Rozdział pierwszy
Naprawdę nie lubię poniedziałków. Od kiedy zamieszkałam z Paulem, najchętniej nie wychodziłabym z domu. Właśnie w poniedziałki jest najgorzej. W zasadzie tylko w weekendy jesteśmy razem. Wówczas mogę mieć go dla siebie, w tygodniu pracuje jako lekarz. Czym są jednak dwa krótkie dni, skoro pięć pozostałych spędzamy osobno? Widzimy się wieczorem, ale to wciąż za mało. Chyba wariuję. Wypuszczam głośno powietrze i zwlekam się z łóżka, obiecując sobie, że przestanę zachowywać się jak zakochana małolata. Być może brak poważnych związków skrzywił mnie psychicznie?
Biorę szybki prysznic i przechodzę do kuchni. Robię śniadanie i zaparzam kawę - zapach budzi mojego narzeczonego. Paul z szerokim uśmiechem zbliża się do mnie i obejmuje mocno w pasie.
- Dzień dobry - mruczy do mojego ucha.
- Dzień dobry. Usiądź, tosty już są gotowe.
Kiedy zajmuje miejsce, stawiam przed nim talerz i kubek, po czym siadam naprzeciwko. Najpierw upijam łyk gorącej kawy, która pobudza mnie za każdym razem.
- Zapomniałem ci powiedzieć. Dziś będę później, poproszono mnie o asystowanie przy skomplikowanej operacji - informuje mnie mężczyzna.
- Operacji? - pytam zaskoczona. - Przecież nie pracujesz w szpitalu. Jesteś endokrynologiem, przyjmujesz pacjentów w swoim gabinecie.
Nie wiem, po co mu to mówię, bo przecież doskonale wie, jaką ma specjalizację. To chyba przez zaskoczenie, bo po raz pierwszy słyszę o jakiekolwiek pomocy w szpitalu.
- Kiedyś chciałem pomagać ludziom na oddziale intensywnej terapii. Co prawda, nie wyszło, ale mimo to wiele się nauczyłem. Mój przyjaciel ma przeprowadzić bardzo ważną operację, potrzebuje zaufanej asysty. Poprosił mnie o pomoc, a ja nie mogłem odmówić.
- I co tam będziesz robił? - pytam z zainteresowaniem.
Paul uśmiecha się w odpowiedzi, jakbym powiedziała coś głupiego.
- Przecież nie będę ci tego tłumaczył. To skomplikowane terminy, których nie potrafię przełożyć na mowę zwykłych ludzi.
Czasami mnie drażni. To jeden z tych momentów. Choć rzeczywiście, kiedy posłuchałam, jak rozmawia z kolegą anestezjologiem o pracy, odniosłam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innym kraju, którego języka w ogóle nie znam.
- W takim razie nie będę czekać z kolacją.
- A ty? Masz dziś ciekawe zajęcia?
Wydaje mi się, że mówi to tylko dlatego, by nie było mi przykro. Po zadaniu pytania dotyczącego mojej pracy wygląda tak, jakby się wyłączał.
- James zwołał ważne zebranie, a Raven nie chce zdradzić, czego będzie dotyczyć, może być ciekawie - streszczam wszystko, by zdążył cokolwiek wyłapać, nim zacznę go nudzić.
- Może szykują się zwolnienia?
- Nie, to niemożliwe. Firma się rozwija, wciąż przyjmujemy nowych pracowników.
- Z takimi jak Collins nigdy nic nie wiadomo.
- Z takimi jak Collins? Co chcesz przez to powiedzieć? Myślałam, że go lubisz.
- Prywatnie wydaje się w porządku, ale to biznesmen, skarbie. Śpi na forsie i myśli tylko o tym, jak ją pomnożyć. Inni ludzie się dla niego nie liczą.
- Wierz mi, James nie jest taki. Znam go już na tyle, by być tego pewna. Zresztą prędzej czy później ty też się przekonasz.
- Może - rzuca lekceważąco, kończąc dyskusję.
Dojadam tost i popijam go kawą, po czym szybko przechodzę do łazienki, by zrobić makijaż. Wkładam przygotowaną wczoraj czarną sukienkę i gotowa do wyjścia żegnam się z narzeczonym. Jeszcze nie przywykłam do tego domu. Moja kawalerka była wielkości naszej sypialni, a o jakiejkolwiek wolnej przestrzeni mogłam pomarzyć. Teraz jest zupełnie inaczej i chyba trochę mnie to przytłacza. Nie twierdzę, że to źle, bo jest wspaniale, ale wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam się przyzwyczaić.
Wsiadam do samochodu, kładę torebkę na fotel pasażera i odpalam silnik. To też nowość, do której muszę przywyknąć. Własne auto. Co prawda, kupiłam je za swoje pieniądze, gdy postanowiłam sprzedać kawalerkę i przestać oszczędzać na coś większego, ale wcześniej nigdy nie marzyłam, że kiedykolwiek dorobię się takiego samochodu. Z uśmiechem na twarzy pokonuję ulice w drodze do pracy i myślę o tym, że nareszcie jestem szczęśliwa. Wszystko zaczyna się układać. Oczywiście nie jest kolorowo, bo to nie bajka, ale uważam się za naprawdę szczęśliwą kobietę. Nareszcie.
Wysiadam na podziemnym parkingu "New York News" i od razu dostrzegam Dylana. Siedzi w swoim samochodzie naprzeciwko mnie. Rozmawia z kimś przez telefon i nie wygląda to na miłą pogawędkę. Gdy wysiada z auta, wykrzykuje jeszcze kilka słów i kończy połączenie, a wtedy dostrzega mnie.
- Hazel - rzuca jakby zakłopotany. - Cześć.
- Cześć - odpowiadam z uśmiechem. - Kłopoty?
- Można tak powiedzieć. Coraz więcej pracy, coraz mniej kompetentnych osób.
Wspólnie ruszamy w stronę windy znajdującej się na końcu parkingu.
- Mogę jakoś pomóc?
- Gdybym nie wiedział, ile sama masz na głowie, pewnie przyjąłbym twoją propozycję. James pracował cały weekend - mówi znacząco, a ja już wiem, co mnie czeka.
- Powiedz mi... odnajdę swoje biurko pod stosem papierów?
- Obawiam się, że nawet fotel będzie nimi zawalony - rzuca żartobliwie.
Wchodzimy do windy, a gdy drzwi zamykają się za nami, unoszę głowę, by spojrzeć na mężczyznę.
- Ostatnio zatrudniliście wielu ludzi. Jak to możliwe, że pracy wcale nie ubywa?
- Jest jej za dużo. Trudno o odpowiednią pomoc. I nie zapominajmy o stacji telewizyjnej, której teraz James poświęca większość swojego czasu.
- Cieszę się, że w końcu się zdecydował, by ją założyć, ale martwi mnie to, jak bardzo brakuje go w innych miejscach.
Kiedy Raven i Dylan przekonali Jamesa do skoku na głęboką wodę, nikt chyba nie spodziewał się, że będzie to dla nas takie trudne. Collins tworzy swoje imperium, ma ludzi, którzy pomagają mu we wszystkim, ale nikt nie jest robotem, on także.
- Za kilka tygodni wszystko się uspokoi.
Winda zatrzymuje się na piętrze Dylana. Mężczyzna posyła mi uśmiech na pożegnanie i wychodzi, a ja ruszam dalej. Boję się tego, co zobaczę za kilka sekund. Te mijają błyskawicznie i już po chwili widzę zawalone dokumentami biurko, które w piątek zostawiłam puste. Wzdycham i podchodzę do niego. Przyglądam się wszystkiemu w głębokim zamyśleniu, nie wiem nawet, od czego powinnam zacząć. Biorę jedną kartkę, później drugą i odkładam obie. Mam ochotę uciec. Na szczęście wbrew temu, co mówił Dylan, na moim fotelu jest pusto. Siadam wygodnie i próbuję wziąć się w garść. Jakoś to ogarnę.
- Cześć! - Zza stosu dokumentów wyłania się Emily.
- Cześć - odpowiadam na bezdechu. - Ale mnie przestraszyłaś. Muszę pozbyć się tych papierów, bo nie widzę nawet, kiedy ktoś wchodzi. Jeszcze zacznę przeklinać Jamesa, kiedy będzie obok.
- Bez obaw, nie będzie go dzisiaj. Pojechał z Raven podpisywać jakieś ważne dokumenty. Później mają kolację w interesach.
- A więc przyszłaś do mnie? Jak widzisz, nie będę miała nawet przerwy na lunch.
- Przyszłam, żeby ci pomóc.
- Poczekaj. Miesiąc temu odeszłaś z pracy.
- Tak, ale mogę ci pomóc. Raven wspominała, że James nadrobił pracę w weekend. Widzę, że nie kłamała, mówiąc, że jesteś zawalona.
- Tak - wzdycham. - Ale taka praca. Podobno niedługo ma być lepiej.
- Pójdę tylko po jakieś krzesło i biorę się do roboty.
- Emily, naprawdę nie musisz.
- Ale chcę. Muszę czymś zająć myśli. Zac wariuje, odkąd policja trafiła na trop jego ojca, próbuje go odnaleźć na własną rękę, a mnie trzyma od wszystkiego z daleka.
Po tych słowach odchodzi, a ja przestaję narzekać na swój los. To tylko praca, w końcu wyjdę z tych zaległości. Emily natomiast żyje w strachu od kilku miesięcy. Hugo pozostaje nieuchwytny, choć wszystko miało pójść sprawnie. Policja już niemal go złapała, ale on wciąż jest o krok przed nią. Nawet nie chcę myśleć, jak czuje się Zac, wiedząc, że jego psychicznie chory ojciec w każdej chwili może zaatakować. Jest także matka Emily, która nadal stoi murem za swoim narzeczonym, choć ten nawet się z nią nie skontaktował. Oskarża wszystkich, ale nie ukochanego, którego wina jest przecież ewidentna. Naprawdę dziwię się Zacowi, że nie kazał tej kobiecie opuścić hotelu, którego stał się właścicielem. Zresztą teraz wszystko, co niegdyś należało do Huga, jest jego. To tak, jakby jego ojciec zginął, a przecież on uciekł i pewnie czai się, czekając na idealny moment do ataku. Na samą myśl przechodzą mnie zimne dreszcze. Na szczęście wraca Emily i odrywam się od przerażających rozmyślań.
- To od czego zaczynamy? - pyta z entuzjazmem, którego jej zazdroszczę.
- Od ustalenia tego, od czego powinnyśmy zacząć - odpieram ponuro. - Zwykle James zostawia mi jasne wytyczne, ale tym razem o tym zapomniał. Chyba że listę najważniejszych spraw schował gdzieś pod spodem.
- Dobrze, zacznijmy więc od posegregowania papierów na różne kategorie. Zawsze robię tak w klubie. Szczególnie gdy nie ma Zaca i wszystko muszę załatwić sama.
W odpowiedzi kiwam głową i od razu zabieram się do pracy. Kategorii jest wiele, aż ciężko uwierzyć, że James zrobił to wszystko w jeden weekend. Podpisane przez niego dokumenty i zatwierdzone projekty lądują na pierwszym stosie. To najłatwiejsze zadanie, muszę jedynie powkładać je do odpowiednich segregatorów i przekazać konkretnym działom. Reszta jednak jest znacznie trudniejsza, panujący w dokumentach chaos nie polepsza i tak już złej sytuacji. Pomoc Emily okazuje się cenniejsza, niż mogłam się spodziewać.
- Zabiorę te projekty - proponuje dziewczyna, sięgając po przygotowaną przeze mnie teczkę. - Załatwię to w pół godziny.
- Jasne. Przekaż, proszę, działowi mody, że artykuł o wiosennych kolorach do nowego numeru musimy mieć jeszcze dzisiaj.
- Dobrze. A w drodze powrotnej załatwię nam dwa ogromne kubki kawy - odpowiada z uśmiechem i rusza w stronę windy.
Emily jest niezawodna. Jestem jej wdzięczna za pomoc, bo sama siedziałabym z tym przynajmniej do północy. Nie lubię dzielić pracy na dwa dni, więc nie odpuściłabym, dopóki ostatni papierek z mojego biurka nie trafiłby na swoje miejsce.
Na szczęście stopniowo ze wszystkim sobie radzimy, a godzinę przed zakończeniem pracy jestem naprawdę dumna z tego, co udało nam się zrobić. Zostały już tylko finanse, z których muszę przygotować sprawozdanie i zanieść je prosto na biurko Dylana. Wykończona Emily siada naprzeciwko mnie i posyła mi skupione spojrzenie. Odkładam papiery, bo wiem, że zaraz coś powie lub o coś zapyta. Po jej minie wnioskuję, że długo się do tego zbierała.
- Nie sądzisz, że ten ślub jest za szybko?
- Ja...
- Nie zrozum mnie źle. Twój narzeczony jest chyba fajny. Mówię chyba, bo rozmawiałam z nim może pięć razy i to nie były rozmowy, podczas których mogłabym go poznać. Ty wydajesz się szczęśliwa, choć mimo wszystko martwi mnie to, że wszystko idzie tak błyskawicznie.
- Wiesz...
- Raven i James znają się dłużej, ale nie planują jeszcze ślubu, dlatego się martwię. Nie bądź zła, ja tylko...
- Emily! - podnoszę głos, bo tylko tak jestem w stanie ją uciszyć. - Masz rację, wszystko dzieje się szybko, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. - Wzruszam ramionami, posyłając jej szczery uśmiech. - Paul jest rewelacyjnym mężczyzną. Dzięki niemu zapomniałam o kimś, z kim nie mogłam nigdy być, i czuję się dużo lepiej. Nie znacie się, ale to dlatego, że dużo pracuje i zwykle nie ma czasu. Postaram się to zmienić. Może uda nam się wyskoczyć gdzieś na cały weekend? Jakaś potrójna randka czy coś w tym stylu?
- Brzmi dobrze - odpowiada nieco niepewnie, po czym marszczy czoło. - A więc miłość do Dylana wygasła?
- Wygasła - odpowiadam na bezdechu.
- Jesteś pewna?
Bywają momenty, w których mam ochotę ją udusić. To właśnie jeden z nich.
- Nawet jeśli nie, co to zmienia? Mam umrzeć samotnie? Wzdychając do mężczyzny, który ledwo mnie zauważa? Tak właśnie powinnam skończyć?
- Nie. Przepraszam. Pójdę już. Muszę przygotować wieczór panieński. - Puszcza do mnie oczko, dając mi tym samym do zrozumienia, że będę tego żałować.
Żegnam się z nią, po czym wracam do pracy. Na szczęście sprawozdanie zajmuje mi mniej czasu, niż zakładałam. Wrzucam wszystko do teczki, łapię torebkę i ruszam w stronę windy. Nie zamierzam tu dziś wracać. Odniosę tylko dokumenty i jadę prosto do domu.
Pukam do gabinetu Dylana i wchodzę, gdy tylko słyszę zaproszenie. Siedzi przed swoim biurkiem i nie wygląda najlepiej.
- Przyniosłam sprawozdanie finansowe. Jest też budżet na kolejny miesiąc.
- Dzięki - odpowiada zmęczonym głosem.
Podchodzę do biurka, kładę teczkę i przyglądam się strapionemu mężczyźnie.
- Może jednak potrzebujesz pomocy?
- Sama masz co robić.
- Właściwie nie. Skończyłam.
- Skończyłaś? - Unosi brew. - Wszystko? Jesteś niesamowita.
- Pomogła mi Emily. A więc ja chętnie pomogę tobie. Powiedz tylko, co mam robić.
- Nie chcę cię zatrzymywać, ale gdybyś mogła po drodze do domu wstąpić do banku, byłbym ci cholernie wdzięczny. Zaraz zamykają, a ja ugrzęzłem w dokumentach.
Bierze z biurka zieloną teczkę i wręcza mi ją.
- Jasne. Prosto do kierownika?
- Tak.
- Załatwione.
- Dziękuję. Jestem ci zobowiązany.
- To nic takiego. Musisz odpocząć albo znaleźć kogoś do pomocy. Zanim sytuacja się unormuje, wykończysz się.
Wychodzę z gabinetu, wracam do windy i zjeżdżam prosto na parking podziemny. Bank jest kilka przecznic dalej, mijam go w drodze do domu, więc szybko to załatwię. Jadąc, próbuję dodzwonić się do Paula, ale pewnie ma pacjenta, bo nie odbiera. Ten tydzień zaczął się naprawdę źle. Pocieszające jest to, że nie może być już gorzej.
Po zaniesieniu dokumentów do banku przechodzę na drugą stronę ulicy. Mieści się tam restauracja, która słynie z ekspresowego przygotowywania dań. Zamawiam obiad na wynos i już po piętnastu minutach wychodzę z torbą gorącego jedzenia.
W domu jem, a po posiłku biorę szybki prysznic i kładę się do łóżka. Wystarczy kilka minut, bym zasnęła.
-