On cię okłamuje - Amanda Reynolds

-
Proszę czekać

Amanda Reynolds mieszka z rodziną w Cotswolds, gdzie całkowicie poświęca się pisarstwu. Jej debiutancka powieść Blisko mnie stała się bestsellerem. On cię okłamuje to jej druga książka.

Słowa uznania za Blisko mnie:

"Historia Jo wciągnęła mnie od pierwszej strony

i koniecznie chciałam się dowiedzieć, co jej się przytrafiło.

Wspaniała czytelnicza uczta". 

- Kathryn Hughes, autorka The Secret

"Rewelacyjny thriller o sekretach w małżeństwie.

Jestem zachwycona". 

- Laura Marshall, autorka Dawnej znajomej

"Porywająca i zwodnicza [...]

Jeśli lubicie Jenny Blackhurst, Liane Moriarty

lub Clare Mackintosh, to musicie przeczytać tę książkę". 

- "Take a Break"

"Co gdybyś nie pamiętała całego roku

ze swojego życia, a twoi najbliżsi by cię okłamywali?"

- "Inside Soap"

"Wspaniały, wielopoziomowy dramat psychologiczny [...]

Dla miłośników suspensu i narracji z perspektywy

kobiety Blisko mnie to strzał w dziesiątkę". 

- "New York Journal of Books"

"Porywająca, klaustrofobiczna i głęboko niepokojąca powieść Blisko mnie już od pierwszych stron działa jak magnes". 

- Kate Riordan, autorka The Girl In The Photograph

"Pełna napięcia, frapująca, pełna akcji, WCIĄGAJĄCA". 

- Will Dean, autor Martwej ciszy

"Trzyma w niepewności, a kiedy już myślisz,

że wszystko jasne, następuje zwrot akcji. Pasjonująca i pełna napięcia". 

- Michelle Adams, autorka Mojej siostry

"Blisko mnie przypomina wydobywanie wspomnień

z zakamarków pamięci - wyłaniają się coraz to nowe fakty, trzymając czytelnika w niepewności, aż wszystko wyjaśnia się w szokującym zakończeniu [...] jeszcze długo po skończeniu lektury czytelnicy będą wracać myślami do tej historii

i zastanawiać się, czy mogą ufać własnym wspomnieniom". 

- Cate Holahan,

autorka The Widower's Wife oraz Lies She Told

"Intrygująca, dobrze opowiedziana, spójna historia,

która trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Schodząc ze schodów, już zawsze będziesz się trzymać poręczy". 

- "SHOTS Crime & Thriller Ezine"

Jess

Niedziela, 4 grudnia 2016 r. (rano)

Radosny dzwonek telefonu odbija się echem w moim maleńkim, dwupokojowym mieszkaniu, wwiercając mi się w głowę i uderzając w punkt za oczami. Spod przymrużonych powiek patrzę na ekran, żeby sprawdzić, czy to mama, bo nie mam ochoty na użeranie się z jej dramatami, ale nie rozpoznaję numeru. Oczywiście może dzwonić z innego telefonu, lecz do naszej obowiązkowej, comiesięcznej rozmowy zostały jeszcze dwa tygodnie, a w niedziele zazwyczaj jakoś sobie radzi. Waham się, aż dzwonek milknie, ale kiedy znów się rozlega, jednak odbieram.

- Jess? To ty?

Nie rozmawiałam z Willem od ponad roku, a właściwie od prawie dwóch, jeśli się dobrze zastanowić, ale jego głos poznałabym wszędzie. Przez telefon akcent mojego brata jest jeszcze wyraźniejszy. W miejscu, gdzie dorastaliśmy, każdy tak samo przeciąga samogłoski, jakby nikomu się nie spieszyło z wypowiadaniem słów, bo czas nie jest tam aż tak cenny jak tutaj, w Londynie.

- Tak, to ja.

- Jesteś sama? - pyta Will.

- Skąd masz mój nowy numer? - odpowiadam, ignorując jego pytanie.

- Z książki adresowej mamy - rzuca i, przerywając moją tyradę o tym, jak to nie mogę niczego powierzyć jej w sekrecie, dodaje: - Jess, posłuchaj. Mam złe wieści. Przykro mi, ale wczoraj w nocy mama odeszła.

- Chcesz powiedzieć, że nie żyje?

- Tak - mówi rzeczowym tonem. - Upadła na ulicy przed pubem.

Wstaję i zrobiwszy trzy kroki w kierunku okna, patrzę na ulicę dwa piętra niżej. Niezmiennie taki sam natłok ludzi i pojazdów, nawet w niedzielny poranek.

- Jess, jesteś tam?

Chybotliwe krzesło jadalniane uderza w ścianę za mną, gdy na nim siadam. Kołyszę się w przód i w tył, wciskając jakiś klawisz na klawiaturze laptopa. Ekran się rozjaśnia, ale mam zamglony wzrok.

- Tak, jestem.

- Dobrze się czujesz?

- Nie wiem, a ty?

- Tak, ale musisz tu przyjechać. Jak najszybciej.

Wyprostowuję się, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że osunęłam się na krześle.

- Nie mogę, Will. Wiesz, że nie mogę.

- Ktoś musi wszystko załatwić - oznajmia spokojnym tonem, jakby to już zostało ustalone. - Obiecuję, że on nie będzie ci bruździł, jeśli właśnie tego się boisz. Nie pozwolę mu.

- Nie o to chodzi - odpowiadam, jakby można było tak łatwo rozproszyć i jego, i mój niepokój. - Mam umówione spotkania, klientów... Mówiłam ci, że znalazłam nową pracę? Nie mogę zrobić sobie wolnego tak bez uprzedzenia. To ważne. Jestem wykwalifikowaną terapeutką i mam superwizorkę. Widuję się z nią co dwa tygodnie. Staram się o akredytację. Nie mogę tak po prostu... - W słuchawce zalega cisza. - Mama naprawdę nie żyje?

- Wiem, że to trudne, ale tak, nie żyje.

- Kiedy pogrzeb?

- Jeszcze nie wiadomo, za tydzień albo jakoś tak. Ale musisz przyjechać natychmiast. Jest mnóstwo do zrobienia w domu, no i te formularze do wypełnienia... Wiesz, że jestem w tym beznadziejny.

- Przyjadę na pogrzeb, oczywiście, ale...

Will nie słucha, trajkocząc o swoich stałych klientach, którzy nie będą czekać na wykonanie już przyjętych przez niego zleceń. Musi kosić trawniki i przycinać drzewa. Tak, nawet w zimie. Jego wymówki nie różnią się od moich, choć mieszka tak blisko mamy, a mnie dzieli od nich sto mil. Przypomina mi, że ma dziecko, roczne, ząbkujące, a Becky pracuje teraz na pełny etat.

- Potrzebuję cię tutaj, Jess. Proszę, wróć do domu.

Oboje wiemy, że mu nie odmówię, choć próbuję znaleźć jakieś inne wyjście.

- A Mick i Tony? Oni nie mogą pomóc?

- Nie ma ich.

- Jeszcze siedzą? - pytam, tak jakby naszych starszych braci bliźniaków mogło "nie być" z innego powodu.

- A skąd, wybrali się w rejs dokoła świata. Jasne, że siedzą. - Will wzdycha. - Będą starać się o przepustkę okolicznościową na pogrzeb, ale w najlepszym razie dostaną kilka godzin. I ostrzegam, że dom to istny chlew. Matka położyła na nim krzyżyk, odkąd się wyprowadziłem.

- Świetnie! Czyli postanowione, muszę przyjechać?

- Nie, nie musisz, ale będę ci bardzo wdzięczny, jeśli przyjedziesz.

- No dobrze.

- Świetnie. Napisz mi w esemesie, którym pociągiem przyjedziesz, to odbiorę cię ze stacji. - Po krótkiej chwili pyta: - Co ty na to? Wiem, że nie widzieliśmy się od jakiegoś czasu i powrót będzie trudny, ale nie dopuszczę go do ciebie. Wiesz, że nie.

- Tak, jasne - odpowiadam. - Zobaczymy się jutro.

Jess

Poniedziałek, 5 grudnia 2016 r. (pora lunchu)

Już trzeci raz sprawdzam telefon, kiedy w oddali pojawia się pociąg i fala pasażerów na zatłoczonym peronie rusza naprzód. Przyłączam się z nadzieją, że Will odczytał moją wiadomość, choć nie raczył mi odpowiedzieć. Napisałam do niego naprędce, siedząc na tylnym siedzeniu w taksówce. Potem zadzwoniłam do pracy.

Liczyłam, że nagram się na automatycznej sekretarce, ale mój szef odebrał, a jego początkowa irytacja szybko zmieniła się w kondolencje i zapewnienie, że mogę wziąć tyle wolnego, ile potrzebuję. Chciałam wyprowadzić go z błędu, powiedzieć, że nic mi nie jest, że to bardziej kłopot niż żałoba, ale nawet w mojej wyobraźni brzmiało to nie na miejscu, a poza tym nie chciałam, żeby zmienił zdanie co do urlopu. Zważywszy na charakter moich wieści, założenie, że jestem w kiepskim stanie, było chyba uzasadnione, ale mama nie należała do typowych mam, a ja nie widziałam jej od dziesięciu lat. W moich uczuciach trudno się rozeznać, a co dopiero je podzielać.

Wciągam torbę na stopień i dalej, w kierunku półki bagażowej, napinając kolana i ignorując wzbierające w żołądku mdłości, gdy pociąg rusza. Nie zarezerwowałam miejsca, a jest mnóstwo ludzi, ale nie przeszkadza mi, że muszę stać. Właściwie tak jest nawet lepiej, bo przez pęknięte okno przedostaje się chłodny powiew świeżego powietrza, a w razie potrzeby mam obok toaletę. Powinnam była zarezerwować bilet wczoraj wieczorem, ale wolałam otworzyć butelkę wina i wypić kieliszek czy dwa za pamięć mamy.

Po pierwszej godzinie podróży w pociągu się przerzedza. Padam na siedzenie obok mojej torby. Nie żeby ten obszarpany tobół był coś wart, mam w nim tylko kilka ubrań na zmianę i mój najlepszy kostium, na szczęście ciemny, więc nada się na pogrzeb. Owinęłam żakietem czarne szpilki, te same, które kupiłam przed procesem, kiedy wydawało mi się, że w obliczu przysięgłych powinnam wyglądać bardziej elegancko. W końcu, za radą Jamesa, włożyłam buty na płaskim obcasie. Ostatnio miałam je na sobie, idąc na rozmowę o pracę, choć okazało się, że zbyt się wystroiłam, bo reszta kandydatek przyszła w dżinsach i dresach. Dzięki temu jednak dostałam tę pracę. Nie miałam czasu przymierzyć wybranego na pogrzeb stroju, ale przecież nie przytyłam, raczej schudłam. Może kiedy wrócę, postaram się trochę bardziej o siebie dbać, więcej jeść, a mniej pić. Chociaż dobrze wiem, że moje plany, aby kupować więcej świeżych warzyw, to takie obiecanki cacanki. Nigdy nie gotowałam od zera; nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć.

Zerkam na towarzystwo przy moim stoliku: parę starszych ludzi w podobnych anorakach i siedzącą po lewej kobietę mniej więcej w wieku mojej mamy. Jej ciemne włosy są świeżo wymodelowane, lśniące i zadbane - zupełne przeciwieństwo fryzury mamy, która co czwarty wtorek farbowała się, aby przykryć charakterystyczną dla całej naszej rodziny rudość. A przynajmniej robiła to kiedyś. Nie mam pojęcia, jaki kolor miała w zeszłym tygodniu czy w zeszłym roku. Jakimś cudem rok rozłąki wydłużył się do dziesięciu lat, ale ona nigdy nie zaproponowała, że mnie odwiedzi, a ja nie zamierzałam wracać do domu. Przeciągam palcami po swoich matowych lokach, co mi przypomina, że nie spakowałam prostownicy ani suszarki.

Przyciskam twarz do okna i wpatrując się w szarość grudniowego dnia, obserwuję niknące w oddali wieżowce. Nie wyjeżdżałam z Londynu od... już chyba pięciu lat. To był okropny weekend z żonatym facetem, który zaczął płakać, gdy doszedł, a potem opowiadał mi, jak to bardzo kocha żonę. Przez chwilę walczę z nagłym atakiem paniki, oddycham tak szybko, że okno zaparowuje i muszę je wytrzeć dłonią. Budynki znikają, zastępują je połacie zieleni i błotnistego brązu, a niebo jest niemal białe. Myśl o tym mknącym w dal pociągu, o jego pędzie ku nicości przeszywa mnie dreszczem. Naciągnąwszy na siebie płaszcz, odsuwam się od siedzącej obok mnie kobiety o idealnych włosach i ulegam hipnotycznemu rytmowi pojazdu. Przez mój umysł zaczyna przewijać się nieprzyjemny, groteskowy obraz mamy, po raz ostatni upadającej po pijaku, a w tle słyszę łoskot pociągu na torach i dudnienie basów dobiegające z czyichś słuchawek. Z jakiegoś powodu dręczy mnie myśl o tym, że nie wiem, czy mama miała włosy blond, rude czy siwe - ten nieistotny fakt przyćmiewa wszystko inne. Dzwoniłam do niej raz w miesiącu i rozmawiałyśmy przez pięć minut, czasem krócej, a ja nie znosiłam każdej sekundy.

Gdy pociąg zwalnia przed następną stacją, mój telefon zaczyna głośno brzęczeć. Wyciszam głos przyciskiem z boku i odczytuję e-maila od superwizorki. Zdenerwowałam się podczas naszej ostatniej sesji, bo rozczarowała mnie jej decyzja. Wiem, że jej zdaniem tak będzie dla mnie najlepiej, ale nie mogę wyobrazić sobie, że miałabym zaczynać od początku i znów rozgrzebywać przeszłość, wywnętrzając się przed kimś innym. Powiedziałam jej wszystko, całą prawdę, ale to nie wystarczyło. Teraz przypomina mi o naszym ostatnim spotkaniu - umówiłyśmy się na trzynastego, w tym miesiącu. Chcę pójść, ale jestem na nią zła. Zawiodła mnie, jak wszyscy inni. Krótko odpisuję, informując o śmierci matki i wyrażając nadzieję, że zdążę wrócić na czas. Zastrzegam jednak, że gdyby pogrzeb miał się odbyć właśnie w tym dniu, to będziemy musiały przełożyć spotkanie.

W tej chwili wszystkie plany odkładam na później.

Pół roku wcześniej...

(Jessica Tidy, przedstawiająca się jako Jess, lat dwadzieścia sześć, skontaktowała się ze mną w zeszłym tygodniu za pośrednictwem poczty elektronicznej. Jest świeżo wykwalifikowaną terapeutką integratywną, pracującą w gabinecie psychoterapii w Centralnym Londynie. Dzisiejsze spotkanie poświęcone było omówieniu charakteru jej superwizji).

Pełna dokumentacja w teczce klientki, nr ref. 718/16

Sesja nagrywana, poniżej transkrypcja

stosownego fragmentu (w skrócie)

Jess: Może pani mówić mi Jess? Nikt nie nazywa mnie Jessicą, nawet mama.

Ja: Oczywiście. Proszę mi powiedzieć, Jess, dlaczego postanowiła pani się przekwalifikować i zostać terapeutką?

Jess: Chyba wyjaśniłam to już w e-mailu.

Ja: Tak, był uroczy. Taki gawędziarski.

Jess: Przepraszam, niezbyt dobrze wychodzą mi takie...

Ja: Źle mnie pani zrozumiała. Bardzo mi się podobał. Raczej nie zajmuję się już superwizją. Przeszłam na częściową emeryturę i mam tylko kilku wybranych klientów, ale nie mogłam się oprzeć spotkaniu z panią. Ma pani imponujące CV. Bardzo mi się podoba to, że zaczynała pani od zera, że wróciła pani do college'u, aby zdobyć kwalifikacje potrzebne do ukończenia kursu pomocy psychologicznej. Co do swojej superwizji, to proponowała pani spotkania co dwa tygodnie?

Jess: Tak, ale zanim zaczniemy, chciałabym zapytać o koszty. Chodzi o to, że nie mam zbyt wielu oszczędności.

Ja: Na pewno jakoś sobie z tym poradzimy. Londyn jest drogi, prawda? Nauka również... Sama pani ją opłacała?

Jess: Tak, pracowałam jako kelnerka; to znaczy, zanim zostałam terapeutką. I w trakcie studiów.

Ja: Właściwie to też rodzaj poradnictwa.

Jess: Tak, zdecydowanie. Słyszy się sporo różnych historii.

Ja: Opowiem pani trochę o sobie, o moim trybie pracy. Wtedy pani zdecyduje, czy to pani odpowiada.

Jess: Och! Myślałam, że już to ustaliłyśmy. To znaczy... ja wiem, że chcę chodzić do pani. Jest pani najlepsza. Sprawdziłam to.

Ja: A dlaczego uważa pani, że będę najlepszą superwizorką właśnie dla pani?

Jess: Nie wiem, po prostu tak poczułam, kiedy znalazłam pani stronę internetową.

Ja: Pani koledzy i koleżanki nie proponowali pomocy?

Jess: Pytałam, ale wszyscy są zawaleni pracą, a zresztą pomyślałam, że lepiej byłoby spotkać się z kimś innym. Mój szef to idiota. Nie chciałabym mu się zwierzać, nie wiem, co jego klientów przy nim trzyma.

Ja: O Boże. A zatem czego pani oczekuje, jak pani widzi naszą współpracę?

Jess: Oczywiście chodzi o moich klientów, chciałabym omawiać ich problemy, upewniać się, że nic mi nie umknęło, bo jestem w tym nowa, ale superwizja jest ważna także dla mnie, żebym miała z kim porozmawiać, jeśli uzbiera się za dużo.

Ja: Słusznie. Ta praca może dać się we znaki, więc proszę się nie krępować i mówić o wszystkim, co panią niepokoi, choćby był to jakiś drobiazg. Sama odwiedzam swojego superwizora raz w miesiącu właśnie z tego powodu. Czy chciałaby pani jeszcze o coś zapytać, zanim zaczniemy? Zakładając, że zaczynamy już dzisiaj?

Jess: Tak, zdecydowanie. Dziękuję. I nie, nie mam żadnych pytań.

Ja: Świetnie. Będę robiła notatki i nagrywała wszystko komórką, żeby później móc przepisać niektóre fragmenty rozmowy, gdybym coś przeoczyła albo chciała wyróżnić coś, co uznam za istotne. Czy to będzie pani odpowiadało?

Jess: Nie mam nic do ukrycia.

Ja: Świetnie. Może na początek opowie mi pani trochę o sobie, o rodzinie, wykształceniu, tego rodzaju rzeczy.

Jess: Jestem najmłodszą z czworga rodzeństwa i jedyną córką. Mamy tę samą matkę, ale trzech różnych ojców, chociaż wszyscy odziedziczyliśmy po mamie jej rude włosy, co wydaje się dziwne, jeśli się nad tym zastanowić, ale jakoś nigdy dotąd nie zwróciłam na to uwagi. Farbuje je na blond, więc nigdy by pani... Przepraszam. Bliźniacy, Mick i Tony, mają po trzydzieści sześć lat, o dziesięć więcej ode mnie. Z Willem dzieli nas najmniejsza różnica wieku - pięć lat. Czyli obecnie musi mieć... trzydzieści jeden lat. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest już po trzydziestce... To znaczy wiedziałam, ale jakoś nigdy... Dwa lata temu właściwie straciliśmy kontakt, mimo że dobrze się dogadywaliśmy, kiedy mieszkałam w domu. Jest w stałym związku ze swoją dziewczyną i w grudniu zeszłego roku urodziło im się dziecko. Przysłał mi zdjęcie z kartką świąteczną. Teraz mieszkają u jej matki w tej samej wiosce, w której dorastaliśmy. Przepraszam, nie za dużo szczegółów?

Ja: Ależ nie, proszę kontynuować.

Jess: To by było na tyle, nie licząc mamy. Raz w miesiącu rozmawiamy przez telefon. Nie widziałyśmy się od dziesięciu lat, odkąd wyjechałam do Londynu.

Ja: Dziękuję, Jess. Teraz chciałabym zapytać, dlaczego postanowiła pani zostać terapeutką.

Jess: Oczywiście. Te rzeczy z rodziną to koszmar, prawda?

Ja: Możemy o tym porozmawiać, jeśli uważa pani, że to ważne, ale dzisiaj chciałabym się skupić na informacjach dotyczących bezpośrednio pani.

Jess: Tak, oczywiście. Przepraszam.

Ja: Nie ma potrzeby przepraszać. Powiedziała pani, że była kelnerką?

Jess: Tak, przez wiele lat i nie znosiłam tej pracy! Dzieci rozrzucające jedzenie, nieuprzejmi rodzice, turyści, którzy nie mówią po angielsku ani nie umieją znaleźć odpowiednich drobnych, a do tego kiepskie zarobki. Szukałam czegoś nowego, jakiegoś większego wyzwania, zresztą zawsze chciałam pomagać innym i byłam zdolna do empatii.

Ja: Ta empatia, o której pani wspomniała, często bywa bodźcem skłaniającym ludzi do wybierania naszego zawodu. Zdarza się, że pacjenci nabierają ochoty w trakcie swojej terapii, aby występować w tej drugiej roli.

Jess: W moim przypadku było nieco inaczej, ale tak, myślę, że więcej informacji o mnie może się przydać. Bardzo lubię się uczyć, co może dziwić, bo skończyłam szkołę, nie zdobywając żadnych kwalifikacji.

Ja: Czasami trzeba poczekać na odpowiedniejszą porę. Ma pani szczęście, że znalazła swoje powołanie w tak młodym wieku.

Jess: Chwilami wydaje mi się, że dwadzieścia sześć lat to bardzo wiele.

Ja: Cóż, mogę panią zapewnić, że tak nie jest. Przejdźmy teraz do pani klientów. Upłynął szmat czasu, ale wciąż pamiętam, jak trudne mogą być te pierwsze sesje.

Jess: Chyba tak, ale jak dotąd bardzo je lubię.

Ja: Jakieś skomplikowane kwestie, które chciałaby pani omówić?

Jess: Jedna klientka wydaje mi się trudniejsza od innych. Jest bardzo młoda, ma szesnaście lat. Jej lekarz skierował ją na terapię, bo wyładowywała frustrację w szkole - problemy z alkoholem, jak sądzę. Najpierw przyjął ją mój szef, ale się jej nie spodobał, czemu się nie dziwię, więc przekazał ją mnie. Chyba mam być jej ostatnią szansą.

Ja: Przeprowadziła pani wstępną diagnozę?

Jess: Tak... A przynajmniej próbowałam, ale ona ma w sobie tyle złości... Tak, to właśnie złość.

Ja: Bała się pani o własne bezpieczeństwo?

Jess: O Boże, nie! Nic w tym rodzaju, po prostu mi jej żal. Pamiętam, jak to jest w jej wieku i jak niesprawiedliwy wydaje się wtedy cały świat. Chciałabym jej powiedzieć, że będzie lepiej, że nie zawsze będzie się tak czuła, ale tego przecież nie wiadomo, prawda? Takie obietnice są głupie.

Ja: Na pewno może ją pani zapewnić, że rozumie jej uczucia, odzwierciedlić jej złość i w pewnym stopniu wyrazić własne emocje. To na pewno doda jej otuchy, ale oczywiście musi pani postępować ostrożnie.

Jess: Staram się ściśle trzymać przepisów.

Ja: To dobrze, jednak chodziło mi o coś innego. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale odnoszę wrażenie, że ta dziewczyna coś w pani porusza.

Jess: Nie sądzę.

Ja: Wyobraźmy sobie, że jestem nią i siedzę tu teraz przed panią. Co chciałaby jej pani powiedzieć?

Jess: Chyba to, że ma prawo czuć złość. Że każdy na jej miejscu czułby się tak samo. Że to, czego doświadczyła w swoim życiu ze strony dorosłych, było złe. Myśli pani, że gdybym jej to wszystko powiedziała, przekroczyłabym jakieś granice?

Ja: Nie, nie sądzę. A pani?

Jess: Też nie, ale co, jeśli już nie wróci? Wtedy nie będę mogła jej tego powiedzieć.

Ja: Obawiam się, że wybór należy do niej. Pani nie jest za nią odpowiedzialna.

Karen

Poniedziałek, 5 grudnia 2016 r. (popołudnie)

Mam nadzieję, że nie powiedziałam niczego niestosownego. - Pracowniczka poczty podaje mi kwit. - Pomyślałam, że oboje z mężem chcielibyście wiedzieć.

W ciągu tych wszystkich lat musiała mnie obsługiwać tysiące razy, przez jej kościste dłonie przechodzi każdy znaczek i każda przesyłka, a ona chłonie plotki z całej wsi i przekazuje je dalej, mimo to za skarby świata nie potrafię przypomnieć sobie, jak ma na imię. Gdybyśmy się poznały w innych okolicznościach, chętnie bym z nią pogadała, ale teraz nie mam ochoty ciągnąć tej jednostronnej konwersacji. Otwieram torebkę, żeby wrzucić świstek do środka.

- Padła trupem tuż przed pubem - informuje mnie, jednocześnie wydając resztę. - Nie wiem, czy to prawda, ale podobno leżała na samym środku ulicy. Samochody ją omijały i nikt się nie zatrzymał! Niewiarygodne! Pogrzeb odbędzie się pewnie w przyszłym tygodniu, ale wy oczywiście raczej nie...

- Nie - odpowiadam, patrząc jej w oczy. - Raczej nie. - Biorę do ręki banknot, a leżące na nim monety ześlizgują się i spadają na ziemię między nami. - Dziękuję, nie trzeba, poradzę sobie.

Zbieram swoje drobne, grzebiąc wśród puszek kwestarskich i ulotek informujących o godzinach pracy poczty w okresie świątecznym. Przyszłam tu tylko po to, by odesłać sukienkę, nieprzemyślany zakup, którego natychmiast pożałowałam, tym bardziej, że zwracając go, musiałam opłacić koszty przesyłki. Miałam nadzieję, że sukienka będzie się lepiej prezentowała na mojej dorosłej córce, ale Frey zmarszczyła nos na widok prostej czarnej kiecki.

- Nie chciałam pani zdenerwować - zapewnia mnie kobieta, wręczając mi podniesioną z podłogi monetę jednofuntową.

Patrzę na jej pomarszczoną twarz i powstrzymuję się od odpowiedzi, przypominając sobie, z jaką cierpliwością traktowała moją własną mamę, a potem odwracam się w kierunku osób stojących za mną w kolejce, wyraźnie zaciekawionych naszą krótką wymianą zdań. Nie znoszę tych chwil, gdy ludzie mnie rozpoznają, gdy coś im zaskakuje w mózgu i rumienią się albo bledną, po czym rzucają mi współczujący uśmiech albo - częściej - udają, że muszą zająć się czymś innym. Mark powtarza mi, że mam paranoję, że nikogo to nie obchodzi, już nie, bowiem minęło ponad dziesięć lat, ale oboje wiemy, że sam się oszukuje. W naszej niewielkiej społeczności nigdy wcześniej i nigdy później nie wydarzyło się nic równie ekscytującego. Powinniśmy byli się wyprowadzić, ale takie sprawy ciągną się za człowiekiem. Jestem już przy drzwiach, gdy pracowniczka poczty woła za mną:

- Znalazłam jeszcze pięćdziesięciopensówkę!

Czuję rześkie powietrze, gdy dziarskim krokiem zbliżam się do supermarketu, stukając butami po oblodzonym chodniku i pobrzękując monetami w kieszeni płaszcza. Nie podnoszę wzroku, dopóki nie docieram do nieprzerwanego sznura samochodów czekających na miejsce parkingowe. Pewnie już po lekcjach i rodzice chcą odebrać dzieci ze szkoły. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak późno. Szare niebo coraz bardziej ciemnieje. Po drugiej stronie miasta Frey zapewne zbiera książki swoich uczniów, choć w dzisiejszych czasach na lekcjach rzadziej korzysta się z podręczników, a częściej z laptopa podłączonego do olbrzymiego ekranu.

O tym, że dostała tę pracę, powiedziała nam, gdy spędzaliśmy czas w ogrodzie. Był ciepły letni dzień, ale powiało lekkim chłodem i Mark zauważył, że wiele się zmieniło, odkąd on przestał uczyć. Nowina, którą córka przyszła się z nami podzielić, zasługiwała na radosne przyjęcie - od września miała zacząć uczyć w szkole - ale reakcja Marka trochę to zepsuła. Nie żeby zrobił to celowo. Był z niej niewiarygodnie dumny i tak właśnie jej powiedział; taka prestiżowa szkoła, nie miał pojęcia, że Frey ubiegała się tam o posadę. Potem zerknął na mnie nad stołem, przy którym siedzieliśmy na tarasie, jakby domyślał się, że od pewnego czasu wiedziałam o jej planach. Frey mówiła zbyt szybko, chaotycznie opowiadając, jak się kompletnie pogubiła w tej całej technologii i już myślała, że nie da sobie rady, ale Mark tylko patrzył przed siebie tym swoim obojętnym, nieobecnym spojrzeniem.

Staję przed wejściem do supermarketu, który odstręcza mnie panującym wokół hałasem i zgiełkiem. Wszędzie pełno spacerówek i wózków sklepowych, a z głośnika dobiega nawoływanie, aby cały wolny personel zgłosił się do kas. Powinnam była zrobić zakupy zgodnie z planem, kilka godzin temu, ale przeszkodziły mi inne, niecierpiące zwłoki sprawy: musiałam wysłać kilka esemesów, dokończyć to i owo, a także wstać i się ubrać. Szczerze mówiąc, mogłam to wszystko załatwić w niecałą godzinę, ale jak zwykle dopadła mnie codzienna apatia. Z łatwością mogę stracić cały poranek albo popołudnie, gdy czuję niemoc i leżę w łóżku albo stoję oparta o kuchenny zlew, wyglądając przez okno na zapuszczony ogródek za domem, nieporuszona tym bałaganem na tyle, by coś z nim zrobić.

Rezygnuję z zakupów w przepełnionym sklepie i wracam do samochodu. Z ponurą miną siadam za kierownicą i czekam, aż ta chmara ludzi się przerzedzi. Niezbyt dobrze czuję się w tłumie, a przecież nigdzie mi się nie spieszy. Przed sobą mam nudny widok: parking, w oddali lokalne szkoły. Przedszkole i podstawówka, a za nimi państwowe gimnazjum i liceum, mieszczące się w ogromnym betonowym budynku z lat sześćdziesiątych, górującym nad swoimi mniejszymi kuzynkami. Imponuje, choć nie jest zbyt inspirujący. Zawsze się zastanawiałam, co Marka tak pociąga w tych szarych murach. Uwielbiał uczyć, ale zauważyłam, że w ciągu ostatnich kilku lat jego entuzjazm zaczął topnieć. Chyba czuł, że utknął w miejscu i nie ma możliwości awansu, o ile się nie przeprowadzimy, a to nie wchodziło w grę, bo musieliśmy myśleć o mamie.

Wyjmuję telefon z kieszeni płaszcza i wysyłam Markowi esemesa z przykrą nowiną, a potem piszę dłuższą wiadomość do Frey, pytając, co porabia i czy miło upływa jej dzień. Nie wspominam o śmierci Lisy Tidy. Po co miałaby się niepotrzebnie martwić, skoro nie wiemy jeszcze, czy Jess przyjedzie na pogrzeb. Klikam "wyślij", a potem grzebię w torbie w poszukiwaniu pigułek i sięgam do tyłu po butelkę wody, która turla się po siedzeniu od niepamiętnych czasów. Już spokojniejsza, przyglądam się matkom prowadzącym do samochodów swoje pociechy, które ściskają w rączkach ozdoby choinkowe wykonane w szkole. Nie chciałam, żeby Frey poszła do miejscowego gimnazjum, w którym panowała istna wolnoamerykanka, ale Mark się uparł. Oświadczył, że nie może posłać córki do szkoły prywatnej, skoro sam pracuje w państwowej, w dodatku szczycącej się tym, że jest dostępna dla każdego. Zresztą i tak nie byłoby nas stać na czesne. Zapewnił mnie, że będzie miał oko na córkę, ale ona już pierwszego dnia oznajmiła, że nie chce, aby ojciec ją podwoził, i że woli nie afiszować się znajomością z "panem Winterem". Odprowadziłam ją pod samą bramę szkoły i patrzyłam, jak jej drobną postać w nowym blezerze pochłania tłum wyższych od niej uczniów, jakby nagle obsiadło ją stado ciemnych wron. Miałam wrażenie, że jedenaście lat macierzyństwa minęło jak z bicza strzelił. Gdy wracałam do domu, opadłe liście szeleściły mi pod nogami. Minęłam Lisę Tidy, która stała w ogródku przed swoim domem, trzymając w ręku papierosa, i kołysała się na bosych stopach.

- Twoja mała też pierwszy dzień w nowej szkole, co? - wybełkotała. Skinęłam głową, przyspieszając kroku. - Możemy być dumne, nie?! - zawołała za mną.

Chyba powinnam wysiąść, tłum w supermarkecie pewnie się już przerzedził. Nie wiem, co by było, gdybym nie mogła robić tak podstawowych rzeczy jak kupowanie jedzenia. Może Mark by się nimi zajmował, chociaż w to wątpię. Jego marazm wydaje się zakorzeniony jeszcze głębiej niż mój. Przynajmniej mam coś do zrobienia, mogę zabić trochę czasu, choćby na godzinę zatracić się wśród sklepowych alejek, a to lepsze niż powrót do domu, zwłaszcza dzisiaj.

Pół roku wcześniej...

Pełna dokumentacja w teczce klientki, nr ref. 718/16

Sesja nagrywana, poniżej transkrypcja

stosownego fragmentu (w skrócie)

Jess: Mogę zdjąć żakiet? Gorąco dzisiaj.

Ja: Oczywiście. I proszę poczęstować się szklanką wody. Jak upłynął pani czas od naszego ostatniego spotkania?

Jess: Dobrze, dziękuję. W sesjach z moimi stałymi klientami zaczyna pojawiać się pewien rytm, znają mnie coraz lepiej i bardziej mi ufają.

Ja: To świetnie. A ta dziewczyna, o której wspomniała pani ostatnio?

Jess: Dziewczyna? Ach, tak. Nie odezwała się więcej.

Ja: Próbowała się pani z nią skontaktować?

Jess: Oczywiście, ale byłam zajęta.

Ja: Macie u siebie niezły zestaw specjalistów.

Jess: Sprawdziła pani?

Ja: Proszę się nie dziwić. Ja też zbieram informacje.

Jess: Ta strona internetowa jest nieaktualna. Wciąż nagabuję w tej sprawie szefa, ale on nigdy nie słucha.

Ja: Wydaje się trudnym człowiekiem, jednak ważniejszy jest fakt, że odbywa pani sporo sesji z osobami o bardzo zróżnicowanych problemach.

Jess: Tak, to prawda, choć w zeszłym tygodniu przydarzył mi się nieprzyjemny incydent. Jedna klientka przyszła pijana i zaczęła się awanturować. Trzeba ją było wyprowadzić. Szczerze mówiąc, trochę mną to wstrząsnęło.

Ja: Była zbyt pijana, żeby jakoś mogła pani poprowadzić sesję?

Jess: O tak, proszę mi wierzyć, znam się na tym, a ona ledwo trzymała się na nogach. Przepraszam, powinnam wyjaśnić, że moja mama jest alkoholiczką.

Ja: Widok kogoś w takim stanie musiał przywołać przykre wspomnienia.

Jess: Aż tak bardzo się nie przejęłam, ale i tak zamierzam przekazać ją koledze. Nie mam kwalifikacji do leczenia uzależnień.

Ja: Formalnie rzecz biorąc, ma pani odpowiednie kwalifikacje. Szkolenie, które pani przeszła, uprawnia panią do pracy z wszelkiego rodzaju...

Jess: Alkoholizm to specjalizacja, a my mamy terapeutę, który...

Ja: Jeśli woli pani przekazać klientkę komuś innemu, to oczywiście może pani to zrobić w każdej chwili. Nie jest pani zobowiązana do kontynuowania terapii, jeśli z jakiegoś powodu czuje się pani nieswojo. To zasada dotycząca wszystkich klientów. Nic osobistego, tyle że...

Jess: Osobistego?

Ja: Może ta kobieta upiła się tylko tego jednego dnia. Żeby uznać ją za alkoholiczkę...

Jess: Aż się zataczała. Nie sądzę, aby moja decyzja miała podłoże osobiste. Co pani próbuje przez to powiedzieć?

Ja: W naszej pracy zawsze pojawiają się jakieś punkty zapalne, a skoro wspomniała pani o alkoholizmie matki, chciałam z panią o tym porozmawiać.

Jess: Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Ja: Nie można zaprzeczać własnej przeszłości, Jess. To jedna z najważniejszych rzeczy, których nauczyłam się przez te wszystkie lata.