Once upon a time - Anna Szafrańska

Kup ebooka

34.90 zł
28.97 zł (28,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Powiem to na wstę­pie - mi­łość jest prze­re­kla­mo­wana.

I za­nim wy­wró­cisz oczami, my­śląc z prze­ką­sem "och, to jedna z tych hi­sto­rii", do­dam, że dys­po­nuję całą li­stą ar­gu­men­tów na po­par­cie mo­jej tezy.

Po pierw­sze - na­zy­wam się Maja Pie­cho­wiak i już samo imię dys­kwa­li­fi­kuje mnie jako główną bo­ha­terkę ogni­stego ro­mansu. Za­zwy­czaj twardo stą­pa­jące po ziemi femme fa­tale mają silne imiona, z któ­rych nikt na­wet nie śmie żar­to­wać. Na­to­miast za mną już od wcze­snej pod­sta­wówki cho­dzi pio­senka psz­czółka Maja so­bie lata i jej mniej lub bar­dziej że­nu­jące wer­sje.

Po dru­gie - je­stem bi­blio­te­karką i też ży­wym ucie­le­śnie­niem osoby, która jest za pan brat z książ­kami. Mam bu­rzę krę­co­nych ru­dych wło­sów, moja twarz jest ob­sy­pana pie­gami. Ciało drobne, acz krą­głe, i do­brze się czuję, no­sząc wor­ko­wate swe­try, dłu­gie spód­nice czy na­wet ogrod­niczki. No i moim zna­kiem roz­po­znaw­czym po­zo­stają żółte trampki, a wi­ze­runku do­peł­niają oku­lary w okrą­głej oprawce. Taki wzór do­brała mi pra­cow­nica sa­lonu optycz­nego, tłu­ma­cząc, że pa­sują do mo­jej py­za­tej buzi. Nie śmia­łam na­wet dys­ku­to­wać. W końcu w domu mia­łam lu­stro. To ja - pyza z mnó­stwem pie­gów na za­dar­tym no­sie i wiecz­nie za­ru­mie­nio­nych po­licz­kach.

No i w końcu po trze­cie - już raz ko­goś ko­cha­łam i wła­śnie ta pierw­sza mi­łość ja­sno zo­bra­zo­wała mi, jak ła­two można się spa­rzyć. I jak długo goją się opa­rze­nia. Bo gdy­bym dzie­sięć lat wcze­śniej nie za­ko­chała się w pew­nym chło­paku (który to, wy­ko­rzy­stu­jąc moją na­iw­ność, zro­bił ze mnie po­śmie­wi­sko przed całą szkołą), pew­nie te­raz nie cier­pia­ła­bym z po­wodu braku pew­no­ści sie­bie czy też nie czmy­cha­ła­bym gdzie pieprz ro­śnie za każ­dym ra­zem, gdy ja­kiś fa­cet za­pra­szał mnie na kawę.

Wie­rzy­łam w mi­łość, ale tylko tę książ­kową. Ogni­ste uczu­cie łą­czące dwójkę bo­ha­te­rów, obez­wład­nia­jąca che­mia, za­ka­zany zwią­zek... Ist­niało tak wiele ro­dza­jów mi­ło­ści i uwiel­bia­łam czy­tać o każ­dym z nich. Jed­nak - tylko czy­tać.

Zwy­czaj­nie nie mia­łam od­wagi, by spró­bo­wać jesz­cze raz się za­ko­chać. W moim przy­padku widmo od­rzu­ce­nia było aż na­zbyt oczy­wi­ste i dla­tego nie za­mie­rza­łam ni­czego zmie­niać.

A jed­nak na­dal urze­kały mnie słowa "i żyli długo i szczę­śli­wie". Roz­tkli­wia­łam się nad nimi, wzdy­cha­łam i cza­sami ci­chutko ma­rzy­łam. O mi­ło­ści jak z bajki, o uczu­ciu jak ze snu. I o męż­czyź­nie, który zdo­by­wa­jąc moje serce, po­rwie mnie do swo­jego świata. Nie­stety rze­czy­wi­stość miała wo­bec mnie inne plany.

Czy w moim przy­padku ist­niała szansa na szczę­śliwe za­koń­cze­nie?

ROZ­DZIAŁ 1

Wcale nie tak dawno temu...

Sap­nę­łam za­wzię­cie do te­le­fonu: - Po­zwól, że po­wtó­rzę to po raz setny. Nie! - I w ogóle mnie nie ob­cho­dziło, jak bar­dzo by­łam w tym mo­men­cie nie­grzeczna. Skoro Pola mo­gła mieć w no­sie moje zda­nie na te­mat udziału w spę­dzie ab­sol­wen­tów z oka­zji okrą­głej rocz­nicy za­ło­że­nia szkoły (na który zresztą pla­no­wała mnie za­cią­gnąć), to nie po­zo­sta­wiała mi wy­boru. Mu­sia­łam po­sta­wić sprawę na ostrzu noża. - Chcesz, to idź, ale mnie na to nie na­mó­wisz. To to­wa­rzy­skie sa­mo­bój­stwo.

- Oj, daj spo­kój! No a co z dziew­czy­nami?! Nie tę­sk­nisz za Elą i Martą? Prze­cież spe­cjal­nie przy­lecą, żeby się z tobą zo­ba­czyć!

- Z nami - po­pra­wi­łam au­to­ma­tycz­nie. - I do­brze ci ra­dzę, nie bierz mnie pod włos. Rów­nie do­brze mogę się z nimi spo­tkać dzień póź­niej.

- Dziew­czyno, ja­kaś ty uparta! - fuk­nęła bez­sil­nie. - Okej, wiem, dla­czego się cy­kasz, więc po­wiem to dla świę­tego spo­koju nas wszyst­kich. Jego. Tam. Nie. Bę­dzie. Ca­pi­sci?

Na­bra­łam wody w usta.

- Nie mam po­ję­cia, o co ci cho­dzi - burk­nę­łam pod no­sem. Odło­ży­łam ostat­nią książkę z działu li­te­ra­tury mło­dzie­żo­wej na półkę i pchnę­łam nie­wielki wó­zek na kół­kach.

- Och, do­sko­nale wiesz, do czego piję, w końcu znam cię jak wła­sną kie­szeń.

- Masz na my­śli to miej­sce, w któ­rym nie obo­wią­zują prawa fi­zyki i za­gina się cza­so­prze­strzeń? Przy­po­mi­nam ci, że ostat­nio się po­chwa­li­łaś, że zna­la­złaś w spodniach pa­ra­gon sprzed dwóch lat. Nie­zbyt do­brze to o to­bie świad­czy.

- Tia, można po­wie­dzieć, że moja kie­szeń jest rów­nie za­gra­cona jak twoja głowa. No, da­lej, Majka! Bo za­raz na­pi­szę na na­szym gru­po­wym cza­cie, że się wa­hasz - za­gro­ziła. - Znasz dziew­czyny. Nie cofną się przed ni­czym, na­wet przed upro­wa­dze­niem cię z domu. Zo­sta­niesz wnie­siona na im­prezę w tych swo­ich wło­cha­tych kap­ciach.

Ze zbla­zo­waną miną wy­wró­ci­łam oczami. Dziew­czyny by­łyby do tego zdolne, zwłasz­cza pod wo­dzą na­rwa­nej Poli.

- No do­brze... - Mla­snę­łam nie­wy­raź­nie. - Za­sta­no­wię się.

Z chwilą gdy wy­mam­ro­ta­łam te słowa, moja przy­ja­ciółka za­nio­sła się zwy­cię­skim śmie­chem. Oczy­wi­ście, moje "za­sta­no­wię się" nie było rów­no­znaczne z "okej, le­cimy z tym kok­sem!", jed­nak dla Poli nie sta­no­wiło to żad­nej róż­nicy.

- No, zuch dziew­czyna! Daj znać, o któ­rej mam przy­je­chać cię ode­brać.

Ano wła­śnie. W ten pro­sty spo­sób po­sta­wiła mnie przed fak­tem do­ko­na­nym. Czu­łam, że ni­jak się nie wy­kręcę.

- Mu­szę koń­czyć, je­stem w pracy.

- A ja to niby nie? Ale rzu­ci­łam wszystko, by za uszy wy­cią­gnąć cię z dołka. Majka, tam będą sami do­ro­śli, doj­rzali lu­dzie, a nie na­sto­let­nia gów­nia­rze­ria! Za­rę­czam ci, że więk­szość na­wet nie roz­po­zna daw­nych ko­le­gów z klasy, nie mó­wiąc już o tym, że będą mieli pro­blem z wy­mie­nie­niem ich na­zwisk.

- Mó­wisz tak, jakby od za­koń­cze­nia szkoły mi­nęły całe wieki, pod­czas gdy upły­nęło je­dy­nie dzie­sięć lat.

- Lu­dzie się zmie­niają, Majka. Era gim­na­zjalna dawno prze­mi­nęła i już nikt nie roz­trząsa afer sprzed lat.

W su­mie... Pew­nie miała sporo ra­cji. Ci, któ­rzy bli­sko de­kadę temu mnie prze­śla­do­wali, przez któ­rych roz­wa­ża­łam zmianę szkoły, pew­nie te­raz za­jęli się wła­snymi ka­rie­rami, a może i na­wet zdą­żyli za­ło­żyć ro­dziny. Kto by się przej­mo­wał ja­kąś Majką Pie­cho­wiak.

- Może masz ra­cję - przy­zna­łam, cho­ciaż bez prze­ko­na­nia.

- Oczy­wi­ście, że tak! Do­bra, wpadnę do cie­bie wie­czo­rem, to jesz­cze po­ga­damy. Bu­ziak!

Z wes­tchnie­niem wsa­dzi­łam te­le­fon do kie­szeni spód­nicy i już ani na chwilę się nie roz­pra­sza­jąc, do­koń­czy­łam ukła­da­nie zwró­co­nych przed po­łu­dniem ksią­żek. Za­raz po­tem, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że w bi­blio­tece nie było czy­tel­ni­ków, po­szłam do po­koju so­cjal­nego, by za­pa­rzyć so­bie ulu­bioną her­batę ja­śmi­nową, po czym wró­ci­łam i za­ję­łam się wcią­ga­niem no­wo­ści do ka­ta­logu.

Go­dziny wcze­sno­po­po­łu­dniowe zwy­kłam na­zy­wać ci­szą przed bu­rzą. Rano zja­wiali się starsi czy­tel­nicy - eme­ryci, czę­sto lu­biący so­bie zwy­czaj­nie po­ga­dać, oraz mamy, które za­szy­wały się w ką­ciku dla dzie­cia­ków i je­śli nie wy­po­ży­czały ksią­żek, to czy­tały swoim po­cie­chom bajki. Póź­niej na­stę­po­wała chwila wy­tchnie­nia, a za kilka go­dzin już wrzało tu jak w ulu. Stara pod­sta­wówka, do któ­rej i ja uczęsz­cza­łam, znaj­do­wała się po dru­giej stro­nie ulicy, więc już stało się tra­dy­cją, że na kilka go­dzin bi­blio­tekę przej­mo­wały dzie­ciaki, które aż do mo­mentu po­wrotu ro­dzi­ców do domu spę­dzały tu czas po szkole. Mu­sia­łam przy­znać, że nie by­łam ty­pową bi­blio­te­karką ga­niącą uczniów za zbyt gło­śne roz­mowy w czy­telni albo da­jącą re­pry­mendę, je­śli ci pod­czas lek­tury ksią­żek po­pi­jali ulu­bione na­poje. Raz, że nie chcia­łam ich zra­zić do czy­ta­nia, a dwa... sama uwiel­bia­łam pod­ja­dać. Oczy­wi­ście in­ter­we­nio­wa­łam, je­śli za­cho­wy­wali się wy­bit­nie gło­śno, jed­nak czę­sto wy­star­czyło samo moje po­ja­wie­nie się gdzieś na ho­ry­zon­cie, a wtedy dzie­ciaki z miej­sca po­kor­niały. Więc może jed­nak stra­szy­łam je swoim wy­glą­dem? Ale i tak wo­la­łam my­śleć, że wy­pra­co­wa­li­śmy cał­kiem zdrowy układ - ja nie prze­szka­dza­łam im w bu­do­wa­niu so­cjal­nych więzi, a one mi w pracy. I poza tym w tak ma­łej miej­sco­wo­ści wszy­scy do­brze się zna­li­śmy. A ża­den uczeń nie chce kwasu z ro­dzi­cami.

Pracę tu­taj za­czę­łam jesz­cze na stu­diach. Za­pro­po­no­wała mi ją sama kie­row­niczka. W su­mie nie­spe­cjal­nie by­łam tym za­sko­czona, bo prze­cież od­kąd pa­mię­ta­łam, trak­to­wa­łam bi­blio­tekę jak swój drugi dom. A z cza­sem stała się pierw­szym miej­scem, w któ­rym lu­bi­łam spę­dzać czas po szkole. W każ­dym ra­zie po­ma­ga­łam tu już jako dzie­ciak - od­kła­da­łam lek­tury na półki, po­rząd­ko­wa­łam działy, cza­sami owi­ja­łam tomy. Tro­chę za­bi­ja­łam nudę, bo prze­cież skoro prze­czy­ta­łam więk­szość ksią­żek, a nie­które na­wet kil­ku­krot­nie, to mu­sia­łam zna­leźć so­bie za­ję­cie. Nie­mniej wła­śnie wtedy po­my­śla­łam, że to mo­głaby być praca. Praca ma­rzeń, wśród po­wie­ści i życz­li­wych lu­dzi, któ­rzy po­dzie­lali moją pa­sję do czy­ta­nia.

Może w oce­nie nie­któ­rych moje za­ję­cie nie przed­sta­wiało sobą żad­nej war­to­ści, nie było ni­czym am­bit­nym, czymś, czym można by się po­chwa­lić. I trudno w tym za­wo­dzie od­nieść ja­kiś osza­ła­mia­jący suk­ces... Ale dla mnie sta­no­wiło azyl, miej­sce, w któ­rym po pro­stu do­brze się czu­łam. A to chyba naj­waż­niej­sze, prawda? Ro­bić w ży­ciu to, co ko­chamy, i czuć się szczę­śli­wym?

A i mu­szę spro­sto­wać jesz­cze jedną, acz nie­sa­mo­wi­cie istotną rzecz - to mit, że bi­blio­te­karka jako pierw­sza czyta nowe książki. Przy­naj­mniej ja tak nie ro­bi­łam. Je­śli wie­dzia­łam, że grono czy­tel­ni­ków z utę­sk­nie­niem czeka na pre­mierę po­wie­ści, to jak mo­głam przed­ło­żyć swoje szczę­ście nad ich za­do­wo­le­nie? Mimo że strony po­chła­nia­łam szybko, nie by­ła­bym w sta­nie tak się za­cho­wać.

Poza tym je­śli nie ku­po­wa­łam ksią­żek (oszczęd­nie i z głową, gdyż zwy­czaj­nie w domu bra­ko­wało już mi miej­sca na do­dat­kowe re­gały), to czy­ta­łam je on­line. A i z czyt­ni­kiem w ręce po­tra­fi­łam za­po­mnieć o ca­łym świe­cie.

Po sie­dem­na­stej po­że­gna­łam się z ko­le­żanką, pa­nią Kry­sią, i spa­cer­kiem po­szłam do domu. Miesz­ka­łam dwie ulice da­lej, więc nie wi­dzia­łam sensu w tym, by do­jeż­dżać do pracy ro­we­rem czy sa­mo­cho­dem. Uwiel­bia­łam te moje prze­chadzki po pracy, zwłasz­cza la­tem, gdy roz­ko­szo­wa­łam się cie­płymi pro­mie­niami słońca. Cho­ciaż i tak moją naj­uko­chań­szą porą roku była je­sień, zwłasz­cza ta wcze­sna.

Przy­wi­ta­łam się z są­siadką i jej, jak mó­wiła, "pie­skiem" - owczar­kiem nie­miec­kim, który mimo sta­tecz­nego wieku w dal­szym ciągu uwa­żał się za szcze­niaczka - i we­szłam do domu: dwu­pię­tro­wego przed­wo­jen­nego bu­dynku, który kilka lat temu prze­szedł grun­towny re­mont. Miał ja­sno­żółtą fa­sadę oraz ciem­no­brą­zowe okien­nice. Za kilka ty­go­dni na pa­ra­pe­tach po­ja­wią się do­nice z czer­wo­nymi pe­lar­go­niami, a fron­towy ogród (duma mo­jej mamy) po­kryje się ko­lo­ro­wymi ra­ba­tami. Nie­ustan­nie po­dzi­wia­łam jej ta­lent do ogrod­nic­twa, gdyż sama zwy­czaj­nie nie po­tra­fi­łam utrzy­mać przy ży­ciu ani jed­nego kwiatka. Każdy, kto mnie do­brze znał, wie­dział, że da­wa­nie mi stor­czyka było rów­no­znaczne ze ska­za­niem go na śmierć. Czę­sto bru­talną - z od­wod­nie­nia.

To na­wet jak dla mnie brzmiało ku­rio­zal­nie. Zna­łam do­kład­nie miej­sce każ­dej książki, którą mia­łam w domu, ale by pa­mię­tać o pod­la­niu usy­cha­ją­cej z pra­gnie­nia ro­śliny - co to, to nie.

Wcho­dząc do prze­stron­nej kuchni, po­cią­gnę­łam no­sem i z miej­sca wy­czu­łam ape­tyczną woń przy­praw i sera. Sku­szona za­pa­chem ro­zej­rza­łam się wo­koło, ale ni­g­dzie nie do­strze­głam na­wet śladu po pizzy. Do­piero do­cho­dzące zza ple­ców mla­śnię­cie po­de­rwało mnie nad zie­mię.

- Rany Ju­lek! Czy ty mu­sisz się tak skra­dać? - wrza­snę­łam na wi­dok Fi­lipa, który, wy­bit­nie z sie­bie za­do­wo­lony, na­py­chał so­bie usta pizzą.

- Cie­bie też miło wi­dzieć, sio­stra. Chcesz gryza? - za­pro­po­no­wał, po­da­jąc mi swoją część.

Przy­ta­ku­jąc od­ru­chowo, wzię­łam ka­wa­łek. Przy­sia­dłam na so­fie w sa­lo­nie i pró­bo­wa­łam uspo­koić od­dech. Od­cze­ka­łam z pierw­szym kę­sem, aż serce, które czu­łam w gar­dle, wróci na swoje miej­sce.

- Kiep­ski dzień? - spy­tał Fi­lip i nie wy­ka­zu­jąc ni krztyny de­li­kat­no­ści, zwa­lił się na ka­napę, gło­śno przy tym stę­ka­jąc.

- Nie naj­gor­szy. A u cie­bie?

- Bułka z ma­słem.

Tia, oboje mi­ja­li­śmy się z prawdą. Jed­nak mó­wie­nie o tym, co nas mę­czy, ni­gdy nie przy­cho­dziło nam ła­two.

- Jest do kitu... - wes­tchnę­łam ciężko i by się po­cie­szyć, ugry­złam ka­wa­łek zim­nej już pizzy.

- No, do kitu - przy­znał nie­mrawo Fi­lip. - Do­bra, ko­biety mają pierw­szeń­stwo. Mów, co jest grane.

- Mamy rów­no­upraw­nie­nie, wiesz? Poza tym... starsi przo­dem.

Rzu­cił mi ro­ze­źlone spoj­rze­nie, jed­nak za­miast się kłó­cić, po pro­stu wzru­szył ra­mio­nami.

- Jak tam chcesz. Przy­wio­złem rze­czy - po­wie­dział bez owi­ja­nia w ba­wełnę.

Za­mar­łam tuż przed tym, jak mia­łam wziąć ko­lejny kęs pizzy, i kom­plet­nie zdę­biała wbi­łam wzrok w Fi­lipa.

- Więc... to ko­niec?

- De­fi­ni­tywny - przy­tak­nął tylko.

- I na­wet nie spró­bu­jesz za­wal­czyć? Prze­cież ty i Ma­ria by­li­ście parą od li­ceum!

- Sama stwier­dziła, że to i tak za długo. - Uśmiech­nął się po­sęp­nie. - Poza tym... Już się z kimś spo­tyka.

Cóż, to zmie­niało po­stać rze­czy.

- Przy­kro mi.

- Nie­po­trzeb­nie. Tak na­prawdę to chyba oboje by­li­śmy zmę­czeni na­szą ru­tyną. No, ale da­jesz. Twoja ko­lej.

Od kiedy pizza miała smak kar­tonu?

- To bę­dzie bar­dziej przy­ziemne - bąk­nę­łam z prze­ką­sem. - Pola wy­ciąga mnie na przy­ję­cie. Wiesz, na to dla ab­sol­wen­tów.

- I pój­dziesz? - spy­tał au­ten­tycz­nie za­cie­ka­wiony.

- Sama nie wiem... Ja­koś nie­zbyt mam ochotę spo­tkać się z ludźmi z klasy - do­da­łam oględ­nie.

Całe szczę­ście Fi­lip w mig po­jął, o kogo mi cho­dzi. Przy­naj­mniej nic wię­cej nie mu­sia­łam tłu­ma­czyć i jed­no­cze­śnie wie­dzia­łam, że w prze­ci­wień­stwie do Poli nie bę­dzie na­ci­skał.

- Jak chcesz, mogę pójść z tobą - za­ofe­ro­wał. Po­ło­żył nogi na sto­liku ka­wo­wym i mści­wie zmru­żył oczy. - Z chę­cią przy­po­mnę im czasy, kiedy nie­je­den do­stał ode mnie po mor­dzie za ob­ra­ża­nie mo­jej sio­strzyczki.

To tyle, je­śli cho­dzi o od­cię­cie prze­szło­ści grubą kre­ską.

- Fi­lip - wes­tchnę­łam ciężko. - Do­ro­śnij.

Już otwie­rał usta, za­pewne żeby mnie prze­ko­nać, że wcale nie prze­sa­dza, ale wów­czas coś przy­cią­gnęło jego wzrok.

- Ej, po­wie­dzia­łem "gryza"! - za­wo­łał oskar­ży­ciel­sko, ce­lu­jąc we mnie pal­cem. - O nie! Tylko nie wy­plu­waj!

- Zde­cy­duj się w końcu.

Oczy­wi­ście nie mia­łam za­miaru za­cho­wy­wać się w tak pry­mi­tywny spo­sób, jed­nak sam od­ruch wy­star­czył, by Fi­lip prze­stał ro­ścić so­bie prawa do ostat­niego ka­wałka pizzy.

- Do­bra. Idę do sie­bie. Nie­długo po­winna wpaść do mnie Pola. - Z peł­nymi ustami kla­snę­łam mo­ty­wu­jąco w dło­nie. Jed­nak nim wy­szłam z sa­lonu, zer­k­nę­łam przez ra­mię na brata. - Fi­lip? A ty... Mó­wi­łeś po­waż­nie? Se­rio chciał­byś się wy­brać?

Tym ra­zem da­ro­wał so­bie wy­głupy i w sku­pie­niu zmarsz­czył brwi.

- Sam nie wiem. Ja­koś nie­spe­cjal­nie mam ochotę uda­wać, że cie­szę się na wi­dok tych par­szyw­ców.

- Ale prze­cież... Nie za­wsze tak było - po­wie­dzia­łam z wolna i uśmiech­nę­łam się smutno na wspo­mnie­nie spo­koj­nych cza­sów, za­nim sta­łam się szkol­nym po­śmie­wi­skiem. - Cza­sami by­wało na­wet cał­kiem faj­nie.

Ro­ze­śmiał się iro­nicz­nie.

- Czy mam ro­zu­mieć, że te­raz ty sta­rasz się mnie prze­ko­nać, że­bym po­szedł na im­prezę?

- Cóż... może? - Onie­śmie­lona spoj­rza­łam na swoje dło­nie. - Ostat­nimi czasy wy­cho­dzimy na strasz­nie zdo­ło­wane ro­dzeń­stwo.

Nie ma­jąc nic wię­cej do do­da­nia, po­szłam do swo­jego po­koju.

Mimo że po­wie­dzia­łam to w do­brej wie­rze, tak na­prawdę po­win­nam ugryźć się w ję­zyk. Jed­nak za­le­żało mi na tym, by Fi­lip wy­szedł z dołka. Sama stro­ni­łam od lu­dzi, jed­nak mój brat to co in­nego - był sym­pa­tycz­nym fa­ce­tem. Gdzie­kol­wiek się po­ja­wiał, tam bez trudu po­tra­fił zjed­nać so­bie to­wa­rzy­stwo. Dzięki wro­dzo­nej cha­ry­zmie w mig ła­pał kon­takt, a jego luźna gadka sama w so­bie sta­no­wiła dar. Przy­naj­mniej w mo­jej oce­nie, gdyż na­wet gdy­bym wy­trwale ćwi­czyła, ni­gdy nie osią­gnę­ła­bym po­ziomu Fi­lipa. Zwy­czaj­nie nie czu­łam się swo­bod­nie w oto­cze­niu lu­dzi, któ­rzy nie byli mo­imi przy­ja­ciółmi czy człon­kami ro­dziny. Nie mó­wiąc już o tym, że mu­sia­łam mieć wszystko z góry za­pla­no­wane, pod­czas gdy brat czę­sto dzia­łał spon­ta­nicz­nie. To chyba nor­malne, że ro­dzeń­stwo róż­niło się od sie­bie, jed­nak my... nie by­li­śmy praw­dzi­wym ro­dzeń­stwem. A przy­naj­mniej do­słow­nie.

Nie mia­łam ojca. Mama ni­gdy nie ukry­wała przede mną faktu, że opu­ścił nas, jesz­cze za­nim się uro­dzi­łam. Oczy­wi­ście zna­łam jego per­so­na­lia (prze­cież no­si­łam to samo na­zwi­sko), ale ja­koś nie chcia­łam szu­kać taty, który tak na­prawdę ni­gdy nim nie był. Na­sza "re­la­cja" ogra­ni­czała się je­dy­nie do tego, że re­gu­lar­nie pła­cił ali­menty. Ko­niec kropka. Jed­nak mama ni­gdy nie dała mi od­czuć, że by­łam nie­chcia­nym dziec­kiem. Uzna­wa­łam ją za moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę i po­wier­niczkę i cho­ciaż była wiecz­nie za­pra­co­wana, to za­wsze sta­rała się zna­leźć dla mnie cho­ciaż odro­binę czasu. Sło­wem, mia­ły­śmy bar­dzo do­bry kon­takt. To samo ty­czyło się dziad­ków - gdy jesz­cze żyli, spę­dza­łam u nich pra­wie każde fe­rie i wa­ka­cje. Kiedy zmarli, mama zde­cy­do­wała się wpro­wa­dzić z po­wro­tem do ich domu. Mniej wię­cej wła­śnie wtedy po­znała Szy­mona i po kilku la­tach po­wtór­nie wy­szła za mąż. W pa­kie­cie z oj­czy­mem do­sta­łam także brata, star­szego o rok Fi­lipa. Cóż, nie było ła­two miesz­kać z na­sto­let­nim chło­pa­kiem, tym bar­dziej że sta­no­wił moje cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo. Mnie trak­to­wał prze­waż­nie wred­nie i sta­rał się uprzy­krzyć mi ży­cie. Nie wspo­mi­na­jąc już o jego wiecz­nym na­igra­wa­niu się z mo­jej pa­sji do ksią­żek. Nic więc dziw­nego, że ucie­ka­łam z domu, w któ­rym prak­tycz­nie za­miesz­kali kum­ple Fi­lipa, do sa­motni zwa­nej bi­blio­teką. W tam­tym okre­sie nie są­dzi­łam, że ist­nieje ja­ki­kol­wiek spo­sób na to, by­śmy mo­gli się do­ga­dać. A jed­nak...

Kilka wy­da­rzeń z na­szych na­sto­let­nich lat do­pro­wa­dziło do tego, że sta­li­śmy się so­bie bliżsi niż nie­jedno ro­dzeń­stwo, które łą­czą więzy krwi. Nie­chyb­nie przy­czy­niła się do tego rów­nież przed­wcze­sna śmierć mo­jego oj­czyma. Kilka lat temu, gdy oboje z Fi­li­pem by­li­śmy na stu­diach, Szy­mon zmarł na za­wał serca. To była dla nas nie­wy­obra­żalna tra­ge­dia. I na­dal zda­rzały się chwile, gdy wspo­mi­na­jąc ten krótki czas spę­dzony z oj­czy­mem, jego tro­skę i mi­łość, którą mnie ob­da­rzył, cha­rak­te­ry­styczny za­raź­liwy uśmiech i su­che żarty, po­tra­fi­łam za­lać się łzami. Ko­cha­łam czło­wieka, który sta­rał się za­stą­pić mi tatę. I w pew­nym stop­niu mu się to udało - przy nim za­wsze czu­łam się bez­piecz­nie. Mimo ogromu pracy w każdy week­end re­zer­wo­wał dla nas czas. Słu­chał nas, wspie­rał. Gdy od­szedł, mu­sia­łam być silna za­równo dla mamy, jak i dla Fi­lipa, który po tym wy­da­rze­niu zmie­nił się dia­me­tral­nie. Ubó­stwiał swo­jego ojca i trak­to­wał jako wzór, choć nie­ko­niecz­nie da­wał to po so­bie po­znać.

A te­raz bar­dzo mi go przy­po­mi­nał. Z ko­lei my z Fi­li­pem sta­li­śmy się prak­tycz­nie nie­roz­łączni i śmiało mo­głam po­wie­dzieć, że był mi te­raz bliż­szy niż mama. Znał mnie na wy­lot i chro­nił - cza­sami aż do prze­sady. Pola na­śmie­wała się, że cier­piał na opóź­niony syn­drom młod­szej sio­stry, i w su­mie nie mi­jała się z prawdą. Fi­lip był... na­do­pie­kuń­czym ty­pem, ale tylko wzglę­dem mnie. Cza­sami za­sta­na­wia­łam się, czy przy­pad­kiem nie sta­no­wi­łam po­wodu roz­sta­nia Fi­lipa z jego na­rze­czoną. Za­zdrość to jedno, ale mną zwy­czaj­nie in­te­re­so­wał się bar­dziej niż dziew­czyną, z którą po­noć chciał się oże­nić.

W po­koju prze­bra­łam się w do­mowe ciu­chy (czyli swe­ter i leg­ginsy) i zwią­zu­jąc włosy na czubku głowy, po­my­śla­łam, że ten je­den je­dyny raz po­święcę się dla brata. Jak by nie pa­trzeć, by­łam mu to winna. Stwier­dzi­łam, że wy­cią­gnę go z domu, na­wet je­śli to miało ozna­czać spo­tka­nie oko w oko z mo­imi daw­nymi prze­śla­dow­cami.

Cho­ciaż, je­śli wie­rzyć prze­cie­kom Poli, przy­naj­mniej nie bę­dzie jed­nego z nich - Ka­je­tana Wer­nera.

Fa­ceta, który zła­mał mi serce.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki