Omnium - Ryszard A. Antonius

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Czarodziej z Nowego Sącza

Szczęknęło gdzieś okno. Poczuł gorzki zapach jesiennych liści. Była jeszcze noc. Adam leżał na kanapie, skąd przez otwarte drzwi widać było pokój stołowy. Tam, na suficie, rozgrywał się pojedynek. Cienie ostrych liści palmowych starły się z ażurowym duchem firanki. Wpełzające na sufit światła samochodu na moment wyświetliły ludzką sylwetkę. Zaintrygowany podniósł się na łokciach. Sąsiednie, duże łóżko było puste. Wytłumaczył sobie, że mama przeniosła się do gabinetu ojca. I pewnie tej nocy znowu omawiają ważne sprawy. W tym momencie zsunął mu się z głowy zimny kompres, który nałożyła mu mama. Po wypadku w szkole bolała go stłuczona głowa.

Dlaczego przyszło mu na myśl, że rodzice słuchają radia? Miał wrażenie, że w mieszkaniu unosi się taka łagodna melodyjka, jakby blaszana, jakby mechaniczna. Pomyślał o kataryniarzu, który czasem pojawiał się pod balkonem. Ale co mógł tu robić kataryniarz w środku nocy?

Ta sylwetka nie dawała mu spokoju. Odnalazł stopą pantofel. Musiał się pośpieszyć, bo firanka omiatała już parapet.

Za oknem, nad dachami Krakowa, sunęły włochate chmury przypominające pukle włosów. Wiatr kołysał latarnią zawieszoną na przewodach przecinających ulicę.

Po drugiej stronie jezdni zobaczył człowieka. Stał oparty o rower i patrzył spod beretu, prosto w jego okno. Jakby na niego czekał. I chyba go zobaczył, bo zamachał dłonią, a potem ruchem ręki wskazał na swój pojazd.

Chłopiec przykucnął. Schylił głowę i wstrzymał oddech. Nie wiedział, jak ma zareagować. Zbierał myśli, obrazy, wspomnienia, a z nich zaczęła się wyłaniać pewność, że to ten sam staroświecki rower z kołami balonówami, wysłużony płaszcz, i nawet ten sam plackowaty beret, i że to nie jest kataryniarz z katarynką i z blaszaną papugą, ale czarodziej z Nowego Sącza. Tak, jego wujek, wynalazca - inżynier Antoni Marmon, który śladem swoich opon zszywa dwa światy, a może także i trzeci: świat snu. To o nim kiedyś powiedział dziadek Julian: "Ten kobold wymyślił maszynę czasu, włączył propeller i się ulotnił".

Chłopiec już nie patrzył przez okno, ślizgiem na papuciach wrócił do sypialni. Bicie jego serca było głośniejsze niż tykanie budzika i czuł, że z tych rozpierających go emocji wyłania się radość.

Błyskawicznie się ubrał. Nie szkodzi, że guziki zapięły się krzywo. Jedyne, czego teraz chciał, to żeby ten wujek jeszcze tam był, żeby się nie rozmyślił i nie znikł.

W przedpokoju, biegnąc na pamięć, wyminął te klepki, które za dnia skrzypiały w najlepsze. W gabinecie dwa oddechy poświstywały przez sen. Cicho otworzył drzwi na klatkę schodową, w której ta sama kolebiąca się lampa z ulicy rzucała dzikie harce cieni.

Wskakiwały na drzwi sąsiada, wywijały koziołki i jeden przez drugi, zaplecione w czarne płomienie, zjeżdżały po poręczach.

Zostawił drzwi uchylone, tak aby się nie zatrzasnęły, rozdzielone ojcowskim butem do polowania.

Zanim wybiegł na ulicę, zerknął jeszcze przez wąskie szybki w drzwiach bramy i upewnił się, czy inżynier Antoni Marmon czeka po drugiej stronie. Tamten już go zobaczył, uśmiechał się i spokojnie przyzywał go dłonią.

- Wujku! - wyrwało się chłopcu, gdy przebiegał przez jezdnię. - Jesteś! Jesteś! - A potem nie wiedział, co powiedzieć. Zatrzymał się i tylko patrzył w wytrzeszczone oczy przybysza i widział jego uradowaną minę.

- Witaj, szpasiu. Pewnie się dziwisz, że mnie widzisz, co? Sen nie sen...

Chłopiec tylko kiwnął głową. Przybysz, upewniony uśmiechem chłopca, położył mu dłoń na ramieniu.

- Zmieniłeś się. - Spojrzał uważnie. - Przedtem podobny byłeś do mamy, teraz robisz się bardziej podobny do taty.

Chłopiec znieruchomiał.

- Coś nie tak, Adamie?

- Tak, tak - potwierdził bez zastanowienia. Ale nie podobała mu się ta uwaga.

- To ile teraz masz lat?

- Jedenaście.

- Podrosłeś. A ja to się jeszcze bardziej skurczyłem. Jak tak dalej pójdzie, to następnym razem przyjadę na damce. Bo już nie przeniosę nogi nad siodełkiem. - Zaśmiał się, ale zaraz popatrzył na chłopca z powagą. - Domyślasz się, że jeśli tutaj jestem, to znaczy, że wydarzyło się coś ważnego...

Emocje targały chłopcem.

- Tajemnica wyższego rzędu? Kosmiczna?

- O tak, kosmiczna. - Inżynier z uznaniem powitał jego ożywienie.

- Wujku... - Adam nie dokończył. To, co czuł, zapragnął wyrazić w inny sposób. Wtulił się w ciepły materiał prochowca.

- Ha, ha, przytulasz się? - W głosie inżyniera zabrzmiała nuta zaskoczenia. Miłego.

- Tak - powiedział cicho chłopiec, z twarzą wciśniętą w szary i szorstki trencz.

Przez chwilę stali tak razem, a Adam chłonął dotyk dłoni, która czesała mu włosy.

- Dobrze - powiedział inżynier. - A teraz posłuchaj, potrzebuję pilnie pomocy. Twojej pomocy.

- To się wie! Może wujek na mnie liczyć!

- Świetnie, że jesteś taki pełen entuzjazmu, będziemy tego obaj potrzebować. Co byś powiedział, Adamie, gdybym mianował cię swoim asystentem?

Jego wielkie oczy mrugnęły zachęcająco spod beretu.

- No? Na tę noc?

Chłopiec obrzucił spojrzeniem rower. Wydawał się stary, ale masywny. Szprychy w obu kołach przeplatała duża, spiralna niby-szprycha, a opony były grube jak kiełbasa mortadela. I kto by pomyślał, że taką maszyną inżynier Marmon potrafi wyprzedzać nawet czas...

- Wsiadaj na ramę. Po drodze opowiem ci, na czym będzie polegało nasze "zadanie bojowe". Trzymasz się?

Adam ochoczo pokiwał głową i już dzierżył w dłoniach zimną kierownicę. A jednak wyczuł pod ręką, że metal delikatnie wibruje. Jakoś tak, jak źle zaizolowany przewód z adaptera, który niedawno ojciec podłączył do radia Pionier.

Widział kątem oka, jak wujek inżynier patrzy w mrok ulicy. Zanim nacisnął na pedały, Antoni Maron rzekł:

- Tej nocy ty i ja będziemy czarodziejami.

I chłopiec poczuł nad głową śliwkowy zapach tytoniu.

Rower zeskoczył z krawężnika z metalowym chrzęstem.

- A teraz, Adamie, uważaj. Nie naciskaj dzwonka. Miasto śpi, a my nie będziemy nikogo budzić.

- A jak nas ktoś zobaczy?

- Tylko psy, koty, no i pijaczkowie. Rozumiesz? Ci, co to mają przesunięte pasmo widzenia. Dla pozostałych jesteśmy nie-wi-do-czni. I ta specyficzna szara mgła, widzisz?

Chłopiec tylko kiwnął głową, że rozumie. Nie otwierał ust. Czuł na twarzy podmuchy jesiennej nocy. Spodziewał się, że będzie chłodniejsza. Rower zanurzył się szaromlecznym oparze.

- Żeby tylko mama i tata się nie zbudzili - rzucił przez ramię.

- Postaram się, żebyś wrócił na czas. Nic się nie bój.

Minęli mroczne czerwone mury klasztoru przy Łobzowskiej. Miasto spało ze swoimi dzwonami na wieżach, wzdychało co jakiś czas wilgocią skwerów i klasztornych ogrodów i tylko nocny tramwaj, jak dreszcz, wzruszał tę śpiącą czarną masę, na próżno czekającą, aby przykrył ją śnieg.

- A dokąd jedziemy?

- Zobaczysz. To będzie niespodzianka. Mam w kieszeni klucz.

Skręcili w ulicę Basztową. Chłopiec ciągle czekał na odpowiedź.

Po prawej ręce, na Plantach, rzadkie latarnie pomrugiwały za zaroślami i mgłą, niczym cukrowa wata. Adam spojrzał na przednie koło. Czy to możliwe, żeby nie dotykali ziemi? Musiało mu się przywidzieć.

Przy lewym krawężniku stała dorożka. Koń trzepał grzywą, wpatrzony w czarną kałużę, w której mignął księżyc. A może to była latarnia? Chłopiec dostrzegł flaszkę w ręce dorożkarza. Ten, na ich widok, oderwał ją od ust i powiódł po nadjeżdżających spojrzeniem niepewnym, a zarazem pełnym niedowierzania.

- No, musiał się taki trafić! - Usłyszał chłopiec nad głową. - Udajemy, że go nie widzimy. Tak będzie lepiej.

A jednak przez pustą ulicę dogonił ich komentarz. Był rymowany:

Ramka jeszcze w tyłek gniecie,

a peleton już na mecie!

Jeszcze przez chwilę za ich plecami rżał koń.

Rower zwolnił i zadrgał, jakby odzyskał kontakt z brukiem.

Przecięli szyny tramwajowe i po kocich łbach skierowali się prosto do bramy okrągłej budowli.

- Barbakan!

- Otóż to, Adamie. Wybudowany w czasach, gdy Kolumb przepływał przez ujście Orinoko. Ale teraz uważaj, nie przygryź sobie języka od wstrząsów.

Zatrzymali się na moście zwodzonym. Chłopiec przejął rower, a inżynier Marmon wyłuskiwał coś z kieszeni.

- Ten klucz otwiera wszystkie drzwi. - Nagle położył palec na ustach. - Ciii! - Ruchem głowy wskazał w kierunku ulicy. - Z nimi trzeba uważać.

Odczekali, aż zniknie im z oczu milicyjny gazik z brezentowym dachem.

- A teraz przekręcamy klucz.

Razem pchnęli wielkie wrota. Adam rozglądał się po pustym wnętrzu budowli. Na środku wiatr podrywał zapędzone tutaj liście. Od prastarych murów zalatywało stęchłą wilgocią. Strzępy niewytłumaczalnej mgły przechadzały się po gankach.

- Co robimy? - zapytał chłopiec niezrażony, gotowy do działania, cokolwiek miałoby to być.

- Pomożesz mi namalować znak. W końcu jesteś artystą, no nie? A ja sam bym nie dał rady - powiedział inżynier i zatoczył dłonią koło. - Tu w środku wyznaczymy lądowisko.

- Ktoś tu wyląduje?

- Tak, tak, Adamie, będziemy mieć gości. To znaczy mam nadzieję, że odpowiedzą na moje wezwanie. Domyślasz się kto? Nie? No to ci zdradzę: astromagowie albo, jak wolisz, strażnicy. Mam z nimi - tu błysnął białkami oczu w niebo - taką umowę. Gdyby sprawy potoczyły się źle, mam prawo ich zawezwać.

- I teraz stało się coś strasznego, wujku?

- Widzisz, nie zawsze wystarczy zrobić swoje i zniknąć. Czasem trzeba jeszcze trochę przypilnować, aby losy świata rzeczywiście potoczyły się po naszej myśli. Niestety już widzę, że bez dodatkowej korekty się nie obejdzie.

Chłopiec chłonął tajemnicze słowa inżyniera. Jeśli się nie mylił, była w nich zapowiedź spełnienia jego własnych, bardzo już skrytych tęsknot. Poczuł nagle, że jeszcze mogą odżyć. Nowe spotkania z czarodziejem! A to byłoby cudowne.

Inżynier mówił dalej:

- Czy wiesz, co to jest Czarny Kamień?

- Tak, wiem, ukryty pod Wawelem. Mama tam chodziła. Mówiła, że potrzebuje zaczerpnąć energii, żeby to wszystko znieść. Kiedyś mi powiedziała w tajemnicy, że ona wie, że ten kamień przyniósł smok aż z Himalajów.

- Ach tak, no to rozumiesz.

- Jeszcze powiedziała, że Czarny Kamień uratował Kraków podczas wojny. Niemcy uciekli, ale zabytków nie wysadzili w powietrze. Mama mówi, że on znowu promieniuje.

- I ma rację. Czarny Kamień budzi się na progu nowej epoki. I w samą porę, bo znowu będzie potrzebny.

Chłopiec nie rozumiał, więc inżynier wyjaśnił:

- Jesteśmy teraz na początku nowej ery w dziejach. Może kiedyś się ją nazwie... na przykład antropocen. Tak czy owak, ten Czarny Kamień czym prędzej trzeba zamienić w tarczę ochronną. - Tu kiwnął głową w górę. - A to będzie możliwe z ich pomocą. Bo niebawem będą się tutaj działy rzeczy niebezpieczne. Już się gromadzą czarne chmury. Historia weźmie ostry zakręt.

- Będzie wojna atomowa? - wypalił Adam.

Widział, że wujek nie kwapi się z odpowiedzią.

- Albo... koniec świata?

- Dlatego my przechodzimy do czynów, Adamie - odpowiedział inżynier i znikł we mgle. - Inżynier i artysta. Ty i ja - usłyszał stamtąd chłopiec. Po chwili czarodziej Marmon wyłonił się z bańką na mleko. Lecz w bańce było coś innego.

- To farba o specjalnym składzie. W ciemnościach fosforyzuje. Zagranicznej produkcji.

- A gdzie pędzle?

- Ha, ha, mam inny sposób. Posłuchaj. Wsiadamy na rower. Ty trzymasz naczynie, ja okrążam dziedziniec, a ty bardzo powoli, przez dzióbek, polewasz przednie koło farbą. W ten sposób szybko namalujemy znak.

- Balonówami! - Chłopcu tak spodobał się ten pomysł, że gotów był znieść ponowną jazdę na twardej ramie po krzywych kostkach.

- W takim razie do roboty. Kiedy powiem: "Start!", zaczynasz lać na koło.

Ostrożnie rozpoczęli objazd dziedzińca. Zostawiali za sobą jasny okrąg, który w zakamarkach zdawał się pulsować zielonkawą poświatą.

- A co by się stało, gdybyśmy namalowali krzywo?

- No... Nasi goście mogliby mieć kłopoty przy schodzeniu do lądowania. Zostałyby zaburzone proporcje symbolu, a tym samym moc jego działania.

Objechali cały dziedziniec.

- Co powiesz? - Z dumą w głosie zapytał inżynier.

- Nawet żeśmy się nie wykopyrtnęli, wujku.

- Ująłeś to właściwie, asystencie. Teraz następny manewr. Przetniemy koło dwiema liniami, na krzyż. A potem spirala. Chyba nie muszę ci przypominać, szpasiu? Wszak już to i owo wiesz na ten temat, prawda? - I nagle dodał jakby zmienionym głosem: - Jesteś człowiekiem znaku - tego znaku.

- Spirala, jak w kołach w rowerze?

- No przecież!

- I oni, wujku, zobaczą ten znak i przylecą?

- Barbakan to idealna kryjówka. Nikt tutaj ostatnio nie zagląda.

- To będzie baza? - Chłopcu bardzo spodobał się ten pomysł.

- Tak, baza w bliskim zasięgu oddziaływania czakramu ziemskiego. Oddalona od wzgórza wawelskiego o jakiś kilometr. To ma swoje znaczenie.

- A czy opowie mi wujek coś więcej o tym kamieniu? I o znaku też?

- Na razie uważaj...

Inżynier wrócił do rozmowy, gdy pierwsza linia przecięła cały okrąg.

- Wszystko we właściwym czasie, Adamie. Pogadam o tym z...

Musieli się skupić na drugiej prostej. Potem tą samą linią, już wyschniętą, poprowadzili rower na środek dziedzińca. Inżynier rozglądał się dookoła, z zadowoleniem odbierał dotychczasową robotę.

Nad nimi, w granacie nieba obrysowanego gankami, pomiędzy blaszanymi chorągiewkami na wieżyczkach, migotały wyblakłe gwiazdy.

- No właśnie, pogadam z nimi i o tym - zapewnił inżynier Marmon.

- Ale z kim?

- Jeszcze dokładnie nie wiem, kto nas zaszczyci swoją wizytą. Cierpliwości. Jak przyjdzie co do czego, nie omieszkam powiadomić swojego asystenta Adama, że "korektorzy" - a słowo to wypowiedział dobitnie - przybyli i są już wśród nas. Jak by ci to powiedzieć... Chodzi o to, żeby ta mała odwilż na miarę tej planety nie popsuła odwilży światów... Na miarę kosmiczną. A to też się odbywa.

- A kiedy wylądują?

- O, ja ich dopiero wzywam. W trybie pilnym, co prawda, więc żywię nadzieję, że się odezwą i skierują tutaj najlepsze siły. Kiedy? Myślę, że wszystko rozkręci się... na wiosnę.

Chłopiec trochę przygasł. Dopiero połowa października, a skoro tak, to nieprędko pojawi się w jego dzienniczku jakiś ciekawy zapis. W tym momencie wydało mu się, że inżynier przejrzał go na wylot.

- To wszystko jest objęte tajemnicą. Nie należy tego opowiadać nikomu. Prowadzenie notatek również jest niewskazane. I ma być niewidzialna pieczątka: "Ściśle tajne". - Tu klasnął cicho w dłonie. - Rozumiemy się?

- A ta "korekta"?

- Na razie potrzymaj rower, asystencie. To środkowe koło muszę wymierzyć sam.

Wziął naczynie z farbą i bardzo dokładnie, wokół chłopca stojącego z rowerem, namalował mały okrąg.

- Koło kwintesencji wyszło równo - ocenił. - A teraz najtrudniejszy manewr: namalujemy spiralę. Ruszamy, Adamie. - I znowu zmienionym głosem dodał: - Podążaj spiralą światła. - A kiedy ten próbował końcem buta odegnać zabłąkany liść, dorzucił: - Farba szybkoschnąca.

- Coś jeszcze, wujku? Malujemy dalej?

- Podoba mi się twoja postawa, Adamie. Ale to już wszystko na ten raz. - I chyba zerknął na zegarek. - No, to był ważny dzień. Dla ciebie i dla mnie.

Adam nie ukrywał zmartwienia. Tamten wyciągnął ku niemu dłoń.

- Spisałeś się na medal. Dziękuję.

Chłopcu wydało się, że uścisnął mgłę.

- Ruszamy, muszę raz-dwa odstawić cię do taty i mamy. Póki jeszcze cały Kraków śpi w tej mojej mgle.

Rozdział 2 Świecące ślady i agregat prądotwórczy

Leżąc na kanapie, myślał o tym, dlaczego nie pamiętał nocnego powrotu do domu. Nic a nic. Może dlatego, że tam było tyle mgły? Nawet dzwonka rowerowego na pożegnanie... Zamiast tego usłyszał, jak mama smutno pociąga nosem, jak tupie nogą w pedał maszyny do szycia, puszczając ją w ruch, i jak w gabinecie trzaskają drzwi, tłumiąc charkoty z radia. Podłogowe klepki zdradziły, że ojciec się zbliża, krocząc przez przedpokój.

Właściwie to Adam odkrył w tym wszystkim muzykę. Mama kiedyś powiedziała, że jest taka nowoczesna muzyka, gorsza jeszcze od jazzu, a nazywa się kakofonia. Wystawił ucho spod pierzyny. Rodzice się żarli.

- Piękna pani udaje głuchą, co? Nic ją nie obchodzą sprawy krajowe i polityka? Ty sobie tutaj szyjesz, a tymczasem nadciągają czarne chmury. Wojna domowa wisi na włosku. W partii już są pęknięcia. Nie, nie, ty sobie szyj. Dopóki... - Przez chwilę ojciec zbierał się w sobie. - Dopóki nam tu kogoś nie dokwaterują.

Po tych gniewnych słowach nastąpiły jakieś odgłosy, jakby ojciec nadal kręcił się w kółko, to zbliżał, to zawracał, potem znowu strzeliły drzwi od gabinetu, które dziwnym trafem tym razem nie chciały się domknąć.

- Cholerny dywan! Wlazł!

- I po co tak walisz? Urwiesz klamkę. Za chwilę rozharatasz dywanik.

Głos mamy, siedzącej za maszyną do szycia, z trudem przechodził przez zduszoną krtań. Chłopiec bał się tego. Płacz i łzy mamy zapraszały do domu czarną godzinę, marny los albo inny koniec świata.

- Owszem, obchodzą mnie te sprawy, ale teraz myślę o dziecku - mówiła. - Właśnie szyję zasłony, bo po tym, jak uderzył głową na gimnastyce, razi go światło i Adaś budzi się w środku nocy. Wiesz, że reaguje na pełnię księżyca.

Ojciec chciał coś odpowiedzieć, ale mama walnęła nogą w żeliwny pedał i dürkopp zatrajkotał niczym CKM.

Ojciec musiał odczekać za framugą.

Kiedy przerwała szycie, żeby poprawić nitkę, wystawił głowę.

- Mówiła mi Krasnodarska, że kanocek prostej gwiazdy nie potrafił wywinąć. No to trzepnął głową.

Dürkopp zawarczał, ale stanął.

- Niezgrabiasz - grzmiał ojciec. - No ale nic mu nie będzie. Poleży, dasz mu jakiś syrop, może łyżkę tranu, i po kłopocie.

Dürkopp znowu zawarczał i ruszył.

- A z tej mojej kandydatury na posła mogą być nici... Czy ty słyszysz?! Aha, dla ciebie to nieważne. Klamka jest ważniejsza!

Mama gwałtownie zatrzymała szeroki pedał.

- Tak, tak, cholerne nici - przyznała. - I właśnie się zerwały. Psiamać! Już nawet zwykłych nici nie można kupić. Wszystko po znajomości.

- Oho, teraz przyszpilasz!

- Na szpilkach się trzymać nie będzie.

- Mówię, że mnie przyszpilasz. A ja nie odpowiadam za zaopatrzenie pasmanteryjne. Nie mój pion.

- Wczoraj stałam godzinę w kolejce. Po byle żółty ser.

- Ale za to na świeżym powietrzu.

- Wśród pijaków? Ty nigdy nie stoisz w kolejkach, to nie wiesz.

- Już ty się nie bój. Ja mam kontrolę.

- Powinieneś raz posłuchać, co w kolejkach ludzie gadają. O wojnie też.

- Ciekawe, znawcy się zebrali.

- Jedni mówią, że wybuchnie wojna atomowa, a drudzy, że wodorowa. Kobiety i dzieci się boją!

Po pokoju śmigały wystraszone muchy, jakby przerzucane zdania dźgały w ich napowietrzne ścieżki.

- Babskie strachy - skwitował ojciec i znowu zaczął domykać drzwi w gabinecie. Widząc to, mama wychyliła się zza maszyny.

- A dla mnie najważniejsze, żebyś załatwił to zdjęcie z prześwietlenia głowy Adasia. Zadzwoń zaraz do doktora Drupaczyckiego. Trzeba to z nim skonsultować.

- Masz wymagania! Norbert dopiero co w Krakowie. Jeszcze się chłop nie zainstalował. Urządzają mu gabinet na Botanicznej.

- Ale Drupaczyckiej załatwiłeś wcześniej robotę na internie, to spróbuj przez nią. Sam mówiłeś, że ona już się odnalazła w klinice, a to, a tamto.

- Ależ ty potrafisz wiercić dziurę w brzuchu! Nie teraz. Czekam na ważny telefon. Będzie międzymiastowa.

- Ciekawe od kogo?

- Będzie dzwonił Dobrosz. Jest na Śląsku. Z Węgier wraca.

- Quel diable!

- Co znowu za diabeł? - Głos ojca przybliżył się do sypialni.

- O? allez-vous? - Mama zaszeleściła przeszywanym płótnem. - Mówię do poduszeczki z igłami. Potoczyła się pod kanapę Adasia.

- Pani krawcowa dzisiaj roztrzepana. Najpierw zwidy, a potem robota leci z rąk.

- Co za zwidy?

- No mówię teraz o tych rzekomych śladach w przedpokoju. A ja patrzę, patrzę i niczego takiego tutaj nie widzę. No gdzie? Gdzie?

- Mów, co chcesz. Ja widziałam. Świeciły. Zielonkawo. Od drzwi do wieszaka.

- Coś ci się przywidziało. Zresztą nie wiem, może próchno w klepkach? W końcu to stare mieszkanie.

Usłyszeli dzwonek u drzwi.

- Kogo to niesie? - Mama przestała szyć. Ojciec już wiedział.

- A, to towarzysze z oczyszczania miasta. Przytachali mi pewnie ten agregat.

- Co za agregat?

Ale ojciec otwierał już drzwi i wpuszczał czyjeś sapania wzmocnione pogłosem klatki schodowej.

Chłopiec nastawił uszu. Jacyś ludzie ustawiali na podłodze coś ciężkiego.

- Matko święta! - Mama wydostała się zza maszyny i zaglądała do przedpokoju.

- Tu postawcie, towarzysze, pod licznikiem. - Ojciec przejął dowodzenie.

- Zenon, może powinieneś uprzednio rozłożyć gazety?

- Nie kłopocz się. My to z towarzyszami ustawimy delikatnie.

- Ale tam coś wycieka - zauważyła.

Po chwili chłopiec poczuł zapach benzyny. I zaraz potem woń tytoniu i męskiego potu.

- No dobra, stoi. Dziękuję, towarzysze. Proszę ode mnie pozdrowić towarzysza dyrektora Basiora. A jakże, znamy się jeszcze z Nowego Sącza, tak, tak. Zapalony myśliwy. Wybieramy się razem na koziołki.

- Znowu będzie ich zanudzał - mruknęła mama jakby do siebie. Chłopiec widział, jak kręci głową.

- A ta benzyna to nic - zapewniał wesoło ojciec. - Ho, ho, zaraz pójdzie w ruch szmata i po krzyku. Żona trzyma porządek w chałpie. A wy co, młodzi towarzysze, też żonaci?

- Zenon. - Mama posłała ostrzeżenie w formie jęku.

- Cóż, nie zatrzymuję. Rozumiem, że robota goni. Ruszajcie w pokoju, wojny nie będzie. Atomowej.

Chłopiec nie słyszał, żeby któryś z przybyłych próbował podtrzymać rozmowę. Ojciec zamykał za nimi drzwi. Po chwili głośno otrzepywał dłonie.

- No to się Norbert ucieszy. A ty, "Pani Ojojoj", nie trzymaj się za głowę. I nie wzywaj mi tu Matki Boskiej przy towarzyszach ateistach.

- A ty skąd wiesz, że ateiści?

- Nie wiem, ale mogę przypuszczać, że Basior nie zatrudnia w zakładzie oczyszczania miasta ludzi niepewnych.

- Ale do czego Drupaczyckiemu takie coś?

- Zobaczysz... To znaczy... Mamy tam takie nasze plany. Na werandzie w willi na Gontynie chce chłop uruchomić domowe laboratorium. Jak przystało na pioniera lobotomii. A ja popieram badawczą myśl postępową.

Słychać było bezradne westchnienie mamy.

- Poczekaj, pójdę po szmatkę.

- I jak długo ten croquemitaine będzie tu stał? - zapytała, wracając.

- Oj, ty zaraz z tymi swoimi babskimi pretensjami. Dawaj tę szmatę i idź do swoich wyszywanek. - Westchnął ciężko. - Sam to pościeram.

W tym momencie odezwał się telefon. To musiała być międzymiastowa, bo aparat wyrzucał na pokoje stanowcze, miarowe porcje dźwięku. Ojciec zamknął za sobą drzwi do gabinetu. Teraz chłopiec słyszał westchnienia mamy pochylonej nad podłogą. Może słuchała pod drzwiami rozmowy? Po jakimś czasie szczęknęła klamka i zagrzmiał demaskujący ton ojca.

- No proszę! Wycieranie szmatą klamki. To ty taka jesteś ciekawa...

- Nie przesadzaj. Tu wszędzie naświnione.

- Ja to wiem, jak nie ty, to ten twój synalek. Podsłuchujecie. Człowiek nawet we własnym domu nie może poczuć się swobodnie i stargane nerwy uspokoić. Albo odbyć ważną i poufną rozmowę.

Drzwi do gabinetu trzasnęły, a po chwili dobiegł ich stukot maszyny do pisania.

- Tak, pisz, pisz te swoje donosy. - Głos mamy na granicy płaczu cichł w przejściu do kuchni.

Godzinę później w mieszkaniu zapanowała cisza. Rodzice gdzieś wyszli. Każde z osobna. Mama przed wyjściem mówiła coś o sklepie z mocnymi nićmi. Chodziło o zszycie rękawa w myśliwskiej kurtce ojca. Rozharatał ją na ostatnim polowaniu. A może chciała się tylko przejść?

Cisza była nieznośna. Przynajmniej kiedy się przewracał z boku na bok, odpowiadały mu spod prześcieradła wysłużone sprężyny w poniemieckiej kanapie. Wreszcie spuścił nogi i wymacał papucie. Sprawdził nowy kompres na głowie. Coś zaszeleściło i w palcach znalazł jesienny, skręcony listek. Zastanawiał się przez chwilę, jak to się stało, że mama nie zauważyła tego listka pierwsza. Woń benzyny przypomniała mu o tym czymś w przedpokoju.

To coś stało tam w mroku z nastroszonymi rurami i świecącymi niczym białka oczu zegarami. Okrągły wystający filtr przypomniał chłopcu wieżę ciśnień górującą nad stacją kolejową w Nowym Sączu.

Pomyślał, że ta maszyna nie maszyna byłaby całkiem fajna, gdyby miała dużą kierownicę. A do tego korbę. To, co upodabniało ją do silnika samochodowego, to była wyniosła chłodnica.

Przez uchylone drzwi do gabinetu dostrzegł biurko ojca, a na nim underwooda z wkręconą kartką. Odkąd sięgał pamięcią, ojciec stukał klawiszami, powierzając maszynie do pisania swoje dokonania i przemyślenia. Mógł być pewny, że z tych ojcowskich "donosów" dowie się czegoś więcej o tym agregacie.

18 października 1955 r.

Dzisiaj w telegraficznym skrócie. Natłok zdarzeń. Przed chwilą ważny telefon od towarzysza Dobrosza. Dzwonił ze Stalinogrodu. Przekazał mi od Bolszewskiego zaproszenie na otwarcie planetarium. Bądź co bądź - ja gorol - mam tam swój wkład. Trzeba będzie pojechać i rzucić gospodarskim okiem. Minęło trochę czasu od mojej pracy dla Stalinogrodu.

Moskwa dogaduje się z reżimem Tito. No cóż, może to dobry manewr Chruszczowa? Podobno te nieporozumienia między bratnimi partiami to była robota samego Berii. Wyszło, że to agent Zachodu, który działał w najbliższym otoczeniu Stalina. Teraz widać, jak brakuje kierowniczej roli Wielkiego Zmarłego i jego żelaznej, za życia, konsekwencji. U nas też zwołują się siły, które chciałyby rozsadzić od środka naszą determinację w budowie socjalizmu, próbują na różne sposoby wygasić żarliwość ludzi aparatu. I nawet Kościół się rozzuchwalił. Dziwną grę prowadzi znowu obywatel Bolesław Piasecki i jego stowarzyszenie.

Adam nie dał rady i przeskoczył wzrokiem dalej.

Tydzień temu, przy okazji narady, wpadł do mnie na Basztową towarzysz poeta Olewko i opowiadał o najnowszej powieści Erenburga Ottiepiel. Już czytał. Jednoznaczna ocena: słaba literatura. I tylko chwytliwy tytuł: Odwilż.

Mam w oczach dumną postać Wandy Wasilewskiej. Spotkałem ją na światowym zjeździe młodzieży w Warszawie. Miała wspaniałą mowę. Jak płomień. O nowym człowieku przyszłości. A jest to temat mi bliski. Sam kiedyś złapałem za pióro, tworząc zarys sztuki teatralnej o towarzyszu Twardym. Ostatnio żona nawet pytała, dlaczego wala się to jeszcze po szufladzie. Może rzeczywiście - tak myślę - warto by było do tego wrócić? Choćby we współpracy z towarzyszem Olewko? A może nawet udałoby się dokooptować Wandę Wasilewską - naszą polską La Pasionarię? W jedności siła. Razem moglibyśmy dać odpór...

Adam opuścił resztę linijek i wyciągnął z pliku następną zadrukowaną kartkę. Zatrzymał wzrok tam, gdzie pojawiły się znajome nazwiska.

Zauważyłem, że ludzie chętnie za mną ciągną. Towarzyszka Krasnodarska, wybitny talent pedagogiczny, jeszcze rok temu przeszła ze stalinogrodzkiej szkoły syna na krakowskie Oleandry. Świetnie sobie radzi i być może przejmie stanowisko dyrektora od towarzysza Kozika. Doktor Norbert Drupaczycki, specjalista od lobotomii, a także farmakolog, już się aklimatyzuje w klinice na końcu Kopernika, ma tam piękny gabinet, a jego przemiła żona, pani doktor Agata, już się uwija na internie. To zgrane i rozumiejące się małżeństwo zamieszkało na ulicy Gontyna, na parterze starej willi z pięknym widokiem na Wisłę. Załatwiłem im to lokum po rozmowie z miłą panią z urzędu mieszkaniowego. "Może sympatyczna pani coś tam wyskrobie dla wybitnego polskiego lekarza?" I znalazło się.

Co do Lei Słodczyk, byłej więźniarki pięciu niemieckich obozów, to ze swoim starym Jerzym zamieszkała tymczasowo niedaleko ogrodu botanicznego na poddaszu kamieniczki vis-a-vis kliniki doktora Drupaczyckiego. Lea to biegła pianistka, już uczy w średniej szkole muzycznej. Ma w repertuarze Chopina, Prokofiewa, a i Mozarta wywinie. Mam z nią taki układ przyjacielski, tzn. ja i żona, że zgodziła się udzielać lekcji muzyki naszemu synowi. Raz w tygodniu. Za darmo.

Adam przeczytał to zdanie dwa razy.

Muszę pomyśleć i skądś przytaskać pianino do domu. Dla syna, do ćwiczeń. Co prawda nauczyciel od śpiewu na ostatniej wywiadówce dał mi do zrozumienia, że syn raczej ma, jak to się mówi, drewniane ucho, ale gdybym go przypilnował, to wbiłbym chłopakowi trochę solfeżu do głowy.

Wszystko zależy od podejścia pedagogicznego, a to mam w moim repertuarze. Synowi bardzo podobała się opera Halka, świetnie pokazana w Teatrze Słowackiego, i nawet żonie zdradził, że chciałby tak śpiewać jak ten góral Jontek.

Adam cofnął wzrok o parę zdań i jeszcze raz przeczytał fragment o solfeżu.

Moja żona już się cieszy, bo dobrze jest mieć blisko przyjaciół lekarzy. I nie będzie się czuła samotnie. A ostatnio znowu jakaś markotna, popada w te swoje babskie zamyślenia, trochę kwęka, a to to, a to tamto. Niedawno zamyśliła się przy dürkoppie i o mało sobie palca nie przeszyła. Na działkę trochę poplewić, dla ruchu, też się nie kwapi, pisać referatów na spotkania w Lidze Kobiet też nie lubi, często stoi i patrzy, to w jedno okno, to w drugie, gdzieś nad dachami. Myślę, że powinienem ją jakoś sensownie uaktywnić.

A od niedzieli jeszcze bardziej skrzywiona. Syn w szkole nie wyrobił przewrotu "gwiazdy" na gimnastyce i trzepnął głową w parkiet. I żona od razu w krzyk, że wstrząs mózgu.

Za miesiąc uroczyste odsłonięcie pomnika Adama Mickiewicza, naszego wieszcza. I pomyśleć, że Niemcy próbowali go przetopić na armaty. Towarzysz Mrugacz szykuje piękną mowę. Gadałem z nim niedawno na ten temat i chłop nawet zanotował parę moich uwag...

Adam odłożył kartkę i sięgnął po ostatnią. Wreszcie odnalazł to, czego szukał:

A dzisiaj dostarczono mi do domu wspaniały agregat prądotwórczy. Na bazie silnika ze studebakera. Trochę lutowania jeszcze wymaga. Ale moc potężna. Sprawię tym radość doktorowi Norbertowi. Jakoś trzeba to będzie przewieźć na Gontynę. Ten wybitny znawca mózgu prowadzi badania w dziedzinie elektrowstrząsów. To taki jego konik. On także zwrócił uwagę na stan psychiczny mojej żony. Zna dobrze nasze problemy domowe, współczuje mi, wspiera mnie, ale i proponuje odważne podejście do problemu. Do wiosny planuje rozkręcić swoje laboratorium i wtedy zajmiemy się przypadkiem mojej kochanej żony na poważnie. Na początek elektrody wkłuwane pod skórę, stymulowane prądem stałym. Metoda przezczaszkowa.

Mam pełne zaufanie do kunsztu i wiedzy doktora Norberta, tym bardziej że światowe koła lekarskie potwierdzają dobroczynny wpływ wstrząsów na psychikę melancholików.

Rozdział 3 Dymek z papierosa, notatka służbowa i tatar z combra

W środku tygodnia ojciec w naprawionej przez mamę kurtce myśliwskiej, przepasany taśmami naboi, w tyrolskim kapelusiku zarzucił na ramię futerał z bronią i zbiegł po schodach do samochodu marki Pobieda.

Mama zawiesiła nowe zasłony w oknie. Maszyna do szycia wróciła na stare miejsce pod ścianą. Chłopiec nadal nie chodził do szkoły, ale zamiast polegiwać na kanapie przeniósł się na podłogę, gdzie kartonikami z gry w Lotto wygrodził boisko do cymbergaja.

Wisła Kraków pokonała Djurgarden Sztokholm 7:1. To był dla Adama najładniejszy wynik meczu. Lubił też 6:4 - rezultat, który świadczył o zaciekłym pojedynku.

Ostatnie opowieści ojca o telewizji i o pierwszej transmisji w Warszawie nie dawały mu spokoju. Wyglądało na to, że ten nowy wynalazek był tysiąc razy lepszy niż zielone, magiczne oko radia. Postanowił, że sklei sobie z tektury taki miniaturowy odbiornik telewizyjny, w którym na szpulkach będzie się przesuwać papierowa taśma z napisem "Telewizja Kraków - Wiadomości". Kiedy zaczął szukać w mieszkaniu odpowiedniego pudełka, mama pośpieszyła mu z pomocą. Poszła do stołowego, a po zgrzytnięciu rozpoznał, że wydobywa coś z prawej szafki psyche. Po chwili przyniosła biało-czerwone pudełko z napisem "Wawel". Były to eleganckie papierosy, które ojciec trzymał dla swoich gości. Zapachniało tytoniem, kiedy wysypała pęk białych rurek na dłoń. Wręczyła mu z uśmiechem pudełko, a papierosy przełożyła do drewnianej szkatułki z rzeźbionym profilem górala. Jakoś nie zauważył wcześniej, że w tej szkatułce, stojącej zwykle na biblioteczce koło podwójnego łóżka, mama przechowuje różne papierosy. I chyba mignęło mu tam opakowanie z gruzińskich papierosów Kazbek i zapałki.

Przygotował sobie czarne nożyczki krawieckie i klej roślinny o słodkim zapachu.

- Posiedzisz sam - powiedziała mama, zapinając wielkie guziki jesionki. - Będziesz głodny, to w kuchni znajdziesz resztę zapiekanego ryżu z jabłkami. Tata wróci jutro rano, a ja teraz lecę do mojej psiapsiółki Leny... - zawahała się - na babskie ploteczki.

Chłopiec lubił, kiedy głos mamy robił się weselszy. Choćby i na krótką chwilę.

- Wrócę późno. I pamiętaj, Adasiu, nie otwieraj nikomu.

Właściwie to nie miał nic przeciwko temu, że zostanie sam w domu. Jego myśli już krążyły wokół szkatułki. Nie tak dawno, po kolejnej sprzeczce rodziców, zauważył mamę na kuchennym balkonie. Patrzyła w dół na sąsiednie podwórze, na którym trwała rozbiórka baraków, a nad jej głową wiatr strzępił w pasemka siny dymek. Ukradkiem paliła papierosa.

Odczekał, kiedy na schodach wygasły kroki.

Tytoniowy zapach pudełka przywiódł mu na myśl zdjęcie, które widział w kolorowym tygodniku. Malowidło przedstawiało towarzysza Bolesława Bieruta, który z trzymanej w ręku książki nauczał otaczających go zwartym kręgiem robotników. Zasłuchani w słowa przywódcy mężczyźni w kufajkach zaciągali się papierosami. Na zdjęciach ze starych polowań ojca też widział tytoniowe chmury unoszące się nad zadowolonymi z trofeów myśliwymi. Tytoń musiał być rodzajem dobroczynnego kadzidła: dorosłym przydawał powagi, pogłębiał namysł, a myślom dodawał lotności.

Chłopiec otworzył szkatułkę i wybrał jednego wawela. Ostrożnie włożył go między wargi. Wyjął pudełko zapałek i poszedł do stołowego. Zatrzymał się przed lustrem, na którego dolnej szafce obok perfum Podmoskownyje Wieczera, z gumową gruszką do rozpylania, stała kryształowa popielnica. Potarł pudełko zapałką i przytknął płomyk do końca papierosa. Ostrożnie wciągnął do ust pierwszy dym. Skosztował go i stwierdził, że smakuje jak zapamiętane oddechy mężczyzn i kobiet, którzy kiedykolwiek pochylali się nad nim albo zbliżali do niego twarze. Zgasił zapałkę w popielnicy. Teraz trzymał ją w lewej ręce, papieros w prawej, i przyglądał się sobie w lustrze. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby dym z papierosa uczynił jego umysł tak srebrzystym, tak ostrym i przenikliwym, jak ten kryształ lustra.

Na przykład grałby lepiej w szachy albo na pianinie, albo z łatwością rozwiązywałby zadania domowe. Zauważył w lustrze, że żar na końcu papierosa zamiera. Zamknął oczy i mocnym haustem wciągnął dym aż do płuc. Zdało mu się, że połknął szwajcarski scyzoryk ojca, a ten, jak na komendę, w płucach, w krtani, w nosie i w zatokach, wszędzie tam rozwarł swoje ostrza, korkociągi i szpikulce. Chciał choćby zacharczeć "Mamo", ale nic z tego. Nie otwierając oczu, zakręcił się na pięcie. Ciężka popielnica pociągnęła go przez próg do przedpokoju. Scyzoryk w krtani nie chciał się złożyć. Spróbował go przełknąć i po policzkach popłynęły mu piekące łzy. Pomyślał, że dobrze by było znaleźć się bliżej ubikacji.

Wcisnął twarz w coś miękkiego. Odskoczył do tyłu. To musiał być tweedowy płaszcz ojca na żeliwnym wieszaku. Kiedy podniósł jedną powiekę, wydało mu się, że z głębi przedpokoju patrzą na niego wielkie oczy. To były dwa manometry na agregacie ojca, umieszczone po obu stronach miski filtra olejowego. Otworzył usta i wypuścił w ich kierunku strumień dymu. Zdziwił się, że ten zdążył zmienić smak na palący i kwaśny. Chwycił za rękaw ojcowskiego płaszcza, rozległ się trzask i ciężkie palto spłynęło mu na głowę. Przysiadł na podłodze. Usłyszał, że kryształowa popielnica toczy się głośno w kierunku sypialni, przeskakuje przez próg, a potem wiruje po klepkach. I chłopiec bardzo chciałby, żeby przestała tak huczeć. Zamachał rękami na ślepo, strącając miękkiego beboka z ramion. Zapragnął jak najszybciej dopaść ubikacji, klęknąć przy sedesie... Już podnosił klapę...

Ale to był manometr z agregatu, który na długiej rurce pozostał mu w dłoni. W tak powstały otwór wcisnął nadpalonego papierosa, prósząc dookoła złotawym tytoniem. Udało mu się popchnąć go w głąb rurką manometru. Nie było czasu do stracenia, zerwał pokrywę z filtra i z pewną ulgą przyjął do wiadomości, że jest tam, jak w głębokim talerzu, dosyć miejsca.

Właśnie w tym momencie treść żołądka buchnęła mu z ust. Strumień zadzwonił o spód filtra, obficie go zapełnił, po czym wirując, zniknął w czeluści środkowego otworu. Adam wcisnął pokrywę na filtr, jakby pakował beret na głowę Ryśka - szkolnego kolegi. Potknął się o leżący płaszcz, uderzył kolanem w klepkę i przygięty do podłogi, wtoczył się do gabinetu. Leżał teraz na tapczanie ojca, z niedowierzaniem przyglądając się harcom sufitu. Szczęśliwie druga fala soków trawiennych nie nadeszła.

Na wszelki wypadek przeżegnał się niedokładnie, w ten sposób wysyłając czarodziejską prośbę do naprędce wymyślonego patrona przełyku. I chyba pomogło, ale ucisk w skroniach i pieczenie w gardle nie ustąpiły... I ten smak...

Raptem jego wyobraźnia przywołała obraz brudnego kurzu, który kłębiąc się jak podłogowy farfocel, wtacza się w czyste i delikatne komory płuc. Dopiero teraz się wystraszył. A o tym, że jakoby papieros wzmaga jasność myśli... Nie, to musiało być jakieś wierutne kłamstwo, kłamstwo dorosłych. Nigdy więcej, pomyślał i z ulgą przyjął powrót sufitu na miejsce. Zapach tytoniu i wymiotów nie chciał opuścić jego palców. Zwabione nim muchy coraz zuchwalej bzykały w gabinecie. Odwrócił się do ściany. Coś zaszeleściło. Zawadził czołem o kartkę leżącą na encyklopedii ojca.

Notatka służbowa.

Do towarzysza pułkownika S. Zagładycza.

Sprawa poufna. Dotyczy obywatela Nambaryna C., legitymującego się fałszywym listem polecającym z ambasady mongolskiej i odznaką z Piątego Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie.

Pierwsze pięć nocy obywatel Nambaryn C. spędził w apartamencie gościnnym na Wawelu, potem otrzymał klucze do mieszkania przy ulicy Kanoniczej 18.

Fałszywy towarzysz został zdemaskowany i zatrzymany w stołówce pracowniczej na Wawelu, gdzie stołował się przez cały pobyt w naszym mieście. Oporu nie stawiał. Wstęp na stołówkę umożliwił mu towarzysz Jan Konwiołka. Wiem to, bo sprawdziłem osobiście.

Donoszę uprzejmie, że na polecenie towarzyszy z Rady Wojewódzkiej roztoczyłem opiekę nad N.C. jeszcze w sierpniu.

Od pierwszego spotkania odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z człowiekiem dwulicowym. Z jednej strony dobrze odgrywającym rolę zapalonego komunisty i weterana wojennego (lekko utykał to na lewą, to na prawą nogę), z drugiej zaś - co nie umknęło mej uwadze - zdradzającym reakcyjne myślenie szamana. Przejawiało się ono w upodobaniu do przepowiadania. Z zasady przyszłości podchodzę sceptycznie do spraw związanych z religią, zabobonem i okultyzmem, dlatego tych jego wróżbiarskich opowieści nie traktowałem poważnie. Obywatel ten szczególnie interesował się legendą o tzw. Czarnym Kamieniu, rzekomo ukrytym pod wawelskim wzgórzem. Twierdził, że legendarny kamień - on nazywał go "czakramem" - będzie wykazywał coraz większą aktywność i wywoła szereg turbulencji nie tylko pogodowych, ale jak sam powiedział: "W najbliższych latach wpłynie na tok polityki światowej". Twierdził, że na Wawelu osobiście odczuwał silne mrowienie w nogach i wielokrotnie doznał stanu niezwykłej klarowności umysłu. Jeśli mam rozumieć, to chyba stąd brały się jego przepowiednie.

Tu przyznaję, że kilka z nich się sprawdziło. Dla przykładu wymienię, że przewidział dwa rekordy świata naszego biegacza Chromika. Jeszcze we wrześniu zapowiedział, że przeciągnie się nasza krakowska ciepła jesień i z pogodą też dobrze trafił. Najbliższe trzy lata określił jako czas trudny i chaotyczny, i jak sam to powiedział: "gorący jak gar z węgierskim gulaszem". Odniosłem wrażenie, jakby i mnie usiłował przestrzec przed serią kłopotów zarówno domowych, jak i zawodowych. Tutaj sensu nie widzę. Domownikom zdrowie dopisuje, żona moja dzielnie gospodarzy i udziela się w Lidze Kobiet, a syn robi postępy w nauce. Wykazuje też zdolności rysunkowe.

Ważniejsza sprawa, że obywatel N.C. zdradził mi, że obawia się o zdrowie towarzysza Bolesława Bieruta. Twierdził, że w przyszłym roku marcowe powietrze i odwilż w Moskwie bardzo mu zaszkodzą.

Tak czy siak, sprawę działalności fałszywego towarzysza należałoby wnikliwie, ale dyskretnie zbadać, delikatnie go przepytać, tak jak Wy to, towarzyszu, potraficie, a wiem to od samego towarzysza Basiora...

Otworzył oczy. Był w sypialni. Na kilimie poranne światło zza okna próbowało wmieszać się w tłum wzorów. Słyszał stękanie. To ojciec dźwigał coś przez próg do kuchni.

- Przesuń się, z drogi, z drogi, bo nakapie. Mówię: nie podłaź mi!

Te słowa skierowane były do mamy.

- Dobra. - Chyba nogą odsunął krzesło. - Rzucę to na ceratę.

Coś ciężkiego uderzyło o stół. Ojciec otrzepał głośno dłonie.

- A wiesz, Basior był lepszy. Dorwał dwa rogacze. Miał chłop lepszy wabik. Co powiesz? Chyba zaproszę was na tatara z combra.

Mama zobaczyła go pierwsza, kiedy zaciekawiony wsadzał głowę do kuchni.

- Tata upolował koziołka - oznajmiła z niewyraźnym uśmiechem.

W tym momencie chłopiec ujrzał tuż przed sobą oczy. Były piękne, ogromne i zdawały się przewiercać go na wylot spojrzeniem czarnych źrenic zatopionych w jasnym szkle. Należały do rogatej głowy zwierzęcia leżącego na ceracie w niebieskie groszki. Z pyszczka wystawał na bok przekornie wygięty język i kawałek gałązki z pożółkłymi liśćmi dębu.

- Sarenka! Jaka biedna! - wyrwało się chłopcu przez dziwnie suchą krtań. I zaraz skrzywił się gwałtownie, bo poczuł, jak do przełyku wraca tamten wczorajszy kwas. W oczach pojawiły się łzy.

- Nie płacz - prosząco odezwała się mama.

- Nie masz się co mazgaić. Jesteś mężczyzną - zwrócił mu uwagę ojciec tonem, w którym było słychać narastające zniecierpliwienie.

Chłopiec odchrząknął i coś przełknął na siłę tak, że aż zapiekło go pod powiekami. Nie mógł oderwać oczu od czarnych krop źrenic.

- Taka piękna... sarenka...

- Jaka tam sarenka! Każdy wie, że koziołek. - Ojciec zaszeleścił zmiętą gazetą, przecierając dłoń. Potem przepędził muchy znad stołu. Zderzały się z papierem, ciężkie i senne, ogłupiałe ciepłą jesienią.

Mama podeszła do syna i przyciągnęła go do siebie. Policzek natrafił na fartuch. Chłopiec wyczuł tysięczne zapachy kuchni. Stare mleko, zgliwiały ser, smażony śledź i cebula...

Skrzywił się boleśnie, a mina, jaką zrobił, nie spodobała się ojcu.

- Nie ślamdaj mi tutaj jak jakaś baba! - fuknął.

- Daj spokój, Zenon, Adaś jest wrażliwy.

- Beksa i maminsynek! Następnym razem biorę smarka do nagonki.

- O nie! - Mama jeszcze gwałtowniej zaprotestowała. - Na żadne polowania go więcej nie puszczę.

- Tak mówisz? A jak inaczej zmężnieje, nabierze odporności, doświadczenia? Ty myślisz, że świat będzie się z nim pieścił? Zwłaszcza że po trzeciej wojnie światowej wrócimy do noży i pałek.

Ojciec trzepnął zmiętą gazetą w kierunku skrzynki na węgiel, aż pod kuchenny piec.

- I gdzie rzucasz?! Pozrywasz lepy!

- Zabierajcie się stąd! - Ojciec zakipiał. - Sam się zajmę patroszeniem. A swoją drogą, ciekawe, że kochana rodzinka jak na komendę "huzia na Józia"! Może to jest ta wasza "odwilż"?

Mama przezornie zagarnęła syna w kierunku drzwi.

- Idziemy, Adaś, nie będziemy panu i władcy przeszkadzać.

Towarzyszyła im tyrada ojca.

- Rany boskie! Człowiek tu myśli, jak wyżywić nierobów, nieaktywnych, biernych... Poluje, orze na działce, hoduje pieczarki, a potem takie przyjęcie!

Z głębi szuflady wyszperał najdłuższy nóż.

- Ale jak podam pieczeń, to pierwsi będą zajadać.

- Ble! - wyrwało się chłopcu przez nos wgniatany w wonny fartuch.

Byli już w sieni i mama zdążyła zamknąć drzwi. Coś pacnęło w nie z tamtej strony. Adam wiedział, że te słowa, które doleciały ze ścierką, będzie musiał zapamiętać na długo:

- Nie chcę was znać! I zobaczymy, jak sobie poradzicie kiedyś beze mnie! A tak! Zabiorę się na jakąś placówkę i tyle będziecie mnie widzieli!

- I znowu mi przewróci kuchnię do góry nogami - powiedziała mama w przedpokoju.

Rozdział 4 Nieznośny opar patroszenia. Wodogłowie i kreozot

Chłopiec, oparty plecami o szafę, siedział na podłodze w sypialni i kończył sklejanie pudełkowego odbiornika telewizyjnego.

Rodzice o czymś rozmawiali na progu gabinetu. Żeby lepiej słyszeć, przestał kłapać krawieckimi nożycami mamy.

- Mówiłam ci już dawno, że przydałby się dodatkowy zamek w drzwiach. A jak będą się chcieli włamać?

- Dranie! - groźnie odpowiadał ojciec. - Swoją drogą, ciekawe, jak mnie tu znaleźli.

- I ciebie, Zenon, i nas. Nie mówiłam ci, ale kiedyś widziałam z okna jakiegoś typa po drugiej stronie ulicy. Niby to się przechadzał, ale raz po raz spoglądał w nasze okna. No i wczoraj miałam wrażenie, że ktoś podsłuchiwał pod naszymi drzwiami. Na wycieraczce. Jak poruszyłam łańcuchem, to szybciutko zbiegł.

- Nie panikuj. Pogadam o tym z pułkownikiem. Dobrze, daj mi to, pokażę mu tę pocztówkę.

- A ja się boję, bo to znowu pogróżki, że coś dziecku zrobią. Żeby to nie byli ci sami, co mojemu ojcu dokuczyli.

- Jak zostanę posłem ziemi sądeckiej, to tam posprzątam.

- Żebyś nie narozrabiał.

- A żebyś wiedziała, że narozrabiam. Trzeba tę drobnomieszczańską dziurę rozruszać. Może jakiś teatr albo turnieje poetyckie... I zabiorę się za porządki na kolei. Pani doktor Agata obiecała mi pomóc... Aha, bo ty nie wiesz, że ta prężnie działająca kobieta przeprowadziła na własną rękę badania. W końcu sama z kolejarskiej rodziny. Choroba matki dała jej do myślenia.

- I co to wynikło z tych jej prężnych badań? - Głos mamy był spięty, jakby czujny, pełen niedowierzania.

- Wykazała, że to całe towarzystwo kolejarskie w straszny sposób choruje. Padają jak muchy. I odkryła przyczynę.

- Ludzie ciężko pracują, to się zużywają.

- Otóż gdzie indziej jest pies pogrzebany. Widziałaś, ile szweli kolejowych wala się po podwórkach?

- I co, ta Drupaczycka chodziła i rachowała te szwele? Kolejarze nawet dostają przydziały starych podkładów. I wszyscy sobie chwalą. Tato zrobił z nich inspekty...

- To ja właśnie z tym skończę.

- Ale co mają podkłady kolejowe do zdrowia?

- Są impregnowane kreozotem. A to jest cholernie trująca substancja. Stach od ciotki Loli wybudował wędzarnię z tego świństwa. Kolejarze palą tym w piecach, dym leci z komina i zatruwa powietrze. Pamiętam, Zygda, sąsiad teściów, jak jeszcze żył, to wycinał z tego drewniane łyżki. Skończę z tym i to z hukiem.

- To się doigrasz.

- Nie boję się. Działam dla dobra ludzi. No ale odbiegliśmy od tematu. Ad rem, ad rem. - Słychać było, jak ojciec rozpina zamek teczki.

- Tutaj mam w kopercie to zdjęcie, o które ci chodziło. Wierciłaś dziurę w brzuchu i wywierciłaś. Wpadłem do doktor Agaty, a z nią na radiologię. Proszę. Zdjęcie rentgenowskie. A za chwilę zajrzy tu Norbert, żeby zobaczyć tę kliszę i kanocka.

- Popatrzę pod światło - powiedziała mama.

Chłopiec poderwał się i chyłkiem przebiegł pod drzwi do przedpokoju. Mocno biło mu serce. Miał wrażenie, że usłyszał zduszony okrzyk. I jakby szloch.

- Co znowu? - Zimny głos ojca stężał w powietrzu.

- Zenon, przecież to wygląda strasznie. On ma... wodogłowie... A tutaj widzisz te rozstępy?

Teraz mama płakała.

- Ta cholerna gwiazda... wgniotła... dziecku ciemiączko!

- Uspokój się, na odczycie takich zdjęć trzeba się znać. Weź na wstrzymanie, przyjdzie Norbert, to popatrzymy razem. A teraz nie rób krzyku, bo się jeszcze chłopak dowie. Wielkie mecyje...

- Jak możesz tak mówić?! Będzie kaleką!

- Pokaż, ja się trochę lepiej na tym znam. W końcu wywoływało się kiedyś zdjęcia w ciemni fotograficznej. No pokaż!

W rękach ojca folia zdjęcia zafalowała, wydając odgłos nadciągającej burzy.

- Podrapana ta klisza. Powiem ci, że to, co ty bierzesz za te rozstępy, to tylko biały cień. To w końcu negatyw.

Krótki dzwonek zapowiedział wizytę doktora Norberta.

- Chłop punktualny. Przestań szlochać. I zostaw sprawę znawcom.

Doktor Norbert Drupaczycki był już w przedpokoju i wystarczyła minuta, aby w mieszkaniu zadomowił się sanitarny zapach z jego płaszcza, beretki i kuferka.

- Jak chłopiec? Jak pani domu? - Głos doktora zabrzmiał miękko niczym mruczenie kota. - Ale co to? Łzy?

- Żona nie w sosie. Patrzyła sama na kliszę z prześwietlenia głowy syna... Może weź i rzuć na to fachowym okiem. Dobrą chwilę trwała cisza, którą przerwał głos przypominający kocie miauczenie.

- Miał...bym pewne wątpliwości... A czy to na pewno jest... Zenon, podaj mi kopertę... Hmm, zaszła jakaś pomyłka. To nie może być czaszka dziecka, to raczej... dorosły... Owszem, wyraźnie uszkodzona os parietale. Po obu stronach wgniecione squama temporalis.

- Jak to... dorosły? - W pytaniu mamy narastała nadzieja.

- No przecież! - Tu chłopiec usłyszał trzepnięcie dłoni w kopertę. - Inne nazwisko pacjenta. Adam Ferenc. Aaa... Teraz pamiętam. Przetokowy, przywieziony z Nowego Sącza. Wsadził głowę między bufory. Poskładaliśmy go.

- To skąd... skąd się wzięło to zdjęcie? - Głos mamy falował, jakby wymijał łzy.

Doktor Norbert pośpieszył z własnym wyjaśnieniem:

- Wydano złą kliszę.

Ojciec zaczął się tłumaczyć:

- Miałem na głowie parę spraw, a i pani Agata też pędziła na obchód. W tym pośpiechu zgarnęliśmy nie tę kopertę. A to pech.

- Spokojnie, popatrzymy na syna. Wszystko będzie dobrze - łagodnie zapewniał doktor.

- No popatrz, a żona mi tu panikuje - skarżył się ojciec.

- W końcu jestem matką.

Ani ojciec, ani doktor nie słuchali jej, bo rozbrzmiewało teraz głośne "A to, to to!" ojca i "Aaa, więc to to!" doktora.

- O ho, ho! - Podziwiali agregat.

- Czego się nie robi dla myśli medycznej - mówił ojciec. - Ściągnąłem ci to z zakładów oczyszczania miasta. Od towarzysza Basiora. Powinieneś go pamiętać, to ten, co osmalił sobie skroń z dubeltówki.

- No... Dziękuję, dziękuję, Zenonie. Tylko...

Ojciec najwyraźniej odczytał jego myśli.

- Nie kłopocz się. Dostarczę ci tego smoka na dniach. Przygotuj piwniczkę. Potem przytaskam do ciebie kolbę do lutowania i sam podlutuję chłodnicę. Będzie hulał jak nowy.

- To może ja zaparzę herbatę? - Mama, pociągając nosem, udała się do kuchni.

- No i masz te baby. Zaraz wodogłowie - szepnął ojciec oskarżycielsko. - A jak nie wodogłowie, to od razu wojna atomowa... Ty to masz jakoś to twoje małżeństwo poukładane. Pięknie idziecie przez życie.

Chłopcu się wydało, jakby doktor Norbert wyrzucił z siebie bolesne miauknięcie. Na tak.

5 listopada 1955 r.

Upolowałem kozła. Dom na jakiś czas zaopatrzony w mięso. Udał mi się gulasz węgierski. Żona i syn pałaszowali, że aż im się uszy trzęsły. Jedną nogą zasiliłem kuchnię Drupaczyckich. Należy im się.

Na froncie partyjnym dzieje się dużo. Towarzysze do mnie przychodzą, pytają, jak to będzie, proszą o jakieś wskazówki. Robię, co mogę, służę radą, niektórych pocieszam, jak na przykład schorowanego towarzysza Karkówkę - partyzanta weterana. Chłop mi się nawet popłakał z obawy o losy partii. On też melduje o spuszczaniu czoła przez zasłużonych towarzyszy. Rozmawiałem o tym z doktorem Norbertem i rzuciłem taką myśl, a jakby tak jego metodę elektrowstrząsów zastosować do naszych partyjnych potrzeb? Potrząsnąć sumieniami, wstrząsnąć za ramiona i powiedzieć: "Towarzyszu jeden z drugim, obudźcie się! Matka partia w potrzebie!". Tak, dlaczego by nie zaprząc tej na wskroś nowoczesnej metody do pobudzenia wiary w naszych kadrach?

Pogadaliśmy przyjemnie przy herbacie. "Ty, Zenon, to masz łeb!" - przyznał mi, i nawet dalej rozwinął moją myśl. On widzi tu jeszcze inne rozwiązanie: farmakologiczne.

I tu ciekawa sprawa. Opowiedział mi, że znalazł na swoim biurku list ze Szwajcarii. W liście jeden z tamtejszych naukowców informował, że chemicy w Bazylei odkryli substancję, która gwałtownie wzmaga siły fizyczne i jasność umysłu. Preparat nazywa się Diabol (adekwatna nazwa, bo ponoć działanie ma diabelne).

I dalej zapytuje, czy byłaby możliwość przetestowania tutaj, w słynnej krakowskiej klinice, jak działa ten medykament.

Z miejsca podchwyciłem temat. I jeszcze uzasadniłem: "Jeśli nie my, to ten łakomy kąsek przechwycą Amerykanie do swoich eksperymentów z Supermanem". Doktor Norbert od razu podzielił moje zdanie, że socjalistyczni lekarze powinni przebadać zastosowanie tego "zelotropu", szczególnie pod kątem jego przydatności do umacniania żaru ideowego. Czasy mamy turbulentne, więc tym bardziej należałoby podgonić proces tworzenia Nowego Socjalistycznego Człowieka, jak to ujął dowcipnie doktor: "Naszego Supermuromca".

Jasne, że go uspokoiłem, że sam zgłoszę ten szwajcarski list pułkownikowi Zagładyczowi. I chłop odetchnął z ulgą. Postaram się też pogadać o tym Diabolu z mądrym konsulem radzieckim.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji