Rozdział 2
Peter Corinth wyszedł spod prysznica z gromkim śpiewem na ustach i zobaczył, że Sheila smaży bekon i jajka.
Uniósł jej miękkie brązowe włosy, pocałował ją w kark, a ona odwróciła
się do niego z uśmiechem.
- Wygląda jak anioł i gotuje jak anioł - oświadczył.
- Hej, Pete - powiedziała - przecież ty nigdy...
- Nigdy nie potrafiłem znaleźć słów - zgodził się. - Ale to szczera
prawda, najdroższa.
Pochylił się nad patelnią i z błogim westchnieniem wciągnął w nozdrza
zapach smażeniny.
- Mam przeczucie, że to jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie dobrze -
powiedział. - Odrobina hubris1, przez którą bogowie niewątpliwie
ześlą na mnie Nemezis. Ate2 zaś... Gertie, ta dziwka... wystrzeli z grubej rury. Ale ty to wszystko naprawisz.
- Hubris, Nemezis, Ate. - Jej szerokie gładkie czoło przecięła malutka
zmarszczka. - Pete, już wcześniej używałeś tych słów. Co one znaczą?
Zamrugał. Dwa lata po ślubie wciąż był bardzo zakochany w swojej żonie,
a kiedy tak po prostu przed nim stała, jego serce ze szczęścia wywijało
fikołki. Była łagodna, radosna, piękna i umiała gotować - ale nie miała
w sobie nic z intelektualistki. Gdy odwiedzali go przyjaciele, siadała
cicho z boku i nie brała udziału w rozmowie.
- Dlaczego chcesz wiedzieć? - zapytał.
- Tak się tylko zastanawiałam - odparła.
Wszedł do sypialni i zaczął się ubierać. Drzwi zostawił uchylone, aby
słyszała, co ma do powiedzenia na temat podstaw greckiej tragedii.
Poranek był zbyt piękny, by się rozwodzić nad tak ponurym tematem, ale
słuchała uważnie, od czasu do czasu wtrącając jakieś pytanie. Gdy już
się ubrał, uśmiechnęła się i podeszła do niego.
- Mój ty kochany niezgrabny fizyku - powiedziała. - Jesteś jedynym
człowiekiem, jakiego znam, który w garniturze prosto z pralni wygląda,
jakby przez tydzień spał w nim w samochodzie.
Poprawiła mu krawat i wygładziła marynarkę. Przeciągnął ręką po swoich
czarnych włosach, zmierzwił je niemiłosiernie i podszedł z nią do stołu
kuchennego. Para unosząca się znad kubka z kawą osiadła na jego rogowych
okularach. Zdjął je i przetarł szkła krawatem. Jego szczupła twarz ze
złamanym nosem wyglądała bez nich zupełnie inaczej - młodziej, może
tylko na trzydzieści trzy lata, czyli tyle, ile faktycznie miał.
- Wpadłem na to zaraz po przebudzeniu - powiedział, smarując masłem
kanapkę. - Chyba mam całkiem nieźle wyćwiczoną podświadomość.
- Mówisz o rozwiązaniu swojego problemu? - spytała Sheila.
Przytaknął, zbyt zaabsorbowany, aby się zastanowić, co oznacza jej
pytanie. Zazwyczaj po prostu pozwalała mu mówić, w odpowiednich
miejscach wtrącając "tak" lub "nie", ale tak naprawdę nie słuchała. Jego
praca była dla niej czymś bardzo tajemniczym. Czasami myślał sobie, że
jego żona żyje w dziecięcym świecie, którego jeszcze dobrze nie poznała,
ale jest on dla niej podniecający i dziwny.
- Próbowałem zbudować analizator fazowy rezonansu wiązań
międzycząsteczkowych w strukturach krystalicznych - powiedział. - No,
nieważne. Rzecz w tym, że od kilku tygodni tkwiłem w miejscu, próbując
zaprojektować obwód działający tak, jak chciałem, i nic mi nie
wychodziło. A dziś po prostu obudziłem się z pomysłem, który może się
sprawdzić. Zastanówmy się...
Jego wzrok stracił ostrość. Jadł, nie czując smaku. Sheila zaśmiała się
cicho.
- Dziś mogę wrócić późno - powiedział przy drzwiach. - Jeśli mój pomysł
okaże się trafiony, to nie chciałbym przerywać pracy, aż... Bóg wie jak
długo. Zadzwonię.
- W porządku, kochanie. Udanego polowania.
Kiedy wyszedł, Sheila jeszcze przez chwilę się uśmiechała. Pete był -
cóż, po prostu miała szczęście i tyle. Nigdy specjalnie tego nie
doceniała, ale dzisiejszy poranek wydawał jej się jakiś inny. Wszystko
było wyraźne i jasne, jak w górach, które jej mąż tak kochał.
Zmywając naczynia i sprzątając mieszkanie, mruczała coś do siebie. W głowie przesuwały się wspomnienia: małe miasteczko w Pensylwanii, w którym dorastała, college o profilu ekonomicznym i to, jak cztery lata
temu przyjechała do Nowego Jorku, aby podjąć pracę w biurze firmy
należącej do przyjaciół rodziny. Dobry Boże, jakże się nie nadawała do
takiego życia! Impreza za imprezą, chłopak za chłopakiem i cały ten
szybko mówiący, zamaszyście gestykulujący, wystudiowanie twardy,
wszechwiedzący tłum, w którym nieustannie musiała się mieć na baczności.
W porządku, poślubiła Pete'a w rewanżu po tym, jak Bill nazwał ją
idiotką i wyszedł - ale to już nieważne. Lubiła tego nieśmiałego cichego
mężczyznę i teraz nie żałowała tej decyzji.
Pewnie jestem nudna, powiedziała sobie, i dobrze mi z tym.
Sheila wiodła zwykłe życie niepracującej żony, nic szczególnie
interesującego. Kilkoro przyjaciół wpadało czasem na piwo i pogawędkę, w niedzielę chodziła do kościoła - sama - Pete, agnostyk, spał wtedy do
późna; wakacje spędzali w Nowej Anglii albo w Górach Skalistych;
planowali, że w nieodległej przyszłości będą mieli dziecko - czego
chcieć więcej? Niegdyś wraz z przyjaciółmi wyśmiewała się ze sztampy i nudy mieszczańskiego życia; jednak teraz sama tak żyła, a dawni
przyjaciele zamienili tylko jedną rutynę na inną, stary zestaw sloganów
zastąpili nowym i poniekąd zatracili poczucie rzeczywistości.
Sheila zdumiona potrząsnęła głową. Dotąd nie śniła na jawie, to do niej
niepodobne. Nawet myśli miała jakieś inne niż zwykle.
Uporała się z domowymi obowiązkami i zajęła sobą. Zazwyczaj przed
lunchem relaksowała się chwilę przy ulubionych powieściach kryminalnych;
potem robiła zakupy, czasem szła do parku, czasem odwiedzała jedną z przyjaciółek. Wreszcie przygotowywała kolację i czekała na Pete'a. Ale
dzisiaj...
Wzięła powieść detektywistyczną, którą miała zamiar przeczytać. Przez
chwilę niezdecydowanie gładziła jaskrawą okładkę i prawie zabrała się do
czytania. Potem, kręcąc głową, odłożyła ją i podeszła do zapchanej półki
z książkami, wyciągnęła należący do Pete'a zniszczony egzemplarz Lorda
Jima i wróciła na fotel. Późnym popołudniem uświadomiła sobie, że
całkiem zapomniała o lunchu.
Corinth spotkał w windzie Feliksa Mandelbauma. Stanowili rzadki w Nowym
Jorku przypadek sąsiadów z tego samego budynku, którzy zostali bliskimi
przyjaciółmi. Sheila, wychowana w atmosferze małego miasteczka,
nalegała, aby poznać wszystkich mieszkańców, przynajmniej na ich
piętrze, a w wypadku Mandelbaumów Corinth bardzo się z tego cieszył.
Sarah była pulchną, cichą Hausfrau w wieku emerytalnym, miłą, lecz
nieco bezbarwną, za to jej mąż ulepiony był ze zgoła innej gliny.
Feliks Mandelbaum urodził się pięćdziesiąt lat temu w hałasie i brudzie
czynszówek na East Side. Życie nie szczędziło mu kopniaków, jednak
namiętnie oddawał ciosy. Wykonywał najróżniejsze prace, był obwoźnym
sprzedawcą owoców, a w czasie wojny wykwalifikowanym mechanikiem i agentem operacyjnym OSS, gdzie przydawały się jego talenty językowe i umiejętność dogadywania się z ludźmi. Jednocześnie robił karierę jako
działacz związkowy - zaczynał od najniższego szczebla i zaszedł bardzo
wysoko w pracy, którą teraz wykonywał: oficjalnie pełnił obowiązki
sekretarza wykonawczego miejscowego związku, a w rzeczywistości był
"wygaszaczem problemów", którego głos bardzo się liczył w radach
narodowych. Nie w tym rzecz, że był radykałem - mawiał, że poznał
radykalizm od podszewki, co wystarcza, aby zniechęcić doń każdego
rozsądnego człowieka. W istocie twierdził, że jest jednym z ostatnich
prawdziwych konserwatystów, a by się zakonserwować, trzeba się
dostosować. Był samoukiem, jednak bardzo oczytanym, miłującym życie
bardziej niż ktokolwiek inny z kręgu Corintha, może poza Natem Lewisem.
- Dzień dobry - powiedział Corinth. - Spóźniłeś się dziś.
- Niezupełnie.
Mandelbaum mówił szybko, z ostrym, nowojorskim akcentem. Był niski,
żylasty i siwowłosy, w pomarszczonej twarzy ze śladami po ospie
błyszczały przenikliwe ciemne oczy.
- Obudziłem się z pewnym pomysłem. Z gotowym planem reorganizacji.
Zdumiewające, że nikt na to wcześniej nie wpadł. O połowę zmniejszę
papierkową robotę. Wszystko sobie rozrysowałem.
Corinth smętnie pokręcił głową.
- Feliksie, powinieneś już wiedzieć, że Amerykanie za bardzo kochają
papierkową robotę, aby oddać ci chociaż jedną kartkę - powiedział.
- Nie widziałeś Europejczyków - mruknął Mandelbaum.
- Wiesz co - powiedział Corinth - to zabawne, że wpadłeś na ten pomysł
akurat dzisiaj. Przypomnij mi, żebym cię później wypytał o szczegóły, bo
to wydaje się interesujące. Ale chodzi o to, że ja też obudziłem się
dziś z rozwiązaniem problemu, który przez ostatni miesiąc nie dawał mi
spokoju.
- Hm? - Mandelbaum przyjął tę informację do wiadomości, prawie można
było zobaczyć, jak obraca ją w rękach, wącha i odkłada na bok. - Dziwne.
Winda zatrzymała się na dole i tam się rozstali. Corinth jak zwykle
poszedł do metra. Nie miał samochodu - w tym mieście było to po prostu
nieopłacalne. Zauważył, że w pociągu jest ciszej niż zwykle. Ludzie byli
mniej hałaśliwi i zachowywali się jakoś spokojniej, jakby byli pogrążeni
w myślach. Ze ściśniętym gardłem zerknął do gazety, zastanawiając się,
czy to już się zaczęło, ale nie znalazł w niej niczego szczególnie
sensacyjnego - może poza lokalną wiadomością o psie zamkniętym na noc w piwnicy, który jakimś sposobem otworzył zamrażarkę, wyciągnął z niej
mięso i zaczekał, aby się rozmroziło. Gdy go znaleziono, był obżarty po
dziurki w nosie i nie posiadał się ze szczęścia. Poza tym na całym
świecie toczyły się różne walki i strajki, w Rzymie odbyła się
komunistyczna demonstracja, czworo ludzi zginęło w wypadku samochodowym
- słowa wyglądały, jakby prasy drukarskie wycisnęły z nich każdą,
najmniejszą nawet kroplę krwi.
Corinth przemierzał trzy przecznice Manhattanu dzielące go od Instytutu
Rossmana. Nieznacznie utykał - w wypadku, w którym złamał sobie nos,
doznał kontuzji prawego kolana. Uchroniło go to wprawdzie przed służbą
wojskową, ale prosto z college'u przeniesiono go do pracy przy Projekcie
Manhattan.
Skrzywił się na to wspomnienie. Hiroszima i Nagasaki wciąż leżały
ciężarem na jego sumieniu. Odszedł zaraz po wojnie. Nie chodziło tylko o dokończenie studiów ani o ucieczkę od tajnych projektów i małostkowych
intryg w ośrodku badań rządowych. Rejterada do źle opłacanego, ale
zdrowego życia akademickiego była ucieczką przed poczuciem winy. Stąd,
jak przypuszczał, wzięły się jego późniejsze zajęcia - Atomic
Scientists3, United World Federalists4,
Progressive Party5. Kiedy myślał, jak bardzo owe organizacje
podupadły, gdy przywoływał szumne deklaracje z początków działalności,
że będą tarczą broniącą świata przed sowieckim zagrożeniem, zastanawiał
się, czy mimo wszystko naukowcy byli wtedy przy zdrowych zmysłach.
Często zadawał sobie pytanie, czy wycofanie się w czystą naukę i pasywność polityczną - głosowanie na pozbawionych energii demokratów i nic poza tym - miało więcej sensu. Nathan Lewis, otwarcie określający
się jako reakcjonista, był członkiem lokalnego komitetu republikanów, a jako radosny pesymista wciąż próbował coś naprawiać; albo Feliks
Mandelbaum, równie realistyczny jak Lewis, jego partner do szachów i dyskusji, czekający na ostateczne utworzenie prawdziwej Amerykańskiej
Partii Pracy, miał mnóstwo nadziei i energii. Przy nich Corinth czuł się
dosyć blado.
A jestem młodszy od nich obu!
Westchnął. Co się z nim działo? Zapomniane sprawy i niezbyt przyjemne
myśli kłębiły mu się w głowie, łączyły się w nowe łańcuchy brzęczące
uporczywie pod czaszką. I to właśnie wtedy, gdy udało mu się znaleźć
rozwiązanie własnego problemu.
Ta refleksja wysunęła się na pierwszy plan. To także było niezwykłe -
normalnie dość opornie zmieniał tor myślenia. Szedł przed siebie z nową
werwą.
Instytut Rossmana był zlepkiem kamieni i szkła, zajmował pół kwartału i pośród swoich starszych sąsiadów niemal lśnił nowością. Znany był jako
raj naukowców. Gromadzili się tutaj ludzie zewsząd, naukowcy o najróżniejszych specjalizacjach, przyciągani nie tyle dobrą pensją, ile
możliwością swobodnego prowadzenia badań nad dowolnie wybranymi
zagadnieniami. Mieli tu do dyspozycji najlepsze wyposażenie i nie
napotykali żadnych przeszkód ze strony ludzi, którzy chcieli wykorzystać
naukę w celach politycznych bądź przemysłowych. Nie obywało się bez
politykowania i kopania dołków, ale było tego mniej niż na przeciętnej
uczelni; to był Instytut Badań Zaawansowanych - może mniej zawiłych a bardziej dynamicznych, ale z pewnością było w nim więcej miejsca. Lewis
kiedyś zacytował to Mandelbaumowi jako dowód kulturowej konieczności
istnienia klasy uprzywilejowanej.
- Myślisz, że jakikolwiek rząd sfinansowałby coś takiego, a potem
zostawił to na pastwę losu?
- W Brookhaven6 robią to mniej więcej tak samo - odparł
Mandelbaum, ale jak na jego możliwości nie był to zbyt przekonujący
argument.
Corinth skinął głową dziewczynie ze stoiska z gazetami w holu, pomachał
kilku znajomym i westchnął zirytowany powolnością windy.
- Szóste - powiedział automatycznie, gdy wreszcie przyjechała.
- Wiem, panie Corinth - z uśmiechem odezwał się windziarz. - Pracuje pan
tutaj, zaraz... prawie sześć lat, zgadza się?
Fizyk zamrugał. Windziarz zawsze stanowił dla niego część mechanizmu;
wymieniali zwyczajowe uprzejmości, ale nie miało to żadnego znaczenia.
Nagle Corinth dostrzegł w nim istotę ludzką, żyjący i jedyny w swoim
rodzaju organizm, część ogromnej bezosobowej sieci, która ostatecznie
stała się całym wszechświatem, do którego sam należał. Ale dlaczego w ogóle o tym myślę? - zdumiony zapytał sam siebie.
- Widzi pan - powiedział windziarz - zastanawiałem się nad czymś.
Obudziłem się dzisiaj i zacząłem się zastanawiać, po co to robię, a jeśli chcę czegoś więcej niż praca, pensja i... - Umilkł zakłopotany, gdy
zatrzymali się na drugim piętrze, aby wypuścić jednego z pasażerów. -
Zazdroszczę panu. Pan dokądś zmierza.
Winda dotarła na szóste piętro.
- Mógłby pan, no... zacząć uczęszczać na kursy wieczorowe - poradził
windziarzowi Corinth.
- Myślę, że tak zrobię, sir. Gdyby był pan tak uprzejmy i coś mi
polecił... Cóż, może później. Muszę już jechać.
Drzwi zasunęły się gładko, a Corinth ruszył marmurowym korytarzem do
swojego laboratorium.
Miał dwóch stałych współpracowników, Johanssona i Grunewalda, poważnych
młodych ludzi, którzy pewnie marzyli, że któregoś dnia będą mieć własne
laboratoria. Kiedy wszedł i zdjął płaszcz, obydwaj byli już na miejscu.
- Dzień dobry.
- Pete, myślałem o czymś - gdy szef podszedł do swojego biurka,
znienacka odezwał się Grunewald. - Mam pomysł na obwód, który może
zadziałać.
- Et tu, Brute - wymamrotał Corinth. Usiadł na stołku, podwijając pod
siebie długie nogi. - Posłuchajmy.
Rozwiązanie Grunewalda było bardzo zbliżone do tego, co sam wymyślił.
Johansson, zazwyczaj milczący, kompetentny i nic poza tym, przytaknął
ochoczo, kiedy dotarły do niego wstępne założenia pomysłu. Corinth
przejął kontrolę nad dyskusją i przez pół godziny zapisywali kartki
papieru enigmatycznymi symbolami z dziedziny elektroniki.
Rossman może niespecjalnie interesował się powołanym przez siebie
instytutem, ale człowiek z jego kontem bankowym mógł sobie pozwolić na
altruizm. Takie badania pomagały przemysłowi. Zbił fortunę na metalach
lekkich, od surowej rudy począwszy, na gotowych produktach skończywszy.
Przy okazji zajmował się tuzinem innych interesów i chociaż oficjalnie
był już prawie na emeryturze, wciąż trzymał swoją wypielęgnowaną rękę na
pulsie. Nawet bakteriologia mogła się okazać użyteczna - nie tak dawno
temu za pomocą bakterii udało się wyekstrahować ropę naftową z łupków
ilastych - a badania Corintha nad strukturami krystalicznymi mogły
oznaczać zysk dla metalurgii. Grunewald rozkoszował się wizją tego, co
taki sukces oznaczałby dla ich reputacji zawodowej. Część obliczeń,
którą w wyznaczonym dla ich zespołu czasie zamierzali wpuścić do
komputera, była gotowa już przed południem. Rysowali jeszcze elementy
potrzebnego obwodu.
Zadzwonił Lewis z propozycją wspólnego lunchu.
- Wciągnął mnie dziś wir pracy - powiedział Corinth. - Chyba po prostu
zamówię na górę kilka kanapek.
- Cóż, mnie też dopadło. Jakbym był na górskim spływie bez wiosła -
powiedział Lewis. - Miałem nadzieję, że rozmowa z tobą pomoże mi się
uporać z pewnym problemem.
- Och, w porządku. Spotkamy się w stołówce?
- Jeśli chcesz po prostu zapełnić żołądek, to pewnie tak.
Lewis słynął z trzygodzinnych lunchów z winem i muzyką skrzypcową.
Nabrał takich przyzwyczajeń, mieszkając w Wiedniu, jeszcze przed
Anschlussem.
- Może być pierwsza? Do tego czasu pospólstwo już się nasyci.
- Okay.
Corinth odłożył słuchawkę i znów się pogrążył w chłodnej ekstazie swojej
pracy. O pierwszej trzydzieści uświadomił sobie, że jest spóźniony, i przeklinając, pognał do stołówki.
Kiedy Corinth napełnił swoją tacę, Lewis właśnie sadowił się przy
stoliku.
- Wiedziałem, że się spóźnisz - wyjaśnił. - Co wziąłeś? Pewnie typowe
stołówkowe żarcie: pies mielony z budą, filet z jeżowca, pieczoną
specjalność szefa kuchni, pieczonego szefa kuchni... zresztą nieważne. -
Pociągnął łyk kawy i zamrugał.
Nie wyglądał na delikatnego: niski, kwadratowy czterdziestoośmiolatek o wyrazistych oczach za grubymi szkłami bez oprawek, łysy i zaczynający
tyć. Był duszą każdego spotkania. Jednak osiem lat pobytu w Europie
zmieniło jego zapatrywania i utrzymywał, że jego powojenne wizyty na
Starym Kontynencie miały charakter wyłącznie gastronomiczny.
- Trzeba ci żony - powiedział Corinth z zapałem neofity.
- Też tak sądziłem, bo moje libertyńskie czasy zaczynają odchodzić w niepamięć. Ale nieważne. Już i tak za późno.
Lewis zaatakował krwisty stek.
- W tej chwili bardziej mnie interesują histologiczne aspekty biologii -
wymamrotał z pełnymi ustami.
- Mówiłeś, że masz jakiś problem.
- W dużej mierze chodzi o moich asystentów. Wszyscy są dziś
podenerwowani, a młody Roberts ma jeszcze bardziej wariackie pomysły niż
zazwyczaj. Ale taka jest moja praca. Mówiłem ci o tym, prawda? Badam
neurony. Próbuję utrzymać je przy życiu w różnych sztucznych
środowiskach i obserwuję, jak ich właściwości elektryczne zmieniają się
w zależności od warunków. Mam różne wycinki z różnych tkanek - taka
zmodyfikowana metoda Lindbergha-Carrela7. Szło nam
całkiem nieźle, a dzisiaj, przy rutynowej kontroli, wyniki okazały się
zupełnie inne. Więc sprawdziłem wszystkie jeszcze raz - każda próbka się
zmieniła!
- Hm? - Corinth uniósł brwi i przez chwilę żuł bez słowa. - Coś nie tak
ze sprzętem?
- Nic nie znalazłem. Żadnej różnicy - poza samymi komórkami. Mała, ale
znacząca zmiana. - Lewis zaczął mówić szybciej, coraz bardziej
podekscytowany. - Wiesz, jak działają neurony? Jak komputer cyfrowy.
Neuron jest stymulowany przez... no, przez stymulant, wysyła sygnał, a potem przez krótki czas jest nieaktywny. Następny neuron w nerwie
odbiera sygnał i potem też jest na krótko dezaktywowany. No i dziś się
okazało, że wszystko się plącze. Czas nieaktywności jest o dobrych kilka
mikrosekund krótszy... powiedzmy, że cały układ reaguje wyraźnie szybciej
niż normalnie. A same sygnały też są mocniejsze.
Corinth przez chwilę trawił informację, a potem odezwał się ostrożnie:
- Wygląda na to, że trafiłeś na coś dużego.
- Więc co jest przyczyną? Pożywka i aparatura są takie same jak wczoraj,
mówię ci. Dostaję fioła, próbując ustalić, czy to potencjalna Nagroda
Nobla, czy tylko kiepska technika!
Bardzo powoli, jakby umysł wzdragał się przed przyjęciem niejasnej
hipotezy, Corinth nabrał tchu.
- Dziwne, że stało się to akurat dzisiaj.
- Hm?
Lewis poderwał głowę, a Corinth wyłuszczył mu swoje spostrzeżenia.
- Bardzo dziwne - zgodził się biolog. - A ostatnio nie było żadnych
wielkich burz - ozon stymuluje mózg - jednak moje kultury i tak są
izolowane w szkle... - Jego oczy błysnęły.
Corinth rozejrzał się.
- Halo, tam jest Helga - powiedział. - Ciekawe, dlaczego tak późno? Hej,
tutaj!
Wstał, machając energicznie, a Helga Arnulfsen wzięła tacę i przysiadła
się do ich stolika.
Była wysoka, smukła i przystojna, długie blond włosy przylegały do
kształtnej głowy, jednak coś w jej sposobie bycia - bezosobowa energia,
powściągliwość, a może jedynie niekobieca szorstkość mowy i ubioru -
sprawiało, że była mniej atrakcyjna, niż mogłaby być. Zmieniła się od
starych czasów, od wojny, pomyślał Corinth. Robił doktorat w Minnesocie,
a Helga studiowała tam dziennikarstwo. Dobrze się razem bawili, jednak
był zbyt mocno i zbyt beznadziejnie zakochany w swojej pracy i innej
dziewczynie, aby myśleć o niej poważnie. Później korespondowali ze sobą,
a dwa lata temu załatwił jej pracę w sekretariacie instytutu. Była teraz
asystentką dyrektora administracyjnego i doskonale sobie radziła.
- Rany, co za dzień! - Mocną, szczupłą dłonią przygładziła włosy i uśmiechnęła się do nich ze znużeniem. - Wszyscy mają kłopoty i wszyscy
zwalają je na mnie. Gertie się wściekła...
- Hm? - Corinth spojrzał na nią trochę zaniepokojony. Liczył na to, że
ta wielka maszyna licząca rozwiąże dziś jego równania. - Co się dzieje?
- To wiedzą tylko Bóg i Gertie, ale żadne z nich nie ma nic do
powiedzenia. Allanbee dziś rano wykonał rutynowy test i wynik okazał się
błędny. Błąd jest niewielki, ale to wystarczy, żeby odbiło wszystkim,
którzy potrzebują precyzyjnych odpowiedzi. Od tego czasu próbuje dociec,
w czym rzecz, ale na razie bez powodzenia. I musiałam ułożyć nowy
grafik!
- Bardzo dziwne - mruknął Lewis.
- Potem różne przyrządy, zwłaszcza w sekcjach fizyki i chemii, lekko
powariowały. Polarymetr Murchinsona wykazał błąd rzędu... och, coś
strasznego, jakaś jedna dziesiąta procenta czy coś takiego, nie wiem.
- Naprawdę? - Lewis pochylił się, wysuwając szczękę. - Więc może to nie
moje neurony, tylko instrumenty szwankują... nie, niemożliwe. Nie w takim
stopniu. To musi być coś w samych komórkach. Ale jak mam to zmierzyć,
jeśli wszystkie narzędzia wysiadają? - Z płonącym wzrokiem rzucił jakieś
siarczyste niemieckie przekleństwo.
- Wielu chłopców przyszło ze śmiałymi nowymi projektami, wszyscy naraz -
dodała Helga. - Natychmiast chcą dostępu do takich rzeczy jak ta wielka
wirówka i dostają szału, kiedy im mówię, że muszą zaczekać na swoją
kolej.
- Wszyscy akurat dzisiaj, hm? - Corinth odepchnął deser i wyciągnął
papierosa. - "Zdziwniej i zdziwniej, powiedziała Alicja"8. -
Oczy mu się rozszerzyły i gwałtownie machnął ręką. - Nat, zastanawiam
się...
- O czym wy mówicie? - zapytała Helga.
- A, o takich tam - odparł Corinth.
Kończyła lunch, a on mówił. Lewis wydmuchiwał kłęby dymu, siedział i się
nie odzywał, zamknięty w sobie.
- Hm. - Helga postukała w blat długim, niepomalowanym paznokciem. -
Brzmi interesująco. Wszystkie komórki nerwowe, łącznie z tymi, które
mamy w głowach, nagle przyspieszyły?
- To jeszcze bardziej oczywiste - powiedział Corinth. - To może być, bo
ja wiem, fenomen elektrochemiczny? Skąd mam wiedzieć? Nie szukajmy za
daleko, dopóki tego nie sprawdzimy.
- Tak. Zostawię to wam. - Helga zapaliła papierosa i zaciągnęła się
głęboko. - Przychodzi mi na myśl kilka oczywistych rzeczy do sprawdzenia
- ale to wasza działka.
Odwróciła się i posłała Corinthowi łagodny uśmiech zarezerwowany tylko
dla kilku ludzi.
- A propos, co u Sheili?
- Dobrze, dobrze. A co u ciebie?
- W porządku. - W jej odpowiedzi pobrzmiewał smutek.
- Musisz do nas kiedyś wpaść na kolację. - Prowadzenie zdawkowej
konwersacji, podczas gdy umysł był zajęty nowym problemem, nie stanowiło
wysiłku. - Nie widzieliśmy się od dość dawna. Jeśli chcesz, przyprowadź
swojego nowego chłopaka, kimkolwiek on jest.
- Jima? A, jego. Rzuciłam go w zeszłym tygodniu. Ale przyjdę, jasne. -
Podniosła się. - Wracam do kieratu, koledzy. Do zobaczenia.
Corinth zerknął za nią, gdy szła w stronę kasy.
- Ciekawe, dlaczego nie może się z nikim związać. Jest ładna i inteligentna - wymamrotał niemal wbrew sobie. Jego myśli pędziły dziś we
wszystkich kierunkach.
- Nie chce - odparł krótko Lewis.
- Nie, pewnie nie. Odkąd poznaliśmy się w Minneapolis, zmieniła się,
zrobiła się jakaś zimna. Dlaczego?
Lewis wzruszył ramionami.
- Myślę, że wiesz - powiedział Corinth. - Zawsze lepiej niż ktokolwiek
inny rozumiałeś kobiety. A ona chyba cię lubi.
- Rozumiemy się - stwierdził Lewis. - I oboje umiemy trzymać język za
zębami.
- Dobrze, dobrze - zaśmiał się Corinth. Wstał. - Wracam do laboratorium.
Nie znoszę grzebaniny przy analizatorze fazowym, ale cała ta sprawa... -
Zamilkł na chwilę. - Wiesz co, pogadajmy z innymi i podzielmy prace, co?
Każdy sprawdzi coś innego. W takiej sytuacji nie potrwa to długo.
Lewis kiwnął głową i wyszedł za nim.
Do wieczora wyniki były gotowe. Gdy Corinth na nie popatrzył, ogarnął go
chłód. Nagle poczuł się mały i bezradny.
Zjawiska elektromagnetyczne uległy zmianie.
Zmiana nie była wielka. Wielki był sam fakt, że to, co powinno stanowić
wieczne i niezmienne oblicze natury, zmieniło się na tyle, że setki
systemów filozoficznych runęły w gruzy. W subtelności problemu było coś
elementarnego. Jak dokonać ponownego pomiaru podstawowych czynników,
skoro zmieniły się same czynniki?
Były pewne sposoby. We wszechświecie nie ma stałych absolutnych,
wszystko wokół istnieje w zależności od czegoś. Pewne dane zmieniły się
jednak znacząco w stosunku do innych.
Corinth pracował nad ustaleniem stałych elektrycznych. Dla metali były
takie same albo niemal takie same jak przedtem. Wyraźnie zmieniły się
jednak rezystywność i przenikalność izolatorów - stały się nieco
lepszymi przewodnikami.
Z wyjątkiem urządzeń precyzyjnych, jak komputer Gertie, zmiana
charakterystyk elektromagnetycznych nie była znacząca. Za to złożony i subtelnie zrównoważony mechanizm znany człowiekowi jako żywa komórka
zmienił się bardzo wyraźnie. Najbardziej zaś zmienił się neuron,
najbardziej rozwinięta i wyspecjalizowana ze wszystkich komórek - a zwłaszcza różnorodne neurony w ludzkiej korze mózgowej. I tutaj zmiana
była odczuwalna. Drobne impulsy elektryczne, dzięki którym funkcjonuje
sieć neuronowa, przepływały gwałtowniej, bardziej intensywnie.
Być może był to dopiero początek zmian.
Helga zadrżała.
- Potrzebuję drinka - oznajmiła. - I to bardzo.
- Znam pewien bar - powiedział Lewis. - Wpadnę na jednego i dotrzymam ci
towarzystwa, potem wrócę jeszcze popracować. A co z tobą, Pete?
- Jadę do domu - odparł fizyk. - Bawcie się dobrze. - W jego słowach nie
było entuzjazmu.
Wyszedł, ledwie świadom, że jest ciemno i bardzo późno. To, co się dziś
zdarzyło, dla niektórych jego kolegów było zapewne czymś nowym, cudownym
i ekscytującym; Corinth jednak nie mógł się powstrzymać od myśli, że
może wszechświat zamierza jednym beztroskim ruchem pozbyć się całego
ludzkiego gatunku. A jaki będzie efekt w odniesieniu do ludzkiego
ciała...?
Chyba zrobili wszystko, co było możliwe w tej chwili. Sprawdzili tyle,
ile się dało. Helga powiadomiła Biuro Norm w Waszyngtonie. Dowiedziała
się tam, że kilka innych laboratoriów z różnych punktów kraju także
doniosło o wystąpieniu anomalii. Dopiero jutro, pomyślał Corinth,
zacznie się o tym mówić.
Na zewnątrz - w Nowym Jorku nocą - prawie nic się nie zmieniło, może
tylko było odrobinę ciszej niż zazwyczaj. Kupił gazetę na rogu i zaczął
ją przeglądać. Mylił się, czy rzeczywiście dostrzegał tam subtelną
różnicę - zdania miały w sobie coś osobistego, były bardziej literackie.
Przeszły przez zaporę korektorską, ponieważ sam korektor się zmienił i nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie znalazł tam wzmianki o wielkiej
przyczynie, odkrycie było zbyt duże i zbyt świeże, w przeciwieństwie do
starych spraw - wojen, zamieszek, podejrzeń, strachu, nienawiści i chciwości w rozpadającym się, chorym świecie.
Nagle do niego dotarło, że gęsto zadrukowaną tytułową stronę "Timesa"
przeczytał w jakieś dziesięć minut. Wepchnął gazetę do kieszeni i poszedł do metra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki