Ona - Hanka V. Mody

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

- To co? Dasz radę się dziś ubrać?

Krzysztof stanął w drzwiach sypialni z rozbawioną miną. W przeciwieństwie do mnie był już kompletnie ubrany. Granatowy garnitur i jasnoniebieska koszula fantastycznie podkreślały jego niebieskie oczy. Przełamał to ceglastym krawatem. Spostrzegłam też na ręku zegarek na srebrnej bransolecie, który dostał ode mnie pod choinkę. Po tylu latach znajomości i małżeństwa wciąż mnie zadziwiała jego umiejętność dobierania rzeczy i niewymuszony, acz nienaganny wygląd. Laska ze srebrnym kulistym zakończeniem, której używał podczas chodzenia, tylko dodawała mu uroku.

Wciąż potrafiłam zatrzymać się w zachwycie nad tym pięknym człowiekiem. Kiedyś chciałam z nim spędzać każdą wolną chwilę, by wykorzystać dany nam czas i wziąć sobie jeszcze na zapas. Ale nie da się być z kimś na zapas, tak jak nie da się najeść na zapas. Później ze strachu odsunęłam się i postanowiła spędzać z nim tego czasu jak najmniej. Żeby się odzwyczaić, żeby później nie bolało. Aż w końcu zrozumiałam, że powinniśmy żyć normalnie. O ile w naszej sytuacji była jakaś normalność.

Starałam się bardzo. W tamtej chwili zachwycił mnie jego ubiór i to, jak się w nim prezentował. Sama wolałam sportową elegancję i pokochałam styl, który pozwalał zakładać adidasy do sukienki. Został wymyślony dla takich jak ja, które lubiły szpilki, owszem, ale nie lubiły w nich chodzić. Nie lubiły i nie umiały. Bo może jeślibyśmy umiały, to i byśmy lubiły. Patrząc czasem na kobiety, które w cienkich, wysokich szpilkach idą z gracją i lekkością, jakby miały kapcie na stopach, a nie chwiejące się cholerstwo, podejrzewałam, że muszą istnieć pewne tajne stowarzyszenia, gdzie uczą tej tajemnej sztuki i do których trzeba mieć specjalne zaproszenie, którego ja nigdy nie dostałam. Najwidoczniej zadawałam się z nieodpowiednimi ludźmi.

- Kochanie, muszę przyznać, że mogę nie dać rady, a powód jest banalnie prosty - stwierdziłam, przyglądając się wnętrzu otwartej szafy.

- Nie masz się w co ubrać? - Zaśmiał się.

- Otóż to. I nie ma się z czego śmiać, bo taka jest niestety smutna prawda, chociaż faceci traktują to jako żart.

- Patrząc na rzeczy, które nie mieszczą się w szafie, to nie może być nic innego. - Machnął dłonią w kierunku białego mebla.

- I tu się mylisz, mój drogi. Może nie zauważyłeś, ale jest zima. Mój organizm to zauważył i nie dość, że ostatnio zaczął się domagać bardziej treściwego pożywienia, to zaczął też je odkładać w postaci tłuszczu na moim boskim ciele. Ja mu niestety tego pożywienia nie odmawiałam, bo byłby to gwałt na własnym organizmie, czego skutki są, jak widać, opłakane.

Westchnęłam i wyciągnęłam z półki całkiem nowy nabytek w postaci długiej luźnej sukienki w kolorach czerni i złota. Z tego, co pamiętałam, miała tę zaletę, że fajnie uwydatniała mój spory biust, a zakrywała, co zakryć powinna. Dekolt miał w tym wypadku posłużyć za wabik odciągający wzrok od nowo powstałych fałdek, z którymi nie byłam jeszcze oswojona.

- Ależ ja uwielbiam każdy centymetr twojego ciała. - Krzysztof podszedł powoli bliżej i klepnął mnie w goły pośladek. Doleciał do mnie zapach jego i moich zarazem ulubionych perfum, Armani Mania. - Jesteś cholernie apetyczna i jak dla mnie możesz iść nago.

Lubiłam, gdy był blisko.

- Dla ciebie tak - powiedziałam ze śmiechem. - Mnie w sumie też byłoby wygodnie, ale boję się, że nie wszyscy mogliby podzielać twoje zdanie co do mojej nagości.

- Nie znają się. - Objął mnie od tyłu, pocałował w szyję i zaczął się przymilać, błądząc po moim ciele dłońmi.

- Opanuj się. - Odwróciłam się do niego i sięgnęłam dłonią do jego blond włosów, by trochę go rozczochrać.

Byliśmy tak różni. Ja, ze swoimi czarnymi włosami i brązowymi oczami, byłam jego przeciwieństwem. On wysoki, szczupły, postawny i ja, sporo niższa, z tendencją do tycia. Założę się, że nie raz i nie dwa różne dziunie zastanawiały się: "Co on z nią robi?". I wychodziło im, że pewnie jest nieszczęśliwy, a to musiał być jakiś dziwny przypadek, że jesteśmy razem. Faktycznie, to był przypadek. Wpadliśmy na siebie w tym życiu przypadkiem, a później świadomie nie chcieliśmy się rozstawać. Pomimo wielu przeciwności. Ja chciałam znosić jego, a on mnie. Tak się dogadaliśmy. Że będziemy siebie znosić. Bo chcemy, a nie dlatego, że musimy.

- Ej, wolę, jak mi mówisz, że lubisz, gdy nad sobą nie panuję. - Puścił do mnie oczko, ale faktycznie trochę się cofnął.

- Ja też i szczerze mówiąc, wolałabym zostać w domu - powiedziałam i wbrew swoim słowom sięgnęłam po czarną bieliznę i pończochy, a następnie zaczęłam je zakładać. Zdawałam sobie sprawę, że mu zależy. Uśmiechnął się delikatnie.

- Wiem, że nie lubisz takich oficjalnych spotkań, ale tym razem naprawdę mamy co świętować. - Cały promieniał, a ja byłam z niego dumna. Patrzyłam, jak się uśmiecha, na jego dołeczki w policzkach, delikatne zmarszczki przy oczach i czułam ciepło w środku. Chciałam, by był szczęśliwy.

- To już nawet nie to, że nie lubię takich spotkań. Dobrze wiesz, że zawsze lubiłam Karola, chociaż często też mnie wkurzał, ale głupio mi w stosunku do Anki.

- A ja jestem ciekawy tej jego nowej, no ale rozumiem, że ty i Anka się przyjaźnicie.

Poruszył się i zaraz skrzywił, źle stawiając nogę. Kiedyś panikowałam na każdy jego grymas, później się przyzwyczaiłam. O ile można przyzwyczaić się do cierpienia. Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie wciska nas w lęki. A kiedy nie można pomóc ukochanej osobie, to trzeba się uodpornić, żeby nie zwariować. Tym bardziej że ja i tak już w życiu świrowałam. To Krzysztof nauczył mnie łapać oddech.

- Naprawdę przez te lata zbliżyłyśmy się do siebie i nie wiem, czy wypada mi się spotykać z jej wciąż jeszcze mężem i jego młodą kochanicą - ostatnie słowa wypowiedziałam z pogardą. Krzysiek westchnął. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że z założenia już jej nie lubię?

- Kochanie, wiem, jaka potrafisz być słodka, ale postarasz się przynajmniej na nią nie warczeć?

- Zobaczymy. - Wydęłam usta i puściłam oczko do Krzysztofa, zanim wyszedł z pokoju.

Milena, bo tak miała na imię towarzyszka Karola, zrobiła to, na co ja się nie odważyłam. Założyła białe sneakersy do niebieskiej dziewczęcej sukienki przed kolano. Pod sukienką na pewno nie miała stanika, a sutki jej małych piersi, twarde i sterczące, wbijały się w materiał, jakby prosząc o to, by je potrzeć. Tak właśnie wtedy pomyślałam i skonsternowana złapałam się na tej myśli. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie założyła też majtek. Za to założyła białe podkolanówki, by podkreślić swój młody wiek. Wprawdzie nie była aż tak młoda, za jaką chciała uchodzić, ale udawanie lolitki świetnie jej szło. Pomyślałam, że rozumiem, co Karola w niej pociągało, nie rozumiałam natomiast, dlaczego od razu musiał zostawiać żonę i dzieci. Ładny sobie wybrał kryzys wieku średniego. Tak w myślach zaczęłam nazywać Milenę - Kryzys Karola. Szkoda tylko, że największy kryzys przechodziła Anka z dziećmi. Miałam focha za moją przyjaciółkę.

- Czego się napijesz, Agatko? - Zadowolony Karol spoglądał na mnie znad karty win. Nie widziałam go kilka miesięcy, ale nie zmienił się wiele. Trochę schudł, a na jego twarzy o ciemnej karnacji pojawiło się kilka zmarszczek wokół oczu i na czole.

- Na początek martini - powiedziałam oschle i sięgnęłam po menu. Nie byłam jeszcze w tej restauracji, ale słyszałam, że podają w niej świetne steki. W przestronnej sali prawie wszystkie stoliki były zajęte.

- O matko, to jest taaakie dobre. - Milena jadła całą sobą, a było to coś, co zawsze mnie ujmowało. Patrzyłam, jak się delikatnie uśmiechała, wciąż jeszcze żując i przełykając kawałek steka. Była przy tym tak uroczo naturalna i prawdziwa.

Zapatrzyłam się, jak odkrajała kolejny kawałek mięsa i wkładała sobie do bladych ust. Jakby w opozycji do mnie i do mojej czerwieni na wargach nie użyła żadnej szminki. Jej twarz była naturalna. Tylko rzęsy okalające szare oczy pociągnęła czarnym tuszem. Włosy miała ni to złote, ni to jasnobrązowe. One także wydawały się nietknięte żadną farbą, co w obecnych czasach było zadziwiające. Zazwyczaj dziewczyny w jej wieku, czyli dwadzieścia plus, już dawno farbują włosy, robią sztuczne rzęsy, sztuczne paznokcie i udają sztuczne życie. Najlepiej na Instagramie. Taki trend. Złapałam się na tym, że myślę w taki sposób, jakbym była już naprawdę stara, co przy moich trzydziestu pięciu latach stanowiło lekkie nadużycie. Byłam jednak co najmniej dziesięć lat starsza od Kryzysu Karola i trochę zazdrościłam jej tej świeżości, to raz, a dwa, jawiła mi się jako odbijaczka cudzych mężów. A dokładniej to jednego konkretnego męża - mojej przyjaciółki. Odruchowo spojrzałam na Krzysztofa, który uśmiechał się serdecznie do Mileny.

- Faktycznie, wyjątkowo dobrze zrobione - odparł.

- Czasem zastanawiam się, co jest lepsze, seks czy jedzenie - palnęła Milena, co dość dobrze rozumiałam. Podobało mi się, jak je, co trochę ociepliło jej wizerunek w moich oczach, ale za nic bym się do tego nie przyznała.

- O widzisz, moja Agatka też mawia, że miewa orgazmy kulinarne. - Krzysztof puścił do mnie oczko.

- No i do jakich wniosków doszłaś? - zapytałam Milenę.

- Od kiedy znam Karola, skłaniam się ku temu, że jednak seks. - Zaśmiała się, a ja przyznałam jej kolejny punkt. Brawo ona.

Karol jaśniał z dumy, natomiast moje i tak ledwo tlące się zaufanie do niej spadło do zera. Jeśli chciałam wierzyć w jej dobre intencje, skutecznie mnie z tej wiary wyleczyła. Dobrze grała.

- Podobno seks się kiedyś nudzi, w przeciwieństwie do jedzenia - odparłam.

- To znaczy, że nie warto dbać o seks? - zapytał Karol.

- To znaczy, że warto dbać o to, co się wkłada do buzi. - Puściłam do niego oczko i wszyscy się zaśmialiśmy.

Krzysztof zamówił kolejnego szampana. Kelner rozlał go do kieliszków, a mój mąż uniósł swój w górę.

- Jeszcze raz za spotkanie i za nasze sukcesy, których, mam nadzieję, jeszcze dużo przed nami.

- Za was, chłopaki. - Milena zarzuciła Karolowi ręce na szyję i pocałowała go w policzek.

- Brawo, to może opowiecie coś więcej o projekcie? - poprosiłam. - Krzysiek ostatnio więcej przebywa w pracy niż w domu, więc chętnie posłucham o waszych sukcesach.

- Przepraszam, kochanie. - Mąż wziął moją dłoń i ucałował ją delikatnie. - Pewnie teraz będę bywał jeszcze mniej, ale obiecuję, że to nadrobimy. I może w końcu wybuduję ci dom z wielką kuchnią, żebyś miała gdzie gotować.

- Proszę, cóż za szowinistyczne wystąpienie - powiedziałam zupełnie poważnie. - Naprawdę jestem dumna, że potrafisz takie wygłaszać. Dom dla żony, by miała gdzie gotować dla męża - droczyłam się - i może żebym miała jeszcze co sprzątać?

- O nie, o sprzątanie zadbam ja. Mam nadzieję, że będzie mnie stać na panią, która zrobi to za ciebie. - Pokazał w uśmiechu białe zęby.

- Chyba za nas, za nas - prychnęłam.

- Za nas, oczywiście, dobrze wiesz, że żartuję. - Znów pocałował moją dłoń.

- Facetom to się wydaje, że takie żarty są zabawne - odezwała się wyraźnie naburmuszona Kryzys Wieku. - Karol wie, że nie będę po nim sprzątać. Po sobie nie lubię, a co dopiero po kimś.

- Ej, ale po kocie sprzątasz - odparł Karol.

- Kot mnie nie zostawi dla innej i kocha mnie miłością bezwarunkową.

- Kot? Miłością bezwarunkową? - Krzysiek kręcił głową. - Chyba ci się z psem pomyliło. Kocia miłość jest uzależniona od szybkości otwierania odpowiedniej karmy.

- Widać, że nigdy nie miałeś kota. One naprawdę potrafią kochać. Z wielkim oddaniem. Jak kobiety - zaperzyła się i jakby posmutniała. Tak mi się przez chwilę wydawało.

- Wow, śmiała teoria - ożywiłam się. - Znaczy uważasz, że kobiety potrafią być oddane, a mężczyźni nie?

- Uważam, że taka jest nasza natura i że natury nie da się oszukać. Oni zawsze będą biec za nową dupą, a my będziemy chciały te domy od nich i ogniska, których będziemy mogły pilnować. Zawsze tak było. Mężczyzna na polowaniu, a kobieta wraz z innymi kobietami pilnuje dzieci i gotuje strawę.

- Hm, ciekawe dictum, w zasadzie ograniczające mężczyzn do zwierząt ulegających swoim instynktom - odparłam.

- Nie mówię, że ulegają, mówię tylko, że je mają. Możliwe, że część potrafi nad tym panować. - Milena bezwiednie założyła włosy za ucho i oparła się o krzesło. Spojrzałam na siedzącego obok niej Karola. Speszony błądził wzrokiem po stoliku. Nie było mi go żal.

- A kobiety? - Krzysiek dołączył do rozmowy.

- Co z nimi? - zapytałam.

- Kobiety nie mają instynktów?

- Może mamy, ale umiemy się im oprzeć. - Uśmiechnęłam się z przekąsem. - A może nie - dodałam.

- Tylko po co? - dołączył do dyskusji Karol.

- Może dla dobra większości. - Spojrzałam mu prosto w oczy, gotowa do walki. Na ratunek przyszedł mój mąż.

- Ale pytałaś, co to za projekt dokładnie - wtrącił, a ja odpuściłam. Dla dobra nas wszystkich.

- Tak, więc? - okazałam zainteresowanie.

- Mamy zlecenie od dużego inwestora na zaprojektowanie pod Trójmiastem dwóch osiedli domków jednorodzinnych. Każde z osiedli ma mieć swój indywidualny charakter. Domki na szczęście nie muszą być identyczne, ale będą miały jedną spójną osobowość - zaczął Krzysiek.

- Tak więc w poniedziałek bierzemy się do roboty. - Karol widocznie się już wyluzował. Ja też nie chciałam robić scen. - Dziś jeszcze opijamy i się bawimy, a od poniedziałku każdy zajmuje się jednym osiedlem. Trzeba będzie znaleźć też podwykonawców. To będzie duża rzecz. I potem posypią się kolejne porządne zlecenia i porządna kasa.

- To za wasze zlecenia i kasę. - Podniosłam kieliszek.

- Jeśli ci się wydaje, że chcę, by Karol wybudował mi dom, to się mylisz.

Gdy wyszłam z kabiny, stała w przedsionku toalety, oparta o umywalkę. Spojrzałam w dół na jej zadartą lekko sukienkę, nadal jednak nie udało mi się stwierdzić, czy ma na sobie majtki. Zupełnie też nie rozumiałam, czemu tak mnie to interesuje.

- Nic mi się nie wydaje. - Stanęłam obok niej i odkręciłam kran. Odsunęła się lekko i w lustrze mogłam oglądać jej oczy. - To, czego naprawdę chcesz od Karola, wyjdzie prędzej czy później.

- Czego mogę chcieć od żonatego faceta?

- A to dobre pytanie.

Skończyłam myć ręce, zakręciłam wodę i wytarłam dłonie w papierowy ręcznik, który wyrzuciłam do kosza. Odwróciłam się w jej kierunku. Na jej pełnych ustach błądził delikatny uśmiech. Miałam ochotę strzelić ją w twarz. Zamiast tego złapałam ją za brodę, a kciukiem zaczęłam ugniatać jej wargi. Nie wykonała żadnego ruchu. Zupełnie nic. Czekała.

- Powiedz mi więc, czego chcesz od żonatego faceta.

- Dobrze mi z nim - szepnęła, a ja, speszona tym, co robię, opuściłam dłoń. Chciałam być władcza, ale nagle wydało mi się to cholernie niestosowne. - Po prostu mi z nim dobrze.

Rozczuliła mnie tym stwierdzeniem. Było takie... Takie zwykłe, takie po prostu. Ciepłe i chyba prawdziwe. A jednak nie powstrzymało mnie przed złośliwością:

- I dla tego "dobrze" rozbijasz czyjąś rodzinę?

- Ja? - Autentycznie się zdziwiła. - Rodzinę to Karol sobie rozbił sam i nie mam nic do tego. Wolałabym, by tego nie robił. Przez to wszystko się skomplikowało.

- Co masz na myśli?

- I tak nie zrozumiesz - powiedziała i strasznie mnie tym wkurzyła. Zastanawiałam się, co ta smarkula sobie myśli. - Poza tym chce mi się siusiu. Ty już zrobiłaś.

Uśmiechnęła się bezczelnie z miną słodkiej idiotki i zniknęła w kabinie, a ja wyszłam wzburzona. Ta dziewczyna prowadziła jakąś grę, a ja nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. Irytowała mnie i intrygowała jednocześnie. I to nie było dobre połączenie.

- Chyba nie było tak źle? - Krzysztof trzymał mnie w taksówce za kolano.

- Źle? Nieee. Było nawet zabawnie, tylko wciąż nie wiem, czy ona miała na sobie majtki, czy nie - odparłam złośliwie.

- Kto? - Krzysiek nie zrozumiał.

- No Kryzys Karola - powiedziałam.

- Milena? - Zaśmiał się. - Nazywasz ją Kryzys Karola?

- Tak, w skrócie KK, jak kodeks karny. Zobaczymy, co grozi za cudzołóstwo i porzucenie rodziny - droczyłam się.

- Ale to chyba bardziej od innego KK - odparł. - Kościół katolicki na pewno przewiduje za to jakieś kary. Chociażby męki piekielne.

- Oni sami sobie zapewnią męki, gwarantuję ci. - Mówiłam to, będąc pewna, że Karol jeszcze pożałuje całej tej znajomości. Miałam rację, nie sądziłam jednak, w najśmielszych wyobrażeniach nie wymyśliłabym tego, co się stało.

ROZDZIAŁ 2

Anna zadzwoniła, że nie da rady się ze mną spotkać, bo Julek się przewrócił, nabił sobie guza i nie chciał iść do przedszkola. W związku z tym ona nie poszła do pracy i siedzi z nim w domu. Przy okazji usłyszałam, jak jej ciężko i źle i że faceci to świnie, a ona musi sama wszystko ogarniać. Po jej tyradzie doznałam ulgi, że się nie spotkamy i nie będę musiała znów tego wysłuchiwać, a jednocześnie poczułam się wredną suką bez empatii.

Postanowiłam jednak wykorzystać przerwę na lunch i skoczyć do księgarni. Dziewczyny w restauracji wspominały o jakiejś nowej książce dowodzącej, jak bardzo jedzenie mięsa jest złe. W sumie to się zgadzałam z tym poglądem i nie trzeba było mnie przekonywać, ale pracując w restauracji wegetariańsko-wegańskiej, powinnam być na bieżąco. Tym bardziej że to ja odpowiadałam za social media i już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem rzucenia mięsa. Uwielbiałam je, ale uważałam, że to nieludzkie, w jakich warunkach przetrzymywane i jak traktowane są zwierzęta hodowane na mięso. Miałam szczęście, że tam, gdzie pracowałam, używano wielu zamienników i mogłam zadowolić swoje kubki smakowe.

- Cześć, co tu robisz? - usłyszałam cichy kobiecy głos tuż przy uchu i poczułam na karku ciepło wydobywające się z czyichś ust.

Odwróciłam się i trafiłam na fiołkowe oczy. Poza tą fanaberią dziewczyna nie miała żadnych ozdobników w postaci makijażu. Miała za to na sobie żółtą pikowaną kurtkę sięgającą pupy, czarną, ledwie tę pupę zakrywającą spódnicę, czarne rajstopy i czarne glany.

- Cześć, szukam książki - odparłam, zdziwiona spotkaniem. - A ty?

- Ja też. Szukasz czegoś specjalnego czy tak ogólnie się rozglądasz?

- Interesuje mnie tematyka wegańska. - Zaczęłam się zastanawiać, czemu ona w ogóle do mnie zagadała. Od naszego spotkania minęło już trochę czasu. Mogła udawać, że mnie nie widzi.

- Faktycznie, Karol mówił, że jesteś menedżerką w takiej restauracji.

- Aha - burknęłam. - A ty kim jesteś?

- Ja? Studiuję grafikę - powiedziała, czym mnie zdziwiła. Od razu wcisnęłam ją na półkę pustych lalek, studiujących co najwyżej budowę paznokcia. - Dziś mam później zajęcia, więc wpadłam jeszcze do księgarni. Nigdy nie mam na to czasu, bo wieczorami sprzedaję piwo w pubie. Na szczęście tylko na pół etatu, więc jakoś ogarniam. Moja mama pomaga mi, jak może, ale uznałam, że powinnam ją odciążyć.

- Skąd jesteś? - zapytałam wiedziona ciekawością. Nie umknęło też mojej uwadze, że mówi o mamie. Nie o tacie, nie o rodzicach, a o mamie.

- Z Mielna, to taka wieś obok Olsztynka, niedaleko pól Grunwaldu.

- Milena z Mielna - powiedziałam na głos i postanowiłam chwilowo przemilczeć, skąd ja jestem. - A gdzie mieszkasz w Trójmieście? Wynajmujesz coś?

- Wynajmowałam małą kawalerkę, ale teraz Karol wynajął mieszkanie i mieszkam z nim - przyznała.

- No tak. - Przypomniało mi się, że nie powinnam się z nią spoufalać ze względu na przyjaźń z Anną. Swoją drogą, to sytuacja była dość zabawna. Czas, który miałam spędzić z przyjaciółką, spędzałam z osobą, która rozbiła jej małżeństwo. A co najgorsze, Milena sprawiła, że byłam jej ciekawa. - Masz czas na kawę? - palnęłam, niewiele myśląc, a później sama przed sobą wytłumaczyłam się, że trzeba poznać wroga.

- Z tobą?

- Tak, miałam z kimś skoczyć na kawę, ale odwołał spotkanie, więc może ty się ze mną napijesz?

Uśmiechnęła się do mnie tak promiennie, że i ja się ucieszyłam z obrotu sprawy.

- Chodź, znam fajne miejsce. - Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia z księgarni.

Szłam za nią zatłoczonymi ulicami. Ona rozbawiona jak dziecko, a ja zadziwiona swoim zachowaniem. Z jej dłonią w swojej.

- Spotkałam dziś Milenę.

Mój mąż leżał w wannie po całym dniu pracy, a ja siedziałam na zamkniętej toalecie, opierając nogi o wannę.

- W naszym domu poproszę dużą łazienkę z fotelem, na którym będę mogła siedzieć, gdy ty będziesz się pławił - dodałam.

Lubiliśmy tę naszą intymność i wieczorne rozmowy w łazience. To już był rytuał. Ja podawałam mu ręcznik, gdy wychodził, i podziwiałam jego ciało, które wciąż na mnie działało. Często brałam jego penisa do ręki i ważyłam go w dłoni, a on twardniał, pokazując mi tym samym, że i ja wciąż działam na męża. Zazwyczaj jednak nie kontynuowaliśmy, przyjemność zostawiając na igraszki łóżkowe. Po ośmiu latach ze sobą i pięciu latach małżeństwa nie rzucaliśmy się aż tak zachłannie na siebie. Ale to z Krzyśkiem było mi dobrze i nie chciałam być nigdzie indziej.

- Milenę? Znaczy Kryzys Karola? - Zaśmiał się.

- Właśnie tę - odparłam i starałam się zrobić to z niewymuszonym uśmiechem, który nie zdradziłby, że to spotkanie zrobiło na mnie wrażenie. Że jej oczy w fiołkowych szkłach zrobiły na mnie wrażenie i że rozmawiało mi się z nią swobodnie i dobrze. Za dobrze. I że te oczy miałam wciąż przed swoimi.

- I co?

- I nic, dowiedziałam się, że wtedy nie miała majtek.

- Że co? - Krzysiek śmiał się serdecznie.

- No, że wtedy, ponad miesiąc temu, gdy się z nimi spotkaliśmy, nie miała na sobie majtek - odparłam jak gdyby nigdy nic.

- Zapytałaś ją o to? Tak po prostu? Chyba chcę usłyszeć tę historię. - Krzysiek usiadł w wannie i patrzył na mnie wyczekująco.

- Siedziałyśmy na kawie - zaczęłam.

- Byłyście na kawie? - Pokręcił głową z niedowierzaniem, a ja pomyślałam, że jestem zbyt otwarta. Jak jednak miałam mu to wytłumaczyć?

- Oj, tak przypadkiem. Słuchaj mnie - zirytowałam się.

- Przypadkiem to się z nikim na kawę nie chodzi - powiedział, a ja zgromiłam go wzrokiem. - No już, już. - Podniósł ręce w geście poddania. - Już, mów. O tym, jak wylądowałyście na kawie, powiesz później.

- Normalnie, ale OK, powiem. W każdym razie siedziałyśmy na tej kawie, ona mówiła, że nie lubi zimna i będzie marzła zimą, i że lubi grube rajstopy, i wtedy wypaliłam z tym pytaniem, że przecież na naszym oficjalnym spotkaniu już była późna jesień, a ona bez rajstop i jeszcze nie wiadomo, czy miała majtki. No i wtedy mi powiedziała, że nie miała.

Nie dodałam, że powiedziała też, iż cieszy ją, że mnie ta sprawa nurtowała, i ogólnie to nie lubi majtek.

- Ani staników - powiedziałam jej wtedy w kawiarni i odruchowo spojrzałam na jej piersi, jednak pod bluzą, którą założyła do spódnicy, ciężko było stwierdzić, czy ma na sobie stanik, czy nie.

- Tak, staników też nie lubię, i jeśli się zastanawiasz, czy mam dziś na sobie, to odpowiedź brzmi: nie.

- Zazdroszczę - odparłam odruchowo i przełknęłam ślinę.

- Przecież też nie musisz ich nosić. - Uśmiechnęła się i spojrzała na mój wydatny biust. Speszyłam się.

- Nie żartuj, przy moim rozmiarze majtałyby się na prawo i lewo, wzbudzając zainteresowanie wszystkich dookoła - próbowałam żartować, bo robiło mi się gorąco. Zbyt gorąco.

- O to właśnie chodzi. - Puściła do mnie oczko.

- Padłabym ze wstydu - powiedziałam, a ona nachyliła się do mnie nad stolikiem, wyciągnęła dłoń, dotknęła mojego policzka i szepnęła:

- Nie wyglądasz na wstydliwą.

- A jednak - odparłam i odsunęłam się speszona, czując, jak mój policzek płonie.

Spojrzałam na nią, opierała się o krzesło i mnie obserwowała. Była taka młoda, świeża. Przypomniała mi Olgę. Zadrżałam, a moje serce zaczęło bić szybciej, niż powinno. Znajome uczucie wypełzło skądś niezapowiedziane. Strach.

Musiałam stamtąd uciec.

Bezwiednie dotknęłam swojego policzka, patrząc, jak Krzysztof wychodzi z wanny.

- Jesteś zamyślona - stwierdził i sam sięgnął po ręcznik.

- Jestem zmęczona - odparłam. - Chyba potrzebuję prysznica.

Potrzebowałam zmyć z siebie wrażenia dzisiejszego dnia. Zawsze mnie cieszyło, że nasze mieszkanie ma na tyle dużą łazienkę, że mieściły się i wanna, i prysznic. Zaczęłam zdejmować ubrania, nim Krzysiek wyszedł. Podszedł od tyłu, wziął w ręce moje nagie piersi, a na pośladku poczułam, że to na niego działa. Zaczął całować mój kark i ocierać się o pośladki. Był taki ciepły... Przestałam myśleć o głupotach i tym razem, zamiast pod prysznic, dałam mu się zaprowadzić do sypialni. Obdarzył mnie prezentem niemyślenia. Nie pierwszy raz.

ROZDZIAŁ 3

Padało, dawno nie widziałam tyle śniegu. Nie pamiętałam, by w ostatnich latach w grudniu był śnieg. To raczej jego widok wywoływał zdziwienie niż jego brak. A jednak ludzie co roku liczyli na białe święta, a później się dziwili, gdy były szare i bure, i nie docierało do nich, że klimat się zmienił. Tamtego roku jednak biały puch oblepiał wszystko, a ja czułam dziwną nostalgię. Przypomniałam sobie, patrząc przez okno na bawiące się dzieci, jak tata zabierał mnie na sanki na pobliską górkę i jak wracałam mokra, zmarznięta i szczęśliwa. Miałam ochotę zrobić coś szalonego, wybrać się na sanki lub jakiś kulig. Nosiło mnie, potrzebowałam jakichś bodźców, by poczuć, że żyję, że jestem. Dziecięce pragnienie szaleństwa wkradło się w moje spokojne jestestwo.

- Krzysztof, chodź, coś zrobimy. - Nachyliłam się nad nim, siedzącym przy biurku, objęłam go za szyję i przytuliłam swój policzek do jego policzka. Oderwał dłonie od klawiatury i pogładził mnie po ramieniu. Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem w moją stronę. - Ciągle tylko pracujesz od kilku miesięcy - powiedziałam zarówno zmartwiona, jak i potrzebująca.

Jego pracoholizm wkurzał mnie od zawsze. Martwiłam się. Był zaganiany i zestresowany. Czasem miałam wrażenie, że traci życie, podczas gdy on, świadom swojej choroby, chciał go złapać jak najwięcej. Tego życia. Nie wiem, które z nas miało rację w tej kwestii, lecz zachłanność, jaką przejawiał, czasem mnie przerażała. Brał na siebie za dużo, udowadniając wszystkim wokół, że potrafi. Choć najbardziej udowadniał chyba sobie, bo otoczenie dobrze wiedziało, na co go stać. I często to wykorzystywało. A on, on... jakby chciał zostawić po sobie jak najwięcej. Paradoksem było to, że nie widział drobnych przyjemności życia. Nie umiał zatrzymać się w teraźniejszej chwili. Było mi przykro, że to traci, ale nie znalazłam sposobu, by pokazać mu, że można inaczej. To mnie frustrowało.

- Pracuję, bo musimy zdążyć z terminami. Na wiosnę ma wjechać ekipa budowlana i muszą wiedzieć, co mają robić. A inwestor jest wymagający. Za to dużo płaci. - Potarł energicznie ręce.

- Ale ja nie mam z kim spacerować - marudziłam, bo brakowało mi go. Chciałam, żeby się oderwał i zrobił coś nie tylko dla mnie, ale dla siebie lub dla nas. Choć oczywiście spacer z nim był raczej powolny i ostrożny. Lecz jednak.

- Kupię ci psa, pamiętasz, obiecywałem. - Uśmiechnął się łagodnie. - Chcesz?

- Oczywiście, że chcę. Od razu w pakiecie z kimś, kto się nim zajmie, gdy będziemy pracować. - Zrobiłam się złośliwa. Ale miał rację, wiedział, że od dawna marzę o psie. Czarnej puchatej kuli szczęścia. Żebym faktycznie nie musiała sama chodzić na spacery, które tak uwielbiałam. Tylko problemem były moje godziny pracy.

- To może rzucisz pracę? - zaproponował. Spojrzałam na niego, upewniając się, że mówił poważnie.

- Pewnie. - Zaśmiałam się i odsunęłam. - Wprost marzę o tym, by być utrzymanką mojego męża.

- No ale miałabyś czas na wyprowadzanie psa. - On też się zaśmiał.

- Spadaj - powiedziałam i ruszyłam do wyjścia, kątem oka widząc, jak wraca do pracy i zupełnie zapomina o moim istnieniu. Przystanęłam. Pewna myśl zakiełkowała w mojej głowie.

- Idę dziś wieczorem na miasto - poinformowałam go, choć decyzja była kompletnie szalona i spontaniczna.

- Yhy - burknął.

Brakowało mi go. Odpływał myślami, zdradzając mnie ze swoimi projektami. Nie umiałam pogodzić się z jego pracoholizmem, ale też - musiałam to przyznać - nie umiałam pogodzić się z brakiem uwagi. Oczywiście rozumiałam, jak ważna jest to praca i że robi to także dla mnie, ale mała dziewczynka we mnie potrzebowała jego zainteresowania. Coś mnie uwierało, swędziało i szukałam sposobu, który przyniesie mi ulgę. Oszukiwałam się jeszcze, że to nie o nią chodzi, a po prostu nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Chciałam coś zbroić.

Zadzwoniłam pro forma do Anki, choć doskonale znałam odpowiedź.

- Zwariowałaś? W środku tygodnia? Na drinka? - dziwiła się. - Wybacz mi, ale nie dam rady. Gdybym wiedziała wcześniej, może bym poprosiła Karola, żeby został. Bo wiesz, nie chcę zostawiać dzieciaków u niego. Nie dość, że wynajmuje jakieś nieumeblowane do końca mieszkanie, to mieszka tam ta jego kochanica. Pewnie biega po domu bez majtek.

- Pewnie tak - przytaknęłam, mając świadomość, że to faktycznie może być prawda. Że Milena raczej nie czuje potrzeby zakładania bielizny nawet przy dzieciach. Była uroczo i zabawnie bezwstydna.

- Aga, ciężko mi - szepnęła Anka do słuchawki.

- Wiem, ale uważam, że jesteś w tym bardzo twarda i świetnie dajesz sobie radę, a Karol jeszcze wróci z podkulonym ogonem - palnęłam bez sensu, mając w głowie wizję, że on wróci, a ona go wyrzuci z hukiem. Taka satysfakcja mimo rozpieprzonego życia, małżeństwa i krzywdy wyrządzonej własnym dzieciakom. Jakby to coś miało pomóc. A jednak zemsta łagodzi ból i pozwala zasklepić się jątrzącej się ranie. Tak czułam.

- Myślisz, że on wróci? - chwyciła się tego.

- A chciałabyś? - zapytałam zdziwiona nadzieją w jej głosie.

- Tęsknię - odparła.

- Ale to minie, An. Ta tęsknota - gadałam jak potłuczona, wiedząc, że tęsknota tak do końca nie mija nigdy, że jakiś jej mały płomień, pomimo lat, wciąż się w nas tli, już nie parzy i nie boli, ale jest. A może to zwykły sentyment? - Potrafiłabyś wybaczyć?

- Nie wiem, ale boję się być sama - przyznała szczerze.

Poczułam litość, co było okropne, zważywszy na to, że nigdy nie byłam tak naprawdę sama i nikt mnie nie porzucił. Nie żaden facet, nie dałam im szans. Nie po Oldze, która porzuciła mnie raz a dobrze. Powrotów nie będzie. Miała rozmach. Tak, bardziej bałam się ponownego porzucenia i uczucia pustki po tymże niż samotności. Samotność przez długie lata była moją zbroją. Oczywiście lubiłam seks i chętnie z niego korzystałam, był nawet moim kołem ratunkowym, ale miałam swoje granice, mury, za które nikogo nie wpuszczałam. Dotąd i nie dalej. Aż przed trzydziestką pojawił się Krzysztof i skapitulowałam. Porzuciłam Łukasza, z którym wtedy umawiałam się na seksrandki połączone z gotowaniem, i pozwoliłam się kochać. Pozwoliłam też sobie kochać. Krzysztof cierpliwie pokazywał mi, że będzie przy mnie i nigdzie się nie wybiera. Mimo jego choroby zaryzykowałam, choć to właśnie ona była dla nas - dla mnie - największym zagrożeniem. Lecz już nie chciałam bez niego. I rzeczywiście, nie potrafiłam sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby mnie zostawił, ale też w ogóle nie brałam takiej ewentualności pod uwagę. Możliwe, że Anna też nie brała, i dlatego wciąż była w szoku.

- An, wpadnę do ciebie któregoś wieczoru, pomyśl kiedy, i pogadamy. - Chciałam załagodzić sytuację, bo nie wiedziałam, kiedy straciłam do niej serce. Zaczynała być mi odległa z tym jęczeniem, z tym smutkiem. Bałam się jej emocji. Uznałam, że marna ze mnie przyjaciółka i pocieszycielka. Tęskniłam za uśmiechniętą towarzyszką wspólnych wieczorków i tańców.

- OK, odezwę się - powiedziała.

- To do zobaczenia, trzymaj się tam i nie poddawaj - pożegnałam ją radośnie, bo wydawało mi się, że tak właśnie trzeba.

Nie umiałam odnajdywać się w takich sytuacjach. Chyba miałam pewien problem z empatią, była zaburzona jak ja i jak ja niekompletna. Rozumiałam, co może czuć dana osoba pogrążona w smutku, ale nie umiałam jej współczuć. Może to pewien rodzaj socjopatii. Chyba że chodziło o kogoś bardzo mi bliskiego. Wtedy wręcz odbierałam jak radar jego emocje i jego ból. Zawsze najbardziej współczułam jednak zwierzętom, które kochałam, i dzieciom, mając je za istoty niedoskonałe i bezbronne, które po prostu nie zasługują na cierpienie. Sama natomiast nie znosiłam rozczulania się nade mną, tych wszystkich: ojej, tak mi przykro, jesteś dzielna i cholera wie co jeszcze. Dlatego starałam się nie być taka w stosunku do innych. Pewnie czasem niepotrzebnie przez to milczałam.