi kopię litewskiego miecza.

A pierwszy czekan pan pamięta?

Austriacki. Kupiłem go na wyprawie do jaskiń w Bułgarii, w 1958 roku, normalnie w sklepie. Jeszcze nie wspinałem się zimą, ale już miałem to w planie.

Wszystkie czekany wyglądały wtedy tak samo. Kiedy zaczęto atakować bardzo strome ściany lodowe, zmieniły się technika wspinania i czekany. Musiały mieć bardzo ostry czub do wbijania w lód. W starych filmach o wspinaniu się są jeszcze sceny rąbania stopni. Byliśmy z kolegą na takim filmie - scena pełna napięcia, ktoś właśnie rąbie stopnie nad przepaścią, widownia zamarła, a kolega na całe kino: "Do cholery, on chce tam usiąść czy co?".

Stopni już się nie rąbie. Wbija się w lód zęby, które wystają z przodu raków i tak się wisi. Technika męcząca, ale szybsza.

Czekan to trzecia noga alpinisty. Służy do wszystkiego. Do rąbania w lodzie, podciągania się i hamowania.

Próbowaliśmy dokonać pierwszego zimowego wejścia nową trasą na Wielkiego Mięguszowieckiego. Pogoda się załamała, zaczął padać śnieg. Myśleliśmy, że to tylko wiatr zwiewa stary opad, i wspinaliśmy się dalej. Gdy zorientowaliśmy się, że jednak potężnie pada, zaczęliśmy zjeżdżać. Znajdowaliśmy się u podnóża ściany, związani, czwórka nas była, ja na samym końcu. Nagle coś mnie wyrywa, jak korek z butelki. Urwała się lawina pod kolegami, którzy schodzili niżej, i mnie pociągnęło. Spadamy wszyscy, myślę sobie: no tak, lecimy... I wiem, że na dole Kocioł Mięguszowiecki kończy się bardzo stromym żlebem, nazywanym maszynką do mięsa. Krzyczeliśmy do siebie: "Hamuj!". Widziałem już swój koniec w tej maszynce. Zacząłem desperacko hamować czekanem i udało się, jak widać.

Na lodowym stoku człowiek błyskawicznie nabiera szybkości. Hamując czekanem, trzeba uważać, bo jak się za mocno wbije, to czekan się urwie.

Oprócz czekana warto na śnieżnych stokach używać nieboszczyka.

Rutkiewicz mówiła, że to "angielski wymysł" i nie ma do niego ani krzty zaufania.

Ja używałem. Pod Gaszerbrumem szliśmy w sześć osób długim trawersem po silnie nachylonym stoku. Bałem się lawiny i w połowie trawersu wbiłem nieboszczyka. Dead man to płytka o dużej powierzchni zakopywana w śniegu. Lepiej się asekurować; kiedy lawina nas nie zrzuci i nie zamuruje w szczelinach lodowca, jest szansa, że kogoś nie zasypie i pomoże wydostać się pozostałym.

A czekany robiło się w Polsce chałupniczo. Liny można było kupić, ale nazywały się "żeglarskie", żeby nikt nie miał pretensji, jak się taka lina urwie w górach. Sizalowe, miały bardzo kiepską dynamikę. Dobra lina rozciąga się i wyhamowuje, a sizalową łatwiej zerwać albo się nią poturbować. No ale były tanie.

Dwaj moi koledzy wspinali się w Tatrach, jeden odpadł, lina sizalowa się zacisnęła, zlał to deszcz, wszystko tak skamieniało, że nie mogli się rozwiązać, więc wracali do Zakopanego autobusem związani linami. Zdołali się rozwiązać dopiero w pociągu.

Karabinki też robiliśmy metodą chałupniczą. Stalowe. Więc gdy się szło na drogę hakową - wbija się haki, wiesza się na nich i idzie dalej - to same karabinki i haki ważyły dwadzieścia kilogramów. Lekkie karabinki aluminiowe były szalenie drogie, do kupienia tylko za granicą i za dewizy.

Małpy, czyli urządzenia zaciskające się do wchodzenia po linie, nie były jeszcze znane, więc schodząc do jaskiń, wieszało się drabinki. Te nasze potwornie ciężkie. Na Zachodzie, we Francji, drabinki miały malutkie szczeble duralowe zawieszone na linkach stalowych. Linkę zdobyliśmy, ale duralu nie mieliśmy. W PRL-u wszystko było z przydziału.

Żeby zdobyć rurki aluminiowe, przebiłem się do samego ministra przemysłu. Miałem ze dwadzieścia jeden lat. Cały wypłoszony ubrałem się w garnitur, krawat, poszedłem do urzędu Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich, wtedy chyba jeszcze w Alejach Stalina.

Palmy na korytarzach, telefony, sekretarki... Byłem trochę tym przytłoczony, trwało, zanim mnie doprowadzono do ministra. Wyłożyłem, dlaczego my, grotołazi, potrzebujemy duralu... "No dobrze, to ile wagonów tego wam trzeba?" "Dwadzieścia kilo".

Zrugał pana?

Nie, załatwił. Władza chciała wszystko kontrolować, każdą duperelę, ale przy tym każdy bał się podjąć decyzję.

Dlatego szło w górę.

Aż do ministra.

Chciałem zamówić dwadzieścia par butów na wyprawę. Pojechałem do fabryki, a dyrektor: "Co mi pan tu głowę zawraca dwudziestoma parami butów. Mam plan do wykonania. Jakby pan zamówił dwa tysiące, to może bym ten plan zmienił. Idź pan do cholery ze swoimi pieniędzmi".

Kiedy pan zaczął chodzić po górach?

Moje Himalaje zaczęły się na Giewoncie. W 1947 roku rodzice zabrali mnie do Zakopanego. Miałem dziesięć lat. Ojciec jako pracownik banku dostał wczasy w Domu Bankowym. Poszedłem z nim na Giewont. Wchodziliśmy od tyłu, to łagodny stok, aż prawie do samego szczytu. Nie trzeba wyjmować rąk z kieszeni. Ale na szczycie ogarnęło mnie przerażenie, że ta wielka przepaść od strony Zakopanego, która zieje pode mną, zaraz mnie wciągnie. Siedziałem przy krzyżu i się go kurczowo trzymałem.

To jest to zdjęcie?

Tak, zrobione jeszcze przed szczytem, na szczycie wpadłem w kompletną panikę.

Był pan zły na ojca?

Nie.

A ojciec?

Wziął mnie za rękę i zeszliśmy. Został we mnie ogromny uraz do gór. Ale i fascynacja nimi. Tak to z górami jest. John Quincy Adams, zanim został amerykańskim prezydentem, był w 1800 roku w Karkonoszach, powiedział, że w Górach Stołowych towarzyszyło mu "fascynujące i rozkoszne przerażenie". Tego właśnie doświadczyłem na Giewoncie, rozkosznego przerażenia.

W 1947 roku rodzice zabrali mnie do Zakopanego. Poszedłem z ojcem na Giewont. To zdjęcie zrobione jeszcze przed szczytem, na szczycie wpadłem w kompletną panikę.

 

Góry mnie absolutnie zafascynowały. Z tym, że miałem świadomość, że są całkowicie poza moim zasięgiem. Że to coś dla wybrańców. Zaczytywałem się w literaturze górskiej. Czytałem stare roczniki "Taternika", wypożyczałem książki o naszych przedwojennych wyprawach w góry wysokie, w Kaukaz, Andy, do Afryki, w góry Atlasu. A w końcu także w Himalaje na dziewiczy wtedy siedmiotysięcznik Nanda Devi East, który Polacy zdobyli latem 1939 roku. Dwóch z nich zginęło potem pod lawiną, która w nocy zasypała obóz. Ciał nie odnaleziono. Ten szczyt to nie było byle co. Kiedy Szerpę Tenzinga, który jako pierwszy wraz z Hillarym zdobył Everest, spytano, jaka góra była dla niego najtrudniejsza, powiedział Nanda Devi East.

Nie mogłem się od tych lektur oderwać.

W naszym liceum działał radiowęzeł, każdy dzień zaczynał się od apelu, podczas którego śpiewaliśmy hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej. Potem podawano rozmaite komunikaty, ja byłem spikerem i robiłem prasówkę. Zawsze mogłem coś dołożyć, więc czytywałem fragmenty górskich książek.

Ale od chodzenia po górach długo trzymałem się z daleka. Dopiero w dziesiątej klasie za własne pieniądze uzbierane korepetycjami z matematyki pojechałem do tego samego Domu Bankowego. Wybrałem się w góry sam, żeby zobaczyć wszystkich tych nadludzi, którzy się wspinają. Robią coś, co dla mnie było zupełnie nieosiągalne. Zobaczyłem ich na Hali Gąsienicowej, gdy idą z liną przewieszoną przez plecy. Nadludzie okazali się sympatyczni.

Podszedł pan?

Nie śmiałem. Tylko patrzyłem. Ale góry odczarowały mi się. Panika całkowicie minęła.

A Giewont?

Też przestał straszyć. Wchodziłem na Świnicę, nawet na Orlą Perć. Pieniędzy prawie nie miałem, bo po opłaceniu noclegów całe kieszonkowe poszło na taksę klimatyczną, o której nic nie wiedziałem.

Wychodziłem rano po śniadaniu. Szedłem dosyć szybko, żeby zdążyć na kolację. Była tam pani z synem w moim wieku. Powiedziała: "Może byś zabrał mojego Józka?". Poszliśmy na piechotę do Doliny Chochołowskiej i tak go zagoniłem, że matka zrobiła mi awanturę - syna jej wymordowałem.

Ja miałem kondycję, w liceum nasz nauczyciel wuefu był absolutnym fanatykiem gimnastyki, nawet dwóje dawał za ćwiczenia i zadawał lekcje do domu. Pamiętam, jak u kolegi ćwiczyliśmy stójkę przy ścianie i kolega wybił nogami szybę w kredensie. A jak się okazało, że w zawodach międzyszkolnych mogą startować tylko uczniowie, którzy nie mają żadnych dwójek, to raptem wylądowałem na mistrzostwach Warszawy w gimnastyce. Zająłem dalekie miejsce, ale startowałem.

Zawody w stójce?

W skokach przez kozła. Ta gimnastyka, powiedzmy, parterowa, skoki, stójki też, to była moja ulubiona dyscyplina. Na poręczach ćwiczyliśmy.

Kiedy zmarł wuefista-fanatyk gimnastyki przyszedł entuzjasta lekkoatletyki i biegaliśmy. Nawet trenowałem bieganie w Legii, tyle że dystanse na zawodach okazały się dla mnie za krótkie. Wtedy juniorzy mogli biegać tylko tysiąc pięćset metrów. Więc się przerzuciłem na biegi narciarskie, biegaliśmy dziesięć i piętnaście kilometrów. Mój największy sukces to mistrzostwo Warszawy w biegu sztafetowym w Powsinie. Bieganie na nartach nie trwało długo, bo śnieg się skończył w Warszawie. To zbiegło się z maturą i egzaminami na studia. Rzuciłem narty i zacząłem chodzić po jaskiniach. Skąd to się wzięło? Lubiłem łazić po piwnicach. Miałem kolegę ze szkolnej ławki w gimnazjum, z którym chodziliśmy z wielkim przejęciem po warszawskich lochach.

Starego Miasta jeszcze nie odbudowano, tam piwnice były najgłębsze, naprawdę rozległe. Nie służyły przecież tylko do trzymania węgla i kapusty. Znajdowaliśmy czerepy, niewybuchy. To było wtedy dosyć zwyczajne, hełm to hełm.

Granat to granat. Przecież to mogło być jeszcze zaminowane.

Nie, piwnice już nie, ale na niewybuchy trafialiśmy. Piwnice częściowo zasypane, wszystko pod gruzami, trzeba było to rozgrzebać, przeciskać się, jakoś wejść, to się obsypywało... Byliśmy naiwnie ufni, że nam się nic nie stanie.

Ktoś tam jeszcze łaził?

Nikogo nie spotykaliśmy. Okres szabrownictwa w podziemiach już się wtedy skończył.

Mama nie krzyczała: "Januszku, gdzie ty chodzisz?".

Nie wiedziała. Przychodziłem w brudnym ubraniu, ale wtedy wszędzie można było się pobrudzić.

To była jedna z nielicznych rozrywek, poza imprezami sportowymi. Absolutne tłumy gromadził Wyścig Pokoju. Organizowany był przez trzy gazety: "Rudé Právo" z Czechosłowacji, "Neues Deutschland" z NRD i "Życie Warszawy", które miało redakcję niedaleko naszego domu, prawie na rogu Marszałkowskiej i Placu Unii. Gromadził się tam zawsze tłum, bo transmisji jeszcze wtedy nie nadawano, więc redakcja wywieszała na szybie informacje z trasy: "Nasi w czołówce". Tramwaj nie mógł przejechać, były przepychanki z milicją, żeby tory udrożnić. Ludzie nie chcieli się ruszyć, stali, gorąco debatowali. Krążyło mnóstwo opowieści. O Elku Grabowskim na przykład albo o Hindusie. Elek, malutki, drobny kolarz, wyglądał bardzo dziecinnie, ale świetnie radził sobie w wyścigach. To o nim sprawozdawca radiowy w ferworze retoryki wykrzyknął: "Elek Grabowski, cudowne dziecko dwóch pedałów!".

A Hindus?

Władzom zależało, żeby w wyścigu startowało jak najwięcej zagranicznych kolarzy. Chcieli pokazać, że to wyścig międzynarodowy, a nawet światowy. Przyjechała drużyna z Indii, chyba jacyś kompletni amatorzy, jeden docierał zawsze godzinę po peletonie. Straszny kłopot dla organizatorów, przecież zamykano drogi na czas przejazdu kolarzy. Ludzie stali na stadionach, żeby zobaczyć zawodników, wszyscy przyjechali, a Hindusa nie ma. Krążyły opowieści, że się zatrzymał, bo zobaczył polską krowę, że podszedł do tej krowy... Nawet nakręcono film o tym Hindusie. W końcu wprowadzono zapis, że kolarz, który za bardzo odstaje od reszty, wypada.

Królak wtedy jeździł.

O tak.

I naprawdę okładali się z Rosjanami pompkami do roweru?

Nie, nie mieli pompek w czasie wyścigu. Dętki pompowali sprężonym powietrzem ze specjalnych nabojów.

Niechęć do ekip radzieckich była raczej w boksie. Najbardziej na mistrzostwach Europy, które odbywały się w warszawskiej Hali Gwardii. Rosła już sława Feliksa Stamma i jego bokserów, a po tych mistrzostwach Stamm stał się bożyszczem. I tam odbyła się prawdziwa walka między Polakami a Rosjanami. Krzyki z widowni niesłychanie nieprawomyślne: "Bij kołchoźnika!" albo "W przyjaźń go!".

W przyjaźń?

Tak, "W przyjaźń go!". Pamiętam też walkę, w której Rosjanin dostawał nieprawdopodobne lanie. Sprawozdawca radiowy miał duży kłopot, nie wiedział, jak ukryć, że Rosjanin tak kiepsko sobie radzi, więc powiedział: "Ach, co za wspaniała praca nóg w defensywie".

Pan też tam chodził?

Oczywiście. Sport mnie w ogóle bardzo interesował. A Wyścigiem Pokoju wszyscy fascynowali się niesłychanie. To zresztą była też okazja, żeby zobaczyć w Warszawie obcokrajowca. Bo obcokrajowiec u nas w tamtych latach to rzadkość. A wtedy spotykało się Anglików, Francuzów.

Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów z 1955 roku pamięta pan?

O tak. Byłem już po liceum, ale przed studiami, więc nie kwalifikowałem się jeszcze do studentów. To czasy pamiętne dla wszystkich w Warszawie, ci młodzi ludzie, te kolory, ten luz. Widziałem chyba Arafata, tańczył z drugim Arabem na ulicy. Klaskali sobie i tańczyli. Pamiętam też rozmowę z Australijczykami. Mieli zespół muzyczny i grali na tarce do prania.

Mniej więcej wtedy zaczął się też ukazywać tygodnik "Dookoła Świata". Absolutna sensacja, bo pismo wyraźnie odbiegało od całej tej prasy drętwo-ideologicznej. I w "Dookoła Świata" znalazłem reportaż z wyprawy warszawskich grotołazów do jaskini w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. To mnie zafascynowało. Wyszukałem, gdzie tych grotołazów można znaleźć, i się u nich pojawiłem. Był tam już mój starszy kolega ze studiów.

W jaskiniach przydały się moje ćwiczenia gimnastyczne. Bo podstawową techniką wspinania się jest zapieraczka.

Zapieraczka?

Chodzenie między dwiema ścianami w skalnych kominach i studniach. Plecy, a w skrajnie trudnym wariancie dłonie, są oparte na jednej ścianie, a stopy na drugiej. Miałem w domu tak wąski pokój, że mogłem to ćwiczyć.

Dzięki zapieraczce wystąpiłem nawet w filmie (śmiech). Pewnie nie pamiętacie Zuzanny i chłopców. Bo to nie było wielkie kino. Ale Zuzannę... obok Noża w wodzie Polańskiego wymienił w przemówieniu towarzysz Gomułka jako przykład dekadencji w polskim kinie. Film o młodzieży, Kalatówki, jazz, dziewczyny, żadna tam produkcja i współzawodnictwo pracy. Znalazłem się na planie, bo duża część akcji rozgrywała się w jaskini. Dwaj chłopcy, jednego grał Adam Hanuszkiewicz, drugiego mniej dziś pamiętany Tadeusz Pluciński, rywalizują o względy pięknej Zuzanny. Zapraszają dziewczynę na wyprawę do jaskini.

Pan jest w tym filmie?

Jestem i mnie nie ma. Poproszono mnie jako konsultanta. Kiedy młodzi schodzą pod ziemię, jaskinię zalewa woda i odcina im drogę powrotną. Są bez wyjścia, jest tylko wąski długi komin. Całą jaskinię z tym kominem zbudowano w łódzkim studiu. Powiedziałem: "Jak to nie ma wyjścia? Można wyjść tym kominem". I wylazłem.

Zapieraczką.

Właśnie. Zuzannę grała piękna Ewa Krzyżewska, znana z Popiołu i diamentu. W jednej ze scen w jaskini musiała się trochę wspinać, powiedziała, że w życiu tego nie zrobi. Więc ja dublowałem Ewę Krzyżewską. Prawdę mówiąc, ona była trochę większa niż ja, ale w jaskini ciemno, do tego kask. To krótki epizod.

Nie zaliczałem się do szczególnych fanów kina. Wcześniej, w latach 50., wejść do kina było niebywale trudno. Gigantyczne kolejki, i to na niesłychanie podłe filmy. Filmy takie jak Fanfan Tulipan, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, stanowiły rzadkość.

Przy dzisiejszym placu Na Rozdrożu mieściło się kino tylko dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Bez nazwy, wstęp za legitymacjami, ale miałem swój sposób, żeby się dostać. Stałem i wypatrywałem jakiejś starszej pani, podchodziłem grzecznie i pytałem, czy mnie zabierze. I zwykle zabierały, jako synka czy wnuczka. Więc mam takie powiązania z MSW, do których dziś jest może groźnie się przyznawać.

I co tam puszczali?

Przeważały filmy radzieckie, czeskie. Ewenementem były filmy takie jak Złodzieje rowerów, które pokazywano jako dowód ogromnych trudności klasy robotniczej na Zachodzie.

Czasami szkoła organizowała wyjście do kina. Kiedyś poszliśmy na Admirała Nachimowa, też film radziecki, ale wojenny. Zasiadamy w kinie Moskwa, wychodzi pan i mówi, że Nachimowa nie będzie, bo nie dowieźli, ale zobaczymy za to inny radziecki film, Świniarka i pastuch. Najpierw nasz jęk zawodu, eeeee..., a potem kino w śmiech.

Do dzisiaj pamiętam. Świniarka i pastuch są przodownikami pracy w swoich kołchozach czy sowchozach. Jadą do Moskwy na zjazd młodych przodowników ze wszystkich stron wielkiego Kraju Rad. Tam się spotykają. Nawiązuje się między nimi miłość. Ale zjazd się kończy i wracają do kołchozów. Teraz muszą pracować jeszcze lepiej, jeszcze więcej, żeby dalej być przodownikami, by za rok znów spotkać się na zjeździe w Moskwie. Więc świniarka ratuje te świnki, pastuch gania z owcami... Niebywały gniot socrealistyczny. Trudno stać się miłośnikiem kina przy takim repertuarze.

Ale mówi się, że takie filmy jak Niewinni czarodzieje, Do widzenia, do jutra to kino pokoleniowe, portretowało was, młodych między jazzem a...

No tak, na początku lat 60. już mieliśmy co oglądać. Do kina chodziło się dość masowo, to nie była jakaś nisza, wyższa kultura, filmy specjalne. Chodzenie do kina stało się zwyczajne.

A te filmy były o nas... i nie o nas. Nie o tych, którzy się wspinali i chodzili po jaskiniach. Jak czytam książki o niebieskich ptakach w PRL-u, o życiu wtedy czy o seksie w PRL-u, to myślę, że żyłem w zupełnie innym świecie. Nie chodziłem do klubów studenckich. Nigdy nie byłem w Stodole, moi koledzy od jaskiń chyba też nie. Nie mieliśmy takiej potrzeby. Ja w życiu nie odwiedziłem żadnego klubu nocnego, na przykład.

Tak?

W ogóle mnie to nie interesowało.

A dziewczyny?

Żeby spotykać dziewczyny, nie musiałem iść do klubu nocnego. Wtedy główne moje środowisko to Speleoklub Warszawski. To było środowisko niesłychanie... nie hermetyczne, ale, jak by powiedział Jacek Kuroń, grupa całościowa.

Całościowa?

Myśmy sobie absolutnie wystarczali we wszystkim. Nie mieliśmy nawet potrzeby i ochoty szukać czegoś poza naszą grupą. W poniedziałek spotkanie klubowe, we wtorek grało się w brydża lub w makao, w środy uczyliśmy się angielskiego, w czwartek... już nie pamiętam co, w piątek szło się do filharmonii, a w sobotę wyjeżdżało na weekend. Cały czas razem.

Angielskiego jak się uczyliście razem?

Rozmawialiśmy ze sobą. Ja wtedy uczyłem się francuskiego, bez większych sukcesów. Dopiero w więzieniu się poduczyłem, sam, z książek. Za krótko siedziałem, więc do biegłości mi trochę brakuje.

Idzie pan pierwszy raz do grotołazów i co?

Przyjęli mnie i pojechałem na kurs. Kurs w październiku, rok był 1956, więc cały ten polityczny październik mnie minął.

ZA SZCZELINĄ WPADŁEM W OTCHŁAŃ

I mnie, początkującego grotołaza zabrali na wielką wyprawę do Jaskini Miętusiej. Tak się zaczęła moja przygoda z jaskiniami.

Jaskinie były wtedy przypisane do klubów. Niby formalnie nie, ale wiadomo było, że klub krakowski zajmuje się Zimną, a my mamy Miętusią, którą nikt wtedy nie chciał się zajmować, bo się wydawało, że tam już nie ma nic do odkrycia. Miętusia kończyła się progiem nie do pokonania. Ktoś jednak wpadł na pomysł, żeby ze zwykłych rur wodociągowych skręcić maszt i wsunąć go do środka. Gdzieś tu mam kawałek tej rury na pamiątkę. O, jest na półce za wami.

Zwykły ocynk.

Fi pięć i pół centymetra, więc chyba dwa cale. Wstęp do Miętusiej to bardzo ciasny, stromy, pełen zakrętów korytarzyk. Długa rura by nie weszła. Dlatego pierwsza ekipa wszystko dokładnie wymierzyła, potem pocięliśmy rurę i nagwintowaliśmy, żeby na dole skręcić. Ciężka harówka. Nazwaliśmy to miejsce Progiem Męczenników.

Ale do czego ta rura?

Żeby po niej wejść, bo po samej skale się nie dało. To technika masztowa. Na czubku rury-masztu była linka, którą wciągało się drabinkę, żeby pokonać trudny odcinek, a potem wspinało się normalnie. Tak w Miętusiej otworzyły się nowe możliwości. Aż do syfonu, czyli kolanka zalanego wodą. Oczywiście zanim takiego miejsca się nie przejdzie, nigdy nie wiadomo, czy to syfon, czy na przykład podziemne jeziorko albo zwykła zalana kieszeń, czyli koniec jaskini.

Potem zdobyliśmy skafander nurkowy z marynarki wojennej, bardzo ciężki, z wielkimi pasami, z ołowianymi klockami, do tego jeszcze aparaty tlenowe. Nie byłem wtedy jeszcze w grupie szturmowej, tylko asekurowałem mojego instruktora, zdobywałem ostrogi. Syfon udało się przejść. A dalej otworzyły się kilometry nowych korytarzy.

Jakbyście odkrywali nowe światy?

To urok jaskiń. Kiedy się przejdzie miejsce, na którym zatrzymywali się wszyscy, to ma się nie tylko satysfakcję, że się je pokonało, ale też że się stanęło w miejscu absolutnie dziewiczym.

Jaskinia to zawsze wielka zagadka.

W jaskiniach każda technika jest dobra, żeby pokonać przeszkodę. W przeciwieństwie do wspinaczki skalnej. Jeżeli człowiek się ubezpiecza, żeby nie spaść za daleko, to wbija się haki, kliny żelazne w rozmaite szczeliny, przekłada karabinek i idzie wyżej, a jak się odpada, to tylko do tego haka, a nie na sam dół. Jeśli, oczywiście, hak nie wypadł, co niestety się zdarza. Przy wspinaczce klasycznej nie wolno się tego haka złapać. Służy tylko do zabezpieczenia, a nie, żeby ułatwić wspinaczkę. Chyba że to droga hakowa. Ale to specjalna klasyfikacja, więc wiadomo, że na tej drodze wolno się chwytać haków, a na tej nie wolno. W klasycznej wspinaczce istniały więc reguły, ograniczenia, a w jaskiniach ich nie było.

A tamten syfon w Miętusiej okazał się ostatecznie bardzo łatwy. Przy niskich stanach wody wiał przez szczeliny wiatr, to najlepszy wskaźnik, że dalej są korytarze. W stropie były nisze, więc kiedy pierwsi przeszli z aparatami tlenowymi, to okazało się, że można po prostu wziąć wdech i przejść do najbliższej niszy, tam znowu wziąć oddech i przejść na drugą stronę. Potem już szło się łatwo.

To było pierwsze pokonanie syfonu za pomocą nurkowania w Polsce.

Dużo było wypraw do Miętusiej?

Dużo, już nikt nie liczy Miętusich wypraw. Ja zaczynałem od Miętusiej warszawskiej trzeciej, czyli MW3, potem były MW4, MW5... Szliśmy coraz głębiej. Przed Progiem Męczenników był trawers, szło się w poprzek po płycie, obok studni głębokiej na trzydzieści metrów, zwanej Ślepym Kominem. Dlatego ślepym, bo na jego dno zjechała grupa krakowska i uznała, że tam są tylko szczeliny absolutnie już niedostępne dla człowieka. A nam coś spadło do tego komina, więc musiałem zjechać.

Co spadło?

Urwał się jakiś sprzęt. No więc jadę, nie ma rady, trzydzieści metrów, czyli dziesięć pięter. Patrzę na te szczeliny na dole, kurczę..., ja to przejdę. Chociaż ciasno strasznie.

Ciasno strasznie, czyli jak?

No, że trzeba powietrze z płuc wypuścić, trochę w żebra piło, ale się przecisnąłem.

A gdyby pan się zaklinował?

Tobym się zaklinował.

W.N.: Słucham pana i kręci mi się w głowie. Jak można tak ryzykować?

Mnie ponosiło, bo widziałem, że tam dalej jest jaskinia! Ale byłem na linie, z góry mnie asekurowano. Za tą szczeliną wpadłem w otchłań, można iść dalej, z dobrych osiemdziesiąt metrów w pionie.

Poszedł pan?

Wtedy nie. Kilka dni później zjechałem na dno. Jaskinia kończyła się wodą, co jest dosyć częste. Ale pamiętam, że ta szczelina na dnie Ślepego Komina okazała się wcale nie najtrudniejsza. Dalej było gorzej. Szło się pionową szczeliną, coraz węższą, należało bardzo uważać, żeby nie wpaść i nie zaklinować się, bo już by się nie wyszło. Kolega, który wychodził po mnie, zgubił tam but, ale powiedział, że po niego nie wróci, nie ma mowy.

W.N.: Rozumiem kolegę.

To miejsce nazwano potem Wyżymaczką.

Jaskinie to całkiem inna sytuacja niż wysokie góry. W górach, jeżeli szczyt jest niewidoczny, to można go wcześniej obejrzeć na zdjęciach. Nawet jeśli okaże się trudniejszy, bardziej stromy, niż się myślało, to w zasadzie i tak dużo wiadomo. W jaskiniach nic nie wiadomo. Kiedy się przejdzie miejsce, do którego do tej pory ludzie dotarli, to dalej jest tajemnica.

Wspinaczka w jaskini uprzytamnia człowiekowi, że ma mięśnie, o których istnieniu w ogóle nie wiedział. Trzeba się wyginać, przeciągać w najprzedziwniejszych pozycjach. Człowiek posuwa się ruchem robaczkowym.

W.N.: Dostanę duszności.

A potem były nasze odkrycia w Jaskini Śnieżnej. Okazało się, że to najgłębsza jaskinia w Polsce i czwarta na świecie. Teraz już spadła w rankingach światowych, odkryto wiele innych. Ale wtedy wielka rewelacja.

A potem były nasze odkrycia w Jaskini Śnieżnej. Okazało się, że to najgłębsza jaskinia w Polsce i czwarta na świecie.W bazie przy Śnieżnej, 1961 r.

 
Dlatego przez parę lat był pan polskim rekordzistą, bo zszedł najgłębiej i wszedł najwyżej?

Rzeczywiście, miałem taki rekord głębokościowo-wysokościowy. W 1961 roku zszedłem na dno Śnieżnej, sześćset czterdzieści metrów głębokości. A w 1975 roku wszedłem na Gaszerbruma II - to pierwsza ośmiotysięczna góra zdobyta przez Polaków. Było mi o tyle łatwiej zostać tym rekordzistą, że wspinacze na ogół nie chodzili po jaskiniach, a grotołazi zwykle się nie wspinali, a jeśli już, to nie jakoś specjalnie ostro.

Schodzimy więc w Śnieżnej coraz niżej, moi partnerzy zostają przy kolejnych stanowiskach asekuracyjnych, w końcu jest ostatni zjazd czterdzieści metrów, obok wodospadu, zjeżdżam sam, idę dalej i widzę kolejny komin w dół, dosyć ciasny. I nie wiadomo, co jest potem. Myślę, zejść zejdę, ale gdyby się okazało, że nie dam rady wyjść, nikt mi nie pomoże. I wycofałem się.

Po roku - właśnie w 1961 - kolejne zejście do Śnieżnej. Wielkie przygotowania, głośna wyprawa, bo to taka wspaniała jaskinia. Dochodzę do tego samego miejsca, zjeżdżam na dół, już z asekuracją, idziemy sto-dwieście metrów i koniec. Liczyliśmy wtedy na więcej. Wielka wyprawa i taki niewypał, rozczarowanie.

Ale i tak zeszliście najgłębiej w Polsce. Widział pan kiedyś, jak ktoś utknął w przejściu, i koniec?

U nas to się nie zdarzyło, ale chyba we Francji trzeba było złamać komuś rękę, żeby go wyciągnąć. Albo obcinali rękę, albo palec. To jest groźne we wspinaniu się... (Onyszkiewicz pokazuje serdeczny palec).

Obrączka?

Jeden wspinacz urwał sobie palec, bo mu się zaklinowała obrączka. Obrączkę grotołaz zostawia w domu, i to wcale nie jest problem wierności małżeńskiej.

Najpiękniejsza jaskinia?

W Bułgarii, kiedy odkryliśmy jaskinię z mnóstwem nacieków. Bo tatrzańskie są bardzo surowe, dosyć młode i szata naciekowa w tych trudnych, "sportowych" jaskiniach jest bardzo uboga.

A ta w Bułgarii była podziemnym przepływem potoku. Szliśmy nią, a właściwie trochę płynęliśmy w kombinezonach wojsk chemicznych - gazoszczelnych i można było chodzić w nich w wodzie. Jak się człowiek wspinał zanurzony po pas, to miał poczucie niesłychanej mocy, mógł się podnieść na jednym palcu, bo woda wypierała. Tam widziałem wspaniałe stalaktyty i stalagmity.

A jaskinia ze śladami ludzkiej prehistorii czy dzikich zwierząt?

Pierwsza odkryta przez nasz klub warszawski w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Na samym dnie leżały kości niedźwiedzia jaskiniowego. Woda je tam zmyła. Ale niedźwiedź nie mógł tam się dostać, kości przypłynęły.

Takie jaskinie nie są interesujące z punktu widzenia eksploracyjnego czy sportowego, bo dość łatwo dostępne, przy otworze niemalże i na ogół płytkie. Najbardziej fascynujące dla grotołaza są jaskinie o dużym rozwinięciu pionowym.

A gaz w jaskiniach?

Nie ma takiego zagrożenia. Jaskinie w krasie, jaskinie klasyczne nie mają żadnych gazów. Chociaż raz zdarzyła się rzecz zdumiewająca...

Czyli jednak...

Na wyprawie wrocławskiej do Jaskini Zimnej zapalił się biwak. Spadła świeczka, zajął się śpiwór, od tego coś tam jeszcze, wszystko zaczęło dymić i z dymu zrobił się korek gazowy.

Tam na dole?

W jaskini. Oni nie mogli wyjść, bo bali się, że się zatrują. Zrobiła się panika, bo dym w jaskini to wielka historia.

Pan tam był?

Nie na wyprawie, tylko w grupie ratowniczej. Ściągnęli mnie z Warszawy, bo należałem do grupy jaskiniowej GOPR-u. GOPR się na jaskiniach wtedy w ogóle nie znał, dla nich to było coś przerażającego zupełnie.

Trudno się dziwić.

Zresztą dzięki tej współpracy z GOPR-em zamontowano mi telefon. A wtedy w Warszawie dostać telefon, to była rzecz nierealna. Czekało się po dziesięć-piętnaście lat.

Dzwoni telefon...

Nie. Kolega przyszedł o szóstej rano. "Janusz, w Zimnej jest pożar". "Pożar?! Zwariowałeś?"

Bo to jakby powiedzieć, że Wisła się pali. W jaskini jest mokro, permanentnie. Ale kolega powtarza, że pożar u wrocławiaków, korek gazowy i nie wiadomo, co z nimi się dzieje, a ponieważ jest odwilż, to woda z topniejącego śniegu może odciąć całą jaskinię. Trzeba się szykować też do akcji nurkowej, żeby do nich dojść.

Gasić i nurkować.

Tak, zrobiła się wielka afera. To był chyba 1963 rok. Dzwoniliśmy do marynarki wojennej po sprzęt do nurkowania. Dostarczyli go nam do Krakowa specjalnym samolotem wraz z grupą własnych nurków, żeby w razie czego nas podmienić.

Najpierw do akcji wkroczył GOPR, tylko że nie bardzo wiedział, co zrobić. Doszło do pospolitego ruszenia rozmaitych grotołazów, i nie tylko, którzy też chcieli się włączyć do akcji. Nikt nad tym nie panował. Tam się plątały przedziwne osoby, których nikt właściwie nie znał. A wrocławiacy, którzy zostali odcięci przez korek dymu, byli absolutnie nieświadomi, że jakaś akcja ratunkowa się toczy. Nie mieliśmy z nimi żadnej łączności.

To skąd było wiadomo, że u nich się pali?

Ktoś chciał do nich dojść i ten korek go zatrzymał, więc podniósł alarm. Wszystko zakończyło się kabaretowo. Wrocławiacy, licząc, że gazy już się trochę rozeszły, postanowili przedrzeć się przez korek. Porobili sobie maski z kawałków kombinezonów i gliny, żeby trochę absorbowała. I przeszli. Tylko że nikt ich nie rozpoznał. Nawet ich opieprzali: "Co wy się tutaj kręcicie". A oni byli oszołomieni tym gazem, więc szli, szli. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że oni wyszli.

Kiedy wchodziłem do jaskini, to w miejscu zalewanym przez wodę, które mogło w końcu odciąć całą resztę, stała grupa żołnierzy w mundurach, porucznik w rogatywce, widać, że absolutnie nie chcą w tę wodę wejść. Bo woda w jaskini jest zimna, ma cztery stopnie. Nie wiem, czy próbowaliście wchodzić do takiej wody... Naprawdę zimna. A na dworze chwycił mróz. Wychodząc z jaskini po całej akcji, musiałem znowu przejść przez wodę, kompletnie mokry, do spodu. Ostatni kawałek trzeba było się czołgać korytarzem pełnym kamieni. Mróz już był siarczysty, więc kamienie przymarzły mi do kombinezonu. Wychodziłem jak taki człowiek opancerzony.

Człowiek z kamieni.

Człowiek z kamieni. Musiałem je obrywać. Kombinezon na mnie zamarzł, zresztą to dobrze, bo było cieplej w środku.

Parokrotne miałem takie doświadczenia. W Miętusiej tak samo. Kombinezon zamarzał, ale robiło się cieplej. Tylko trzeba złamać kombinezon w kolanie, biodrze i stopie, żeby noga mogła się zginać, reszta była pancerna.

Zdarzało się, że akcja w porę nie przyszła, bo nikt nie wiedział, że ludzie są pod ziemią?

Na ogół zostawia się wiadomość, że się idzie do jaskini. Chociaż kiedyś po nocy schodziłem pół Tatr Zachodnich, zaglądając do jaskiń w ulewie i we mgle, cudem boskim znajdując te jaskinie. Bo ktoś wyszedł i nie powiedział gdzie. A okazało się, że miał romantyczną przygodę, wcale nie w jaskini.

I gdzie pan ich znalazł?

W chałupie góralskiej.

Ta nasza grupa ratownicza przy GOPR-ze została zawiązana podczas pierwszej dużej akcji, w czasie wyprawy grupy krakowskiej w Jaskini Zimnej. Dwóch nurków miało pokonać syfon. Zanurkowali, ale wrócił tylko jeden. I nie wiedział, co z drugim. Był w szoku, nie mógł ponownie nurkować, a wyprawa nie miała innego nurka. Przyjechaliśmy z Warszawy. To była wielka akcja z najrozmaitszymi zakrętami.

Co tam się stało?

Kiedy nurkowali w syfonie, zderzyli się chyba, jednemu spadła maska i wrócił, a drugi przepłynął. Nie mógł wrócić, bo, o ile pamiętam, w tym zderzeniu coś się stało z jego aparatem tlenowym. Nasi nurkowie wyciągnęli go po trzydziestu godzinach. Siedział i czekał, w jaskini jest zimno, na szczęście był w kombinezonie nurkowym, więc się nie wychłodził.

Trzydzieści godzin?!

Jak do niego dopłynęli, powiedział: "Co tak długo? Już kilka godzin tu siedzę". Czas mu się strasznie skrócił.

W jaskini traci się poczucie czasu, tam się nic nie zmienia, słońce nie zachodzi ani nie wschodzi. Jak nocujesz w jaskini, to tracisz rozeznanie, czy jest dzień, czy noc. I zegar biologiczny się przestawia. Bardzo często z normalnego cyklu szesnaście godzin aktywności i osiem godzin snu człowiek przechodzi na dwadzieścia cztery godziny aktywności, dwanaście godzin snu. Nawet były pomysły, żeby badać kosmonautów w jaskiniach, czy ich rytm biologiczny będzie się zgadzał. We Francji robili takie próby. Czy jeden kosmonauta będzie chciał spać, gdy drugi będzie w stanie aktywności.

Jak uratowaliście nurka?

Po prostu przeciągnęli go przez syfon, trochę przytapiając.

OBRAZ
Ten obraz, który za panem się kołysze?

Przewiew się zrobił...

Ale co to za obraz?

Alison. Namalowała portret Wisi.

Potem jak Wisia zginęła, Alison ciągle jakoś była wśród nas. Wróciła do Anglii, wykładała na uczelni artystycznej, ale wracała do Polski. I malowała. To właśnie namalowany przez nią portret Wisi. Olej na płótnie.

 
Druga żona namalowała pierwszą? Znały się?

No tak. Alison była artystką malarką. Przyjechała do Polski na staż w ASP. Poznałem ją w pociągu Tatry. Jechała się wspinać. Bo wspinała się już wcześniej w Anglii. W pociągu miała kłopot z biletem, z konduktorem, pomogłem jej językowo. Ja jechałem na wyprawę jaskiniową, mieliśmy bazę w Dolinie Małej Łąki, a ona chciała posiedzieć w Dolinie Kościeliskiej, więc powiedziałem, że może przyjdzie do nas, towarzysko. Przyszła i tak wsiąkła w nasze środowisko.

To był chyba rok 1965, może 1966. Przylgnęła do naszego klubu jaskiniowego.

Potem jak Wisia zginęła, Alison ciągle jakoś była wśród nas. Wróciła do Anglii, wykładała na uczelni artystycznej w Exeter, ale wracała do Polski. I malowała.

To właśnie namalowany przez nią portret Wisi. Olej na płótnie.

Namalowała go po śmierci Witosławy?

Już po śmierci.

W tle jest jaskinia?

Woda lejąca się w jaskini, ten wodospad.

KOMBINAT FORMATKA ŁUPIE KAMIENIE
Jak pan poznał Witosławę?

Na wyprawie do jaskini, oczywiście. Była geologiem w naszym speleoklubie. Mieliśmy sporo geologów i biologów, głównie hydrobiologów. Są pierwotniaki, które żyją wyłącznie w jaskiniach, nie u nas co prawda, ale na przykład w Słowenii. Nawet jaszczurki bez oczu, oczy są im niepotrzebne w świecie, gdzie cały czas jest ciemno. Choć głębiej w wodzie są jedynie mikroorganizmy zmyte z góry. Woda w jaskini jest niesłychanie czysta, bardzo smaczna.

Witosława trafiła do nas przez kolegów geologów. Jaskinie dawały im możliwość wglądu w głąb górotworu. Na przykład odkrycie Śnieżnej, jej wielkość przeczyła dotychczasowym przekonaniom o tym, jak się rozkładają fałdy geologiczne w Tatrach. Śnieżna właściwie nie miała prawa być taka głęboka. To naszych geologów bardzo interesowało, ale od zainteresowań czysto naukowych przeszli szybko do bardziej sportowego, eksploracyjnego podejścia do jaskiń.

Dużo było kobiet w speleoklubie?

Czterdzieści procent, myślę. A Witosława schodziła wtedy najgłębiej. Miała swego czasu europejski rekord wśród kobiet. Być może i światowy, bo najgłębsze jaskinie odkrywano wtedy w Europie. Te ogromne możliwości, jakie dają inne tereny krasowe, poza Europą nie były jeszcze w ogóle zbadane, bo w Europie zostawało jeszcze strasznie dużo do odkrycia.

Więc pierwszą żonę poznał pan w jaskini...

Od czego to się zaczęło? No jakoś przypadliśmy sobie do gustu. Była starsza ode mnie... I mężatka.

Tak?

Tyle że jej małżeństwo już się rozpadało. A rozpadało się w sposób bardzo przyjacielski, nie było trzaskania drzwiami. Jej mąż, Andrzej Szumański, choć nigdy intensywnie po jaskiniach nie chodził, też należał do naszej grupy. Tak że nawet kiedy się rozstali, to cała nasza trójka pozostała w dużej zażyłości i przyjaźni. Mieliśmy nawet wspólny samochód.

We trójkę?

Wisia i jej jeszcze mąż podłapali, jak by to się powiedziało dzisiaj, chałturę geologiczną: kompletowanie minerałów jako pomocy naukowej dla szkół. Tego zamawiano wielkie ilości, bo szkół w Polsce dużo. A kilkaset kamieni to pół tony. W plecak tego się nie zabierze. Potrzebny był samochód.

Jeździliście w góry i tłukliście kamienie?

Tłukliśmy. Ciężka praca. Cały dzień waliło się młotkiem, żeby rozwalać wielkie bloki na mniejsze, i odpowiednio je sformatować. Wtedy też w Warszawie kostkę bazaltową wymieniano na asfalt i hałdy bazaltu leżały na Ochocie. Umęczona kołami bardzo dobrze pękała. Nabrałem wprawy i łupałem ją, jak chciałem.

Niektóre kamienie były bardzo trudne do uzyskania, na przykład kryształy górskie. Spędzałem całe tygodnie w wytwórniach ozdób bursztynowych, żeby z odpadów powybierać co większe kawałki, bo w każdym szkolnym zestawie musiał być bursztyn. Był też minerał używany w hutnictwie jako topnik do wielkich pieców. Importowano go chyba z Indii. Nie mogliśmy go zdobyć. W końcu odkryliśmy drogę szutrową, którą wywrotki woziły minerał z rampy kolejowej. To im się usypywało, wbijało w szosę, a myśmy szosę rozgrzebywali.

Mieliście firmę?

Tak, nazwaliśmy ją Kombinat Formatka. Bo formatowaliśmy kamienie. Zestawy robiliśmy dla Państwowej Wytwórni Pomocy Szkolnych, na Pradze. Oni budowali gabloty, a my dostarczaliśmy minerały. Na owe czasy mieliśmy z tego znaczące pieniądze i kupiliśmy wartburga combi. I bardzo zgodnie we trójkę żeśmy ten samochód eksploatowali. A wspólny samochód to była podobno absolutna recepta, żeby najlepsza przyjaźń się rozpadła. Przy czym myśmy wartburga wykorzystywali także do podróżowania po Europie.

Ślub kiedy wzięliście?

W 1962 roku. Cywilny, bo Wisia była po ślubie kościelnym i rozwodzie cywilnym z Andrzejem.

We dwoje najpierw podróżowaliśmy z Wisią polskim skuterem Osa. Pamiętam dokładnie, miał numer podwozia 00005, a silnika 000058, prawie że prototypowy. Pierwszy polski skuter.

We dwoje najpierw podróżowaliśmy z Wisią polskim skuterem Osa. Pamiętam dokładnie, miał numer podwozia 00005, a silnika 000058, prawie że prototypowy. Pierwszy polski skuter.W Austrii, 1969 r.

W naszą pierwszą podróż zagraniczną wyjechaliśmy skuterem. Ale już w Austrii zostawiliśmy osę u farmera, tłumacząc, że skuter nam się zepsuł i dalej do Włoch pojedziemy autostopem.

 
Bo Audrey Hepburn w Rzymskich wakacjach jeździ na vespie.

Vespa była włoska, a osa polska. Wyglądała bardzo ładnie, ale jakość zupełnie koszmarna. Dzięki osie mogliśmy łatwiej organizować wyjazdy zagraniczne. Bo żeby wyjechać z Polski w tamtych czasach, potrzebne było nie tylko zaproszenie z zapisem, że zapraszający pokrywa wszystkie koszty, ale trzeba było mieć dewizy na bilet. A kiedy jechało się samochodem albo motocyklem, dostawało się zaświadczenie z Polskiego Związku Motorowego, że ma się dewizy na benzynę. I wtedy te marki czy franki potrzebne niby na benzynę można było wywieźć legalnie. Więc myśmy w naszą pierwszą podróż zagraniczną wyjechali skuterem. Ale już w Austrii zostawiliśmy osę u farmera, tłumacząc naszym bardzo ograniczonym niemieckim, że skuter nam się zepsuł i dalej do Włoch pojedziemy autostopem.

I tak za zaoszczędzone dewizy na benzynę spędziliśmy we Włoszech przeszło miesiąc. Kiedy w drodze powrotnej odbieraliśmy osę od farmera, przypomniał nam, że jest zepsuta. No ale myśmy ją spokojnie zapalili i odjechali ku jego wielkiemu zdziwieniu.

Na samym początku podróży na wszelki wypadek załadowaliśmy jednak skuter na pociąg i dojechaliśmy do Cieszyna.

Innym razem, też w Austrii, osa stanęła nam na autostradzie. Próbowaliśmy naprawiać, nie szło nam dobrze. Parokrotnie przejeżdżał mały żółty samochodzik austriackiego związku motorowego patrolujący autostradę. Kierowca proponował pomoc, ale odmawialiśmy, bo nie mieliśmy pieniędzy. Ale zatrzymał się i po zbadaniu osy orzekł, że trzeba wymienić pewną część. Był zdziwiony, że mamy tę część przy sobie. Okazało się jednak, że choć fabrycznie nowa, nie pasowała. Pojechał do warsztatu, coś tam spiłowali i udało się ją włożyć do skutera. Był tak zdumiony, że fabrycznie nowe części mogą nie pasować, że nie wziął za pomoc żadnej zapłaty!

Dzisiaj się wydaje, że w tamtych czasach w Polsce o paszport było strasznie trudno.

We wczesnych latach 60. nie podpadłem jeszcze politycznie i paszport dostawałem. Myśmy nawet zdołali pojechać do Hiszpanii, co było wówczas niezwykłe. Tam czasy frankistowskie, a my pod rządami komunistów. Polaków do Hiszpanii nie wpuszczano. Ale znajomy ze speleoklubu miał znajomego z Kanady, który prowadził biznes w Hiszpanii. I miał załatwić nam wizę. Papiery wysłaliśmy okrężną drogą, bo w Polsce nie było ambasady hiszpańskiej, PRL nie utrzymywał żadnych kontaktów. Pomógł nam jednak ostatecznie przypadek, a nie mityczny znajomy kolegi. Kompletowaliśmy sprzęt campingowy, kolega miał dobrą maszynkę do gotowania, tyle że pożyczył znajomej i musieliśmy ją odebrać. Pojechaliśmy, zaczęła się rozmowa, a gdzie jedziecie... "A to ja wam załatwię wizę". Okazało się, że frankistowska Hiszpania negocjowała właśnie z władzami radzieckimi zwrot hiszpańskiego złota, które wywieziono do Związku Radzieckiego, gdy zaczął się pucz Franco. Złoto utknęło w ZSRR. Hiszpanie wysłali do Moskwy wiceministra spraw zagranicznych, nazywał się chyba Arzua Zulaika. Wracając, zatrzymał się w Polsce. Nasze władze dały mu tłumaczkę. I to była ta dziewczyna. Nie wiem, co tam między nimi zaszło, w każdym razie obiecał, że "jak któryś z twoich przyjaciół zechce przyjechać do Hiszpanii, to załatwię mu wizę". Wiza miała czekać w konsulacie w Perpignan we Francji. Jedziemy. A tam: "Co? Z Polski? Nie ma mowy. Nie rozmawiamy z wami". Pokręciliśmy się po okolicy. I wiza się w końcu, ku zdumieniu konsula, znalazła. Opowiadam tak szczegółowo, bo to pokazuje, jak wtedy trzeba było stawać na głowie, żeby gdzieś wyjechać.

Pewnie kupienie osy też nie było łatwe.

Myśmy ją kupili, to znaczy Wisia, z drugiej ręki. Moja mama pracowała w Motozbycie. Jej szef kupił osę, wykorzystując swoje dojścia. Ale skuter szybko mu się znudził, chciał się przesiąść na samochód.

A wartburga jak się udało załatwić?

Być może mama też to załatwiła, już nie pamiętam. Ale na wartburga combi nie było specjalnie popytu, to nie był samochód elegancki, raczej dostawczy trochę. Nam zależało na jego pojemności.

Miał pan nam o Wisi opowiedzieć...

Wisia pochodziła z rodziny Borettich. Jej praprapradziadkiem był Giuseppe Boretti, włoski budowniczy ściągnięty do Polski przez Stanisława Augusta pod koniec XVIII wieku. Kiedy zaczęła się chylić ku upadkowi kolumna Zygmunta, on ją podprostował. Po II wojnie, gdy kolumnę odbudowywano z ruin, znaleziono w fundamentach cegiełki z nazwiskiem Boretti.

Giuseppe został Józefem i cała rodzina się spolonizowała. Dziadek Wisi był jednym z pionierów fotografii, specjalizował się w fotografii krajobrazowej, fotografował architekturę Warszawy. A ojciec Wisi miał mały mająteczek pod Włodawą, ożenił się z dosyć zamożną, trzeba powiedzieć, panną, która wniosła w wianie spore włości na Wileńszczyźnie. Dzisiaj by się powiedziało na Białorusi. I oni tam w ogóle rezydowali.

Gdzie na Białorusi?

Gdzieś w Grodzieńszczyźnie, spory majątek. Ojciec Wisi brał udział w wojnie z bolszewikami, w 1920 roku. Był w ułanach Beliny-Prażmowskiego i dostał Virtuti Militari. Po 17 września 1939, jak wkroczyli Sowieci do Polski, zapanował okres zamętu, ojca Wisi zamordowali miejscowi chłopi białoruscy.

Jako polskiego pana?

Tak, jako polskiego pana. Wisia nie widziała tego na szczęście, mówiła tylko, że ci chłopi musieli ich nachodzić wcześniej, bo pamiętała, jak przerażona chciała im oddać swój dziecięcy rowerek, byle tylko sobie poszli.

Wisia, rocznik 1933, urodziła się w Kulczynie koło Włodawy. Do Warszawy przyjechała na studia, wyszła za Andrzeja, kolegę z rocznika, po czym oboje pojawili się w speleoklubie.

Podobno pan był nieśmiały?

Tak, to nasze poznanie się to raczej jej inicjatywa.

Zamieszkaliśmy u Wisi, w małym mieszkanku przy placu Jedności Robotniczej, dzisiaj placu Politechniki. W sumie ze trzydzieści metrów, dwa pokoje z ciemną kuchnią na dziesiątym piętrze, ale punkt dobry, bo w środku Warszawy, więc zawsze ktoś u nas nocował, czasami nawet dużo ludzi. Jak kiedyś kolega Andrzej Sroczyński, czyli Sroka, złamał nogę w czasie naszych rozmaitych gier i zabaw ekstremalnych na triangulach...

Na czym?

Dawno, dawno temu do robienia map budowano wieże triangulacyjne, w skrócie triangule. Miały z piętnaście metrów, stały zwykle na górkach. Musiały być na tyle wysokie, żeby z jednej było widać kolejną. Kiedy do tworzenia map zaczęto wykorzystywać zdjęcia lotnicze, trianguli nikt już nie pilnował, były w różnym stanie. Myśmy ćwiczyli na nich zjazdy na linie, wchodzenie po drabinkach i tak dalej. Ze szczytu wieży przeciągnęliśmy linę do drzewa i ćwiczyliśmy zjeżdżanie. Ktoś uznał, że zjeżdża się za wolno, mocniej napiął linę i następny, a wypadło na Srokę, wyrżnął w drzewo i złamał nogę, więc kurował się u nas na balkonie.

 

[...]

Redakcja: Ewa Wieczorek

Korekta: Katarzyna Juszyńska

Konsultacja merytoryczna: Piotr Osęka (historia), Jerzy Porębski (góry)

Projekt okładki: Krzysztof Iwański

Zdjęcie na okładce: Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl

Pozostałe zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Sławomir Kamiński/Agencja Wyborcza.pl (s. 10, 332, 367), Archiwum Janusza Onyszkiewicza (s. 20, 30, 35, 38, 39, 43, 50, 53, 61, 67, 74, 81, 85, 93, 97, 102, 109, 111, 121, 126, 132, 156, 179, 184, 215, 219, 223, 231, 278, 287, 307, 337, 353, 355, 371, 385, 391), Waldek Sosnowski/Forum (s. 55), Wojciech Wierzejski/Fotonova (s. 139), Witold Jarosław Szulecki/East News (s. 146, 316, 343), NN, zbiory Ośrodka KARTA/Independent Polish Agency (IPA) przekazał Józef Lebenbaum (s. 151), Zbigniew Furman/Reporter (s. 163), Jan Krzysztof Kelus/Fotonova (s. 169, 170-171), Wojtek Łaski/East News (s. 177), Witold Rozbicki/Reporter (s. 195), Janusz Fila/Forum (s. 208), Erazm Ciołek/Forum (s. 211, 240), Wojciech Kryński/Forum (s. 213, 358), Charles Bennett/AP/East News (s. 236), Maciej Macierzyński/Reporter (s. 246), Jerzy Kośnik/Forum (s. 256), Ireneusz Sobieszczuk/PAP (s. 267), Maciej Belina-Brzozowski/PAP (s. 275), Tomasz Wierzejski/Agencja Wyborcza.pl (s. 297, 316), Mieczysław Michalak/Agencja Wyborcza.pl (s. 313), Andrzej Iwańczuk/Reporter (s. 324), Maciej Jarzębiński/Forum (s. 341), Kuba Atys/Agencja Wyborcza.pl (s. 357), Marek Podmokły/Agencja Wyborcza.pl (s. 389)

Fotoedycja: Marcin Kapica

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? by Włodzimierz Nowak & Violetta Szostak, 2022

Copyright ? by Agora SA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-3773-9

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej