Ołtarz i siekiera - Aleksander Gurgul

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
WSTĘP
Niesamowite zbiegi okoliczności

Moment, w którym uświadomiłem sobie, że powinna powstać książka opowiadająca o działalności i upolitycznieniu Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe - giganta drzewnego na skalę europejską, ale pewnie i światową - nastąpił po rozmowie z jednym z leśników z Lubelszczyzny.

Piotr Mróz właśnie stracił pracę, więc miał powody, ale i swobodę, by opowiadać. Takich zdradzonych kochanków są dziś w Lasach Państwowych - będę używał skróconej nazwy "LP" - setki. To dzięki nim mogłem zajrzeć za kulisy leśnego molocha, zarządzającego obszarem o powierzchni 7,62 miliona hektarów. To prawie jedna czwarta powierzchni Polski.

Piotr Mróz ujął mnie czymś jeszcze, co nie jest bez znaczenia w tak silnie spolaryzowanym politycznie społeczeństwie, jak polskie. Choć głosował na rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość (PiS), regularnie rozmawiał z dziennikarzem krytycznej wobec władzy "Gazety Wyborczej". Robił to w czasach, gdy państwowy koncern energetyczny Orlen pod wodzą Daniela Obajtka przejął regionalne gazety należące do Polska Press, a media rządowe - TVP i Polskie Radio - były tubą propagandową Zjednoczonej Prawicy. Z kolei media wspierające obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego - te księdza Tadeusza Rydzyka ("Nasz Dziennik", TV Trwam, Radio Maryja), braci Michała i Jacka Karnowskich (portal wPolityce.pl, tygodnik "Sieci", telewizja wPolsce.pl), Tomasza Sakiewicza ("Gazeta Polska", portal niezalezna.pl, TV Republika) czy Pawła Lisickiego (tygodnik "Do Rzeczy") - stały się słupami płatnych ogłoszeń, reklam i treści sponsorowanych różnej maści spółek Skarbu Państwa, a także właśnie Lasów Państwowych.

Mróz opowiedział mi historię o tym, jak ktoś wysyłał na niego anonimowe donosy, wręcz paszkwile. O tym, jak wkrótce potem stracił pracę. Mówił długo, w jego głosie czułem żal do rządzących, którzy Lasy (i lasy) w koalicyjnej, prawicowej układance Zjednoczonej Prawicy oddali ludziom Zbigniewa Ziobry i jego partii, która najpierw nazywała się Solidarna, potem Suwerenna Polska, a obecnie połączyła się z PiS.

Zdaniem Mroza w Lasach Państwowych po 2021 roku, a więc po tym, jak władzę w tej instytucji przejęli ziobryści, działy się rzeczy, jakie wcześniej nigdy się nie wydarzyły. Wiem, przyrodnicy się z nim nie zgodzą. Leśnicy za każdej władzy rąbali i będą rąbać lasy. Ale Mrozowi chodziło także o sprawy pracownicze, rekordowe upolitycznienie i promowanie ludzi Ziobry, traktowanie lasów jak partyjnej skarbonki.

Po opublikowaniu artykułu z wypowiedziami Mroza zaczęli się zgłaszać kolejni leśnicy - nie tylko z terenu, ale też z centrali. O patologiach, które powodują gnicie Lasów Państwowych, opowiedziało mi około setki osób z całej Polski.

To, co stało się z państwowym leśnym gospodarstwem w ostatnich latach, chyba najlepiej podsumowuje komentarz na Facebooku autorstwa Pauliny Król, byłej pracowniczki Centrum Informacyjnego Lasów Państwowych (CILP).

Napisała go w odpowiedzi na post Artura Rutkowskiego, byłego redaktora naczelnego "Głosu Lasu" i "Ech Leśnych". Informował w nim, że "po powrocie z urlopu zdrowotnego nie było już warunków do jego powrotu do pracy" w Lasach Państwowych, w których przepracował 25 lat. Cztery dni później wręczono mu wypowiedzenie, wcześniej likwidując stanowisko.

Król wspominała dobre czasy w pracy dla redakcji leśnej prasy i wspaniałych ludzi, z którymi przyszło jej pracować. "Jak tylko gdzieś na horyzoncie zamajaczył kryzys, to już u Ciebie w pokoju byliśmy z burzą mózgów. Reagowało się na czas, Ania M. [Anna Malinowska, była rzeczniczka prasowa Lasów Państwowych - aut.] słuchała i angażowała się w to, by zapobiec kryzysom, jeszcze zanim się zaczęły" - pisała Król i nie kryła, że "dobrą robotę można było wtedy liczyć w fakapach, o których nikt nie wiedział, bo dało się je przewidzieć". Dla niej to był fajny czas, bo każdy w biurze wiedział, że coś znaczy, jego praca ma sens, a ludzie się szanowali. "Kiedyś byłam dumna z tego, że jestem pracownikiem LP. Była też wiara w idee i tę znamienną trwale zrównoważoną [gospodarkę leśną - aut.]. Można było stać godzinę z obcym człowiekiem i tłumaczyć mu meandry ustawy o lasach w czasie wolnym. Od jakiegoś czasu jednak zatajałam ten fakt, bo nie chciałam tłumaczyć się z czegoś, czego sama nie aprobuję. Smutno mi, że etos leśnika i to, na co pracowałeś między innymi Ty (...), poszło do kosza. 20 lat edukacji, dbania o wizerunek leśnika, spuszczone w kiblu. (...) Teraz jestem obok i wreszcie mogę oddychać. Tylko czasem, jak obserwuję to, co się dzieje, rośnie mi gula w gardle. Jedyne, co możemy teraz zrobić, to iść na wybory. I trzymać kciuki, by karma wróciła, a źli ludzie zostali odpowiednio osądzeni (...)" - pisała Król pod postem Rutkowskiego.

On sam - już za nowej władzy - stał się żarliwym krytykiem tego, co działo się w państwowym gigancie drzewnym w latach 2015-2023. Jego ostre analizy zaczęła zamieszczać prywatna "Gazeta Leśna".

PiS w 2015 roku nie marnował ani chwili, aby przejąć kontrolę nad Lasami Państwowymi. Po wygranych w październiku wyborach parlamentarnych prezydent Andrzej Duda powołał 16 listopada rząd Beaty Szydło, z ministrem środowiska Janem Szyszką. Już dzień później jego zaufany człowiek Konrad Tomaszewski został dyrektorem generalnym Lasów Państwowych. Po nim dyrektorami generalnymi byli ludzie związani z obozem władzy: Andrzej Konieczny i Józef Kubica. Po zmianie władzy w 2023 roku Lasy przeszły pod opiekę Witolda Kossa, związanego wcześniej z Platformą Obywatelską.

Dla mnie rządy ziobrystów w Lasach Państwowych - a przez ostatnie cztery lata zwiedziłem lasy prawie każdego województwa i prawie każdej regionalnej dyrekcji - były przede wszystkim czasem wielu trudnych do pojęcia zbiegów okoliczności.

Kiedy leśnicy rozdawali samorządowcom czeki na dofinansowanie budowy i remonty dróg, traf chciał, że prawie zawsze zjawiała się lokalna wierchuszka polityków Suwerennej Polski wystrojonych w garsonki i garnitury, by pozować do zdjęć i udzielać wywiadów lokalnym mediom. A wydatki na te drogi rosły lawinowo przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku i samorządowymi w 2024 roku. Jeszcze w 2020 roku Lasy Państwowe wydały na ten cel z Funduszu Leśnego - wielkiej skarbonki wszystkich nadleśnictw - około 6,4 miliona złotych. W 2023 roku kwota przebiła - trzymajcie się krzeseł - 287 milionów złotych! W roku wyborczym wyznaczono ponad 300 zadań inwestycyjnych, z których lwia część pokrywała się z okręgami wyborczymi ludzi Ziobry.

Drugi nieprawdopodobny zbieg okoliczności wydarzył się w Centrum Informacyjnym Lasów Państwowych, który ekolodzy nazywają biurem leśnej propagandy. W 2020 roku wydatki CILP wyniosły 18,9 miliona złotych, w 2023 roku - już 81 milionów złotych. Olbrzymie pieniądze szły na pikniki, kolędowania i inne wydarzenia w okręgach wyborczych polityków Suwerennej Polski. Mimo olbrzymich wydatków na promocję w przychylnych prawicowo-katolickich czasopismach (a może właśnie w związku z tym) wizerunek Lasów Państwowych runął. Z badania wykonanego przez pracownię PBS na zlecenie leśnego giganta w grudniu 2023 roku wynika, że pozytywnie Lasy oceniało 54 procent respondentów, podczas gdy w 2019 roku było to 84 procent.

Kiedy dowiadywałem się o kolejnym pikniku leśnym, który na plakatach reklamował dyrektor generalny Lasów Państwowych Józef Kubica (ziobrysta, radny województwa śląskiego), o kolędowaniu z Edwardem Siarką (ziobrysta, wiceminister środowiska) czy zorganizowanym dla strażaków stand-upie, na którym lansował się Michał Woś (jeden z najbliższych współpracowników Ziobry), to za każdym razem widziałem kolejne dziesiątki wyciętych pniaków, z których pieniądze zasilały polityczne działania Suw-Pola.

Tak namiętnie opisywane przeze mnie w ostatnich latach zmiany kadrowe i milionowe wydatki z kasy Lasów Państwowych mają olbrzymie znaczenie dla ochrony przyrody w Polsce. Leśny gigant ma miliardowe przychody z handlu drewnem, które pochodzi z naszych wspólnych lasów, przyrodniczego dziedzictwa Polski. Piszę "naszych", bo należą one do mnie tak samo jak do wszystkich czytających tę książkę obywatelek i obywateli RP. Zmiany kadrowe powodują, że na dyrektorskich stołkach wygodnie rozsiadają się ludzie z klucza politycznego, którzy potem wydają polecenia, by rżnąć drzewa w imię partyjnych potrzeb. W dodatku czasem robią to, kierując się ideologią, która więcej ma wspólnego z religią niż z nauką.

Innym powodem, dla którego ta książka ukazuje się właśnie w tym momencie, jest stulecie istnienia Lasów Państwowych, przypadające na 2024 rok. Co ciekawe, wiele wydarzeń związanych z tym jubileuszem odbyło się już w 2023 roku - przed wyborami parlamentarnymi z 15 października, oczywiście z udziałem polityków z obozu Zbigniewa Ziobry. To kolejny "zbieg okoliczności", by wydać pieniądze na quasi-kampanijne wydarzenia i leśne billboardy.

Kilka lat wcześniej, w 2017 roku, Jan Szyszko, minister środowiska w rządzie PiS, i Konrad Tomaszewski, dyrektor generalny Lasów Państwowych, odsłonili w Warszawie przed siedzibą leśnego giganta przy ul. Grójeckiej pomnik Adama Loreta, który w okresie międzywojennym tworzył zręby dzisiejszych Lasów Państwowych. Wokół pomnika rozgorzała awantura, bo stanął bez pozwolenia, co pokrętnie tłumaczono tym, że "nie jest związany trwale z gruntem". Loret prawdopodobnie został zamordowany przez sowieckie NKWD w czasie II wojny światowej, do dziś nie jest znane jego miejsce pochówku. Dlatego pomnik miał być trochę jego symbolicznym grobem i pokazywać tragicznie przerwane życie. Postać na pomniku trzyma rękę na pniaku po drzewie "powalonym przez wiatr".

Część Polek i Polaków widziała w tym pniaku drzewa wycinane wtedy w Puszczy Białowieskiej. Autor, Mariusz Białecki z gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaprzeczał, mówiąc, że pomnik powstał w 2009 roku. Wówczas nikomu się nie śniło, że Szyszko będzie ministrem i wyśle do Puszczy harwestery i forwardery, czyli ciężki sprzęt do zrywki i ścinania drzew.

Szyszko i Tomaszewski przejdą do historii jako ludzie, za których czasów wybuchła największa w historii awantura o Puszczę Białowieską, symbolicznie zakończona wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwietniu 2018 roku, zakazującym wycinki w tym unikatowym na skalę europejską lesie. Z pomocą topornej propagandy próbowali wmówić społeczeństwu, że zasiedlone przez korniki świerki najlepiej leczyć siekierą i harwesterem. Mówili, że w miejsce wyciętych drzew posadzą nowy, zdrowy las. Aktywiści, którzy bronili tego niezwykle bioróżnorodnego ekosystemu, nie mieli jednak wątpliwości, że nie chodzi im o dobro Puszczy, ale o pieniądze, które można zarobić na wyciętym drewnie.

Leśnicy przekonują nas od lat, że lasów w Polsce nie tylko przybywa, lecz są one także coraz zasobniejsze w drewno. Ale tną też coraz więcej. Z ich wewnętrznych dokumentów wynika, że w 2008 roku tzw. pozyskanie drewna (pojęcie to oznacza wycięcie lasu i posadzenie w jego miejsce nowych drzewek) wynosiło około 32,5 miliona metrów sześciennych. Pod koniec rządów PiS w latach 2021-2023 "pozyskiwano" 42,5 miliona metrów sześciennych rocznie. Jeszcze więcej, bo 43,3 miliona metrów sześciennych drewna, pozyskano w 2018 roku, ale wpływ na to miał prawdopodobnie potężny huragan, który rok wcześniej przeszedł nad północną Polską, łamiąc i wywracając olbrzymie połacie drzew. Leśnicy wykorzystali to, aby zwiększyć pozyskanie i sprzedaż surowca.

Wszystkie koszty Lasów w 2023 roku, w tym wiele kontrowersyjnych, które opisuję w tej książce, wyniosły łącznie 13,88 miliarda złotych. Dla porównania 15 lat wcześniej było to 5,4 miliarda złotych.

Gdybym sam miał podsumować okres rządów najpierw PiS, a potem ziobrystów w Lasach Państwowych oraz wystawić im za to pomnik, to pniaków byłyby miliony, obok nich stałby zaparkowany harwester z napisem "Najwyżej dorżnie się więcej", a w kabinie operatora stałyby worki z pieniędzmi i plakaty wyborcze.

Zamiast tego napisałem książkę o tych wszystkich niesamowitych "zbiegach okoliczności", partyjnych nominatach, układach z duchownymi. Pozwólcie, że uchylę kurtynę. Zapnijcie pasy, bo przejedziemy razem kilka tysięcy kilometrów. Kolejne setki kilometrów przejdziemy pieszo po leśnych duktach. Gotowi? Zaczynamy.

SIEKIERA
Patriota, Puszcza Karpacka i eksport do Niemiec

Obecnie rozumiemy już, że drzewa w lasach mogą komunikować się pod ziemią poprzez sieci mikoryzowe, wysyłają feromony, aby lepiej przygotować się na grożące im ataki drapieżników. Wiedza o tym jest fascynująca i jesteśmy coraz bardziej tego świadomi. Empatia również odgrywa istotną rolę. Na przykład ja odczuwam głęboki smutek, gdy wycinane są stare lasy.

 

Jane Goodall, słynna brytyjska badaczka w wywiadzie z okazji jej 90. urodzin w Mongabay Newscast

 

Koledzy z partii. Pierwszy był zwierzchnikiem Służby Więziennej i odpowiadał za programy resocjalizacji więźniów poprzez pracę (Patryk Jaki, potem Michał Wójcik, a na koniec Michał Woś). Drugi był śląskim radnym i dyrektorem generalnym Lasów Państwowych (Józef Kubica), które dostarczają surowiec do budowy domów. Wreszcie trzeci - prominentny senator z Podkarpacia (Mieczysław Golba). Tak się szczęśliwie złożyło, że to do fabryki Golby zwozi się drewno z cennych przyrodniczo nadleśnictw i przywozi skazanych.

Zakład Karny w Rzeszowie przy ul. Załęskiej to duży obiekt. Część budynków błyszczy nowością, przed jednym z nich stoi rodzaj drewnianej altany albo małego domku z drewna, jak kto woli. Na ścianie jednej z hal tabliczka z napisem "Przedsięwzięcie współfinansowane ze środków funduszu aktywizacji zawodowej skazanych oraz rozwoju przywięziennych zakładów pracy". Są jeszcze inne tabliczki: "Nature House" (ang. Dom Natury) oraz "Fabryka Domów Golbalux".

Golbalux to rodzinna firma, oficjalnie prowadzi ją żona prominentnego senatora Suwerennej Polski, a dziś PiS, Mieczysława Golby, który w cuglach wygrywa wybory w 58. okręgu wyborczym, na Podkarpaciu. Obejmuje on Bieszczady, Pogórze Przemyskie, a także miasta Sanok, Lesko, Przemyśl i Jarosław. W wyborach w 2023 roku Golba wygrał trzecią kampanię, zdobywając 49 procent głosów w okręgu. Można powiedzieć "tylko 49 procent", bo w 2015 roku miał poparcie ponad 57 procent głosujących, a w 2019 roku - blisko dwóch trzecich!

W najnowszym oświadczeniu majątkowym senatora czytam, że ma na koncie 677 tysięcy złotych, do tego dom wart 1,28 miliona złotych i ponad jedenastohektarowe gospodarstwo rolne warte 950 tysięcy złotych. No i ma jeszcze 1683 udziały w Golbaluxie.

Na stronach Senatu przeczytałem, że w latach 1997-2005 Golba był prezesem klubu sportowego LKS Golbalux Wiązownica. Od lat jest też działaczem różnych szczebli Polskiego Związku Piłki Nożnej, łącznie z zarządem w Warszawie. Z tego też ma pokaźne pieniądze - tylko w ostatnim oświadczeniu wykazał prawie 195 tysięcy złotych z tej działalności. W przeszłości był też radnym w Wiązownicy i zastępcą wójta gminy. W 1994 roku założył firmę, która z drewna robi domy i inne produkty, czyli właśnie Golbalux.

Skazani z zakładu w Rzeszowie, którzy pracują w firmie, w dni robocze dzieleni są na dwie grupy. Pierwsza idzie piechotą do hali zbudowanej na terenie zakładu karnego albo hali znajdującej się, zaraz obok niego. Druga grupa wsiada do busa, który zawozi ich do położonej o prawie godzinę drogi Wiązownicy. Za busa płaci "kontrahent", czyli Golbalux. Skazani jadą busem bez konwojenta, odpowiedzialność za nich bierze firma. Jak zapewnia mnie kierownictwo zakładu karnego, do pracy w Golbaluxie kierowane są osoby, które odbywają kary za "niegroźne przestępstwa", korzystają z systemu przepustkowego, "mają pozytywną ocenę postępów w procesie resocjalizacji" i zostało im już stosunkowo niewiele czasu do końca odsiadki.

Na wyjazd z Rzeszowa skazani dostają prowiant, a po powrocie obiad, ale kontrahent może im jeszcze dodatkowo kupić coś do jedzenia. Grupa skazanych, którzy zostali na terenie zakładu karnego, pracuje dla Golbaluxa w dwóch halach (produkcyjnej i magazynowej), zbudowanych za 35,6 miliona złotych z budżetu państwa i specjalnego funduszu, którym dysponuje dyrektor Służby Więziennej. Hale oddano do użytku wiosną i jesienią 2019 roku, Golbalux dzierżawi je od końca grudnia 2020 roku. Płaci atrakcyjnie niski czynsz - około 16,2 tysiąca złotych brutto miesięcznie.

Zakład karny w Rzeszowie podpisał z Golbaluxem umowę na 12 lat, z możliwością przedłużenia o kolejne dziesięć.

W 2023 roku - w zależności od miesiąca - firma Golbów zatrudniała od 62 do 70 skazanych. Dla przykładu: w grudniu 62 skazanym wypłaciła nieco ponad 178 tysięcy złotych, wychodzi prawie 2,9 tysiąca złotych za miesiąc pracy przy budowie domów z drewna. Mówimy więc o okolicach najniższej krajowej.

Michał Basiak, rzecznik rzeszowskiego zakładu karnego, napisał mi w mailu: "Utrzymując stały kontakt z kontrahentami, niejednokrotnie docierają do nas informacje, iż osoba pozbawiona wolności jest sumienna i rzetelna w powierzonych obowiązkach. Na uwagę zasługuje fakt, iż bardzo często kontrahenci chcą nadal zatrudniać poszczególne osoby już po zakończeniu kary pozbawienia wolności. To jednoznacznie dowodzi, iż proces resocjalizacji prowadzony przez Służbę Więzienną jest właściwy i są tego wymierne efekty".

Tak się składa, że nadzór nad Służbą Więzienną w latach 2015-2023 mieli ludzie Zbigniewa Ziobry, a więc partyjni koledzy senatora Golby. Początkowo służbę tę nadzorował Patryk Jaki, prawa ręka Ziobry. W ostatnim okresie, od jesieni 2020 roku, obowiązki te przejął wiceminister sprawiedliwości Michał Woś z Raciborza, wiceprezes Suwerennej Polski. Woś był też przez pewien czas ministrem środowiska i podlegały mu Lasy Państwowe. To wtedy w Polsce zamknięto lasy, do czego pretekstem była pandemia COVID-19. Swego czasu Woś wysłał nawet sprostowanie do redakcji "Gazety Wyborczej", w którym jego prawnicy dementowali, że to on kazał zamknąć lasy przed obywatelami. Nie mógł tego zrobić, gdyż... przebywał wtedy na zwolnieniu lekarskim.

Rodzinny biznes senatora Golby skwapliwie korzystał z dotacji z Unii Europejskiej. Strumień pieniędzy liczony w milionach złotych płynących z UE do Golbaluxu może dziwić, wszak partyjne środowisko Zbigniewa Ziobry jest jednym z najbardziej antyeuropejskich ugrupowań na polskiej scenie politycznej. Ba! Z antyunijnej retoryki zrobiło wręcz jeden ze sztandarów. Tymczasem z informacji na stronie golbalux.pl wynika, że unijna kasa Golbom absolutnie nie śmierdzi.

W wywiadzie zamieszczonym na stronie państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego Halina Golba, małżonka senatora i prezeska Golbaluxu, zdradziła, że domy z drewna i meble jej firma eksportuje m.in. do Danii, Szwecji, Francji, Włoch i Niemiec, czyli mówiąc językiem partii jej męża - "na zgniły Zachód".

Pani Halina chwaliła się, że Golbalux zdobywał w ostatnich latach nagrody, m.in. "Liderzy regionu". Wywiadu udzieliła z okazji pożyczki, jakiej BGK udzielił jej firmie w związku z pogorszeniem się płynności finansowej po pandemii COVID-19. - W kwietniu i maju 2021 roku straciliśmy kilka bardzo ważnych zamówień. Nasi klienci zrezygnowali z budowy domów z powodu problemów finansowych spowodowanych COVID-19. Rezygnacja doprowadziła nas do trudnej sytuacji - tłumaczyła Halina Golba i wspominała, że mieli trudności z kupnem drewna do produkcji i wypłatami pensji dla pracowników. Z kasy UE udzielono im pożyczki w wysokości 2,4 miliona złotych. Pieniądze przeznaczyli m.in. na zakup drewna. Za kolejny milion złotych (pożyczka inwestycyjna) kupili nowe stoły montażowe do prefabrykacji ścian, stropów i paneli dachowych czy konstrukcji drewnianych. Kupili też innowacyjną linię montażowo-produkcyjną do produkcji mebli.

Prezeska Golbaluxu chwaliła się, że firma rozpoczyna produkcję domów modułowych o powierzchni do 70 metrów kwadratowych, na których stawianie - tylko na zgłoszenie - pozwolił zresztą rząd PiS.

Halina Golba stwierdziła, że zatrudnia blisko 100 pracowników, ale słowem nie pochwaliła się, że wspiera skazanych w resocjalizacji ani że kupuje drewno z nadleśnictw, które - zdaniem aktywistów i przyrodników - zarządzają cennymi przyrodniczo lasami.

Do Wiązownicy, siedziby Golbaluxu, jadę spod zakładu karnego w Rzeszowie. Zatrzymuję się najpierw przy stadionie klubu piłkarskiego, którego prezesem był niegdyś senator. Trybuny są tego dnia puste, czytam wlepki, które zostawili na nim "Fanatycy z krwi i kości Górnika Łęczna" oraz chuligani Chełmianki: "Pozdrowienia do więzienia". W sklepiku klubowym cennik: koszulka klubowa - 140 zł, proporczyk - 30 zł, kubek - 20 zł, odznaka - 25 zł, karnet - 90 zł. KS Wiązownica, ukochany klub senatora Golby, gra w III lidze (grupie czwartej), po rundzie jesiennej z 22 punktami był na 13. miejscu w tabeli, w kolejnych miesiącach będzie bronił się przed spadkiem. Wiosną cztery bramki (przy jednej honorowej) wbiją mu Orlęta Radzyń Podlaski.

Na stadionie w Wiązownicy powiewają flagi Golbaluxu i Lasów Państwowych, które przelewały w ostatnich latach na konto klubu pieniądze w ramach konkursów grantowych "Sportowa Natura" i "Drewno jest z lasu". Grant w tym drugim przypadku wyniósł 100 tysięcy złotych, za co klub sfinansował salon odnowy biologicznej (de facto jest to kontener z sauną), przed którym właśnie stoję. W rogu budynku stoi grill gazowy.

Dzwonię do prezesa klubu, ten uprzejmie zaprasza, mogę przyjść, kiedy tylko będę miał ochotę na saunę, wystarczy się wcześniej umówić.

Ale sauna nie jest jedynym, na co Lasy Państwowe wyłożyły pieniądze w okręgu wyborczym senatora Golby w ostatnich latach. Kiedy wpisać w internetową wyszukiwarkę "Mieczysław Golba + drogi + Lasy Państwowe", wyskakują dziesiątki medialnych relacji. Senator uśmiechał się do fotoreporterów wielu podkarpackich redakcji, gdy leśnicy przyznawali czeki na budowę i remonty dróg w rejonie Jarosławia, w tym także dróg prowadzących do samej Wiązownicy. Czasem kartonowe czeki opiewały na kilkaset tysięcy złotych, innym razem na milionowe kwoty. Golba jeździł, dokąd tylko mógł, by ogrzać się w cieple leśnej kasy, i zbijał polityczny kapitał. Wdzięczna rodzina Golbów wpłaci dziesiątki tysięcy złotych na kampanie polityków Suwerennej Polski z Podkarpacia (dane z tych wpłat udostępnił mi Sebastian Klauziński, wtedy dziennikarz OKO.press).

Halinę Golbę znajduję także w rejestrze wpłat na rzecz partii PiS w 2023 roku - 46 tysięcy złotych.

Z domu senatora Golby w Wiązownicy do wspomnianej wcześniej sauny można dojść w kilka minut piechotą, sprawdziłem, czyli tyle, ile wprawnemu drwalowi zajmuje wycięcie drzewa. A do siedziby Golbaluxu spod stadionu jest najwyżej 300 metrów. Z oddali słychać łoskot ciętego drewna, w powietrzu da się wyczuć zapach trocin. Wchodzę do biura i wprost nie mogę uwierzyć w swoje szczęście, bo za biurkiem siedzi sama prezeska, Halina Golba. Przedstawiam się i wyjaśniam, że chciałbym porozmawiać o tym, jak produkują domy z drewna.

Pani Halina nie chce, dzwoni jeszcze do kogoś, po czym wyprasza z biura, bo nie byliśmy umówieni. Nie życzy sobie, bym cokolwiek fotografował. Tłumaczę, że piszę książkę o Lasach i że mogę poczekać.

- O domach z drewna chcę porozmawiać - przypominam.

- Wiem, ale pan powiedział, z jakiej jest gazety, więc o czym pan chce teraz ze mną rozmawiać? - Golba odpowiada pytaniem.

Zostawiam numer telefonu. Pani prezes obiecuje, że się zastanowi, ale nigdy się do mnie nie odezwie, a jej firma nie odpisze na mojego maila.

Pytam Lasy Państwowe, czy firma Golbalux kupuje od nich drewno, a jeśli tak, to z których nadleśnictw i ile za nie płaci. Na ostatnie dwa pytania leśnicy mi nie odpowiedzieli, zasłaniając się m.in. tajemnicą przedsiębiorstwa. To stała praktyka Lasów, które nie chciały także ujawnić, kto od nich kupował drewno wycinane w Puszczy Białowieskiej.

W przypadku Golbaluxu leśnicy napisali mi natomiast, skąd firma Golbów skupuje surowiec - w latach 2015-2023 z 23 nadleśnictw w Małopolsce, na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie. Wśród nich znalazłem i te położone w Bieszczadach oraz na Pogórzu Przemyskim, gdzie aktywiści i organizacje przyrodnicze od lat starają się o utworzenie Turnickiego Parku Narodowego i o powiększenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Albo walczą, by zatrzymać wycinkę w cennych przyrodniczo lasach wokół uzdrowisk. Część z nich to lasy reliktowej Puszczy Karpackiej, cenne fragmenty, które udało się uchronić przed gospodarką leśną. Choć leśnicy pewnie oburzą się na te słowa i powiedzą, że dzięki ich pracy udało się tę puszczę nawet powiększyć od czasu II wojny światowej, m.in. przez nasadzenia na gruntach porolnych po akcjach wysiedlania lokalnej ludności. Są to nadleśnictwa: Bircza, Baligród, Cisna, Dukla, Krasiczyn, Lutowiska, Rymanów, Stuposiany czy Ustrzyki Dolne. Wszystkie podlegają Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie (takich RDLP w całej Polsce jest siedemnaście).

Czy Puszcza Karpacka, nasze przyrodnicze dziedzictwo, musi iść na eksport?

Żeby przekonać się, o jak cennych przyrodniczo terenach mówimy, poszedłem w las z Michałem Grzywą, aktywistą z Inicjatywy Dzikie Karpaty (IDK).

Wiosna 2024 roku. Wspinamy się w kierunku rezerwatu Turnica. W miejscu, gdzie zaczynamy, przy drodze z Makowej do Ustrzyk Dolnych, jeszcze kilka miesięcy wcześniej stał barakowóz, w którym dyżurowali aktywiści IDK blokujący wycinkę w projektowanym Turnickim Parku Narodowym. Ciekawy kontrast z hotelem Arłamów, oddalonym ledwie o 4,5 kilometra luksusowym obiektem, w którym zgrupowania mają kadry narodowe piłkarzy i siatkarzy, kiedy przygotowują się do gry w najważniejszych turniejach.

Śnieg, deszcz czy upał - aktywiści IDK siedzieli w barakowozie i pilnowali starego lasu przed wycinką. Aż przyszła straż leśna i z pomocą ratowników Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego rozmontowała obóz. Wywieźli barakowóz, zwinęli namioty, ściągnęli platformy i banery z drzew.

Idziemy po stromych zboczach, pod butami szeleszczą nam zeszłoroczne liście buków, przekraczamy omszałe kłody piastunki. To takie powalone drzewa, które latami gniją w lesie, służąc mu za magazyn wody (wiosną przytrzymują śnieg, który dłużej się topi i nawadnia zbocza), kryjówkę dla drobnych gryzoni, pożywienie dla owadów, które drążą w nich korytarze, domostwo porostów i grzybów, które na nich wyrastają. Ale także i drzew, bo małe siewki też rosną na takich zwalonych kłodach. Oglądamy dziuple wykute w prastarych drzewach przez dzięcioły. A dalej potencjalną gawrę niedźwiedzia w okazałej jodle. Leśnicy wyrżnęli w pień wszystko dookoła, zostawili tylko tę jedną jodłę. To tak, jakby zburzyć wszystkie domy na osiedlu i zostawić tylko jeden, a dookoła uruchomić tartak.

Pytam Grzywę, jak człowiek staje się aktywistą ruchu leśnego. Grzywa: - Wszystko zaczęło się od wycieczek z rodzicami. Od małego wpajali mi zainteresowanie, budowali więź z przyrodą. Jeździliśmy w Tatry i Bieszczady, ale jak wybuchła pandemia, zaczęliśmy szukać innych interesujących miejsc, żeby móc wyjść z domu gdzieś bliżej, na Pogórzu Przemyskim, w lasach nadleśnictw Bircza czy Krasiczyn. Trochę zainspirowała mnie wtedy Inicjatywa Dzikie Karpaty. Czytałem ich posty o tym, jak patrolują Puszczę Karpacką i szukają drzew oznaczonych do wycinki. Na własnej skórze chciałem przekonać się, czy to, co piszą w mediach społecznościowych, jest prawdą. Miałem 15, może 16 lat, chodziłem do technikum w Rzeszowie, w lesie znalazłem piękną jodłę z namalowaną kropką. Zastanawiałem się, dlaczego leśnicy postanowili ją wyciąć. Miała ponad dwa i pół metra w obwodzie, dokładnie zmierzyliśmy ją metrem razem z rodzicami. Rozmiary kwalifikowały ją do objęcia ochroną w postaci pomnika przyrody. Napisałem do nadleśnictwa, żeby ją uratować przed wycinką. Leśnik mi odpisał, że pojechał na miejsce, w korzeniach znalazł uszkodzenia, w gałęziach jemiołę. I że trzeba jodłę wyciąć, bo zagraża bezpieczeństwu publicznemu. Rozumiesz? Drzewo w środku lasu, z dala od jakiegokolwiek szlaku czy drogi, zagraża bezpieczeństwu... Kilka miesięcy później ją wycięli.

Mijamy drzewka podgryzione przez sarny albo jelenie, a Michał opowiada mi kolejne kręgi dekonstrukcji propagandy Lasów Państwowych, które musiał przejść, by zrozumieć, że leśnicy zawsze znajdą jakiś pretekst, żeby wyciąć. Przystajemy przy młodych bukach, wśród których stoją (a niektóre leżą) kolejne kłody pokryte hubami, dostaję od niego skróconą instrukcję tego, co zrobić, by zostać obrońcą lasów.

- Trzeba zacząć od zbudowania więzi z miejscem, które chce się chronić. Zakochać się w nim i poczuć, że jest ono twoje. To dodaje potem energii, staje się motorem napędowym do działania. Trzeba sobie uświadomić, że jak ty nie uratujesz tego lasu, to nikt inny tego nie zrobi - opowiada Michał. - Kolejny krok to nagłośnienie tematu w mediach społecznościowych, dlatego trzeba robić dużo zdjęć [jednym ze zdjęć, które zrobiło na mnie największe wrażenie, był widok pniaka po buku, przy którym Michał pozował w 2023 roku na terenie nadleśnictwa Krasiczyn - miał grubo ponad cztery metry obwodu! - aut.] i skrzyknąć znajomych, żeby podali dalej. Może zauważy to jakiś dziennikarz albo samemu można napisać do lokalnej redakcji. Dobrze jest nanieść to ukochane miejsce na mapę, na przykład przy pomocy geolokalizatora. Potem sprawdzić, które to nadleśnictwo, leśnictwo i wydzielenie leśne [sektory, na jakie leśnicy dzielą lasy - aut.], żeby wiedzieć, z kim korespondować. Kolejny krok? Przeczesać informacje na temat tego konkretnego wydzielenia leśnego. Może są tam jakieś gatunki chronione. Sprawdzić, co mówi o nim internetowy Bank Danych o Lasach, a tam są m.in. informacje o składzie gatunkowym drzew i ich wieku. Tam też można znaleźć informacje o pracach, jakie zaplanowano na dany rok, czyli mówiąc prościej - o cięciach. No i trzeba przejrzeć PUL, czyli Plan Urządzenia Lasu. Można odezwać się do fundacji Lasy i Obywatele, która prowadzi mapę wycinek i pomaga w rozszyfrowaniu zawiłego, technicznego języka leśników, w którym roi się od pojęć typu "rębnia" albo "trzebież". Może nie jest to fizyka jądrowa, ale wielu, zwłaszcza ci sfrustrowani obrońcy lasów, odpada już na etapie czytania Banku Danych o Lasach.

Debata o tym, jak trudno dowiedzieć się, co i komu sprzedają Lasy Państwowe, trwa od lat w środowiskach przyrodniczych. Podobnie długa jest dyskusja o konsultacjach społecznych w sprawie Planu Urządzenia Lasu. To kluczowe, wręcz święte dla leśników dokumenty regulujące wycinkę w każdym z 429 nadleśnictw co 10 lat. Na dwa lata przed końcem PUL nadleśniczy powinien zarządzić konsultacje nad nowym planem. W polskim prawie - na razie - nie jest to dokument administracyjny, więc nie można go podważyć w sądzie, co zresztą wytknęła nam Komisja Europejska.

W 2021 roku o tym, jak wygląda konsultowanie PUL, mówiła mi Marta Jagusztyn, która w ostatnich latach urosła do rangi ekspertki w dziedzinie dostępu (albo raczej trudności) do informacji w Lasach Państwowych. Fundacja Lasy i Obywatele, którą Jagusztyn współzakładała, mozolnie - przy dużym oporze leśników - zbiera dane z nadleśnictw i nanosi na mapę. Roi się ona od koloru czerwonego, który oznacza cięcia drzew.

Ta skala wycinek wyraźnie poruszyła wyobraźnię opinii publicznej. Ludzie zaczęli chodzić ze smartfonami po lasach i robić zdjęcia setek ściętych pniaków.

Zdaniem Jagusztyn Lasy Państwowe stworzyły fasadę dialogu ze społeczeństwem nad PUL-ami. A to społeczeństwo, zamknięte w blokach w czasie pandemii COVID-19, łaknęło przyrody bardziej niż kiedykolwiek. I wtedy okazało się, że lasy postanowiono przed nim zamknąć. Doszło do obywatelskiego przebudzenia. Jagusztyn zaczęła to dokumentować, zbierała też informacje o dziesiątkach, potem setkach ruchów leśnych. To organizacje pozarządowe i pojedynczy samorządowcy, którym nie podobały się wycinki w lasach wokół uzdrowisk (Augustów, Rymanów i Iwonicz) oraz dużych aglomeracji (Wrocław, Trójmiasto, Kraków, Katowice).

W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Jagusztyn mówiła mi:

- W idealnym świecie lokalna społeczność powinna iść do nadleśniczego i powiedzieć mu, żeby w tej części lasu priorytet miały funkcje społeczne i przyrodnicze. Na zasadzie partnerskiego dialogu, w wyniku którego leśnicy sami powinni dostosować gospodarkę do celów, zgodnie z wymogami nauk przyrodniczych i leśnych. Tymczasem leśnicy zafiksowani są nawet nie tyle na wyciskaniu pieniędzy z drewna, ile na akcentowaniu swojego jednowładztwa nad lasami. Błąd. Powinni słuchać obywateli, zwłaszcza lokalnych społeczności. Lasy należą do wszystkich obywateli, a leśnicy nimi zarządzają. Nie liczmy na leśników, że wezmą pod uwagę nasz interes. Sama im nie ufam. Z pełną świadomością stwierdzam, że próbują nas zwodzić i manipulować, bo czują się zagrożeni w swoim panowaniu nad lasami. Lasy Państwowe wydają potężne pieniądze na promocję. Nadleśnictwa mają strony internetowe i konta na Facebooku. Generalna dyrekcja ma konta na Instagramie, Twitterze, kanał na YouTubie i Spotify, zatrudnia biuro prasowe, a jakoś nie potrafi skutecznie poinformować społeczeństwa o konsultacjach społecznych do PUL-u. Zazwyczaj ogłoszenia o nich są schowane w Biuletynie Informacji Publicznej regionalnej dyrekcji albo w ogłoszeniach na ostatniej stronie lokalnej gazety. O konsultacjach prawie nikt nigdy nie wie. Jeśli PUL-u nie znajdziemy na BIP-ie, to nadleśniczy ma obowiązek nam go udostępnić bez zbędnej zwłoki.

 

Jagusztyn przypominała, że nawet jeśli obywatel dowie się o konsultacjach do projektu nowego PUL i wyśle wniosek, w którym nakreśli, co chciałby chronić, to nadleśniczy i tak może taki wniosek wyrzucić do kosza. Zachęcała jednak, by mimo wszystko to robić, bo to zostawia ślad, pokazuje potem efekt skali zainteresowania społecznego lasami.

- Pamiętajmy też, że współdecydując o lesie, bierzemy za niego odpowiedzialność - zauważa Jagusztyn. I dodaje: - W Polsce lasy mają trzy funkcje, jedną z nich jest produkcja drewna, którego też przecież potrzebujemy, na przykład do produkcji mebli. I na to część lasów powinna zostać przeznaczona.

Na koniec Jagusztyn radzi, aby doszkolić się z dokumentów, którymi posługują się sami leśnicy: "Zasadami hodowli lasu", ustawą o lasach, rozporządzeniem o dobrych praktykach leśnych, instrukcjami identyfikowania drzew biocenotycznych czy zasadami certyfikacji FSC. Ten ostatni to międzynarodowy glejt na to, że drewno z lasów zostało pozyskane w sposób zrównoważony oraz z poszanowaniem m.in. praw pracowniczych i lokalnej społeczności.

Jagusztyn: - Jest też świetny podręcznik Jak Twój głos może uratować Twój las wydany przez Fundację Dziedzictwo Przyrodnicze. Można to wszystko pobrać na naszej stronie.

I tak jak Grzywa radzi, żeby szukać gatunków chronionych (dzięcioły, widłaki etc.), drzew o wymiarach pomnikowych, gniazd ptaków drapieżnych, drzew biocenotycznych i dziuplastych. Do tego trzeba zawierać sojusze z mieszkańcami danego terenu, żeby las miał także wymiar społeczny.

- Powołując się na przykład na zasadę HCVF6 można szukać też wartości i obiektów, które są kluczowe dla tożsamości kulturowej lokalnej społeczności, tak robią na przykład w Giżycku.

Grzywa mówi prościej: warto pisać do nadleśniczego, żeby "wiedział, że ktoś patrzy mu na ręce". Jeździć na spotkania z leśnikami i walczyć o swój las. Można próbować wciągnąć do walki polityków, z jego obserwacji wynika, że to raczej parlamentarzyści chętniej się angażują w ochronę lasów. Trzeba być przy tym kreatywnym, umieć zmobilizować i wyedukować sąsiadów, zorganizować happening religijny, performance artystyczny albo inne wydarzenie w lesie, na którym opowie się ludziom, dlaczego warto go chronić. I jeśli ktoś myśli, że aktywiści broniący dziś przyrody w Polsce to pięknoduchy w podartych spodniach z dredami, którzy nie mają telefonów komórkowych, piją wodę ze strumieni, a żywią się tylko tym, co znajdą w lesie, to jest w poważnym błędzie. Aktywiści mają coraz lepszy sprzęt (korzystają m.in. ze starlinków, dzięki którym w świat wysyłają zdjęcia, filmy i komunikaty z miejsc, gdzie wycina się wiekowe drzewa) i wsparcie (także finansowe) społeczeństwa. Zwykli ludzie dorzucają się po kilkaset złotych do ich pracy na internetowych zbiórkach.

Razem z aktywistami Greenpeace i przyrodnikiem Radkiem Szymczukiem odwiedziłem lasy, którymi gospodaruje nadleśnictwo Stuposiany, tuż przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Z tego nadleśnictwa drzewa też trafiają do Golbaluxu, ale akurat te na stokach Bukowego Berda, które tego dnia oglądaliśmy, głównie prastare jawory, przed drwalami broni granicznik płucnik, rzadki porost przypominający kapustę albo morskie glony. Wisi kilka, czasem kilkanaście metrów nad ziemią uczepiony kory drzew. Zobaczyć go można w zasadzie tylko przez lornetkę, czasem z drzewa na drzewo roznosi go wiatr albo ptaki, dzięki czemu strefy jego ochrony można powiększyć.

Szymczuk śmieje się, że leśnicy podejrzewają ekologów o roznoszenie granicznika płucnika po lesie. Jak to się stało, że na Bukowym Berdzie uchowało się kilka stanowisk tej "ikony wśród porostów"? Szymczuk odpowiada anegdotą. Spytał kiedyś o to jednego z pracowników Lasów Państwowych. Ten miał mu powiedzieć, że poprzedni leśniczy, który gospodarował na tych lasach, był już starszym, schorowanym człowiekiem i nie zawsze chciało się mu wchodzić w głąb lasu. Zaglądał tylko tam, gdzie można było dojechać samochodem. Przypuszczalnie więc dlatego nie wycięto pięknych jaworów i buków, na których można znaleźć porosty. A potem do lasu weszli przyrodnicy i zmapowali porosty, dzięki czemu las jest dziś bezpieczny.

Wędrowałem również przez lasy nadleśnictwa Lutowiska (także przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego), z którego drewno też jedzie do zakładu Golbaluxu. Leśnicy pozwalają w nich ciąć drzewa w odległości nawet 50-70 metrów od gawr, które niedźwiedzie wydrążyły sobie w wielkich wiekowych jodłach. Miejsce to zasługuje na powołanie co najmniej rezerwatu, a zdaniem aktywistów w Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze - na włączenie do parku narodowego. W ostatnich latach doszło nawet do sytuacji bez precedensu: aktywiści FDP zablokowali wycinkę w tych lasach w sądzie, właśnie z uwagi na spokój, którego potrzebują niedźwiedzie.

Takie wnioski płyną z obserwacji niedźwiedzi w Bieszczadach. Przeprowadzili je dr Bartosz Pirga i Tomasz Polakiewicz, pracownicy parku narodowego.

"Wydaje się, że postępująca antropopresja na obszarach otaczających BdPN (na obszarze otuliny - również w bezpośrednim sąsiedztwie jego granic), związana głównie z intensyfikacją gospodarki leśnej i budową infrastruktury drogowej służącej do wywozu surowca drzewnego (utwardzane drogi leśne i nieutwardzane szlaki zrywkowe), będą wpływać na behawior i powodować postępujące zmiany w wykorzystaniu przestrzeni przez niedźwiedzie. (...) Jest prawdopodobne, że wypłaszane podczas intensywnych prac leśnych osobniki szukać będą dogodniejszych kryjówek do gawrowania w ostojach zlokalizowanych na obszarach nieużytkowanych gospodarczo. W świetle danych zawartych w niniejszej pracy należy stwierdzić, że realizowana na obszarze otuliny BdPN gospodarka leśna, nastawiona w ostatnich latach w dużej mierze na wyrąb leciwych jodeł, powoduje szybko postępującą degradację kluczowych - preferowanych siedlisk (ostoi zimowych i miejsc rozrodu) niedźwiedzi w Bieszczadach" - napisali badacze w artykule opublikowanym w 2019 roku na łamach "Roczników Bieszczadzkich".

Zresztą bardzo zbliżone wnioski płyną z badań w Tatrzańskim Parku Narodowym: tamtejsze niedźwiedzie wolą ciszę i spokój, dlatego ekstremalnie rzadko zachodzą do Doliny Chochołowskiej, która należy do górali ze Wspólnoty Leśnej Uprawnionych 8 Wsi w Witowie. Kochający święte prawo własności górale prowadzą w niej zakrojony na dużą skalę wyrąb świerków. Nic więc dziwnego, że coraz częściej mówi się o "Tartaku Chochołowskim". Niedźwiedzie trzymają się od niego z daleka, wolą miejsca lepiej chronione w Tatrach.

Zapytałem leśników z nadleśnictwa Lutowiska, czy rozważą odstąpienie od wycinki i zawnioskują do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o powołanie na tym terenie rezerwatu - dla dobra niedźwiedzi i dla dobra swojego wizerunku. Nie odpowiedzieli. Nowy dyrektor generalny Lasów Państwowych Witold Koss w wywiadzie, którego mi udzielił na początku 2024 roku, zapowiedział, że zajmie się sprawą.

Wróćmy do Grzywy i naszego spaceru po Puszczy Karpackiej. Z tygodnia na tydzień wsiąkał coraz bardziej w leśny aktywizm, w końcu dołączył do Inicjatywy Dzikie Karpaty. Na blokadach spędzał po kilka, kilkanaście dni, czasem temperatura w nocy spadała poniżej minus 10 stopni Celsjusza. Aktywiści nie byli jednak w stanie patrolować całej puszczy. Drwale wydzierali więc drzewa jedno po drugim w różnych częściach lasu, do których nie zdołali dotrzeć ludzie z IDK.

Co się czuje, gdy nie można obronić prastarego olbrzyma?

- Smutek, gniew i bezsilność, bo nie udało się uratować kawałka lasu. Ale staram się nie załamywać, raczej przekuć te uczucia w realne działanie - odpowiada Grzywa.

Urodził się w 2004 roku. Wegetarianin, zaczynał od Młodzieżowego Strajku Klimatycznego w Rzeszowie.

- Nikt za mnie nie naprawi świata, nie obroni Puszczy Karpackiej, nie ochroni klimatu - podkreśla.

Wędrujemy błotnistymi koleinami - śladem po ciężkim sprzęcie, którym wycinano buki, jodły i świerki. Po drodze znajdujemy odchody wilków, które w tym zakątku Polski znalazły dla siebie przestrzeń do życia.

Rodzice Michała mają dużo zrozumienia dla jego działań. Też ich oburza to, co dzieje się w Puszczy Karpackiej. Czy kiedykolwiek bali się o niego? Raczej nie, mimo że miał nawet taki dyżur na blokadzie, kiedy sam spał w barakowozie.

- Nie boisz się czasem w lesie? - pytam.

- Wilka widziałem tylko raz, i to z bardzo daleka. Ale one nie są groźne dla człowieka, wręcz starają się go unikać. Ja też staram się być czujny, obserwuję otoczenie. Jak wrócę z patrolu, dokładnie sprawdzam, czy nie mam kleszczy, szczepię się przeciwko odkleszczowemu zapaleniu mózgu, raptem trzy dawki trzeba wziąć, po 150 zł każda. Warto. Boję się chyba tylko tego, że może dojść do jakichś potyczek słownych albo rękoczynów z pracownikami prowadzącymi wycinkę w lesie.

Co dla Grzywy było ważne przez te ponad 800 dni blokowania wycinki w Puszczy Karpackiej? Dało mu to poczucie sprawczości, czyli coś, czego nie zaznał w ruchu klimatycznym. IDK naprawdę obroniła wiele drzew przed wycinką, rosną do dziś, a my mogliśmy je oglądać, idąc w stronę Turnicy. I być może ktoś będzie je oglądał kiedyś, idąc przez Turnicki Park Narodowy, który ma mieć powierzchnię 17 tysięcy hektarów.

Na razie pozostaje "niewidzialnym parkiem narodowym", choć aktywiści z inicjatywy Kwitnąca Otulina stosują metodę faktów dokonanych. Ogłosili, że TuPN istnieje, lecz pozostaje niewidzialny, organizują w nim imprezę kulturalną "Wianki w Turnickim", przeprowadzili też plebiscyt na symbol parku (wygrał żbik), oznaczyli pierwsze szlaki i uruchomili grę terenową - geocachingową, z wykorzystaniem lokalizacji GPS.

Gra nie spodobała się nadleśniczemu Zbigniewowi Kopczakowi z Birczy, który kazał aktywistom zdjąć tabliczki. Dlaczego? Najważniejszym powodem było to, że Turnicki Park Narodowy nie istnieje i ludzi wprowadza się w ten sposób w błąd. Montaż tabliczek z informacjami o grze nazwał "samowolą". No i twierdził jeszcze, że w rejonie prowadzi się prace gospodarcze, więc gra może się okazać niebezpieczna dla uczestników.

Wysiłki organizacji działających na Podkarpaciu (Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, IDK czy właśnie Kwitnącej Otuliny) przyniosły jednak wymierny efekt. Na początku lutego 2024 roku, a więc już po wyborach parlamentarnych w Polsce i powstaniu rządu Donalda Tuska, nowe kierownictwo regionalnej dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie wydało zakaz wycinki drzew o wymiarach pomnikowych w Puszczy Karpackiej. Wpisano ją też na listę dziesięciu obszarów leśnych w Polsce, które resort klimatu i środowiska objął moratorium: częściowo wstrzymano wycinki albo je ograniczono (to z kolei wywołało sprzeciw lokalnych firm, w których pracują drwale i pilarze).

Co się musi wydarzyć, żeby działalność Inicjatywy Dzikie Karpaty przestała mieć sens?

Grzywa: - Trudno powiedzieć. W bliskiej perspektywie czasowej musieliby objąć ochroną lasy w Turnickim Parku Narodowym i w Bieszczadach, m.in. tam, gdzie przez blisko dwa lata wycinkę blokował kolektyw Wilczyce, czyli w rejonie Mucznego [nadleśnictwo Lutowiska - aut.], ale też tam gdzie gawrują niedźwiedzie [nadleśnictwo Stuposiany - aut.]. Ale w dłuższej perspektywie IDK będzie działać, bo cennych lasów, które należałoby chronić, jest więcej w polskich Karpatach.

Na koniec spaceru siadamy na zwalonym pniu, żeby zjeść drugie śniadanie. Wiatr szumi w koronach drzew, kiedy przestaje, zapada absolutna cisza. Taka, że słyszymy własne oddechy.

Grzywa nie wie do końca, co dzieje się z drewnem, które wyjeżdża na TIR-ach z bieszczadzkich nadleśnictw albo, mówiąc szerzej, z Puszczy Karpackiej.

- Część z tego drewna pewnie sprzedaje się lokalnie na opał. Wiemy też, że na Słowacji są duże tartaki - opowiada.

- Czyli nie zawsze drewno to trafia do polskiego przedsiębiorcy? - zagaduję.

- Podam ci przykład z wczoraj. Na submisji, czyli takiej wystawie z najcenniejszymi drzewami wywiezionymi z lasów, którą zorganizowała RDLP Krosno, padł rekord. Kłodę jaworu z nadleśnictwa Stuposiany sprzedano do Włoch za 32,5 tysiąca złotych. Sam więc widzisz, gdzie sprzedaje się nasze piękne drzewa. Co ciekawe, kiedy wchodzi się na stronę krośnieńskiej RDLP, to informacje o submisji podawane są po polsku i po niemiecku. Widać więc, w jakich klientów celują - tłumaczy Grzywa.

- Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak widzi kilka takich dużych wyciętych drzew, jedno obok drugiego, to przypomina mu to wieloryby wyrzucone na brzeg morza - zagajam na koniec naszej wędrówki.

- My tę submisję nazywamy lasem w poziomie, bo leży ich tam tak wiele. Dęby, buki, jawory, praktycznie wszystkie gatunki.

 

[...]