Oni albo my!. Stany Zjednoczone kontra Chiny i koniec pięciu stuleci dominacji Zachodu - Piotr Plebaniak

Kup ebooka

74.90 zł
58.42 zł (58,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tajwan: w oku tajfunu

Półprzewodniki oraz wielka gra o dominację technologiczną

Tajwan jest aktualnie kluczowym elementem łańcucha produkcyjnego półprzewodników. Umożliwia dzięki temu utrzymanie przez Stany Zjednoczone technologicznej supremacji. Siłą napędową toczonego od dekad wyścigu technologicznego jest najwyższy wysiłek Tajwańczyków walczących o przetrwanie kraju. Smartfony i inne otaczające nas technologie są w dużej części produktem ubocznym tego, że zarówno Stany, jak i Republika Chińska na Tajwanie (ang. ROC - Republic of China, dalej RCh) stosują strategię przelicytowania w inwestycjach każdego konkurenta w produkcji półprzewodników. Amerykanie robią to, by utrzymać przewagę w technologiach militarnych, a Tajwańczycy - by utrzymać swoją centralną rolę w geopolitycznej układance i przetrwać.

Tak w największym skrócie wygląda logika przetrwania Tajwanu, a zarazem główny mechanizm współczesnych rozgrywek geopolitycznych.

Słowem, to nie jest tak, że słynne prawo Moore'a nadal obowiązuje dzięki pracy naukowców. To narracja dla naiwnych. Prawo nie upadło wyłącznie dlatego, że Tajwan od dekad podejmuje egzystencjalny wysiłek napędzania postępu technologii półprzewodników, bez którego wyspa utraci centralną rolę i kluczowe miejsce w amerykańskim kompleksie militarno-przemysłowym.

Plany strategiczne Chin

Chińczycy oficjalnie zaproponowali utworzenie Ekonomicznego Pasa Jedwabnego Szlaku (ang. One Belt One Road - OBOR) w czasie wizyty w Kazachstanie w 2013 roku. Jego esencją jest współpraca trzech mocarstw starających się zrzucić nienawistną im dominację amerykańską. Rosjanie dysponowali surowcami energetycznymi, a Chińczycy zapleczem produkcyjno-przemysłowym. Niemcy miały być dostawcą zachodnich technologii.

Imponujący chiński plan być może dałby się zrealizować, gdyby nie to, że Stany Zjednoczone - a precyzyjniej US Navy - kontrolują globalne przepływy strategiczne, łańcuchy dostaw. Stany są też największym eksporterem chipów do Chin. To dlatego, gdy na początku drugiej dekady XXI wieku Stany stały się strategicznie niezależne od globalnych dostaw węglowodorów, z punktu widzenia Chin sprawa stała się beznadziejna. Dzięki rewolucji łupkowej Amerykanie byli zdolni wyrwać Europę spod działania rosyjskiego szantażu i zależności energetycznej. Równoległym krokiem, uporządkowaniem szyków przed konfrontacją z Rosją, było wyjście wojska Stanów z Afganistanu (we wrześniu 2021 roku) oraz z Iraku. To ten zabieg pozwolił Waszyngtonowi skierować zasoby militarne - amunicję i sprzęt - do pomocy zmagającej się z rosyjską inwazją Ukrainie przed 24 lutego 2022 roku i po nim.

Wzajemna zależność rywalizujących stron w zakresie produkcji i użycia układów scalonych jest zadziwiająca. Aktualnie Chiny wydają więcej środków na import układów scalonych niż na zakup ropy naftowej. Apple nie produkuje żadnego z używanych przez siebie chipów. Jednostki centralne kupuje od tajwańskiej firmy TSMC, a pozostałe zapotrzebowanie zaspokaja u japońskiej firmy Kioxia. Układy radiowe nabywa od firmy California's Skyworks, a układy audio od firmy Cirrus Logic z Teksasu. Apple projektuje najbardziej zaawansowane procesory, które są głównymi jednostkami smartfonów. Ale nie potrafi tych procesorów wyprodukować. Mogą one powstawać wyłącznie w jednej fabryce na świecie - w zakładzie TSMC na Tajwanie. Wszystkie rządy azjatyckich tygrysów wywalczyły swoje miejsce przez subsydiowanie firm, badań oraz zaniżanie kursu walut i nakładanie ceł. Dynamiczna rywalizacja i współpraca jest wciąż i wciąż renegocjowana i wymuszana. W ciągu ostatnich lat na pozycję dominującą wysunął się tajwański przemysł półprzewodnikowy. Aktualnie trzecia część nowo produkowanej mocy obliczeniowej pochodzi z fabryk tajwańskiego TSMC. Semiconductor Industry Association podaje, że w 2019 roku 37 procent produkcji układów logicznych pochodziło z Tajwanu. W produkcji pamięci dominuje Korea Południowa. Dwie koreańskie firmy to 44 procent rocznej podaży układów pamięci.

Wąskie gardła

Cała ta produkcja jest możliwa wyłącznie dzięki maszynom do fotolitografii wytwarzanym przez zaledwie pięć firm - jedną holenderską, jedną japońską i trzy kalifornijskie. Istnienie wąskich gardeł sprawia, że w przeciwieństwie do rynku dystrybucji energii (ropa, gaz ziemny) rynek układów scalonych jest areną bezustannej i bezpardonowej walki konkurencyjnej.

Ropę można kupić od dziesiątków krajów. Ale nową moc obliczeniową zaledwie od garstki firm, a czasem tylko od jednej. Wynika to z istnienia kilku wąskich gardeł. To maszyny i narzędzia, oprogramowanie projektowe, chemikalia, ultraczysty krzem oraz wiele innych surowców, maszyn, splotów okoliczności biznesowych oraz politycznych.

Jak to wszystko rozwalić? Wrażliwość przemysłu półprzewodnikowego

Dwie koreańskie firmy produkują 44 procent wszystkich układów pamięci. Holenderska firma ASML wytwarza wszystkie maszyny do litografii za pomocą ekstremalnego ultrafioletu (EUV). W porównaniu z tym 40-procentowy udział krajów OPEC w światowym wydobyciu ropy naftowej jest wręcz śmiechu warty.

Cały ten system powiązań to jednocześnie siła i słabość współczesnej cywilizacji. Gdyby pojawił się ktoś zdeterminowany do realizacji destrukcyjnego działania, prowadzącego globalną gospodarkę do cywilizacyjnej zapaści, jego głównym obiektem zainteresowania z pewnością będzie branża półprzewodników.

Jednym z bardziej drastycznych scenariuszy byłby atak bombowy na ASML lub na jej kadrę inżynierską. Skutecznie przeprowadzony atak zatrzymałby postęp niezbędny Tajwańczykom do utrzymania swojej przewagi w segmencie najbardziej zaawansowanych produktów.

Co do samego Tajwanu, nie trzeba czegoś aż tak drastycznego czy ekstremalnego jak desant armii ChRL, aby doprowadzić do wykolejenia lub poważnego rozchwiania tego perfekcyjnie działającego systemu. Wystarczy blokada morska albo atak rakietowy na najbardziej zaawansowane fabryki na Tajwanie. Rozległe łańcuchy powiązań zostaną skutecznie i długookresowo przerwane.

To, że produkcja najbardziej zaawansowanych półprzewodników jest aktualnie ulokowana na Tajwanie oraz w Korei Południowej, jest wynikiem splotu okoliczności: mechanizmów rynkowych i wysiłku decyzyjnego zarówno rządów państw, jak i prezesów korporacyjnych.

Jednym z mechanizmów prowadzących do tego stanu końcowego była potrzeba obniżenia kosztów siły roboczej - nieodzownie związane z kapitalizmem dążenie do ekonomicznej efektywności. Decydenci polityczni użyli tych nowych łańcuchów dostaw do zbudowania silnych związków państw Azji Południowo-Wschodniej i Wschodniej ze strukturami gospodarczymi Zachodu i globalnym organizmem zarządzanym przez kompleks militarno-przemysłowy Stanów Zjednoczonych.

Waszyngton osiągnął swoją dominującą pozycję dzięki przekształceniu potęgi produkcyjnej i innowacyjnej w siłę militarną. Zajmowali się tym ekonomiści z War Production Board (WPB), którzy już w okresie II wojny światowej operowali kategoriami stali, miedzi, aluminium i cyny oraz takich surowców jak kauczuk i produkty pochodne ropy naftowej. Ta siła militarna to zdolność dyktowania innym, co im wolno, a co nie. Sprawia ona, że podmioty geopolityczne pozbawione sprawczości i swobody decyzyjnej nienawidzą Ameryki i zrobią wszystko, aby uzyskać samodzielność w decydowaniu o własnym losie.

Wróćmy do historii technologii półprzewodników. Jednym z ludzi, którzy docenili potencjał tej technologii, był Akio Morita, założyciel firmy Sony. W 1945 roku miał dwadzieścia cztery lata. Wojny, które prowadziło ekspandujące imperium japońskie, wyposażyły go w wiedzę i doświadczenie w opracowywaniu rakiet naprowadzających się na źródła ciepła. Bronie te nie trafiły co prawda na pola bitewne wojny wynoszącej Stany do roli globalnego hegemona. Dały jednak Moricie wgląd w przyszłość. Wgląd w to, że wojny będzie można wygrywać nie dzięki dostępowi do surowców i energii, ale dzięki samoczynnym mechanizmom, które pozwoliłyby bombom i rakietom samodzielnie manewrować w pościgu za pojazdem nieprzyjaciela.

Bronie autonomiczne, mogące identyfikować cele czy realizować manewry obronne, to m.in. słynne "cudowne bronie" mające uratować III Rzeszę. Ale skomplikowane maszyny liczące i gromadzące dane były coraz bardziej potrzebne także w sektorze cywilnym, przy zarządzaniu coraz rozleglejszymi i coraz bardziej skomplikowanymi cielskami gospodarek poszczególnych krajów.

Przed erą elektroniki obliczenia realizowały "żywe komputery" składające się z setek, a nawet tysięcy ludzi mozolnie przeliczających dane sprzedaży, demograficzne i produkcyjne. Aby wspomóc wykonywanie takich zadań, IBM stworzył niesławne maszyny Holleritha, dla których pamięcią i zestawami instrukcji były karty perforowane. Maszyny te wyświadczyły zarządcom III Rzeszy nieocenione przysługi przy organizacji masowych morderstw przeprowadzanych na grupach etnicznych i światopoglądowych, w tym na Polakach.

Ale przed wojną opierano się głównie na pracy zespołów ludzkich. Jednym z projektów mających usprawnić ten proces był Mathematical Tables Project, przedsięwzięcie mające stworzyć tabele logarytmów i potęg uwalniających "żywe komputery" od najbardziej uciążliwych, powtarzalnych obliczeń. Okres II wojny światowej przyniósł gwałtowny postęp technologii lamp próżniowych (właśc. lamp elektronowych). To ta technologia pozwoliła w 1945 roku zbudować ENIAC, komputer do obliczania trajektorii pocisków artyleryjskich, współcześnie imponujący wyłącznie rozmiarem. Machina ta zawierała w sobie aż 18 tys. lamp elektronowych.

Wynalezienie półprzewodników

Materiały będące ciałami stałymi dzielą się z grubsza na dwa rodzaje - te, które przewodzą prąd, i te, które są izolatorami. Materiały przewodzące, przede wszystkim metale, pozwalają w swojej objętości na przemieszczanie się tzw. swobodnych elektronów[5].

W uproszczeniu, istotą działania trzeciego rodzaju substancji, półprzewodników, jest to, że działanie pola elektrycznego przyciąga na ich krawędź swobodne elektrony z jego środka. Gdy ich liczba przekroczy wartość graniczną, materiał zyskuje właściwości przewodzące. Pierwszym dostrzeżonym przez świat naukowy pomysłodawcą hipotezy o takim działaniu niektórych substancji, m.in. krzemu, był w 1925 roku Julius Lilienfeld. Pomysł musiał jednak zaczekać na swój czas aż jedenaście lat. W 1934 roku niemiecki naukowiec Oskar Heil zgłosił patent, na podstawie którego swoją hipotezę wprowadził na salony Amerykanin William Shockley.

To jemu historia i kolejne pokolenia błędnie przypisują zasługę stworzenia prekursorskiej idei. Faktyczny proces powołania do życia działającego tranzystora jest jednak daleki od wersji oficjalnej. Shockley opublikował pracę przedstawiającą ideę działania półprzewodnika, ale nie potrafił przeprowadzić eksperymentu z prototypową konstrukcją, który by potwierdzał właściwości praktyczne wynalazku. A wynalazek ten w swojej istocie był niemechanicznym przełącznikiem uruchamiającym przepływ prądu elektrycznego.

Eksperyment udało się przeprowadzić konkurentom Shockleya. Urażony biegiem spraw naukowiec przekuł swoją złość w twórczą pracę. Zamknął się w pokoju hotelowym na miesiąc i wyszedł z niego w styczniu 1948 roku z rewolucyjną koncepcją tranzystora. Jeśli do tranzystora podłączono napięcie, całe urządzenie stawało się nagle zdolne do przewodzenia znacznie większego prądu. Już wtedy Shockley wiedział, że udało mu się stworzyć coś o niewyobrażalnym potencjale - zawór dla prądu elektrycznego czy też wspomniany wcześniej przełącznik. Reszta była pracą dla inżynierów, a potem przedsiębiorców, którzy znaleźliby dla tranzystorów masowe zastosowanie, generujące potencjalnie krociowe zyski.

Półprzewodniki i układy scalone w rękach inżynierów Doliny Krzemowej

Układy scalone to pojedyncze płytki krzemu, których elementy takie jak tranzystory i połączenia między nimi są nadrukowane. Ogólna zasada tego procesu technologicznego nie zmieniła się od lat 60. XX wieku. Płytkę krzemu pokrywa się substancją światłoczułą (fotorezystem), a następnie naświetla światłem przechodzącym przez matrycę odzwierciedlającą schematy elementów całego układu. Obszary naświetlone dawały się wypłukać, pozostawiając na powierzchni podłoża elementy układu scalonego.

Proces nazwany fotolitografią pozwalał na drukowanie nie tylko tranzystorów, ale - po dodaniu warstwy aluminium - połączeń między nimi, co w sposób zasadniczy obniżało ich awaryjność i wielkość. Aby stworzyć końcowy produkt, firma Texas Instruments musiała uruchomić własną produkcję nie tylko matryc do naświetlania, ale i płytek krzemowych. Te dostępne na rynku były niedostatecznej jakości.

Krzem na wafle krzemowe

Obecnie (rok 2024) większość ultraczystego krzemu oraz krzemu wysokiej czystości pochodzi od producentów chińskich, którzy odpowiadają za 84 procent rynku.

Dane na temat udziałów rynkowych zawierają wszystkie klasy czystości krzemu, a więc przede wszystkim te o czystości 4N (99,99%). Do produkcji najważniejszych układów logicznych potrzeba czystości o całe rzędy większej niż wielkość 3N[6]. Inaczej: czystość krzemu potrzebna do produkcji paneli słonecznych to 9N (99,9999999 - siedem dziewiątek po przecinku). Czystość potrzebna do produkcji ikonicznych wafli krzemowych potrzebuje dodatkowych pięciu dziewiątek.

Ryc. 1. Monokryształy krzemu w całości oraz pocięte na wafle (Fot. Sumco Corporation)

Wytwarzanie tego materiału polega na tworzeniu monokryształów krzemu w procesie wymagającym paranoicznej czystości także dla kwarcowych naczyń, w których formują się monokryształy krzemu. W początkowych latach powstawania technologii półprzewodników używane w niej kryształy kwarcu powstały około 100 milionów lat temu. Twórcy technologii półprzewodników z Doliny Krzemowej sięgali po amerykańskie zasoby wyjątkowo czystego surowca. Do dziś wydobywa się go w Spruce Pine, w Zachodniej Wirginii. W XIX wieku surowiec ten był traktowany jako górniczy odpad. Z czasem dostrzeżono jego wyjątkową czystość i znaleziono rozmaite zastosowania. Najbardziej wyróżniające się było użycie go do odlewu ponad trzymetrowego zwierciadła dla teleskopu astronomicznego, zrealizowanego w latach 30. XX wieku w Obserwatorium Palomar.

Vince Beiser, autor książki The World in a Grain, opisuje coś, czego na wpół świadomie domyślałem się po krótkiej kwerendzie w kwestii statystyk dotyczących światowego wydobycia kwarcu o czystości 3N. Dane na ten konkretny temat są nie tylko niepublikowane, ale także - wszystko na to wskazuje - wyjątkowo skrupulatnie zatajane. Autor opisuje swoje perypetie z próbami nawiązania kontaktu z firmą Unimin, operującą w Zachodniej Wirginii. Interakcja jego własna oraz innych osób z tym i innymi producentami wykazała, że poziom zabezpieczeń przed ujawnianiem danych o wydobyciu, nie mówiąc już o używanej technologii przetwarzania, przekracza to, co znane jest z kopalni diamentów[7].

Ta ciekawostka zasługuje na poważniejsze zastanowienie się nad całością tematu.

Już wtedy potencjał technologii układów scalonych został doceniony w Związku Sowieckim. Do skopiowania technologii sowieckie KGB posługiwało się studentami jeżdżącymi do USA na wymianę naukową. Podejrzenia o taką podwójną rolę młodych ludzi zostały potwierdzone dopiero po upłynięciu całych dziesięcioleci. Zmagania szpiegów i szpiegów przemysłowych są perfekcyjną ilustracją wyjątkowo doniosłej prawidłowości: gotowy produkt, wykradany lub kupowany przez podstawione firmy handlowe, nie wyjaśnia zawiłości procesu produkcyjnego. Wiedza praktyczna to żywa pamięć mająca za nośnik inżynierów, którzy dochodzili metodą prób i błędów do rozwiązania kluczowych problemów z utrzymaniem właściwych temperatur przy naświetlaniu, właściwego czasu naświetlania, właściwej częstotliwości fal świetlnych i dziesiątek innych parametrów. Była to wiedza istotna, tym bardziej że już w latach 60. produkcja układów scalonych stanowiła przedsięwzięcie wymagające stosowania skomplikowanych procedur, także w zakresie zachowania sterylności środowiska linii produkcyjnych.

We wspomnianym okresie na jaw wyszły także wady strategii strony sowieckiej w tym wyścigu technologicznym. Decydenci sowieccy przyjęli strategię kopiowania rozwiązań amerykańskich. Ponadto innowacje były realizowane pod rygorem tajności i całej gamy patologii mechanizmów władzy skutkujących systemową niemożnością generowania innowacji. Przykładem jest jedyna możliwa w warunkach socjalizmu droga awansu - nie przez wypracowanie rozwiązań czy znalezienie zastosowań w użytku przemysłowym, ale przez konformizm wobec sztywnych struktur władzy. Jednym z przejawów tej aktywności było to, że sowieckie maszyny produkcyjne były skalowane w amerykańskim systemie miar - w calach zamiast w milimetrach. Innymi słowy, Sowieci zamiast stworzyć swoje własne centrum innowacyjności, podłączyli się do centrum amerykańskiego.

Akt IJaponia. "Size does matter"

Już pod koniec lat 40. XX wieku Waszyngton zainicjował politykę uczynienia Japonii silnym ośrodkiem przemysłowym. Uznano, że silna Japonia będzie mniejszym ryzykiem w okresie zimnej wojny, niż słaba. Tu ponownie pojawia się wspomniany powyżej założyciel Sony - Morita. Tranzystory jako ucieleśnienie idei miniaturyzacji wpisują się wręcz idealnie w najsilniejsze trendy japońskiej kultury, w której pomniejszenie produktów rzemieślniczych i przemysłowych wymuszone zostało niedostępnością na wyspach japońskich wszelkich surowców, nawet takich jak dobrej jakości rudy żelaza. Morita uznał, że miniaturyzacja i zmniejszone zużycie energii to cechy, które zrewolucjonizują elektronikę użytkową. Jednak przede wszystkim pozwolą towarom japońskim wejść na rynek amerykański. Niezwykle pouczająca jest rekonceptualizacja celu biznesowego, której dokonał Morita: "Nasz plan polega na wskazywaniu społeczeństwu kierunku rozwoju za pomocą nowych produktów, a nie na pytaniu go, jakich produktów chce. Opinia publiczna nie wie, co jest możliwe - my tak"[8].

I tak właśnie znaleźliśmy się wszyscy w świecie, w którym niezwykle innowacyjne radio tranzystorowe marki Sony podbiło wpierw rynek japoński, a potem amerykański. Efektem natchnionej polityki marketingowej był pierwszy duży sukces Sony - radia tranzystorowe. Texas Instruments, firma będąca twórcą technologii tranzystorów, zarzuciła pomysł zabawy w rynek konsumencki po pierwszej nieudanej próbie wprowadzenia na rynek podobnego produktu. Zawiniła polityka cenowa i strategia marketingowa. W rezultacie Japończycy oparli swój model biznesowy na kosztownych licencjach.

Drugim japońskim hitem trafiającym w potrzeby konsumentów były elektroniczne kalkulatory. Amerykańska firma stwierdziła, że nie istnieje rynek na podręczne kalkulatory. Jednak rzeczywistość rynkowa była w oczywisty sposób inna. Ówczesne kalkulatory mechaniczne były toporne i nieporęczne. Rynek na ich zminiaturyzowany zastępnik był przeogromny. W latach 70. rynek USA zdominowała japońska firma Sharp, a ogólnie firmy japońskie.

Amerykanom przechodziły koło nosa gigantyczne pieniądze. W tamtym okresie zaczęły się pojawiać pierwsze zręby współczesnego podziału etapów powstawania produktów opartych na półprzewodnikach. Między Stanami a Japonią wytworzyła się symbioza. A dzięki produkcji masowych dóbr konsumpcyjnych Japończycy produkowali więcej tranzystorów.

Ryc. 2. Dział rachunków Biura Weteranów Stanów Zjednoczonych, 1924

Źródło: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ale to w USA powstawały te najbardziej zaawansowane układy scalone, potrzebne do produkcji zaawansowanych komputerów. Amerykanie stwierdzili, że aby konkurować z produktami japońskimi, muszą obniżyć koszty pracy. I tu, w połowie lat 60., po raz pierwszy na horyzoncie pojawiają się "azjatyckie tygrysy". W tamtym okresie tajwańscy robotnicy zarabiali "grosze" - 19 centów na godzinę. W innych krajach regionu było jeszcze gorzej... albo lepiej. W Singapurze stawka godzinowa to 11 centów, a w Korei Południowej - 10. Inną zaletą azjatyckiej siły roboczej był praktyczny brak związków zawodowych, w USA już rozpanoszonych.

Wczesne zastosowania militarne półprzewodników

Ikonicznym i jednym z najbardziej spektakularnych wczesnych zastosowań półprzewodników w systemach uzbrojenia były próby zniszczenia mostu w Thanh Hóa w czasie wojny wietnamskiej. Most ten, położony 130 km na południe od Hanoi, opierał się wszelkim próbom zniszczenia za pomocą klasycznej broni - rakietom i bombom. Zanim w ruch poszły bomby naprowadzane laserowo, Amerykanie podjęli - ktoś to policzył - łącznie 638 prób.

Specjaliści armii amerykańskiej wyposażyli zwykłe bomby w prosty półprzewodnikowy czujnik laserowy i kilka tranzystorów. Dopiero tak przekonstruowane bomby zdołały trafić w 1972 roku w świetnie broniony wietnamski cel. Most został doszczętnie zniszczony w trzech oddzielnych akcjach, które doprowadziły do jego całkowitego zawalenia.

Najbardziej fascynującym obszarem postępu technologii obliczeniowych i konstrukcji czujników jest historia amerykańskich pocisków powietrze-powietrze. Późniejsze analizy technologii naprowadzania stosowanych w wojnie wietnamskiej kończą się wnioskami, że marginalna skuteczność pocisków takich jak Sparrow II (AAM-N-8) czy wczesnych wersji słynnego Sidewindera wynikała z zastosowania lamp elektronowych, poprzedników tranzystorów. Lampy bardzo źle znosiły wstrząsy i wilgoć, przez co zwiększały awaryjność.

Przykładem postępu elektroniki opartej na lampach i tranzystorach jest pocisk Sidewinder. Jego pierwsze wersje wykazywały szereg ograniczeń i problemów. Przykładowo, czujnik podczerwieni, który naprowadzał pocisk na cel, miał bardzo wąski kąt obserwacji i wskutek przegrzewania był podatny na zakłócenia przez nasłonecznienie. Z braku dostatecznie szybkiego postępu technologii uciekano się do usprawnień takich jak chłodzenie azotem albo argonem. W kolejnych wersjach usprawniano moduły przeliczające zmiany odczytu czujników na działanie aktuatorów poruszających powierzchniami sterującymi pocisku. Zapamiętajmy ciekawostkę, że pierwsze zestrzelenie rakietą Sidewinder odnotowały tajwańskie siły powietrzne w 1958 roku, w czasie drugiego kryzysu tajwańskiego. Sidewindery usprawnia się po dziś dzień. W 1982 roku, użyte przez Brytyjczyków w wojnie o Falklandy, sprawdziły się w stopniu więcej niż zadowalającym. Polskie F-16 wyposażone są w ich najnowszą wersję - AIM-9X-Block II.

Jak powiemy poniżej, wizja autonomiczności broni, a zwłaszcza pocisków, zmieniła się w rewolucyjną zmianę na polach bitew. Dzięki coraz bardziej niezawodnym urządzeniom półprzewodnikowym wojna w Zatoce w 1991 roku stała się demonstracją przewagi armii amerykańskiej trafiającej w cele irackie jak na strzelnicy. Armia Iraku, wyposażona w broń opartą na sile ognia, była bezradna. W podobny, ale o wiele mniej widowiskowy sposób Amerykanie zrównoważyli liczebną przewagę w głowicach jądrowych, co miało decydujące znaczenie w negocjacjach rozbrojeniowych czasów zimnej wojny.

Koniec pięciu stuleci globalnej dominacji Zachodu Wstęp

Dlaczego "oni albo my"?

Konflikt i współzawodnictwo mogą, ale nie muszą być grą o sumie zerowej. Mogą też być przez jedną lub obie strony błędnie rozpoznawane jako takie. W maksymalnym skrócie gra o sumie zerowej to taka gra, w której gracz zyskuje coś kosztem innego gracza. Nie przez każdego uczestnika i w niejednakowy sposób konflikty mogą być postrzegane jako niemożliwe do deeskalacji. To wynika z różnic w percepcji zysków i strat, traum psychicznych, ukształtowania kulturowego (prestiż, honor) i potrzeb zapewnienia sobie zasobów niezbędnych do przetrwania.

Jeden z uczestników może postrzegać przegraną rywalizację jako zagrożenie egzystencjalne. Takie postrzeganie sprawia, że jest on w stanie sprawniej zmobilizować zasoby, przekonać do wykrzesania więcej energii i poświęcenia po swojej stronie. Jeśli dodatkowo uda mu się postawić siebie w pozycji ofiary agresji (atak na Pearl Harbor) albo poniżenia (niehonorowo przegrana przez Niemcy wojna), to miks składający się na tzw. mit energetyzujący stanie się potężnym mnożnikiem faktycznej siły militarnej czy gospodarczej, zaangażowanej w walkę.

Zarówno w konflikcie Zachód-Chiny, jak i Izrael-świat arabski dochodzi do postrzegania sytuacji jako konfliktu wykluczających się interesów. Stany walczą z Chinami o globalną dominację, co jest podniesioną do większej skali walką o wyłączność lub pierwszeństwo w dostępie do światowych zasobów. Izrael walczy z Palestyńczykami o prawo zasiedlenia pewnego obszaru geograficznego, który obie strony nazywają swoim domem i głoszą swoje pierwszeństwo i wyższość własnych racji moralnych do przejęcia tego zasobu.

W moim głębokim przekonaniu oba te konflikty mają formę "oni albo my" - bez względu na to, jaki rodzaj retoryki, zależny od stadium przebiegu konfliktu, słyszymy w narracjach.

Można by powiedzieć, że to kwestia percepcji i że nie każdy po jednej ze stron myśli w tych kategoriach, lecz tylko ekstremiści. Może i tak, ale odeprę tę tezę natchnioną wypowiedzią Brigitte Gabriel:

Większość Niemców była bezkonfliktowa, ale to naziści dyktowali cel i w rezultacie sześćdziesiąt milionów ludzi straciło życie (...). Cicha większość była w tym nieistotna. (...) Większość Rosjan również była bezkonfliktowa. A jednak Rosjanie byli w stanie zabić dwadzieścia milionów ludzi. Cicha większość była w tym nieistotna. (...) Większość Chińczyków również była bezkonfliktowa. A jednak Chińczycy byli w stanie zabić siedemdziesiąt milionów ludzi. Cicha większość była w tym nieistotna. Jeśli spojrzysz na Japonię przed II wojną światową, większość Japończyków też chciała żyć w pokoju. A jednak Japończycy niczym rzeźnicy wyrąbali sobie drogę przez Azję Wschodnią, zabijając dwanaście milionów ludzi, głównie bagnetami i łopatami. Chcąca żyć w pokoju większość znów była nieistotna[1].

I o tych właśnie nierozwiązywalnych dylematach nawiedzających każdy konflikt jest niniejsza książka. Jej tytułem nie mogło być żadne inne hasło, sprytne spostrzeżenie czy paradoks. Jej tytułem musi być myśl, która przebiega zapewne przez głowę każdego, kto naciska spust, strzelając do żołnierza czy cywila. Każdego, kto detonuje bombę w środku gęstego tłumu czy odpala pocisk w kierunku budynku pełnego ludzi nieświadomych tego, że za kilka sekund przestaną żyć.

"Oni albo my". A więc my.

Nota: prawidła podejmowania decyzji co do wszczynania wojen są omówione w eseju "Kiedy musimy wszcząć wojnę..." na s. 103.

Stan gry

W historii ludzkości nie było mocarstwa stabilniejszego i bardziej samowystarczalnego niż współczesne Stany Zjednoczone. W historii ludzkości nie było imperium bardziej uzależnionego w przetrwaniu od zasobów zewnętrznych niż współczesna Chińska Republika Ludowa.

W trzeciej dekadzie XXI wieku oba mocarstwa w zupełnie jawny sposób ustawiają się i dostrajają nawzajem do swoich ruchów, szykując się do starcia o dominację w najbliższych dekadach. To konflikt egzystencjalny, który przynajmniej przez decydentów w Pekinie postrzegany jest jako gra o sumie zerowej - mój zysk jest stratą tamtego.

Co ten konflikt oznacza dla Europy, Polski i dla każdego z nas? Ta książka zawiera obraz mentalny, dzięki któremu odpowiedź stanie się jasna.

Jako autor pytań retorycznych, hipotez i tez stawianych w tej książce opieram się na swojej wnikliwej i praktycznej znajomości mentalności chińskiej, ale przede wszystkim na długich studiach nad chińską kulturą państwotwórczą i strategiczną, która kształtowała się od czasów głębokiej chińskiej starożytności dwa i pół tysiąclecia temu.

Trzecim elementem zestawu "cech specjalnych" niżej podpisanego autora jest pełna niezależność od wpływu uczestnictwa w debacie geopolitycznej i propagowaniu narracji geopolitycznych na obszarze szeroko pojętego Zachodu oraz w Polsce. Mówiąc prosto, długotrwałe rezydowanie na Tajwanie daje mi odporność na wszelkie naciski ideologiczne czy inne próby wpłynięcia na treść i formę głoszonych przeze mnie opinii oraz twierdzeń. Swoją misję jako autora niniejszej książki postrzegam jako wspólne z Czytelnikami poznawanie prawideł, którymi rządzi się bezpardonowa geopolityczna gra o przetrwanie.

Rekonceptualizacje

"Percepcja jest wszystkim". Tak brzmi motto mojej książki o teorii i praktyce oddziaływania na bieg zdarzeń. To proste twierdzenie jest odpowiednikiem chińskiej maksymy "zaatakuj umysł przeciwnika", która jest myślą przewodnią dla adeptów chińskiej sztuki podstępu. W myśl porad zawartych w starożytnych chińskich traktatach przeciwnika należy omamić, ogłupić i odciąć od źródeł danych pozwalających mu adekwatnie reagować na wymierzone weń zagrożenia.

Wracamy na Zachód. Płk Włodzimierz Sokołowski, były agent polskiego wywiadu znany jako poczytny pisarz Vincent Severski, stwierdził, dokładając swój głos do wiecznego chóru wyrażającego tę samą myśl: "w pracy wywiadu kluczowe jest definiowanie zagrożeń". Spostrzeżenie to sprowadza się do prostej obserwacji, że zagrożenie dostrzegamy tylko wtedy, gdy potrafimy je skonceptualizować i rozpoznać jako akt wojny.

Teraz przechodzimy do esencji tej książki, która jest starannie skomponowaną symfonią wizji i rekonceptualizacji.

Nie będzie walnej bitwy

Oczekujemy walnej konfrontacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Wypatrywanie takiej wojny to podwójnie błędna percepcja. Oto główne przesłanki tej tezy.

Chińczycy są uwarunkowani kulturowo do unikania działań ryzykownych. Jest to m.in. wpływ filozoficznej koncepcji kroczenia Drogą Środka (chiń. zhongyong ??). Oddziaływania ekstremalne mogą prowadzić do wywołania nieprzewidywalności lub nieprzewidywalnego załamania się wcześniej ustabilizowanych trendów. Nawet w zachodniej myśli wojskowej istnieje dobrze ugruntowana obserwacja, wedle której rezultaty walnych bitew są trudno przewidywalne.

Szczytem finezji i sprawności chińskiego stratega jest doprowadzić przeciwnika do upadku bez toczenia wojny. Atakuje się więc nie umocnione twierdze, ale linie zaopatrzeniowe. Nie uzbrojoną po zęby armię, lecz wrogie społeczeństwo, którego kolektywny wysiłek wysyła tę armię na wojnę.

O takim sposobie wygrywania wojen, których pewne teatry działań współcześnie nazywamy wojnami informacyjnymi, powiemy sobie w części III niniejszej książki.

Cel strategiczny Chin

Myślimy naiwnie, że celem Chin jest rzucenie rękawicy aktualnemu hegemonowi - Stanom Zjednoczonym. Nie, nie jest.

Pojedynek o przywództwo to archetyp, który jest z punktu widzenia Chin oczywistym samobójstwem. Chiny nie mają i mieć nie będą potencjału militarnego, który by dorównał amerykańskiej machinie wojennej. Nie mają i nie muszą mieć.

Celem Pekinu jest zbudowanie alternatywnego i autarkicznego (samowystarczalnego) systemu gospodarczego, który byłby możliwie w pełni niezależny od oddziaływań Waszyngtonu. Realizacją tego celu jest projekt Jednego Pasa i Jednej Drogi (in. Nowy Jedwabny Szlak). Jego przeznaczenie jest podwójne: stworzyć spójny sojusz Niemiec (zaawansowane technologie przemysłowe), Rosji (surowce energetyczne) i Chin (siła geopolityczna i moce produkcyjne).

Ale w mrokach nieznanej przyszłości rysuje się zupełnie inny cel. Cel na pozór mniej ambitny, ale w rzeczywistości ambitniejszy ponad wyobrażenie. Dr Jacek Bartosiak sformułował go jako "cofnięcie skutków wielkich odkryć geograficznych", które miały miejsce pięć stuleci temu.

Zrekonceptualizujmy ten zamiar. Chodzi o zakończenie globalnej dominacji Europejczyków - tych na "półwyspie europejskim" i tych w Nowym Świecie.

W tej rozgrywce chodzi i o prestiż, i o zdolność pozyskiwania zasobów. Musimy tu pamiętać o tym, że tożsamość chińska w oficjalnej narracji KPCh (Komunistycznej Partii Chin) definiowana jest etnicznie. Musimy pamiętać, że jednym z głównych mitów energetyzujących[2] w propagandzie KPCh jest zmazanie upokorzenia po tzw. stuleciu hańby, czyli upadku państwowości chińskiej w XIX wieku - co przejawiało się przegranymi wojnami opiumowymi i "interwencjami" mocarstw kolonialnych.

Chiński docelowy porządek świata jest porządkiem, w którym Zachód i jego wartości nie mają nic do powiedzenia i nie dysponują sprawczością konieczną do tego, aby pozyskać wszelkie surowce i energię niezbędne do budowania geopolitycznej siły.

Geopolityczne judo

Wiecznym prawidłem geopolityki jest to, że wielkie mocarstwa szukają samowystarczalności. Ta samowystarczalność to zdolność zapewniania sobie zasobów do przetrwania: energii, surowców mineralnych, odpowiednio zmotywowanej ludności, która gotowa jest do ciężkiej pracy celem zbudowania godnej i dostatniej przyszłości dla kolejnych pokoleń. Sprawę tę wyjaśniają pierwsze dwa zdania tego tekstu.

Obecnie Chiny sprowadzają 80 procent energii zużywanej przez przemysł i ludność. Natomiast Stany Zjednoczone dzięki wdrożeniu technologii wydobycia węglowodorów z łupków są eksporterami ropy i gazu netto.

Od trzech dekad Chińczycy stają na głowie, aby zbudować swoją suwerenność surowcową. Od trzech dekad Waszyngton staje na głowie, by uniezależnić swoją gospodarkę od wszelkich potencjalnych perturbacji w globalnych łańcuchach dostaw. Na tym froncie Chiny są w sytuacji wręcz katastrofalnej - ich surowce, energia i produkty poruszają się po szlakach morskich całkowicie odsłoniętych i podatnych na wszelkie niespodzianki takie jak sankcje czy działania US Navy. Natomiast w lipcu 2023 roku po cichutku i bez rozgłosu doprowadziły do czegoś, co powinno być wręcz wykute w granicie na pierwszych stronach wykonanych z papieru gazet. Otóż po raz pierwszy wartość towarów przywożonych do USA z Meksyku była większa niż tych przywożonych z Chin. A Chiny? Przywołajmy przekornie, a może nawet złośliwie, sytuację Cesarstwa Japońskiego w przededniu II wojny światowej. Kraj samurajów 80 procent zużywanej przez siebie ropy importował nie skądinąd jak właśnie ze Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Samowystarczalność jest wszystkim.

Mokry sen chińskich decydentów

W czasach historycznych dostęp do kompletu zasobów niezbędnych do podtrzymania istnienia mocarstwa był możliwy tylko dla państw wielkich. Nie było miejsca dla małych narodów i grup etnicznych mogących aspirować do własnej państwowości.

Dzisiaj w przypadku jakichkolwiek eskalacji militarnych Chiny są całkowicie zdane na łaskę i niełaskę Amerykanów, którzy mają do swojej dyspozycji jedenaście zespołów uderzeniowych lotniskowców.

Przywołajmy przykład Niemiec w przededniu I wojny światowej. Brytyjska blokada morska odcinała Niemcy od dostaw azotanów z Ameryki Południowej, które wszystkim europejskim mocarstwom były potrzebne do produkcji materiałów wybuchowych i produkcji żywności. Niemcy nie miały też własnych zasobów ropy naftowej. Dwie niemieckie przełomowe technologie, proces syntezy benzyny z węgla oraz synteza amoniaku[3], sprawiły, że Niemcy były w stanie rzucić wyzwanie imperium brytyjskiemu, a potem przez cztery lata kontynuować wojnę. W przypadku III Rzeszy i II wojny światowej podobną rolę odegrała benzyna syntetyczna. Bez wspomnianych technologii Niemcy nie miałyby szans w rozgrywce z "narodami anglojęzycznymi".

Dla egzystencjalnie uzależnionych od energii węglowodorowej Chin Świętym Graalem jest technologia pozyskiwania energii, która w podobny sposób, co Niemcom w pierwszej połowie XX wieku, da Chinom energię, której dostaw Amerykanie nie będą w stanie odciąć.

I tu przechodzimy do sedna współcześnie toczonych geopolitycznych rozgrywek. Odpowiednikiem wymarzonych technologii energetycznych jest dla Chin po prostu dostęp do energii z wnętrza kontynentu azjatyckiego. To oczywiście zasoby rosyjskie, ale przede wszystkim to potężne zasoby zalegające w basenie Morza Kaspijskiego i jego okolicach. Dostęp do tych zasobów stanie się już w najbliższych latach centralnym i krytycznym teatrem geopolitycznych przepychanek.

Największy sekret amerykańskiego imperium trzeciej dekady XXI wieku

Pax Americana to kontrola globalnego systemu dystrybucji energii. Przed pojawieniem się technologii łupkowych Waszyngton musiał wejść w sojusz z największym producentem ropy naftowej - Arabią Saudyjską. Łatwość zwiększania i zmniejszania produkcji saudyjskiej ropy przekładała się na zdolność regulowania cen.

W dobie ropy i gazu ziemnego z łupków Amerykanie nie potrzebują zewnętrznego narzędzia sterowania światowym systemem dystrybucji energii. Energii - dodać należy - dla której nie ma i długo jeszcze nie będzie dobrej alternatywy.

To, że Ameryka po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat stała się eksporterem ropy i gazu ziemnego, dało jej odporność m.in. na wszelkie perturbacje na Bliskim Wschodzie. Inaczej: zarówno Chiny, jak i sojusznicy Waszyngtonu są egzystencjalnie zależni od utrzymania pokoju w skali globalnej. Amerykanie są natomiast na wszelkie takie perturbacje zasadniczo odporni.

Pytanie na wagę trwania i przetrwania wielkich mocarstw jest takie: Na ile jeszcze lat Stanom Zjednoczonym wystarczą zasoby z łupków? Ten, kto zna odpowiedź, będzie wiedzieć, do kiedy Stany Zjednoczone nie odczują geopolitycznych skutków wycofania swojej zdolności oddziaływania na Bliskim Wschodzie.

"Nie z hukiem, ale ze skomleniem"[4]

Walna bitwa czy powolna degeneracja? Tytaniczne starcie czy wojna domowa? W dobie, w której nikt nie wypowiada wojen, a walkę o zasoby toczy się skrycie, unikając odpowiedzialności historycznej i materialnej, oczywiste odpowiedzi są te drugie. Los współczesnego porządku świata przesądzi się zdarzeniami, które będą poza zasięgiem percepcji przeciętnego zjadacza chleba (lub ryżu). Zamierzony przez chińskich strategów efekt, a więc zakończenie dominacji Zachodu, będzie zdarzeniem nieodróżnialnym od naturalnych procesów rozpadu wewnętrznego.

To właśnie takie pokonywanie przeciwnika jest esencją wojen toczonych w chińskiej starożytności. To właśnie takie pokonywanie przeciwnika jest esencją koncepcji "wojny nieograniczonej", którą zarysowało dwóch chińskich analityków wywiadu w książce o tym tytule. Od właśnie tej książki zaczniemy przegląd teatrów zmagań o przetrwanie, które toczą dwa mocarstwa, dwie cywilizacje, dwie rasy. Dwa potężne homeostaty walczące o przetrwanie - jeden kosztem drugiego.

Piotr Plebaniak

Hualian, Tajwan

grudzień 2023