One Last Shot - Betty Cayouette

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AU­TORKI

Przez kilka lat zma­ga­łam się z kon­se­kwen­cjami na­pa­ści sek­su­al­nej. Nie po­tra­fi­łam wy­obra­zić so­bie ży­cia, w któ­rym nie my­śla­ła­bym bez prze­rwy o tym, co mnie spo­tkało. Póź­niej jed­nak - z po­mocą te­ra­pii oraz wspie­ra­ją­cych przy­ja­ciół i ro­dziny - na­wet nie do końca świa­do­mie zo­sta­wi­łam to za sobą. Stało się to czę­ścią prze­szło­ści, która wpły­nęła na to, kim je­stem, ale która prze­stała być moją co­dzienną rze­czy­wi­sto­ścią. Te­raz pro­wa­dzę szczę­śliwe, sa­tys­fak­cjo­nu­jące ży­cie, mam ko­cha­ją­cych przy­ja­ciół i ro­dzinę, wspa­niałą wspól­notę czy­tel­ni­czą w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i pi­szę po­wie­ści, które są dla mnie ważne.

Dla bar­dzo, bar­dzo wielu in­nych ko­biet do­świad­cze­nie prze­mocy sek­su­al­nej jest rze­czy­wi­sto­ścią. We­dług nie­któ­rych sta­ty­styk 97 pro­cent ko­biet pada ofiarą ja­kiejś formy mo­le­sto­wa­nia sek­su­al­nego, a 33 pro­cent ko­biet do­świad­cza prze­mocy sek­su­al­nej. Do­kład­nych da­nych ni­gdy nie po­znamy, po­nie­waż więk­szość ko­biet nie zgła­sza tego, co im się przy­tra­fia. Z mo­jego do­świad­cze­nia wy­nika jed­nak, że rzadko można spo­tkać ko­bietę, która nie do­świad­czyła ja­kiejś formy mo­le­sto­wa­nia lub prze­mocy na tle sek­su­al­nym. Na szczę­ście ozna­cza to, że wiele wspa­nia­łych, ra­do­snych, nie­zwy­kłych ko­biet zdo­łało po­ra­dzić so­bie z tym trau­ma­tycz­nym prze­ży­ciem.

Na­pi­sa­łam One Last Shot, po­nie­waż chcia­łam stwo­rzyć fajną, sek­sowną, ro­man­tyczną opo­wieść, w któ­rej na­paść sek­su­alna jest czymś, co przy­da­rza się głów­nej bo­ha­terce... ale nie sta­nowi ośrodka fa­buły. Moja bo­ha­terka Emer­son wie­dzie fan­ta­styczne ży­cie. Jest su­per­mo­delką, ma tro­skli­wych przy­ja­ciół i za­mie­rza od­no­wić kon­takt z męż­czy­zną, który był jej pierw­szą mi­ło­ścią. Prze­moc, któ­rej do­świad­czyła jako młoda ko­bieta, wpły­nęła na to, jaką stała się osobą, choć sta­nowi tylko je­den z ele­men­tów jej prze­szło­ści, a nie ol­brzy­mią część co­dzien­nego ży­cia. Po­zwo­li­łam, by na­paść sek­su­alna po­zo­stała pa­skudną, zmie­nia­jącą ży­cie i kom­pli­ku­jącą wszystko czę­ścią jej prze­szło­ści, jaką była rów­nież dla mnie i dla wielu in­nych ko­biet. Ale One Last Shot opo­wiada nie o tym, tylko o nie­zwy­kłej hi­sto­rii mi­ło­snej.

Prze­moc sek­su­alna nie zo­stała opi­sana na kar­tach One Last Shot, sta­nowi jed­nak część hi­sto­rii Emer­son. Chcia­łam zwró­cić uwagę na to, jak trudne jest to do­świad­cze­nie, jak od­dzia­łuje na ży­cie wielu osób, nie tylko głów­nej bo­ha­terki. Na­paść wpływa na nią oraz na jej re­la­cję z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Theo i na jego dal­sze losy. Prze­moc sek­su­alna zmie­nia ży­cie nie tylko osoby, która jej do­świad­cza, lecz także jej przy­ja­ciół i ro­dziny - i to rów­nież chcia­łam po­ka­zać, nie re­zy­gnu­jąc jed­nak z ob­da­rze­nia bo­ha­te­rów sek­sowną, ro­man­tyczną hi­sto­rią mi­ło­sną.

Mam na­dzieję, że czy­ta­nie tej książki i przy­glą­da­nie się wspa­nia­łemu ży­ciu bo­ha­te­rów, któ­rzy do­świad­czyli kon­se­kwen­cji na­pa­ści sek­su­al­nej, sprawi, że osoby, które prze­żyły ja­ką­kol­wiek formę mo­le­sto­wa­nia lub prze­mocy sek­su­al­nej, po­czują się do­strze­żone i pod­nie­sione na du­chu. Bo choć prze­moc sek­su­alna zmie­niła moją hi­sto­rię, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku sta­nowi tylko je­den z roz­dzia­łów ży­cia.

ROZ­DZIAŁ 1

EMER­SON

Za­wsze so­bie wy­obra­ża­łam, że mo­gła­bym wy­stą­pić w jed­nej z tych ko­me­dii ro­man­tycz­nych, które oglą­da­łam w mło­do­ści. Ja rów­nież by­łam tą nie­zdarną, skrę­po­waną dziew­czyną, która miała na­dzieję, że mimo wszystko ja­kimś cu­dem znaj­dzie so­bie chło­paka. Te­raz jed­nak je­stem już po sce­nie me­ta­mor­fozy, a wciąż nie od­na­la­złam mi­ło­ści. W za­mian za to sta­ram się udo­wod­nić, że pewna teo­ria na te­mat mo­jego obec­nego chło­paka jest fał­szywa, co samo w so­bie w ja­kiś spo­sób do­wo­dzi, że ten zwią­zek jest ska­zany na po­rażkę. Każdy z mo­ich związ­ków koń­czył się w dość spek­ta­ku­larny spo­sób.

Wstaję z ka­napy - śnież­no­bia­łego, skó­rza­nego na­roż­nika marki West Elm - którą Josh ku­pił, kiedy pod­pa­trzył, jak za­pi­suję so­bie zdję­cie tej sofy na In­sta­gra­mie. Ro­man­tycz­nie, prawda? Tylko że nie zno­szę śnież­no­bia­łych me­bli i na­wet mu o tym po­wie­dzia­łam. Za­pi­sa­łam to zdję­cie z my­ślą o swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce Geo­r­gii. Poza tym wtedy spo­ty­ka­li­śmy się do­piero od ty­go­dnia. Trzeba być bar­dzo pew­nym sie­bie, żeby już na tym eta­pie wy­bie­rać me­ble. Pod­cho­dzę do re­gału i wy­cią­gam jedną ze swo­ich ulu­bio­nych ksią­żek. The Ob­ject of My Af­fec­tion Ste­phena McCau­leya. To star­szy ty­tuł, ale też fan­ta­styczna lek­tura, która zo­stała świet­nie ze­kra­ni­zo­wana. Josh przy­sięga, że prze­czy­tał wszyst­kie książki, które stoją na tym re­gale, ale nie­dawno za­uwa­ży­łam, że kiedy py­tam o któ­rąś z nich, za­wsze znaj­duje spo­sób na zmianę te­matu.

- Kotku? Czy­ta­łeś to? - Od­wra­cam książkę okładką w jego stronę. Josh gra dla Red So­xów i kiedy się po­zna­li­śmy, mia­łam na­dzieję, że to wła­śnie on okaże się Tym Je­dy­nym. Ma­te­ria­łem na męża, kimś, dla kogo warto la­tać przez sześć mie­sięcy z Los An­ge­les do Bo­stonu, żeby się le­piej po­znać.

- A, tak, uwiel­biam to. Jedna z naj­lep­szych ksią­żek. - Josh wstaje i do­łą­cza do mnie przy re­gale, a po­tem obej­muje mnie w ta­lii i przy­ciąga bli­żej.

- Nie­dawno do niej wró­ci­łam i nie mogę prze­stać my­śleć o tym zwro­cie ak­cji na ko­niec. Co o tym są­dzisz? - Ob­ra­cam się do niego, na­dal z książką w dło­niach, i pa­trzę wy­cze­ku­jąco.

Josh przy­ciąga mnie do dłu­giego po­ca­łunku, jedną ręką za­biera mi po­wieść i wrzuca ją z po­wro­tem na półkę. Nie od­sta­wia na miej­sce, tylko kła­dzie nie­dbale na in­nych książ­kach. Po­tem uwol­nioną dło­nią ła­pie mnie za brodę, cho­ciaż do­brze wie, że tego nie zno­szę. Już pra­wie czuję, jak w miej­scu, w któ­rym jego palce do­ty­kają mo­jej twa­rzy, ro­bią się krostki. Od­su­wam się de­li­kat­nie.

- Kotku, zwrot ak­cji. Co o nim są­dzisz?

- To­tal­nie szo­ku­jący - mam­ro­cze pro­sto w moje usta i przy­ci­ska się z po­wro­tem do mnie. - Naj­lep­sza część książki.

- Czyli na­prawdę się zdzi­wi­łeś, kiedy wzięli tego ko­le­sia jako za­kład­nika?

- No pew­nie. Świetne za­koń­cze­nie. - Jego druga ręka za­czyna wę­dro­wać ni­żej. Od­su­wam się gwał­tow­nie. Wie­dzia­łam.

- Josh, to ko­me­dia ro­man­tyczna, tam nie ma za­kład­ni­ków. Wie­dział­byś o tym, gdy­byś ją prze­czy­tał. - Wpa­truję się w niego in­ten­syw­nie. - Czy­ta­łeś któ­rą­kol­wiek z tych ksią­żek? Za każ­dym ra­zem, kiedy pró­buję z tobą o nich po­roz­ma­wiać, wy­my­ślasz coś, żeby zmie­nić te­mat, albo po pro­stu mnie ca­łu­jesz!

Krzy­żuję ręce na piersi, tak by wi­dział, że ocze­kuję od­po­wie­dzi. On wzdy­cha i prze­biega wzro­kiem po pół­kach, pew­nie w po­szu­ki­wa­niu książki, na pod­sta­wie któ­rej oglą­dał film.

- Josh, po pro­stu po­wiedz mi prawdę.

Cen­tralną ścianę jego sa­lonu zaj­muje wy­soki od pod­łogi do su­fitu re­gał, za­peł­niony książ­kami, wśród któ­rych znaj­dują się rów­nież moje ulu­bione ty­tuły. Kiedy we­szłam do tego miesz­ka­nia po raz pierw­szy pod­czas im­prezy syl­we­stro­wej i zo­ba­czy­łam tę nie­sa­mo­witą kon­struk­cję pełną ksią­żek, wie­dzia­łam, że mu­szę po­znać wła­ści­ciela. Po roz­sta­niu z ak­to­rem, który nie czy­tał do końca na­wet wła­snych sce­na­riu­szy, by­łam go­towa na zwią­zek z kimś, kto po­dziela moją pa­sję do lek­tury. My­śla­łam, że będę mo­gła roz­ma­wiać z nim o książ­kach, które po­chła­niam w ciągu dnia, a może na­wet dzie­lić się po­my­słami na po­wie­ści, które przy­cho­dzą do mnie w nocy.

Źle my­śla­łam.

Wi­dzę, jak Josh się ła­mie, a po­tem zmie­nia stra­te­gię.

- Skar­bie, prze­pra­szam, że cię okła­ma­łem. - Bie­rze mnie za rękę i pro­wa­dzi z po­wro­tem do ka­napy. - Tak bar­dzo się cie­szy­łaś, że mamy ta­kie same za­in­te­re­so­wa­nia, więc po­my­śla­łem, że nie skła­mię za bar­dzo, je­śli ci po­wiem, że prze­czy­ta­łem więk­szość, bo na­prawdę chcia­łem je prze­czy­tać, żeby zdo­być twoje serce.

- I co, za­czą­łeś czy­tać? - Może jed­nak coś z tego bę­dzie. Ści­skam jego szorstką dłoń w swo­jej, wy­pie­lę­gno­wa­nej. Hy­bryda co dwa ty­go­dnie nisz­czy mi pa­znok­cie, ale kiedy już ją zro­bię, za­wsze wy­glą­dają nie­ska­zi­tel­nie, a zda­niem mo­jego agenta tylko to się li­czy.

- Nie za bar­dzo. By­łem strasz­nie za­jęty tre­nin­gami. - Josh rzuca tę­skne spoj­rze­nie na swoją do­mową si­łow­nię, tak jakby wo­lał być te­raz tam i po raz trzeci tego dnia wy­ci­skać sztangę na ławce, za­miast ze mną roz­ma­wiać.

- Prze­czy­ta­łeś cho­ciaż jedną? - Josh krzywi się na to py­ta­nie, ale ja na­ci­skam da­lej. Mu­szę zna­leźć co­kol­wiek, co go uspra­wie­dliwi, może wtedy będę w sta­nie za­po­mnieć, że mnie okła­mał. Nasz zwią­zek tego po­trze­buje, je­śli ma prze­trwać. - Czy to są książki z two­jej li­sty "do prze­czy­ta­nia"?

- Wła­ści­wie to moja pro­jek­tantka ku­piła je na tę im­prezę, na któ­rej się po­zna­li­śmy. Przy­szła do mnie mama i za­uwa­żyła, że miesz­ka­nie wy­gląda... hm, po­wie­działa, że płytko, ale "dziw­nie" to chyba lep­sze słowo... no więc za­uwa­żyła, że wy­gląda dziw­nie, bo wtedy na pół­kach stały tylko moje pu­chary. Po im­pre­zie mia­łem za­miar od­dać to wszystko na ma­ku­la­turę, żeby po­sta­wić z po­wro­tem swoje rze­czy, ale dzięki tym książ­kom po­zna­łem cie­bie, więc uzna­łem, że warto je za­trzy­mać. - Uśmie­cha się na ko­niec, tak jakby po­wie­dział coś ro­man­tycz­nego, a tym­cza­sem wła­śnie dał mi do zro­zu­mie­nia, że za­mie­rzał wy­słać książki warte z sześć ty­sięcy do­la­rów na śmierć.

- Na ma­ku­la­turę? - Z tru­dem opa­no­wuję głos. - Prze­cież to jest ze czte­ry­sta to­mów w twar­dej opra­wie. Mógł­byś je przy­naj­mniej ko­muś prze­ka­zać.

- A kto by chciał aż tyle ksią­żek? - Wy­gląda na szcze­rze zdzi­wio­nego. Czy on ni­gdy nie sły­szał o bi­blio­te­kach?

To ko­niec. Spa­dam stąd.

- Josh, wy­daje mi się, że nic z tego nie bę­dzie. - On otwiera usta na znak sprze­ciwu.

- Cze­kaj, nie ro­zu­miem - za­czyna bła­gal­nie. Prze­cze­suje szorstką dło­nią swoje krę­cone włosy. - Skar­bie, po­roz­ma­wiajmy o tym. Wy­bierzmy się na wa­ka­cje. Mo­żemy po­je­chać do Cabo, od­po­cząć, prze­ga­dać to. Ku­pię ci ko­lejną par­tię ksią­żek za sześć koła, a te tu­taj mo­żesz ko­muś prze­ka­zać. - Przy tych ostat­nich sło­wach krzywi się scep­tycz­nie, ale za­raz bie­rze mnie za rękę. - To jest to, czego chcę. Cie­bie chcę. A to tylko ja­kaś pier­doła, mo­żemy ją ra­zem prze­pra­co­wać.

De­li­kat­nie uwal­niam rękę z uści­sku Jo­sha.

- Josh, nie wy­daje mi się, żeby to była mi­łość. Nie taka praw­dziwa, a już na pewno nie na za­wsze. Przy­kro mi, ale jesz­cze znaj­dziesz ko­goś, kto bę­dzie dla cie­bie ide­alny.

Zbie­ram się w nie­całą mi­nutę. Za­wsze mam spa­ko­waną wa­lizkę, bo w każ­dej chwili mu­szę być go­towa do wy­jazdu na se­sję zdję­ciową. Przy­staję na mo­ment, żeby się po­że­gnać, ale Josh od­wraca się gniew­nie i pię­ścią wy­bija dziurę w ścia­nie, przez co zrzuca na pod­łogę kilka ra­mek ze zdję­ciami. Jego asy­stentka na pewno za­dba o to, żeby ju­tro wie­czo­rem nie było po tym śladu. A ja na pewno po­stę­puję wła­ści­wie. Wa­lizka su­nie za mną ci­cho, jakby chciała usza­no­wać moje po­czu­cie wstydu, ja tym­cza­sem de­li­kat­nie za­my­kam za sobą drzwi, od­su­wa­jąc na bok strza­skane zdję­cie nas dwojga na za­wo­dach World Se­ries. Ta fo­to­gra­fia bę­dzie za­pewne jedną z wielu, któ­rymi ma­ga­zyn "Pe­ople" zi­lu­struje swoje ju­trzej­sze, nie­unik­nione do­nie­sie­nia na te­mat mo­jego ży­cia mi­ło­snego. Już wi­dzę ten na­głó­wek: Rzut oka na pełną hi­sto­rię związ­ków zna­nej uwo­dzi­cielki i su­per­mo­delki Emer­son.

Niby nie­ważne, jak o to­bie mó­wią, by­leby mó­wili, ale ten je­den raz wo­la­ła­bym za­cho­wać swoją po­rażkę dla sie­bie. Miło by­łoby wyjść z domu bez ma­ki­jażu i nie czy­tać po go­dzi­nie ar­ty­ku­łów o tym, że prze­ży­wam kry­zys. Za­po­mnia­łam już, co to na­tu­ral­ność. Mu­szę zwra­cać uwagę na każdy skra­wek sie­bie, który po­ka­zuję lu­dziom, bo kiedy już pój­dzie w świat, prze­staje na­le­żeć do mnie, a staje się czę­ścią mo­jego wi­ze­runku pu­blicz­nego. Wiem, że nie po­win­nam na­rze­kać na ciemne strony branży, bo to wła­śnie ona wraz z moim wy­glą­dem dały mi sławę, a sława dała mi sta­bil­ność. Czyli coś, za czym tę­sk­ni­łam przez całe dzie­ciń­stwo. Sta­ram się więc przyj­mo­wać ją z do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza.

***

W chwili, w któ­rej sia­dam na łóżku ho­te­lo­wym, prze­staję dbać o po­stawę. Za­wsze z przy­jem­no­ścią za­okrą­glam ra­miona, gdy zo­staję w po­koju sama, uwol­niona od cię­żaru spoj­rzeń wszyst­kich do­okoła. Nie gar­bi­łam się przy in­nych już od de­kady, od­kąd sta­łam się Emer­son bez na­zwi­ska, a Emer­son stała się marką. Moja ka­riera to moje ży­cie, ale dba­nie o ide­alny wy­gląd nie prze­staje mnie mę­czyć. Wszy­scy fa­ceci, z któ­rymi by­łam, uwiel­biali moją "po­stawę ba­let­nicy", tak samo jak uwiel­biają ją agenci i klienci, co ozna­cza jed­nak, że ni­gdy nie mogę się w pełni zre­lak­so­wać. Ale to nic. To zu­peł­nie nic nie szko­dzi. A przy­naj­mniej tak so­bie po­wta­rzam.

Kulę się nad te­le­fo­nem i za­czy­nam bez­myśl­nie prze­glą­dać me­dia spo­łecz­no­ściowe, a przed oczami prze­myka mi nie­koń­czący się stru­mień zdjęć in­nych mo­de­lek i ce­le­bry­tek. Na­uczy­łam się już nie wzdra­gać, kiedy na­tra­fiam na wła­sną twarz w ja­kiejś re­kla­mie. Je­stem na tych zdję­ciach, ale wcale nie mam po­czu­cia, że to rze­czy­wi­ście ja. Jed­nak po paru mi­nu­tach - a może po ca­łej go­dzi­nie, bo trudno mi śle­dzić upływ czasu, kiedy zo­staję we­ssana w ogłu­pia­jący in­sta­gra­mowy wir - za­mie­ram w trak­cie scrol­lo­wa­nia i wpa­truję się w po­wia­do­mie­nie, które wy­sko­czyło mi na ekra­nie.

"Przy­po­mnie­nie: je­śli w wieku 28 lat nie bę­dziesz miała męża, wy­cho­dzisz za Theo! Zo­stał ci ty­dzień ;)".

Theo.

Żo­łą­dek mi się kur­czy. Nie mogę uwie­rzyć, że za­po­mnia­łam o tym pak­cie.

Nie roz­ma­wia­łam z Theo od dzie­się­ciu lat. Na samą myśl o nim czuję kilka emo­cji, które usi­łują się ze mnie wy­do­być. Żal, tę­sk­notę, wstyd. Był moją pierw­szą mi­ło­ścią, a może i ostat­nią. Cza­sem wy­daje mi się, że je­stem cał­ko­wi­cie za­ko­chana w męż­czyź­nie, z któ­rym się aku­rat spo­ty­kam, a po­tem przy­po­mi­nam so­bie, co mia­łam przez mo­ment z Theo, i za­czy­nam wąt­pić, że kie­dy­kol­wiek na­prawdę po­ko­cham ko­goś in­nego. Od cza­sów li­ceum go­nię za tym, co przy nim czu­łam. Za tym, jak się ro­zu­mie­li­śmy, za tym, jak od­czy­ty­wał moje my­śli, jesz­cze za­nim wy­po­wie­dzia­łam je na głos, za tym, jak na mnie pa­trzył - na mnie, a nie na po­je­dyn­cze czę­ści mo­jego ciała, któ­rymi je­stem re­kla­mo­wana. Dla niego by­łam Emer­son Grey.

Na­wet w ostat­niej kla­sie, kiedy mia­łam już na kon­cie kilka więk­szych kam­pa­nii, a szepty, które nio­sły się za mną po szkol­nych ko­ry­ta­rzach, prze­stały być de­pre­cjo­nu­jące, jemu za­le­żało tylko na tym, że­bym była szczę­śliwa. Pod­czas gdy moja mama zga­dzała się w ciemno na każdą kam­pa­nię, na którą chciał mnie wy­sy­łać agent, Theo któ­re­goś razu za­uwa­żył, że szkoda mi re­zy­gno­wać z im­prezy hal­lo­we­eno­wej w Sa­lem na rzecz zle­ce­nia dla Urban Out­fit­ters. Za tym, co mó­wi­łam, do­strzegł to, co czu­łam, a na­stęp­nie za­ofe­ro­wał, że za­dzwoni do agenta i po­da­jąc się za mo­jego ojca, oznajmi mu, że za­cho­ro­wa­łam na grypę. Spę­dzi­li­śmy po­tem cu­downy ty­dzień na przy­go­to­wy­wa­niu bliź­nia­czych, zu­peł­nie bez­na­dziej­nych szkie­le­to­wych ko­stiu­mów. To było o wiele faj­niej­sze niż sztywna se­sja fo­to­gra­ficzna.

Przy­po­mnie­nie mu­siało być za­pi­sane w chmu­rze, bo od tam­tych cza­sów już z mi­lion razy zmie­nia­łam te­le­fon, ale moje konto Ap­ple zo­stało ta­kie samo. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam o tym pak­cie. Kładę się na ple­cach na łóżku i przy­ci­skam te­le­fon do piersi. Za­war­li­śmy tę umowę jesz­cze w li­ceum, kiedy uwa­ża­li­śmy, że dwa­dzie­ścia osiem lat to późna sta­rość, a de­kada od ukoń­cze­nia szkoły bę­dzie trwać w nie­skoń­czo­ność. Oboje zro­bi­li­śmy wielki szum wo­kół usta­wia­nia po­wia­do­mień - pierw­sze miało wy­sko­czyć w dniu uro­dzin Theo, a dru­gie ty­dzień póź­niej, w dniu mo­ich uro­dzin. Śmia­li­śmy się, że dzięki temu bę­dziemy mieli ty­dzień na przy­go­to­wa­nie pro­wi­zo­rycz­nego we­sela. Uwa­ża­łam, że to bar­dzo ro­man­tyczne, jak fi­nał ko­me­dii, w któ­rej bo­ha­te­ro­wie oczy­wi­ście zo­stają w końcu parą, a ich przy­ja­ciele i ro­dzina cie­szą się, bo od po­czątku po­ta­jem­nie trzy­mali za nich kciuki.

Wpa­truję się w po­wia­do­mie­nie. To jest to pierw­sze, co ozna­cza, że dziś są uro­dziny Theo.

Za­po­mnia­łam o jego uro­dzi­nach. W li­ceum by­łoby nie do po­my­śle­nia, że­bym za­po­mniała, że­bym nie spę­dzała tego dnia ra­zem z nim. Ale nie je­ste­śmy już dziś tymi sa­mymi ludźmi, dzieli nas wiele ki­lo­me­trów i lat. Mi­nęła cała de­kada, od­kąd ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy. Przy­tła­cza mnie cię­żar tej my­śli. Nie tak wy­obra­ża­łam so­bie kie­dyś swoje ży­cie.

Ale je­śli to po­wia­do­mie­nie nie jest zna­kiem od wszech­świata, że nad­szedł czas, bym na­pra­wiła to, czego naj­bar­dziej w ży­ciu ża­łuję, to nie wiem, co mo­głoby nim być.

Z za­pa­łem śle­dzę ka­rierę Theo ze swo­jego fał­szy­wego konta, oglą­dam każdą re­la­cję, którą za­miesz­cza, ale dbam o to, żeby nie da­wać ser­duszka pod każ­dym po­je­dyn­czym po­stem. Przy­glą­dam się też uważ­nie zdję­ciom, na któ­rych jest ota­go­wany. Wiem, że fo­to­gra­fuje za­wo­dowo, ale rzadko ozna­cza marki. Czę­ściej wi­duję jego sio­strze­nice i sio­strzeń­ców niż jego sa­mego. Mimo to za­glą­dam na jego konto, kli­kam w naj­now­szy post i go­rącz­kowo po­szu­kuję bar­dziej szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji.

Więk­szość fo­to­gra­fii, które zda­rza mi się oglą­dać, nie robi na mnie wra­że­nia, jed­nak jego uję­cia są nie­zwy­kłe. Nie ota­go­wał marki, ale zdję­cia są śliczne, bar­dziej ar­ty­styczne niż te, które za­zwy­czaj robi się dla du­żych skle­pów. Cho­dzi na­wet nie tyle o to, że nie­dro­gie ciu­chy wy­glą­dają na nich świet­nie - i że Theo zdo­łał wkom­po­no­wać w fo­to­gra­fie wszystko od lam­pek cho­in­ko­wych po grzej­niki, które z pew­no­ścią rów­nież tra­fią na sprze­daż - ile ra­czej o to, że mo­delki zo­stały uchwy­cone w chwi­lach, gdy wy­glą­dają naj­praw­dzi­wiej i naj­pięk­niej. Nie spo­tka­łam in­nego fo­to­grafa, który po­tra­fiłby tak do­brze to zro­bić.

Ro­bię zrzut ekranu i wy­sy­łam go swo­jej asy­stentce Na­ta­lie.

"Mu­szę się jak naj­szyb­ciej do­wie­dzieć, dla kogo on te­raz fo­to­gra­fuje!!! Ja­kie ma na­stępne zle­ce­nie?"

Na­ta­lie po­trze­buje za­le­d­wie sied­miu mi­nut, żeby od­pi­sać, a mnie tym­cza­sem udaje się zna­leźć ota­go­wane zdję­cie sprzed trzech lat, które od­syła mnie na stronę marki An­them, a po jej do­głęb­nym prze­śle­dze­niu mam już pra­wie cał­ko­witą pew­ność, że znam od­po­wiedź. Moja asy­stentka to po­twier­dza.

"Theo Car­son fo­to­gra­fuje głów­nie dla marki An­them. Za dwa dni ro­bią se­sję do ko­lek­cji let­niej".

Dwa dni. Sia­dam i dzwo­nię do swo­jego agenta.

- Emer­son? - od­zywa się Matt. - Wszystko w po­rządku?

Krzy­wię się, sły­sząc zdzi­wie­nie w jego gło­sie. Ni­gdy do niego nie dzwo­nię, bo za­wsze chcia­łam być dla niego tą "ła­twą" dziew­czyną. Ła­twą do za­trud­nie­nia, ła­twą we współ­pracy, nie­ob­cią­ża­jącą go swo­imi oso­bi­stymi pro­ble­mami, jak ro­bią to nie­stety nie­które mo­delki. Ro­zu­miem, że uczu­cia nie po­ma­gają piąć się na szczyt. A ja wła­śnie tam zmie­rzam.

Wy­obra­żam so­bie, ja­kie sce­na­riu­sze mogą prze­bie­gać mu te­raz przez głowę. Nie­for­tunna wi­zyta u fry­zjera? Zbyt agre­sywny pe­eling che­miczny, przez który mo­gła­bym na ty­dzień wy­paść z obiegu? Za­tru­cie po­kar­mowe? Z za­tru­ciem po­kar­mo­wym by so­bie po­ra­dził.

- Hej! Prze­pra­szam, że dzwo­nię. - Na mo­ment za­mie­ram, nie­przy­zwy­cza­jona do tego, żeby go o co­kol­wiek pro­sić. Prze­krę­cam się na brzuch i za­czy­nam ba­wić się ner­wowo ko­smy­kiem wło­sów. Zro­biły się łam­liwe, bo cho­ciaż je­stem blon­dynką, mój ze­spół i tak upiera się przy roz­ja­śnia­niu, żeby zro­bić ze mnie ide­alną Ame­ry­kankę. Czas na za­bieg re­ge­ne­ra­cyjny.

- Co się dzieje? Emer­son?

- Prze­pra­szam cię, nic się nie dzieje - ją­kam się. - Hm, wła­ści­wie to za­sta­na­wia­łam się tylko, czy mógł­byś za­ła­twić mi zle­ce­nie dla ta­kiej jed­nej marki. To tro­chę co in­nego, niż zwy­kle ro­bię.

- Dla któ­rej marki? - Jego głos jest pod­szyty nie­po­ko­jem. Je­stem mo­delką high fa­shion i to jedną z jego naj­lep­szych. Re­gu­lar­nie po­zuję do kam­pa­nii ta­kich do­mów mody jak Cha­nel, Gucci, Va­len­tino, Prada. Ja­kieś sie­dem lat temu prze­sta­łam na­wet ro­bić zdję­cia do skle­pów in­ter­ne­to­wych high fa­shion, bo Matt upie­rał się, że to ob­niża war­tość mo­jego port­fo­lio, a wy­stępy na po­ka­zach ogra­ni­czam do mie­siąca mody.

- An­them? Szyją ra­czej na ry­nek ma­sowy, więc wiem, że to nie do końca moja bajka. Ale bar­dzo bym chciała po­pra­co­wać z ich ze­spo­łem, a poza tym mają parę świet­nych lo­ka­li­za­cji. - Wstrzy­muję od­dech. Stwier­dze­nie, że An­them szyje na ry­nek ma­sowy, to lek­kie nad­uży­cie. Tak na­prawdę jest to mo­loch typu Tar­get albo Macy's, który wy­pusz­cza po kilka ko­lek­cji ubrań rocz­nie, trudno ich na­wet na­zwać marką mo­dową. Ale to, co mó­wi­łam o pracy, którą wy­ko­nuje dla nich Theo, to prawda. Jego se­sje są cu­downe, bar­dziej ar­ty­styczne, niż mają prawo być, pełne pięk­nych ujęć i opo­wie­ści. Wy­no­szą An­them na zu­peł­nie inny po­ziom i spra­wiają, że zwy­kły sklep wy­gląda na miej­sce, w któ­rym chciałby ku­po­wać każdy, po­cząw­szy ode mnie, a skoń­czyw­szy na mo­jej ma­mie.

Wy­czu­wam przez te­le­fon na­ma­calną od­razę.

- An­them? To bez sensu. Prze­cież to po­grze­bie twoją ka­rierę, na­wet gdyby zro­bili cię twa­rzą marki.

- Trudno.

- To może od razu za­dzwo­nię do Wal­marta? Albo do in­nego su­per­mar­ketu? Nie za­ła­twię ci tego. - Naj­wy­raź­niej uznał, że cał­kiem zwa­rio­wa­łam.

- Matt, nie za­po­mi­naj, pro­szę, że teo­re­tycz­nie to ty pra­cu­jesz dla mnie. A je­stem prze­ko­nana, że z kam­pa­nii AMEX-u, któ­rej twa­rzą by­łam w ze­szłym roku, wy­cią­gną­łeś tyle, że mógł­byś już przejść na eme­ry­turę.

Wstrzy­muję od­dech. Ni­gdy do­tąd, przez cały czas na­szej współ­pracy, nie za­cho­wy­wa­łam się w sto­sunku do niego tak agre­syw­nie. Może nie na­leży do naj­mil­szych osób, ale jest spraw­nym agen­tem i to­wa­rzy­szy mi od sa­mego po­czątku ka­riery. Nie mogę mu nic za­rzu­cić. Poza tym wiem, że chro­nił mnie przed fo­to­gra­fami, o któ­rych szep­czą mię­dzy sobą mo­delki, i trzy­mał z dala od kam­pa­nii, które mo­głyby mnie po­grą­żyć, a to wię­cej, niż robi prze­wa­ża­jąca część agen­tów, kiedy po­ja­wia się wi­zja du­żego utargu. Ale ja po­trze­buję tej se­sji.

- Emer­son. Nie mogę przy­ło­żyć do tego ręki. To świad­czy­łoby też o mnie.

- W ta­kim ra­zie sama to so­bie za­ła­twię. Albo po­pro­szę Na­ta­lie i prze­każę jej twoje dwa­dzie­ścia pro­cent.

- Nie zro­bi­ła­byś tego. - Jego słowa brzmią szorstko, zło­ści go myśl, że moja dwu­dzie­sto­let­nia asy­stentka mia­łaby zgar­nąć jego udział. - Dla­czego tak ci za­leży? Ni­gdy nie pro­si­łaś o żadne kon­kretne zle­ce­nia.

- Chcę zro­bić se­sję z Theo Car­so­nem. To mój dawny przy­ja­ciel.

Na­stę­puje chwila peł­nej na­pię­cia ci­szy. Nie po­tra­fię jej wy­peł­nić, ale nie­mal sły­szę, jak w gło­wie Matta ob­ra­cają się try­biki.

- Nie mów mi, że ze­rwa­łaś z Jo­shem - od­zywa się wresz­cie. - Za każ­dym ra­zem, kiedy po­ja­wia­łaś się z nim na zdję­ciu, od­zy­wał się ktoś z ofertą. To jemu po­win­naś po­dzię­ko­wać za ten spot dla Nike'a.

- Tak, ze­rwa­łam z nim. To co? Za­ła­twisz mi ten An­them?

Matt wzdy­cha ciężko.

- Emer­son, daj spo­kój. To fa­talny ruch. Poza tym roz­sta­nie z Jo­shem ma swoje do­bre strony. Mo­żesz pod­pi­sać kon­trakt z Har­rym Bu­tle­rem.

- Wiesz, że nie chcę tego ro­bić. - Harry był pierw­szym fa­ce­tem, z któ­rym spo­ty­ka­łam się po prze­pro­wadzce do Los An­ge­les, kiedy uda­wa­łam, że po­ra­dzi­łam so­bie ze stratą Theo. Za­częło się od usta­wio­nego związku z kon­trak­tem i całą resztą, bo ja szybko sta­łam się roz­chwy­ty­waną mo­delką, a on wła­śnie roz­krę­cał swoją ka­rierę mu­zyczną. Oka­zało się, że było nam ra­zem cał­kiem faj­nie, więc pró­bo­wa­li­śmy to utrzy­mać jesz­cze przez ja­kiś czas po za­koń­cze­niu kon­traktu. Zwią­zek nie prze­trwał długo, ale Harry na­dal jest moim przy­ja­cie­lem. Na­prawdę tylko przy­ja­cie­lem. I od ja­kie­goś czasu na­ma­wia mnie na ko­lejny roczny kon­trakt z PR-ową ustawką, bo jak tylko po­ja­wiamy się ra­zem na ja­kimś zdję­ciu, cały świat sza­leje. Nie da się za­prze­czyć, że oży­wi­łoby to na­sze ka­riery, a ja na­prawdę go lu­bię. Ale tym ra­zem chcę cze­goś praw­dzi­wego.

- To dla cie­bie prze­ło­mowy mo­ment. By­cie naj­słyn­niej­szą mo­delką na świe­cie w mło­dym wieku to jedno, ale utrzy­ma­nie sławy po trzy­dzie­stce? Do tego po­trze­bu­jesz Harry'ego. Jego pu­blicz­no­ści, jego fa­nów. Szumu, który za­wsze się wo­kół was two­rzy. Chcesz zo­stać za­pa­mię­tana jako praw­dziwa su­per­mo­delka?

- Oczy­wi­ście, że tak. Ale mu­szę spo­tkać się z Theo. I chcę spę­dzić z nim cały ty­dzień na se­sji zdję­cio­wej. - Wiem, że to mo­ment zwrotny w mo­jej ka­rie­rze. I w ży­ciu też, bo wy­gląda na to, że nie po­tra­fię zna­leźć tego, co daje mi praw­dziwe szczę­ście. A na­prawdę swo­bod­nie czu­łam się ostat­nio w to­wa­rzy­stwie Theo, więc to chyba naj­lep­szy punkt wyj­ścia.

Matt wy­daje z sie­bie jęk.

- Pójdźmy na kom­pro­mis. Do­sta­niesz tę ab­sur­dalną se­sję z Theo. Ale je­śli w ciągu ty­go­dnia nic z tego nie wyj­dzie, pod­pi­szesz roczny kon­trakt z Har­rym. I zgo­dzisz się na za­rę­czyny po dzie­wię­ciu mie­sią­cach.

Biorę głę­boki wdech i za­sta­na­wiam się nad tą pro­po­zy­cją. Je­śli nie wyj­dzie mi z Theo, to się za­ła­mię. I w do­datku na­rażę wła­sną ka­rierę po nic. Może w ta­kiej sy­tu­acji sku­pie­nie się przez rok wy­łącz­nie na pracy - a wła­śnie to ozna­czałby ten kon­trakt, bo byłby to rok nie­ustan­nych wy­stą­pień pu­blicz­nych, go­rączki me­dial­nej i po­zo­wa­nia do tak wielu kam­pa­nii, jak to tylko moż­liwe - nie by­łoby ta­kim złym roz­wią­za­niem.

- Zgoda. Ale bez za­rę­czyn.

- Wiesz, że jego ze­spół ko­niecz­nie chce wpi­sać to do umowy. Po­tem za­wsze mo­żesz z nim ze­rwać.

- Matt, daj spo­kój. Harry zgo­dzi się na­wet bez za­rę­czyn.

- To wła­śnie on naj­bar­dziej na­ci­ska. Może na­prawdę się za­ko­chał.

Prze­wra­cam oczami.

- Nie za­ko­chał się. Po pro­stu chce prze­jąć wła­dzę nad świa­tem i wie, że ten cały nie­wy­obra­żalny szum, jaki się zrobi wo­kół na­szych za­rę­czyn, wy­nie­sie go na wy­żyny. Nie­bo­tyczne. - To wszystko prawda. Choć za­czy­nał jako pio­sen­karz, te­raz jest też ak­to­rem, mo­de­lem i pra­cuje nad wła­sną marką odzie­żową. Nasz usta­wiony zwią­zek był dla niego tram­po­liną do suk­cesu.

- To za­bierz się tam ra­zem z nim. Daj lu­dziom to, czego chcą, skoro wa­sze za­rę­czyny by­łyby wy­da­rze­niem stu­le­cia, a po­tem czerp z tego ko­rzy­ści. Zgódź się, to za­raz skon­tak­tuję się z An­the­mem. I je­śli do końca se­sji nie zwią­żesz się z tam­tym ko­le­siem, pod­pi­szesz pełny kon­trakt z Har­rym.

Sły­szę, jak Matt wstrzy­muje od­dech.

- Do­bra - zga­dzam się wresz­cie. Se­sja po­winna za­cząć się za kilka dni, nie mam czasu się tar­go­wać. Do­stanę ty­dzień. Na na­pra­wie­nie re­la­cji z Theo, na prze­my­śle­nie, jak ma wy­glą­dać na­stępny etap mo­jego ży­cia, i może jesz­cze na od­zy­ska­nie au­ten­tycz­no­ści i pa­sji, które kie­dyś w so­bie mia­łam.

- Świet­nie, to za­ła­twiam An­them! Ale gdy­byś za parę dni się roz­my­śliła, wy­star­czy słówko, a po­wo­łam się na ten kru­czek prawny, który prze­my­ci­łem do two­jego wzoru umowy, i po spra­wie. Póź­niej bę­dzie trud­niej, ale obie­cuję, że po­ru­szę niebo i zie­mię, żeby cię stam­tąd wy­cią­gnąć, jak tylko pój­dziesz po ro­zum do głowy.

Wiem, że ma ra­cję co do tej se­sji. To fa­talny ruch. Ale ten je­den raz nie czuję w so­bie zna­jo­mego nie­po­koju. Ani pre­sji, żeby wspiąć się na szczyt i tam po­zo­stać. Będę miała oka­zję, żeby po­pra­co­wać z Theo. Zo­ba­czę się z nim. Czuję tylko spo­kój. To on za­wsze był osobą, która da­wała mi po­czu­cie, że wszystko bę­dzie do­brze, na­wet je­śli nic na to nie wska­zy­wało. Od­kąd mia­łam kil­ka­na­ście lat po­świę­ca­łam się cał­ko­wi­cie ka­rie­rze, po to by nie obu­dzić się któ­re­goś dnia ze świa­do­mo­ścią, że mia­łam swoje pięt­na­ście mi­nut sławy, po któ­rych nic mi nie zo­stało. Do tej pory nie mogę wyjść ze zdu­mie­nia, że osią­gnę­łam aż taki suk­ces. W li­ceum nie by­łam na­wet na tyle po­pu­larna, żeby lu­dzie mnie za­uwa­żali, ani na tyle in­te­re­su­jąca, żeby ro­dzice mnie ko­chali, a tym­cza­sem mój ze­spół zdo­łał prze­ko­nać świat, że je­stem coś warta, więc ka­riera stała się dla mnie wszyst­kim. Te­raz mu­szę po­sta­wić na pierw­szym miej­scu swoje ży­cie oso­bi­ste, bo mogę już nie do­stać ko­lej­nej szansy na na­pra­wie­nie re­la­cji z Theo.

Mogę nie do­stać ko­lej­nej szansy na praw­dziwą mi­łość.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki