Ona i ona - Rachel Lippincott, Alyson Derrick

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 2

Oj.

Bu­dzę się, ła­pi­ąc z tru­dem od­dech, kie­dy wie­ko­wy la­bra­dor wpa­da ca­łym ci­ęża­rem swo­ich pi­ęćdzie­si­ęciu ki­lo­gra­mów na moje łó­żko, a jego wiel­ka, żó­łta łapa wbi­ja mi się w ner­kę.

- Le­onard, złaź!

Sta­ram się ob­ni­żyć głos o kil­ka oktaw, ale bez skut­ku. Ten pies słu­cha je­dy­nie mo­je­go taty. Przez na­stęp­ne pięć mi­nut ata­ku­je mnie ośli­zgły­mi ca­łu­ska­mi i tra­tu­je ka­żdy z mo­ich na­rządów we­wnętrz­nych, aż w ko­ńcu ska­cze z po­wro­tem na podło­gę za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go dzie­ła.

Ta­kich po­bu­dek na pew­no nie będzie mi bra­ko­wać.

No, w ka­żdym ra­zie nie za bar­dzo.

Ście­ra­jąc z twa­rzy psią śli­nę, ob­ma­cu­ję szaf­kę noc­ną w po­szu­ki­wa­niu te­le­fo­nu, ale moja dłoń lądu­je na sto­sie świe­żo pod­pi­sa­nych se­gre­ga­to­rów, któ­re wczo­raj wie­czo­rem przy­go­to­wa­łam so­bie na nowy rok aka­de­mic­ki. Nic nie może się rów­nać z ta­kim spo­koj­nym, ci­chym wie­czo­rem - tyl­ko ja i moja dru­kar­ka na­kle­jek na ze­szy­ty.

Si­ęgam jesz­cze da­lej, żeby od­pi­ąć te­le­fon od ka­bla ła­do­war­ki. A po­tem po raz dzie­si­ęcio­ty­si­ęcz­ny od po­cząt­ku lata szu­kam na Twit­te­rze pro­fi­lu Cory My­ers, uwa­ża­jąc, żeby przy­pad­kiem nie do­tknąć przy­ci­sku: Ob­ser­wuj.

Wczo­raj za­snęłam o wpół do dzie­si­ątej, jak co dzień, więc prze­ga­pi­łam wy­sła­ny pó­źniej twe­et: "Od ju­tra ofi­cjal­nie będę pan­te­rą! #ha­il2pitt".

Ogar­nia mnie fala mdło­ści, ale jed­no­cze­śnie na twa­rzy po­ja­wia się uśmiech. Przy­ci­skam te­le­fon do pier­si.

"To już dzi­siaj".

Upły­nęły trzy mie­si­ące od uko­ńcze­nia szko­ły śred­niej.

Osiem­dzie­si­ąt sie­dem dni, od­kąd ostat­ni raz wi­dzia­łam Corę.

Żeby było ja­sne: wca­le nie idę do tego col­le­ge'u ze względu na nią. Mniej wi­ęcej po­ło­wa uczniów mo­jej szko­ły wy­bie­ra się do Pitt. Po pro­stu tak się skła­da, że obie na­le­ży­my do tej po­ło­wy.

No i... je­śli chcesz wie­dzieć, to ze wszech miar wy­gląda jak prze­zna­cze­nie. Jak­by los w ko­ńcu zro­bił mi przy­słu­gę, by zre­kom­pen­so­wać gów­nia­ne czte­ry lata.

W wa­ka­cje na­praw­dę sta­ra­łam się za­jąć umy­sł in­ny­mi rze­cza­mi, ale kie­dy po­zna­jesz taką dziew­czy­nę jak Cora My­ers, nie da się my­śleć o ni­czym in­nym.

Może "po­zna­jesz" to nie­wła­ści­we sło­wo, lecz nie mogę wy­bić jej so­bie z gło­wy, od­kąd w pierw­szej kla­sie we­szła do na­szej sali w tym swo­im czer­wo­nym ak­sa­mit­nym płasz­czu w sty­lu re­tro i za du­żych żó­łtych woj­sko­wych bu­tach, któ­re kom­plet­nie nie pa­so­wa­ły do resz­ty stro­ju.

Ale mnie i tak się po­do­ba­ły.

Zresz­tą nie tyl­ko mnie.

Jej ener­gia dzia­ła­ła jak ma­gnes. Lu­dzie w na­tu­ral­ny spo­sób do niej lgnęli na po­cząt­ku ka­żdej lek­cji, na ko­ry­ta­rzach oraz po szko­le, lecz zda­wa­ło się, że ta po­pu­lar­no­ść nie ude­rzy­ła jej do gło­wy. Cora My­ers wo­bec ni­ko­go nie za­cho­wy­wa­ła się wred­nie, nie za­my­ka­ła się na zna­jo­mo­ści i za­wsze była sobą, bez względu na to, w czy­im to­wa­rzy­stwie się znaj­do­wa­ła. Spra­wia­ła wra­że­nie, że umie roz­ma­wiać o wszyst­kim i ze wszyst­ki­mi.

Nie żeby roz­ma­wia­ła kie­dy­kol­wiek ze mną, ale z od­le­gło­ści dwóch rzędów w kla­sie wie­le mo­żna pod­słu­chać.

Nie cho­dzi o to, że nie chcia­łam z nią roz­ma­wiać. Ja po pro­stu nie mam swo­bo­dy otwie­ra­nia się przed lu­dźmi. Nie je­stem zbyt do­bra w zdo­by­wa­niu przy­ja­ciół. Kie­dy po­świ­ęcasz tyle cza­su co ja głów­ko­wa­niu, co by tu po­wie­dzieć i jak to wy­ra­zić, a i tak wszyst­ko wy­cho­dzi ina­czej, to już ła­twiej nic nie mó­wić.

Jed­nak w tym roku nie mu­szę być tą ci­chą Mol­ly Par­ker zże­ra­ną przez stres w sy­tu­acjach to­wa­rzy­skich. W Pitt wszyst­ko może się zmie­nić.

To prze­cież col­le­ge. Świe­ży start, szan­sa na wy­my­śle­nie się od nowa. Lu­dzie za­wsze po­wta­rza­ją, że w col­le­ge'u wszyst­ko zmie­nia się na lep­sze, i mu­szę w to wie­rzyć. Nie­mo­żli­we, by ży­cie nie ofe­ro­wa­ło nic wi­ęcej.

Musi być le­piej.

Nie sądzę, że­bym wy­trzy­ma­ła ko­lej­ne czte­ry lata ta­kich...

Łup!

Ci­ężkie pu­dło lądu­je na ka­fel­kach w kuch­ni, dźwi­ęk do­cho­dzi przez de­ski w podło­dze.

"Mamo".

Mimo że wczo­raj przed snem po­wtó­rzy­łam jej mi­lion razy, że wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­ję, już znaj­du­je się w sa­mo­cho­dzie, wiem bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, że pa­ku­je dla mnie wi­ęcej bam­be­tli. Je­że­li nie zej­dę do niej w tej chwi­li, za­ła­du­je cały dom do ba­ga­żni­ka swo­je­go SUV-a.

Bio­rę głębo­ki od­dech, a po­tem ze­ska­ku­ję z łó­żka i zbie­gam po scho­dach, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie na raz. Za za­krętem ko­ry­ta­rza wi­dzę, że mama mio­ta się po kuch­ni, otwie­ra­jąc i za­my­ka­jąc wszyst­kie szu­fla­dy oraz drzwicz­ki w za­si­ęgu, na któ­ry po­zwa­la jej pó­łto­ra me­tra wzro­stu. Jej si­ęga­jące pod­bród­ka wło­sy ko­lo­ru pie­przu z solą są spi­ęte czar­ną klam­rą.

- Cho­le­ra, gdzie ona się po­dzia­ła? - mam­ro­cze tak bar­dzo po­chło­ni­ęta szu­ka­niem Bóg wie cze­go, że mnie nie za­uwa­ża.

Sły­szę sze­lest pa­pie­ru, ob­ra­cam się i wi­dzę w kąci­ku śnia­da­nio­wym piw­ne oczy taty wpa­trzo­ne we mnie nad płach­tą "Pit­ts­burgh Post-Ga­zet­te".

W ich kąci­kach po­ja­wia­ją się drob­ne zmarszcz­ki jak za­wsze, kie­dy się uśmie­cha.

- Cie­szę się, że już wsta­łaś. - Le­d­wo po­wstrzy­mu­je chi­chot, my­śląc o tym, co za­mie­rza po­wie­dzieć. - Wła­śnie się za­sta­na­wia­li­śmy, czy nie iść cię ob­ró­cić, że­byś nie do­sta­ła od­le­żyn.

Ab­so­lut­ny kla­syk po­ran­nych tek­stów Char­lie­go Par­ke­ra.

- Do­pie­ro wpół do dzie­wi­ątej - mó­wię ze znu­dzo­ną miną.

Śmia­nie się z jego żar­tów może go je­dy­nie za­chęcić do dal­szych wy­głu­pów.

- Mol­ly!

Bły­ska­wicz­ny uśmiech za­stępu­je za­tro­ska­ny wy­raz twa­rzy mamy, gdy w ko­ńcu prze­ry­wa po­szu­ki­wa­nia i mnie do­strze­ga. Nie­sfor­ne ko­smy­ki wło­sów ster­czą do­ko­ła jej okrągłej twa­rzy, kie­dy pod­cho­dzi po­spiesz­nie, żeby mnie przy­tu­lić. Obie­ma ręka­mi: jed­na wy­żej, dru­ga ni­żej, bo w prze­ciw­nym ra­zie będzie chcia­ła to po­wtó­rzyć, do­cho­dząc do wnio­sku, że za pierw­szym ra­zem coś jej nie pa­so­wa­ło. Za­cho­wu­je się tak, jak­bym szła na woj­nę, ale cho­ciaż mia­żdży mnie nie­mal tak samo jak Le­onard, trud­no mi uda­wać, że nie będę za tym tęsk­nić.

Kie­dy uwal­nia mnie z uści­sku, pod­cho­dzę do kon­tu­aru, za­my­ka­jąc po dro­dze kil­ka sza­fek i za­su­wa­jąc bio­drem szu­fla­dę. Mo­jej ma­nii or­ga­ni­zo­wa­nia i po­rząd­ko­wa­nia na pew­no nie odzie­dzi­czy­łam po ma­mie.

- Co ty wy­pra­wiasz? - py­tam.

- Mó­wi­łem jej, żeby dała so­bie spo­kój - wtrąca tata, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ga­ze­ty.

- Ech, Char­lie, roz­wi­ązuj da­lej swo­je sza­ra­dy. - Mama ma­cha ręką w jego kie­run­ku i idzie przez kuch­nię, żeby otwo­rzyć ko­lej­ną szaf­kę. - Szy­ku­ję dla cie­bie kil­ka do­dat­ko­wych rze­czy. Jesz­cze tyl­ko trze­pacz­ka do ja­jek i to wszyst­ko, ale nie mogę zna­le­źć tej dru­giej - mówi.

- Mamo - mó­wię tak sta­now­czo, jak to mo­żli­we. - Nie po­trze­bu­ję trze­pacz­ki.

- Ka­żdy po­trze­bu­je trze­pacz­ki - od­po­wia­da ta­kim to­nem, jak­by mó­wi­ła o musz­li klo­ze­to­wej albo czy­mś w tym ro­dza­ju.

- Do cze­go mi trze­pacz­ka w aka­de­mi­ku? - py­tam z na­dzie­ją, że to py­ta­nie doda na­szej po­ran­nej wy­mia­nie zdań nie­co lo­gi­ki, lecz mama jak­by ni­g­dy nic prze­trząsa da­lej za­war­to­ść wszyst­kich sza­fek.

Po­chy­lam się i otwie­ram kar­ton, któ­ry mama za­pe­łnia. Jego za­war­to­ść bu­dzi co naj­mniej kon­ster­na­cję - rol­ka fo­lii alu­mi­nio­wej, zszy­wacz wy­grze­ba­ny z szu­fla­dy z rzad­ko uży­wa­ny­mi rze­cza­mi, szpa­tu­łka, dwa otwie­ra­cze do pu­szek, pa­tel­nia te­flo­no­wa.

- Mamo, ja tego nie po­trze­bu­ję - mó­wię, kła­dąc dłoń na jej ra­mie­niu, by ją po­wstrzy­mać przed otwar­ciem ko­lej­nej szaf­ki.

- A co zro­bisz, je­śli się oka­że, że jed­nak po­trze­bu­jesz? - pyta nie­co drżącym gło­sem. - Co je­śli będziesz cze­goś po­trze­bo­wa­ła i nie będziesz mieć tego pod ręką? Co je­śli zgłod­nie­jesz w środ­ku nocy i...

- Wte­dy będę mu­sia­ła sama coś wy­my­ślić.

Od­ci­ągam ją od szu­fla­dy i ob­ra­cam przo­dem do mnie. Mama pa­trzy na mnie za­pła­ka­ny­mi ocza­mi.

- Pro­szę, nie wy­je­żdżaj - mówi, cho­ciaż wca­le tak nie my­śli, a przy­naj­mniej sta­ra się tak nie my­śleć.

- Mamo, ja­koś to prze­ży­ję - za­pew­niam.

Bar­dzo dbam, żeby mój głos brzmiał re­zo­lut­niej, niż na­praw­dę się czu­ję.

- Ale ja nie - od­po­wia­da, śmie­jąc się nie­szcze­rze.

Przy­tu­lam ją jesz­cze raz, bo cho­ciaż wiem, jak ża­ło­śnie to brzmi... jest moją naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Ni­g­dy nie mó­wi­my o so­bie w taki spo­sób, ale kie­dy ktoś jest ci tak bli­ski, nie trze­ba tego na­zy­wać. Przez cały czas na­uki w li­ceum była moją naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Je­dy­ną, je­śli mam być szcze­ra.

Te­raz jed­nak mam ją po­że­gnać - oso­bę, któ­ra pod­czas tego wszyst­kie­go trwa­ła u mo­je­go boku. Zda­je się, że to za­da­nie po­nad moje siły, lecz zde­cy­do­wa­łam, że w tym roku wszyst­ko ule­gnie zmia­nie. Mu­szę się tro­chę usa­mo­dziel­nić.

Ona też musi mi na to po­zwo­lić.

- Mol­ly, za go­dzi­nę wy­je­żdża­my. Oba­wiam się, że je­śli będzie­my zwle­kać, mama sama spa­ku­je się do jed­ne­go z tych kar­to­nów - mówi tata, a mama rzu­ca w nie­go ku­chen­nym ręcz­ni­kiem.

Go­dzi­nę pó­źniej już je­ste­śmy w dro­dze do Pitt. Tata zgło­sił się na ochot­ni­ka, żeby do­star­czyć na miej­sce mój sa­mo­chód, więc sie­dzę w SUV-ie tyl­ko z mamą i już za­czy­nam tego ża­ło­wać, bo mama spra­wia wra­że­nie, jak­by za­mie­rza­ła wska­zać mi po dro­dze ka­żdą na­po­tka­ną zna­jo­mą rzecz. Moją byłą szko­łę, kino, ska­te­park przy au­to­stra­dzie, na któ­rym spędzi­łam mnó­stwo wie­czo­rów, je­żdżąc z moim bra­tem No­ahem. Od­wra­cam wzrok, bo z po­wo­du tylu wspo­mnień cała ta wy­pro­wadz­ka sta­je się jesz­cze trud­niej­sza.

Na szczęście, gdy do­cie­ra­my do celu, nie mam cza­su o tym roz­my­ślać, bo na kam­pu­sie trwa praw­dzi­we sza­le­ństwo. Wszyst­kie ba­ga­że w za­si­ęgu wzro­ku są po­otwie­ra­ne, a lo­dów­ki, łó­żka i inne me­ble z Ikei wy­le­wa­ją się aż na uli­cę. Chod­ni­ki są pe­łne ro­dzi­ców, któ­rzy bez­sku­tecz­nie pró­bu­ją za­pa­no­wać nad swo­im młod­szym po­tom­stwem. Ja­kaś dziew­czy­na w blu­zie z logo Pitt tra­ci kon­tro­lę nad wóz­kiem do trans­por­tu me­bli i pa­trzy prze­ra­żo­na, jak ten wpa­da z im­pe­tem na za­par­ko­wa­ny w po­bli­żu sa­mo­chód. Po­tem z ko­lei ja pa­trzę z prze­ra­że­niem, jak dziew­czy­na niby ni­g­dy nic od­cho­dzi w prze­ciw­nym kie­run­ku. Po czy­mś ta­kim de­cy­du­je­my, że tata od­pro­wa­dzi mój sa­mo­chód na par­king dla stu­den­tów, a po­tem zo­sta­nie przy SUV-ie, by go pil­no­wać.

- Cze­ść! Wi­ta­my w Pitt. - Chło­pak z nie­na­gan­nie ufry­zo­wa­ny­mi wło­sa­mi po­zdra­wia mnie, kie­dy wcho­dzę z uwie­szo­ną na moim ra­mie­niu mamą na dzie­dzi­niec. - Mogę ci po­móc się za­mel­do­wać - mówi, pro­wa­dząc mnie do sto­łu.

Po­da­ję mu wszyst­kie wy­ma­ga­ne in­for­ma­cje, on zaś wręcza mi to­reb­kę z pa­kie­tem po­wi­tal­nym oraz le­gi­ty­ma­cję stu­denc­ką opa­trzo­ną okrop­nie prze­świe­tlo­ną fo­to­gra­fią, któ­rą zro­bio­no mi la­tem pod­czas dnia otwar­te­go.

- Skąd się do­wie­my, z kim ona za­miesz­ka w aka­de­mi­ku? - pyta mama, pod­cho­dząc do sto­łu.

- Och. - Chło­pak marsz­czy brwi. - Po­win­ni­ście już daw­no do­stać e-mail z tą in­for­ma­cją.

Ale... prze­cież ob­se­syj­nie odświe­ża­łam wia­do­mo­ści przez całe wa­ka­cje, więc nie mógł mi umknąć ten e-mail. Praw­da? Czu­ję w żo­łąd­ku gwa­łtow­ny ucisk, ale nie chcę być już od po­cząt­ku za­szu­flad­ko­wa­na jako "ten typ".

- Aha, w po­rząd­ku, spraw­dzę jesz­cze raz - mó­wię.

- Jest ja­kiś spo­sób, żeby pan to spraw­dził? Ona nie do­sta­ła e-ma­ila - wtrąca mama, a mnie od razu cierp­nie skó­ra.

Mo­gła­by raz po­zwo­lić mi sa­mej za­ła­twić spra­wę.

- Mamo, nic się nie sta­ło - szep­czę ukrad­kiem. - Wszyst­ko się wy­ja­śni, kie­dy już tam pój­dę. Poza tym Noah wkrót­ce tu będzie, praw­da?

Dzi­ęku­ję stu­den­to­wi i od­ci­ągam mamę od sto­łu. Na szczęście moje ostat­nie sło­wa sku­tecz­nie od­wra­ca­ją jej uwa­gę.

- Po­wie­dział, że przy­je­dzie ro­we­rem i... spo­tka się z nami na dzie­dzi­ńcu... To jest ten dzie­dzi­niec? - upew­nia się.

Ki­wam gło­wą i roz­gląda­jąc się, pa­trzę na czte­ry jed­na­ko­we bu­dyn­ki aka­de­mi­ków, wśród któ­rych szu­kam... o, jest... Hol­land Hall.

- Po­bie­gnę zo­ba­czyć mój po­kój. Za­raz wró­cę - mó­wię, ale szyb­ko oka­zu­je się, że ona i tak dep­cze mi po pi­ętach. - Mamo, może le­piej tu zo­stań i wy­pa­truj No­aha?

Przy­spie­szam, nie cze­ka­jąc na jej od­po­wie­dź. Wła­ści­wie to chy­ba wo­la­ła­bym, żeby była przy mnie, kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czę ten po­kój, ale na­po­mi­nam się co chwi­la, że te­raz wszyst­ko ma wy­glądać ina­czej. A je­że­li ma być ina­czej, to nie mogę ci­ągnąć ze sobą mamy na pierw­sze spo­tka­nie z moją wspó­łlo­ka­tor­ką.

Oba skrzy­dła drzwi zo­sta­ły otwar­te i prze­pły­wa przez nie w tę i z po­wro­tem nie­prze­rwa­ny stru­mień dziew­czyn. Wy­gląda na to, że win­da dłu­go będzie za­jęta, więc wbie­gam pi­ęcio­ma ci­ąga­mi scho­dów na pi­ętro do mo­je­go po­ko­ju i za­trzy­mu­ję się przed sa­my­mi drzwia­mi, żeby zła­pać od­dech oraz tro­chę się ogar­nąć.

"Pierw­sze wra­że­nie, Mol­ly. Nowa ty. Dasz so­bie radę. Wy­star­czy po­wie­dzieć: "Cze­ść, je­stem Mol­ly"".

Głębo­ki wdech.

Pcham drzwi, spo­dzie­wa­jąc się uj­rzeć wspó­łlo­ka­tor­kę, ale wita mnie wi­dok, któ­ry spra­wia, że ra­mio­na opa­da­ją mi do sa­mej podło­gi.

- To ja­kiś żart - szep­czę do sie­bie, roz­gląda­jąc się po cia­snej klit­ce.

Jed­no łó­żko. Jed­no biur­ko. Cho­ciaż to był mój naj­mniej po­żąda­ny wy­bór. Cho­ciaż wy­ra­źnie pro­si­łam o do­wol­ną inną opcję, byle nie to.

Po­kój jed­no­oso­bo­wy.

Jak­by nie dość trud­no było mi po­znać no­wych lu­dzi - te­raz w do­dat­ku mu­szę miesz­kać w jed­no­oso­bo­wej celi. Wcho­dzę i pa­trzę do­ko­ła. Sły­szę inne dziew­czy­ny prze­cho­dzące ko­ry­ta­rzem, któ­re oma­wia­ją ze swo­imi wspó­łlo­ka­tor­ka­mi, co gdzie ma stać i któ­ra będzie spa­ła po któ­rej stro­nie.

- Hej, Moll, gdzie ci to po­sta­wić?

Głos do­bie­ga­jący zza mo­ich ple­ców spra­wia, że na chwi­lę za­po­mi­nam o trud­nym po­ło­że­niu. Ob­ra­cam się i wi­dzę wiel­ką ster­tę kar­to­nów blo­ku­jącą cały ko­ry­tarz oraz parę mu­sku­lar­nych nóg wy­sta­jących z dołu, ugi­na­jących się pod ci­ęża­rem nie­mal ca­łe­go do­byt­ku, jaki po­sia­dam.

- Hej, Noah. - Jego wi­dok spra­wia, że jest mi nie­co lżej. - Wiesz, że mają do tego spe­cjal­ne wóz­ki?

Wska­ku­ję na owi­ni­ęty fo­lią ma­te­rac, żeby go prze­pu­ścić. Noah wcho­dzi i upusz­cza z kil­ko­ma głu­chy­mi tąp­ni­ęcia­mi wszyst­ko na podło­gę. Wy­rów­nu­je od­dech, za­pie­ra­jąc się dło­ńmi o ko­la­na.

- Mam tu dwa wóz­ki, któ­re świet­nie się spraw­dza­ją - mówi, kle­pi­ąc się po bi­cep­sach. Prze­wra­cam te­atral­nie ocza­mi. - Poza tym od cze­go są star­si bra­cia? - pyta z fi­glar­nym uśmie­chem, a po­tem pod­cho­dzi, żeby mnie ob­jąć.

- Char­lie, prze­stań dep­tać mi po pi­ętach! - roz­brzmie­wa w ko­ry­ta­rzu echem głos mamy, któ­re­mu to­wa­rzy­szy śmiech wy­pe­łnia­jący tę pu­stą prze­strzeń.

Obo­je ob­ra­ca­my się do drzwi w chwi­li, w któ­rej nasi ro­dzi­ce po­ja­wia­ją się z wóz­kiem za­pe­łnio­nym ko­lej­ną por­cją mo­ich rze­czy.

Uśmiech mamy ga­śnie, gdy roz­gląda się po po­ko­ju.

- Przy­dzie­li­li ci je­dyn­kę - mówi, a kąci­ki jej ust opa­da­ją.

- Szczęścia­ra, nie? Co ja bym dał, żeby mieć je­dyn­kę w col­le­ge'u - mówi Noah, sia­da­jąc na moim biur­ku.

- No wła­śnie, faj­nie, Mol­ly. Masz tu swój wła­sny kącik - do­da­je tata.

Pa­trzę na mamę - je­dy­ną oso­bę, któ­ra ma ja­kie­kol­wiek po­jęcie, co to dla mnie ozna­cza. Je­dy­ną oso­bę, któ­ra wie, że to była moja je­dy­na re­al­na szan­sa na do­bry start w stu­denc­kim ży­ciu to­wa­rzy­skim.

Od­wra­cam wzrok, za­nim co­kol­wiek po­wie, bo roz­ma­wia­nie o tym może je­dy­nie po­gor­szyć moje sa­mo­po­czu­cie. Rzu­cam się więc w wir pra­cy. Or­ga­ni­zu­ję. Czy­li zaj­mu­ję się tym, co uwiel­biam ro­bić.

Noah z tatą przy­no­szą ko­lej­ne do­sta­wy, a mama i ja ukła­da­my ko­lej­ne rze­czy na wła­ści­wych miej­scach. Sta­ram się nie my­śleć o tych wszyst­kich rze­czach, któ­re chcia­łam ro­bić z moją wspó­łlo­ka­tor­ką. O wie­czo­rach, któ­re mia­ły­śmy spędzać, sie­dząc na łó­żku i plot­ku­jąc o eks­cy­tu­jących spra­wach dzie­jących się w na­szym ży­ciu, albo o wy­pra­wach o pó­łno­cy do skle­pu po słyn­ne na cały Pitt go­fry i lody, o któ­rych tyle sły­sza­łam od No­aha. Pró­bu­ję igno­ro­wać fakt, że mia­łam urządzać po­kój z nią, a nie z mamą.

- No więc tak so­bie my­ślę - mówi mama, sie­dząc koło mnie na podło­dze i skła­da­jąc od nowa część T-shir­tów - że mo­gła­byś za­mó­wić ja­kieś je­dze­nie z do­sta­wą i za­pro­sić ko­le­żan­ki z pi­ętra na wspól­ny wie­czór.

Robi, co może, żeby jej głos brzmiał opty­mi­stycz­nie, ale zbyt do­brze ją znam, by nie do­strzec wspó­łczu­cia w jej oczach.

- Ka­żda z nich będzie za­jęta po­zna­wa­niem się ze wspó­łlo­ka­tor­ka­mi. Nie znam tu ni­ko­go, kogo mo­gła­bym za­pro­sić - od­po­wia­dam, spusz­cza­jąc wzrok ku ko­szul­ce, któ­rą skła­dam.

- A Cora? - Mama sztur­cha mnie fi­glar­nie w bok. - Może ona jest wol­na?

- Mo­że­my o tym te­raz nie roz­ma­wiać? Zaj­mij­my się skła­da­niem - mó­wię, ale mama nie daje za wy­gra­ną. Jako naj­lep­sza przy­ja­ció­łka wie też jak nikt inny na świe­cie, w jaki spo­sób za­le­źć mi za skó­rę, i zda­je się, że dzi­siaj prze­ja­wia ku temu wy­jąt­ko­wą skłon­no­ść.

- Wy­ślij jej SMS-a z py­ta­niem, czy chce coś dzi­siaj z tobą po­ro­bić.

- Mamo - mó­wię su­ro­wym to­nem, zwra­ca­jąc się twa­rzą do niej. - Nie mogę jej ot tak za­py­tać, czy chce coś ze mną po­ro­bić, okej? To po pro­stu... - Wzdy­cham z bez­sil­ną zło­ścią i pod­no­szę te­le­fon, by uda­wać, że pi­szę SMS-a: Hej, Cora. W ogó­le mnie nie znasz, a ja na­wet nie mam two­je­go nu­me­ru, ale cho­dzi­ły­śmy do tej sa­mej szko­ły i wła­ści­wie to je­stem w to­bie za­ko­cha­na.

- Dla­cze­go sądzisz, że to nie­mo­żli­we? Je­stem pew­na, że ktoś z two­ich zna­jo­mych ma jej nu­mer. Ta dru­ga część może się zda­wać nie­co zbyt bez­po­śred­nia, ale... - W ko­ńcu od­pusz­cza i chi­cho­cze. - Co ja tam wiem?

- Boże. - Trącam ją ra­mie­niem, a ona kiwa się jak wa­ńka-wsta­ńka. - Na­praw­dę do­pro­wa­dzasz mnie do sza­łu.

- Ja tyl­ko sta­ram się po­móc. Prze­cież wiesz, praw­da? - Po­ta­ku­ję. - Okej, za­tem je­że­li Cora od­pa­da, to może ja wpad­nę ju­tro i pój­dzie­my ra­zem na za­ku­py czy coś w tym ro­dza­ju?

- Mamo... - Milk­nę na chwi­lę, żeby po­ukła­dać my­śli i upew­nić się, że po­wiem to, co trze­ba. Wstyd mi, że naj­chęt­niej przy­sta­ła­bym na jej pro­po­zy­cję. To zaś pod­po­wia­da mi, że mu­szę wy­brać inną opcję. Nie chcia­ła­bym jed­nak za bar­dzo ra­nić jej uczuć. - Po­win­nam się po­sta­rać, żeby w col­le­ge'u było ina­czej. Ro­zu­miesz? - Uno­szę gło­wę, chcąc po­pa­trzeć jej w oczy. - Tak czy ina­czej będzie mi wy­star­cza­jąco trud­no wy­my­ślić, jak to osi­ągnąć. Je­że­li wci­ąż będziesz mnie od­wie­dzać, to nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek uda mi się po­znać in­nych lu­dzi. A nie znio­sę, po pro­stu nie znio­sę ko­lej­nych czte­rech ta­kich lat.

Mama wy­gląda na nie­co ura­żo­ną, ale przede wszyst­kim na za­wsty­dzo­ną.

- Wiem. Wiem. Prze­pra­szam. - Obej­mu­je się moc­no ra­mio­na­mi. - Dam ci tro­chę wła­snej prze­strze­ni - mówi. Mru­żę oczy, nie do­wie­rza­jąc, że na­praw­dę by­ła­by do tego zdol­na. - No przy­si­ęgam! - do­po­wia­da, wy­ci­ąga­jąc ku mnie mały pa­lec dło­ni i w ko­ńcu do­pro­wa­dza­jąc mnie do śmie­chu.

- Do­brze. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas. - Spla­tam mój mały pa­lec z jej pal­cem.

- No do­bra, to już mamy wszyst­ko - stwier­dza tata, sta­jąc w drzwiach z No­ahem. - Jak sądzisz, Beth? - pyta.

Już?

Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się zbyt szyb­ko. Do­pie­ro co mó­wi­łam o tym, jak bar­dzo chcia­ła­bym coś zmie­nić. Ale... nie­ko­niecz­nie wła­śnie w tej chwi­li.

Łzy wzbie­ra­ją mi pod po­wie­ka­mi, kie­dy za­wi­sa nad nami po­że­gna­nie, któ­re­go cały dzień się ba­łam.

Mama stęka, wsta­jąc z podło­gi, i roz­pro­sto­wu­je nogi.

- My­ślę, że wszyst­ko za­ła­twio­ne, Mol­ly. Chy­ba że jesz­cze po­trze­bu­jesz po­mo­cy przy skła­da­niu ubrań?

Zer­ka na mnie tak, jak­by usil­nie sta­ra­ła się do­sto­so­wać do mo­jej wcze­śniej­szej pro­śby, ale było to ca­łko­wi­cie sprzecz­ne z jej uczu­cia­mi.

Za­ła­mię się do resz­ty, je­że­li będzie­my przedłu­żać na­sze po­że­gna­nie bar­dziej niż to ko­niecz­ne.

- Mo­żesz iść z nimi. Po­ra­dzę so­bie - mó­wię, wska­zu­jąc ster­tę ubrań.

- Na pew­no? - pyta.

By­naj­mniej. Jed­nak za­miast tego mó­wię:

- Ab­so­lut­nie.

Ści­skam krót­ko tatę, wie­dząc, że on nie lubi, gdy wi­dzę, jak pusz­cza­ją mu emo­cje. Mimo to trud­no nie za­uwa­żyć, jak wal­czy ze sobą - jak otwie­ra sze­ro­ko oczy, by nie pła­kać.

- Faj­nie, że je­steś w mie­ście - mówi Noah z uśmie­chem i przy­ci­ąga mnie do sie­bie, ści­ska­jąc po bra­ter­sku jed­ną ręką. Na­praw­dę się cie­szę, że za­wsze będzie w po­bli­żu. - Za­dzwoń, kie­dy będziesz mia­ła ocho­tę się spo­tkać. Aha, i wiesz co, Mol­ly? - do­da­je, już sto­jąc w drzwiach. - Za­my­ka drzwi tyl­ko ten, kto śpi. - Otwie­ra na oścież drzwi mo­je­go po­ko­ju, a po­tem idzie z tatą na ko­niec ko­ry­ta­rza.

My­śla­łby kto, że do na­wi­ąza­nia zna­jo­mo­ści wy­star­czy otwo­rzyć drzwi. No, ale dla nie­go chy­ba jest to ta­kie ła­twe. Mo­je­mu bra­tu wszyst­ko przy­cho­dzi ła­two - przy­ja­źnie, suk­ce­sy w spo­rcie. Ja­ki­mś cu­dem wy­bra­no go kró­lem stud­niów­ki. No wiesz... po­każ mi inną ma­ło­mia­stecz­ko­wą szko­łę w Pen­syl­wa­nii, w któ­rej Azja­ta zo­stał kró­lem stud­niów­ki. Ta­kie rze­czy po pro­stu się nie zda­rza­ją.

Za­my­kam oczy i na­bie­ram po­wie­trza głębo­ko do płuc. Mama ob­ra­ca się przo­dem do mnie.

- Zo­ba­czysz, że z cza­sem wszyst­ko się uło­ży - mówi, do­ty­ka­jąc mo­je­go po­licz­ka.

Ro­bię ku niej krok, przy­tu­lam się i tym ra­zem ści­skam ją bar­dzo moc­no.

- Okej - szep­czę, cho­ciaż w tej chwi­li wca­le w to nie wie­rzę.

- Okej. - Mama robi pau­zę. Kie­dy wy­pusz­cza mnie z ob­jęć, jej od­dech drży. Wy­cho­dzi ty­łem na ko­ry­tarz. - Za­dzwoń pó­źniej. Ko­cham cię.

- Ko­cham cię - mó­wię i przy­gry­zam po­li­czek aż do krwi.

Mama zni­ka za drzwia­mi, a ja się ob­ra­cam, żeby po­pa­trzeć na mój nowy dom. Zna­jo­me uczu­cie sa­mot­no­ści wy­wo­łu­je ucisk w mo­jej pier­si, tyle że tym ra­zem nie ma mamy, u któ­rej mo­gła­bym szu­kać po­cie­sze­nia. Tu­taj na­praw­dę je­stem sama.

"Skup się na bie­żących spra­wach. Roz­pa­kuj się. Po­ukła­daj".

Bio­rę głębo­ki wdech, igno­ru­jąc gulę w gar­dle, i roz­chy­lam za­kład­ki ostat­nie­go kar­to­nu.

Wzrok mi się roz­ma­zu­je, kie­dy si­ęgam do środ­ka i wyj­mu­ję me­ta­lo­wą trze­pacz­kę do ja­jek z do­cze­pio­ną kart­ką, na któ­rej wid­nie­je sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny na­pis:

"Na wszel­ki wy­pa­dek ".

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

ROZ­DZIAŁ 1

Wszy­scy co do jed­ne­go są wpa­trze­ni w Na­ta­lie Ra­mi­rez.

Hip­ster tu­lący bu­tel­kę IPA, jak­by to był jego pier­wo­rod­ny. Dziew­czy­na w spra­nym T-shir­cie z logo Ni­rva­ny, po któ­rym na­wet z da­le­ka wi­dać, że zo­stał ku­pio­ny w Urban Out­fit­ters. Bar­man Bren­dan, zbyt roz­ko­ja­rzo­ny, by za­uwa­żyć, że wła­śnie przy­rządził aż dwa rumy z colą bez kro­pli rumu. Ża­den z nich nie od­ry­wa wzro­ku od sce­ny.

Ko­ńczę wy­cie­rać kó­łka wil­go­ci po­kry­wa­jące bar i prze­rzu­ca­jąc przez ra­mię bia­ły ręcz­nik, wy­ci­ągam szy­ję nad mo­rzem głów, żeby mieć lep­szy wi­dok.

Świa­tła ze sce­ny rzu­ca­ją na salę dziw­ny pur­pu­ro­wy blask. Twarz Na­ta­lie ota­cza li­lio­wo-fio­le­to­wy kon­tur, a jej dłu­gie czar­ne wło­sy lśnią głębo­kim bur­gun­dem. Pa­trzę na jej dło­nie - wędru­ją w górę i w dół wzdłuż gry­fu gi­ta­ry, na któ­ry ona ani razu nie zer­ka, zna ka­żdy próg, a opusz­ki jej pal­ców two­rzą jed­no­ść ze stru­na­mi.

Bo pod­czas gdy wszyst­kie oczy są wpa­trzo­ne w Na­ta­lie Ra­mi­rez, ona pa­trzy tyl­ko na mnie.

Uśmie­cha się do mnie ukrad­kiem. W ten sam spo­sób, któ­ry spra­wił, że pięć mie­si­ęcy temu, kie­dy jej ze­spół wy­stąpił pierw­szy raz w Ko­śla­wym Kró­li­ku, w moim brzu­chu wzbi­ła się chma­ra mo­ty­li.

To był naj­lep­szy wy­stęp, jaki wi­dzia­łam w ci­ągu trzech lat mo­jej pra­cy w tym ba­rze. Nasz lo­kal jest mały, więc go­ści­li­śmy w nim spo­rą licz­bę na­śla­dow­czyń Ala­nis Mo­ris­set­te i nie­dziel­nych ar­ty­stów gra­jących co­ve­ry. W ubie­głym ty­go­dniu mie­li­śmy tu fa­ce­ta, któ­ry wy­sko­czył z eks­cen­trycz­ną imi­ta­cją Neu­tral Milk Ho­tel i bitą go­dzi­nę grał na pile, pro­du­ku­jąc tak zgrzy­tli­we dźwi­ęki, że wszy­scy oprócz mo­ich wspó­łpra­cow­ni­ków i jego dziew­czy­ny czym prędzej się ulot­ni­li.

Szcze­rze mó­wi­ąc, za spra­wą mu­zy­ki wąt­pli­wej ja­ko­ści, wa­riac­kich go­dzin pra­cy oraz staw­ki go­dzi­no­wej od­bie­ga­jącej od ide­ału ob­słu­ga na­sze­go baru dość często się zmie­nia. Sama ode­szła­bym już daw­no, lecz... moja mama po­trze­bu­je pie­ni­ędzy na czynsz. Zresz­tą ja też, bo wy­je­żdżam na stu­dia.

Ale to chy­ba do­brze. Bo gdy­bym zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, nie by­ło­by mnie na zmia­nie tam­te­go wie­czo­ru przed pi­ęcio­ma mie­si­ąca­mi ani nie mo­gła­bym te­raz ło­wić zza baru spoj­rzeń Na­ta­lie Ra­mi­rez.

Czu­ję ucisk w żo­łąd­ku, kie­dy do­cie­ra do mnie, że od­tąd przez ja­kiś czas nie będę słu­cha­ła jej kon­cer­tów, i cho­ciaż sta­ram się po­zbyć tego uczu­cia, ono da­lej mnie prze­śla­du­je. Trwa, kie­dy ostat­ni raz że­gnam się z barw­ną zbie­ra­ni­ną wspó­łpra­cow­ni­ków, któ­rzy w dni szkol­ne po­zwa­la­li mi w pra­cy przy­go­to­wy­wać się do stu­diów. Trwa, kie­dy cze­kam na Na­ta­lie, żeby od­bęb­nić obo­wi­ąz­ko­we drin­ki za ku­li­sa­mi przed pierw­szą tra­są kon­cer­to­wą jej ze­spo­łu, któ­ra za­czy­na się w przy­szłym ty­go­dniu. Trwa, gdy wresz­cie obie wy­my­ka­my się z im­pre­zy, żeby spędzić mój ostat­ni wie­czór w domu, czy­li wła­śnie tam, gdzie naj­bar­dziej chcę go spędzić.

Z nią.

Le­d­wo za­my­ka­ją się za nami drzwi jej za­gra­co­ne­go miesz­ka­nia w dziel­ni­cy Ma­nay­unk, a już Na­ta­lie mnie ca­łu­je, jej usta zaś, jak po ka­żdym kon­cer­cie, mają smak piz­zy z se­rem i cie­płe­go piwa.

Wszyst­kie rze­czy zle­wa­ją się ze sobą - zsu­wa­ne w po­śpie­chu co­nver­sy, dło­nie prze­śli­zgu­jące się po mo­jej ta­lii, kie­dy Na­ta­lie pod­ci­ąga mój czar­ny T-shirt, na­sze go­rącz­ko­we za­ta­cza­nie się po czte­rech kątach, do któ­rych ona ucie­kła po ubie­gło­rocz­nej ma­tu­rze w Cen­tral High, szko­le pu­blicz­nej znaj­du­jącej się na ko­ńcu mia­sta prze­ciw­le­głym do mo­jej szko­ły.

To miej­sce przez całe lato sta­no­wi­ło też moją kry­jów­kę, więc pro­wa­dzę nas bez­błęd­nie po wy­tar­tym drew­nia­nym par­kie­cie do jej po­ko­ju, la­wi­ru­jąc mi­ędzy in­stru­men­ta­mi na­le­żący­mi do in­nych człon­ków ze­spo­łu, kart­ka­mi z za­pi­sem nu­to­wym utwo­rów oraz wa­la­jący­mi się wszędzie bu­ta­mi. Spręży­ny jej łó­żka skrzy­pią, kie­dy wpa­da­my w roz­ko­pa­ną po­ściel, a drzwi za­my­ka­ją się ze stu­kiem za nami.

Ta chwi­la jest pe­łna wi­go­ru, wręcz do­sko­na­ła, ale uczu­cie, któ­re już przed­tem mnie prze­śla­do­wa­ło, na­dal ci­ąży mi w pier­si. Nie da się nie my­śleć o au­to­bu­sie, któ­ry rano wy­wie­zie mnie do col­le­ge'u. Nie mogę igno­ro­wać gło­su nie­pew­no­ści, do­cie­ra­jące­go do mnie na myśl o opusz­cze­niu miej­sca, w któ­rym spędzi­łam całe do­tych­cza­so­we ży­cie. Ani mamy, któ­ra na dru­gim ko­ńcu mia­sta za­pew­ne już otwie­ra dru­gą li­tro­wą bu­tel­kę te­qu­ili po tym, jak przez całe po­po­łud­nie wy­po­mi­na­ła mi, że chcę od niej ode­jść, tak samo jak od­sze­dł od nas tata.

Ale przede wszyst­kim chcę się w ko­ńcu zde­cy­do­wać na roz­mo­wę, któ­rej do tej pory uni­ka­łam. Roz­mo­wę o tym, jak moim zda­niem będzie wy­glądać przy­szło­ść na­sze­go zwi­ąz­ku na od­le­gło­ść.

Sku­piam uwa­gę na do­ty­ku skó­ry Na­ta­lie pod opusz­ka­mi mo­ich pal­ców, na jej cie­le ze­spo­lo­nym z moim, i zbie­ram się na od­wa­gę, by się od­su­nąć i wresz­cie po­wie­dzieć, co mam na my­śli, lecz na­gle sły­szę jej ci­chy szept, ulot­ny ni­czym od­dech na mo­ich war­gach:

- Ko­cham cię.

Przy­ci­ągam ją do sie­bie, wtu­lam się w nią tak moc­no, że le­d­wo do­cie­ra do mnie tre­ść jej słów. Je­stem tak po­chło­ni­ęta tym, co chcę po­wie­dzieć, że nie­mal od­wza­jem­niam jej wy­zna­nie.

A na­wet bar­dziej niż nie­mal. Moje usta same ukła­da­ją się, by po­wie­dzieć:

- Ko...

Za­raz, za­raz.

Otwie­ram gwa­łtow­nie oczy, ser­ce wali mi w pier­si, wzdry­gam się, bo te dwa sło­wa przy­wo­łu­ją stru­mień wspo­mnień o chwi­lach zu­pe­łnie in­nych niż ta.

Rzu­ca­nie ta­le­rza­mi i wrza­ski. Tata po­chy­la­jący się, by po­wie­dzieć: "Ko­cham cię", a po­tem wsia­da­jący do sa­mo­cho­du, by od­je­chać i za­cząć nowe ży­cie.

Ży­cie beze mnie. W któ­rym ni­g­dy wi­ęcej się nie po­ja­wi ani się do mnie nie ode­zwie.

Prze­cież nie mogę sama ich te­raz wy­po­wie­dzieć. Nie w tej sy­tu­acji. Nie, kie­dy to ja wy­je­żdżam.

Wi­dzę py­ta­jący wy­raz jej twa­rzy oświe­tlo­nej bla­skiem żó­łtej la­tar­ni za oknem, więc by za­ma­sko­wać tę na­głą re­ak­cję obron­ną, czym prędzej prze­su­wam pal­ca­mi wzdłuż czar­ne­go pa­ska jej sta­ni­ka.

- Ko... nie­cznie mu­szę jesz­cze po­słu­chać tej no­wej pio­sen­ki, któ­rą dzi­siaj za­gra­li­ście - szep­czę, usil­nie sta­ra­jąc się za­ma­sko­wać sło­wa, któ­re nie­mal pa­dły z mo­ich ust.

Zno­wu ją ca­łu­ję, tym ra­zem na­mi­ęt­niej - w spo­sób, któ­ry zwy­kle uci­na ka­żdą roz­mo­wę. Jed­nak to, co po­wie­dzia­ła, wisi w po­wie­trzu, snu­je się nad nami ni­czym gęsta mgła.

- Alex - mówi Na­ta­lie, od­ry­wa­jąc war­gi od mo­ich ust.

Przy­gląda się mo­jej twa­rzy, zda­je się cze­goś szu­kać wzro­kiem.

- Tak? - py­tam, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia, gdy pa­trzę na pal­ce Na­ta­lie sple­cio­ne z mo­imi oraz na jej pa­znok­cie po­ma­lo­wa­ne łusz­czącym się czar­nym la­kie­rem.

- Cza­sa­mi... - Na­ta­lie wzdy­cha prze­ci­ągle. - Cza­sa­mi się za­sta­na­wiam, czym w ogó­le dla cie­bie jest nasz zwi­ązek.

Od­su­wam się i pa­trzę na nią spod przy­mkni­ętych po­wiek - w ko­ńcu pro­sto w oczy.

- O czym ty mó­wisz?

- O tym, że mój ze­spół ru­sza w tra­sę. Ty ju­tro wy­je­żdżasz do col­le­ge'u. Będziesz aż w Pit­ts­bur­ghu.

Mó­wi­ąc to, sia­da i zwi­ązu­je swo­je czar­ne wło­sy w kok, co sta­no­wi wy­ra­źny znak, że ma­gicz­na chwi­la się od­da­la. I to szyb­ko.

Na­stępu­je dłu­ga pau­za. Wi­dzę po Na­ta­lie, że na­dal szu­ka od­po­wie­dzi. Wci­ąż cze­ka, aż po­wiem sło­wa, któ­re chce usły­szeć.

- To na­sza ostat­nia noc, a ja chcia­ła­bym wie­dzieć, na czym sto­imy. Czy coś dla cie­bie zna­czę? Czy to prze­trwa na od­le­gło­ść i czy nie za­po­mnisz o mnie, kie­dy za­czniesz się spo­ty­kać z in­ny­mi lu­dźmi? Czy nie je­stem je­dy­nie...

No do­bra.

- Na­ta­lie. - Przy­tu­lam się do niej. - Wła­śnie chcia­łam z tobą o tym po­roz­ma­wiać. Ja...

Mój te­le­fon wpa­da w gło­śne wi­bra­cje na bia­łej po­ście­li mi­ędzy nami, a ekran roz­ja­śnia się i uka­zu­je wia­do­mo­ść od Me­gan Ba­ker, za­śmie­co­ną mnó­stwem mru­ga­jących emo­tek. Sam SMS brzmi: Puść mi strza­łkę, o ile tu w ogó­le wró­cisz!

Na­ta­lie za­ci­ska po­wie­ki, jest te­raz zła, jak­by po­zna­ła od­po­wie­dź, ale nie tę, któ­rą chcia­ła usły­szeć.

- Me­gan Ba­ker? Ta la­ska, co brzdąka na trój­kącie w co­ver ban­dzie Fle­etwo­od Mac? Na­praw­dę, Alex?

- Na­ta­lie - mó­wię i wy­ci­ągam do niej rękę. - Daj spo­kój, to nie...

- Nie - od­po­wia­da Na­ta­lie, od­su­wa moją dłoń i wsta­je, za­ci­ska­jąc szczękę. Wi­dzę, że jej piw­ne oczy błysz­czą, a łzy w ka­żdej chwi­li mogą wy­try­snąć z kąci­ków. - To ta­kie... ty­po­we. Ta­kie, kur­wa, ty­po­we. Pró­bu­ję się do cie­bie zbli­żyć, a ty wy­ska­ku­jesz z czy­mś ta­kim. Spo­ty­ka­my się od pi­ęciu mie­si­ęcy, ale na żad­nym eta­pie nie mo­głam ci za­ufać.

- Na­ta­lie, daj spo­kój. Już to prze­ra­bia­ły­śmy. Po­szłam na ja­kieś trzy rand­ki. Mak­sy­mal­nie czte­ry. My­śla­łam, że mi­ędzy nami coś się po­psu­ło. Że wszyst­ko sko­ńczo­ne. - Prze­rzu­cam nogi nad brze­giem łó­żka i wsta­ję. Sy­tu­acja wy­gląda bar­dzo zna­jo­mo, jest do­kład­nie tak, jak nie chcia­łam, by się to od­by­ło. - I tyl­ko jed­na z nich była z Me­gan. Ona nic dla mnie nie zna­czy.

- Jak mam ci ufać po two­im wy­je­ździe do Pit­ts­bur­gha, je­śli do­sta­jesz ta­kie SMS-y, na­wet kie­dy miesz­ka­my w tym sa­mym mie­ście? - pyta, pa­trząc na mnie ze zło­ścią.

- To zna­czy ja­kie? - Pry­cham i zwra­cam te­le­fon ekra­nem ku Na­ta­lie. - Ży­czy­ła mi sze­ro­kiej dro­gi, a ja je­dy­nie jej po­dzi­ęko­wa­łam. Po­tem to ona...

- Po pro­stu przy­znaj, Alex, że nie­mo­żli­we jest dla cie­bie pro­wa­dze­nie roz­mo­wy bez flir­to­wa­nia. Wi­dzia­łam, jak dzi­siaj pod­czas mo­je­go wy­stępu za­ga­dy­wa­łaś tę dziew­czy­nę przy ba­rze. To dla­te­go od­mó­wi­łaś, kie­dy w ubie­głym mie­si­ącu po­pro­si­łam cię, że­byś zmie­ni­ła swo­je pla­ny i po­je­cha­ła z nami w tra­sę. Dla­te­go uni­kasz ka­żdej roz­mo­wy o tym, co będzie po two­im wy­je­ździe. Wo­lisz so­bie po­flir­to­wać w Pit­ts­bur­ghu, niż zbu­do­wać praw­dzi­wy zwi­ązek. - Po­trząsa gło­wą, głos jej się za­ła­mu­je, kie­dy od­wra­ca się do okna. - Dla cie­bie za­wsze je­stem na dal­szym pla­nie. Ni­g­dy nie an­ga­żu­jesz się na sto pro­cent.

Za­le­wa mnie zna­na mi aż za do­brze fala wy­rzu­tów su­mie­nia. Z po­wo­du tych kil­ku ran­dek, na któ­re po­szłam na sa­mym po­cząt­ku na­sze­go zwi­ąz­ku, oraz za wszyst­kie oka­zje, przy któ­rych być może prze­kro­czy­łam gra­ni­cę dzie­lącą roz­mo­wę od flir­tu, sto­jąc za ba­rem w Ko­śla­wym Kró­li­ku.

Ale na­praw­dę się an­ga­żu­ję. Przez całą szko­łę śred­nią z ni­kim nie cho­dzi­łam tak, jak z Na­ta­lie. Ze wszyst­ki­mi utrzy­my­wa­łam nie­zo­bo­wi­ązu­jące re­la­cje, bo... cóż, nie chcia­łam, żeby od­kry­ły praw­dę. Tę praw­dę o mnie, któ­rą ukry­wam przed świa­tem. Ży­cie ro­dzin­ne w roz­syp­ce i mama zbyt pi­ja­na, żeby pod­nie­ść ty­łek i za­jąć się przy­naj­mniej samą sobą, nie wspo­mi­na­jąc już o mnie.

Jed­nak z Na­ta­lie jest ina­czej.

Z nią jest ina­czej, od­kąd po trze­ciej rand­ce chcia­ła mi zro­bić nie­spo­dzian­kę, więc od­wie­dzi­ła mnie bez za­po­wie­dzi, żeby wy­ci­ągnąć mnie z domu, i za­sta­ła na gan­ku mamę pi­ja­ną do nie­przy­tom­no­ści. Całe dwa ty­go­dnie uni­ka­łam jej ze wsty­du i za­że­no­wa­nia, uma­wia­łam się na rand­ki z kimś in­nym pew­na, że po czy­mś ta­kim Na­ta­lie by­naj­mniej nie będzie chcia­ła utrzy­my­wać ze mną zna­jo­mo­ści, ale... ona nie zre­zy­gno­wa­ła. Jest je­dy­ną oso­bą, któ­ra zbli­ży­ła się do mnie tak bar­dzo, żeby po­znać praw­dę i mimo to zo­stać, wie­dząc o moim ba­ga­żu do­świad­czeń i ca­łej resz­cie.

Te­raz jed­nak jej głos brzmi zim­no, gdy wy­po­wia­da ko­lej­ne sło­wa. Jest obcy.

- Może i twój te­le­fon jest pe­łen nu­me­rów, ale osta­tecz­nie poza mną nie masz ni­ko­go. Je­steś sama.

Je­stem za­sko­czo­na. Kłó­ci­ły­śmy się wcze­śniej, ale jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam jej w ta­kim sta­nie.

- Sama? To ab­sur­dal­ne.

- Czy­żby? Przy­ja­cie­le. Part­ner­ki. Ka­żde­go od­py­chasz od sie­bie, je­śli za bar­dzo się zbli­ży. To cud, że ja wci­ąż je­stem przy to­bie! Cho­dzi­my ze sobą od pi­ęciu mie­si­ęcy, a na­wet nie po­zna­łam żad­ne­go z two­ich przy­ja­ciół. Je­dy­nie byłe mi­łost­ki. Bo nie masz ni­ko­go oprócz nich, Alex. Ty w ogó­le nie masz przy­ja­ciół. - Ob­ra­ca się i pa­trzy wprost na mnie. - Ja tu je­stem i za­le­ży mi na to­bie. Wspie­ra­łam cię przez cały czas, kie­dy mia­łaś w domu pie­kło z po­wo­du two­jej mamy, cho­ciaż wszy­scy inni cię ola­li. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, że­byś też po­wie­dzia­ła: "Ko­cham cię". Sły­sza­łam to, Alex - mówi. - Ale ugry­złaś się w język. Dla­cze­go?

- No bo... Nie wiem. Po pro­stu...

Plączę się. Nie wiem, jak jej po­wie­dzieć, że po­stąpi­łam tak, bo to coś wi­ęcej, niż się spo­dzie­wa­łam.

- Do­bra, Alex - mówi Na­ta­lie, krzy­żu­jąc ręce na pier­si. - Dam ci jesz­cze jed­ną szan­sę. Po­wiedz mi, co czu­jesz. Po­wiedz, że ty też mnie ko­chasz.

Przy­pa­rła mnie do muru i jest tego świa­do­ma. Dla­cze­go to robi?

- Na­ta­lie, po­słu­chaj, ja...

Mój głos milk­nie.

- No ład­nie. - Na­ta­lie gło­śno wy­pusz­cza z płuc po­wie­trze i po­trząsa gło­wą. - Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że na­praw­dę sko­ńczysz jak two­ja mama.

Sto­ję przed nią w szo­ku. Ze wszyst­kich lu­dzi ona naj­le­piej wie, że to cios po­ni­żej pasa. Że nic na świe­cie nie prze­ra­ża mnie bar­dziej niż ta wi­zja.

Pró­bu­ję od­zy­skać rów­no­wa­gę, lecz po­kój zda­je się co­raz mniej­szy, cia­śniej­szy, czu­ję ucisk w płu­cach, kie­dy sta­ram się na­brać po­wie­trza, a ko­lej­ne wspo­mnie­nia wy­pły­wa­ją na po­wierzch­nię. Moi ro­dzi­ce wrzesz­czący na sie­bie przez całą dłu­go­ść domu. Brzęk szkła roz­trza­sku­jące­go się na mi­lion ka­wa­łków. Zde­rzak sa­mo­cho­du taty zni­ka­jący w od­da­li.

I po raz pierw­szy od pi­ęciu mie­si­ęcy czu­ję po­trze­bę uciecz­ki, tak samo jak za ka­żdym po­przed­nim ra­zem.

Si­ęgam po T-shirt i ze zło­ścią wkła­dam go z po­wro­tem.

- My­ślisz, że wszyst­ko wiesz, tak? Py­tasz, co czu­ję, Na­ta­lie? - Ki­pią we mnie strach i wście­kło­ść. Wy­do­sta­ją się na po­wierzch­nię. - Czu­ję, że gów­no o mnie wiesz.

- A czy­ja to wina?

Dłu­go mie­rzy­my się wzro­kiem. Jej pie­rś uno­si się ci­ężko, li­nie oboj­czy­ka na­bie­ra­ją ostro­ści.

- Wyj­dź! - Na­ta­lie mówi w ko­ńcu ci­cho.

Na­wet nie sta­ram się wal­czyć.

- Z przy­jem­no­ścią - od­po­wia­dam, przy­wo­łu­jąc na twarz drwi­ący uśmiech, jak­bym nic so­bie z tego nie ro­bi­ła.

Znam to uczu­cie i czu­ję do sie­bie wstręt.

Prze­py­cham się koło niej za drzwi sy­pial­ni, pod­no­szę z zie­mi moją płó­cien­ną tor­bę, za­rzu­cam ją na ra­mię i gniew­ny­mi ru­cha­mi wpy­cham sto­py w buty. Za­pi­ętek się pod­wi­ja do środ­ka, więc świ­dru­ję pi­ętą i kost­ką, żeby go roz­pro­sto­wać, jed­no­cze­śnie szar­pi­ąc za klam­kę drzwi we­jścio­wych.

Ostat­ni raz po­sy­łam Na­ta­lie wście­kłe spoj­rze­nie i ła­pię uchwyt mo­jej wa­liz­ki. Już nie wi­dzę ani śla­du po de­li­kat­nym uśmie­chu, któ­rym wie­czo­rem ob­da­rza­ła mnie ze sce­ny, a mo­ty­le, któ­rych chma­ry wzla­ty­wa­ły pięć mie­si­ęcy temu i za ka­żdym ra­zem, kie­dy ogląda­łam jej wy­stęp, leżą mar­twe. Z całą siłą, na jaką mnie stać, oraz z im­pe­tem, któ­ry na pew­no wku­rzy star­szą pa­nią Hamp­shi­re miesz­ka­jącą dwo­je drzwi da­lej, za­trza­sku­ję za sobą drzwi.

Kręci mi się w gło­wie, kie­dy zbie­gam po nie­rów­nych scho­dach, a wa­liz­ka ha­ła­śli­wie to­czy się za mną. Pcham drzwi i wy­bie­gam na uli­cę. Pró­bu­ję się uspo­ko­ić, ale cie­płe po­wie­trze dru­giej po­ło­wy sierp­nia je­dy­nie wy­wo­łu­je we mnie jesz­cze wi­ęk­szą zło­ść.

Jest śro­dek nocy, a tem­pe­ra­tu­ra ani tro­chę nie spa­da.

Idę gniew­na jak bu­rza w kie­run­ku prze­czni­cy, a kie­dy skręcam w Main Stre­et, nie­mal wpa­dam na gru­pę ciem ba­ro­wych, któ­re zle­wa­ją się w jed­ną pla­mę twa­rzy, kszta­łtów i ko­lo­rów. Zer­kam w bok i zwal­niam kro­ku, wi­dząc małą ka­fej­kę, do któ­rej po­szły­śmy na pierw­szą rand­kę i roz­ma­wia­ły­śmy o jej ze­spo­le - Ce­re­al Kil­lers - o mo­jej nad­cho­dzącej ma­tu­rze oraz o na­szych ulu­bio­nych miej­scach w mie­ście.

Do ka­fej­ki przy­le­ga ta­nia re­stau­ra­cja, w któ­rej prze­sia­dy­wa­ły­śmy co so­bo­tę w na­ro­żnym bok­sie, ca­łu­jąc się ukrad­kiem mi­ędzy kęsa­mi na­le­śni­ków wi­ęk­szych niż ludz­ka gło­wa.

Ju­tro rano po­szły­by­śmy tam zno­wu, ale te­raz...

Zwie­szam gło­wę i od­wra­cam wzrok, a gniew ustępu­je cze­muś in­ne­mu. Po­czu­ciu stra­ty - tych so­bót w re­stau­ra­cji, tej nocy, któ­rą mo­gły­śmy spędzić ra­zem, i tej dziew­czy­ny, któ­ra trwa­ła przy mnie, cho­ciaż wie­dzia­ła o mnie wszyst­ko, co naj­gor­sze. Nie­wa­żne na­wet, że wła­śnie rzu­ci­ła mi to w twarz.

Gdy do­cie­ram do sta­cji SEP­TA, czu­ję wiel­ki ci­ężar w pier­si. Sia­dam bez­wład­nie na ław­ce i wy­ci­ągam te­le­fon. Wy­świe­tlacz roz­ja­śnia się i wska­zu­je... pierw­szą w nocy.

Pierw­sza w nocy? Cho­le­ra. Au­to­bus mam do­pie­ro o ósmej.

A do domu... nie mogę je­chać. Nie mogę spędzić ko­lej­nej nocy, zbie­ra­jąc mamę z podło­gi, gdy ona będzie mnie kry­ty­ko­wać za to, że od niej ode­szłam. Boję się, że je­śli wró­cę, to już ni­g­dy się stam­tąd nie wy­rwę.

Wo­bec tego gdzie, do dia­bła, mam...

Mój wzrok pada na SMS-a od Me­gan.

Może... war­to spró­bo­wać? Ona po wa­ka­cjach za­czy­na dru­gi rok na uni­wer­ku Tem­ple, a jej nowy aka­de­mik znaj­du­je się dość bli­sko przy­stan­ku.

Stu­kam pal­cem w wia­do­mo­ść, a po­tem w ikon­kę słu­chaw­ki i wstrzy­mu­jąc od­dech, słu­cham dźwi­ęku dzwon­ka.

- Halo?

- Hej, Me­gan - mó­wię, czu­jąc, że za­le­wa mnie fala ulgi, kie­dy sły­szę jej głos. - Mogę wpa­ść?

- Och. - Sły­szę le­d­wo wy­czu­wal­ną zmia­nę w jej gło­sie. - Mia­ła­byś wiel­kie­go pe­cha, gdy­byś... wpa­dła.

Skręca mnie w środ­ku z że­na­dy. Jezu. Nic dziw­ne­go, że Na­ta­lie wście­kła się po tym, jak po­szłam z kimś ta­kim na rand­kę.

- Bo wiesz, ja, ee... - mó­wię, prze­kła­da­jąc te­le­fon do dru­giej ręki. - My­śla­łam, żeby po pro­stu, ro­zu­miesz... prze­ki­mać, bo mam au­to­bus do­pie­ro ju­tro o ósmej rano, ale...

Ale... wła­ści­wie co mam do stra­ce­nia? Z Na­ta­lie wszyst­ko się po­chrza­ni­ło. A Me­gan prze­cież nie li­czy na po­wa­żny zwi­ązek. Czy na­praw­dę by­ło­by aż tak źle za­po­mnieć o wszyst­kim na jed­ną noc?

- Och - wtrąca szyb­ko Me­gan, nie da­jąc mi cza­su na wy­co­fa­nie się. - Pew­nie, że mo­gła­byś, ale, eee... moja wspó­łlo­ka­tor­ka jest cho­ra.

- Ju­lie? - Marsz­czę brwi. - Do­pie­ro co wi­dzia­łam ją na kon­cer­cie Na­ta­lie. Wy­gląda­ła na...

- Tak, ona chy­ba... wy­da­je mi się, że zła­pa­ła coś już po kon­cer­cie - mówi i do­da­je stłu­mio­nym gło­sem, jak­by uda­wa­ła, że zwra­ca się do wspó­łlo­ka­tor­ki: - Że co, Ju­lie? Wy­mio­tu­jesz? Już pędzę ci po­móc!

Wow, ta dziew­czy­na na­praw­dę nie umie kła­mać.

- Alex! Mu­szę le­cieć - mówi, ko­ńcząc swój jed­no­oso­bo­wy wy­stęp.

Roz­łączam się, za­nim po­wie coś jesz­cze, żeby oszczędzić jej ko­niecz­no­ści od­gry­wa­nia tej scen­ki cho­ćby se­kun­dę dłu­żej.

Wzdy­cha­jąc, roz­wi­jam spis kon­tak­tów i prze­su­wam go, szu­ka­jąc ko­goś in­ne­go, do kogo mo­gła­bym za­dzwo­nić. Pod samą li­te­rą A mam ki­lo­me­tro­wą li­stę na­zwisk. Na­ta­lie mo­gła mieć ra­cję co do Me­gan, ale to nie zna­czy, że nie znam mi­lio­na in­nych osób, u któ­rych mo­gła­bym prze­no­co­wać.

Prze­bie­gam wzro­kiem ko­lej­ne po­zy­cje, za­trzy­mu­jąc się przy po­je­dyn­czych imio­nach: Me­lis­sa, Ben, Mike. To je­dy­nie wspó­łpra­cow­ni­cy, z któ­ry­mi zna­jo­mo­ść ni­g­dy nie prze­ro­dzi­ła się w nic wi­ęcej. Lu­dzie, któ­rych po­zna­łam, sto­jąc za ba­rem albo ucząc się w szko­le. Ka­żdy SMS, któ­ry za­czy­nam pi­sać, zo­sta­je od razu ska­so­wa­ny, bo uświa­da­miam so­bie, że... urwał mi się z nimi kon­takt. Upły­nęły mie­si­ące od ostat­niej wy­mia­ny wia­do­mo­ści, bo to ja igno­ro­wa­łam ich py­ta­nia albo pro­po­zy­cje spo­tkań, zbyt za­jęta lek­cja­mi albo opie­ką nad mamą, by zna­le­źć czas na co­kol­wiek po­nad­to.

Do­cie­ra do mnie też, że wi­ęk­szo­ść z nich to... prze­lot­ne sym­pa­tie. Albo też po­ten­cjal­ne prze­lot­ne sym­pa­tie, jak za­uwa­ży­ła to Na­ta­lie. Jest ich mnó­stwo. Dziew­czy­ny, z któ­ry­mi flir­to­wa­łam je­dy­nie, by spraw­dzić, co z tego wy­nik­nie, wie­dząc, że na pew­no nie za­an­ga­żo­wa­ła­bym się na dłu­żej niż chwi­lę. Wie­dząc, że ni­g­dy nie stwo­rzę cze­goś trwal­sze­go niż tym­cza­so­wy zwi­ązek.

Przy nie­któ­rych nu­me­rach na­wet nie ma imion.

Brązo­we wło­sy. Star­bucks.

Pie­gi. Piz­ze­ria.

Mam dzie­si­ęć ta­kich kon­tak­tów. Może wi­ęcej. Uogól­nio­ny opis dziew­czy­ny plus miej­sce, w któ­rym ją po­zna­łam.

Prze­wi­jam da­lej, aż wresz­cie ob­raz na wy­świe­tla­czu lek­ko po­dry­gu­je, do­ta­rłszy do ko­ńca li­sty. Nie ma na niej żad­ne­go czło­wie­ka, do któ­re­go mo­gła­bym za­te­le­fo­no­wać o pierw­szej w nocy. Mogę je­dy­nie pó­jść na dwo­rzec Grey­ho­un­da, żeby tam prze­sie­dzieć sie­dem go­dzin do od­jaz­du au­to­bu­su.

"Je­steś sama". Przy­cho­dzi mi na myśl twarz Na­ta­lie. Jej twar­dy wzrok za­snu­wa mgłą moje oczy.

No ale... prze­cież mia­łam na gło­wie mamę. Zresz­tą za­mie­rza­łam stąd wy­je­chać. Do Pit­ts­bur­gha. Wie­dzia­łam, że już ni­g­dy nie spo­tkam się z żad­nym z tych lu­dzi. Oczy­wi­ście po­lu­zo­wa­łam wi­ęzy to­wa­rzy­skie. Z przy­pad­ko­wy­mi zna­jo­my­mi, mi­łost­ka­mi i ko­le­żan­ka­mi, z któ­ry­mi na­praw­dę ni­g­dy nie roz­ma­wia­łam poza szko­łą, sta­ra­jąc się jak naj­le­piej ukry­wać moje pry­wat­ne ży­cie.

Je­dy­ną oso­bą, któ­rej trzy­ma­łam się dłu­żej, była ona. Aż do dzi­siaj.

Czu­ję po­wiew go­rące­go po­wie­trza, kie­dy ko­lej­ka z gło­śnym zgrzy­tem za­trzy­mu­je się przede mną. Apa­tycz­nie czła­pię do wa­go­nu i sia­dam na sie­dze­niu obi­tym nie­bie­ską ta­pi­cer­ką. Wspie­ram łok­cie na ko­la­nach, za­ci­skam po­wie­ki i po­cie­ram twarz. Sło­wa krążą mi po gło­wie, a za­war­ta w nich praw­da nie­spo­dzie­wa­nie mnie ogłu­sza.

Na­ta­lie mia­ła ra­cję. Przej­rza­ła mnie le­piej, niż sama zdo­ła­łam sie­bie po­znać.

Wy­zna­ła mi mi­ło­ść, a mnie coś po­wstrzy­ma­ło przed od­wza­jem­nie­niem tych słów. Po­pro­si­ła, że­bym cho­ciaż jed­nym sło­wem dała jej od­czuć, ile dla mnie zna­czy, a ja nie umia­łam się na to zdo­być.

Nie by­łam zdol­na po pro­stu po­wie­dzieć jej o tym, że so­bot­nie po­ran­ki w jej to­wa­rzy­stwie są dla mnie naj­wa­żniej­szy­mi chwi­la­mi ka­żde­go ty­go­dnia. O tym, że tek­sty jej pio­se­nek prze­ma­wia­ją do mnie tak, jak ża­den inny utwór do tej pory, a kie­dy oglądam jej wy­stępy, czu­ję się... lek­ka, bo w tych rzad­kich chwi­lach nie przy­gnia­ta mnie ża­den ci­ężar. Nie umia­łam jej po­wie­dzieć, jaka je­stem wdzi­ęcz­na za to, że od kil­ku mie­si­ęcy mam na kogo li­czyć w ca­łym tym ba­ła­ga­nie z mamą.

Nie je­stem pew­na, czy mo­gła­bym wsi­ąść do ju­trzej­sze­go au­to­bu­su na uczel­nię, gdy­bym nie za­wdzi­ęcza­ła tak wie­le jej po­mo­cy.

Jed­nak nie po­wie­dzia­łam jej tego. Ni­cze­go nie po­wie­dzia­łam. Wszyst­ko spie­przy­łam, bo Na­ta­lie po­pro­si­ła mnie o gwiazd­kę z nie­ba, a ja jesz­cze nie mo­głam jej tego dać.

Jest pierw­szą oso­bą w moim ży­ciu, z któ­rą nie chcę się że­gnać, a tym­cza­sem wła­śnie na­wie­wam.

Co jest ze mną nie tak?

Z trud­no­ścią prze­ły­kam gulę ro­snącą w moim gar­dle. Wspie­ra­jąc gło­wę o szy­bę, pa­trzę, jak Fi­la­del­fia prze­my­ka za oknem, i ro­zu­miem, że mu­szę coś zmie­nić.

Nie wiem, jak to na­pra­wić, ale mam na roz­my­śla­nie całą dro­gę do Pit­ts­bur­gha.