1
Artur
Moje kolejne spotkanie z ciemnością. Mrok wciąga mnie coraz bardziej. Jego otulające macki są nie do zniesienia. Czuję się tak, jakby moja skóra płonęła żywym ogniem. Ból w klatce piersiowej rozprzestrzenia się na całe ciało. Kroczę ścieżką między alejkami wraz z przyjacielem. W jego ostatnią podróż...
Ja, on i ludzie zajmujący się niesieniem trumny. Ostry nie miał nikogo poza mną. Odchodzi z tego świata biedniejszy niż wtedy, kiedy się na nim pojawił. Tragiczny koniec napotyka tragiczną postać. Spierdolona proza życia, którą przyszło mi czytać.
Ciemne okulary nie są dla mnie jedynie ozdobą. Nie chcę pokazywać światu moich uczuć, a prawda jest taka, że jestem w kompletnej rozsypce. Od kilku dni chowam się przed wszystkimi i wszystkim. Nie potrafię spojrzeć w oczy kobiecie, która nosi pod sercem moje dziecko. Bo jak bym mógł to zrobić?
Nie potrafiłem ochronić jego, więc w jej przypadku może będzie tak samo. Może moje chęci, słowa i czyny to za mało, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo. Może rzeczywiście jestem przegrany od samego początku i mojego losu nie można już zmienić.
Wiem, że nie chciałbyś widzieć tutaj smutku. Dlatego zamiast tego pierdolonego marszu żałobnego Chopina gra dla ciebie marsz Mendelsona. Już widzę twój uśmiech na ten dźwięk. Uznałbyś to za dobry dowcip, ale mnie wcale nie jest do śmiechu.
Kiedy docieramy na miejsce pochówku, wciąż ukrywam się w cieniu. Nie chcę być blisko, kiedy będą zrzucać Ostrego pod ziemię. Zadałem sobie niemało trudu, żeby w ogóle sprowadzić tutaj ciało przyjaciela. Pomijając załatwienie fałszywych kwitów, bo to akurat było dziecinnie proste. Ale wydostanie go z budynku otoczonego przez policję już nie należało do łatwych.
Kiedy pokonuję pierwsze dwa piętra, dobiega do mnie dźwięk policyjnych syren. Spoglądam w dół i widzę niebieską migającą poświatę. Poprawiam niesionego przyjaciela na ramieniu. Ciężar jego ciała to nic w porównaniu z wagą winy.
Nasza przedostatnia podróż, przyjacielu.
Nie mogę pozwolić im go zabrać. Nie będzie leżał w policyjnym prosektorium tylko po to, by prokurator określił go mianem zamachowca.
Policja obstawi każdą możliwą drogę ucieczki. Każdą znaną... Jest jednak jedna, której nie ma nigdzie na planach. Nawet wierzę, że może mi się to udać.
Trumna dotyka podłoża. Mężczyźni wyciągają pasy z dołu wykopanego w ziemi. Chwytam w garść brunatny owoc tej planety i rzucam go na drewno. Pracownicy domu pogrzebowego ruszają i chwytają za łopaty.
- Jeszcze, kurwa, nie skończyłem! - odzywam się do nich ostro i ściągam okulary po to, żeby rzucić im palące skórę spojrzenie.
Przebyliśmy taką drogę, a oni chcą nam odebrać tę chwilę. To nie może tak wyglądać...
Pokonuję pierwsze kilkanaście stopni. Radiowozy ustawione są od frontu. Chwilę im zajmie dojście do mnie. Widzę, że na dole robi się zbiegowisko psów gończych. AT-ecy, tak jak myślałem. Nie jest dobrze.
Muszę zejść jeszcze jedno piętro. Mam na to maksymalnie minutę. Biorąc pod uwagę zwiększoną masę, którą niosę na tych samych nogach co zawsze, może być ciężko. Nie mam jednak wyjścia. Ruszam i idę przed siebie, tak jakby jutra miało nie być. Dochodzę na pierwsze piętro i tu podróż schodami ewakuacyjnymi się kończy. Staję naprzeciwko drzwi do hotelu. Teoretycznie są zamknięte, ale w praktyce mam w kieszeni kartę master, która otworzy każdy zamek w tym miejscu.
- To powinienem być ja - mówię w kierunku trumny. - Nigdy, kurwa, nigdy nie kazałem ci brać tego na siebie. Nie musiałeś... Kurwa, nie mogłeś!
Pozostaję tylko ja i pustka. Cisza, która jest nie do zniesienia, i słowa, które niosą się echem wewnątrz mojej czaszki. Żal popycha mnie na kolana. Klęczę i błagam, sam nie wiem kogo, żeby to był tylko sen.
Ale wiem, że nim nie jest.
Rzeczywistość, brutalna jak zawsze. Różnica polega na tym, że to ja jestem tym, który dzisiaj odczuwa ból, a nie go zadaje. Zaczynam czuć do samego siebie odrazę. Jak osoba, taka jak ja, może niedługo zostać ojcem? Jestem niegodny tego wszystkiego.
Otwieram drzwi. Pierwsze piętro, na którym znajduje się kuchnia. Opustoszała z uwagi na ewakuację. Jest to jedyna możliwość naszej ucieczki. Oddział antyterrorki jeszcze tutaj nie dotarł. Dochodzę do windy towarowej i jadę nią w dół, na poziom poniżej zera. Piwnica.
Sieć tuneli pod miastem będzie naszą drogą ucieczki. Kiedyś służyły do przemytu i transportu różnych rzeczy, a dziś będą moim ratunkiem. Korzystałem już z tego przejścia. Wejście do tunelu jest ukryte w jednej ze spiżarni.
Wchodzę do konkretnego pomieszczenia. Odkładam delikatnie Ostrego pod jednym z regałów. Podchodzę do przeciwległej ściany. Ściągam szafki magazynowe na ziemię. Gdzieś tutaj powinno to być... Robię sporo hałasu, a drzwi tu nie są wcale grube. Nie mam chwili do stracenia. Czy to możliwe, że zamurowali przejście?
Uderzam pięścią w ścianę, a ona przechodzi na wylot. Płyta gipsowo-kartonowa, a więc nie postarali się zbytnio. Rozrywam ją na strzępy. Wyrywam stalowe profile, jakby były niczym. Mamy swoją drogę ucieczki.
- Słyszałeś to? - Dobiega do mnie głos zza ściany.
Podchodzę do drzwi i rygluję je regałem. To powinno ich na chwilę zatrzymać. Mam nadzieję, że na wystarczająco długą chwilę.
Moment, który dla mnie trwa wieczność. Jak długie powinno być pożegnanie bliskiego? Na to pytanie nie ma żadnej dobrej odpowiedzi. Nie jestem gotowy, by odejść, ale wiem, że im dłużej tkwię nad nim, tym gorzej się czuję. Spoglądam na grabarzy.
- Możecie zaczynać - mówię spokojnie.
Patrzę, jak powoli przykrywają ziemią trumnę. Kiedy w końcu już jej nie widać, czuję się na tyle słabo, że muszę usiąść. Podpieram się o ławkę i osuwam na nią. Pracownicy podchodzą do mnie.
- Wyrazy współczucia - mówią, ale tak naprawdę chodzi im tylko o kopertę, którą od razu wręczam.
Chcę zostać sam i zmierzyć się z bólem w tej trudnej walce.
Mamy nierówne szanse. AT-ecy nie zawahają się użyć broni, a ja mam trochę ograniczoną swobodę działania. Jednak nie mogę tracić koncentracji. Tunel kończy się pod Narodowym Forum Muzyki, dokładnie przy parkingu podziemnym. Pędzę przez niego, ile tylko mam sił w nogach. Co jakiś czas mijam stalowe drabinki. Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta... Ta jest nasza.
Kolejny raz odkładam Ostrego na ziemię. Muszę wejść najpierw sam i odsunąć wyłaz. Kiedy kończę, wracam po niego. Szczebelek po szczebelku wciągam go na górę. Udaje się, ale to jeszcze nie koniec.
Zakrywam wyłaz, kupując nam więcej czasu. Znajdujemy się między dwoma samochodami. Stary ford i nowa beta. Oczywistym wyborem jest staruszek. Wybicie szyby nie należy do najprostszych, jednak jeśli masz odpowiednią motywację i nie uderzasz w sam jej środek, to może się udać. Kilka ruchów łokciem w lewy górny róg i w końcu rozpada się w pył. Odblokowuję drzwi. Układam Ostrego na tylnej kanapie, a sam siadam za kierownicą. Dawno nie odpalałem samochodu na krótko, ale tego się nie zapomina. Zrywam osłonę pod kierownicą i łączę ze sobą kabelki, aż usłyszę zapłon.
Wyjeżdżam z parkingu. Ulice nadal nie są zablokowane, więc nie wiedzą, gdzie nas szukać. Teraz pozostaje mi zabrać gdzieś przyjaciela. Ktoś musi mu pomóc, to się nie może tak skończyć.
W sytuacjach stresowych z ludźmi dzieją się różne rzeczy. Jedni tracą kontrolę nad ciałem, inni nad umysłem, ale jest też trzecia grupa ludzi - ta, która traci rzeczywistość. Moja została zakrzywiona pod wpływem stresu. Dopiero teraz czuję wszystkie bodźce tak, jak powinienem wtedy. Racjonalizm wraca do mnie, a ból rośnie z sekundy na sekundę. Kiedy wychodziliśmy stamtąd, jeszcze tego nie czułem.
Zabieram go w pierwsze miejsce, które przychodzi mi do głowy. Tam nigdy nie odmawiają mi pomocy, dlatego że zbyt dobrze płacę. Pukam do drzwi, a kiedy przez minutę nikt się w nich nie zjawia, to zaczynam w nie napierdalać.
- Wiesz, która jest godzina? - W końcu otwiera je doktor z mojej listy płac.
- Chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz - odpieram. - Potrzebuję pomocy.
Widzę, jak mi się przygląda, ale to nie mnie trzeba łatać. Idę do samochodu i wyciągam Ostrego. Niosę go do domu doktora. Czuję na sobie jego zimną jak lód skórę, ale to nic. Wszystko da się jeszcze naprawić.
Wnoszę go do salonu i kładę na jadalnianym stole.
- Zrób coś - mówię stanowczo.
Patrzy na niego szeroko otwartymi oczami, tak jakby słowa utkwiły mu w gardle. Następnie jego spojrzenie zaczyna błądzić po ścianach i omijać tylko miejsce, w którym stoję. W końcu jednak podchodzi do Ostrego. Przykłada palce do jego szyi.
- Nie żyje - mówi. - Przynajmniej od godziny - dodaje.
- Ratuj go, kurwa! - powtarzam.
- Nie mogę nic zrobić - odpowiada i zaczyna się cofać. - Nie jestem alfą i omegą, a medycyna nie zna sposobu na przywrócenie zmarłych do życia.
- To będziesz pierwszym, który go znajdzie. - Wyciągam broń i zaczynam do niego mierzyć.
- Arturze - odpiera i podchodzi do mnie, słyszę w jego głosie współczucie. - Znamy się nie od dziś. Wiesz dobrze, że nic nie mogę zrobić.
Naciska delikatnie na broń, a ja się temu poddaję. Wszystko zaczyna do mnie docierać. Łzy płyną strumieniami, a ja nie potrafię się opanować.
- Jedyne, co mogę dla ciebie zrobić, to przechować go w chłodni do czasu, aż załatwisz wszystkie formalności - proponuje. - Domyślam się... - Chrząka, ale nie kończy. - Żebyś mógł go pochować, potrzebujesz aktu zgonu. Chyba że chcesz zrobić to gdzieś poza cmentarzem.
Ostry nie zasługuje na to, żeby wyrzucić go gdzieś przy drodze i o nim zapomnieć. Musi mieć godne miejsce na wieczny spoczynek. Zapewnię mu to, choć tyle mogę zrobić w tej jego ostatniej drodze.
Przyjacielu, chciałem cię uchronić od demonów, które opanowały twój umysł, a tak naprawdę sam stałem się największym z nich. Chciałeś jedynie zdobyć moje uznanie, być mi potrzebnym, a ja to odrzuciłem.
Straciłem kogoś, kto był warty wszystkiego i chciał dać w zamian wszystko. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie spojrzeć znowu w lustro bez uczucia odrazy. Uchroniłem jedynie siebie, choć nieudolnie, bo poczucie winy jest większe, niż mogłoby się wydawać. Wstaję z ławki i odchodzę. Wiem, że długo nie zostawię tego uczucia za sobą, a nawet jeśli kiedyś mi się to uda, to i tak będę o tobie pamiętał.
Ostry, jesteś, byłeś i będziesz warty zapamiętania. Nie znam większego pojeba od ciebie, ale też człowieka, który byłby skłonny do czegoś tak wielkiego dla kogoś bliskiego. Nawet pomimo tego, że byłem takim skurwysynem.