Oni - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Puszka z herbatą była pusta.

Znowu.

Zdarzało się to mniej więcej co dwa tygodnie - chciał przepłukać gardło ciepłym i gorzkim earl greyem, więc podnosił pokrywkę, wkładał dłoń do środka i zamiast trafić na torebkę z suszem, dotykał metalowego dna, a herbaciany pył zostawał mu na palcach. Wycierał je o spodnie, z irytującą świadomością, że oblepiają go drobinki, z których nie jest w stanie zaparzyć sobie tego, na co ma ochotę. I zawsze w takich sytuacjach ogarniało go przerażenie.

- Herbata! - zawołał.

- W puszce. - Głos ojca dochodził z pokoju. Był spokojny, zbyt spokojny.

- Nie ma!

- To w szafce z zapasami. Tam gdzie zawsze.

Zawsze powinna być w puszce - pomyślał Kosma.

Wiedział, że nie może wypowiedzieć tego na głos, bo zostałoby to odczytane jako złośliwość. Nie rozumiał, dlaczego nie miałby odwdzięczyć się złośliwością za złośliwość, bo czym innym było zużycie ostatniej torebki herbaty i nieuzupełnienie puszki? Świat wokół niego rządził się jednak swoimi zasadami, które miały niewiele wspólnego z zasadami Kosmy, ale on zdążył się już do tego przyzwyczaić.

Omiótł spojrzeniem kuchnię. Widział dwie szafki, lodówkę i kuchenkę gazową, ale nie herbatę. Wziął głęboki oddech i skoncentrował się. Musiał zobaczyć więcej. I zobaczył.

Zdecydowanie zbyt dużo szafek.

Mógłby się założyć, że przed chwilą ich tu nie było. Ani wczoraj, ani tydzień temu. Pamiętał jednak o tym, że dla niego szczegół był ważniejszy niż ogół, a przedmioty, z których nie korzystał, stanowiły jedynie tło dla pozostałych. Zupełnie nie rozumiał, czemu tylko dla niego, ale tak było i już.

To pewnie dlatego teraz czuł się tak, jakby ktoś postawił go na środku skrzyżowania Shibuya w Tokio i wśród dwóch tysięcy osób przemierzających przejścia dla pieszych podczas jednej zmiany świateł kazał mu znaleźć tę jedną, która trzyma w ręku opakowanie herbaty.

- Nie ma, a ja muszę się napić!

- Czekaj, nie denerwuj się. Zaraz... - Ojciec wstał z kanapy i żwawym krokiem pomaszerował do kuchni. Otworzył szafkę znajdującą się obok zlewu, wyjął zafoliowane pudełko herbaty i położył je na blacie.

- Mówiłem, że jest? - Przewrócił oczami, a Kosma poczuł ulgę, która spłynęła na niego wraz ze spokojem.

Jest. To dobrze. Jestem uratowany.

- Zrobić ci też, tato?

Ojciec nie zdążył odpowiedzieć, bo ktoś zapukał do drzwi. Mocno i zdecydowanie.

- Kogo o tej godzinie licho niesie? - rzucił, wychodząc do przedpokoju.

Kosma wiedział, że Słowianie zwykle przedstawiali licho jako wychudzoną kobietę z jednym okiem. To dlatego zamiast zająć się parzeniem herbaty, wychylił głowę z kuchni. Chciał zobaczyć licho i dowiedzieć się, po co przyszło właśnie do nich na Milczańską piętnaście osiemnastego maja o godzinie osiemnastej dwadzieścia.

Drzwi były otwarte. Na korytarzu oprócz ojca stało dwóch mężczyzn. Mieli na sobie granatowe koszule z napisem POLICJA. Nie towarzyszyła im żadna kobieta.

Znowu dałem się nabrać - pomyślał. Nadal nie ogarniał wszystkich związków frazeologicznych, zresztą zawsze miał z nimi trudną relację. Rozumiał znaczenie poszczególnych wyrazów, ale za nic nie mógł wychwycić ukrytego pod nimi sensu. Odkrył to jeszcze w szkole, gdy pewnego dnia maszerował przez stołówkę z tacą, na której stały talerze z zupą, drugim daniem i szklanka z kompotem. Zanim zdążył ją odstawić na stół, jego dobry kolega powiedział, że Kosma nie powinien przejmować się dwóją z geografii, a potem dodał: "Rzuć to i pojedź w Bieszczady. Od razu poczujesz się lepiej". Rzucił. Dosłownie. Taca trafiła na podłogę, kompot i zupa na ścianę, a kotlet mielony poturlał się wprost pod nogi dyrektora.

Jego zachowanie zostało uznane za arogancki wybryk. Nie protestował. Wolał ponieść karę za bycie złym, niż tłumaczyć, że błędnie zinterpretował uwagę kolegi. Że jest inny, wybrakowany. W góry, rzecz jasna, nie wyjechał, został za to zawieszony w prawach ucznia, ale przynajmniej zachował w tajemnicy swój sekret. Nie chciał uchodzić za głupiego, dlatego czas zawieszenia wykorzystał na wkuwanie na pamięć związków frazeologicznych.

Nie spuszczał oczu z ojca. Nie widział jego twarzy, jedynie plecy i nogi.

- Pan Krzysztof Kaleciński? - Usłyszał ostry męski głos.

- Tak.

- Pójdzie pan z nami.

- Dlaczego? - zdziwił się ojciec, a jego ramiona drgnęły i cały zesztywniał. - O co chodzi?

- Dowie się pan na miejscu.

- Teraz nie mam czasu. - Ojciec położył dłoń na drzwiach, jakby chciał je zaraz zamknąć. - Wpadnę jutro. Który to komisariat?

- Najbliższy, ale to nie ma znaczenia. Idziemy. Teraz. - Policjant złapał go za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. - Jest pan zatrzymany do dyspozycji prokuratury.

- Co pan?! Zabieraj pan łapy!

- Pójdzie pan z nami z własnej woli czy mam założyć panu kajdanki?

Ojciec obrócił jeszcze głowę w stronę kuchni i spojrzał na syna.

- Zamknij za mną drzwi - powiedział tak cicho, że Kosma ledwo go usłyszał.

Na klatce schodowej rozległy się kroki i cichły stopniowo, aż wreszcie w mieszkaniu zapadła cisza. Dopiero wtedy Kosma ruszył do przedpokoju i zrobił to, o co poprosił go ojciec. Przekręcił klucz w zamku. Nie rozumiał, co się dzieje. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy i nie był pewien, jak ma się zachować. Pobiegł do swojego pokoju po swój podręcznik, otworzył go na spisie treści i sprawdził tytuły rozdziałów, ale nie znalazł nic odpowiedniego. Wiedział tylko jedno: został sam.

*

Bez przekonania przekroczył próg komisariatu. Chociaż właściwie miał przekonanie: nie powinno go tu być. A jednak wszedł i stanął na środku korytarza. Myślał tylko o tym, że wygląda jak kosmita, który wylądował na Ziemi i nie ma pojęcia o obowiązujących na niej zasadach. Nie wiedział, jak się zachować, a to stresowało go tak bardzo, że nie mógł się ruszyć.

Kiedy poprzedniego wieczora został w mieszkaniu sam, zrobił sobie herbatę. Nie potrafił jednak jej przełknąć. Położył się spać z nadzieją, że ojciec za chwilę wróci, ale on nie wracał. Kosma całą noc rzucał się w łóżku, wstał o ósmej rano, wziął kąpiel, ubrał się i wyszedł z domu. Zamierzał dowiedzieć się, o co chodzi. Potrzebował informacji i właśnie w tym celu przyszedł do najbliższego komisariatu.

Nie mogę panikować. Nie mogę panikować - powtarzał w duchu, ale ciało nie chciało go słuchać. Mięśnie sztywniały, oddech przyspieszał, a serce najwyraźniej zamierzało wydostać się z klatki piersiowej, bo biło jak oszalałe. Wiedział, co się teraz dzieje w jego ciele: kora nadnerczy produkowała adrenalinę, która trafiając do krwi, wyzwalała w nim coraz większy strach - a jednak nic nie mógł z tym zrobić.

Musiał usiąść. Zmobilizował się. Przesunął spojrzeniem po pomieszczeniu. Pod ścianą znajdowała się ławka, a na niej wolne miejsce. Zajął je, unikając patrzenia na siedzących tam ludzi. Wydali mu się nieistotni. Żaden z nich nie miał na sobie policyjnego munduru.

Starał się oddychać wolno i dokładnie. Skoro czasami udawało mu się oszukać innych, równie dobrze mógł oszukać też siebie.

Wszystko jest w porządku.

Przyjrzał się drzwiom, na które patrzyli inni oczekujący, i pomyślał, że może wszystko tu odbywa się podobnie jak w przychodni - ludzie siadają w kolejce, a gdy przychodzi ich czas, zostają wezwani do gabinetu, to znaczy do pokoju, w którym można porozmawiać z policjantem.

Mijały minuty, ale nic takiego się nie działo.

Pięć. Dziesięć. Piętnaście.

W poczekalni pojawiła się nowa osoba. Dziewczyna z dwukolorowymi włosami. Zerknął na nią i od razu zrobiło mu się trochę lepiej - nie był już jedynym człowiekiem, który tu nie pasował. Miała rzęsy zbyt długie, żeby mogły być prawdziwe, oraz małe czarne serduszka wymalowane na kościach policzkowych. Podeszła do okienka, które on przeoczył. Porozmawiała z kimś, a potem skierowała się w stronę ławki.

Kosma zauważył, że nad okienkiem widnieje napis OFICER DYŻURNY. Wstał i podszedł tam.

- Dzień dobry.

- W czym pomóc? - zapytał policjant.

- Yyyy... - Kosma chciał na niego spojrzeć, ale brakowało mu odwagi. - Szukam ojca.

- Chce pan zgłosić jego zaginięcie?

- Nie. Chcę wiedzieć, kiedy wróci.

- Nie rozumiem.

- Zabraliście go wczoraj z domu i...

- Nazwisko zatrzymanego?

- Kaleciński. Krzysztof Kaleciński - powtórzył Kosma wolno i wyraźnie. Wiedział, że dzięki temu zostanie lepiej zrozumiany i jednocześnie skróci czas konwersacji do minimum. Nie lubił rozmawiać, zwłaszcza z obcymi, ale przecież tylko w taki sposób mógł dowiedzieć się czegoś o ojcu. Wsłuchiwał się w odgłosy uderzania palcami w klawiaturę. Na korytarzu nagle zrobiło się głośniej. Szum, ściszone głosy, kroki odbijające się echem od ścian i jeszcze ta mieszanka dziwnych zapachów - to wszystko sprawiało, że nie mógł opanować drżenia ciała.

- Cześć. - Usłyszał za plecami, odwrócił się i ujrzał kolejnego mężczyznę w mundurze. Nie zdążył spojrzeć na jego twarz, bo odezwał się oficer dyżurny:

- Wojtek, pan do ciebie.

Kosma potrzebował krótkiej chwili, by zorientować się, że to o nim mowa. Policjant nazwany przez tamtego Wojtkiem, szedł już w stronę drzwi, nie zważając na to, co się wokół niego dzieje. Kosma ruszył za nim.

- Dzień dobry. Kiedy wypuścicie mojego ojca?

Mężczyzna zatrzymał się i zmierzył go spojrzeniem od góry do dołu, a potem od dołu do góry.

- Nie mam teraz czasu.

- Proszę tylko o krótką informację. Mój ojciec Krzysztof Kaleciński został zabrany z mieszkania wczoraj wieczorem. Nie wrócił do domu. Niepokoję się - wyrecytował Kosma.

Przygotował sobie tę kwestię po drodze. Właściwie nie tylko tę. W podręczniku dla osób autystycznych znalazł wskazówkę, by przygotować sobie jak najwięcej odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie przyjdą mu do głowy, oraz ostrzeżenie, by nie przesadzić z próbami, bo odpowiedzi mogą wypaść zbyt sztucznie.

- Nie mogę udzielać informacji. Pan idzie do domu. I czeka.

- Na co?

- Przyjdziemy po pana.

- Po mnie?! - O mało co nie zakrztusił się śliną.

- Musi pan złożyć zeznania, ale nie teraz. Śpieszę się. Żegnam.

Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł. Kosmę sparaliżowało. Stał jak kołek, odprowadzając tamtego spojrzeniem.

Jakie zeznania? O co w tym wszystkim chodzi?

- Przepraszam!

Kobiecy głos sprawił, że policjant, który dotarł już do drzwi i trzymał dłoń na klamce, zatrzymał się i spojrzał w stronę dziewczyny z dwukolorowymi włosami. Przed chwilą jeszcze siedziała na ławce, a teraz zbliżała się do niego i coś mówiła. Kosma nie słyszał co, bo szła tyłem do niego. Patrzył na jej długie włosy, z prawej strony fioletowe, z lewej zielone, krótką bluzę z kapturem i rozkloszowaną spódniczkę.

- Proszę mi wierzyć, chciałbym pani pomóc. - Policjant uśmiechał się i kiwał głową. - Naprawdę. Ale w tej chwili... no nie mogę. Mogę jedynie doradzić, żeby wróciła pani do domu. Nerwy w niczym tu nie pomogą. W swoim czasie wezwiemy panią na przesłuchanie.

Dziewczyna nie odpuszczała. Mówiła coś dalej, a on nie uciekał tak jak przed chwilą przed Kosmą. Stał i wpatrywał się w nią, gdy ta gestykulowała z zaangażowaniem.

- Oczywiście. Rozumiem. Współczuję. Nie wiem kiedy. Dam pani swój numer. Proszę się dowiadywać. - Sięgnął do kieszeni i przekazał dziewczynie wizytówkę.

Gdybym był kobietą, też poszłoby mi inaczej?

Kosma przesunął wzrokiem po ludziach czekających w korytarzu. Nikt na niego nie patrzył. Możliwe, że nawet go nie zauważali. Ją widzieli, tego był pewien, chociaż może miało to raczej związek z jej wyglądem, a nie płcią.

Zrezygnowany wyszedł z komisariatu i kiedy tylko poczuł powiew świeżego powietrza, napięcie powoli zaczęło z niego schodzić. Opuścił nieprzyjazne środowisko. Co prawda niewiele się dowiedział i nikt nie zakomunikował mu wprost, że ojciec przebywa w policyjnym areszcie, ale Kosma przyjął takie założenie po tym, jak usłyszał, że będzie przesłuchiwany.

Najważniejsze, że mógł już wrócić do domu, do miejsca, w którym nikt nie będzie się na niego gapił ani oczekiwał, że w każdej sytuacji zachowa się tak, jak tego chcą. Gdyby chociaż umieli powiedzieć to wprost, wyjaśnić, czego właściwie od niego oczekują, ale nie, oni nigdy tego nie mówili.

Dopiero na schodach zwrócił uwagę na kamery. Stały na statywach. Doliczył się pięciu. Pomiędzy nimi kręcili się ludzie z mikrofonami. Kiedy go zauważyli, ruszyli w jego stronę.

Obejrzał się, myśląc, że stanął za nim ktoś ważny, kogo chcą nagrywać, ale nikogo nie zobaczył. Był tam sam. Kiedy znów spojrzał przed siebie, oślepiły go światła i zewsząd rozległy się głosy:

- Niech pan tu spojrzy!

- Halo, tu do mnie, w obiektyw!

- Na mnie proszę! Tutaj!

Dziennikarze napierali, podsuwając mu pod usta mikrofony. Kosma cofnął się. Czuł, jak zalewa go złość. Dlaczego nie zareagował wcześniej i po prostu ich nie ominął? Co miał teraz zrobić? Te wszystkie nieprzyjazne dźwięki i światła nie pozwalały mu się skupić.

- Jak to jest mieć ojca mordercę?

- Czy wiedział pan, że pana ojciec zabił człowieka?

- Czy coś mówił?

- Czy miał skłonności do przemocy?

Widział, że wszyscy się w niego wpatrują. Oczekiwali odpowiedzi. Nie mógł ich udzielić, bo nie rozumiał pytań.

- To pomyłka - wydusił z siebie wreszcie.

- Pana ojciec, Krzysztof K., został wczoraj zatrzymany pod zarzutem zabójstwa. Co czuje dziecko, które nagle dowiaduje się, że jego rodzic jest poszukiwanym mordercą?

*

Zamknął za sobą drzwi. Przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę, upewniając się, że jest bezpieczny, że żaden z napastliwych dziennikarzy nie pojawi się w jego mieszkaniu.

Uciekł.

Czasem ucieczka jest najlepszą opcją.

Zrobił sobie kanapkę i zasiadł z nią przed telewizorem. Skończył się właśnie serial o laboratorium kryminalistycznym. Rzadko go oglądał. Zwykle o tej porze siedział przed komputerem i projektował strony internetowe. Dzisiaj nie mógł się jednak skupić na pracy. Jego myśli wciąż chaotycznie krążyły wokół zdarzenia w komisariacie, a on musiał je jakoś uspokoić.

Kiedy po reklamach rozpoczął się program informacyjny, Kosma dał głośniej. Tematem numer jeden była afera polityczna. Ktoś kupił coś, czego nie miał prawa kupić, tylko dlatego, że miał prywatne kontakty z politykiem z partii rządzącej. Przysłuchiwał się opowieści. Fascynowało go, jak to jest możliwe, że dorośli ludzie czują się aż tak bezkarni.

Tematem numer dwa okazało się zatrzymanie w Poznaniu trzech mężczyzn podejrzanych o bestialskie zabójstwo. Na ekranie pojawiła się reporterka, a za jej plecami majaczył budynek z napisem POLICJA.

Kosma nie słuchał kobiety, tylko przyglądał się budynkowi. Widział go już dzisiaj. Na żywo. Pokonywał tamte schody.

- Kurwa mać - jęknął, gdy na ekranie pojawiła się ogromna twarz.

Krótkie blond włosy. Zadbany zarost. Niebieskie oczy. Wielkie uszy.

Nigdy nie lubił swoich uszu. Zawsze uważał, że odstają bardziej niż u innych.

- Próbowaliśmy porozmawiać z synem jednego z zatrzymanych. - Zza kadru dochodził głos reporterki, ale na ekranie cały czas znajdowała się twarz Kosmy. - Mężczyzna nie potrafił wydusić z siebie żadnego słowa, najprawdopodobniej był w szoku, że jego ukochanemu ojcu postawiono zarzut zabójstwa.

Nie mógł na siebie patrzeć. Zakłopotanie, które zaprezentował przed kamerami, okazało się zbyt żenujące. Otwierał i zamykał usta jak ryba wyciągnięta z wody.

Sięgnął po pilota.

- Bardziej rozmowna była córka drugiego z zabójców.

Zamarł.

Na kilka sekund na ekranie pojawiła się twarz dziewczyny.

- Czy wiedziała pani, że ojciec wraz z kolegami zamordował człowieka?

- Spierdalaj! Mój ojciec jest niewinny.

W informacjach zmieniono temat, a on ciągle widział te brązowe, kocie oczy z długimi rzęsami, zielono-fioletowe włosy oraz małe czarne serduszka na obu kościach policzkowych. To była ona. Dziewczyna z komisariatu.

*

- Szefie, Maćkowiak znowu szaleje.

Posterunkowy Waleriańczyk pojawił się w gabinecie bez pukania. Kiedy Przemysław Burzyński zobaczył go pierwszy raz, pomyślał, że wygląda jak czterdziestoletni prawiczek. Choć od tamtej pory minął już ponad miesiąc, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Burzyński wielokrotnie zastanawiał się, z czego to może wynikać - z ciągle zaczerwienionych policzków, anielskich loczków czy wiecznie przepraszającego spojrzenia. Zupełnie jakby jego podwładny był wieloletnią ofiarą przemocy, a nie policjantem z doświadczeniem.

- To oficjalne info? - westchnął.

- Pół... raczej. Zaszła do mnie Jadźka, jego sąsiadka, tak po koleżeńsku.

- Czyli nie przyjmowałeś zgłoszenia?

- No nie.

- No to wiesz, co robić. Albo raczej czego nie robić.

Waleriańczyk pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Właśnie kończę służbę, podjadę do niego prywatnie. A szef jeszcze siedzi?

Burzyński spojrzał na wiszący nad drzwiami zegar. W innych komisariatach zazwyczaj znajdowały się tam krzyże, ale nie w gabinecie komendanta w Witkowie. Pamiętał swoje zdziwienie, gdy wszedł tu po raz pierwszy. Zupełnie, jakby bogiem jego poprzednika był czas.

- Nie, wychodzę, ale powoli.

- Może szef podjedzie ze mną? - zaproponował nieśmiało posterunkowy.

- Waleriańczyk, nie zbawisz świata!

- Żal mi jego żony. To dobra kobieta. Chodziłem z nią do podstawówki.

- To namów ją na założenie niebieskiej karty albo chociaż na oficjalne zgłoszenie.

- Spróbuję. Kolejny raz... - Posterunkowy się skrzywił, demonstrując, że czuje się jak zbity pies, i opuścił gabinet.

Burzyński lubił to miejsce, tych ludzi i ich energię. Tu wszyscy się znali, chodzili do jednej szkoły, razem pracowali albo mieszkali obok siebie. Na kilometr wyczuwało się obcych, żyło się wolniej, a w sklepie spożywczym zawsze był czas na to, by wymienić się uprzejmościami z ekspedientką.

Ponad miesiąc temu zostawił Poznań, wydział kryminalny, żonę i córki i przyjął nominację na stanowisko komendanta policji w Witkowie. Nie dla tytułu, podwyżki czy prestiżu. Dla spokoju. Zamienił obcowanie z bezwzględnymi grupami przestępczymi, świeżymi trupami i rodzinami zaginionych na poszukiwanie skradzionego roweru, pouczanie miejscowych alkoholików lub zatrzymywanie złodziei mrożonych wątróbek, bo takimi właśnie sprawami się tu zajmował. Zastąpił żonę, wpędzającą go w poczucie winy, że praca jest dla niego ważniejsza, pustym mieszkaniem. To mu pasowało.

Odetchnął głęboko i spojrzał na zegar. Wskazywał szesnastą dwadzieścia. Gdyby mieszkał w Poznaniu i nadal służył w wydziale kryminalnym, pakowałby się teraz w pośpiechu, żeby wrócić do domu o obiecanej godzinie. W Witkowie się nie spieszył. Nikt na niego nie czekał, nikt go z niczego nie rozliczał.

- Szefie, to ja idę. Do jutra. - Gdzieś z oddali dotarł do niego głos Waleriańczyka.

- Do jutra! - odkrzyknął, patrząc na drzwi swojego gabinetu.

Tyle razy powtarzał podwładnym, że wychodząc, mają je zamykać. Jak widać, nadal przekraczało to ich możliwości.

Wstał, ale nie zdążył nawet odejść zza biurka, gdy na korytarzu pojawiła się zaczerwieniona twarz i blond loki.

- Coś jeszcze, Waleriańczyk?

- Słyszał szef, że zbliża się do nas gównoburza?

- Co?

- Nooo, w telewizji trąbią o zabójcach z Witkowa. Jak zwykle manipulują faktami, bo z nazwisk, które podają, tylko dwa są z naszego miasta, ale szef wie, jacy są ludzie. Zaraz będziemy mieć najazd dziennikarzy i tych wszystkich świrów, co chcą zobaczyć miasto, w którym rodzą się zabójcy. Lecę!

- Drzwi! - warknął Burzyński.

Odczekał, aż posterunkowy je zamknie, a potem rozsiadł się wygodnie przy biurku. Omiótł je wzrokiem. Panował na nim bałagan, więc zaczął układać zgromadzone tam teczki, tak by stanowiły idealnie równą kolumnę. Długopis wrzucił do metalowego pojemnika z przyborami do pisania, a akta dotyczące zdewastowania mienia schował do szuflady. Jedynej zamykanej na klucz.

Nie zamknął jej jednak.

Wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, a kiedy w komisariacie całkiem już umilkły odgłosy świadczące o tym, że Waleriańczyk nadal się po nim kręci, sięgnął do jej wnętrza. Pod wszystkimi papierami leżała niebieska teczka. Wyjął ją i otworzył.

W środku znajdowały się dwie foliowe koszulki. W jednej była zabezpieczona koperta zaadresowana do świeżo mianowanego komendanta policji w Witkowie, a w drugiej - list. Kiedy go dostał, dwa tygodnie po objęciu funkcji, uznał to za kiepski żart kogoś z miejscowych i schował do szuflady. Tym bardziej że żartowniś niespecjalnie się wysilił i podpisał się nazwiskiem nieżyjącego już od pół roku faceta. Nawet w najczarniejszych snach nie spodziewał się, że sam do tego listu wróci.

A teraz siedział z kartką w dłoni i zbierał się, żeby spojrzeć na litery układające się w słowa. Miał ogromną nadzieję, że nazwiska zabójców z Witkowa, o których mówiła cała Polska, nie były tymi, które ktoś nabazgrał w tym donosie.

Zacisnął wargi i przebiegł oczami tekst. Niestety. To nie był jego szczęśliwy dzień. Nazwiska się zgadzały.

*

Przez te trzy dni, które Kosma spędził, czekając na wezwanie, nie ruszał się z domu. Bał się, że przegapi wizytę policjantów i ominie go przesłuchanie. Kiedy w końcu wszedł do ascetycznego pokoju w komisariacie, pocieszał się w myślach, że zaraz będzie po wszystkim, chociaż nieprzyjemny odgłos zamykanych drzwi oraz agresywne spojrzenie policjanta obiecywały raczej coś przeciwnego.

- Siadaj. - Policjant wskazał mu krzesło, ale on wolał stać, w ekspresowym tempie odpowiedzieć na pytania i wrócić do domu. Razem z ojcem.

Kwadratowy stół i dwa krzesła były tu jedynymi sprzętami. Na ścianie znajdowało się duże lustro. Kojarzył je z seriali kryminalnych. Wiedział, że za nim ktoś stoi i czeka na jego słowa, od których zależy, jak szybko wypuszczą jego ojca.

- Siadaj!

Mężczyzna lekko popchnął go w stronę krzesła. Kosma podszedł do stołu i zajął miejsce.

- Nazywasz się Kosma Kaleciński, a twoim ojcem jest Krzysztof Kaleciński?

Skinął głową.

- Na głos, proszę.

- Tak.

- Przysługuje ci prawo odmowy składania zeznań. Korzystasz z niego?

- Yyy, nie wiem.

- Możesz skorzystać i wyjść teraz albo odmówić i pomóc swojemu ojcu. Zostały mu postawione zarzuty z artykułów 148, 189 i 262 Kodeksu karnego.

Patrzył na poruszające się usta policjanta, jakby dzięki temu mógł zrozumieć, co tamten do niego mówi, ale i tak nie rozumiał ani słowa. Wiedział, że tak będzie. Trzęsły mu się ręce, więc schował je pod stół i przy okazji przyjrzał się podłodze. Linoleum było stare i zniszczone. Wolał jednak patrzeć na nie niż na twarz mężczyzny przed sobą.

- Może pan konkretniej? - z trudem wydusił z siebie prośbę.

- Twój ojciec jest podejrzany o popełnienie przestępstw opisanych w kodeksie karnym. Konkretniej chodzi o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, nielegalne pozbawienie wolności i znieważenie zwłok.

- Ze szczególnym okrucieństwem? - Kosma zaczął kręcić głową. Prawo. Lewo. Prawo. - To niemożliwe. Tata... Nie, on nigdy. Nie. To pomyłka. Błąd. Nie. Nie wierzę.

- Korzystasz ze swojego prawa do odmowy zeznań?

- Nie, jeśli mogę mu pomóc - odpowiedział Kosma bez zastanowienia i posłał policjantowi krótkie spojrzenie, żeby sprawdzić, czy tamten zrozumiał. Zrozumiał, bo położył na stole teczkę i otworzył ją.

- Mieszkacie razem w Poznaniu na Milczańskiej piętnaście?

- Zgadza się.

- Zawsze w Poznaniu?

- Zawsze. To znaczy kiedyś mieszkaliśmy w Witkowie, ale to było dawno temu, więc nie wiem, czy pana interesuje.

- Witkowo... - Policjant pokiwał głową. - Od kiedy do kiedy?

- Nie wiem.

- Pomyśl.

- Urodziłem się tam, a wyjechaliśmy... - Zawahał się. - Podstawówkę zacząłem już w Poznaniu. Nie pamiętam. Musiałem mieć kilka lat.

- Który to był rok?

- Byłem dzieckiem, nie zwracałem uwagi na daty.

- To teraz zwróć. To ważne.

Policjant wpatrywał się w niego, co Kosmę bardzo rozpraszało. Starał się go ignorować i skupić.

- Wigilię dwa tysiące drugiego roku spędzaliśmy w Poznaniu. Pamiętam zdjęcie z datownikiem - przypomniał sobie.

- W dwa tysiące drugim - powtórzył policjant. - Dobrze. Czyli to była szybka decyzja i wyprowadzka?

Kosma wzruszył ramionami.

- Miałem wtedy cztery lata. Po prostu przeprowadziliśmy się z ojcem do Poznania. Ojciec dostał tam pracę. Chyba.

- A matka?

Westchnął ciężko.

- Umarła znacznie wcześniej - odpowiedział cicho. Nie pamiętał nic z tamtych czasów. Był zbyt mały. - Ojciec ożenił się ponownie już w Poznaniu, ale jego żona też zmarła. Na raka - dodał po chwili milczenia. - W dniu moich osiemnastych urodzin. Dlaczego pan o to wszystko pyta?

- Czy pamiętasz kogokolwiek z Witkowa? - Policjant zignorował jego pytanie. - Ojciec na pewno miał kumpli, z którymi oglądał mecze, majsterkował przy aucie albo chodził na ryby.

- Tata nie lubi piłki nożnej i nie, nie pamiętam nikogo. Nic nie zostało w mojej głowie z tamtych czasów, oprócz tego, że na boisku szkoły, do której chodziłbym, gdybyśmy tam zostali, stał samolot.

- Aleksander, Mateusz, Remigiusz to koledzy twojego ojca? - Mężczyzna postukał palcem w teczkę i nachylił się do niego. Kosma w pierwszej chwili miał ochotę się cofnąć, ale powstrzymał się. Czytał kiedyś o mowie ciała i wiedział, że oni zwracają uwagę na takie rzeczy. Patrzył nerwowo na wciąż postukujący palec policjanta.

- Nie wiem! - Stracił nagle cierpliwość. - Mówiłem już. Czemu pan ciągle o tym Witkowie?

- Dobrze, wróćmy do teraźniejszości. - Mężczyzna odchylił się na krześle. - Odwiedzał was ktoś z przeszłości? Z Witkowa właśnie?

- Kiedy?

- Teraz. - Policjant przewrócił oczami. - W ostatnim tygodniu, miesiącu, roku?

- Tata nie przyprowadza kolegów do domu. Szanuje to, że nie lubię obcych.

Mężczyzna westchnął i założył ręce na piersiach.

- Nie wygląda to dobrze, Kosma. Chcesz go bronić? Chcesz, żebym koniecznie uwierzył w to, że nie miał z nimi kontaktu? Cóż, nie wierzę w to. Dam ci jednak jeszcze jedną szansę - powiedział bardziej przyjaznym tonem i wyjął z teczki trzy fotografie, po czym rozłożył je na blacie. - To są ich zdjęcia. Może rzeczywiście nie kojarzysz imion, ale twarze?

Kosma nawet na nie nie spojrzał.

- Nie interesuję się tym, co robi mój ojciec.

- Nie ściemniaj! - wrzasnął policjant.

Kosma aż podskoczył na krześle, a potem zerknął na lampę na suficie. Nie wiedział, o co tamtemu chodzi. Niby jak miałby ściemniać światło w pokoju?

- Hej, patrz na mnie, Kosma. Chcę wam pomóc, ale musisz mi coś powiedzieć, cokolwiek, co naświetli tamtą sytuację. Daj mi coś. Znam wielu ojców i kilka matek, którzy przypadkiem kogoś zabili... Bo wiesz, nie zawsze jest tak, że ktoś jest zły. Czasem przez zwykły przypadek człowiek znajduje się w sytuacji, z której nie ma wyjścia. Na przykład staje w obronie słabszych...

Kosma przypatrywał się jego twarzy, ale nie potrafił odczytać z niej intencji. Być może policjant miał rację i ojciec rzeczywiście znalazł się w sytuacji bez wyjścia, a może to, że siedział w areszcie, było koszmarnym zbiegiem okoliczności. Albo jeszcze gorzej - siedział, bo ktoś chciał, żeby siedział. Wrabiał go.

- Dlaczego myślicie, że on zabił? - zapytał. - Zatrzymaliście przecież trzech mężczyzn.

- Skup się i odpowiadaj na pytania. Może ojciec mówił ci coś o Remigiuszu? Remku? Olku, Alim, Olim? Matim, Mateo, Mateuszu? - Policjant podsunął mu pod nos trzy fotografie.

Tym razem Kosma na nie zerknął. Jakiś stary pijak, zwyczajny facet w średnim wieku i biznesmen o spojrzeniu świadczącym o tym, że nie ma problemu z niszczeniem ludzi. Nie kojarzył żadnego z tych mężczyzn. Jeśli miałby wytypować takiego, z którym tata mógłby się dogadać, to byłby kandydat numer dwa. Tylko on wyglądał na normalnego człowieka.

- Czy z którymś z nich ojciec utrzymywał kontakt?

- Utrzymywał kontakt, czyli...? - Wolał się upewnić, czy dobrze rozumie pytanie, bo kontakty bywały przecież różne, od towarzyskich przez zawodowe, na seksualnych kończąc.

- Wszystko, co ci się, kurde, zamarzy! - roześmiał się policjant. - Co ty, debila udajesz? Jeszcze raz. Kosma, skup się. - Przesunął w jego stronę zdjęcie numer dwa. - To jest Aleksander Winiarczyk. Widziałeś go kiedyś u was w domu?

- Nie.

- A poza domem? Na grillu, wycieczce, na mieście?

- Nigdy.

- To może Kowalskiego? - Wskazał na zdjęcie pijaka.

- Nie wiem - odpowiedział niepewnie Kosma. - Nigdy nie widziałem go z ojcem - dodał zgodnie z prawdą, chociaż bez ojca też go nie widział. Zawsze szerokim łukiem omijał meneli. Przyczyną jego wahania było nazwisko. Znał jednego Kowalskiego, ale uznał, że bezpieczniej będzie to przemilczeć, w końcu wielu ludzi tak się nazywało.

- Mateusz Dubiel. - Policjant pokazał trzecie zdjęcie. - Czy twój ojciec go znał?

- Nie wiem.

- Chłopie, nie możesz nie wiedzieć! To znaczy możesz, ale tak nie pomagasz ani jemu, ani mnie. Wiesz, jaka jest odsiadka za głowę? Jak długo go nie zobaczysz?

- Za głowę? - Kosma bardzo chciał zrozumieć, co się do niego mówi.

- Za zabójstwo.

- Duża.

- Duża to chujowy eufemizm, Kosma. Dwadzieścia pięć lat. Jeśli więc chcesz mu pomóc, powiedz wszystko, co wiesz. Czy przypuszczałeś, że ma jakąś tajemnicę z przeszłości?

- Przecież ja nawet nie wiem, gdzie jest herbata. - Kosma rozłożył ręce. - Skąd miałbym wiedzieć coś o zabójstwie?

- Jaka herbata?! - Policjant wpatrywał się w niego ze zdumieniem. Wysoko uniesione brwi przypominały Kosmie znaki zapytania.

Zwykle nie odkrywał przed ludźmi kart. W tej sytuacji uznał jednak, że nie ma wyboru. Musi powiedzieć prawdę. Tym razem udawanie twardziela czy, tak jak w szkole, złego, nie przysłuży się ani jemu, ani ojcu. Zresztą poradnik dla autystów zwracał uwagę, że ujawnienie się ze swoją innością po raz pierwszy może być niezwykle trudne, ale dzięki temu ludzie będą świadomi problemu i jest szansa, że przestaną być tak wrogo nastawieni.

- Earl grey - westchnął.

- Co ty pierdolisz?! - Zdumienie mężczyzny siedzącego naprzeciwko momentalnie zamieniło się w irytację. Zmrużył oczy i zmarszczył czoło, zaciskając przy tym usta.

- Inaczej widzę świat. Skupiam się na szczególe. Ogół jakoś mi umyka. Rozumie pan? Nie zauważam go. Nie rozumiem też ludzi, ich intencji, gier społecznych, które prowadzą. Jestem autystyczny.

*

- Już po czy jeszcze przed? - Usłyszał i uniósł głowę.

Stała przed nim i uśmiechała się. Zielono-fioletowa dziewczyna o kocich oczach. Złapał jej spojrzenie i speszył się.

Może śmieje się ze mnie?

- Po - burknął z nadzieją, że ją odstraszy.

Odwrócił głowę i wbił wzrok w komórkę. Wyczytał w poradniku traktującym o zasadach przetrwania dla osób autystycznych, że tak robią neurotypowi, żeby okazać komuś brak zainteresowania.

- Ja też - oznajmiła dziewczyna, w ogóle nie odczytując jego komunikatu. Może tak jak on nie potrafiła właściwie odczytywać sygnałów? - Pierdolone debile pytające w kółko o to samo.

Najpierw poczuł, że ławka, na której siedzi, zachwiała się, a potem dotarł do niego dusząco słodki, waniliowo-karmelowy zapach. Niewinny i pociągający jednocześnie. Skojarzył mu się z landrynkami. Nie podobało mu się, że dziewczyna usiadła obok niego. Przecież były też inne miejsca.

- Odejdź - warknął.

- Luz - rzuciła spokojnie, nawet się od niego nie odsuwając. - Nie traktuj mnie jak wroga. Jedziemy na tym samym wózku.

Spojrzał na ławkę - nie przypominała wózka.

- Tym samym wózku?

- Nasi starzy się znają. Widziałam cię w telewizji. Nie miałeś nic do powiedzenia.

- Zwykle nie otwieram ust, jeśli nie mam do przekazania nic konkretnego - odciął się, ale przestał już patrzeć w komórkę.

- A ja otwieram zawsze, gdy ktoś atakuje mnie albo moją rodzinę.

Zerknął na nią. Uśmiechała się. Wyglądała trochę inaczej niż w telewizji. Miała szczuplejszą twarz i cieplejsze spojrzenie. Zwracała się do niego w taki sposób, jakby znali się od co najmniej kilku tygodni.

- Dyskutowałaś z policjantem, który cię przesłuchiwał?

- Of course. Nie będzie mi wmawiał, że mój ojciec jest mordercą - burknęła.

- A nie jest?

- A twój jest?

Kiedy mówisz do kogoś lub ktoś mówi do ciebie, powinieneś patrzeć na tę osobę.

Wskazówka z podręcznika dla autystów rozbrzmiewała w jego głowie, a on starał się przypomnieć sobie wszystkie zasady kontaktu wzrokowego obowiązujące w świecie neurotypowych.

Dobrze wiedział, że patrzenie w oczy rozmówcy to podstawa udanych kontaktów międzyludzkich. Że należy wpatrywać się w magiczny punkt, czyli środek wyrysowanego w wyobraźni trójkąta, którego wierzchołkami są oczy oraz czubek nosa, przez nie mniej niż trzydzieści i nie więcej niż sześćdziesiąt procent czasu. Że jeśli jest się z kimś związanym uczuciowo, to podczas rozmowy trzeba patrzeć znacznie dłużej, a unikanie spojrzenia może zostać uznane za aroganckie.

Z teorii był świetny, ale w ogóle nie radził sobie w praktyce. Potrzebował czasu, żeby się oswoić z obecnością dziewczyny. W idealnym świecie poprosiłby, żeby zamknęła oczy i pozwoliła mu poprzyglądać się jej w spokoju. Nie żył jednak w idealnym świecie, dlatego zapytał ją o imię. Nie dlatego, że go to interesowało - po prostu pamiętał, że tak należy robić.

- Po co ci to wiedzieć? - Wzruszyła ramionami.

- Skoro rozmawiamy, dobrze byłoby się przedstawić. Kosma. - Wyciągnął w jej stronę dłoń.

Zignorowała ją.

- Ciekawe, kiedy wreszcie skończy się ten cały policyjny cyrk - rzuciła ze zniecierpliwieniem, po czym wstała, poprawiła włosy i dodała: - See you later, Kosma. Zmykam do domu. - A potem ruszyła w stronę wyjścia z komisariatu.

Zrobił to samo. Szedł za nią, wpatrując się w jej długie nogi i krótką spódniczkę. W końcu mógł patrzeć na nią bez konsekwencji.

Pchnęła drzwi. Złapał je, zanim się zamknęły, i zrobił krok do przodu. W tym samym momencie wylądował na jej plecach.

- Fuck! - warknęła.

- Przepraszam. - Cofnął się nieco i dopiero teraz zrozumiał, dlaczego tak nagle się zatrzymała.

Na schodach przed komisariatem stała gromada ludzi. Niektórzy z nich trzymali wyciągnięte w ich stronę mikrofony, nieliczni chowali się za kamerami, a cała reszta okazywała ogromną ekscytację.

- Czy dzisiejsze przesłuchania przyniosły jakieś rozstrzygnięcia?

- Czy wiedzieliście, że żyjecie pod jednym dachem z zabójcą?

- Jaka była wasza reakcja, gdy dowiedzieliście się o zabójstwie?

Przekrzykiwali się, walcząc o uwagę Kosmy i dziewczyny, której imienia nie znał. Pewnie gdyby stał tu sam, naprzeciwko całej tej dziennikarskiej zgrai, uciekłby jak ostatnio, ale obecność tej dziwnej dziewczyny sprawiała, że chciał pokazać się z najlepszej, neurotypowej strony.

- Bez komentarza - rzucił głośno, wykorzystując tekst znany mu z seriali kryminalnych.

- Dzieci zabójców milczą. - Dobiegł do niego głos dziennikarki. Rozejrzał się. Stała z boku i mówiła do kamery. - Najwidoczniej nie chcą pogrążać ojców, którzy przed laty z zimną krwią zamordowali człowieka.

Nie zdążył nawet przełknąć śliny, gdy dziewczyna dziarsko ruszyła przed siebie. Wepchnęła się pomiędzy dziennikarkę i kamerę, złapała mikrofon i patrząc prosto w obiektyw, pełnym spokoju głosem powiedziała:

- Spróbujcie wyemitować ten słaby, subiektywny i niepoparty faktami komentarz, a pozwę was i wycisnę do ostatniej złotówki. Mój ojciec jest niewinny i jeszcze dziś wyjdzie z aresztu!

*

Kolejne dni grupowały się w tygodnie i mijały bezpowrotnie, a Kosma siedział w pustym mieszkaniu i czekał. Na ojca, na wyjaśnienia, na zmianę sytuacji.

Nie czekał jednak bezczynnie. Wręcz przeciwnie - miał ręce pełne roboty. Po raz pierwszy był tak długo sam i musiał się nauczyć ogarniać swoje życie. Nie chodziło już tylko o pustą puszkę po herbacie i szukanie w szafkach nowego opakowania. Teraz opanowywał sztukę smażenia kotletów i robienia zakupów, nie zaniedbując przy tym swojej pracy. Starał się skupiać na niej całą uwagę i to nie dlatego, że kochał projektowanie stron internetowych, chociaż naprawdę tak było. Z takim zaangażowaniem wchodził w nowe projekty, jakby zależała od nich przyszłość ludzkości - dzięki temu uciekał przed rzeczywistością i myślą, która ciągle go atakowała. Nawet teraz, gdy siedział przed telewizorem i oglądał program informacyjny, popijając herbatę.

Śmiała się ze mnie! Perfidnie się śmiała, a ja wziąłem to za uprzejmość. Jestem głupi.

Dziewczyna z komisariatu wracała do niego w snach i na jawie. Zawsze najpierw się uśmiechała, a kiedy on odwzajemniał uśmiech, otwierała usta i rozpoczynała swoją szyderczą symfonię. Już nie chciał tego słuchać, ale nie potrafił - dlatego tak rozpaczliwie próbował skupić swoje myśli na czymś innym. Na początku jeszcze niepewność związana z aresztowaniem ojca skutecznie zagłuszała wszelkie inne kwestie, jednak czas mijał, a sytuacja się nie zmieniała. Kosma powoli się do niej przyzwyczajał. Nawet do tego, że od dwóch tygodni ojciec dziewczyny był na wolności, podczas gdy jego wciąż siedział w areszcie. W dodatku prokurator nie wyraził zgodny na widzenie, a policjanci nabrali wody w usta. Kosma był zły. Dał jej się omamić i wykorzystać. Nie zrozumiał celu gry, którą prowadziła, ale wiedział ponad wszelką wątpliwość, że gdy siadała obok niego na ławce, kłamała - wcale nie byli w tej samej, trudnej sytuacji.

Nienawidzę jej. Mam nadzieję, że nigdy więcej się nie spotkamy.

Dopił herbatę, a kiedy mył kubek, usłyszał dzwonek do drzwi. Zlekceważył go, bo przecież nikogo się nie spodziewał.

Dzwonek stał się natarczywy.

Kosma w końcu wytarł ręce i pomaszerował do przedpokoju. Wyjrzał przez wizjer - za drzwiami stał właściciel mieszkania. Miał ulizane włosy i świdrujące spojrzenie.

- Co tak długo? - warknął głosem obrażonej primadonny, gdy Kosma otworzył.

- Nie czekałem przy drzwiach, aż pan zapuka. Nie uprzedził pan, że przyjdzie.

- I po co ta złośliwość?

Dlaczego oni biorą szczerość za złośliwość?

- Po co pan przyszedł? - Kosma stał w otwartych drzwiach, torując wejście do mieszkania.

Mężczyźnie wcale jednak to nie przeszkadzało. Przecisnął się do środka, nie zważając na to, że ociera się o niego wystającym brzuchem.

- Zadzwoniłbym do twojego ojca, ale wyobraź sobie, że nie odbiera telefonów - sarknął.

- Po co pan przyszedł? - powtórzył Kosma.

Właściciel najwyraźniej nie zamierzał udzielić odpowiedzi. Szedł powoli przez przedpokój, zaglądając w każdy kąt i wąchając powietrze. Zupełnie jak policyjny pies poszukujący niebezpiecznego ładunku.

- A co to za dziwny zapach? Narkotyki?

- Jaki zapach? - Kosma zamknął drzwi i popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- Ty mnie nie pytaj, bo to ja pytam!

- Nie rozumiem pytania.

- Śmierdzi tu narkotykami.

- Jakimi?

Właściciel zatrzymał się nagle i przyjrzał mu się uważnie.

- Co ty mnie tak przepytujesz, młodziaku? Myślisz, że jak skończyłeś osiemnaście lat, to możesz wchodzić w dyskusje z dorosłymi?

Osiemnastkę skończyłem pięć lat temu - doprecyzował w myślach Kosma, ale zanim zdążył się odezwać, tamten wybuchnął:

- Udajesz głupiego, a ja wiem, że zażywasz narkotyki! Ojca nie ma, to melinę sobie tu robisz, co?! LSD, hera, koka i hasz?!

Kosma doszedł do wniosku, że zabrzmiało to jak fraza z piosenki Karoliny Czarneckiej: "LSD, hera, koka, hasz, podziel się z kolegami, czym masz". Powtarzał ten refren w kółko, gdy miał szesnaście lat. Już miał o to zapytać właściciela mieszkania, gdy ten zajrzał do łazienki, a potem do pokoju Kosmy.

- Brudno tu! - powiedział z pretensją w głosie.

- Tu, czyli gdzie?

Mężczyzna się zapowietrzył. Jego zaróżowiona twarz stała się nagle czerwona.

- Bezczelny jesteś! Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Kosma rozejrzał się. Na łóżku leżała pościel, a na krześle stojącym przy biurku - ubrania, które zdjął z siebie poprzedniego dnia. I poprzedniego. I poprzedzającego poprzedni też. Właściwie szafa nie była mu potrzebna. Pod ręką miał i dżinsy, i spodnie od dresu, i koszulki, ale nigdzie nie widział jabłek.

- O czym pan mówi?

- Przejdźmy do stołu - zarządził mężczyzna i wycofał się do salonu.

Kosma podążył za nim. Jak na skazanie.

- Kiedy ostatni raz tu sprzątałeś?

Wzruszył ramionami. Nie widział bałaganu, nie miał więc czego sprzątać.

- No właśnie. A podłoga? Kiedy odkurzałeś?

- Ojciec zajmuje się odkurzaniem.

- Ojciec siedzi w więzieniu od trzech tygodni!

W areszcie śledczym, nie w więzieniu.

- A podłoga jest brudna. Pełna włosów, okruszków... Masakra! Jak ty możesz żyć w takim syfie? Nigdy jej nie myłeś, co?

Podłoga to tylko płaszczyzna, po której chodzę. Nie musi być sterylna jak narzędzia chirurgiczne.

Mężczyzna wpatrywał się w niego z miną, której Kosma nie potrafił do niczego przypasować. Nie mógł znieść jego wzroku, spuścił więc głowę. Kontakty z obcymi ludźmi od zawsze były dla niego torturą. Dopiero pięć lat temu, gdy zdiagnozowano u niego zespół Aspergera, zrozumiał, że nie może oczekiwać od siebie niemożliwego. Że nie jest głupi, tylko inny, a bycie autystycznym to nie choroba, tylko inny odbiór świata.

- Podpisz to - powiedział właściciel, wyrywając go z zamyślenia. Kiedy Kosma popatrzył przed siebie, zobaczył leżącą na stole kartkę formatu A4.

- Co to jest? - zapytał.

- Podpisz.

Kosma podszedł bliżej, nachylił się nad pismem i zaczął czytać.

- To wypowiedzenie umowy najmu. Masz się wynieść w ciągu tygodnia. - Usłyszał nad sobą i oderwał wzrok od kartki. Pamiętał dobrze, że ojciec zapłacił w maju za czynsz. Teraz była jego kolej i miał na to przygotowane pieniądze. Kiedy o tym wspomniał, mężczyzna tylko przewrócił oczami.

- Nie o czynsz mi chodzi. Nie dbasz o mieszkanie. Powodujesz spadek jego wartości. Demolujesz je i robisz z niego ćpalnię.

- Nie biorę narkotyków - odparł Kosma, ale mężczyzna zaczerwienił się jeszcze bardziej i zaczął głośno sapać.

- Nie wierzę ci! Masz się wynieść! - zawołał, wyjmując z kieszeni chusteczkę jednorazową i wycierając nią czoło.

Kosma przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaproponować mu szklanki wody - to jedna z zasad gościnności, o których opowiadał mu ojciec, ale ostatecznie uznał, że wcale nie ma to ochoty. Teraz chciał jedynie, żeby ten mężczyzna wreszcie sobie poszedł i zostawił go w spokoju.

- Obowiązuje nas umowa najmu. Podpisał ją pan, czyli do końca przyszłego roku możemy tu mieszkać.

- Twój ojciec jest mordercą! - Właściciel machał mokrą od potu chusteczką. Białe kawałki przykleiły mu się do czoła i naprawdę wyglądałby teraz zabawnie, gdyby nie to, że właśnie próbował wyrzucić stąd Kosmę. - Nie zgadzam się na to, by w moim mieszkaniu toczyła się gangrena! Żeby egzystował w niej taki element!

- Ojciec jest niewinny, a ja...

- Nie trzymają niewinnych w więzieniu!

- W areszcie! - zawołał Kosma, bo w końcu się w nim zagotowało. Zacisnął pięści i poczuł, jak serce wali mu coraz mocniej. Krew szumiała w uszach, a gorący rumieniec złości rozlewał się już po szyi i policzkach.

- Jeden pies. Wypierdalaj, młodziaku! Za siedem dni wchodzi ekipa remontowa. Ma cię tu nie być, w przeciwnym razie potraktują cię tak, jak powinno się traktować bachora mordercy. Życie za życie, kurwa mać!